Jak co weekend widywaliśmy się u mnie, zawsze przyjeżdżał w piątki po pracy koło 22 a ja zawsze przygotowywałam mieszkanie. Trochę o mnie i o nim. Jestem Justyna mam 20 lat, mój narzeczony Łukasz jest jakimś kierownikiem w firmie budowlanej i ma 25 lat. Mieszka z rodzicami ale ma dużo oszczędności i zbiera na najbogatszy dom na tej dzielnicy dla nas obojga. 02.02.2022 21:30 Mieszkanie było przygotowane w 100% na przyjazd Łukasza. W sypialni pościel zmieniona pięknie pachnąca a wokół łóżka: liny i płatki róż. W salonie natomiast znajdowało się wino i 2 kieliszki. A w przedpokoju napisałam liścik z treścią: Cześć kochanie, tęskniłam. Czekam na Ciebie w łóżku, chce cie poczuć w sobie. Judi ❤️ Za każdym razem po pracy jak przyjeżdżał się jebaliśmy, wiedział ze dziś będzie tak samo. Tej okazji ubrałam koronkową czerwoną bieliznę a usta pomalowałam także czerwoną szminką. Była równo 22. Usłyszałam przekręcające się klucze w zamku. Leżałam na łóżku na niego napalona. Wszedł do mieszkania – Hej kochanie wróciłem! – krzyknął. A następnie sięgnął po kartkę. Umierałam z podniecenia, byłam cała mokra – nie wiedziałam co dziś ze mną zrobi, cały czas mnie zaskakiwał. Po chwili usłyszałam że rozpina swój pasek od spodni. Usłyszałam jego kroki w stronę sypialni. – Pięknie wyglądasz kochanie. – odparł z paskiem w ręce podduszając mnie. – Chyba ktoś tu był niegrzeczny i zasługuje na kare? – zapytał. Pokiwałam głową a on usiadł na łóżku, położył mnie na swoich kolanach i zaczął uderzać mnie po pupie paskiem. – Licz do 10 szmato, za każdą pomyłkę zaczynasz od nowa. Zaczęłam liczyć. 1… 2… Wsadził mi palec do mokrej cipki. Jęk łam. – Od nowa kurwo! 1… 2… 3… Dołożył drugi palec i zaczął mnie pieścić. Znowu jęk łam. – Dobra koniec tego dobrego. I kontynuował bicie mnie po pupie. 1… 2… 3… 4… 5… 6… 7… 8… 9… 10… Nagle wstał, szarpnął mnie i przycisnął mnie za szyje do ściany. Jedną ręka przyciskał moją szyję a drugą rozpinał spodnie. Gdy ściągnął spodnie, moim oczom okazał się wielki kutas. Wiedziałam co mnie czeka. Pociągnął mnie za włosy na dół abym klękła. – Najpierw dla mnie lodzik a później jak zasłużysz będzie nagroda. Pocałował mnie w czoło a ja wzięłam się do roboty. Doszedł. Uwielbiałam smak jego spermy, zawsze połykałam. Mieliśmy jako para dziwne fetysze, ale mu najbardziej się podobało jak mówię do niego tatuś a on do mnie jak do córki. Mi to odpowiada bo sama nie miałam kontaktu nigdy z ojcem. – Teraz nagroda kochanie. Pozwolił mi wstać, zaplótł swoje palce w moich włosach, przysunął mnie ponownie do ściany i zaczął mnie całować. Całowaliśmy się namiętnie, nagle zszedł niżej – zaczął całować mnie po szyi a potem po cyckach. – O tak tatusiu, niżej – jęknęłam. Pominął okolice brzucha, ściągnął mi majtki i rzucił mnie na łóżko, zaczął robić mi minetę. – Oo tak Kocham Cię tatusiu – jęknęłam znowu. Prawie doszłam, on to poczuł lecz nagle zapytał: – Wzięłaś tabletki czy mam gumkę wziąć? – Wzięłam tabletki. – Nie ruszaj się. Wstał z łóżka, poszedł po liny. Związał mi obie ręce, rozszerzył nogi i przywiązał je do rogów łóżka. Wbił swojego kutasa we mnie, bardzo brutalnie. – O tak tatusiu jeb mnie w moją ciasną cipkę – jęczałam. Bardzo go to podniecało i z resztą mnie też, podjął pozycję na misjonarza – naszą ulubioną. Jebał mnie bez skrupułów, po chwili zasłonił mi usta swoją ręką i dalej mnie jebał. Doszłam. Wiedział o tym ale dalej wbijał swojego penisa we mnie. Zaczęłam się kręcić i wiercić. – Tato proszę przestań doszłam już! – Ale ja nie suko. W końcu doszedł we mnie, ja tak samo tylko drugi raz. Następnie rozwiązał mnie, pocałował i poszliśmy spragnieni napić się wina.
Category: Uncategorized
-
Przygoda z Lukaszem
Judi -
Pomocna dlon mamy dziewczyny
Zszedł na dół po schodach, ze spuszczoną głową. Jego kroki wydawały się ciężkie i pełne rezygnacji. Znowu nic, pomyślał z goryczą. Znowu nic z tego nie wyszło. Kolejny wieczór pełen nadziei okazał się klapą. Mieli już po osiemnaście lat, a znali się od dzieciaka. Byli parą od bardzo dawna, ale jeżeli chodzi o seksualne sprawy ich relacja nie posunęła się o centymetr. Zawsze kończyło się na przytulaniu i pocałunkach. Nie było mowy o seksie – ba, nie było mowy nawet o pettingu czy innych pieszczotach. Dla Kasi te tematy mogły nie istnieć. On inaczej się na to zapatrywał. Dojrzał już do pierwszej inicjacji, dojrzał już do czegokolwiek. Chciał, żeby się nim zajęła, chociaż raz. Chciał zająć się nią, spróbować jak smakuje kobieta. Nic z tego. Onanie widziała jego penisa, on nie widział jej nago – chociażby gołej piersi. Mówiła, że go kocha, ale wciąż kazała czekać. Nie miał pojęcia czy to w ogóle ma sens.
Schodził więc jak każdego wieczoru z obolałymi od podniecenia jądrami – wyczytał, że dzieje się tak, jeśli nie dojdzie do ejakulacji. Zawsze więc wracał do siebie, do domu i tam w zaciszu łazienki robił sobie dobrze ręką. Rzadko jednak myślał przy tym o Kasi.
Tego wieczoru, przechodząc w stronę wyjściowych drzwi przez salon, zastał siedzącą na kanapie matkę dziewczyny, Panią Grażynkę. W pierwszej chwili wystraszył się, bo było już bardzo późno i nie chciał, aby jej rodzice myśleli, że jest niewychowany, albo co gorsza – robi coś niestosownego z ich córką. Zawsze znikał pod osłoną nocy, albo dużo wcześniej, żeby uniknąć kontaktu. Tym razem jednak kobieta siedziała przy cicho włączonym TV, przy lampce wina i w świetle nocnej lampki. Chłopak zauważył, że matka Kasi siedzi w samym szlafroku i kapciach. Włosy miała spięte wysoko, widać było, że niedawno brała kąpiel. Założyła nogę na nogę, więc spostrzegł w tym przytłumionym świetle połacie jej ud oraz łydki. Musiał przyznać – już dawno to zauważył – że Pani Grażynka emanowała seksapilem. Była czterdziestoletnią kobietą, która naprawdę dobrze się trzymała. Zbudowana pięknie – wysoka jak na kobietę, z dorodnymi piersiami, figurą klepsydry oraz zgrabnym, dużym tyłkiem. Pamiętał jak czasami Kasia mówiła niby w żartach, że jej mama ma taką cudowną figurę od chodzenia na szpilkach – chodziła w nich podobno wszędzie i właściwie to Marek nie raz był tego świadkiem. Imprezy rodzinne, spotkania – Pani Grażynka zawsze wyglądała bosko. Do tego jej długie, zdrowe blond włosy i piękne niebieskie oczy. Chłopak nieraz walił sobie konia myśląc o matce swojej dziewczyny.
Nie wiedział jednak teraz jak się ma zachować w tej sytuacji – czy przejść jak cień, pogadać, powiedzieć coś? Bał się konfrontacji z różnych powodów. Jednym z nich były właśnie te błyszczące, zgrabne nogi.
– Późno wychodzisz – stwierdziła Pani Grażyna, kiedy próbował przemknąć niezauważony.
– Przepraszam. Zasiedzieliśmy się.
– Nie przepraszaj, nie masz za co.
Chłopak spojrzał na to jak matka dziewczyny sięga po kieliszek i pije z niego konkretnie. Po chwili odstawiła szkło. Zerknęła na niego obojętnie. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że chłopak nadal na nią patrzy.
– Ciężki dzień – powiedziała, lekko się uśmiechając.
– Rozumiem.
Nie wiedząc co ma mówić, po prostu ruszył przed siebie. Zatrzymała go jednak.
– Słuchaj Marku, usiądź na chwilę. Chciałabym z tobą pogadać – oznajmiła.
– Stało się coś? – zapytał przestraszony.
– Nie, nic się nie stało. Chciałam cię tylko o coś zapytać.
Usiadł obok niej, ale nie za blisko. Mimo tego poczuł jej słodkie perfumy. To był przyjemny zapach. Mimowolnie spojrzał na jej nogę. Nie uszło to jej uwadze. Pani Grażynka obciągnęła szlafrok na nogę, zakrywając tym samym swoje kolano.
– Mogę cię o coś zapytać? – zaczęła.
– Dobrze.
– Ale obiecaj, że zostanie to między nami, dobrze?
– Tak.
– I nie wygadasz się od razu Kasi?
– Nie.
Nie miał pojęcia czego matka jego dziewczyny od niego chce, ale poczuł jak rosną w nim emocje – napięcie, strach, ale też trochę podniecenie. O czym ona chce ze mną gadać, pomyślał. Kawałek szlafroka zjechał na bok, odsłaniając tym samym ponownie kolano i resztę uda. Tym razem go nie zakryła.
– Chciałam cię zapytać czy robicie to już? – spytała konspiracyjnie.
– Robimy co? – odparł, nie wierząc w to o czym mówili.
– Czy uprawiacie seks?
Przez chwilę milczał. Czuł się niezręcznie, bardzo niezręcznie.
– Tego się bałam. Ale zabezpieczacie się, tak? – spytała przejęta.
– Nie, nie – odparł szybko. – My w ogóle tego nie robimy tego.
– Nie?
Pokiwał głową.
– No, ale robicie… Hmhh… Inne rzeczy?
– Inne?
– Tak zwany petting.
Westchnął ciężko, raczej ze smutku niż wstydu i odparł:
– Też nie.
Pani Grażynka odchyliła się i sięgnęła po wino. Opróżniła kieliszek do dna i odstawiła go. Potem przeniosła swoje niebieskie oczy na Marka. Miała wrażenie, że chłopak jest przerażony. Trochę ją to bawiło.
– Nie musisz mnie okłamywać – powiedziała. – Na pewno coś robicie.
– Nie, nigdy, nic.
– Nic, nigdy?
– No nie.
Przyjrzała mu się dokładniej. To dziwne, pomyślała zaskoczona. Dzieciaki w ich wieku powinny już coś robić, chociażby niewinne macanki. Może jest z nim coś nie tak? Albo to Kasia jest taka cnotliwa. Wywnioskowała w końcu po minie chłopaka, że raczej to drugie.
– Ale podoba ci się Kasia, tak? – Zadała pytanie.
– Oczywiście.
– To czemu nic nie robicie?
– Nie naciskam jej. Czekam na nią.
– Czekasz aż będzie chciała?
– Tak.
– I ile będziesz tak czekał?
– Mogę nawet do ślubu.
Roześmiała się. Biedny chłopaczek. Znała swoją córkę i skłonna była w to uwierzyć. Wierne psisko z tego Marka, pomyślała. Właściwie to dobrze. Lepiej taki niż co by ruchał po kątach. Jeżeli będą razem do końca to powinna mieć z nim dobrze. Przynajmniej w tej kwestii.
– Pani Grażyno jeżeli to wszystko to już pójdę – powiedział, podnosząc się z miejsca.
– Już? Przestraszyłam cię? – spytała.
– Nie, to nie to.
– To o co chodzi?
– Trochę źle się czuję.
– Jak źle? Jesteś chory? Czujesz nudności?
– Nie, to co innego.
– Mam dzwonić po lekarza?
– Nie, naprawdę to nic.
Kobieta w przypływie jakiegoś matczynego instynktu złapała go za rękę i kazała siadać.
– Nie puszczę cię póki mi nie powiesz o co chodzi. Jeszcze ci się coś stanie w drodze powrotnej i co ja powiem twoim rodzicom? – oznajmiła mu stanowczo.
– To naprawdę nic takiego.
– Mów mi.
Chłopak westchnął i przez moment się nie odzywał, zupełnie jakby czekał aż kobieta zapomni o całej sprawie i będzie mógł sobie pójść.
– No więc? – ponagliła go kobieta.
– Boli mnie coś. To wszystko.
– Co cię boli? Głowa?
– Nie.
– To co?
– Boli mnie tam na dole.
– Noga?
Chłopak pokiwał głową na nie.
– Bolą cię… – zaczęła kobieta i dokończyła skonsternowana tym na co wpadła – jądra?
– Tak – wyszeptał speszony.
Pani Grażynka puściła jego rękę i sięgnęła do kieliszka, ale ten był pusty. Ta informacją nią wstrząsnęła. Po co pytałam cholera? Teraz jest bardzo niezręcznie. Zrobiło się cicho. Biedny chłopak, pomyślała z czułością. Wiedziała co mu dolega, kiedyś o tym czytała, bo jej mąż na początku ich znajomości miał podobnie. W jądrach zebrała się sperma, która nie uszła na zewnątrz. Długotrwałe podniecenie które sprawiało w końcu ból. Współczuła mu z całego serca pomimo tej dziwnej sytuacji. W końcu chodziło o sprawy seksu. Ale wino sprawiło, że podeszła do tego lżej.
– Wiesz, że najlepiej będzie jak zrobisz sobie dobrze… Jak zajmiesz się sobą… – wyznała, chcąc mu doradzić, ale to sprawiło, że cała ta sytuacja stała się jeszcze bardziej dziwna.
– Tak. Wiem. Przepraszam, ale muszę już iść. Naprawdę to bardzo boli i nie mogę wysiedzieć. Chcę być już jak najszybciej w domu. Przepraszam.
Kobieta przez chwilę gapiła się na Marka z osobliwym zainteresowaniem. Coś tknęło, ją jakiś nieznany, obcy impuls. Spojrzała na niego teraz inaczej, nie jak na chłopaka Kasi, ale jak na… samca. Wysoki, dosyć przystojny młodzieniec. Naprawdę to dziwne, że Kasia się nim nie zajmuje. Młoda i głupia. Powinna korzystać. Jej ojciec za młodu nawet w połowie nie był tak atrakcyjny. I nagle w przypływie współczucia, mieszanki wina i emocji, poczucia winy za zachowanie córki, powiedziała na głos:
– Można też z tym coś zrobić teraz.
– Coś zrobić teraz?
– Ja się tobą zajmę jeżeli chcesz.
– Pani?
– Tak.
– Ale jak?
– Zrobię to za ciebie. Ręką. Zwykła pomoc. Ulga w bólu. Nic seksualnego.
Chłopak nie wierzył w to co usłyszał. Matka jej dziewczyny chciała zrobić mu dobrze ręką, chciała zwalić mu konia. Nie wiedział co ma powiedzieć, ale zanim zdążył zareagować jej dłoń trafiła na jego krocze. Nie było to jakoś mocno sensualne, raczej coś w stylu pomocy z problemem. Szybko pozbył się dresów, ściągnął je do kolan. Po sekundzie jego penis, który zrobił się momentalnie twardy jak skała, prężył się dumnie przed oczami matki Kasi. Ta sytuacja była dziwna, chora, ale i bardzo podniecająca.
Kobieta ujęła delikatnie penisa chłopaka w dłoń, jej palce objęły go subtelnie. O mój Boże, pomyślała nerwowo Grażyna. Przecież Marek ma jakiegoś giganta. Jego sprzęt prezentował się naprawdę okazale. Był gruby i długi, z dużą, bordową główką zakończoną szerokim okiem. Całość przechylała się lekko w lewo. Jądra również miał masywne i owłosione. Kobieta zaczęła delikatnie poruszać skórą penisa w górę i w dół. Ledwo dawała radę objąć tego potwora. Długo robiła to powoli. Nie przerywając pieszczot zerknęła na twarz chłopaka. Wydawał się wniebowzięty, co chwila zerkał to na nią, to na jej pracującą dłoń. Uśmiechnęła się nieznacznie i szarpała dalej. Kiedy zaczął cicho postękiwać, przyspieszyła, wiedząc, że to pomoże. Chwilę później trzepała jakby ubijała jajka na pianę. Dłoń zaczęła palić ją w nadgarstku, ale nie przestawała. Musiała wydoić tego młodego byczka do zera. Musiała ulżyć mu w bólu. Jego penis wydawał się taki hipnotyczny. Ogromny, bordowy grzybek. Nie mogła oderwać wzroku, działał na nią podniecająco. Jej mąż nie miał takiego w połowie. A gdyby tak spróbować wziąć go do ust, zagrało jej niebezpiecznie w głowie.
– Pani Grażyno ja zaraz… – wydyszał chłopak niespodziewanie.
Zerknęła na niego. Oczy zaszły mu mgłą, a twarz zrobiła się czerwona. Wiedziała, że zaraz dojdzie. Że zaraz wystrzeli. Był młody, kompletnie nieodporny na kobiece działanie. Naprawdę musiało mu się podobać.
I w przypływie chwili, ruszona ostrym impulsem, pochyliła się i włożyła sobie główkę penisa do ust. Tłumaczyła to sobie tym, że pewnie jego nasienie strzeliło by na ścianę, na podłogę czy kanapę, a nie chciała tego potem sprzątać. Jakaś zabłąkana salwa mogłaby gdzieś przecież zostać – jak potem wytłumaczyłaby dziwną plamę mężowi? A tak, czysta sprawa. Zero świadków.
Chłopak zawył. Zakleszczyła wargi na żołędziu, ledwo go obejmując. Penis zadrżał i poczuła pierwsze salwy gorącego nasienia, które obiły jej się o ścianki policzków, o podniebienie, o gardło. Ze spokojem przyjęła cały jego ładunek, powoli połykając spermę – tego też nie planowała, tak jakoś wyszło; mogła przecież wypluć w łazience. Nasienia było mnóstwo. Sperma miała słonawy, ale naprawdę przyjemny smak, była trochę bardziej płynna, ale to pewnie na skutek tego długotrwałego podniecenia. Wycisnęła z penisa ostatnie krople, przejechała kilka razu od góry do dołu dłonią i kiedy była już pewna, że wyssała go do sucha, wypuściła penisa z ust. Podniosła głowę. Marek wyglądał jakby był w raju. Przez chwilę poczuła zadowolenie, ale szybko się zreflektowała. Nie była z siebie dumna, wiedziała, że nie powinna połykać jego spermy. Mogła mu tylko zwalić. Nie powinna była dać ponieść się emocjom. Trudno stało się. Moment. Chwila.
– Pani Grażynko ja… – zaczął chłopak pełen zadowolenia.
– Już dobrze. Nie ważne.
– To było cudowne.
– Wiem. Ale teraz zbieraj się do domu. Już późno.
Kiedy podniósł się i zaczął podciągać spodnie, była już całkowicie pewna, że postąpiła bardzo źle. Co ją do cholery wzięło? Zwaliła konia, a właściwie to zrobiła loda chłopakowi córki – bo jak inaczej nazwać finisz w ustach? Zanim wyszedł, rzuciła za nim, żeby to pozostało między nimi. Kasia o niczym miała się nie dowiedzieć. No i oznajmiła, że to ten jeden, jedyny raz. Obiecał jej, że to pozostanie ich tajemnicą. Widać było przejęcie w jego oczach.
Kiedy wyszedł już z domu, usiadła na tapczanie i pomyślała o tym co się stało. Wciąż czuła słonawy smak spermy w ustach. Właściwie dawno tego nie robiła – ostatnio zrobiła mężowi loda z połykiem kilka miesięcy temu. Nagle zdała sobie sprawę z tego, że jest podniecona. Nie rozumiała o co chodzi. Sięgnęła między nogi, a potem zaśmiała się. Wiedziała już, że nie zaśnie póki się sobą nie zajmie. Jej cipka domagała się pieszczot. I cholera wiedziała, że będzie fantazjować przy tym o Marku…
Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!
Marcel Chwilę mnie nie było – nie miałem jakoś weny pisać.
Ale wracam już. Pod pseudonimem, który już zostanie. Ci co mnie znają to wiedzą o co chodzi. Dla reszty niech będzie Roger Way.
Mam nadzieję, że tekst się podoba. Zachęcam do czytania innych.
-
Przylapany przez matke 13/25
Rozdział XIII
Wakacje przed studiami spędziłem dość intensywnie z chłopakami z budy. Mieliśmy całkiem zgraną paczkę, ale wiedzieliśmy, że to koniec. Na studiach wszystko się rozpadnie. Świeżo zdobytą pełnoletność wykorzystaliśmy na rajd po górach, a potem w Europę… Sporo się działo, był nawet Amsterdam, ale wszędzie trafialiśmy na dupy, które pierwsze dziesięć minut były chętne od razu na wszystko, a potem zniecierpliwione leciały szukać innego bolca. Jakoś niespecjalnie chciało mi się z nich korzystać w roli szaletu i w końcu nic nie zaliczyłem. Poza tym nie przepadam za gumkami. Reszta kumpli różnie, ale też szału nie było. Zresztą poza panienkami świat też był pełen atrakcji i tak pod koniec wakacji wylądowałem ze starymi tam gdzie zawsze.
Jest takie jezioro, Skiroławki, dwieście kilometrów od Warszawy. W ośrodku sami znajomi, wszystko na warszawskich blachach. Właściwie można by się w ogóle nie ruszać z miasta. Tym razem nie dało się uprawiać fikcji, bo starzy od paru miesięcy przeżywali drugą młodość i chcieliśmy wziąć dwa domki. Oficjalnie było, że to ja dorastam. Niestety skończyło się na tym, co zwykle i zajęliśmy domek z dwiema sypialniami. Starzy cieszyli się, gdy znikałem z domu, a ja wracałem przytomnie dopiero na posiłki. Ale i tak sporo czasu spędzaliśmy razem.
Potwierdza się stara zasada, że w dobrze poukładanej rodzinie młodsze pokolenie późno zaczyna. Tylko jak to odnieść do mojej relacji z matką?
Kiedy byliśmy na plaży, wykorzystaliśmy okazję, że ojciec poszedł się gdzieś przejść albo z kimś pogadać, zbliżyliśmy się ręcznikami i gdy mieliśmy przy sobie głowy, powiedziałem: „Wiesz mamo, wciąż nie mogę wyjść z zadziwienia, że to nam tak dobrze wyszło”. Odparła: „Bo jesteśmy normalną rodziną… Chyba… Ale pamiętaj, że robię to tylko dla ciebie, żebyś się nie stoczył”. Po czym dodała: „Jeszcze gdy byłam w szpitalu, znów mieliśmy na oddziale kretyna z wkładem do długopisu w penisie”. „I co się stało?”. „Gdy wychodziłam, był cały fioletowy, ale nie wiem, czy od atramentu, czy zakażenia. Nie pytaj. Twoje pokolenie jest chore. To już wolę, żebyś tak to robił przy mnie. Pamiętaj, że chcę, skoro już do tego doszło, żeby seks kojarzył ci się z ciepłem i kobiecością”.
I opowiedziała mi o czymś, co mnie mocno zaskoczyło. Nie znałem tego epizodu jej życia. Zresztą nie wszystko wyznała i mogłem się wielu rzeczy domyślać. Okazało się, że po pielęgniarce poszła śladem siostry na psychologię, ale wytrzymała tam tylko dwa lata i uciekła do wyuczonego zawodu. Jak sama stwierdziła „Tam byli sami zboczeńcy, dziewczyny zresztą też”. „A profesorowie?” – spytałem. „Domyśl się”. I po chwili zastanowienia powiedziała: „Tam wszystko było w modzie oprócz normalności. Nie szło na dłuższą metę wytrzymać”. Po czym aż ugryzła się w język i wkurzona osunęła na swój ręcznik.
Dłuższą chwilę delektowałem się tym fragmentem „na dłuższą metę”, pozwalając matce ochłonąć i zebrać myśli. Skurwysynem nie jestem, poza tym za bardzo ją szanuję. I wiem, że takie ciągnięcie za język może wszystko tylko zepsuć. Postanowiłem zmienić temat, w sumie go nie zmieniając: „Ale przy tobie czuję się komfortowo”. I dodałem: „W tych sytuacjach”.
Matce wrócił dobry humor: „Chyba nie tylko w tych sytuacjach?”. „Oczywiście, że nie, jesteś w ogóle najwspanialszą matką na świecie”. I zacząłem się rozkoszować sytuacją, że coś takiego mogę mówić własnej matce zupełnie szczerze i to w wielu aspektach, z których każdy jest prawdziwy. Postanowiłem zrobić jej przyjemność: „Wiesz, jesteś oprócz wszystkich swoich zalet również moją seksterapeutką”. Wkurzyła się: „Nie jestem żadną seksterapeutką, nienawidzę tego słowa! Staram się ciebie wychować, a że jesteś już duży, to zostało mi wychowanie seksualne”. Po czym westchnęła: „O Boże, co my robimy najlepszego. Ale dobrze, że tak to odbierasz. Pamiętaj jednak, że chodzimy po cienkiej linie. Chcę, żeby zostało z tego coś dobrego dla nas wszystkich i twojej przyszłej żony, kimkolwiek ona nie będzie”.
„Mamo” – przerwałem – „Ile się znamy”. „Ja ciebie od porodu, ty ile mnie pamiętasz, to nie wiem, ale chyba też tak coś koło całego życia”. Zauważyłem, że wrócił jej dobry humor: „Czyli zamierzasz być najlepszą teściową na świecie?”. „Tak, możesz być spokojny, żadnej patologii z mojej strony, jak mi się coś w niej nie spodoba, to zaraz ci powiem, ale tak ogólnie, to bierz ją, czmychaj z domu i rób z nią, co chcesz. Będziesz mi mógł najwyżej potem poopowiadać, co będziesz chciał…, tej twojej zboczonej matce. Boże kochany, syn się przy mnie masturbuje” – po czym zaraz poprawiła w zwolnionym tempie – „o-na-ni-zu-je, a ja na to patrzę”. I zaraz ugryzła się w język, tym razem potężnie, a twarz jej spoważniała. Chyba ostatnie słowa były pół tonu za głośno. Na szczęście inni plażowicze byli trochę dalej. Spojrzała na mnie i powiedziała: „Znów zaczynamy, a to nie jest miejsce na takie zabawy. Podejrzewam, że chyba zaraz będzie namiocik. Chodź do wody, to ci coś jeszcze opowiem i będziemy kwita”.
„Jaka kwita” – myślałem, idąc pośpiesznie do jeziora. „Czym może mi się zrewanżować?”. Ale dobrze, że weszliśmy do wody. „Otóż, drogi synu, nie synku, tylko synu, skoro już chcesz wszystko wiedzieć o swojej mamie, to zrezygnowałam ze studiów po upojnej nocy z twoją ciotką, a moją rodzoną siostrą. Tak, dobrze słyszałeś. Oficjalnie, z naukowego punktu widzenia jestem biseksualna. Ale to było tylko raz”. I odpłynęła.
Moja wspaniała matka, świetna pielęgniarka i jak się okazuje, psycholog nie tylko z zamiłowania, ale i ze sporą wyuczoną wiedzą, zdradziła się chyba ze wszystkich sekretów. W sumie ten o seksie nie był najważniejszy. Dziwne, ale jakoś uspokoiło mnie to, że studiowała. Teraz nabrałem do niej jeszcze większego zaufania i zrozumiałem to jej częste nieraz wtrącanie w naszych rozmowach, nawet jak byłem mały, frazy „z naukowego punktu widzenia”. Myślałem, że chciała podbijać w ten sposób autorytet w moich oczach i ukrywać różnicę w jej wykształceniu względem siostry. Myślałem, że miała na tym tle kompleksy.
Matka w tym czasie zrobiła kółko, a ja następnie wyprodukowałem się na głos z tych przemyśleń. Zdziwiła się. „Ty naprawdę myślałeś, że mam jakieś kompleksy? Ta idiotka po psychologii jest niczym w porównaniu ze szkołą życia, jaką miałam w szpitalu, mimo że jestem tylko pielęgniarką. Jestem dziesięć razy większym psychologiem od niej i do tego praktykiem. Przy niej nikt nie stracił nikogo bliskiego, nie został kaleką na całe życie, nie walczył z rakiem. Zlituj się. Ale dobrze, że to powiedziałeś. Moja siostra, mimo że starsza, jest przeze mnie kochana, ale faktycznie traktuję ją trochę z pobłażaniem. Ech, jak to warto sobie wszystko mówić. I ile jest tego jeszcze przed nami?”.
Skoro tak mówi, to skorzystałem z okazji i spytałem wprost: „No i jak było?”. Nie była zaskoczona, wiedziała, o co mi chodzi. Takich informacji nie wyrzuca się po pięciu sekundach z głowy. „Tak, to był świetny seks, niemal zabójczo świetny, i jak się zapewne domyślasz, stałyśmy się sobie od tamtego czasu jeszcze bliższe. Tylko że ja jestem mądrzejsza od twojej ciotki i wiem, że żeby ten zabójczy seks nie stał się dosłowny, postanowiłam stamtąd uciec i dać sobie spokój z tym wszystkim i całym tym towarzystwem. To nie dla mnie. Zwyciężył rozsądek. Potem przez jakiś czas patrzyłyśmy na siebie pytająco, aż w końcu rozeszło się po kościach. Możesz się domyślać, że gdy się witamy, czasem robi mi się troszkę wilgotno, ale to wszystko”.
„Bo ciotka moczy się wtedy za każdym razem?” – uzupełniłem. „Znasz ciotkę. Wiadomo. Tam kisiel będzie zawsze, a dla mnie pewnie jeszcze jakiś specjalny” – uwielbiałem jej bezpośredni, ale rzeczowy humor. „Ustaliłyśmy z twoją ciotką strefę komfortu i się tego trzymamy. Parę razy na wakacjach spałyśmy razem, oczywiście wtulone jedna w drugą, ale rączki grzecznie leżały na kołdrze. Seks to nie wszystko, a obie doskonale wiemy, że mogłybyśmy przy powtórce zbyt wiele stracić. Ciotka aż tak głupia nie jest, albo może jednak te studia ją czegoś nauczyły. No i za każdym razem, gdy jesteśmy pod prysznicem, gwałci mnie swoimi oczami. A niech ma”.
„A ty?” – zapytałem. Odpowiedziała: „Tylko twój ojciec. Niezły z niego skutkowiec, prawdziwy facet. Poszliśmy do łóżka po dwóch godzinach znajomości i stwierdził, że mnie bierze. Przed nim było dwóch, raczej eksperymenty. Pierwszy rozdziewiczył mnie po pijaku na jakiejś prywatce i tylko zrobił mi tym przysługę, z drugim poszłam z ciekawości, ale było tak sobie. Potem już wiesz – studia”.
„Ale…, sama mówiłaś?”.
„A to można tylko w jeden sposób? Macanki, pettingi, zabawki, wspólna masturbacja, ekshibicjonizm…”. „E… co?” zapytałem. „Ekshibicjonizm, czyli uprawianie seksu przez stałą parę na oczach całej grupy, w dodatku w oprawie jakiejś chorej czarnej mszy, wszyscy w maskach. Sikanie na siebie, związywanie, ciemny pokój, wszystko tam było, byle za każdym razem inaczej. Twoja ciotka mnie chyba chroniła, poza tym tak szalała, że potrzebowała przyzwoitki, a może i ochrony. Tak, tak, zbiorówki…” – to ostatnie powiedziała z politowaniem. I dodała: „…albo stadko uczennic z jednym z profesorów – oczywiście w celach naukowych. Czasami zastanawiałam się, czy jestem na psychologii, czy na seksuologii. W końcu przylgnęła do mnie rola przyzwoitki – chyba wszyscy kogoś takiego tam potrzebowali”.
Zrobiliśmy w wodzie kolejne kółko. Stanęliśmy na dnie i matka odetchnęła. „No dobra, sześć na dziewięć, a szczególnie robienia lasek zaliczyłam chyba więcej niż kilka. Penetracji bałam się, patrząc na to, co oni wyrabiają”.
Zrobiliśmy kolejne kółko. Byłem tak zaciekawiony, że zamiast stać mi pała, miałem czerwone policzki z podniecenia tymi wyznaniami. Znów stanęliśmy na dnie i matka znów wciągnęła więcej powietrza: „No dobra, tych lasek było sporo. Zadowolony?”.
„Jak ciebie, mamo, nie kochać?” – odparłem. Zrobiliśmy kolejne kółko.
Znów dopłynęliśmy do twardego dna. „Każdy jest w jakiś sposób zboczony” – kontynuowała matka – „…a ja akurat to lubię. Poza tym podobało mi się, że miałam nad nimi władzę. Tak to wtedy odbierałam. I to, że chłopcy umierali w moich ustach. Ale ty tego już nie zrozumiesz… To jest psychika kobiety”.
Kolejne kółko. Ojciec z brzegu rozbawiony krzyczy: „Trenujecie na olimpiadę?”. Odmachaliśmy wesoło rękami. Prawdopodobnie zauważył, że każde kolejne kółko robimy szybciej. Ale nie mógł wiedzieć, co tu się naprawdę dzieje.
Teraz i matka miała czerwone policzki. „E tam… Zwalimy nasz wygląd na wysiłek w wodzie” – matka z pąsami na twarzy wypaliła ze śmiechem. Chyba chciała takiej rozmowy, a nie sądziła, że będzie kiedyś okazja. „Wiesz, kim byli ci dwaj? To kumple twojego ojca. Dlatego tata nigdy z nimi nie pije u nas w domu”. Byłem już tak rozbrojony, że tylko się śmiałem. W sumie wszystko się zgadzało, matka była z sąsiedniego osiedla.
„Ale…” – zacząłem. Widać, czytała mi w myślach, bo powiedziała: „To nie ma znaczenia, którzy to byli. To przeszłość. Ojciec nie pije z nimi u nas w domu głównie dla twojego bezpieczeństwa. Jeszcze by komuś coś odbiło przez przypadek. Byłabym gospodynią. Jeszcze zaczęliby komplementować panią domu, a stamtąd krótka droga do wygadywania głupot. Przy ludziach się pilnują, przecież spotykamy się czasem z ich rodzinami, ale na neutralnym gruncie jest inaczej. No i ojciec przyznał mi się, że zawsze z tych dwóch ma polewkę, choć ja myślę, że raczej duma go rozpiera. Nie był pierwszy, ale to z nim jestem”.
Ojciec skończył właśnie gadać z kimś na plaży i zaczął kierować się pod nasz parasol. „Ostanie kółko!” – krzyknęliśmy. Odmachał nam radośnie niczym w jakiejś sielankowej rodzinnej scence. Tak to wyglądało z brzegu. My tymczasem uwalnialiśmy w wodzie kolejne potwory z przeszłości tylko po to, by przekonać się, że to niegroźne stworzenia.
Kolejne kółko, już wolniej. Z tych emocji tracimy oddech, a jeszcze będzie trzeba doprowadzić się do jakiegoś porządku przed wyjściem na brzeg, żeby ojciec po oczach nie poznał, że przed chwilą leciały wyznania stulecia. Znów twardy grunt.
„Byłam w akademiku polibudy, już nie wiem, kto mnie tam przyprowadził, chyba na przyczepkę z jakąś parą. Właśnie zerwałam ze studiami, no i byłam po tej całej historii łóżkowej z twoją ciotką. Troszkę rozbita i miałam potrzebę się wygadania. Słowa leciały jedno za drugim, ale miałam na szczęście do powiedzenia tyle innych rzeczy, że na własny temat mówiłam niewiele. Po dwóch godzinach wylądowaliśmy w jakimś łóżku i to w dodatku na trzeźwo, a rano ojciec popatrzył na mnie i powiedział: ‘Biorę’. Z początku nie zrozumiałam, o co mu chodzi, ale jesteśmy razem właśnie od tamtego momentu”.
„A czy on wie to wszystko, co ja?”. Matka bardzo rzeczowo odpowiedziała: „Z naukowego punktu widzenia…” – po czym szybko się poprawiła – „Synku, ojciec wie trochę więcej i na pewno nie zdradziłabym tobie żadnej rzeczy, o której on nie wie. To jest nie tylko mój mąż i człowiek, któremu urodziłam dziecko, ale przede wszystkim mój facet. Nie chcę, żeby ktokolwiek znał mnie lepiej od niego”.
„Ale przecież my…” – musiałem to powiedzieć. „Nie bój się. Zakładam, że jak dożyjemy z ojcem sędziwego wieku, to mu kiedyś o tym opowiem. Być może. Poznaję go na nowo całe życie i wciąż jest wspaniały, ale to może dlatego, że i ja się zmieniam. Zmieniamy się stale, ale razem. Jesteśmy parą przez duże P i będzie dla mnie zawsze najważniejszy. Jesteśmy dwuosobowym stadem z potomstwem. Ty jesteś ten drugi, a potem długo, długo nic i dopiero reszta świata. To znaczy rodzina, potem dom, klatka schodowa, blok, podwórko, ulica, dzielnica, miasto, region, kraj, kontynent, kula ziemska i Wszechświat. W tej kolejności trzeba kochać, jak to ktoś powiedział, ale pierwsze dziesięć miejsc zajmuje rodzina. A ty jesteś moim synem, w dodatku jedynym, i jesteś przez to moim drugim facetem, a że się trochę w tym zapędziliśmy, a może i pogubiliśmy…? Nie wiem. Nie czuję w tym niczego złego… To samo przyszło i jestem pewna, że to nic złego” – powtórzyła. – „Robię to dla ciebie, ty to rozumiesz, na szczęście wszyscy jesteśmy inteligentni i się kochamy. Gdybym nabrała jakichś obiekcji, na pewno bym ci o tym od razu powiedziała, ale nawet wtedy nie zostawiłabym ciebie z tym samego, tylko razem byśmy przez to przeszli. Chcę twojego dobra, a że ułożyło się nam troszkę inaczej niż w innych rodzinach… Z naukowego punktu widzenia to anomalia, ale one są częścią przyrody. Boże, co ja gadam! Po prostu kocham cię synku. I dobrze to rozumiesz, znaczy w poprawnych kategoriach, jakkolwiek nietypowe by one nie były z pozoru. Cieszę się, że udało nam się z ojcem wychować ciebie na człowieka, z którym można…, z którym można o tym mówić”. – Zastanowiła się chwilę i jeszcze dodała: „Wiesz, że nawet cielęcy wiek był w twoim wydaniu krótszy?”.
Na plaży zapadła sjesta. Zrobiło się senne popołudnie. Patrzymy na siebie i robimy już na spokojnie jeszcze jedno kółko. Matka płynie teraz przede mną na plecach, a ja podziwiam ją w pełnej krasie mimo stroju kąpielowego. Cieszę się, że płynie tak wolno i czuję jej niesamowitą bliskość w każdym wymiarze.
Znów twarde dno. „Czy masz jakieś pytania do tego, co ci opowiadałam?”. „Czuję się przepełniony i spełniony”. Popatrzyła na mnie uważnie. Poprawiłem: „Czy jakoś tak”. Uśmiechnęła się z politowaniem. „O, już wiem – z każdym dniem kocham ciebie coraz bardziej”. Podniosła brwi, więc dodałem: „Moja kochana matko”.
Zaczęła się nad tym wszystkim zastanawiać. Musimy przecież wyjść na brzeg i musimy się do tego przygotować. Wracamy przecież do ludzi. Wyłapałem tę sytuację, dotknąłem jej ręki i powiedziałem: „Ale pod stopami czuję piasek”. Zaskoczyłem ją, więc zaraz dodałem: „…i chyba jakieś muszelki”. Widzę, że powaga zaczyna schodzić z jej twarzy, więc zacząłem pokazywać palcami i mówić: „To jest niebo, to jest woda, tam jest brzeg, tam są domki. O, a tam jest nasz tata”. I uśmiechnąłem się najbardziej dyplomatycznie, jak potrafiłem.
„Chodź już, ty mój Arystotelesie” – powiedziała rozbawiona i zaczęliśmy iść w stronę brzegu. Nie wiem, skąd ten filozof, pewnie wzięła pierwszego z brzegu. Zatrzymała się jednak na chwilę. „A czy ja mogę ciebie o coś spytać?”. Kurna, już zaczynała się sielanka, a ta wyjeżdża prawdopodobnie z pytaniem o mnie i ciotkę. Na pewno bym jej powiedział prawdę, a nie chciałem tego. Nigdy w życiu matki nie okłamałem, zbyt ją kochałem, oszukanie jej w czymkolwiek odczułbym jak osobisty ból.
„Nigdy o tym nie rozmawialiśmy, ale czy miałeś już jakąś dziewczynę?”. Na szczęście pytała o dziewczyny, a nie kobiety, więc uznałem, że pominięcie ciotki nie będzie kłamstwem. Zresztą w przypadku ciotki zastanowiłbym się, czy jednak nie skłamać, to znaczy i tak w końcu bym jej powiedział, ale musiałbym ją jakoś na to przygotować. „Były. Dwa razy. Znaczy dwie koleżanki ze szkoły. Ale nie razem”. Uśmiechnęła się. „Znam już smak kobiety”. I szybko dodałem: „Były gumki”.
„Cieszę się, że masz za sobą pierwszy raz. Będzie mi łatwiej o tym z tobą porozmawiać, bo mimo wszystko chyba jednak warto”. Odparłem zupełnie serio: „Z chęcią. Na pewno mi to nie zaszkodzi”. Przerwała mi: „Och przestań już z tym tonem, Arystotelesie. Mów normalnie. Powinnam wiedzieć, czego pragniesz, jakie masz plany, jak daleko warto się zapędzić, by było skąd wracać. Sam rozumiesz. Młodość ma swoje prawa. Każdy eksperymentował, jednych to rozwinęło, inni się zatracili, a my już ze sobą rozmawiamy tak otwarcie, że możemy sobie wszystko mówić”. „Mamo” – odparłem – „Ty i tak wiesz o mnie więcej niż niejedna matka”. Odparła: „W samej rzeczy, i wcale tego nie żałuję. Czuję się z tym bezpieczniej”. „Mnie też jest z tym lepiej” – dodałem. „Tobie niedawno to chyba w ogóle było bardzo dobrze” – uśmiechnęła się. Zaśmialiśmy się lekko.
Znów chciałem jej powiedzieć, że ją kocham, ale ile można. Czułości też trzeba dozować. Powiedziałem więc „Kocham cię” w myślach. Oboje wiedzieliśmy, że i tak przy najbliższej okazji będę jej to mówić prosto w oczy z pałą w dłoni. „Chciałabym po prostu wiedzieć, ile masz za sobą eksperymentów albo co planujesz. I tak fantazja ciebie poniesie i sam nad wszystkim nie zapanujesz, ale przynajmniej trochę ciebie nakieruję, choć jak sądzę, opatrzność nad tobą ciągle czuwa. O, na przykład, czy znasz już smak swojej spermy?”. Zupełnie neutralnie odpowiedziałem, że nie, przecież wie, że podczas onanizowania się myślałem głównie o niej, a przy takiej konkurencji żadne inne panienki ani eksperymenty nie były mi w głowie. „Tak tylko zapytałam, dla przykładu. No dobra, kończmy, bo znów zaczniemy uprawiać grę” – po czym przesunęła ręką po wodzie i rozejrzała się po plaży.
Rany… dopiero teraz sobie uświadomiłem, że te dwie koleżanki, które miałem przed matką, zupełnie mi wyparowały z głowy. Gdy pierwszą bzyknąłem, byłem taki zadowolony, ba, szczęśliwy, a jednocześnie nieszczęśliwy, że nie mogę jej o tym opowiedzieć. Była wtedy dla mnie zupełnie inną matką, bałem się jej i krępowałem. A teraz…, gdy przy niej to robię, czuję się jak prawiczek, który dopiero wchodzi w świat seksu.
Wyszliśmy na brzeg. Na szczęście dno podnosiło się powoli i zanim doszliśmy do suchego piasku, nic już nie było po nas widać. Matka natychmiast położyła się koło ojca i go pocałowała, a ja dla bezpieczeństwa jeszcze kilka minut pospacerowałem po plaży. Na szczęście chuj nie stał, cała krew była w mózgu.
Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!
Lucjusz -
Przylapany przez matke 14/25
Rozdział XIV
Jak wspomniałem, można by się nie ruszać z miasta. Sporo czasu spędzaliśmy we własnym, młodym gronie, kumpli miałem sporo, dziewczyn zresztą też. Przynajmniej połowę znałem od głębokiej podstawówki, jeśli nie w ogóle „od zawsze”. Znajome laski ostatnio nieźle wyrosły i niestety był z tym problem.
Chodzi o to, że dziewczyn było sporo, ale znaliśmy je zbyt długo, by nas pociągały, mimo że niektóre w swoich kostiumach łaziły teraz prawie nago. I co z tego? Przecież jedna z drugą szczały przy nas kiedyś jeszcze na piasku. Naprawdę mieliśmy ochotę na coś nowego. Jeszcze kilka lat temu nas interesowały, gdy zaczynały im rosnąć cycki. Potem już nie. Teraz szanowaliśmy je jak siostry. Stanąć w ich obronie, dać komuś w mordę – chętnie. Nic ponadto.
U nich natomiast wszystko działało odwrotnie. Jeszcze kilka lat temu dla nich nie istnieliśmy, a swoją uwagę okazywały ostentacyjnie każdemu nowemu chłopakowi w ośrodku, nawet gdy był w naszym wieku i z pryszczami. A teraz… Podrosły, dojrzały, pozaokrąglały się i coś im się we łbach poprzestawiało, bo gdy my już powoli zaczęliśmy o nich zapominać, to nagle okazało się, że lecą głównie na nas, czyli chłopaków, których znają od gnoja, a przed nowymi wdzięczą się obecnie tylko po to, żeby zwrócić naszą uwagę i zazdrość.
W końcu to one zaczęły chlać. Skończyło się na tym, że nieraz odprowadzaliśmy półpijane laski parę kilometrów przez las z innego ośrodka, z jakiejś dyskoteki, wkurwieni, że sami nic nie mogliśmy ani zarwać, ani dobrze popić. Zamiast dymania mieliśmy rozrywki typu szarpanek z obcymi kolesiami, nawet parę razy pięści szły w ruch, ale głównie wygrażaliśmy z obcymi kolesiami, co nawzajem sobie zrobimy przy następnym spotkaniu. W sumie, jakby na to spojrzeć z boku, polskie wakacje mają w tym swój specyficzny urok.
Ponieważ na jachty bez lasek z naszego ośrodka też nie dawało się pójść, w końcu zrezygnowani też zaczęliśmy coraz częściej chlać na plaży, oczywiście osobno od nich, aż w końcu nasi starsi zaczęli protestować. Co te laski w głowach mają, to nie wiem. Pewnego razu wyczekaliśmy na chama i udaliśmy się w długą na dyskę do następnej miejscowości dopiero koło północy. Nasze panny oczywiście już tam na nas czekały. Dowiedzieliśmy się tylko od miejscowych, że są niebzykalne. Jasne, kurwa, jakbyśmy sami tego nie wiedzieli! Tylko powód był zgoła odmienny, bo to myśmy ich nie chcieli. Tym razem „za karę” wszystkie upiły się regularnie. Jedną praktycznie niosłem przez kilka kilosów z powrotem do ośrodka (plus rano oczywiście opierdol od jej ojca).
Za to ich mamuśki – chętnie. Niestety dostępne głównie w wyobraźni. Cały czas w obstawie tatusiów, którzy w dodatku na wakacjach odzyskiwali siły. Większość tych babek to naprawdę ostre lachociągi. Wodziliśmy tylko za nimi wzrokiem.
Wakacje mają swoje prawa, a już szczególnie, gdy od lat jeździ się w to samo miejsce. Ojciec zapowiedział, że dziś w domku spać nie będzie, kumple jeszcze ze studiów itd., zresztą klasyka od wielu lat. Wiedzieliśmy, to te domki z drugiej strony jeziora.
Wieczór.
Po kolacji w ośrodku udaliśmy się z matką na długi spacer. Długi z dwóch powodów. Od tygodnia nie było jak pogadać, a młodego żeńskiego narybku było w bród. Trzeba było matkę poinformować o całej sytuacji, a że niestety znała wszystkie panny i upierała się przynajmniej co do niektórych, na wyjaśnieniach zeszło mi sporo.
Co prawda wcześniej w wodzie też się nagadaliśmy, ale jak już wiecie, bardziej na matczyne sprawy. Właściwie można by powiedzieć, że nadrobiliśmy w tej wodzie pewien deficyt. Zbierało się na to od dłuższego czasu, bo jakby nie patrzeć, matka wiedziała już o mnie dużo więcej niż inne matki, w pewnym sensie wiedziała wszystko, a może i jeszcze ciut więcej. Szczegóły mojego walenia, otwartość do granic i to, że sama pozwalała sobie na dotykanie mnie. Niby to były tylko drobne gesty, ale nie w takich okolicznościach. Przecież dotykała mnie nie przed, czy po, tylko w trakcie, gdy się onanizowałem! Ten sam gest znaczy wtedy coś zupełnie innego.
W dodatku pomału przestawała się przy mnie wstydzić swojego ciała, może jeszcze nie nagości, ale ta halka stawała się coraz bardziej symboliczną barierą, a drobne przytulania, czy nawet spojrzenia, takie po prostu w ciągu dnia, przez te następne tygodnie miały teraz ewidentnie dwuznaczny charakter. Tego już się nie dawało ukryć. A było tego w sumie sporo, bo wiedziałem, kiedy zacząć i kiedy przestać, i nie robić tego za często, przez co opłacało się z nawiązką. Oczywiście ze szczególnym rytuałem każdego poranka u nas w mieszkaniu, gdy stary szedł do kibla i mieliśmy kilka bezpiecznych minut dla siebie. To już nie było przytulanie syna do matki. Miałem prawo wtulić się w nią z pełną erotyką i z lekkim podciąganiem halki. Uwielbiałem ten dotyk tkaniny przesuwającej się po jej skórze.
Z czasem to ją zacząłem wtedy przytulać. Brałem ją, obejmowałem do siebie. Matka wyraźnie dawała odczuć, że jej to odpowiada. Nie mogłem przecież być dla niej jednocześnie dzieckiem i kochankiem. No dobra, ten kochanek trochę na wyrost, ale wiecie, o co chodzi. Uwielbiałem zatapiać się w jej włosach, czuć ich zapach i wtulać w szyję. Szybko jednak ten rytuał zaczął się robić tak erotyczny, że zaczęła się wycofywać. Za bardzo się podniecała, szczególnie przez te włosy i wszystko po niej było widać. W końcu wypraktykowaliśmy, że gdy stary zaczynał wychodzić z łazienki, matka leciała rozbierać łóżko, a potargane włosy i w ogóle całą ją promieniejącą można było zwalić na fruwającą w powietrzu pościel. Ja, mimo że przez ranne wstawanie zwykle pierwszy zajmowałem łazienkę, teraz zmieniłem kolejność. Gdy stary wchodził do kuchni, stałem tyłem, kończąc drugie śniadanie i zaraz szybko się wymijałem z ojcem w drodze do łazienki. Dokładnie odbywało się to tak: stary wchodzi do kuchni, patrzy przez drzwi na matkę z fruwającym prześcieradłem w rękach, matka potargana i rozpromieniona patrzy się na ojca, ja się przeciskam koło ojca w stronę korytarza, stary rzuca za mną „Młody, nie spóźniaj się”, znikam w drzwiach łazienki, a stary zamyka drzwi od pokoju. Wszystko na tempa: raz-dwa-trzy-cztery. Kurna, jak łatwo nim sterować! Ablucji dokonywałem długo. Dawałem im pełne dziesięć minut. Potem przy śniadanku to już w ogóle sielanka jak z obrazka.
Z jednym szczegółem…
…W autobusie zacząłem teraz poznawać nowych ludzi. W mordę jeża, w szkole zawsze pierwszy, teraz na polibudzie mówię dzień dobry sprzątaczkom. Prymus mimo woli. W końcu ktoś mnie znienawidzi, że zawyżam normy. Jakby ktoś pytał, panowie profesorowie mają wolny czas tylko rano, aczkolwiek, przynajmniej teoretycznie, woleliby poświęcić go na końskie zaloty do sekretarek. Robię sobie opinię zdolnego studenta, jeszcze zanim zacząłem studiować.
No więc jest wieczór i spacer. I jest dokładne rozbieranie wybranych panienek. Matka MUSI pozachwalać mi i tę, i tamtą. O szczegółach charakteru nie rozmawiamy, wiadomo – wszystkie córki znajomych są inteligentne i porządne. To ostatnie wydaje się nawet być bliskie prawdy. To pierwsze – niekoniecznie. Omawiamy ich ciała. Przez grzeczność nie wspominam, że jest doskonalsza od każdej z nich. Tym bardziej że znam jej ciało już prawie na pamięć.
Szukamy jakichś zarośli czy chaszczy, w każdym razie długi spacer. Jednak musimy się pilnować. W końcu z całych tych spodziewanych przyjemności zostało, że szliśmy, trzymając się za rękę (paluszek w paluszek). To akurat było akceptowalne. Matki na plaży czy w ośrodku wykorzystywały ostatnie chwile chłopców tuż przed urwaniem się z rodzinnej smyczy, i czy się to chłopakom podobało, czy nie (raczej podobało), wykorzystywały ostatnie okazje do przytulasków, wycierania ręcznikiem (jakby sami nie potrafili), smarowania mamuś olejkiem czy trzymania głów synków jeszcze choć przez chwilę na swoich kolanach. No co? Albo się jeździ z „dziećmi” na wakacje, albo już nie. A czy chłopaki potem walili, to już ich trzeba spytać.
Ostatecznie wylądowaliśmy na jakimś starym pomoście w szuwarach. Nie można było ryzykować, na odludzie nie było co liczyć, wszędzie po krzakach albo coś się podejrzanego ruszało, albo gdy już wydawało nam się, że uszliśmy dostateczny kawał drogi, spotykaliśmy znów kogoś ze znajomych, jakąś parę, niekoniecznie zresztą w rodzinnych konfiguracjach. To dlatego, że wszystkie sklepy były daleko, w dodatku w każdym inne piwo, a bud z przysmakami w ośrodku nie było. Przypadek?
Na pomoście to ja położyłem matce głowę na udach. Odwrotnie, chociaż oboje mieliśmy na to ochotę, wyglądałoby zbyt podejrzanie. Za to skrzypiący pomost i wyrośnięty tatarak zapewniły nam przynajmniej odrobinę bezpieczeństwa. Ze szczegółów? Na przykład smyrałem matkę uschniętą trzciną po nodze. I inne takie. W końcu autentycznie rozmarzyliśmy się w zachodzącym słońcu. Było tak pięknie, że przegapiliśmy pierwszy powiew chłodu i mój misterny plan poszedł w pizdu. A chciałem ją wtedy pierwszy raz pocałować w usta.
Powrotna droga po ciemaku była raczej mało romantyczna. Mieliśmy nogi mokre od rosy i pilnowaliśmy, żeby się nie zabić na jakimś wykrocie. Jebane Mazury. Znaczy Warmia. A chuj z nimi. W Warszawie pewnie trzydzieści, tu w nocy piętnaście i leci w dół.
Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!
Lucjusz -
Podgladanie w bloku
Mieszkam w kawalerce na jednym z dużych osiedli. Mój blok znajduje się pomiędzy innymi blokami. Z okien mam widok na mały placyk oraz okna sąsiadów. Pewnego razu siedziałem przed kompem do późna. Zmęczony zamknąłem laptopa i zgasiłem światło. Podszedłem do okna aby wzrok trochę odpoczął. W mroku tylko latarnie uliczne lekko oświetlały samochody. Nagle w jednym z okien zaświeciło się blade światło i pojawiła się postać. Wyglądało na dziewczynę która się rozbiera. Przyglądałem się uważnie. Rozpięła bluzkę, potem stanik. Topless paradowała chwilę po pokoju. Może nie miała także majtek, ale widziałem tylko zarysy. Podnieciło mnie to, ale szybko zniknęła z pokoju i zgasiła światło. Mimo wyczekiwań już się nie pojawiła. Poszedłem spać, nie potrafiłem zasnąć. Wyobrażałem sobie tą dziewczynę i masowałem swojego penisa. Pomyślałem, że w tych blokach jest dużo kawalerek, więc pewnie samotnych dziewczyn jest więcej. Doszedłem do orgazmu. Następnego dnia zamówiłem specjalną lornetkę, taką, której światło najmniej odbija się od szkieł. Następnego dnia już ją odebrałem. Czekałem wieczorem obserwując okna w bloku naprzeciwko. Trafiłem na inne mieszkanie. Tam dziewczyna paradowała w bieliźnie. Potem usiadła na łóżku i czytała książkę. Niestety nic więcej. W pierwszym mieszkaniu było ciemno. Postanowiłem wstać wcześnie rano. Miałem nosa. Dziewczyna wstała bardzo wcześnie. Jakież było moje zdumienie, gdy okazało się, że spała w samych majteczkach. Wstała i gdzieś wyszła, po chwili wróciła. Patrzyła na lustro które miała na drzwiach szafy. Delikatnie zaczęła muskać swoje piersi. Mój penis drgnął. Coraz intensywnie masowała swoje piersi. Później włożyła paluszki pod majtki. Była obrócona bokiem, ale przybliżenie ukazywało, że masuje sobie łechtaczkę. Mój penis już stał. Zdjęła majteczki, usiadła na krześle i rozszerzyła nogi. Teraz ujrzałem jej wygoloną pisię. Była bardzo ładna. Masowała się coraz mocniej, ja z nią. Na końcu ścisnęła uda i doszła do orgazmu. Obserwowałem to i przyśpieszyłem ruchy. Nie patrząc na nic poplamiłem kaloryfer. Później się ubrała i znikła z pola widzenia.
Wieczorem znów jej nie było, tylko druga dziewczyna w bieliźnie. Tym razem wyobrażałem sobie, że mogłaby się masturbować. Nie jestem pewien, ale może i miała włożony paluszek w majtki, niestety książka dalej zasłaniała widok. W pewnym momencie zatrzymała wzrok prosto, zamknęła oczy, a po paru chwilach odchyliła głowę. Może też dostała orgazmu? Będę sprawdzał.
Idę spać, nastawiłem budzik, aby podglądać rano sąsiadkę. Może wybiorę się potem na jogging i ją spotkam.
Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!
Kasia TV -
Przylapany przez matke 15/25
Rozdział XV
Gdy wróciliśmy, ośrodek tonął w ciemnościach rzadkiego oświetlenia jeszcze z epoki Gierka. Zauważyliśmy jednak, że jeszcze kilku tatusiów ubyło. Tak to jest, jak się jeździ z ludźmi z pracy. Ale to był dla nas dobry prognostyk. Mamusie nie protestowały, za bardzo też nie potrzebowały babskiego grona. U nich giełda była w dzień na plaży. Teraz wolały skorzystać z okazji, żeby odpocząć.
Usiedliśmy na werandzie. Matka dla pewności narzuciła na siebie jakiś koc, ale było cieplej niż w lesie. Mnie wystarczył dres. Do tego jakaś herbata. W ośrodku panowała cisza większa niż zwykle. Matka wykorzystała okazję, żeby zapalić, co czyniła raczej rzadko i tylko przy specjalnych okazjach, właśnie takich, gdy nic się nie działo i mogła się oddać w spokoju celebracji palenia. Zresztą lubiła to robić sama i siedziała jeszcze długo po. Stary wiedział, żeby jej nie przeszkadzać. Zastanawialiśmy się z ojcem, o czym wtedy myśli. „Zostaw, niech ma ten swój azyl, w domu jest wciąż przecież młyn, nie mówiąc już o szpitalu” – mawiał ojciec.
Tym razem coś kombinowała i w końcu nie wytrzymała: „To opowiedz coś o tych dziewczynach”. Wiedziałem, o które chodzi i wyplułem się ze wszystkiego, sprawiając jej chyba tym zawód: „Takie tam, dwa razy, na imprezce, po alko, ale nie za dużym. Bardziej na spróbowanie, po prostu zrobiła się okazja, nawet bez rozbierania do końca. Po prostu wyszliśmy do pokoju rodziców. Koleżanki ze szkoły, z tych popularniejszych”.
„Czyli można powiedzieć, że jesteś jeszcze takim półprawiczkiem?” – dość ciekawie podsumowała.
„No…, coś w tym stylu” – odpowiedziałem i dodałem: „Potem wiesz, ten cały młyn, matura. Nie było okazji do czegoś bardziej komfortowego. Ale rozglądam się”.
To ostatnie ją ucieszyło i uspokoiło.
„Ale tutaj, jakby poszukać, macie warunki. Poza tym cały dzień gdzieś łazicie. Możecie kabinówką popłynąć w szuwary. Tyle tego narybku…” – matka zaczęła się rozpędzać. – „Jeżeli o to chodzi, mogę gdzieś wyciągnąć ojca na cały dzień”.
Już wiedziałem, że za chwilę wróci z tymi naszymi pannami znanymi od gnoja, więc wyjawiłem całą prawdę, że dla nas to raczej siostry.
„Chodź, zaczyna się robić zimno” – powiedziała i zniknęła w drzwiach domku.
Impra po drugiej stronie jeziora zaczynała się rozkręcać w najlepsze. Nie bawili się przy muzyce. Ognicho, śpiewy, i to raczej takie bardziej podpite. Sokoły i Kaczmarski. Chyba nawet słyszałem głos ojca.
Łazienka, uważne spojrzenia, zaczynamy grę, znaczy matka wyczekuje, aż sam spojrzę, po czym zaraz odwraca wymownie wzrok. I tak w kółko. W końcu mówi: „Weź jak facet, ściągaj te gacie” – i owinęła mi biodra długim ręcznikiem. W pokoju nie zapalamy światła. Tym razem, gdy usiedliśmy na łóżku, mocno ją całą objąłem. Szybko się poddała i zapadła w moich ramionach. Ramiączka halki szybko się zsunęły i zacząłem delikatnie przesuwać paznokciem po opalonej skórze jej ramion. Czasami dojeżdżałem jeszcze dalej, aż za łokcie, do gładkiej skóry od wewnętrznej strony jej przedramion. W końcu dojechałem do odsłoniętej skóry wewnętrznej strony dłoni. Szybko je odwróciła. Domyśliłem się, że to dla niej za dużo. Zatopiłem głowę w jej włosach. Gdy zacząłem ją tam zbyt intensywnie całować, powiedziała: „Nie szarżuj”. Zwolniłem, ale zrobiłem to jeszcze kilka razy.
Po tym, gdy dojechałem do końca jej rąk, poruszyła się i w końcu zmieniliśmy pozycję. Teraz ja opadłem na poduszki. Matka usiadła bardzo blisko, wbijając mi się przez halkę przyjemnym ciężarem biodra w bok. Rękę oparła się z drugiej strony brzucha. Teraz ona była nade mną. Poświata? Tak. Zawsze wiedziała, jak się ustawić. Światło zza okna tym razem tak rozświetlało jej włosy, że nie widziałem twarzy.
„Poczekasz?” – spytałem.
„Poczekam. Wiem, że chcesz, żebym została”.
„Przy tobie jest zupełnie inaczej”.
„Domyślam się. Dlatego jestem”.
Rozwiązała mi ręcznik na biodrach i rozchyliła go. Robiła to powoli. Przesunąłem ręką po jej udzie, czekając, aż nasyci wzrok sztywniejącym wackiem. Dałem jej chwilę, byłem ciekaw, co zrobi. Przejechała tylko dłonią koło niego po włosach na podbrzuszu. Gdy już cofała rękę, zatrzymałem ją jeszcze na chwilę w swojej i dopiero powoli wypuściłem, ale tak, żeby otarła wierzchem dłoni o wacka. Potem zacząłem się onanizować. Było cudownie, przyjemnie i pięknie. Jak zwykle.
Matka w tym czasie głaskała mnie po brzuchu.
„Chyba tak lepiej, prawda? Żeby się nie nazywało, że robisz to sobie sam. Jesteś już w takim wieku, że nie wypada, żebyś to robił w samotności” – powiedziała.
„No. Zdecydowanie” – odparłem. Miałem już przyspieszony oddech.
„Co ci szkodzi spróbować, wasze dziewczyny są naprawdę ponętne. A napalone są na pewno, mówi ci to kobieta. Przecież to może być tylko wakacyjna miłość. Skąd wiesz, czy one chcą czegoś więcej? Na pewno też chcą spróbować, choćby po to, żeby się potem na was dla przyzwoitości pogniewać. Nie traktujcie tego śmiertelnie poważnie. Potem możecie już nie mieć okazji, a takie wspomnienia warto mieć. Nie będzie ci żal, jak zaczną za rok przywozić kogoś z sobą? Masz którąś na oku?” – matka jednak była uparta.
„Laski są. Nie powiem”.
„No to bierzcie się z chłopakami do dzieła. Niedługo koniec turnusu, a zawsze pod koniec takie klimaty są najlepsze. Wszyscy czują, że coś się kończy i trzeba jeszcze zdążyć coś zrobić, żeby nie było żal wyjeżdżać. Mówię ci, to są takie chwile, że samo się robi”.
„Tak, to prawda, dziewuchy robią się coraz bardziej natarczywe” – przyznałem.
„Wiesz, że możecie to robić na różne sposoby?”.
„No pewnie, mamo, że się orientuję”.
„Czyżbym miała ciebie zachęcić?” – spytała przewrotnie. Była w dobrym nastroju. Dało się wyczuć w jej głosie, że podoba jej się sytuacja, w której teraz byliśmy.
„Co masz na myśli?”.
„To będzie takie przymiarka, dobrze? Bardzo przyjemna. Ale obiecaj, że dasz którejś koleżance szansę”.
„Dobrze. OK”.
Cały czas nieśpiesznie waliłem. Nie chciałem za szybko dojść. Matka zaczęła w rytm ruchów gładzić moje przedramię, potem położyła na nim swoją dłoń. Pod jej przyjemnym ciężarem moje ruchy zaczęły sprawiać wrażenie, jakby wacek był jeszcze większy. Pięknie to wykombinowała. Wyobrażałem sobie, że tym razem sperma spłynie także po jej ręce.
Myślałem, że o to jej chodzi, tymczasem matka po chwili oswobodziła wacka z moich rąk, sama objęła go dłonią, położyła palec na ustach, powiedziała „Ciii…cho…” i… zaczęła mnie onanizować. Ja wiem, to nie jest onanizm, tylko petting, ale czułem ją, jakby to była moja trzecia ręka…
„Nie powinieneś sam” – słyszę głos matki. – „Poczuj, jak to jest, gdy będzie ci to robić dziewczyna”.
„Oczywiście”.
Waliła mi tak kilka minut. Byłem tym zafascynowany. Znów wyższy poziom doznań. Podciągam kolano, zaczynam się na tym łóżku wyginać, niesamowite dreszcze przechodzą mi przez ciało. Chciałem włożyć rękę w jej włosy i złapać za szyję, ale się odchyliła. Zaczynam sapać, a matka mówi: „Oddychaj, oddychaj, tylko nie hałasuj”. Spojrzałem za jej wzrokiem, kurwa… okno było niedomknięte. Kiwnąłem głową, że widzę.
Wzięła moją rękę i z powrotem nasunęła na wacka, a sama usiadła obok, gładząc mnie po udzie. Przyglądała się przez chwilę z satysfakcją.
„Rozumiesz teraz?” – spytała. Po czym dodała: „Wakacje mają swoje prawa. Na coś takiego namówisz dziewczynę nawet na pierwszej randce. Oczywiście jak ją podniecisz. A z tym chyba nie masz problemów, sądząc po tym, jak próbujesz mnie dotykać”.
„Tak. Uczę się na tobie. Jesteś wspaniałym obiektem do… ćwiczeń” – wydusiłem. Roześmiała się, jakby trochę skrępowana.
Zaczynam walić mocniej. Przełożyłem rękę, a wolną wsunąłem pod halkę. Gładzę teraz jej gołe ciało, uda, biodro, całe plecy. Pozwala mi wsuwać rękę między kolana, ściskając uda dopiero w połowie drogi. Halka podwinęła się i zatrzymała dopiero na brzuchu. Niewiele zasłania. W momentach, gdy podjeżdżam ręką wyżej, wisi właściwie tylko na cyckach. Matka ma bardzo ciepłe ciało. Gdy zbliżałem się od strony pleców do linii z klatką piersiową, lekko się wycofywała. Z tej strony dawała dotknąć tylko swój brzuch. Nie nalegałem. Wiedziałem, że i tak będę miał jej piersi. Zapewne niedługo… Nie musi być dzisiaj.
Gdy już nie dawało się tego zatrzymać, zacząłem stękać głośniej. Matka widzi, że zaraz dojdę. Pochyla się nade mną i cycki razem z tkaniną halki wpycha mi w usta. Ostatni haust powietrza z niesamowitym zapachem ciała matki, zaczynam się dusić i strzelam.
Wystraszyła się i przytrzymała mnie chwilę. „Już” – wydusiłem z siebie z pierwszym oddechem i wyzwoliłem z jej ramion. Matka szybko obciąga halkę, bo była prawie naga.
Leżę i odpoczywam. Matka uważnie obserwuje mnie całego, jakby dokonywała przeglądu. W końcu dotknęła czegoś na moim brzuchu, podniosła palce do twarzy i powąchała.
A potem dotknęła czubkiem języka…
Zobaczyła, że się na nią patrzę z niekłamanym zainteresowaniem, ale i zaskoczony. Uśmiechnęła się: „Nie wyobrażaj sobie za dużo. Chciałam sprawdzić. Matka powinna wiedzieć to i owo o swoim dziecku. Co prawda okazja nietypowa… Poza tym nie zapominaj, że jestem pielęgniarką. Wiem o człowieku trochę więcej niż inni”. Zabrzmiało to bardzo enigmatycznie.
„No i jak?” – spytałem.
„Nie znasz tego smaku? Z tego, co wiem, wy chłopacy lubicie eksperymentować i wiedzieć więcej”.
„Kiedyś wąchałem. Nie pamiętam, chyba nic więcej. Chyba nie próbowałem. Odkładałem na później, a potem zapomniałem”. – Nawet za bardzo nie kłamałem, rzeczywiście coś mnie powstrzymywało. Teraz naszła mnie nagle ochota na… wiedzieć więcej. Kurna, z opóźnieniem, ale perwera przyszła. Nie wiem, jakby zareagowała matka, gdybym teraz wziął jej rękę. Ale zaczyna mi się kołatać we łbie, że jestem już gotów na takie eksperymenty. Zresztą nie tylko na takie. Mój, dotąd dość atawistyczny erotyzm, zaczął ostatnimi czasy nadrabiać zaległości i gnać ostro do przodu w stronę wyrafinowanych doznań. No ale akurat w tej chwili to nie był dobry moment.
„Takich eksperymentów nie powinno się robić z chłodnym umysłem” – znów matka zadziwia mnie swoją przemową. – „Jest czas na dużo… dziwnych rzeczy. Póki nie krzywdzisz drugiej osoby i nie zmuszasz jej choćby podstępem, to można sobie na wiele pozwolić. Nie namawiam, ale poszerzać swoje horyzonty seksualne…” – zastanawiała się chwilę. – „Widzisz, z seksem to jest tak, że wszystko jest inaczej niż w zwykłym życiu. Trzeba nauczyć się to rozdzielać, gdy się robi, i tak samo trzymać oddzielnie później. To są dwa zupełnie inne światy. Nie wszyscy to rozumieją”.
Jeszcze raz westchnęła i powiedziała: „Pamiętaj, żeby pewne rzeczy robić tylko, gdy jesteś podniecony. I pamiętaj, żeby dziewczyna też była podniecona. OK? Zapamiętaj to sobie”.
Mówiła to naprawdę poważnym tonem. Chyba definitywnie zeszliśmy na ziemię, ale coś mnie pokusiło i jeszcze spróbowałem. Nie mogłem przegapić takiej okazji.
„Ale gdy powąchałaś… Byłaś podniecona?”.
Matka głęboko westchnęła. Kurczę, rozmowa zrobiła się chyba ciut za poważna. Już zaczynałem żałować ostatnich słów. Niepotrzebnie wyskoczyłem. Przecież na pewno byłaby jeszcze niejedna okazja. Od pewnego czasu oboje to wiemy.
Dłuższą chwilę milczała, w końcu się zebrała i powiedziała: „Tak, podnieciłam się. W pewnym sensie tak. Ale nie tak ja ty. To inaczej działa. Poza tym pamiętaj, że to robimy dla ciebie”. Po czym uśmiechnęła się, poklepała po klacie i powiedziała: „Wstawajmy, trzeba posprzątać”. I pierwsza poszła do łazienki. Aluzju paniał. Miałem sam posprzątać ten pieprznik. W sumie miała rację.
Wziąłem prysznic, matka sprawdziła mój pokój. Potem kubek herbaty. Usiedliśmy u starych w pokoju na łóżku. Akurat był widok na jezioro. Księżyc odbijał się w wodzie, mieniąc się wraz z refleksami ogniska z drugiej strony jeziora. Usiadłem za nią. Dłuższy czas obejmowaliśmy się, patrząc w okno. Jej piersi były oparte na moich przedramionach, oczywiście przez halkę. Machinalnie głaskała moje ręce. W końcu powiedziała: „Martwię się o ojca”.
I to był sygnał, żeby pójść spać.
Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!
Lucjusz -
Przylapany przez matke 16/25
Rozdział XVI
Zwłoki przywieziono na przyczepie traktora dopiero po śniadaniu. Kolejne żony podchodziły do platformy szukać swoich mężów i odbierać „bohaterów” niczym rannych z pobojowiska, by zabrać ich prosto do domków. Oczywiście pomagaliśmy.
Ojciec, gdy już stanął na własnych nogach i złapał jako tako równowagę, zdążył jeszcze tylko podnieść pięść do góry i krzyknąć „Polska…!”, po czym runął w nasze ramiona i potulnie dał się zaprowadzić. Był kompletnie pijany. Tam, po drugiej stronie jeziora, musiała być naprawdę masakra.
Tego dnia w ośrodku panował spokój jak nigdy. Plaża pusta, na obiedzie połowa, po obiedzie na plaży też raczej pustawo. Stary akurat zwlókł się z łóżka do stołówki. Podziwiam jego zdolność samoregeneracji. Poszedł z nami potem nawet na plażę, ale bezpiecznie nie wychodził z cienia parasola.
Potem okazało się, że poszło sześciu kumpli, jak zwykle, te imieniny są przecież co roku, znają się jeszcze z polibudy, ale wróciło dwudziestu. Gospodarz miał kilka tygodni wcześniej wesele syna i mu zostało, bo jebana rodzina panny młodej okazała się niepijąca, prawie jehowy. Musiał odreagować to wesele. Pościągali resztę znajomych, kogo się dało, komórkami. Pół ośrodka! A rano, w ramach strzemiennego, ktoś odnalazł jeszcze nienapoczętą skrzynkę wódki…
Przedpołudnie spędziliśmy nieoczekiwanie w mieszanym gronie, czyli z naszymi laskami. Czary matki? Syndrom… końca turnusu? A był to późny sierpień…, czyli właściwie czas końca wakacji. W dodatku połowa z nas była koło osiemnastki, czas przełomu. Reszta też wiekowo nie odstawała. „A lato tego roku było gorące”. Szczególnie duszne były popołudnia. Coś wisiało w powietrzu… Dobiegaliśmy wieku, w którym może się coś zmienić. I tak już zbyt długo jeździliśmy razem z rodzicami na wspólne wakacje. Dla postronnych mogłoby się to wydać nawet dziwne. My? Stare byki? Ale jak się zaczęło w to samo miejsce jeździć „od zawsze”, to jest inaczej. Poza tym naprawdę było co robić i tu, i w okolicy, a położenie na uboczu od innych ośrodków sprawiało nawet, że czuliśmy się trochę autochtonami.
A może raczej połączył nas los naszych ojców? Moja matka była wyrozumiała, ale w innych domkach niekoniecznie odbyło się to w tak komfortowy sposób. Część z nas miała naprawdę nietęgie miny. Zaszyliśmy się na końcu plaży. Nawet specjalnie nie gadaliśmy. Chcieliśmy ten czas po prostu spędzić razem. I tak, nieoczekiwanie, nasza grupa z powrotem się zintegrowała. Zupełnie jak za gnoja.
Ponieważ ojciec był na chodzie, popołudnie postanowiłem spędzić jednak z rodziną. Tym bardziej że atmosfera w ośrodku zgęstniała. Z opóźnieniem, ale wybuchło parę awantur. Do wątroby jednego w końcu przyjechała karetka. Aż tak bardzo nie znałem granic tolerancji matki. Wolałem być czujny. Ale nic. Leżał, oddychał, a matka go nawet o nic nie męczyła.
Idziemy robić kółka.
Trochę się pochlapaliśmy, potem znacznie dłużej pływaliśmy. Matka chciała mnie chyba zmęczyć. Wiedziała już, co będzie grane, ja oczywiście też. Ostatniej nocy nazbierało się „trochę” nowych tematów, których zupełnie nie planowaliśmy. Tym razem to był ostry spontan. Z mojego punktu widzenia wyglądało to jednak, aż się zdziwiłem, nieco inaczej. Oczywiście fakt, że matka osobiście mi waliła i to ładnych kilka minut, był niesamowity. Ciągle wracałem do tego myślami. Ale znacznie bardziej utkwił mi fakt, że przecież teraz to ja ją prawie cały czas pieściłem. Nieważne, że tym razem nie dała mi dotknąć piersi, nawet sam za bardzo o to nie zabiegałem, ale faktycznie… poza nimi masowałem i to intensywnie i jednoznacznie namiętnie prawie całe jej ciało. To nie było głaskanie. To był typowo erotyczny dotyk. Poruszałem całym jej ciałem. Tym razem te cycki nawet nie były tak ważne. Miałem ją w rękach. No dobra – w ręce. Ale zmiana polegała na tym, że praktycznie robiliśmy to już sobie nawzajem.
Stajemy naprzeciwko siebie. W wodzie po szyję. Jednak to ja ją zmęczyłem. Patrzymy na siebie dłuższą chwilę. Stoi zrezygnowana. Pewnie też zastanawia się, która z tych rzeczy była dla nas najważniejsza.
Zacząłem od czegoś zupełnie innego. I nawet dobrze wymyśliłem. Przecież obok leżał ojciec. Na pewno nadal o nim myślała. Pytam, dlaczego śpi w halce, a nie w koszuli nocnej i czy to ojcu nie przeszkadza. No więc: ona lubi ten dotyk, gładkość i chłód tkaniny, przez którą i tak wszystko czuć. Ojciec tym bardziej. Dawno temu, gdy się rozbierali, porywał ją w tej halce od razu do łóżka. I tak zostało. Koszulka nocna zawsze była z nimi, zawsze przygotowana, leżała obok. Taki fetysz albo afrodyzjak. Koszulka „do niezakładania”. Póki ich to kręciło, spierali się często w łóżku: „Ale ja muszę się w końcu przebrać”, „Nie, poczekaj, jeszcze nie zakładaj”. Ale aż do dziś matka rano przebiera się z halki w tę nocną koszulkę przy obudzonym ojcu i mówią do siebie oczami, że znowu zakłada ją dopiero rano. Znów nie zdążyli. Ale wysypiają się.
I tak nieoczekiwanie, nie wiem, może to instynkt, zeszliśmy na temat ojca. Nawet powiem, że tak powinno być. Kocham oboje i o ojca też się teraz trochę martwiłem. Ale nic mu nie było. Właśnie przeniósł się z ręcznika na leżak.
„Wcale się nie dziwię ojcu. Masz wspaniałe ciało”.
„No trochę zdążyłeś się zapoznać z moimi piersiami, ty niepoprawny zboku”.
„Ciało”.
„Niżej nie dotkniesz. Rozumiesz, że to już by była przesada”.
„Ciało”.
„Więcej nie mam”.
„Ciało. Całe”.
„Boże, nie chcę, żebyś tak szybko dorastał. W twoim wieku chłopcy są na poziomie cycków. No i potem, wiadomo, pewnych innych rzeczy. Sama chciałam ci kiedyś o tym napomknąć, że koleżanka to nie tylko cycki i cipka. Ale ty tak lecisz… Zmiłuj się, jestem Twoją mamą, i tak pozwalamy sobie za dużo, ale w taki sposób powinieneś myśleć dopiero o swojej dziewczynie i to takiej raczej na stałe”.
„Ale ja już nie potrafię ciebie inaczej przytulać, teraz twoje piersi są dla mnie tylko częścią całej ciebie”.
„Nie przerażaj mnie, bo zaczynam mieć dreszcze. W kogoś ty się wdał, ano tak…, w ojca. Wy już o takich rzeczach z sobą rozmawiacie? Ale chyba nie o mnie? Mam nadzieję, że jak ojciec coś ci tłumaczy, to pokazuje na dziewczynkach za oknem, a nie na mnie. Będę się koło was bała przechodzić w kuchni” – zaczyna żartować.
„Nie, z ojcem tak szczegółowo to nie gadamy. Mówi mi: sam rozumiesz, uruchom wyobraźnię, dziewczyny działają inaczej niż my…, tego typu rzeczy”.
„Boże, on jeden normalny. Myślałam, że w tej rodzinie to my już wszyscy zboczeni. I co ci jeszcze mówił?”.
„Że dziewczyny lubią, jak się na nie zwraca uwagę i się o nich mówi, że trzeba im zawsze nagadać jakichś głupot” – i zaraz się poprawiłem – „Znaczy, trzeba z nimi rozmawiać…”.
„A, to w porządku, nie jest tak źle” – raptem przerwała, chyba zorientowała się, że rozmowa niebezpiecznie zbacza na wszystkie kobiety, więc mowa byłaby i o niej. Obróciła się wokół siebie i zatoczyła ręką po wodzie pełne koło, przyglądając się falom uciekającym spod palców. Kurczę, pierwszy raz w życiu widzę matkę tak zmieszaną. Ucieka przede mną wzrokiem.
W końcu mówi: „Więcej nie muszę wiedzieć. To są wasze męskie sekrety, a ja jestem z twojego taty bardzo zadowolona…”.
„Ale sama pytałaś?”.
„Misiu, wystarczy, takie szczegóły zostawcie dla siebie. Nie zapominaj, że oprócz tego, że jestem twoją mamą, jestem również kobietą. To mnie krępuje. Sama ci o tym opowiadałam, ale w inny sposób, że dziewczynki trzeba po prostu… szanować. Rozumiesz?”.
Myśli jeszcze, myśli i w końcu mówi: „Wy to jesteście naprawdę przedstawiciele innego gatunku, żeby nawet do kobiety ze śrubokrętem i kombinerkami? A to nie można inaczej?”.
„No niby jak?”.
„Z czułością, misiu, z czułością. Ech… wam do wszystkiego jest potrzebna instrukcja obsługi. A kobieta to nie jest jakieś maszyna, tylko żywa istota. To są uczucia. Seks powinien łączyć się z miłością”.
„Gdy w tobie tryskałem, to kochałem ciebie jeszcze dwa razy bardziej niż zwykle…”.
E…, e…, czas i obraz znieruchomiały, słyszę w uszach taki jednostajny dźwięk, gdy się odłącza aparaturę. Ja pierdolę, ale przywaliłem! Znaczy nie jestem pewien, ale chyba tak to powiedziałem.
Matce też ktoś wyjął na chwilę wtyczkę. Ma śmieszną minę.
Mówię: „Znaczy tryskałem przy tobie”.
Acha, no to teraz jest jeszcze gorzej. Teraz oboje wiemy, że przekręciłem słowa.
Twarz matki z zaskoczonej zmieniła się w niezwykle zainteresowaną. Teraz to ona jest górą i patrzy mi się głęboko w oczy. Chyba chciała się wkurwić na pokaz, ale zwycięża ciekawość. I widzę, że w jakiś perwersyjny sposób jej się to spodobało. Czyli jednak lubią, jak się o nich mówi…
Ktoś włączył wtyczkę z powrotem, bo słyszę: „No ładnie…, ładnie”. Rozejrzała się i mówi: „Chodź, za długo stoimy w jednym miejscu”.
Zrobiliśmy kółko.
Teraz dla bezpieczeństwa stajemy dalej. Ale ciągnęła! Łapiemy oddech. Matka ma ewidentnie rozgrzane policzki. Zatrzymaliśmy się za liną. Ruszamy rękoma, bo prawie nie ma dna.
„Dobra, co ci jeszcze mówił?” – jednak zwyciężyła ciekawość.
Mówię o potrójnym spojrzeniu, o tym, żeby dziewczynie położyć rękę na twarzy przed pierwszym pocałunkiem. Opowiadam, że panienkę trzeba wstępnie podkręcić, a potem zostawić i przestać się interesować erotycznymi sprawami. Można potrzymać na kolanach, ale bez żadnych akcji. Ma się poczuć bezpiecznie, a potem zniecierpliwiona i wtedy zacznie się sama pchać pod łapska.
„To jednak nie chcę wiedzieć, co dalej. Boże, co to za facetowskie teksty! Jak można tak manipulować dziewczętami!” – matka nie kryła oburzenia.
No to mówię jej, bo nie wiem, jak mam ją w końcu traktować. Czy oprócz tego, że jest moją matką, to teraz ma być dla mnie dodatkowo kumpelą czy kochanką?
„Może jednak traktuj mnie jak instruktorkę?” – zaproponowała.
„Nie, mamo, za duże emocje”.
„No to z dwojga złego wolę już to drugie, czyli kochanką. Ale taką delikatną kochanką, żebyś za dużo o mnie nie wiedział. Wolę ciebie tak popchnąć, żebyś dalej sam się nauczył”.
„Ale jak mi zaczęłaś sama robić, to było coś fantastycznego, nowy rodzaj doznań. Czy na początku przy dziewczynie też mogę się onanizować? Bo w sumie to fajne” – robię z siebie głupka, na szczęście matka nie widzi dryfu, bo jeszcze nie doszła do równowagi po tym, jak się zaczęła oburzać na… w sumie ojca. A mnie chodziło tylko o to, by wrócić do wydarzeń minionej nocy.
„Nie!” – słyszę, jak matka z całą naiwną szczerością mi klaruje: „Przy kimś masz to inaczej robić, normalnie, jestem przeciwniczką takich zabaw, onanizować się możesz, jeśli jeszcze musisz, tylko przy mnie”. (Mamo, jak ja cię… kocham).
Więc uspokajam: „I tu się z tobą zgodzę, mamo. Nie martw się, jak się przy tobie onanizuję, to jest to coś zupełnie innego. Boczna linia erotyki, niesamowite uzupełnienie. Chcę to przy tobie robić niezależnie od normalnych zabaw z dziewczynami” – nie wiem, czy trochę nie przeginam, ale wolę ją postraszyć, bo wtedy lepiej łapie klimaty.
„No w sumie już coraz rzadziej” – dodałem, by ją wyciszyć, bo wróciliśmy już w temat.
„Na szczęście coraz rzadziej” – matka sama zaczyna się uspokajać.
„Ale zrobisz mi to do końca? Przynajmniej raz?” – uznałem, że nadeszła odpowiednia pora na finalizowanie tego całego misternego dryfu. Zresztą spodziewała się, że będziemy o tym mówić. Przypomniałem jej, że tak nie do końca było fajnie, gdy opuściła pokój przed moim wytryskiem, gdy robiłem to przy niej pierwszy raz oficjalnie. I mówię, że ten „pierwszy raz” (z kolejnych „pierwszy razów” zresztą), że ten pierwszy raz, gdy kobieta mnie ejakuluje (tak, z premedytacją użyłem słowa z podręcznika) też chciałbym przeżyć z nią. Przecież to w sumie nic takiego, a nie chcę, żeby kojarzyło mi się z jakąś przypadkową laską, z którą nie wiadomo, czy potem będę.
Co miała robić? Na taką argumentację! Gdy synuś napomyka między wierszami o poważnych związkach? No…, jestem bardzo odpowiedzialny.
„Chyba będę musiała…” – mówi zrezygnowana. Ale jakoś z twarzy nie była specjalnie zmartwiona. I zaraz dodaje, chyba żeby się samej sobie usprawiedliwić: „Tak, wtedy to by była boczna droga, jeszcze byś sobie coś utrwalił, faktycznie to byłby błąd, gdybyś nie był tej dziewczyny pewny. Ech, co robić…”.
Stoimy daleko od brzegu, ale się rozejrzała. I słyszę:
„No cóż, trudno, będę musiała tobie, jak wy to mówicie…, zwalić? Chyba że nie chcesz, żebym ci zwaliła?”.
„Nie no, mamo, bardzo chcę, żebyś mi zwaliła”.
„Bo jak masz wątpliwości, żebym ci zwaliła, to możemy się jeszcze zastanowić”.
„Lepiej nie, mamo. Zobacz, ile dziewczyn się tu kręci. Gdybyś mi potem zwaliła, to już by nie było to samo. Chcę, żebyś była pierwsza”.
„Czyli definitywnie chcesz, żebym ci zwaliła?”.
I tak się jeszcze przekomarzamy ze dwie minuty o tym zwalaniu. Spodobało jej się to słowo. Rany, jakie te baby są sterowne. Ojciec ma rację, wiedza, to podstawa.
Chyba się podnieciła, bo nie dość, że nie zauważyła, że od dobrej minuty obejmuję ją pod wodą w pasie, to teraz odruchowo, a zaczynała się już śmiać, zarzuciła mi ręce na szyję. Parę sekund, potem błysk w oczach, „Co my robimy!” – cicho krzyknęła, rozejrzała się po oddalonym brzegu i ruszyła w kolejne kółko.
Znów stajemy w wodzie, trochę dalej, teraz to już nas prawie zasłaniają trzciny. Szybki atak, zanim spadnie jej tętno: „No ale jak mi zwalisz, to chciałbym się tobie też jakoś odwdzięczyć”.
Matka próbuje się jeszcze ratować przed tematem: „Muszę uważać, jak się będziesz do mnie przytulać przy obcych”.
„Spoko” – uspokajam. – „Sam kontroluję. Przecież wiem, jak to może wyglądać. Ale chcę ciebie w ten sposób przytulać i obejmować, gdy nikt nie widzi”.
„No dobrze” – powiedziała zrezygnowana.
Odczekaliśmy, bo przepływał jakiś kajak. I tak się nam dziwnie przyglądał…
„Ech” – westchnęła zrezygnowana. – „W takich sytuacjach to już się chyba nie uda nic zmienić. Ale błagam, pilnuj się chłopaku”.
„Co ty, zmarnować taką kochankę” – nie wiem, czy ją tym uspokoiłem. – „Teraz ciebie przytulać, to jak drugi raz tracić cnotę” – wznoszę się na wyżyny.
„Wiesz co, przerażasz mnie. Pogadajmy o czymś innym”.
Więc mówię jej: „Słuchaj, dajesz mi w nocy tak dużo, że nie muszę się za dnia dopraszać, a już szczególnie przy obcych. Ale wiesz, mało prawdopodobne, żeby najbliższa panna okazała się ważną dziewczyną w moim życiu. Oczywiście chciałbym, ale bez prób się nie da. Nie chcę, żeby pierwsze lepsze cycki, którym przyjdzie mi się pobawić, były dla mnie tak ważne. A utrwalą mi się na pewno. I co, mam potem chodzić całe życie z obcymi cyckami w głowie? Tam jest tylko jedno honorowe miejsce i chcę, żeby było dla ciebie. Wolę mieć tam najlepsze cycki z możliwych i takie, które dla nie coś znaczą. Wspomnienia z cycków, które kocham”.
„Co ty kombinujesz…?” – przerwała mi.
„Ale poczekaj…” – mówię. – „Z logicznego punktu widzenia ma to sens?”.
„Po co ci to?” – już wie, że przegrywa.
„Chcę mieć jedne, wspaniałe, prawdziwe, bliskie i zupełnie bezstresowe cycki na samym początku mojej drogi. Wtedy wszystkie inne będę dobrze wybierać. I chcę, żeby to były twoje. Lepiej bym wybrać nie mógł”.
„Ale już dotykałeś”.
„Ale nie w ten sposób. To było z emocjami, kombinowałem, czy się da, robiliśmy coś innego. A chcę, żeby były głównym daniem i żeby je dostać…” – zbieram myśli – „tak po prostu. W najnaturalniejszy sposób”.
Rozejrzałem się i mówię: „Wszystko do góry nogami. Robimy takie rzeczy, że hej, a tu dziura. Przecież od tego powinniśmy zacząć, żebym pieścił twoje piersi, tak jak to się normalnie robi dziewczynie. Bez tego etapu to jest wariactwo. To jak mam to teraz robić innym dziewczynom? Poza tym nie wiem, czy w końcu mogę dotykać, czy nie? To trochę dziwne, nie uważasz?”.
Gładziłem matkę pod wodą na zmianę po biodrach, talii i po bokach na wysokości stanika.
„To jak chcesz to zrobić?” – spytała.
„Teraz tylko tak dla smaku. Ciebie to też ośmieli. Wiesz, musimy złapać równowagę w naszych relacjach, bo na razie jest naprawdę głupio. A pogadalibyśmy wieczorem” – wymyśliłem.
„No dobrze” – odpowiada. – „Tylko ostrożnie. I nie rozpinaj, bo w wodzie sama nie zapnę”.
Przez chwilę delektowałem się kształtem jej piersi przez tkaninę kostiumu, potem na moment położyłem dłonie na odkrytej części jej ciała i zaraz sam się wycofałem. Nie chciałem, żeby się pierwsza odsunęła, a mogłaby to zrobić. Przecież to dla niej też coś nowego. No i zdążyłem, co sprawiło mi dużo satysfakcji. Ale spojrzała się na mnie dziwnie, trochę nawet z wyrzutem, że nie dałem jej odegrać roli przyzwoitki. Czyżby miała zawiedziony wzrok? Cóż, wyciągam wnioski z nauki i obserwacji i robię się, gdy trzeba, młodych skurwielem. Nie żałowałem tych kilku straconych dodatkowych sekund. To była inwestycja. Dzięki temu będę miał więcej matki w nocy. Zapewne z dużym przebiciem.
Uśmiechnęła się. Poszliśmy w następne kółko.
Znów stajemy przy trzcinach. To dobra miejscówka.
„A wiesz, że my w ogóle wszystko robimy od końca?” – zauważyłem. Rzeczywiście zauważyłem to dopiero teraz. Musiałem mieć przekonująco zdziwioną minę. – „Przecież my się jeszcze nie całowaliśmy!”.
„No nie!”.
„Tak, tak!”.
Aż się obróciła w wodzie.
„Piramida głową w dół” – dodałem. – „Trójkąt na czubku. Przecież to jest zboczenie. Kto tak robi?”.
„No ale nie tu” – słyszę. Czyli jest już rozbrojona. Argument powrotu do normalności, widzę, był przekonujący.
W najbardziej delikatnych i mocno opisowych słowach przedstawiam charakter tego typu pocałunków, mówię o naturalnej w takich sytuacjach namiętności, ta jeszcze próbuje się bronić, że to takie bardziej „cmokanie”, obiecuję, że zamknę oczy, bo to przecież matka, muszę ją szanować, w końcu musiałem użyć określenia „z językiem”.
„Nie z językiem, tylko z języczkiem” – poprawiła mnie, ale była to już jej ostatnia reduta.
Wpadam na pomysł…
Powietrza nie starczyło nam na długo, tym bardziej że zanurzaliśmy się na wydechu. Musieliśmy mieć pewność, że będziemy niewidoczni. Gdy nasze głowy znalazły się już na pewno pod wodą, przywarłem do niej całym ciałem i poszliśmy w ślinę może na trzy sekundy. Odepchnęła mnie i wynurzyliśmy się metr od siebie, łapiąc powietrze. Gdyby nas ktoś obserwował z lądu, niczego by się nie domyślił.
Trzeba było coś zrobić ze stojącym fiutem. Zresztą matka po tym wszystkim też nie mogła być ze skały… Cycków drugi raz nie dotykałem, ale tam, gdzie mogłem, pieściłem ją rękami pod wodą tak zmysłowo, jak może to robić tylko kochanek. Popłynęliśmy na drugą stronę jeziora, a po krótkim odpoczynku wróciliśmy, płynąc na plecach. Mimo że jezioro było typu rynnowego, mieliśmy w obie strony po kilkaset metrów. Na brzegu stał stary i był wkurwiony, co mu się rzadko zdarzało. To znaczy domyśliliśmy się z matką od razu, bo tego typu emocji nie okazywał zbytnio. Pilnował się, jak to prawdziwy facet, ale my swoje i tak dostrzegliśmy.
„Pogięło was?”. A do matki: „Ile masz lat? Chłopak dorasta, a ty zachowujesz się jak jego młodsza siostra. Po wakacjach idziemy na kurs ratownika wodnego”, po czym wrócił na koc. Trochę miał racji.
O, za to ojca ceniłem chyba najbardziej. Rzadko wypowiadał się w czasie przyszłym. Praktycznie za każdym razem była to informacja o powziętej decyzji i zapowiedź jej realizacji. Ojciec nie uznawał fantazjowania, marzeń i planowania bez pokrycia. Uważał, że to rozwala psychikę. Parę razy w dzieciństwie nawet wymógł na mnie, żebym zrobił to, o czym zbyt długo gadałem, nawet jeśli mi się to następnego dnia odechciało, czym skutecznie wybił mnie z bujania w obłokach. A basen był na osiedlu…
Gdy już leżeliśmy, matka rozbawiona pochyliła się nad nim i powiedziała prawie szeptem „Chcę ciebie w żółtym czepku”.
Stary przewrócił się na brzuch.
Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!
Lucjusz -
Bokserki
Michała poznałem w liceum. Chodził do równoległej klasy, ale przepisał się w połowie, bo uznał, że mat-fiz jest dla kujonów, bez życia towarzyskiego. Jasne, był wystarczająco mądry, żeby zdać i pójść na inżyniera lub programistę, ale w pewnym momencie zaczął palić zioło i wychodzić na miasto i uznał, że ogranicza się siedząc nad książkami. Na pewno sobie poradzi gdziekolwiek nie pójdzie. Jest bardzo atrakcyjny i charyzmatyczny i wszyscy go od razu lubią. Dziewczyny głupieją na widok jego jasnych oczu i blond włosów. Michał jest też bardzo dobrze zbudowany i ma godny pozazdroszczenia zarys szczęki (to się zauważa, kiedy samemu się tego nie ma haha).
Lubimy się z nim. Nie jesteśmy, bardzo blisko, ale potrafimy pogadać o byle czym lub zapalić. Gdybym miał się wpisać na listę jego dobrych znajomych, to pewnie byłbym czwarty. Wiem to, bo gdy trójka jego ziomków musiała odmówić wyjazdu na festiwal, zaproponował to mnie. Zgodziłem się.
Wynajęliśmy domek w nadmorskim mieście, zaraz, obok którego miał się odbyć festiwal. Kupiliśmy bilety na kolejno pierwszy, drugi i czwarty dzień tego wydarzenia. Trzeciego dnia nie opłacało się pokazywać, bo nie grał nikt, kogo byśmy kojarzyli, a dodatkowy dzień na odpoczynek na plaży brzmiał znacznie lepiej. Spotkaliśmy luźnych znajomych ze szkoły, którzy też robili sobie tego dnia przerwę, więc mielibyśmy towarzystwo do palenia. Przyjechaliśmy, wypakowaliśmy rzeczy i poszliśmy się przejść.
Dwa pierwsze dni festiwalu były świetne. Pomyślałem, że to może być świetna okazja, żeby zbliżyć się trochę do Michała. Dobrze się bawiliśmy i teraz trzeciego dnia mieliśmy iść na plażę. Obudziłem się tego dnia strasznie napalony i najchętniej uciekłbym do łazienki i sobie ulżył, ale Michał poganiał do wyjścia i nie mogłem sobie na to pozwolić. Miałem jednak pewien plan.
– Kurczę, mam 3 nieodebrane połączenia od ojca – powiedziałem. – No to czeka mnie zajebista rozmowa.
– Kurde, czekać na ciebie?
– Niee, nie będę cię zatrzymywał jak reszta już jest na plaży. Idź, znajdę was.
– No zgoda, zgoda.
I wyszedł. Tylko na to czekałem.
Upewniłem się, że go nie ma i dałem sobie zapasowe 5 minut, jakby miał wrócić, bo czegoś zapomniał. Nie pokazał się, więc uznałem, że jestem bezpieczny. Nareszcie! Rzuciłem się na łóżko i ściągnąłem spodnie. Mój penis stał z samej ekscytacji z tego, co zamierzałem zrobić. Zdjąłem bokserki i mój chuj upadł na moje podbrzusze. Nie jestem bardzo owłosiony, bo często golę tamte okolice, a mój napletek schodzi całkowicie z czubka (wiem, że nie wszyscy chłopacy tak mają). Wystarczyły dwa pociągnięcia dłonią po długości, żeby przeszedł mnie ten znany dreszcz. Pała stała mi teraz całkowicie. Potrzebowałem jakiegoś porno, więc wstałem ze sterczącym chujem i zwróciłem w kierunku szafki nocnej, gdzie zostawiłem komórkę. Zobaczyłem na niej swoje bokserki i wpadł mi do głowy zajebisty plan. Chuj drgał mi na samą myśl.
Wkradłem się do pokoju Michała. Nie mogłem uwierzyć, że zrobił bałagan podczas pobytu tutaj przez 2 dni, przy czym całe spędzone poza domkiem. Sprawdziłem walizkę – same czyste ubrania. Michał musi mieć w zwyczaju zostawiać ubrania na podłodze tam gdzie je zdejmuje. Oczywiście. Rozejrzałem się po podłodze i znalazłem je. Znoszone bokserki. Cały dzień w upale na festiwalu, skakanie i bieganie, spocony chuj Michała… Nie mogłem się powstrzymać, rozebrałem się do naga, położyłem na łóżku i przystawiłem bokserki do nosa.
KURWA MAĆ!
Materiał pachniał bardzo silnie jego kutasem. Jego penis był w nich cały dzień, a teraz ja czuję jego zapach. Zupełnie jakby on sam przejeżdżał mi po nosie swoimi spoconymi jajami. Zapach był bardzo silny, jakby nie zmieniał bokserek kilka dni (co, znając Michała, mogło być prawdą). Nie mogłem się powstrzymać i wysunąłem język. “Ja pierdolę”, pomyślałem, gdy smak okazał się być słonawy. “To tak smakuje penis! Jego penis! Penis samego Michała!” Moje myśli zrobiły się coraz bardziej konkretne z każdym wdechem oparów z jego pały. “Michał, twój chuj jest zajebisty! O tak, zdominuj mnie! Kurwa Michał pierdol mnie! Pierdol mnie w dupę swoim śmierdzącym chujem!”
Byłem tak kurewsko blisko dojścia, gdy na szczęście w porę uświadomiłem sobie, że jest jeszcze druga strona, której nie zbadałem. Przystawiłem nos do tylnej części bokserek. KURWA! znowu uderzyła we mnie fala tego zajebistego smrodu. Ten był inny, bardziej surowy, ale równie dobry. Nie wierzę, że wiem jak pachnie dupa Michała. Jego spocona, jędrna dupa. Wyobraziłem sobie jak siada mi na twarzy i pozwala się wylizać. Dokładnie taki zapach bym wtedy czuł. Rozsadza mnie z tego napalenia, a w mojej głowie pojawiają się coraz to lepsze wizje tego jak Michał przyciska moją twarz w swoje krocze i jęczy przy tym głośno. “O tak Michał! Liżę ci jaja i wącham twoją dupę! Usiądź na mnie i dojdź w moje usta!!! KURWA, MICHAŁ JEB MNIE! JEB MNIE TERAZ! PATRZ NA MNIE KIEDY DOCHODZĘ WĄCHAJĄC TWOJEGO CHUJA!”
Doszedłem… Był to jeden z najsilniejszym orgazmów jakie miałem w całym życiu. Cały mój brzuch był pokryty spermą. Musiałem szybko uciec do łazienki i zmyć z siebie całe nasienie. Odkryłem wtedy, że łatwiej to zrobić za pomocą zimnej wody niż ciepłej. Ubrałem się i wyszedłem. W głowie miałem echo tego, o czym myślałem przy waleniu sobie. Kurde, co to był za zajebisty plan.
Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!
Jakub Bruk -
Przylapany przez matke 17/25
Rozdział XVII
W nocy starzy strasznie się walili. Nigdy nie mogłem dojść, czy ojciec w dobę po chlańsku odzyskiwał siły w dwójnasób, czy też przyczyną były moje akcje z matką. W dodatku mieli otwarte okno. Matka tak się darła, że rano nie było jak wyjść z domku. Mieszkańcy okolicznych domków też się pospóźniali na śniadanie, bo każdy chciał koniecznie zobaczyć moją matkę z ojcem.
W końcu śniadanie w stołówce zjadłem sam. Starsi przyszli dopiero na obiad, jako ostatni, spóźnieni, i gdy wchodzili, zapadła kompletna cisza. Wstyd jak nie wiem. Mało brakowało, a sala wstałaby na ich widok.
W końcu ojciec, wkurwiony, zamówił do stołu do obiadu butelkę wina. Taki charakterny. Ponoć legenda głosi, że w dziejach ośrodka była to pierwsza butelka wina zamówiona przed osiemnastą. Trochę dziwnie smakowało z jarzynową i kotletem pożarskim.
Na plażę też nie dało się iść, tym bardziej że dwa razy więcej osób zaczęło nam mówić dzień dobry (głównie kobiety). Dobrze, że za parę dni koniec turnusu.
Nie wiem, czy to za sprawą starych, których historia przetoczyła się echem po ośrodku (i niestety trwale przeszła do jego legendy), ale dziewczyny, czymś podekscytowane, wymusiły na nas po południu wycieczkę. Poinformowaliśmy starych, że możemy nie wrócić na kolację, co przynajmniej w osobach moich rodziców spotkało się z bardzo przychylnym przyjęciem. Na razie nawet w mojej obecności, czuli się nie do końca swojo.
Poszliśmy z dziewczynami na długi spacer i rozłożyliśmy się w krzaczorach na jakiejś polanie. Podwalały się do nas już na chama. W dodatku okazało się, że panny przyniosły morze alkoholu.
Najpierw zaczęły się prowokacyjne teksty, trochę zbyt głośno komentowały innych chłopaków z ośrodka, jedna drugą pytały np.: „Czy coś już było”, a ta odpowiadała: „No w sumie to już sporo, ale nie do końca mi odpowiada. Zastanawiam się, czy warto iść dalej”. Przekaz był jasny: „Jeszcze porządne, ale już zdecydowane. Chcemy być czyimś trofeum, ale jak chcecie, możemy być waszym”. Poza tym po brzmieniu ich głosu słychać było, że są podjarane albo – że wszystkie mają płodne dni. He, he. Tak, panowie, jakby kto jeszcze tego nie wiedział, to daje się słyszeć. Matka natura robi robotę.
W powiedzeniu „Jak przyjdzie ochota, itd…” jest sporo prawdy. Tutaj objawiło się to faktem, że napalone laski nagle odzyskują całkiem przyzwoite umiejętności orientacji w terenie, bo szły w ciemno w konkretnym kierunku. Nie ma bata, na sto procent miały trasę obczajoną wcześniej. W dodatku dwie wysforowały się sto metrów do przodu, tak że na rozstajach musieliśmy podążać za nimi. Szliśmy jak nieświadome niczego barany na rzeź, a instynkt samozachowawczy straciliśmy, bo laski z przodu szły, trzymając się za ręce i co chwila się odwracały i śmiały, a zaraz za ośrodkiem rozebrały do samych kostiumów. Ich lekko falujące pośladki, zupełnie inne niż u modelek, z lekko nadmiarowym tłuszczykiem, dziwnie przyciągały, a naszej podejrzliwości nie wzbudził nawet fakt, że wszystkie rozpuściły włosy.
No podeszły nas pięknie.
Im bliżej docelowego miejsca, tym bardziej dowiadywaliśmy się, niby przypadkiem, z ich rozmów, że jednak jesteśmy bardzo fajni. Teraz inne chłopaki z ośrodka zaczęli nam nie dorastać do pięt. Polanę obczaiły idealnie. W koło żywego ducha. Impreza zapowiadała się na udaną, bo nie musieliśmy nic robić. Wystarczyło je obserwować. One tymczasem były w fantastycznym nastroju. Same. Nakręciły się bez naszej pomocy i jeszcze nam wmawiały, jakim to jesteśmy dla nich świetnym towarzystwem. Żyć, nie umierać. Tylko żeby tyle nie trajkotały…
Jak już rozpiliśmy pierwsze słodkie wino, zaraz w ruch poszła pusta butelka. Środek dnia! Znaczy prawie wieczór, ale jeszcze zupełnie jasno. Na początek wypadło dziewczyna na dziewczynę. Coś tam chachmęciły z regulaminem, który zresztą same wymyśliły, ale wyszło, że dziewczyna na dziewczynę. To miał być namiętny pocałunek lesbijski, ale jak się tylko udaje, to wiadomo… Wyszło obleśnie. Swoją determinacją zdobyły jednak nasze uznanie.
Teraz zmiana regulaminu. I żeby się nie wstydzić, chodzimy w nieodległe krzaki (wszystko przewidziały, idealna miejscówka). Poszedłem w ślinę i zmacałem w ostatecznym rachunku wszystkie sześć panienek. Nie powiem, smakowały, aczkolwiek wszystkie podobnie. Regulamin! Jak wypadnie drugi raz na tę samą parę, to się nie liczy. W końcu przestaliśmy udawać: „No to która para jeszcze nie szła?”. Długo te wymianki trwały, aż nam się to całkiem zaczęło podobać.
A, jeszcze jedno – perfidia panienek. One ewidentnie mają coś nie tak z inteligencją, ale głupie nie są. Raczej coś w poprzek. Jak już się dostatecznie oddaliliśmy od ośrodka, to wszystkie rozebrały się do kostiumów (łapać ostatnie promienie słońca). Natomiast na polanie z powrotem pozakładały sukienki i bluzki. „A wieczór był upalny…”. Ewidentnie lubią być rozbierane albo jak im się pod ubranie wpycha łapy.
Oczywiście po powrocie każdej pary siadaliśmy sobie w męskim gronie normalnie, informując pozostałych kolegów pełnym polotu stwierdzeniem: „Spoko”, natomiast dziewczyna, która aktualnie przed chwilą była „obracana” w krzakach, leciała do koleżanek, a one już nie mogły się doczekać i słychać było tylko: „I co, i co?”. A ta oczywiście się obficie produkowała. A te oczywiście zaraz się patrzyły na tego chłopaka. I oczywiście za każdym razem się śmiały. Znaczy chichrały. Kozy się chyba chichrają, tak? No to chichrały.
Acha, i jeszcze jedno, ale teraz to mnie, kurna, nie zabijcie. W naszym gronie jest rodzeństwo. Też poszli. Oczywiście aplauz i pisk panienek (a to żmije) i zaczęły klaskać i skandować do rytmu „I-dzie-cie, i-dzie-cie”. Byli. Ale prędko wrócili.
Jak już butelka się skończyła, a było jeszcze widno, to w końcu (a wszyscy mieliśmy już lekko w czubie) zaczęliśmy się po prostu po tej polanie przewalać w miękkiej trawie. Niby chciały, niby kusiły, były nawet – nazwijmy to – średnio odważne. My zachowaliśmy jednak resztki rozwagi. A może to po prostu nasz instynkt? W każdym razie staraliśmy się wszystkie panny obdarzać wdziękami po równo, raz jedną smyrałem po nodze, potem z drugą się niby siłowałem, żeby usiąść w objęciach trzeciej, gładząc (wysoko) kolana czwartej. No i oczywiście wszystkie się nadstawiały, żeby im pakować łapy tam, gdzie nie trzeba, ale tylko po to, by po chwili (uwaga: dokładnie po chwili, a nie od razu), że one to nie takie. Potem, na chłodno, jak zacząłem to wszystko analizować, to odkryłem, że dziewczyny uwielbiają się… wyrywać z objęć! Dobra, z jakich objęć? Z pettingowych macanek!
Na szczęście dziewczynom było wszystko jedno, byle być w naszej orbicie. Która z którym, to już nie miało dla nich znaczenia. Tak przynajmniej nam się wydawało. Następnego dnia, gdy z chłopakami zrobiliśmy dogłębną analizę tych wydarzeń, doszliśmy do wniosku, że to była z ich strony… giełda. Acha, bo tego chyba wcześniej nie podałem: laski i my, to było sześć na sześć. Właśnie w takiej proporcji znaliśmy się od małego gnoja my, weterani, czyli najdawniejszy młody narybek ośrodka. Ewidentnie każda z nich chciała wrócić z wakacji z osobistą satysfakcją posiadania chłopaka. Niech będzie, że tylko wakacyjnego, ale swojego własnego chłopaka.
Co ciekawe, mimo że były coraz bardziej pijane, to akurat w tej kwestii „przewalania” się z nami były całkiem przytomne i nawzajem kontrolowały. Można było ze stoperem mierzyć, ile sekund dawały na łapę pod bluzką, a ile w majtkach. No dobra, z jednym wyjątkiem – strasznie długo się całowały, ale też nigdy pod rząd dwa razy z tym samym.
Kto wie, co by było, gdyby któraś odleciała i jakaś para zaczęła się walić? A zaczynał zapadać sprzyjający temu zmierzch. Niemożliwe, żeby wszystkie były dziewicami.
Tak więc traktowaliśmy panny po równo i każdy miał mniej więcej taki sam kontakt z każdą. Nie wiem, co one sobie tam zaplanowały. Może miało być walenie? Może tylko mieliśmy się sparować? Może same nie wiedziały do końca, czego chcą? Ostatecznie można powiedzieć, że przechytrzyliśmy panny, bo planowały na nas gwałt zbiorowy, a tymczasem to my urządziliśmy im gangbang na sucho. Na sucho, bo bez rozbierania, a pakowanie łap w majtki albo pod bluzki się nie liczy. A gangbang? Bo potraktowaliśmy je demokratycznie. Każda dostała po równo od każdego.
Chyba jednak ich plan nie do końca był przemyślany. Chciały się z nami walić przy wszystkich? A może mieliśmy się w nich pozakochiwać? W końcu nastrój prysł, panny zaczęły chlać i nieźle zważyły się w ten upalny wieczór. Trzeba je było jakoś dostarczyć do ośrodka, a oddaliliśmy się kawał drogi. Z premedytacją nas przecież wyciągnęły na takie odludzie. Z trudem zatargaliśmy je na następną polanę, w czym nam zupełnie nie pomagały. Pijane albo udawały. Zwaliliśmy ich cielska na trawę i sami dopiliśmy resztę tej baterii, którą zakupiły.
I to był błąd.
Teraz ja, sam pijany, niosąc jakąś laskę przerzuconą przez plecy, dotarłem do ośrodka koło północy. Dopiero pod jej domkiem dotarło do mnie, że to ta sama, którą już raz niosłem z dyski. Oparłem więc ją tylko o drzwi, w które kopnąłem ze dwa razy i zacząłem spierdalać, żeby nie natknąć się na jej ojca.
Jednak mnie widział…
—
Post scriptum:
Od znajomej wiewiórki, która siedziała w krzakach na sośnie, mam relację co do tego rodzeństwa.
No więc wypadła na nich butelka, a że zdążyli już pójść w te krzaczory każde z innym po kilka razy, to nie było się jak wymigać. W dodatku paskudne koleżanki zaczęły robić bydło tymi okrzykami. Widać było, że z dwojga złego lepiej tam iść i się jakoś dogadać w krzakach, niż się narażać, bo i tak by ich próbowali wypchnąć. Zabawa mogłaby się skończyć i niesmacznie, i przedwcześnie, a tego nie chcieli, bo każde z nich miało jeszcze ochotę na pozostałych. Szczególnie siostra napalała się strasznie, jak zresztą wszystkie, na Zbyszka.
Faktycznie, dziewczyny zostawały z nim w krzakach najdłużej. I żeby było śmieszniej – najmniej korzystały. Zbyszek, trochę starszy od pozostałych, miał lekko na tę zabawę wyjebane. Niby fajne sikorki, jednocześnie napalone i porządne, a tam w krzakach nawet nieźle się otwierały, bo „trzeba, czy się chce, czy nie” oraz „można, bo się nie liczy”. Tylko że Zbyszek miał już ten etap za sobą i dla niego to było jeszcze kozy. Bardziej bawiło go ich zachowanie niż macanki.
No więc stawały przed nim i zamykały oczy, połowa nie wiedzieć czemu chichrająca się jak głupie, połowa śmiertelnie przerażona, ale po chwili, gdy nic się nie działo, otwierały oczy i same leciały z łapami. I tu jest to całe zakłamanie dziewczynek. A może brak doświadczenia? Nie wiedziały, co robić, to prawie każda tak stoi, stoi, nie rusza się przed nim i w końcu, zawstydzone spuszczały wzrok. A że wzrok padał tam, a nie gdzie indziej, to skrępowane, niezgrabnie trącały go po spodniach na rozporku. Normalnie jak patentowane dziewice i to takie z dobrych domów. No to przelizał każdą delikatnie (zachwycone) i przemacał przez ubranie. Wychodziły dumne, jak nie wiem co, a koleżankom zasadzały całe legendy. Każda kolejna chwaliła się oczywiście, że „mnie to jeszcze więcej robił (ale się broniłam)”.
Tylko z Hanką poszli w profesjonalną, namiętną ślinę, i to jeszcze patrząc sobie w oczy.
Jeżeli później te przewalanki na polanie przybrały taki, a nie inny obrót, to w głównej mierze dzięki Zbyszkowi, bo była przynajmniej jedna korzyść – wracały po nim mocno rozzuchwalone, a potem się jeszcze podniecały swoimi wybujałymi opowieściami.
No więc idą. Jeśli po każdej parze zapadała cisza przerywana tylko delikatnym chichotem, to po ich wyjściu słychać było nawet odgłos motorówki z dalekiego jeziora. Zadbali, żeby się dobrze ukryć. Brat startuje niepewnie z łapami, a ta do niego „Zważaj sobie!”. „No co ty, ale nie możemy przecież oszukiwać” – wytknął jej. Rozejrzała się dla pewności i mówi: „To wiem, ale nie tak. Wymyśl coś”. – „Lizanko i po cyckach”. – „Zwariowałeś! Nie będę przed tobą ściągać majtek”. – „No co ty. Lizanko do buzi. Cycki i pocałunek po francusku”. – „Nie, to za dużo. Wybieraj”. – „To po francusku”.
Zwarli się, weszli w błyskawiczną ślinę i zaraz go odepchnęła, mówiąc: „Wystarczy?”.
„Weź, nie oszukuj. Będę miał nerwicę” – nie zadziałało. „To było nieuczciwe” – jednak zadziałało. Dziewuchy w tych sytuacjach mają palmę na punkcie swojej dumy i tu akurat się to zupełnie wyjątkowo opłaciło. „Dobra” – mówi siostra. – „Jeszcze raz, ale szybko”.
Zwarli się więc znowu, dziewczyna mocno wpiła się w brata z językiem do końca ust, stęknęła szybko ze dwa razy i natychmiast się oderwała.
„Zaliczone?” – bardziej stwierdziła, niż spytała i zaczęli wracać. „A wiesz, całkiem dobrze smakujesz” – „No wiadomo. A co sobie myślałeś” – odparła z typową dziewczyńską dumą.
Zaczęli się przedzierać przez krzaki, bo schowali się dalej niż inni.
„OK, zaliczone” – pogodził się na głos z tym, co uzyskał. – „Zasejfuję sobie w głowie w dobrym miejscu na pamiątkę”. Ta wkurzona się odwraca: „Żebyś ty tam sobie innych rzeczy nie sejfował, zboku. Myślisz, że nie wiem, że mnie podglądasz w łazience?”.
Jednak wiedziała? No to wypalił: „Podczas masturbacji jesteś piękna niczym kwiat. To są wrażenia estetyczne”.
Ale zaraz, zaraz. Dopiero teraz to do niego dotarło w pełni. „Skąd wiesz, że ciebie podglądam?”. – „Bo jak siedzę na wannie, to widzę w kratce na dole drzwi twoje kolana”. – „I to ci nie przeszkadza?”. – „Oczywiście, że przeszkadza, ale jak już masz się stoczyć, to lepiej w domu. Dziewczyny w twojej klasie są wyjątkowo obleśne. Jak już musisz, to lepiej żebyś czerpał z poprawnych wzorców budowy ciała kobiety, zanim dorośniesz. Jeszcze jakąś paskudę przyprowadzisz”. Była raptem o rok starsza.
Koleżanki z jego klasy nie były wcale takie obleśne, co najwyżej drażniły ją, że były o rok młodsze, bo rzeczywiście z jej punktu widzenia wyglądały nieciekawie, jak każda, której wciąż jeszcze rosną cycki i noszą je w niedopasowanych biustonoszach, a na twarzy co druga ma nadal syfy. No i dupska im co chwila chudły jak paletka od ping-ponga albo strzelały jak szafa. U niej, w minionej właśnie, maturalnej klasie hormony już tak nie miotały dziewczynami. I do tego te pierwsze nieudolne próby dziewczyn z klasy brata z makijażem! A ona czuła się przecież już prawdziwą kobietą.
Była dokładnie o rok starsza od brata. Ani mniej, ani więcej. Nie na równi, ale i nie kilka lat do przodu. Fakt istnienia właśnie takiej niewielkiej, a przez to znacznie bardziej odczuwanej psychicznie różnicy (no iskrzyło, iskrzyło, ciągle się kłócili w domu bez powodu, ale właśnie tylko o drobiazgi), powodował u niej przyspieszone dojrzewanie. Właśnie tak działa natura na osobniki w stadzie. Nazywamy to „wymuszoną środowiskowo dywersyfikacją trzeciorzędnych cech płciowych”. Szczerze mówiąc, wyglądała już na studentkę po II roku (póki nie zaczynała się odzywać).
„One wcale nie są takie złe” – zagaił po chwili. Faktycznie, w krzaki te dla bezpieczeństwa weszli daleko.
„Litości, chłopaku, od tego walenia tobie chyba zaczęło walić dodatkowo w mózg”. – „Skąd wiesz, że walę?”. – „A to już moja sprawa”.
„Zobaczysz. Przyprowadzę do domu najbrzydszą” – teraz już zaczynał się droczyć.
„Tak? Ale ja wybieram. I wchodzisz z nią na moich oczach w ślinę” – siostra zaczynała czuć przewagę.
„O co zakład, że dam radę?”.
„No, proponuj” – czuła się już zwyciężczynią. W myślach błyskawicznie skatalogowała co najmniej kilka paskudnych i przy okazji wyjątkowo głupich panienek, które nadawały się zdecydowanie bardziej do dzikiej dżungli z Papuasami niż do ich szkoły.
„W zamian wpuścisz mnie do łazienki…”.
O cholera…, zagryzła wargi, tego nie przewidziała. Ale odpowiedziała hardo: „Zobaczymy”.
Po powrocie wstawiła dziewczynom legendę mniej więcej taką: „Startował, dostał kopa, przygięłam go do ziemi i odczekałam, aż się uspokoi”.
Nie przewidziała skutków. Pozostałe trzy panienki, które jeszcze nie szły z jej bratem, bardzo się tym zmartwiły i postanowiły wynagrodzić mu wszystkie cierpienia, tak jak tylko będą mogły. Teraz był wysoko – drugi po Zbyszku.
I wynagrodziły. Były trzy przepiękne długie palcówki ze śliną.
Wiewiórka potwierdza.
Oczywiście po powrocie informowały koleżanki mniej więcej tak: „A, dostał trochę z litości, już się nie chciałam nad nim więcej znęcać”.
Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!
Lucjusz -
Przylapany przez matke 18/25
Rozdział XVIII
Rano byłem zmarnowany. Teoretycznie nie nadawałem się na wyprawę do stołówki (praktycznie też nie za bardzo). Starzy przynieśli mi śniadanie. Jednak mój misterny plan nie wypalił. Ojciec tamtej panienki gadał z moimi starymi. Wrócili cokolwiek wkurwieni.
Udałem, że jeszcze nie wytrzeźwiałem.
Ponieważ nie byłem jedyną ofiarą wczorajszej eskapady, panny dla naszego wspólnego bezpieczeństwa trzymały się oddzielnie od nas i gdzieś polazły. Resztę dnia spędziłem na regeneracji organizmu.
Po wkurwie z ich strony ani śladu, okazało się, że panny nadal bardzo nas lubią, że jesteśmy fajni i w ogóle, i wieczorem, po kolacji, udaliśmy się z naszymi dziewczynami na dyskę do sąsiedniej miejscowości. Nadal się nie parujemy, ale panny (o dziwo trzeźwe) kleją się teraz w tańcu do każdego z nas już jawnie (plus ślina).
Na miejscu wynikła ostra poruta, bo miejscowi zorientowali się, że nasze panny jednak są bzykalne, a że zobaczyli, jak się tymi pannami bez krępacji wymieniamy, to sami też chcieli coś ugrać. Raz doszło na sali do przepychanek, potem drugi…, w końcu się ewakuujemy, bo robi się nieprzyjemnie. Tylko że oni już na nas czekali. Doszło do regularnej bijatyki. A wiecie, że miejscowi są solidarni i że jest ich zawsze więcej? „Skąd jesteście?” – padło z tłumu. „Żoliborz, Wola” – krzyczymy. Jest taka zasada, że na wyjeździe nie mówi się, że jesteśmy z Warszawy, tylko z której dzielni. Okazujemy w ten sposób na wyjeździe szacunek dla nieznajomych swojaków. Jak ktoś ma wiedzieć, będzie wiedział, he, he, reszta nie musi. Okazało się, że jest jeszcze paru chętnych naszych i wzmocnili szeregi. Warszawka walczy dzielnie, ale okazało się, kurwa, że miejscowi to się chyba nigdzie na wakacje nie ruszają. Taką mieli przewagę. Gdy już zaczęliśmy nieźle obrywać, jeden z naszych wyciągnął nóż… Dyska działa w najlepsze, ale my razem z ochroniarzami i świadkami lądujemy w baraku obok, w pakamerze kierownika.
Kurwa, co robić? Niezły koniec wakacji i trzeba ratować tego z nożem. Kolesie miejscowi, kierownik dyski miejscowy, ochroniarze miejscowi, publiczność w połowie miejscowa. Wszystko jest na komórkach… No i policja też miejscowa i zaprawiona w akcjach z turystami. I już jedzie. Ktoś wezwał też karetkę, bo trochę krwi jednak było. Robi się naprawdę poważnie. Jest gadka o wykupieniu tego z nożem, bo jak nie, to ancel. Pada niejasna propozycja sporej kwoty, poza tym nie wiadomo, czy nawet tak da się sprawę załatwić, a na zewnątrz rozjuszony tłum.
Pakamera pełna, my, świadkowie, kierownik. Czują za plecami argument reszty bywalców dyski. Wyszliśmy w kilka osób na korytarz przed pakamerą i dogrywamy negocjacje, ale jesteśmy prawie spłukani. Negocjujemy my, kierownik i trzech najbardziej zaangażowanych w akcję kolesi z tamtej strony. I jest z nami Hanka, nasza najstarsza panna, dwadzieścia lat, która nieopatrznie dała się przetańcować jednemu z miejscowych. To o nią poszło, znaczy od niej się zaczęło. Poszła z jednym miejscowym w ślinę, potem wróciła do nas, drugi nie chciał się odkleić i tak się zaczęło.
„Chyba że…” – podaje tamta strona – „Bo policja już jedzie”. „Dobra, ja to załatwię” – mówi Hanka. I wywalili wszystkich z pakamery. Zamknęła się z kierownikiem i tymi trzema. Nie wiem, co tam zaszło, ale kierownik dyski zgodził się wycofać oskarżenie. Tym bardziej że Warszawka, wiedząc o tej akcji z nożem, zrobiła zrzutkę i postawiła miejscowym. Wyszliśmy przed budynek, czekać na Hankę, a mówiąc dokładniej Hanka, wkurwiona, wypierdoliła nas wszystkich z baraku, mówiąc: „Poradzę sobie”. Miejscowi okazali się honorowi i stwierdzili, że skoro mają pić za nasze pieniądze, to… z nami. Ponieważ trochę czasu już upłynęło, dotarła do nas informacja, że… „nasza dziewczyna jest w porządku”. Ci, którzy z nią zostali, teraz też dołączyli do picia.
Hanki na razie nie ma. Policja przyjechała, pokręcili się trochę, pogadali z kierownikiem, ten wskazał im budynek baraku… Potem wrócili do suki pisać raport i pilnować spokoju z oddali. Karetka też została. Po pierwsze, nasze dziewczyny się w niej schroniły, jednak nie takie twarde jak się okazuje, wszystkie w szoku i dostały jakieś kropelki. Teraz siedzą pod kocami termicznymi (chyba dla fasonu), a ratownicy mają z nich niezłą polewkę. Po drugie, parę nosów było jednak do opatrzenia.
Uspokoiło nas, gdy Hanka w końcu pojawiła się u dziewczyn, co więcej, mimo że sama „cokolwiek” sponiewierana (miała w tym momencie wyjebane już chyba na wszystko), to wspiera resztę dziewczyn, jakby to one były najbardziej poszkodowane. Gdy zobaczyła nas, jak już wychodzimy z sali i idziemy specjalnie w jej kierunku, odwróciła się ostentacyjnie tyłem, zagadała do jednego z ratowników i razem gdzieś zniknęli…
Wrócili po kwadransie. My w tym czasie sami ratowaliśmy nasze panienki, bo dostały histerii. Drugi ratownik siedział z boku i z rozbawieniem wszystkiemu się przyglądał. Dopiero nad ranem, gdy zrobiło się widno, zorientowaliśmy się, że nasz wygląd raczej dziewczyn nie mógł uspokoić. Ja miałem rozwalony nos plus jakieś otarcia. Nie mówiąc już o odzieży.
Do ośrodka wróciliśmy, gdy było już jasno, na przyczepie któregoś z gospodarzy, który właśnie jechał na pole. We łbie mi się kręciło, nie wiem, czy od alko, czy od ciosu. Holowała mnie taka Ania, siedemnastolatka, strasznie zmartwiona moim stanem. Dziewczyny co chwila musiały każdego z nas wypytywać, czy boli. Chyba bolało je od samego patrzenia, bo dla nas siniaki były raczej powodem do dumy. Dostać wpierdol też trzeba umieć. Co one ciągle z tym „Boli cię?”.
Wypróbowaliśmy obie metody: „Tak, boli mnie” i „Nie, nie boli”. Żadna nie działała. Zaczynały nas już tym wkurwiać. Koniecznie chciały zrobić z nas bohaterów. Po drodze zatrzymaliśmy się pod sklepem. Gdy wszystkie panny wysiadły, by kupić coś do picia i środki opatrunkowe, została tylko Hanka. Mówimy jej niezdarnie, że wszystko OK, że doceniamy ją, że jest fajna, że wszystko rozumiemy, że martwiliśmy się o nią i że w ogóle jest w porządku w każdym calu. Tylko siedziała jeszcze bardziej wkurwiona.
No więc my, że jest najlepszą z dziewczyn i w dobrej wierze mówimy (a byliśmy jeszcze w pół pijani), że domyślamy się, co tam zaszło, że musiała się poświęcić i dlatego się z nimi puściła, że nic dziewczynom nie powiemy i że w ogóle nikt się nie dowie. Oczywiście wkurwiła się jeszcze bardziej.
W końcu też zeszliśmy z tej przyczepy, zobaczyć, co nasze panny robią w sklepie. Został tylko najstarszy z nas, Zbyszek, i słyszę, jak zagaduje coś do Hanki…
Rano okazało się, że oprócz rozbitego nosa, strupów i siniaków miałem jeszcze rysę na brzuchu. Skurwysyny, ktoś od nich też miał nóż. Jak się opalę, ślad jest widoczny do dzisiaj.
Acha, ta co mnie holowała, Ania, to od jej ojca tydzień wcześniej dostałem opierdol. Wchodzimy na teren ośrodka, ja poobijany, koszula w strzępach, wszędzie ślady krwi i widać tę rysę na brzuchu. Skoro już dziewczyna tak się przejęła moim stanem, to specjalnie kuśtykam, żeby sprawić jej więcej przyjemności. Zresztą od tego ruszania uruchomiła mi się reszta wódy z żołądka, bo miejscowi drinków nie piją, a dla fasonu za dużo też nie popijaliśmy. Więc znów byłem nie do końca trzeźwy.
W dupę jeża, znowu nas widział.
Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!
Lucjusz