Category: Uncategorized

  • Telefon od geja

    Telefon rozdzwonił się jakoś nerwowo. Od razu domyśliłem się, że to Pietras, i przez głowę przemknęło mi nawet, żeby nie odbierać, ale przyzwoitość okazała się, jak zwykle, silniejsza.
    – Tak, słucham…? – zacząłem ostrożnie.
    – Właśnie była u mnie ciotka – usłyszałem w słuchawce grobowy głos.
    – To fajnie, dawno przecież chciałeś ją zaprosić – ucieszyłem się.
    – Owszem, ale ona przyszła tak sobie – powiedział, tym razem tonem wisielczym. – To znaczy bez zapowiedzi.

    Nie byłem pewien, czemu się bardziej dziwić. To że ciotka się nie zapowiedziała, było niezwykłe: należała do dam, a damy nie zjawiają się nieproszone. Natomiast jeszcze bardziej zaskakujące było, że Pietras w ogóle ją wpuścił. Zwykle nie odpowiadał na niespodziewane domofony, czasem zresztą także na spodziewane.
    – I co, wpuściłeś ją? – zdecydowałem wyjaśnić drugą wątpliwość.
    – Żeby mnie kaczka kopnęła – przytaknął. – Chciałem rzecz jasna nie otwierać, ale potem pomyślałem sobie, że to może Paweł, dzisiaj miał wrócić z Kołobrzegu, on też tak czasem wpada… A wyjrzeć nie mogłem, bo przecież te cholerne rusztowania całkiem zasłaniają wejście, i tak nic nie widać…! Żeby to szlag!!! – urwał dramatycznie.
    – No i…? – zniecierpliwiłem się po niejakiej chwili.
    – Co no i? – zirytował się nieco.
    – I w czym problem? – uściśliłem pytanie.
    – Problem? W ogóle nie ma problemu! – wybuchnął. – Właśnie kończę to cholerne tłumaczenie, do tego czuję się chory, nie sprzątałem kilku dni, dzisiaj nawet się nie umyłem, siedzę przy tym komputerze jak wariat, bałagan tu nieziemski… W kuchni syf, w łazience sajgon, w sypialni barłóg, nie chciało mi się pościelić, szlag by trafił…

    To już brzmiało poważnie. W ferworze pracy, zwłaszcza twórczej, Pietras wykazywał całkowity brak zainteresowania wyglądem własnym oraz otoczenia, ograniczając swoją aktywność do czynności niezbędnych życiowo. W sprzyjających okolicznościach, to znaczy mniej więcej po tygodniu wegetowania przed ekranem monitora, można było zacząć sprzedawać bilety i pokazywać, jak wygląda mieszkanie człowieka uzależnionego: podłogi wszystkich pomieszczeń pokrywały wywleczone z pootwieranych szaf ciuchy, bielizna – najczęściej używana, gazety, świerszczyki, strzępy chusteczek higienicznych, woreczki foliowe; każdy wolny skrawek mebli zajmowały opakowania po jogurcie, filiżanki z kiełkującymi fusami po niezliczonych kawach, woreczki po drożdżówkach; wszelkiego rodzaju sprzęty typu maszynka do golenia, żelazko, lusterko, kosmetyki walały się gdzie popadnie. Kuchnia sprawiała wrażenie, jakby podniósł się w niej jakiś bunt: śmieci stały wysypując się z worka przed zlewem, resztki posiłków walały się po upapranym dżemem blacie razem z brudnymi nożami, łyżeczkami, pustymi kubeczkami i słoikami. Całość prezentowała zwykle obraz nędzy i rozpaczy aż do momentu, kiedy Pietras zauważał, że w ogóle nie może się już po mieszkaniu swobodnie poruszać.

    Sam gospodarz, ubrany w przechodzoną, wygniecioną i – co ważniejsze – przepoconą i upapraną koszulkę miotał się wkoło z wyrazem obłędu w oczach, nieogolony, nie umyty nawet, z kołtunem na głowie, bladą cerą i przekrwionymi oczami, wykazując w obliczu wtargnięcia do jego świata osoby postronnej objawy najwyższej nerwowości. Trudno było pogodzić podobny obrazek z wizerunkiem schludnego, zorganizowanego młodego człowieka, za jakiego starał się uchodzić w oczach ciotki. Nie bez przyczyny zresztą, była to bowiem starsza pani wielkiej klasy, jakich w dzisiejszych czasach już się nie spotyka: poprawna do granic możliwości, choć przy tym także do bólu dyskretna, co w kontekście niespodziewanego nalotu wydawało się pocieszające. Stąd też zauważyłem:
    – Nie było chyba tak źle? – Z trudem utrzymywałem powagę, doskonale potrafiłem sobie bowiem wyobrazić przebieg niespodziewanego spotkania. – Długo siedziała?
    – Kilkanaście minut.
    – Poczęstowałeś ją chociaż czymś? – zatroskałem się.
    – Na szczęście miałem jeszcze kawę – powiedział pocieszająco. – O czymkolwiek innym nie mogło być mowy, zresztą nie to było mi w głowie. Czy ty wiesz, kiedy ja ostatnio myłem okna?
    – Tego prawdopodobnie nikt nie wie – stwierdziłem sentencjonalnie, zgodnie z prawdą zresztą. – Poza tym, czy to akurat jest najważniejsze?
    – A czy ty byłeś kiedyś u mojej ciotki? – odpowiedział pytaniem na pytanie.

    Trochę racji miał. Mieszkanie pietrasowej ciotki wypielęgnowane było w takim samym stopniu, jak jej maniery. Doskonale panowała nad wszystkimi, zbieranymi przez lata dzwonkami, figurkami, filiżankami i setkami innych drobiazgów, pilnowała, żeby niczego nie brakowało na stole, ale też by nie znalazło się na nim za dużo: każda skórka od banana, ogonek od jabłka i zużyta serwetka były bezwzględnie i natychmiast usuwane. Każda książka miała swoje miejsce, każde słowo swój czas. Herbata parzyła się ściśle wedle tajemnych receptur, ciasta pochodziły z najwykwintniejszych cukierni, koło porcelany mieniły się rodowe, srebrne łyżeczki, a ciotka, niczym mistrzyni ceremonii zachowywała spokój godny osoby, która pewna jest każdej zmarszczki na swojej eleganckiej, umiarkowanie ekstrawaganckiej bluzki. Kontrola okien mijała się z celem. A Pietras nie miał nawet w dużym pokoju firanek.
    – Ciocia zaproponowała, że sprezentuje mi jakieś swoje stare firanki – powiedział Pietras jak na zawołanie. – I w ogóle mógłbym doprowadzić wszystko do porządku, ona chętnie mi pomoże, jeśli czegokolwiek mi trzeba…
    – Ale właściwie co ją tknęło, żeby przyjść? – przerwałem ostrożnie w nadziei, że uda zmienić się dyskretnie temat na mniej drażliwy.
    – A, była w klinice na jakimś prześwietleniu, i tak jej się zachciało sprawdzić, co u mnie słychać…
    – Tak dawno się do niej nie odzywałeś?
    – Nieeee, skąd, dzwoniłem nie dalej, jak trzy dni temu.

    Zamyślił się nad czymś. Nie bardzo wiedziałem, co powinienem powiedzieć.
    – W końcu przyszła niezapowiedziana – stwierdziłem wreszcie arbitralnie. – A twoje mieszkanie to przecież nie apteka… Mówiła coś?
    – Co ty, prędzej by umarła niż cokolwiek powiedziała! Skonstatowała tylko, że łazienka całkiem dobrze wygląda – głos mu się trochę załamał. – Po cholerę się odzywałem! Wiesz, że na wierzchu leżały te śmieszne prezerwatywy, które dostaliśmy kiedyś jako reklamówki z radia? No i połowa papierów, słowniki porozwalane… A ciotka latała po wszystkich pokojach, , zajrzała dosłownie wszędzie, cud jakiś, że wczoraj jeszcze co nieco ogarnąłem… Jakiegoś szaleju się najadła czy co, nigdy bym jej o to nie podejrzewał!

    Za to ja zacząłem coś podejrzewać. Owszem, nalot ciotki wydawał się ze wszech miar niespodziewany, w skrajnych przypadkach Pietras potrafił doprowadzić siebie i mieszkanie do ruiny, ale wyczuwałem, że najlepsze zostawił na koniec. I rzeczywiście.
    – Wiesz, jaki mam wygaszacz monitora? – zapytał, kiedy wylał już wszystkie możliwe żale. Zdaje się, że w ogóle ciotka stanowiła dla niego niejaki problem emocjonalny. Dręczyły go wyrzuty sumienia, że tak rzadko się z nią kontaktuje, nie odpowiada na telefony, podczas gdy ona zawsze traktowała go z troską i zainteresowaniem godnym dziecka, którego nigdy nie miała. Fakt, że nie miała okazji odwiedzić go w domu przez ostatnie kilka lat świadczył o tym aż nadto dobitnie. A co do pietrasowych tapet i wygaszaczy, dobrze wiedziałem jak mogły wyglądać.
    – Soft czy hard? – uściśliłem.
    – A czy to ważne? – oklapł do reszty. – Chciała obejrzeć mój nowy komputer.
    – Trzeba się było tak chwalić? – zganiłem retorycznie. – I tak by nie zauważyła różnicy.
    – No to teraz zauważyła. Różnica była duuuuuża – ponownie zamilkł.

    Zastanowiłem się mimochodem, co nobliwa, samotna kobieta pokroju ciotki, mogła pomyśleć na widok jędrnych, męskich ciał, kłębiących się po ekranie komputera.
    – Powiedziała coś? – spytałem raczej pro forma.
    – Nie. Natychmiast zaczęła przyglądać się kwiatkom. Wypatrzyła nawet igłę z nitką na podłodze w drugim końcu pokoju.
    – Może nic nie zauważyła?

    Gdzie tam! Zamiast po prostu wyłączyć monitor, próbowałem zamknąć komputer, musiałaby być ślepa, głucha i niedorozwinięta! – znów zamilkł na chwilę, po czym podjął:
    – Właściwie chyba nie wyszło aż tak najgorzej. Strasznie ją ubawiło, że sprawiła mi taką niespodziankę. Kiedy ode mnie wychodziła chichotała wręcz szatańsko…
    – Reakcja histeryczna…?
    – Możliwe, ale nie wydaje mi się. Zadzwoniła, jak tylko dojechała do domu i wiesz co zaproponowała?
    – Żebyś ją zabrał do “Paradisu”, bo jest ciekawa jak wygląda prawdziwy męski seks?
    – Bardzo zabawne, naprawdę – powiedział zbolałym głosem osoby śmiertelnie urażonej. Czy ty w ogóle słuchasz, co ja ci od kwadransa opowiadam?
    – Słucham, słucham. Pewnie zaprosiła cię na któryś ze swoich sławetnych podwieczorków?
    – Lepiej! Wymyśliła, żebym wpadł jutro na śniadanie, najlepiej około siódmej, tak przed pracą… – roześmiał się nagle. – Czy ty coś z tego trybisz?
    – Owszem. Już od dawna powtarzam, że powinieneś jej powiedzieć.
    – Powinieneś, powinieneś, naprawdę uważasz, że to takie proste?
    – Jak widzisz również nie takie znowu trudne. Skoro nie padła na miejscu i była w stanie do ciebie zadzwonić, to nic gorszego cię już nie czeka. A w obliczu zaproszenia w ogóle niczym bym się nie przejmował!
    – Pewnie masz rację… Ale jak ja mam teraz z nią rozmawiać?
    – A przepraszam, co cię bardziej niepokoi: że okazałeś się pedałem, czy syfiarzem?

    Pietras myślał przez chwilę.
    – Wiesz co, masz rację. Chyba faktycznie nie jest tak źle, w końcu w tym układzie gorzej już nie będzie. Chociaż mogło by.
    – No właśnie, a tak masz to przynajmniej za sobą – pocieszyłem. – Zdjęcie Jarka też pewnie zdążyła wypatrzyć…
    – Pewnie. Jeszcze dojdzie do tego, że razem będziemy do niej chodzić w niedzielę co na herbatkę. I będziemy siedzieć za rączkę na kanapie. Już wiem! – zaśmiał się nagle, humor poprawił mu się zdecydowanie. – Urządzimy jej kiedyś nalot. Ciekawe, czy wciąż ma ten jedwabny szlafrok, bardzo mi się kiedyś podobał…
    – A na jutrzejsze śniadanko się wybierasz? – zapytałem.
    – Eeee, nie. Wykręciłem się, że muszę kończyć to tłumaczenie, i chciałbym się wyspać. No i że muszę posprzątać. W to akurat uwierzyła…

    Każdy by uwierzył. Kiedy odłożyłem słuchawkę, zadumałem się, jak to dziwnie bywa na tym świecie. Przed większością rodziny Pietras żył mniej lub bardziej otwarcie, przed ciotką z niewiadomych przyczyn starannie się dotąd maskował. Może całkiem niepotrzebnie?

    Uznałem, że to interesujący temat do rozważań. Mimo późnej pory zaparzyłem sobie filiżankę kawy. Potem siadłem do komputera: nagle zachciało mi się zmienić tapetę na pulpicie. Stare esy-floresy całkiem mi się znudziły…

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    orfeusz

    KOOSIE

  • Dlaczego nienawidze swiat

    edwie tylko się zjawił, wyczułem, że coś się święci, jak to na święta. Po pięciu minutach, kiedy już siadł z kubkiem gorącej herbaty w zziębniętych dłoniach (oczywiście przyszedł bez rękawiczek), oświadczył:
    – Będzie świąteczne wydanie.

    “Zaczyna się”, pomyślałem tylko, czekając przezornie na ciąg dalszy.
    – Napiszesz do niego tekst – raczej stwierdził, niż zapytał. – Pogodny: o Mikołaju, prezentach, choinkach i takie tam.
    – Dlaczego ja? – wyrwało mi się. – Niech Marek napisze!
    – Nie martw się, Marek ma co robić.
    – Bartek…? – pokręcił tylko głową. Drążyłem więc dalej: – Roman? Jacek?

    W odpowiedzi usłyszałem:
    – Przecież dla Ciebie to żaden problem, nie będę zawracał głowy wszystkim po kolei. Poza tym blisko mieszkasz. To prawda, nieraz już przeklinałem pomysł wprowadzenia się do bloku obok, teraz różne ciepłe uczucia wróciły z pełną wyrazistością.

    Cóż było jednak robić, Pietras siedział niewzruszenie po drugiej stronie stołu, najwyraźniej oczekując entuzjazmu i deklaracji. Zniecierpliwiony siorbnął wreszcie znacząco herbatą.
    – Mam dużo pracy… – spróbowałem ostatniej deski ratunku. Ale był przygotowany na taką ewentualność.
    – A co robiłeś w ostatni weekend? – wiedział doskonale, bo spędziliśmy go razem, niezbyt zresztą produktywnie.

    Poddałem się zatem.
    – Na kiedy? – spytałem słabo w nadziei, że nie na jutro. Przynajmniej to zostało mi oszczędzone.
    – Na przyszły tydzień. – rzucił zapalając papierosa. – Tylko bez smęcenia jak zwykle. Lekko, pogodnie, dowcipnie – pochylił się z ojcowską łagodnością w moim kierunku. – Wiem, że potrafisz.
    – Nie smęcę, tylko poruszam drażliwe tematy – obruszyłem się z lekka.
    – Taaa, moja diffenbachia jest bardziej drażliwa od twoich tematów. Poza tym robisz ostatnio mnóstwo literówek…

    Wzruszyłem ramionami.
    – Obiad ci się przypalił czy zafarbowałeś tę jasną koszulę? – rzuciłem na oślep w kłęby dymu przed nosem.
    – Po prostu nienawidzę świąt. – stwierdził sentencjonalnie, a po krótkim namyśle dodał:
    – Chociaż kto tak naprawdę nawidzi? Chyba tylko handlowcy.
    – Aha, i pewnie dlatego zadręczałeś mnie przez cały tydzień gwiazdkową galerią z aniołkami?

    Z wrodzonym wdziękiem zignorował moje pytanie. Nareszcie domyśliłem się, po co tak naprawdę przyszedł.
    – Jarek jedzie do domu…?
    – No.
    – A ty? Planujesz jakiś wyjazd?
    – Niee, nie chce mi się. Sam wiesz: tłumy w pociągach, horror w dwie strony… Nie mogę wziąć urlopu. Poza tym z ojcem znów coś nie bardzo…
    – Wydawało mi się, że ostatnio z nim rozmawia… – zacząłem, zanim uświadomiłem sobie, że coś nie bardzo jak zwykle, i że “ostatnio” oznacza w tym wypadku “na Wielkanoc”.

    Przez dwie minuty siedzieliśmy bez słowa. Pietras swoim zwyczajem gwizdał coś pod nosem. Potem odpalił od dogorywającego peta nowego papierosa.
    – Nie masz przypadkiem jeszcze jakichś moich numerów “Männer Aktuell”? W zeszłym roku był świetny materiał o świętach.
    – Wydaje mi się, że wszystkie ci oddałem. O co ci chodzi tym razem, o teksty czy o grafikę?
    – Wszystko jedno, bo nic nie mogę znaleźć. Pochowałem całą prasę po kątach, kiedy siostra Jarka przyjechała z wizytą. Wczoraj dwie godziny zajęło mi przewrócenie całego mieszkania do góry nogami i okazało się, że połowa mi gdzieś poginęła. Brakuje mi jednego aniołka – przez moment pomyślałem, żeby zaproponować jakieś swoje zdjęcie, kiedy westchnął rozbrajająco:
    – Szlag może trafić, chyba powinienem sobie zresetować mózg…
    – Chyba raczej powinieneś sobie trochę odpuścić.
    – Co masz na myśli? – zabębnił nerwowo palcami po stole.
    – Przesadzasz z tą stroną – zacząłem ostrożnie. – Przecież nikt ci nie kazał robić witryny na Boże Narodzenie… Naprawdę nie masz innych zajęć?
    – Owszem, biegam za prezentami – na moment nieznacznie się rozpogodził. – Kupiłem parę świetnych rzeczy. Ale dla siebie – zreflektował się. – Nie wiesz gdzie można kupić sofę?

    Powoli zacząłem kojarzyć fakty.
    – Coś marnie wyglądasz – zaszemrałem z podstępną troską. – Jakby szczuplej…
    – Nie mam czasu na takie bzdury jak jedzenie… – wymamrotał z rozpędu i zamilkł.

    Wszystko stało się jasne.
    – Zostawił cię? – zapytałem.
    – To widać? – wyrwało mu się. – Cholera, tak się staram!
    – Czarować to możesz ciocię Zosię. O co tym razem poszło? Znów czyściłeś kibel ściereczką do naczyń?
    – Też coś – żachnął się bez przekonania – to było dawno i nieprawda…
    – Spóźniłeś się? Zapomniałeś o imieninach?
    – No wiesz co! Ja przecież nigdy…
    – Tralalala… No to co? Papierosy?
    – Ostatnio wcale dużo nie palę… – zaciągnął się głęboko, żeby zyskać na czasie, i dla zmyłki zaczął pilnie studiować tytuły książek na półce, zupełnie jakby zobaczył je po raz pierwszy. Poważnie zaniepokojony zastanawiałem się, co tym razem wymyśli w nagłym przypływie energii spowodowanej rozstaniem.
    – Wiesz, że on nie czytał “Mistrza i Małgorzaty”? – zapytał pozornie bez związku.
    – O ile pamiętam sam jej nie skończyłeś – przypomniałem życzliwie.
    – No właśnie. Ale Marcin czytał!!!
    – No cóż, to wiele wyjaśnia – stwierdziłem. – A kto to jest Marcin?
    – Święty Mikołaj! – wrzasnął zniecierpliwiony. – Ten pieprzony Mikołaj z przedszkola!
    – Od twojego siostrzeńca? Ten przystojniak?
    – Powiem więcej, mój kuzyn!
    – Ale przecież… sam posłałeś Jarka do przedszkola na ten bal.
    – Bo się, kurna, przeziębiłem. A poza tym skąd mogłem wiedzieć, że Marcin jest gejem! W taki ziąb strasznie łatwo coś złapać!

    Pomyślałem, że chyba nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać.
    – Przecież osobiście ci opowiadałem, że go kiedyś spotkałem w knajpie, ale jak zwykle nie słuchałeś… Nawet się wtedy dosyć mocno interesował Jarkiem ale nie dało mi to wtedy specjalnie do myślenia.
    – Zamknij się – spojrzał na mnie wzrokiem poturbowanego łososia. – Chociaż raz mógłbyś mnie nie dobijać!
    – A co ja mogę za to, że mnie nie słuchasz? I że nigdy nie udaje ci się utrzymać faceta do świąt! Zakochałbyś się choć raz w październiku, to nie dręczyłbyś mnie potem w każdego Sylwestra, zalany w trupa!
    – Przyganiał kocioł garnkowi – przypomniał grobowym tonem. – Ciekawe, gdzie się podziewają wszyscy twoi wielbiciele… Ostatni nie przyszedł nawet na drugie spotkanie.

    Zapadła cisza. Pietras zapalił kolejnego papierosa i zaciągnął się kilka razy pod rząd. Poprzedni wciąż jeszcze tlił się porzucony na brzegu popielniczki.
    – Kurwa, jak ja nie znoszę świąt! – westchnął. – Prezentów nie mam, faceta nie mam, rodziny nie mam, a wszystko przez jakiś gówniany, czerwony kapocik ze szlafmycą. Nic tylko się powiesić.
    – Mnie to mówisz? Proud to be gay, nie ma co…
    – Żebyś wiedział – z dezaprobatą zgasił w filiżance dopiero co zaczętego Marlboro. – To co napiszesz ten tekst?
    – Spróbowałbym nie… – mruknąłem z rezygnacją. – Za to ty zrobisz sałatkę. Na święta i na Sylwestra!
    – Potwór – żachnął się odruchowo. – Doskonale wiesz, że zrobię. Ale pod warunkiem, że będziesz spał z brzegu. I ubierzesz choinkę. W ogóle to już dawno powinieneś ją wyjąć… – nagle się ożywił. – A może kupimy prawdziwą? Wiem, że nie lubisz, bo się sypią, ale za to jak ładnie pachną… Tylko ten jeden raz, proszę! Masz jeszcze te stare światełka? Poza tym trzeba kupić suszone borowiki…

    Mówił dalej, lecz ja przestałem słuchać. Zastanawiałem się intensywnie, co takiego jest w świętach, że nie potrafię wystawić go za drzwi. Bo przecież już od kilku lat obiecuję sobie na Nowy Rok, że nigdy więcej nie będę z nim sypiać.

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    orfeusz

    KOOSIE

  • Wspomnienia prostytutki

    Eros i okolice O życiu i zarobkach dziewczyn pracujących w stołecznych agencjach towarzyskich krążą najróżniejsze mity i legendy.

    Postanowiłam zamieścić cykl wspomnień Kasi – dziewczyny, która przez ponad rok pracowała w jednej z warszawskich, ekskluzywnych agencji. Działo się to jakiś czas temu ale to co było aktualne wtedy jest aktualne i teraz.

    Uwaga: wszystkie zdarzenia przedstawione w tym cyklu są autentyczne – jednak wszelkie imiona i miejsca, które mogły by doprowadzić do identyfikacji jakichkolwiek osób bądź miejsc są zmienione.

    O życiu i zarobkach dziewczyn pracujących w stołecznych agencjach towarzyskich krążą najróżniejsze mity i legendy.

    Postanowiłam zamieścić cykl wspomnień Kasi – dziewczyny, która przez ponad rok pracowała w jednej z warszawskich, ekskluzywnych agencji. Działo się to jakiś czas temu ale to co było aktualne wtedy jest aktualne i teraz.

    Uwaga: wszystkie zdarzenia przedstawione w tym cyklu są autentyczne – jednak wszelkie imiona i miejsca, które mogły by doprowadzić do identyfikacji jakichkolwiek osób bądź miejsc są zmienione.

    “Pierwsze dni”
    Dlaczego zdecydowałam się na pracę w agencji ? Bo to był jedyny sposób na zarobienie pieniędzy, których wtedy potrzebowałam. Większość dziewczyn pracujących w agencjach zaczyna właśnie z tego powodu.

    Sama być może bym się nie zdecydowała ale namówiła mnie moja kumpelka (nazwę ją w tej opowieści Olą), która będąc – podobnie jak ja w ciężkich tarapatach finansowych zdecydowała się na ten desperacki krok. Któregoś dnia wzięłyśmy gazetę z ogłoszeniami i wybrałyśmy na chybił trafił. Przyszłość pokazała, iż wybór okazał się nad wyraz trafny.

    Najpierw telefon, krótka rozmowa i już byłyśmy umówione na rozmowę w sprawie pracy. W określonym dniu i godzinie stawiłyśmy się w agencji mieszczącej się w centrum Warszawy. Przyjął nas jeden z współwłaścicieli. Po 10 minutach było po wszystkim (a przynajmniej tak nam się wydawało) “miałyśmy pracę”. Pozostał tylko jeszcze jeden “drobiazg” czyli “egzamin praktyczny”. Tak, tak dziewczyna, która chce pracować w agencji musi liczyć się z faktem, iż jej pierwszym oczywiście darmowym klientem będzie właściciel agencji. Tak też się stało i w naszym przypadku. Jeszcze tego samego dnia wieczorem mną zajął się Crazy (współwłaściciel agencji) a Olą Kaczor (szef ochrony). Już po tym pierwszy razie wiedziałam, że robić to będę tylko i wyłącznie ze względu na pieniądze, Oli natomiast wyraźnie się ta “praca” spodobała.

    Kilka słów o zarobkach i organizacji pracy.
    Dzień pracy zaczynał się koło południa. Większość dziewczyn nie tylko pracowała ale i mieszkała w agencji.

    Spałyśmy w tych samych pokojach w których obsługiwałyśmy klientów. Oczywiście na porządku dziennym były także wyjazdy do klienta.

    Jeśli klient przychodził do agencji wówczas wybierał sobie jedna z nas z którą szedł do pokoju gdzie dostawał to, po co przyszedł. Płacił oczywiście z góry. Stawka za godzinę wynosiła równowartość 100$. Połowę z tego dziewczyna zostawiała sobie. Naszym zadaniem było nie tylko zadowolenie klienta ale także “przytrzymanie” go jak najdłużej. Niestety w zdecydowanej większości wypadków godzinka to było wszystko na co można było liczyć.

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    orfeusz

    Kolejna część opowiadan niebawem.

  • Sex trojkat z przyjaciolka

    Rodzice mojej koleżanki z roku mają letni domek za miastem. Tuż po letnich egzaminach Kaśka (bo tak ma na imię) zaprosiła tam całą naszą grupę na imprezę. Jednak już na miejscu okazało się, że przyjechało nas tylko sześcioro. Oprócz naszej nierozłącznej trójki (czyli Kaśki, Anki i Kamili) była tylko jeszcze jedna para, Monika ze swoim chłopakiem Tomkiem, oraz Maciek – najprzystojniejszy chłopak na roku, ale jak dotąd odporny na zaloty damskiej połowy ludzkości. Byłyśmy strasznie zawiedzione i wściekłe na naszą grupę. Wieczorem posiedzieliśmy przy kominku, pośmialiśmy się z wykładowców, potańczyliśmy trochę – i zaczęło się nam nudzić. Monika i Tomek szybko się ulotnili do pokoiku na piętrze. Maciek bawił nas chwilę rozmową, po czym musiał na chwilkę wyjść. Zostałyśmy same. Od słowa do słowa – postanowiłyśmy… uwieść Maćka. Cóż, taki przystojniak był obiektem naszych westchnień przez cały rok, a okazja mogła się nie powtórzyć. Nie mogłyśmy czekać.
    Maciek właśnie wrócił. Nie miałyśmy czasu dokończyć rozmowy, ale przecież rozumiałyśmy się bez słów. Kasia nalała Maćkowi kieliszek wina i podała z niewinnym uśmiechem. Była na pewno najładniejszą dziewczyną w całym naszym roczniku: wysoka, z jasnymi włosami aż do pasa i ślicznymi niebieskimi oczami. Maciek podjął rozmowę przerwaną przed wyjściem. Udawałyśmy zaangażowanie, choć tak naprawdę interesowało nas coś zupełnie innego.
    – Ciepło tutaj – powiedziała Ania i jakby nigdy nic zdjęła bluzkę, zostając w samym staniku. Maciek trochę się rozbudził, ale był mocno speszony. Kaśka stanęła za nim i swoimi długimi palcami zaczęła mu masować kark i szyję. Maciek nie wiedział, co się dzieje. Napełniłam jeszcze jeden kieliszek winem i niemal wlałam go w Maćka, co osłupiło go jeszcze bardziej. Ania rozpięła spódniczkę i powoli zsunęła ją na ziemię, zostając w samej bieliźnie. Podkręciła trochę radio i zaczęła tańczyć. Maciek spojrzał na mnie, jakby oczekując wyjaśnienia. Zamiast tego usiadłam przed nim i zaczęłam rozpinać mu spodnie. Nie wiem, co go bardziej podnieciło: pieszczoty Kaśki, taniec Anki czy moje manipulacje przy jego rozporku, w każdym razie bokserki miał mocno wypchane. Kiedy spodnie poszły w kąt, to samo zrobiłam z gatkami. Cóż, okaz, jaki miałam przed sobą był imponujący! Objęłam go delikatnie palcami, zsunęłam napletek, włożyłam fiutka do buzi i zaczęłam ssać. Kasia w tym czasie ściągnęła z Maćka koszulkę i po chwili siedział na wersalce zupełnie nagi. Anka w tańcu również pozbyła się bielizny. Ja miałam na sobie sukienkę zapinaną z tyłu – Ania pociągnęła za suwak i zdjęła ją ze mnie. Maciek wybałuszył oczy, Anka i Kaśka zresztą też: po prostu bardzo lubię nosić pończochy i na tej wyjazd też je założyłam. Kasia szybciutko zrzuciła swoją sukienkę (pod którą zresztą miała tylko skąpe majteczki) i wróciła do pieszczot. Ania zaś usiadła obok Maćka i zaczęła się z nim całować. Maciek myślał, że w końcu go zaspokoję, ale Kaśka miała zupełnie inne plany. Wzięła Maćka za rękę i zaprowadziła do sypialni, oczywiście my podążyłyśmy za nimi. W sypialni stało ogromne łóżko rodziców Kasi. Maciek położył się na plecach. Teraz Kasia robiła mu dobrze ustami, a ja całowałam się z nim, a właściwie wpychałam mu język do buzi. Ania przez moment nie wiedziała, co ma robić, ale po chwili położyła się obok nas i zaczęła się sama pieścić. Maciek znów miał nadzieję, że tym razem będzie mógł się spuścić u Kaśki w buzi. Ale przecież to my miałyśmy go przelecieć! Kaśka przerwała pieszczoty, zdjęła majtki i usiadła na Maćku. Aż jęknął, kiedy jego fiutek wszedł cały do ogolonej cipki. Kochała się z nim na jeźdźca, a ja tymczasem zbliżyłam swoją szparkę do jego ust. Zrozumiał w mig i zaczął mnie lizać. Ania tymczasem wzięła dłoń Maćka i włożyła sobie między nogi, sama pieszcząc łechtaczkę. Kasia po jakimś czasie wypuściła małego ze swych objęć i nadziała się na niego pupą, dalej go ujeżdżając. Jej piersi rytmicznie podskakiwały. W krótkim czasie wszystkie trzy doszłyśmy do wspaniałego, potężnego orgazmu – nasz krzyk na pewno musiał dotrzeć do Moniki i Tomka!
    Maciek nie zdołał jeszcze skończyć (wino działało…), więc błagał, żebyśmy nie przerywały – ale to my decydowałyśmy. Przytrzymałyśmy z Anią jego ręce, żeby nie mógł się sam zaspokoić i zawiązałyśmy mu jedwabną apaszkę na oczach, żeby nie mógł przewidzieć naszych zamiarów. Tymczasem Kaśka zaczęła szperać w nocnej szafce. Okazało się, że jej rodzice oprócz sporego zapasu gumek zgromadzili też niezły zestaw erotycznych zabawek. Kaśka wyjęła z szuflady wielki różowy wibrator, wyglądający zupełnie jak penis. Ogarnęła nas z Anką ochota, żeby się nim pobawić, ale Kaśka miała inny pomysł. Założyła na wibrator bananową prezerwatywę i kazała Maćkowi pokazać, jak się robi laskę. Miał unieruchomione ręce, więc musiał być posłuszny. To jednak Kasi nie wystarczyło. Rozchyliła Maćkowi nogi i bez ceregieli wcisnęła wibrator do jego pupy. Maciek jęknął, a ona zaczęła rytmicznie wsuwać i wysuwać zabawkę między jego pośladkami. Pupa Maćka zrobiła się czerwona, a penis nabrzmiał tak, że zdawał się za chwilę eksplodować. Kiedy Maciek już krzyczał z rozkoszy pomieszanej z bólem, Kaśka włączyła wibrator, od razu na maksa. W życiu nie widziałam takiego wytrysku! Sperma Maćka była dosłownie wszędzie: na pościeli, na nim, na nas, parę kropel znalazło się dziwnym trafem aż na ścianie.
    Zajęte Maćkiem i sobą nie zauważyłyśmy, że ktoś nas cały czas obserwuje. W drzwiach sypialni stał Tomek z Moniką, oczywiście zupełnie nadzy – odgłosy naszej zabawy przerwały im miłosne igraszki na poddaszu. Widok tego, co robimy musiał ich nieźle podniecić. Świadczyły o tym nabrzmiałe sutki Moniki i sterczący w górę penis Tomka. Kiedy już odkryłyśmy ich obecność, weszli do sypialni i dołączyli do nas. Łóżko rodziców Maćka było wielkie, więc zmieściliśmy się bez trudu. Byłyśmy ogromnie ciekawe, co zrobią nasi “goście”. Nie uwierzycie! Tomek nachylił się i … zaczął robić laskę Maćkowi. Ten był jeszcze wyczerpany orgazmem, ale widać było, że pieszczota sprawia mu przyjemność. W dodatku myślał, że to któraś z nas, bo Tomek nie odezwał się ani słowem. Patrzyłyśmy jak zahipnotyzowane na wypięty tyłek Tomek: kołysał nim tak cudownie… Monika zaskoczyła nas nie mniej: zaczęła pieścić po francusku Anię. Zostałyśmy więc z Kasią same. Ponieważ widok był niesamowity, między nogami byłyśmy po prostu mokre. Nie minęła chwilka, a leżałyśmy obok pozostałych dwóch par całując się i masując wzajemnie swoje muszelki.
    Zabawa trwała prawie do rana. Kochali się chyba wszyscy ze wszystkimi. Już świtało, kiedy zmęczeni usnęliśmy tworząc jedno wielkie kłębowisko nagich ciał.
    Spotykamy się nadal, chodzimy razem do kina i do knajp, ale nie powtórzyliśmy tamtej nocy.
    Jednak kto wie – może kiedyś znów pojedziemy do Kasi?

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    orfeusz
  • Sex z nastoletnia dziewczyna

    Czy to nie powinno być bardziej proste? Ilekroć proponowałem dziewczynie spotkanie, czułem, że moje kruche serce wisi na cienkiej nitce, a kiedy ona powie “nie”, nitka się zerwie.

    Poznaliśmy się na jakimś przyjęciu, rozczuliła mnie jej niewinność, która mieszkała w zielonej tęczówce oczu, w wiotkiej figurze i ten uśmiech, który swoim światłem tak często opromieniał jej twarz. Kiedy słuchając mnie unosiła brwi, widziałem skrzydła jaskółki.

    A jednak zaproponowałem spotkanie. Kiedy powiedziała “chętnie”, poczułem, że moje rozkołysane serce nieruchomieje, aby bić już spokojnym rytmem. Umówiliśmy się na Rynku Nowego Miasta, wybrałem to miejsce, jedne z nielicznych, gdzie ocalało piękno architektury. Przyszedłem wcześniej i schowałem się w bramie.

    Chciałem zobaczyć jaka jest, gdy nie wie, że ktoś na nią patrzy. Naburmuszyła się widząc moją nieobecność. Zbliżyłem się zasłonięty różami, a wtedy szybko uśmiechem wytarła nadąsanie. Przyjęła róże, a nawet zaciągnęła się głęboko i namiętnie ich zapachem.

    – Czy słyszysz jak to gra? – zapytałem wskazując na kościół, klasztor i okoliczne budowle.
    – Co gra? – zapytała.
    Trochę speszyło mnie to pytanie. Ona, która przypomina utwór muzyczny, powinna czuć harmonię i muzykę architektury.

    Nie jadała mięsa, nie jadała prawie nic, lubiła tylko ruskie pierogi, ale ta wybredność też była dla mnie wzruszająca. Ujęty delikatną urodą dziewczyny, bez trudu wszystko uznałem w niej za ujmujące. W ekskluzywnej restauracji jakimś cudem dokopano się ruskich pierogów, a z tego wszystkiego ja też je zamówiłem. I nawet mi smakowały.

    Mówiła mało, ale potrafiła inteligentnie milczeć. Tak przynajmniej czytałem jej milczenie. Pracowała w firmie reklamowej, była bodaj jej współwłaścicielem, ale nie było to jasne. A ja przecież chciałem wiedzieć o niej wszystko. Czy ma jakiegoś mężczyznę? Jak mogła nie mieć, może przed chwilą z nim zerwała? Intuicyjnie czułem, że jest tuż po rozstaniu i trafiłem na odpowiedni moment. Była tak delikatna i subtelna, że nie mogłem sobie jej wyobrazić w rękach innego mężczyzny niż ja. Więc nie próbowałem.

    Na ulicy chciałem się pożegnać i umówić ponownie, gdy niespodziewanie zaprosiła mnie do siebie. Jakby nigdy nic. Czy nie powinienem odmówić? Nie potrafiłem. Ale czułem, że jej delikatność stoi w niepokojącej sprzeczności z tym zaproszeniem.

    Była o wiele młodsza ode mnie, ale chyba jeszcze z generacji X, a nie z Y, gdzie wszystko wygląda, jak wyjęte z pralki po odwirowaniu – w wydaniu kulturalnym, bo w innym, jak spod walca drogowego.

    Jechałem za nią, byłem dobrym kierowcą, ale tylko cudem się nie zgubiłem. Gwałciła wszelkie przepisy, ale robiła to z pewną siebie niewinnością. Kiedy stanęliśmy, byłem spocony jak po biegu na długim dystansie.

    Obskurny budynek z lat 60 stał wtłoczony między stare domy. Winda wyglądała jakby wożono nią drapieżne zwierzęta. Czułem, że wstydzi się tej windy, więc odruchowo zamknąłem oczy. Pokój, który wynajmowała był jednak gustownie urządzony, chociaż miałem dojmujące uczucie, że przedmioty nie pasują do siebie, jakby kupowały je zupełnie różne osoby.

    Boczne okno pokoju wychodziło na dach przylegającej do domu, niższej kamienicy. Takie okna są w Polsce z reguły okratowane, to było wolne od krat. – W lecie tu się opalam… czasami nago – powiedziała i chyba się zarumieniła.

    Nie wiem kiedy na stole pojawiło się wino, ono też mnie onieśmieliło. To ja powinienem przynieść wino, ale kto mógł się spodziewać? Nie wiem kiedy je wypiliśmy, jako kierowca nie powinienem tego robić.

    Nie wiem kiedy położyła się na łóżku, usiadłem na jego brzegu i położyłem rękę na jabłku jej kolana. Nie zareagowała. To była jedna z trudniejszych decyzji w mym erotycznym życiu, czy moja dłoń powinna powędrować w górę? Nie zdążyłem jej podjąć.

    – Może wolisz żebym włożyła nocną koszulę, jest tak późno? – zapytała jakoś dziecinnie, jakby włożenie piżamy w tej sytuacji dotyczyło tylko snu.
    To była bawełniana, srebrna koszula, ten materiał lejący się jak woda i jak woda chłodny pobudzał mnie erotycznie. Teraz położyłem na jej nodze usta. Nie poruszyła się. Miała niezwykłą skórę, która pachniała morzem stygnącym po upalnym dniu.

    Moje wargi wpadły w poślizg. Chciałem zatrzymać się w okolicy ud, ale tam skóra była jeszcze bardziej gładka. Przyjęła to naturalnie, otworzyła się jak otwiera się drzwi komuś bliskiemu.

    Nigdy jeszcze nie smakowała mi tak płeć kobiety, łagodna potrawa gdzie wszystkiego jest w sam raz. Szybko miała orgazm, subtelny, ale głęboki. Jej szczyt zmienił się w nasze wspólne, wielkie szumiące pole traw, na którym położyłem głowę wdychając jej zapach.

    – Kocham Cię – szepnęła, a ja poczułem, że rozpuszczam się w tych słowach jak kostka cukru w gorącej herbacie. Tak długo szukałem swojej miłości, a teraz znalazłem ją nagle, niemal przypadkowo. Poczułem jak rośnie we mnie fala uczucia.

    Gdy uniosłem się, by wejść w ten błogostan z burzą swojej namiętności, usłyszałem pukanie do drzwi. Zastygła stając się na chwilę greckim posągiem, białym i doskonale harmonijnym.

    – To on – szepnęła.
    – Jaki on? – stłumiła pytanie, kładąc mi dłoń na ustach.
    Ubrała się szybko, a ja sam nie wiem kiedy uczyniłem to samo, w panice, która jest zaraźliwa jak dżuma.

    Stukanie zmieniło się w dźwięk bardziej brutalny, jakby ktoś kopał w drzwi. Pościeliła łóżko. W biegu, który przypominał taniec, pozacierała ślady naszej obecności. I szepnęła.
    – A teraz wychodzimy przez okno, szybciutko!

    Mówiła, jakby proponowała jakąś zabawę. Zgasiła świtało. Wyjęła róże z wazonu, moje róże. Najwyraźniej zamierzała zebrać je ze sobą w tę osobliwą podróż. Zaprotestowałem. Wszedłem tu przez drzwi i zamierzam nimi wyjść, nic mnie nie obchodzi jakiś zazdrosny palant.

    Powtórzyła coś kilka razy szeptem. Nie zrozumiałem słów, ale brzmiało to dosyć groźnie, bardziej jednak przejąłem się siłą z jaką pociągnęła mnie do okna.
    Po ciemnej stronie świata stała metalowa, składana drabinka.

    Poczułem się jak chłopiec, który po kryjomu wykrada się z domu. I był dreszcz emocji. Dachy zawsze mnie fascynowały, a chodzenie po nich to moje nie zrealizowane marzenie z dzieciństwa. Było ciemno, pachniało papą, która parowała rozgrzana upałem dnia.

    Ten zapach miał w sobie coś namiętnego. Podała mi róże, uważnie by nie skaleczyć kolcami. Przymknęła zręcznie okno, potem wzięła kwiaty, a ja zostałem obarczony drabinką. Chwyciła moją wolną dłoń i zaskakująco pewnie prowadziła po wąskiej, drewnianej kładce.

    – Po co to wszystko? – zapytałem.
    – Zabiłby ciebie – mówiła tak bardzo nie swoim głosem, że uwierzyłem, że mówi prawdę.

    Czy to jej mężczyzna, jakiś szaleniec, a może tylko ojciec…? Najlepiej gdyby to był ojciec. Nie miałem kiedy pytać, przemieszczaliśmy się szybko, czasami po omacku. Na szczęście nie mam lęku przestrzeni, nawet się kiedyś wspinałem. Nagle uświadomiłem sobie, że chodzi po tych dachach swobodnie, jak po swoim mieszkaniu.

    Spróbowałem wyobrazić sobie nas w środku Warszawy, jak przemykamy się z drabinką i różami, w zamglonym blasku księżyca. Domy miały różną wysokość, ale znała wszystkie przejścia, musiała wielokrotnie przebywać tę drogę. W jednym z załomów muru wskazała miejsce, gdzie należy zostawić drabinkę.

    – Róże? – zapytałem.
    – No wiesz! – w jej głosie odnalazłem szczere oburzenie.
    Miałem wiele pytań, nie była w nastroju do rozmów. Miała jakiś cel i pewnie do niego dążyła. Balkon, w starym przedwojennym domu, nadkruszonym zapewne w czasie powstania, wisiał w miejscu osobliwym, tak blisko dachu.

    – To tu – powiedziała, jakbyśmy w końcu znaleźli odpowiednią kawiarnię – wystarczy spuścić się na rękach. Potrafię, a ty?
    – Wspinałem się – powiedziałem z odcieniem urażonej męskiej dumy, po czym dodałem ironicznie – ale zawsze mniej więcej wiedziałem po co schodzę ze szczytu, teraz nie wiem.

    – Ratuję nam życie – powiedziała takim tonem, jakby to było oczywiste. I tylko ktoś naiwny jak ja, mógł to przeoczyć. Pomogłem jej zejść na obszerny balkon, chociaż sama świetnie dawała sobie radę, była zręczna jak wiewiórka.

    Rzuciłem róże, a potem z młodzieńczym wdziękiem, tak przynajmniej mi się wydawało, zeskoczyłem na balkon. Za szklanymi drzwiami paliło się światło. Sam nie wiem, co spodziewałem się zobaczyć. Wiem co ujrzałem.

    To był wzruszający, realistyczny obraz. Dwoje starych ludzi siedziało przy okrągłym stole. Jedli kolację, zerkając na telewizor. Gruby, czarny kot leżał w pobliżu imbryczka z herbatą zwinięty w kłębek, ciepły, jak przed chwilą upieczony murzynek. Stary zegar na ścianie kołysał swoim złotym wahadłem.

    Zapukała w szybę. Mężczyzna odwrócił oczy od telewizora, odłożył widelec, spojrzał w ekran balkonu. Powiedział coś do żony, potem bez wahania podszedł by otworzyć drzwi, jakby oczekiwał przybyszów z nieba.

    – Dasz jej róże – szepnęła takim tonem, jak uczy się dobrych manier młodych chłopców.
    – No tak, domyślałem się, że to znowu Pani – powiedział starszy pan.
    Roześmiała się serdecznie, jakby odwiedzała o umówionej godzinie przyjaciół.

    – Dzień dobry, a właściwie dobry wieczór, chcę Państwu przedstawić mojego przyjaciela…
    Mężczyzna nałożył okulary i przyjrzał mi się badawczo.

    – Pani nieustannie mnoży przyjaciół…
    Podał mi jednak serdecznie rękę i zaprosił do środka.
    – Helu, sąsiadka, z nowym przyjacielem!
    – Oby był równie sympatyczny jak poprzedni – odparła kobieta.

    Miałem wrażenie, że biorę udział w teatralnym przedstawieniu. Zastanawiałem się czy znam dalszą część swojej roli? Na razie znałem. Szarmancko podałem gospodyni róże. Przyjęła je i rozpromieniona powiedziała:

    – Muszę przyznać sąsiadko, że wszyscy Twoi przyjaciele mają gust do kwiatów. I znowu taki ładny chłopiec.
    Nie czułem się w swojej trzydziestce ładnym chłopcem, nie czułem się dobrze będąc jakimś kolejnym, który wręczał kolejne kwiaty spadając zapewne z kolejnego nieba.

    Jak to możliwe, że coś co było w najwyższym stopniu nienormalne, ci ludzie traktowali naturalnie? Zaprosili nas do stołu, kładąc dwa dodatkowe talerze. Kot na chwilę podniósł głowę, spojrzał mi w oczy i miałem wrażenie, że uśmiechnął się.

    Widziałem uśmiechające się psy, uśmiechnięte koty należą do rzadkości. Nie byliśmy głodni, ja w pewnym sensie czułem się nadziany ruskimi pierogami. Zgromiony jej spojrzeniem wepchnąłem jednak w siebie dwie kanapki, a nawet wdałem się w polityczną dyskusję z gospodarzem.

    I jak to często bywa przy polskim stole, poszło o Unię Wolności, której byłem umiarkowanym zwolennikiem, a on nieumiarkowanym wrogiem.
    – Ach ci mężczyźni – uśmiechnęła się staruszka, nie do mnie, a do niej, która właśnie kopała mnie pod stołem, zapewne w intencji, abym miarkował swoje opinie.

    – Oni zawsze się kłócą o politykę – ciągnęła gospodyni – Z tego co pamiętam, kilku poprzednich pani przyjaciół z balkonu, to bardziej się politycznie zgadzało z moim mężem, jeśli w ogóle z nim można się zgodzić. On tak lubi mieć zawsze odmienne zdanie, ja już coś o tym wiem.

    Tego było za wiele. Wstałem, podziękowałem za kolację, stanowczo powiedziałem “na mnie już czas.” Byłem pewien, że pójdzie ze mną i tym razem wyjaśnię do końca całe to szaleństwo. Nie zamierzała mi towarzyszyć. W telewizji zapowiedziano właśnie serial, który tak lubiła. Otumaniony poszedłem w stronę balkonu.

    – Nie tędy młody człowieku. Teraz można drzwiami.
    – Wszyscy pana koledzy wychodzili drzwiami – pouczyła mnie gospodyni.
    Spojrzałem na moją ukochaną okiem bazyliszka, ale zapewne było to jedynie oko rannego jelenia. Uśmiechnęła się tym samym niewinnym uśmiechem, który stał u źródeł mego pobytu w tym mieszkaniu.

    Wychodziłem, odprowadzany przez całą trójkę, a nawet przez kota, który zeskoczył ze stołu, wygiął grzbiet i otarł się o moją nogę. Nie do wiary, to mnie zabolało. Otworzyłem drzwi, poczułem niepokój. Sprawdziłem, czy klatka schodowa ma schody?

    Szedłem nimi nie zapalając światła, na wszelki wypadek, ale na jaki wszelki wypadek, doprawdy, nie wiedziałem? Nazajutrz próbowałem do niej zadzwonić, ale numer, który mi podała był telefonem izby wytrzeźwień. Czy zrobiła to celowo? Udało mi się odnaleźć jej dom.

    Był wieczór, wilgotny i ponury. Stanąłem przed drzwiami, z sercem w okropnym stanie, z nerwami w jeszcze gorszym. Zapukałem. Słyszałem, że ktoś jest w środku. Nikt jednak nie otwierał. Zacząłem walić pięścią w drzwi, a potem w nie kopać jak opętany.

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    orfeusz
  • Niemoralna propozycja

    Moja droga, bliżej niezidentyfikowana kobieto. Nie jest ważne, kto jest autorem tych zdań, istotny jest adresat, w tym przypadku adrestaka — w miarę chętna kobieta. Jesteśmy w świecie marzeń, więc pozwól mi być ich ucieleśnieniem.

    Wyobrażam sobie Ciebie w dużej, odpowiednio urządzonej kabinie prysznicowej. Obserwuje Cię z profilu, jak spłukujesz swoje włosy. Widzę tylko zniekształcone cienie, jakie rzuca Twoje piękne ciało na zasłonę. Chwilę robisz coś przy końcówce prysznica, gdy nagle wytryskuje z niego silny, zbity strumień wody. Jedną ręką opierasz się o scianę, a drugą kierujesz wylot prysznica na klatkę piersiową. Jednak strumień wody jest za ostry, skoro obniżasz go na uda, przy okazji trochę zmniejszając ilość lejącej się wody. Chwilę celujesz i chyba trafiasz w czuły punkt, czyżbym usłyszał cichutkie ,,Och“? Spodobało się? Widzę jak kierujesz prysznic coraz bardziej pod siebie, rozchylasz nogi, az kolanem dotykasz zasłonki. Znów ,,Och“? Czy ,,Um“ tym razem? Po chwili patrzę, i widzę jak drugą ręką pieścisz swoje piersi, a prysznic kieruje się co chwile w inne partie Twych intymnych miejsc. Nie wytrzymuję, podchodzę do kabiny, odsłaniam gwałtownie zasłone, zrywając ją przy okazji. Patrzę się w Twoje zaskoczone oczy pytającym wzrokiem: ,,Co dalej?“. To zależy tylko od Ciebie…

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    orfeusz
  • Przywiazana do lozka

    Moja droga, bliżej niezidentyfikowana kobieto. Nie jest ważne, kto jest autorem tych zdań, istotny jest adresat, w tym przypadku adrestaka — w miarę chętna kobieta. Jesteśmy w świecie marzeń, więc pozwól mi być ich ucieleśnieniem.

    W nudny poniedziałkowy wieczór siedzę w, zazwyczaj pełnej, knajpie znieczulony kilkoma głębszymi whiskaczami. Ty, przy barze, rozmawiasz z, zapewne najlepszą, przyjaciółką nie zwracając uwagi na mój ciemny kąt. Nawet nie zdajesz sobie sprawy jakie niebezpieczeństwa czy też przyjemności (czasem trudno odróżnić, prawda?) czyhają na taka szatynkę o drobnej budowie ciała w mojej rozerotyzowanej (i rozstrojonej alkoholem) głowie. Może…

    …łóżko z poręczami, Ty sama na nim skuta wyrafinowanymi, ale mocnymi kajdankami, z rozłożonymi i przywiązanymi nogami, z zawiązanymi oczami w prześwitujacej bluzeczce i słodkich majteczkach o kolorze zgniłej zieleni? Twoje rozłożone nogi i zniewolone ręce nie maja już siły, ani ochoty, na szarpanie się i szukanie coraz to innej drogi ucieczki. Teraz wiem, że przyszedł czas na spełnienie moich pragnien. O, popijasz martini z wódka?

    Podchodzę do łóżka, stukam w metalową poręcz; słysząc to chcesz się zerwać z nałożonych przeze mnie więzow. Wchodzę na łóżko, klękam pomiędzy Twoimi udami i napawam sie pięknem Twojego bezbronnego ciała. Czyżbyś czuła sie lekko zagrożona? Przecież Ciebie nie zgwałcę… Chyba. Pochylam się, kładę dłonie na Twoich kształtnych i jędrnych piersiach. Czuję przez koszulkę ich miłą wypukłość, słodko zakończone miękkimi jeszcze sutkami. Czy mówisz ,,Nie“? Trudno, teraz ja tu rządze! Tymczasem gładzę Twoje piersi przesuwając materiałem po Twoim ciele. Ty, wściekła, wijesz sie pod moimi rękoma, co mnie jeszcze bardziej podnieca. Silnym ruchem rozrywam delikatną koszulkę i nie bacząc na Twoje protesty wssysam się moimi lubieżnymi ustami w Twoje sutki. Ssię je i oblizuję, przenosząc się z jednego na drugi. Moje dłonie podążają między Twoje uda, rozpoczynam (czy to malibu?) palcami rozpustny taniec na Twoim łonie. Co chwilę dotykam Ciebie w inne czułe miejsca, bacząc jednak na to by nie dotknąć sedna sprawy. Co chwilę prawieże sciągam z Ciebie majteczki, jednak rezygnuję. Chyba trzeba je rozedrzeć; patrzę się teraz na Ciebie z góry — jakże pięknie wyglądasz, trochę spocona, przestraszona w podartej bieliźnie. Twoje piersi tak pięknie falują, nie, nie mogę się powstrzymać. Zanurzam mój palec w Twoich płatkach, przesuwam go w dół, ojej, jesteś mokra? Dlaczego się w takim razie bronisz? Nachylam się nad Tobą, przejeżdżam językiem po łechtaczce, gdy tymczasem moje palce wsuwają się w Ciebie. Przysysam się do Ciebie, chwytam Ciebie za pośladki, sama się unosisz, moje kciuki są w Tobie. Rozmazuję między udami Twoje soki, wsuwam w Ciebie kciuki, to znow wysuwam.

    Chcesz jeszcze, chcesz mocniej? Może się uda, może głebiej, może odwazniej, może inaczej, może gdzie indziej… Odpowiedz…

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    orfeusz
  • Gniew

    Na klatce schodowej dudniły pospieszne kroki. Mężczyzna w kremowym płaszczu przemknął pod lampą rzucając ulotne cienie na ściany. Nagłym ruchem obrócił się, nacisnął na klamkę i zaklął:

    – Kurwa, zamknięte…

    Podniósł kolano, oparł stopę o drzwi i ułożył aktówkę zamkami do góry; otwarł ją i zaczął szukać kluczy. Za drzwiami dało się słyszeć szmer, mężczyzna jednak nie zdążył zareagować. Kobieta otwarła drzwi, mężczyzna upuścił aktówkę i rozsypał dokumenty.

    – O, kochanie! Mam obiad gotowy.

    Uśmiechnęła się do pochylonej postaci mężczyzny i odeszła w głąb mieszkania. Mężczyzna odczekał, aż kobieta zniknie za rogiem i zaczął z furią wrzucać dokumenty do aktówki. Zamknąwszy ją w końcu wszedł do przedpokoju. Położył aktówkę obok wieszaka, gwałtownym ruchem ręki zamknął drzwi, tak samo zrzucił z siebie płaszcz i szal.

    – Kochanie, chodź, już gotowe – dobiegł go głos kobiety idącej z kuchni do pokoju.

    Podszedł do drzwi, patrzył się chwilę na poświatę bijącą z wewnątrz. Kobieta podeszła do wejścia:

    – Kochanie – zaczęła niepewnie – co się sta…?

    Mężczyzna przerwał jej w pół słowa brutalnie wpychając kobietę do pokoju. W jej oczach pojawił się strach; mina mężczyzny wyrażała tylko jedno uczucie, ale dobitnie — wsciekłość. Chwycił ją brutalnie za ramiona, popchnął do stołu. Chcąc złapać równowagę oparła dłoń o stół, rozbijając talerz zraniła się. Mężczyzna gwałtownym ruchem ściągnął obrus, przygwoździł kobietę do stołu. Chwyciła go za łokcie, zaczęła:

    – Kochanie, proszę, nie…

    – Oddaj mi się albo i tak dopnę swego, a tobie będzie gorzej! – odkrzyknął.

    ,,Czy jest sens się bronić? Chyba nie chce mnie tak naprawdę zranić?“. Mężczyzna zaczął niecierpliwie rozpinać jej bluzkę, w pośpiechu plątały mu się palce. Kobieta chwyciła bluzkę i rozdarła ją; guziki frunęły po całym pokoju, brzeg bluzki zaczerwienił się. Mężczyzna chwycił dłoń kobiety, przyłożył usta w miejscu rany i wyssał płynącą krew. Kobieta w tym czasie jedną ręką zaczęła rozpinać jego spodnie, które natychmiast opadły, za bokserkami wypinał się nabrzmiały penis mężczyzny, który od razu zaczęła głaskać. Dłonie mężczyzny skierowała na swoje piersi, on zaczął je mocno ściskać, pochylił się nad nią i przygryzał raz jeden raz drugi sutek. Kobieta coraz bardziej podniecona jęczała przy każdym kąśnięciu, ściskała jego członka. Mężczyzna podciągnął jej spódnicę, ściągnął jej majtki i przygładził palcami jej wilgotną łechtaczkę. Kobieta wygieła się z przytłumionym ,,Och!“ na ustach. Wsunął w nią palec, jej dłoń zacisnęła się na jego penisie, potem zdjęła majtki, nakierowała na go na swoją pochwę. Wsunął się w nią od razu na całą długość, pieszcząc jej piersi poruszał się w niej mocniej, ona pieściła dłońmi swoją łechtaczkę. Zsunęła się troche, obijał się o jej łono wzmacniając odczucia. Coraz mocniej i głębiej, coraz szybciej. Ich przyspieszone oddechy były coraz głośniejsze, jego dłonie mocno ściskały jej piersi, zadając jej lekki ból. Lekko krzyczała z bolesnej rozkoszy mocnych wepchnięć; jej palce coraz szybciej i mocniej tarły łechatczkę, jego członek coraz szybciej wchodził. Po chwili mężczyzna wypiął się z spaźmie rozkoczy kobieta szybką jedną ręką wyjełą członka i rozsmarowała wytryskującą spermę po swoich piersiach, on w tym samym czasie wsunął w nią gwałtownie palce pomagając jej orgazmowi. Kobieta jedną ręką ścisnęła śliską pierś, kiedy palcami drugiej wykonała ostatni ruch doprowadzający ją do orgazmu. Z jej ust wydobył się krzyk rozkoszy, wbiła w siebie rękę mężczyzny jeszcze mocniej w napięte ciało.

    – Jeszcze raz… – popatrzyła się na niego zalotnym wzrokiem…

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    orfeusz
  • Przyjemny pierwszy raz

    – To twój pierwszy raz?

    – Tak…

    Siedziała na łóżku, w białej koronkowej bieliźnie, nogi spuściła w dół, skrzyżowała na wysokości kostek. Jej opalone ciało ładnie kontrastowało z oświetloną porannym wiosennym słońcem bielizną. On, oparty o krzesło, stał tyłem do okna i patrzył na nią, na jej piękne ciało; był cały nagi, ale nie wstydził się, wręcz z przyjemnością przyjmował jej oceniający, jednak pełen pożądania wzrok. Oparła dłonie o brzeg łóżka, lekko zmrużyła oczy i przechyliła głowę usuwając twarz w cień. Jej ciemne włosy płynnie przefalowały po szyi opadając na lewe ramię.

    – Zasuń żaluzje.

    W pokoju zapanował półmrok, promienie słońca wpadające do pokoju tworzyły smugi światła, w których tańczyły drobinki kurzu.

    Wstała z łóżka, podeszła do niego i zaczęła delikatnie masować i drapać jego klatkę piersiową. Zbliżyła usta do jego krtani, pocałowała, przejechała…przygryzła… Drgnąwszy odchylił głowę. Wsparła się dłońmi na jego ramionach, uniosła się lekko i zaczęła całować jego szyję przygryzając i przejeżdżając językiem. Oparła się o jego ciało, chwyciła jego dłonie i położyła je na blacie stojącego za nim biurka. Wygiął się; ona przejeżdżając po jego torsie, rękach, brzuchu obserwowała jego ciało, jego reakcje. Zerknęła na jego powoli prostującego się członka. Pochyliła się, zaczęła delikatnie całować go po brzuchu.

    Uklęknęła, pogłaskała go po udach, jej usta powędrowały w okolice pępka, jego członek ocierał się o jej szyję. Jej pocałunki były coraz mocniejsze i namiętne; chwyciła go za pośladki, drapała je i gniotła. Jej usta przewędrowały w bok, przygryzła go po biodrze, zeszła niżej, na udo. Po chwili przesunęła się w stronę pachwiny, palcami zaczęła przejeżdżać po jego członku, drugą ręką drapała i muskała jego jądra.

    Jej palce ciągle przejeżdżały delikatnie po jego nabrzmiałym, pulsującym członku. Po chwili uniosła go lekko, przyssała się do samej nasady, językiem śliniąc jądra, rozprowadziła wilgoć po pachwinach, a jej palce delikatnie go szczypały i ugniatały. Przechyliła głowę, ujęła w usta podstawę członka i delikatnie przygryzając przejeżdżała w górę i w dół, unikając na razie kontaktu z żołądziem, którego z góry głaskała opuszkami palców. Jej druga dłoń coraz odważniej i mocniej pieściła jądra. Coraz częściej z jego ust wydobywały się westchnięcia i jęki rozkoszy.

    Uniosła głowę, dłonią chwyciła członka, a samymi ustami zaczęła ssać końcówkę. Po chwili puściła i połaskotała go koniuszkiem języka, po czym znów possała i tak na przemian. W międzyczasie dłonią pieściła, głaskała i drapała wilgotne jądra i pachwiny swojego kochanka. Wyginał się coraz mocniej, a ona cały czas go ssała. Po chwili obniżyła głowę i wzięła jego jądro w usta, jej dłoń przesuwała się po jego członku od nasady aż po sam koniec nasuwając i zsuwając napletek; język jej figlował w przód i w tył ciągle drgając. Ogarniające go podniecenie udzieliło się jego kochance do tego stopnia, że po chwili zaczęła myśleć o sobie. Drugą rękę skierowała na swoje łono i zaczęła delikatnie pieścić się przez majteczki, potem wsunęła palec pod bieliznę i delikatnie zaczęła masować łechtaczkę.

    Niespodziewanie dla niego zdjęła dłoń i wsunęłą go sobie w usta do samej nasady, by po chwili lekko przygryzając zatrzymać się z powrotem na końcówce. Dłonią coraz mocniej drażniła jego jądra. Intensywniej i szybciej ssała go i przygryzała, czując jak krew pulsuje w jego penisie. Oddychał spazmatycznie, ale ona nie przestawała, wzmagając tylko pieszczoty. Z jego ust raz po raz wydobywał się delikatny okrzyk, następny głośniejszy od poprzedniego. Po chwili nie wytrzymał odchylił jeszcze bardziej głowę i trysnął w jej usta. Ona go jednak nie puściła, nie pozwoliła mu odpocząć, tylko ssała z niego życiodajne soki, tak długo, aż całkowicie zmiękł.

    Popatrzyła się w górę, on przytaknął spod przymrużonych powiek.

    – Szybko i mocno…

    Odsunąwszy się od niego zdjęła majtki, położyła się na podłodze, rozchyliła nogi i przygięła je do brzucha, jednocześnie wsadzając pod pośladki poduszeczkę. Następnie chwyciła się za kostki i jej kwiat rozkoszy czekał pulsując i będąc lekko wilgotny. On uklęknął przed nią i na powitanie pocałował łechtaczkę.

    – Przy…je…mnie…

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    orfeusz
  • Moj chlopak uwielbia moje rajstopy

    Mam na imię Klaudia, chodzę do trzeciej klasy liceum. Mam Wam coś do opisania. Strona Andrzeja myślę, że nadaje się do opisania takiego czegoś. Otóż od pół roku mam chłopaka z klasy maturalnej, niestety nie chodzimy teraz na imprezki, ma dużo nauki, ale w weekendy znajdujemy dla siebie czas. Przejdę do rzeczy; jak każda dziewczyna lubię ubierać się w krótkie spódniczki,  uźne bluzeczki, buty na obcasach lub jak teraz kozaczki. Z Michałem zaczęliśmy współżycie od listopada i zauważyłam, że Michał niebywałą uwagę na moje stopy, a w szczególności, gdy mam na sobie rajstopy lub kolanówki. Od tego czasu ubieram się prawie  za każdym razem w rajstopy. Nawet zimno mnie nie wystraszy; ubieram je pod spodnie. Michał nic nie wie, że domyślam się o co tuchodzi. Za każdym razem jak przychodzi do mnie, to główną uwagę poświęcam na jego reakcję.

    Spytałam się jego jeszcze kiedyś, czy nie wymasowałby mi stóp po dyskotece. Jednak buty z wysokim obcasem dają się we znaki. Miałam wtenczas na nogach rajstopy z czarnej cieniutkiej lycry. Zaczął mi tak robić dobrze w stopy. Nie powiem, nawet się troszkę podnieciłam. Wyczułam w jego spodniach napęcznienie. Postanowiłam delikatnie trzeć przez rajstopy w jego członka. Pamiętam, że osiągnął swój cel, ale przecież za taki masaż musiałam mu podziękować.

    Kilka dni po tym spotkałam się z Michałem   na spotkanie postanowiłam ubrać cieliste rajstopy. Położyliśmy się na łóżku i zaczęliśmy się całować. Michał schodził coraz niżej, aż dotarł do mych stóp. Miałam wtedy spodnie. Zaczął mi je całować, nie powiem, że było miło, ale mogły być trochę przepocone, w końcu po całym dniu w butach. Na całowaniu nie skończyło się. Zaczął mi je lizać, poczułam się trochę nie swojo, wyciągnęłam jego członka i stopami wykonałam kilka ruchów. Trysnął mi na stopy. Nawet było miło. Ale teraz gdy już kochamy się. To nasze doznania erotyczne z wykorzystaniem rajstop są ponad wszystko inne. Zauważyłam, że podniecają go przepocone moje stopy. Przed każdym kochaniem jest długa gra wstępna. A ja zawsze ubieram rajstopy.

    Uwielbiam, gdy pociągam chłopaka czymś, wydaje się mi, że jest to bardzo ważne. Niestety zauważyłam, że od jakiegoś czasu brakuje mi nawet kilku par rajstop. Czasem przychodzi do mnie od rana, a ja niestety nie jestem w stanie zapanować nad porządkami w pokoju. Wykrada mi rajstopy brudne z pralki. Na początku byłam na niego zła, ale postanowiłam nic o tym nie mówić. Z czasem przyzwyczaiłam się do tego. Czasami nawet specjalnie dopuszczam do takich sytuacji. Zostawiam raz rajstopy pod biurkiem u mnie w pokoju, wystarczyłbym na chwilę wyszła z pokoju, by on je podkradł. Kiedyś postanowiłam zaproponować, czy nie mógłby mi kupić pary rajstop na wypad do baru. Przyniósł mi jakieś
    cztery pary w różnych kolorach. Od tamtej pory co jakiś czas kupuje mi jakąś parę rajstop. Za jakiś czas szykuje się bal
    studniówkowy, ciekawe czy Michał zechce moje rajstopki.

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    orfeusz

    Klaudia