Category: Uncategorized

  • Przylapany przez matke 16/25

    Rozdział XVI

    Zwłoki przywieziono na przyczepie traktora dopiero po śniadaniu. Kolejne żony podchodziły do platformy szukać swoich mężów i odbierać „bohaterów” niczym rannych z pobojowiska, by zabrać ich prosto do domków. Oczywiście pomagaliśmy.

    Ojciec, gdy już stanął na własnych nogach i złapał jako tako równowagę, zdążył jeszcze tylko podnieść pięść do góry i krzyknąć „Polska…!”, po czym runął w nasze ramiona i potulnie dał się zaprowadzić. Był kompletnie pijany. Tam, po drugiej stronie jeziora, musiała być naprawdę masakra.

    Tego dnia w ośrodku panował spokój jak nigdy. Plaża pusta, na obiedzie połowa, po obiedzie na plaży też raczej pustawo. Stary akurat zwlókł się z łóżka do stołówki. Podziwiam jego zdolność samoregeneracji. Poszedł z nami potem nawet na plażę, ale bezpiecznie nie wychodził z cienia parasola.

    Potem okazało się, że poszło sześciu kumpli, jak zwykle, te imieniny są przecież co roku, znają się jeszcze z polibudy, ale wróciło dwudziestu. Gospodarz miał kilka tygodni wcześniej wesele syna i mu zostało, bo jebana rodzina panny młodej okazała się niepijąca, prawie jehowy. Musiał odreagować to wesele. Pościągali resztę znajomych, kogo się dało, komórkami. Pół ośrodka! A rano, w ramach strzemiennego, ktoś odnalazł jeszcze nienapoczętą skrzynkę wódki…

    Przedpołudnie spędziliśmy nieoczekiwanie w mieszanym gronie, czyli z naszymi laskami. Czary matki? Syndrom… końca turnusu? A był to późny sierpień…, czyli właściwie czas końca wakacji. W dodatku połowa z nas była koło osiemnastki, czas przełomu. Reszta też wiekowo nie odstawała. „A lato tego roku było gorące”. Szczególnie duszne były popołudnia. Coś wisiało w powietrzu… Dobiegaliśmy wieku, w którym może się coś zmienić. I tak już zbyt długo jeździliśmy razem z rodzicami na wspólne wakacje. Dla postronnych mogłoby się to wydać nawet dziwne. My? Stare byki? Ale jak się zaczęło w to samo miejsce jeździć „od zawsze”, to jest inaczej. Poza tym naprawdę było co robić i tu, i w okolicy, a położenie na uboczu od innych ośrodków sprawiało nawet, że czuliśmy się trochę autochtonami.

    A może raczej połączył nas los naszych ojców? Moja matka była wyrozumiała, ale w innych domkach niekoniecznie odbyło się to w tak komfortowy sposób. Część z nas miała naprawdę nietęgie miny. Zaszyliśmy się na końcu plaży. Nawet specjalnie nie gadaliśmy. Chcieliśmy ten czas po prostu spędzić razem. I tak, nieoczekiwanie, nasza grupa z powrotem się zintegrowała. Zupełnie jak za gnoja.

    Ponieważ ojciec był na chodzie, popołudnie postanowiłem spędzić jednak z rodziną. Tym bardziej że atmosfera w ośrodku zgęstniała. Z opóźnieniem, ale wybuchło parę awantur. Do wątroby jednego w końcu przyjechała karetka. Aż tak bardzo nie znałem granic tolerancji matki. Wolałem być czujny. Ale nic. Leżał, oddychał, a matka go nawet o nic nie męczyła.

    Idziemy robić kółka.

    Trochę się pochlapaliśmy, potem znacznie dłużej pływaliśmy. Matka chciała mnie chyba zmęczyć. Wiedziała już, co będzie grane, ja oczywiście też. Ostatniej nocy nazbierało się „trochę” nowych tematów, których zupełnie nie planowaliśmy. Tym razem to był ostry spontan. Z mojego punktu widzenia wyglądało to jednak, aż się zdziwiłem, nieco inaczej. Oczywiście fakt, że matka osobiście mi waliła i to ładnych kilka minut, był niesamowity. Ciągle wracałem do tego myślami. Ale znacznie bardziej utkwił mi fakt, że przecież teraz to ja ją prawie cały czas pieściłem. Nieważne, że tym razem nie dała mi dotknąć piersi, nawet sam za bardzo o to nie zabiegałem, ale faktycznie… poza nimi masowałem i to intensywnie i jednoznacznie namiętnie prawie całe jej ciało. To nie było głaskanie. To był typowo erotyczny dotyk. Poruszałem całym jej ciałem. Tym razem te cycki nawet nie były tak ważne. Miałem ją w rękach. No dobra – w ręce. Ale zmiana polegała na tym, że praktycznie robiliśmy to już sobie nawzajem.

    Stajemy naprzeciwko siebie. W wodzie po szyję. Jednak to ja ją zmęczyłem. Patrzymy na siebie dłuższą chwilę. Stoi zrezygnowana. Pewnie też zastanawia się, która z tych rzeczy była dla nas najważniejsza.

    Zacząłem od czegoś zupełnie innego. I nawet dobrze wymyśliłem. Przecież obok leżał ojciec. Na pewno nadal o nim myślała. Pytam, dlaczego śpi w halce, a nie w koszuli nocnej i czy to ojcu nie przeszkadza. No więc: ona lubi ten dotyk, gładkość i chłód tkaniny, przez którą i tak wszystko czuć. Ojciec tym bardziej. Dawno temu, gdy się rozbierali, porywał ją w tej halce od razu do łóżka. I tak zostało. Koszulka nocna zawsze była z nimi, zawsze przygotowana, leżała obok. Taki fetysz albo afrodyzjak. Koszulka „do niezakładania”. Póki ich to kręciło, spierali się często w łóżku: „Ale ja muszę się w końcu przebrać”, „Nie, poczekaj, jeszcze nie zakładaj”. Ale aż do dziś matka rano przebiera się z halki w tę nocną koszulkę przy obudzonym ojcu i mówią do siebie oczami, że znowu zakłada ją dopiero rano. Znów nie zdążyli. Ale wysypiają się.

    I tak nieoczekiwanie, nie wiem, może to instynkt, zeszliśmy na temat ojca. Nawet powiem, że tak powinno być. Kocham oboje i o ojca też się teraz trochę martwiłem. Ale nic mu nie było. Właśnie przeniósł się z ręcznika na leżak.

    „Wcale się nie dziwię ojcu. Masz wspaniałe ciało”.

    „No trochę zdążyłeś się zapoznać z moimi piersiami, ty niepoprawny zboku”.

    „Ciało”.

    „Niżej nie dotkniesz. Rozumiesz, że to już by była przesada”.

    „Ciało”.

    „Więcej nie mam”.

    „Ciało. Całe”.

    „Boże, nie chcę, żebyś tak szybko dorastał. W twoim wieku chłopcy są na poziomie cycków. No i potem, wiadomo, pewnych innych rzeczy. Sama chciałam ci kiedyś o tym napomknąć, że koleżanka to nie tylko cycki i cipka. Ale ty tak lecisz… Zmiłuj się, jestem Twoją mamą, i tak pozwalamy sobie za dużo, ale w taki sposób powinieneś myśleć dopiero o swojej dziewczynie i to takiej raczej na stałe”.

    „Ale ja już nie potrafię ciebie inaczej przytulać, teraz twoje piersi są dla mnie tylko częścią całej ciebie”.

    „Nie przerażaj mnie, bo zaczynam mieć dreszcze. W kogoś ty się wdał, ano tak…, w ojca. Wy już o takich rzeczach z sobą rozmawiacie? Ale chyba nie o mnie? Mam nadzieję, że jak ojciec coś ci tłumaczy, to pokazuje na dziewczynkach za oknem, a nie na mnie. Będę się koło was bała przechodzić w kuchni” – zaczyna żartować.

    „Nie, z ojcem tak szczegółowo to nie gadamy. Mówi mi: sam rozumiesz, uruchom wyobraźnię, dziewczyny działają inaczej niż my…, tego typu rzeczy”.

    „Boże, on jeden normalny. Myślałam, że w tej rodzinie to my już wszyscy zboczeni. I co ci jeszcze mówił?”.

    „Że dziewczyny lubią, jak się na nie zwraca uwagę i się o nich mówi, że trzeba im zawsze nagadać jakichś głupot” – i zaraz się poprawiłem – „Znaczy, trzeba z nimi rozmawiać…”.

    „A, to w porządku, nie jest tak źle” – raptem przerwała, chyba zorientowała się, że rozmowa niebezpiecznie zbacza na wszystkie kobiety, więc mowa byłaby i o niej. Obróciła się wokół siebie i zatoczyła ręką po wodzie pełne koło, przyglądając się falom uciekającym spod palców. Kurczę, pierwszy raz w życiu widzę matkę tak zmieszaną. Ucieka przede mną wzrokiem.

    W końcu mówi: „Więcej nie muszę wiedzieć. To są wasze męskie sekrety, a ja jestem z twojego taty bardzo zadowolona…”.

    „Ale sama pytałaś?”.

    „Misiu, wystarczy, takie szczegóły zostawcie dla siebie. Nie zapominaj, że oprócz tego, że jestem twoją mamą, jestem również kobietą. To mnie krępuje. Sama ci o tym opowiadałam, ale w inny sposób, że dziewczynki trzeba po prostu… szanować. Rozumiesz?”.

    Myśli jeszcze, myśli i w końcu mówi: „Wy to jesteście naprawdę przedstawiciele innego gatunku, żeby nawet do kobiety ze śrubokrętem i kombinerkami? A to nie można inaczej?”.

    „No niby jak?”.

    „Z czułością, misiu, z czułością. Ech… wam do wszystkiego jest potrzebna instrukcja obsługi. A kobieta to nie jest jakieś maszyna, tylko żywa istota. To są uczucia. Seks powinien łączyć się z miłością”.

    „Gdy w tobie tryskałem, to kochałem ciebie jeszcze dwa razy bardziej niż zwykle…”.

    E…, e…, czas i obraz znieruchomiały, słyszę w uszach taki jednostajny dźwięk, gdy się odłącza aparaturę. Ja pierdolę, ale przywaliłem! Znaczy nie jestem pewien, ale chyba tak to powiedziałem.

    Matce też ktoś wyjął na chwilę wtyczkę. Ma śmieszną minę.

    Mówię: „Znaczy tryskałem przy tobie”.

    Acha, no to teraz jest jeszcze gorzej. Teraz oboje wiemy, że przekręciłem słowa.

    Twarz matki z zaskoczonej zmieniła się w niezwykle zainteresowaną. Teraz to ona jest górą i patrzy mi się głęboko w oczy. Chyba chciała się wkurwić na pokaz, ale zwycięża ciekawość. I widzę, że w jakiś perwersyjny sposób jej się to spodobało. Czyli jednak lubią, jak się o nich mówi…

    Ktoś włączył wtyczkę z powrotem, bo słyszę: „No ładnie…, ładnie”. Rozejrzała się i mówi: „Chodź, za długo stoimy w jednym miejscu”.

    Zrobiliśmy kółko.

    Teraz dla bezpieczeństwa stajemy dalej. Ale ciągnęła! Łapiemy oddech. Matka ma ewidentnie rozgrzane policzki. Zatrzymaliśmy się za liną. Ruszamy rękoma, bo prawie nie ma dna.

    „Dobra, co ci jeszcze mówił?” – jednak zwyciężyła ciekawość.

    Mówię o potrójnym spojrzeniu, o tym, żeby dziewczynie położyć rękę na twarzy przed pierwszym pocałunkiem. Opowiadam, że panienkę trzeba wstępnie podkręcić, a potem zostawić i przestać się interesować erotycznymi sprawami. Można potrzymać na kolanach, ale bez żadnych akcji. Ma się poczuć bezpiecznie, a potem zniecierpliwiona i wtedy zacznie się sama pchać pod łapska.

    „To jednak nie chcę wiedzieć, co dalej. Boże, co to za facetowskie teksty! Jak można tak manipulować dziewczętami!” – matka nie kryła oburzenia.

    No to mówię jej, bo nie wiem, jak mam ją w końcu traktować. Czy oprócz tego, że jest moją matką, to teraz ma być dla mnie dodatkowo kumpelą czy kochanką?

    „Może jednak traktuj mnie jak instruktorkę?” – zaproponowała.

    „Nie, mamo, za duże emocje”.

    „No to z dwojga złego wolę już to drugie, czyli kochanką. Ale taką delikatną kochanką, żebyś za dużo o mnie nie wiedział. Wolę ciebie tak popchnąć, żebyś dalej sam się nauczył”.

    „Ale jak mi zaczęłaś sama robić, to było coś fantastycznego, nowy rodzaj doznań. Czy na początku przy dziewczynie też mogę się onanizować? Bo w sumie to fajne” – robię z siebie głupka, na szczęście matka nie widzi dryfu, bo jeszcze nie doszła do równowagi po tym, jak się zaczęła oburzać na… w sumie ojca. A mnie chodziło tylko o to, by wrócić do wydarzeń minionej nocy.

    „Nie!” – słyszę, jak matka z całą naiwną szczerością mi klaruje: „Przy kimś masz to inaczej robić, normalnie, jestem przeciwniczką takich zabaw, onanizować się możesz, jeśli jeszcze musisz, tylko przy mnie”. (Mamo, jak ja cię… kocham).

    Więc uspokajam: „I tu się z tobą zgodzę, mamo. Nie martw się, jak się przy tobie onanizuję, to jest to coś zupełnie innego. Boczna linia erotyki, niesamowite uzupełnienie. Chcę to przy tobie robić niezależnie od normalnych zabaw z dziewczynami” – nie wiem, czy trochę nie przeginam, ale wolę ją postraszyć, bo wtedy lepiej łapie klimaty.

    „No w sumie już coraz rzadziej” – dodałem, by ją wyciszyć, bo wróciliśmy już w temat.

    „Na szczęście coraz rzadziej” – matka sama zaczyna się uspokajać.

    „Ale zrobisz mi to do końca? Przynajmniej raz?” – uznałem, że nadeszła odpowiednia pora na finalizowanie tego całego misternego dryfu. Zresztą spodziewała się, że będziemy o tym mówić. Przypomniałem jej, że tak nie do końca było fajnie, gdy opuściła pokój przed moim wytryskiem, gdy robiłem to przy niej pierwszy raz oficjalnie. I mówię, że ten „pierwszy raz” (z kolejnych „pierwszy razów” zresztą), że ten pierwszy raz, gdy kobieta mnie ejakuluje (tak, z premedytacją użyłem słowa z podręcznika) też chciałbym przeżyć z nią. Przecież to w sumie nic takiego, a nie chcę, żeby kojarzyło mi się z jakąś przypadkową laską, z którą nie wiadomo, czy potem będę.

    Co miała robić? Na taką argumentację! Gdy synuś napomyka między wierszami o poważnych związkach? No…, jestem bardzo odpowiedzialny.

    „Chyba będę musiała…” – mówi zrezygnowana. Ale jakoś z twarzy nie była specjalnie zmartwiona. I zaraz dodaje, chyba żeby się samej sobie usprawiedliwić: „Tak, wtedy to by była boczna droga, jeszcze byś sobie coś utrwalił, faktycznie to byłby błąd, gdybyś nie był tej dziewczyny pewny. Ech, co robić…”.

    Stoimy daleko od brzegu, ale się rozejrzała. I słyszę:

    „No cóż, trudno, będę musiała tobie, jak wy to mówicie…, zwalić? Chyba że nie chcesz, żebym ci zwaliła?”.

    „Nie no, mamo, bardzo chcę, żebyś mi zwaliła”.

    „Bo jak masz wątpliwości, żebym ci zwaliła, to możemy się jeszcze zastanowić”.

    „Lepiej nie, mamo. Zobacz, ile dziewczyn się tu kręci. Gdybyś mi potem zwaliła, to już by nie było to samo. Chcę, żebyś była pierwsza”.

    „Czyli definitywnie chcesz, żebym ci zwaliła?”.

    I tak się jeszcze przekomarzamy ze dwie minuty o tym zwalaniu. Spodobało jej się to słowo. Rany, jakie te baby są sterowne. Ojciec ma rację, wiedza, to podstawa.

    Chyba się podnieciła, bo nie dość, że nie zauważyła, że od dobrej minuty obejmuję ją pod wodą w pasie, to teraz odruchowo, a zaczynała się już śmiać, zarzuciła mi ręce na szyję. Parę sekund, potem błysk w oczach, „Co my robimy!” – cicho krzyknęła, rozejrzała się po oddalonym brzegu i ruszyła w kolejne kółko.

    Znów stajemy w wodzie, trochę dalej, teraz to już nas prawie zasłaniają trzciny. Szybki atak, zanim spadnie jej tętno: „No ale jak mi zwalisz, to chciałbym się tobie też jakoś odwdzięczyć”.

    Matka próbuje się jeszcze ratować przed tematem: „Muszę uważać, jak się będziesz do mnie przytulać przy obcych”.

    „Spoko” – uspokajam. – „Sam kontroluję. Przecież wiem, jak to może wyglądać. Ale chcę ciebie w ten sposób przytulać i obejmować, gdy nikt nie widzi”.

    „No dobrze” – powiedziała zrezygnowana.

    Odczekaliśmy, bo przepływał jakiś kajak. I tak się nam dziwnie przyglądał…

    „Ech” – westchnęła zrezygnowana. – „W takich sytuacjach to już się chyba nie uda nic zmienić. Ale błagam, pilnuj się chłopaku”.

    „Co ty, zmarnować taką kochankę” – nie wiem, czy ją tym uspokoiłem. – „Teraz ciebie przytulać, to jak drugi raz tracić cnotę” – wznoszę się na wyżyny.

    „Wiesz co, przerażasz mnie. Pogadajmy o czymś innym”.

    Więc mówię jej: „Słuchaj, dajesz mi w nocy tak dużo, że nie muszę się za dnia dopraszać, a już szczególnie przy obcych. Ale wiesz, mało prawdopodobne, żeby najbliższa panna okazała się ważną dziewczyną w moim życiu. Oczywiście chciałbym, ale bez prób się nie da. Nie chcę, żeby pierwsze lepsze cycki, którym przyjdzie mi się pobawić, były dla mnie tak ważne. A utrwalą mi się na pewno. I co, mam potem chodzić całe życie z obcymi cyckami w głowie? Tam jest tylko jedno honorowe miejsce i chcę, żeby było dla ciebie. Wolę mieć tam najlepsze cycki z możliwych i takie, które dla nie coś znaczą. Wspomnienia z cycków, które kocham”.

    „Co ty kombinujesz…?” – przerwała mi.

    „Ale poczekaj…” – mówię. – „Z logicznego punktu widzenia ma to sens?”.

    „Po co ci to?” – już wie, że przegrywa.

    „Chcę mieć jedne, wspaniałe, prawdziwe, bliskie i zupełnie bezstresowe cycki na samym początku mojej drogi. Wtedy wszystkie inne będę dobrze wybierać. I chcę, żeby to były twoje. Lepiej bym wybrać nie mógł”.

    „Ale już dotykałeś”.

    „Ale nie w ten sposób. To było z emocjami, kombinowałem, czy się da, robiliśmy coś innego. A chcę, żeby były głównym daniem i żeby je dostać…” – zbieram myśli – „tak po prostu. W najnaturalniejszy sposób”.

    Rozejrzałem się i mówię: „Wszystko do góry nogami. Robimy takie rzeczy, że hej, a tu dziura. Przecież od tego powinniśmy zacząć, żebym pieścił twoje piersi, tak jak to się normalnie robi dziewczynie. Bez tego etapu to jest wariactwo. To jak mam to teraz robić innym dziewczynom? Poza tym nie wiem, czy w końcu mogę dotykać, czy nie? To trochę dziwne, nie uważasz?”.

    Gładziłem matkę pod wodą na zmianę po biodrach, talii i po bokach na wysokości stanika.

    „To jak chcesz to zrobić?” – spytała.

    „Teraz tylko tak dla smaku. Ciebie to też ośmieli. Wiesz, musimy złapać równowagę w naszych relacjach, bo na razie jest naprawdę głupio. A pogadalibyśmy wieczorem” – wymyśliłem.

    „No dobrze” – odpowiada. – „Tylko ostrożnie. I nie rozpinaj, bo w wodzie sama nie zapnę”.

    Przez chwilę delektowałem się kształtem jej piersi przez tkaninę kostiumu, potem na moment położyłem dłonie na odkrytej części jej ciała i zaraz sam się wycofałem. Nie chciałem, żeby się pierwsza odsunęła, a mogłaby to zrobić. Przecież to dla niej też coś nowego. No i zdążyłem, co sprawiło mi dużo satysfakcji. Ale spojrzała się na mnie dziwnie, trochę nawet z wyrzutem, że nie dałem jej odegrać roli przyzwoitki. Czyżby miała zawiedziony wzrok? Cóż, wyciągam wnioski z nauki i obserwacji i robię się, gdy trzeba, młodych skurwielem. Nie żałowałem tych kilku straconych dodatkowych sekund. To była inwestycja. Dzięki temu będę miał więcej matki w nocy. Zapewne z dużym przebiciem.

    Uśmiechnęła się. Poszliśmy w następne kółko.

    Znów stajemy przy trzcinach. To dobra miejscówka.

    „A wiesz, że my w ogóle wszystko robimy od końca?” – zauważyłem. Rzeczywiście zauważyłem to dopiero teraz. Musiałem mieć przekonująco zdziwioną minę. – „Przecież my się jeszcze nie całowaliśmy!”.

    „No nie!”.

    „Tak, tak!”.

    Aż się obróciła w wodzie.

    „Piramida głową w dół” – dodałem. – „Trójkąt na czubku. Przecież to jest zboczenie. Kto tak robi?”.

    „No ale nie tu” – słyszę. Czyli jest już rozbrojona. Argument powrotu do normalności, widzę, był przekonujący.

    W najbardziej delikatnych i mocno opisowych słowach przedstawiam charakter tego typu pocałunków, mówię o naturalnej w takich sytuacjach namiętności, ta jeszcze próbuje się bronić, że to takie bardziej „cmokanie”, obiecuję, że zamknę oczy, bo to przecież matka, muszę ją szanować, w końcu musiałem użyć określenia „z językiem”.

    „Nie z językiem, tylko z języczkiem” – poprawiła mnie, ale była to już jej ostatnia reduta.

    Wpadam na pomysł…

    Powietrza nie starczyło nam na długo, tym bardziej że zanurzaliśmy się na wydechu. Musieliśmy mieć pewność, że będziemy niewidoczni. Gdy nasze głowy znalazły się już na pewno pod wodą, przywarłem do niej całym ciałem i poszliśmy w ślinę może na trzy sekundy. Odepchnęła mnie i wynurzyliśmy się metr od siebie, łapiąc powietrze. Gdyby nas ktoś obserwował z lądu, niczego by się nie domyślił.

    Trzeba było coś zrobić ze stojącym fiutem. Zresztą matka po tym wszystkim też nie mogła być ze skały… Cycków drugi raz nie dotykałem, ale tam, gdzie mogłem, pieściłem ją rękami pod wodą tak zmysłowo, jak może to robić tylko kochanek. Popłynęliśmy na drugą stronę jeziora, a po krótkim odpoczynku wróciliśmy, płynąc na plecach. Mimo że jezioro było typu rynnowego, mieliśmy w obie strony po kilkaset metrów. Na brzegu stał stary i był wkurwiony, co mu się rzadko zdarzało. To znaczy domyśliliśmy się z matką od razu, bo tego typu emocji nie okazywał zbytnio. Pilnował się, jak to prawdziwy facet, ale my swoje i tak dostrzegliśmy.

    „Pogięło was?”. A do matki: „Ile masz lat? Chłopak dorasta, a ty zachowujesz się jak jego młodsza siostra. Po wakacjach idziemy na kurs ratownika wodnego”, po czym wrócił na koc. Trochę miał racji.

    O, za to ojca ceniłem chyba najbardziej. Rzadko wypowiadał się w czasie przyszłym. Praktycznie za każdym razem była to informacja o powziętej decyzji i zapowiedź jej realizacji. Ojciec nie uznawał fantazjowania, marzeń i planowania bez pokrycia. Uważał, że to rozwala psychikę. Parę razy w dzieciństwie nawet wymógł na mnie, żebym zrobił to, o czym zbyt długo gadałem, nawet jeśli mi się to następnego dnia odechciało, czym skutecznie wybił mnie z bujania w obłokach. A basen był na osiedlu…

    Gdy już leżeliśmy, matka rozbawiona pochyliła się nad nim i powiedziała prawie szeptem „Chcę ciebie w żółtym czepku”.

    Stary przewrócił się na brzuch.

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    Lucjusz
  • Bokserki

    Michała poznałem w liceum. Chodził do równoległej klasy, ale przepisał się w połowie, bo uznał, że mat-fiz jest dla kujonów, bez życia towarzyskiego. Jasne, był wystarczająco mądry, żeby zdać i pójść na inżyniera lub programistę, ale w pewnym momencie zaczął palić zioło i wychodzić na miasto i uznał, że ogranicza się siedząc nad książkami. Na pewno sobie poradzi gdziekolwiek nie pójdzie. Jest bardzo atrakcyjny i charyzmatyczny i wszyscy go od razu lubią. Dziewczyny głupieją na widok jego jasnych oczu i blond włosów. Michał jest też bardzo dobrze zbudowany i ma godny pozazdroszczenia zarys szczęki (to się zauważa, kiedy samemu się tego nie ma haha).

    Lubimy się z nim. Nie jesteśmy, bardzo blisko, ale potrafimy pogadać o byle czym lub zapalić. Gdybym miał się wpisać na listę jego dobrych znajomych, to pewnie byłbym czwarty. Wiem to, bo gdy trójka jego ziomków musiała odmówić wyjazdu na festiwal, zaproponował to mnie. Zgodziłem się.

    Wynajęliśmy domek w nadmorskim mieście, zaraz, obok którego miał się odbyć festiwal. Kupiliśmy bilety na kolejno pierwszy, drugi i czwarty dzień tego wydarzenia. Trzeciego dnia nie opłacało się pokazywać, bo nie grał nikt, kogo byśmy kojarzyli, a dodatkowy dzień na odpoczynek na plaży brzmiał znacznie lepiej. Spotkaliśmy luźnych znajomych ze szkoły, którzy też robili sobie tego dnia przerwę, więc mielibyśmy towarzystwo do palenia. Przyjechaliśmy, wypakowaliśmy rzeczy i poszliśmy się przejść.

    Dwa pierwsze dni festiwalu były świetne. Pomyślałem, że to może być świetna okazja, żeby zbliżyć się trochę do Michała. Dobrze się bawiliśmy i teraz trzeciego dnia mieliśmy iść na plażę. Obudziłem się tego dnia strasznie napalony i najchętniej uciekłbym do łazienki i sobie ulżył, ale Michał poganiał do wyjścia i nie mogłem sobie na to pozwolić. Miałem jednak pewien plan.

    – Kurczę, mam 3 nieodebrane połączenia od ojca – powiedziałem. – No to czeka mnie zajebista rozmowa.

    – Kurde, czekać na ciebie?

    – Niee, nie będę cię zatrzymywał jak reszta już jest na plaży. Idź, znajdę was.

    – No zgoda, zgoda.

    I wyszedł. Tylko na to czekałem.

    Upewniłem się, że go nie ma i dałem sobie zapasowe 5 minut, jakby miał wrócić, bo czegoś zapomniał. Nie pokazał się, więc uznałem, że jestem bezpieczny. Nareszcie! Rzuciłem się na łóżko i ściągnąłem spodnie. Mój penis stał z samej ekscytacji z tego, co zamierzałem zrobić. Zdjąłem bokserki i mój chuj upadł na moje podbrzusze. Nie jestem bardzo owłosiony, bo często golę tamte okolice, a mój napletek schodzi całkowicie z czubka (wiem, że nie wszyscy chłopacy tak mają). Wystarczyły dwa pociągnięcia dłonią po długości, żeby przeszedł mnie ten znany dreszcz. Pała stała mi teraz całkowicie. Potrzebowałem jakiegoś porno, więc wstałem ze sterczącym chujem i zwróciłem w kierunku szafki nocnej, gdzie zostawiłem komórkę. Zobaczyłem na niej swoje bokserki i wpadł mi do głowy zajebisty plan. Chuj drgał mi na samą myśl.

    Wkradłem się do pokoju Michała. Nie mogłem uwierzyć, że zrobił bałagan podczas pobytu tutaj przez 2 dni, przy czym całe spędzone poza domkiem. Sprawdziłem walizkę – same czyste ubrania. Michał musi mieć w zwyczaju zostawiać ubrania na podłodze tam gdzie je zdejmuje. Oczywiście. Rozejrzałem się po podłodze i znalazłem je. Znoszone bokserki. Cały dzień w upale na festiwalu, skakanie i bieganie, spocony chuj Michała… Nie mogłem się powstrzymać, rozebrałem się do naga, położyłem na łóżku i przystawiłem bokserki do nosa.

    KURWA MAĆ!

    Materiał pachniał bardzo silnie jego kutasem. Jego penis był w nich cały dzień, a teraz ja czuję jego zapach. Zupełnie jakby on sam przejeżdżał mi po nosie swoimi spoconymi jajami. Zapach był bardzo silny, jakby nie zmieniał bokserek kilka dni (co, znając Michała, mogło być prawdą). Nie mogłem się powstrzymać i wysunąłem język. “Ja pierdolę”, pomyślałem, gdy smak okazał się być słonawy. “To tak smakuje penis! Jego penis! Penis samego Michała!” Moje myśli zrobiły się coraz bardziej konkretne z każdym wdechem oparów z jego pały. “Michał, twój chuj jest zajebisty! O tak, zdominuj mnie! Kurwa Michał pierdol mnie! Pierdol mnie w dupę swoim śmierdzącym chujem!”

    Byłem tak kurewsko blisko dojścia, gdy na szczęście w porę uświadomiłem sobie, że jest jeszcze druga strona, której nie zbadałem. Przystawiłem nos do tylnej części bokserek. KURWA! znowu uderzyła we mnie fala tego zajebistego smrodu. Ten był inny, bardziej surowy, ale równie dobry. Nie wierzę, że wiem jak pachnie dupa Michała. Jego spocona, jędrna dupa. Wyobraziłem sobie jak siada mi na twarzy i pozwala się wylizać. Dokładnie taki zapach bym wtedy czuł. Rozsadza mnie z tego napalenia, a w mojej głowie pojawiają się coraz to lepsze wizje tego jak Michał przyciska moją twarz w swoje krocze i jęczy przy tym głośno. “O tak Michał! Liżę ci jaja i wącham twoją dupę! Usiądź na mnie i dojdź w moje usta!!! KURWA, MICHAŁ JEB MNIE! JEB MNIE TERAZ! PATRZ NA MNIE KIEDY DOCHODZĘ WĄCHAJĄC TWOJEGO CHUJA!”

    Doszedłem… Był to jeden z najsilniejszym orgazmów jakie miałem w całym życiu. Cały mój brzuch był pokryty spermą. Musiałem szybko uciec do łazienki i zmyć z siebie całe nasienie. Odkryłem wtedy, że łatwiej to zrobić za pomocą zimnej wody niż ciepłej. Ubrałem się i wyszedłem. W głowie miałem echo tego, o czym myślałem przy waleniu sobie. Kurde, co to był za zajebisty plan.

     

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    Jakub Bruk
  • Przylapany przez matke 17/25

    Rozdział XVII

    W nocy starzy strasznie się walili. Nigdy nie mogłem dojść, czy ojciec w dobę po chlańsku odzyskiwał siły w dwójnasób, czy też przyczyną były moje akcje z matką. W dodatku mieli otwarte okno. Matka tak się darła, że rano nie było jak wyjść z domku. Mieszkańcy okolicznych domków też się pospóźniali na śniadanie, bo każdy chciał koniecznie zobaczyć moją matkę z ojcem.

    W końcu śniadanie w stołówce zjadłem sam. Starsi przyszli dopiero na obiad, jako ostatni, spóźnieni, i gdy wchodzili, zapadła kompletna cisza. Wstyd jak nie wiem. Mało brakowało, a sala wstałaby na ich widok.

    W końcu ojciec, wkurwiony, zamówił do stołu do obiadu butelkę wina. Taki charakterny. Ponoć legenda głosi, że w dziejach ośrodka była to pierwsza butelka wina zamówiona przed osiemnastą. Trochę dziwnie smakowało z jarzynową i kotletem pożarskim.

    Na plażę też nie dało się iść, tym bardziej że dwa razy więcej osób zaczęło nam mówić dzień dobry (głównie kobiety). Dobrze, że za parę dni koniec turnusu.

    Nie wiem, czy to za sprawą starych, których historia przetoczyła się echem po ośrodku (i niestety trwale przeszła do jego legendy), ale dziewczyny, czymś podekscytowane, wymusiły na nas po południu wycieczkę. Poinformowaliśmy starych, że możemy nie wrócić na kolację, co przynajmniej w osobach moich rodziców spotkało się z bardzo przychylnym przyjęciem. Na razie nawet w mojej obecności, czuli się nie do końca swojo.

    Poszliśmy z dziewczynami na długi spacer i rozłożyliśmy się w krzaczorach na jakiejś polanie. Podwalały się do nas już na chama. W dodatku okazało się, że panny przyniosły morze alkoholu.

    Najpierw zaczęły się prowokacyjne teksty, trochę zbyt głośno komentowały innych chłopaków z ośrodka, jedna drugą pytały np.: „Czy coś już było”, a ta odpowiadała: „No w sumie to już sporo, ale nie do końca mi odpowiada. Zastanawiam się, czy warto iść dalej”. Przekaz był jasny: „Jeszcze porządne, ale już zdecydowane. Chcemy być czyimś trofeum, ale jak chcecie, możemy być waszym”. Poza tym po brzmieniu ich głosu słychać było, że są podjarane albo – że wszystkie mają płodne dni. He, he. Tak, panowie, jakby kto jeszcze tego nie wiedział, to daje się słyszeć. Matka natura robi robotę.

    W powiedzeniu „Jak przyjdzie ochota, itd…” jest sporo prawdy. Tutaj objawiło się to faktem, że napalone laski nagle odzyskują całkiem przyzwoite umiejętności orientacji w terenie, bo szły w ciemno w konkretnym kierunku. Nie ma bata, na sto procent miały trasę obczajoną wcześniej. W dodatku dwie wysforowały się sto metrów do przodu, tak że na rozstajach musieliśmy podążać za nimi. Szliśmy jak nieświadome niczego barany na rzeź, a instynkt samozachowawczy straciliśmy, bo laski z przodu szły, trzymając się za ręce i co chwila się odwracały i śmiały, a zaraz za ośrodkiem rozebrały do samych kostiumów. Ich lekko falujące pośladki, zupełnie inne niż u modelek, z lekko nadmiarowym tłuszczykiem, dziwnie przyciągały, a naszej podejrzliwości nie wzbudził nawet fakt, że wszystkie rozpuściły włosy.

    No podeszły nas pięknie.

    Im bliżej docelowego miejsca, tym bardziej dowiadywaliśmy się, niby przypadkiem, z ich rozmów, że jednak jesteśmy bardzo fajni. Teraz inne chłopaki z ośrodka zaczęli nam nie dorastać do pięt. Polanę obczaiły idealnie. W koło żywego ducha. Impreza zapowiadała się na udaną, bo nie musieliśmy nic robić. Wystarczyło je obserwować. One tymczasem były w fantastycznym nastroju. Same. Nakręciły się bez naszej pomocy i jeszcze nam wmawiały, jakim to jesteśmy dla nich świetnym towarzystwem. Żyć, nie umierać. Tylko żeby tyle nie trajkotały…

    Jak już rozpiliśmy pierwsze słodkie wino, zaraz w ruch poszła pusta butelka. Środek dnia! Znaczy prawie wieczór, ale jeszcze zupełnie jasno. Na początek wypadło dziewczyna na dziewczynę. Coś tam chachmęciły z regulaminem, który zresztą same wymyśliły, ale wyszło, że dziewczyna na dziewczynę. To miał być namiętny pocałunek lesbijski, ale jak się tylko udaje, to wiadomo… Wyszło obleśnie. Swoją determinacją zdobyły jednak nasze uznanie.

    Teraz zmiana regulaminu. I żeby się nie wstydzić, chodzimy w nieodległe krzaki (wszystko przewidziały, idealna miejscówka). Poszedłem w ślinę i zmacałem w ostatecznym rachunku wszystkie sześć panienek. Nie powiem, smakowały, aczkolwiek wszystkie podobnie. Regulamin! Jak wypadnie drugi raz na tę samą parę, to się nie liczy. W końcu przestaliśmy udawać: „No to która para jeszcze nie szła?”. Długo te wymianki trwały, aż nam się to całkiem zaczęło podobać.

    A, jeszcze jedno – perfidia panienek. One ewidentnie mają coś nie tak z inteligencją, ale głupie nie są. Raczej coś w poprzek. Jak już się dostatecznie oddaliliśmy od ośrodka, to wszystkie rozebrały się do kostiumów (łapać ostatnie promienie słońca). Natomiast na polanie z powrotem pozakładały sukienki i bluzki. „A wieczór był upalny…”. Ewidentnie lubią być rozbierane albo jak im się pod ubranie wpycha łapy.

    Oczywiście po powrocie każdej pary siadaliśmy sobie w męskim gronie normalnie, informując pozostałych kolegów pełnym polotu stwierdzeniem: „Spoko”, natomiast dziewczyna, która aktualnie przed chwilą była „obracana” w krzakach, leciała do koleżanek, a one już nie mogły się doczekać i słychać było tylko: „I co, i co?”. A ta oczywiście się obficie produkowała. A te oczywiście zaraz się patrzyły na tego chłopaka. I oczywiście za każdym razem się śmiały. Znaczy chichrały. Kozy się chyba chichrają, tak? No to chichrały.

    Acha, i jeszcze jedno, ale teraz to mnie, kurna, nie zabijcie. W naszym gronie jest rodzeństwo. Też poszli. Oczywiście aplauz i pisk panienek (a to żmije) i zaczęły klaskać i skandować do rytmu „I-dzie-cie, i-dzie-cie”. Byli. Ale prędko wrócili.

    Jak już butelka się skończyła, a było jeszcze widno, to w końcu (a wszyscy mieliśmy już lekko w czubie) zaczęliśmy się po prostu po tej polanie przewalać w miękkiej trawie. Niby chciały, niby kusiły, były nawet – nazwijmy to – średnio odważne. My zachowaliśmy jednak resztki rozwagi. A może to po prostu nasz instynkt? W każdym razie staraliśmy się wszystkie panny obdarzać wdziękami po równo, raz jedną smyrałem po nodze, potem z drugą się niby siłowałem, żeby usiąść w objęciach trzeciej, gładząc (wysoko) kolana czwartej. No i oczywiście wszystkie się nadstawiały, żeby im pakować łapy tam, gdzie nie trzeba, ale tylko po to, by po chwili (uwaga: dokładnie po chwili, a nie od razu), że one to nie takie. Potem, na chłodno, jak zacząłem to wszystko analizować, to odkryłem, że dziewczyny uwielbiają się… wyrywać z objęć! Dobra, z jakich objęć? Z pettingowych macanek!

    Na szczęście dziewczynom było wszystko jedno, byle być w naszej orbicie. Która z którym, to już nie miało dla nich znaczenia. Tak przynajmniej nam się wydawało. Następnego dnia, gdy z chłopakami zrobiliśmy dogłębną analizę tych wydarzeń, doszliśmy do wniosku, że to była z ich strony… giełda. Acha, bo tego chyba wcześniej nie podałem: laski i my, to było sześć na sześć. Właśnie w takiej proporcji znaliśmy się od małego gnoja my, weterani, czyli najdawniejszy młody narybek ośrodka. Ewidentnie każda z nich chciała wrócić z wakacji z osobistą satysfakcją posiadania chłopaka. Niech będzie, że tylko wakacyjnego, ale swojego własnego chłopaka.

    Co ciekawe, mimo że były coraz bardziej pijane, to akurat w tej kwestii „przewalania” się z nami były całkiem przytomne i nawzajem kontrolowały. Można było ze stoperem mierzyć, ile sekund dawały na łapę pod bluzką, a ile w majtkach. No dobra, z jednym wyjątkiem – strasznie długo się całowały, ale też nigdy pod rząd dwa razy z tym samym.

    Kto wie, co by było, gdyby któraś odleciała i jakaś para zaczęła się walić? A zaczynał zapadać sprzyjający temu zmierzch. Niemożliwe, żeby wszystkie były dziewicami.

    Tak więc traktowaliśmy panny po równo i każdy miał mniej więcej taki sam kontakt z każdą. Nie wiem, co one sobie tam zaplanowały. Może miało być walenie? Może tylko mieliśmy się sparować? Może same nie wiedziały do końca, czego chcą? Ostatecznie można powiedzieć, że przechytrzyliśmy panny, bo planowały na nas gwałt zbiorowy, a tymczasem to my urządziliśmy im gangbang na sucho. Na sucho, bo bez rozbierania, a pakowanie łap w majtki albo pod bluzki się nie liczy. A gangbang? Bo potraktowaliśmy je demokratycznie. Każda dostała po równo od każdego.

    Chyba jednak ich plan nie do końca był przemyślany. Chciały się z nami walić przy wszystkich? A może mieliśmy się w nich pozakochiwać? W końcu nastrój prysł, panny zaczęły chlać i nieźle zważyły się w ten upalny wieczór. Trzeba je było jakoś dostarczyć do ośrodka, a oddaliliśmy się kawał drogi. Z premedytacją nas przecież wyciągnęły na takie odludzie. Z trudem zatargaliśmy je na następną polanę, w czym nam zupełnie nie pomagały. Pijane albo udawały. Zwaliliśmy ich cielska na trawę i sami dopiliśmy resztę tej baterii, którą zakupiły.

    I to był błąd.

    Teraz ja, sam pijany, niosąc jakąś laskę przerzuconą przez plecy, dotarłem do ośrodka koło północy. Dopiero pod jej domkiem dotarło do mnie, że to ta sama, którą już raz niosłem z dyski. Oparłem więc ją tylko o drzwi, w które kopnąłem ze dwa razy i zacząłem spierdalać, żeby nie natknąć się na jej ojca.

    Jednak mnie widział…

    Post scriptum:

    Od znajomej wiewiórki, która siedziała w krzakach na sośnie, mam relację co do tego rodzeństwa.

    No więc wypadła na nich butelka, a że zdążyli już pójść w te krzaczory każde z innym po kilka razy, to nie było się jak wymigać. W dodatku paskudne koleżanki zaczęły robić bydło tymi okrzykami. Widać było, że z dwojga złego lepiej tam iść i się jakoś dogadać w krzakach, niż się narażać, bo i tak by ich próbowali wypchnąć. Zabawa mogłaby się skończyć i niesmacznie, i przedwcześnie, a tego nie chcieli, bo każde z nich miało jeszcze ochotę na pozostałych. Szczególnie siostra napalała się strasznie, jak zresztą wszystkie, na Zbyszka.

    Faktycznie, dziewczyny zostawały z nim w krzakach najdłużej. I żeby było śmieszniej – najmniej korzystały. Zbyszek, trochę starszy od pozostałych, miał lekko na tę zabawę wyjebane. Niby fajne sikorki, jednocześnie napalone i porządne, a tam w krzakach nawet nieźle się otwierały, bo „trzeba, czy się chce, czy nie” oraz „można, bo się nie liczy”. Tylko że Zbyszek miał już ten etap za sobą i dla niego to było jeszcze kozy. Bardziej bawiło go ich zachowanie niż macanki.

    No więc stawały przed nim i zamykały oczy, połowa nie wiedzieć czemu chichrająca się jak głupie, połowa śmiertelnie przerażona, ale po chwili, gdy nic się nie działo, otwierały oczy i same leciały z łapami. I tu jest to całe zakłamanie dziewczynek. A może brak doświadczenia? Nie wiedziały, co robić, to prawie każda tak stoi, stoi, nie rusza się przed nim i w końcu, zawstydzone spuszczały wzrok. A że wzrok padał tam, a nie gdzie indziej, to skrępowane, niezgrabnie trącały go po spodniach na rozporku. Normalnie jak patentowane dziewice i to takie z dobrych domów. No to przelizał każdą delikatnie (zachwycone) i przemacał przez ubranie. Wychodziły dumne, jak nie wiem co, a koleżankom zasadzały całe legendy. Każda kolejna chwaliła się oczywiście, że „mnie to jeszcze więcej robił (ale się broniłam)”.

    Tylko z Hanką poszli w profesjonalną, namiętną ślinę, i to jeszcze patrząc sobie w oczy.

    Jeżeli później te przewalanki na polanie przybrały taki, a nie inny obrót, to w głównej mierze dzięki Zbyszkowi, bo była przynajmniej jedna korzyść – wracały po nim mocno rozzuchwalone, a potem się jeszcze podniecały swoimi wybujałymi opowieściami.

    No więc idą. Jeśli po każdej parze zapadała cisza przerywana tylko delikatnym chichotem, to po ich wyjściu słychać było nawet odgłos motorówki z dalekiego jeziora. Zadbali, żeby się dobrze ukryć. Brat startuje niepewnie z łapami, a ta do niego „Zważaj sobie!”. „No co ty, ale nie możemy przecież oszukiwać” – wytknął jej. Rozejrzała się dla pewności i mówi: „To wiem, ale nie tak. Wymyśl coś”. – „Lizanko i po cyckach”. – „Zwariowałeś! Nie będę przed tobą ściągać majtek”. – „No co ty. Lizanko do buzi. Cycki i pocałunek po francusku”. – „Nie, to za dużo. Wybieraj”. – „To po francusku”.

    Zwarli się, weszli w błyskawiczną ślinę i zaraz go odepchnęła, mówiąc: „Wystarczy?”.

    „Weź, nie oszukuj. Będę miał nerwicę” – nie zadziałało. „To było nieuczciwe” – jednak zadziałało. Dziewuchy w tych sytuacjach mają palmę na punkcie swojej dumy i tu akurat się to zupełnie wyjątkowo opłaciło. „Dobra” – mówi siostra. – „Jeszcze raz, ale szybko”.

    Zwarli się więc znowu, dziewczyna mocno wpiła się w brata z językiem do końca ust, stęknęła szybko ze dwa razy i natychmiast się oderwała.

    „Zaliczone?” – bardziej stwierdziła, niż spytała i zaczęli wracać. „A wiesz, całkiem dobrze smakujesz” – „No wiadomo. A co sobie myślałeś” – odparła z typową dziewczyńską dumą.

    Zaczęli się przedzierać przez krzaki, bo schowali się dalej niż inni.

    „OK, zaliczone” – pogodził się na głos z tym, co uzyskał. – „Zasejfuję sobie w głowie w dobrym miejscu na pamiątkę”. Ta wkurzona się odwraca: „Żebyś ty tam sobie innych rzeczy nie sejfował, zboku. Myślisz, że nie wiem, że mnie podglądasz w łazience?”.

    Jednak wiedziała? No to wypalił: „Podczas masturbacji jesteś piękna niczym kwiat. To są wrażenia estetyczne”.

    Ale zaraz, zaraz. Dopiero teraz to do niego dotarło w pełni. „Skąd wiesz, że ciebie podglądam?”. – „Bo jak siedzę na wannie, to widzę w kratce na dole drzwi twoje kolana”. – „I to ci nie przeszkadza?”. – „Oczywiście, że przeszkadza, ale jak już masz się stoczyć, to lepiej w domu. Dziewczyny w twojej klasie są wyjątkowo obleśne. Jak już musisz, to lepiej żebyś czerpał z poprawnych wzorców budowy ciała kobiety, zanim dorośniesz. Jeszcze jakąś paskudę przyprowadzisz”. Była raptem o rok starsza.

    Koleżanki z jego klasy nie były wcale takie obleśne, co najwyżej drażniły ją, że były o rok młodsze, bo rzeczywiście z jej punktu widzenia wyglądały nieciekawie, jak każda, której wciąż jeszcze rosną cycki i noszą je w niedopasowanych biustonoszach, a na twarzy co druga ma nadal syfy. No i dupska im co chwila chudły jak paletka od ping-ponga albo strzelały jak szafa. U niej, w minionej właśnie, maturalnej klasie hormony już tak nie miotały dziewczynami. I do tego te pierwsze nieudolne próby dziewczyn z klasy brata z makijażem! A ona czuła się przecież już prawdziwą kobietą.

    Była dokładnie o rok starsza od brata. Ani mniej, ani więcej. Nie na równi, ale i nie kilka lat do przodu. Fakt istnienia właśnie takiej niewielkiej, a przez to znacznie bardziej odczuwanej psychicznie różnicy (no iskrzyło, iskrzyło, ciągle się kłócili w domu bez powodu, ale właśnie tylko o drobiazgi), powodował u niej przyspieszone dojrzewanie. Właśnie tak działa natura na osobniki w stadzie. Nazywamy to „wymuszoną środowiskowo dywersyfikacją trzeciorzędnych cech płciowych”. Szczerze mówiąc, wyglądała już na studentkę po II roku (póki nie zaczynała się odzywać).

    „One wcale nie są takie złe” – zagaił po chwili. Faktycznie, w krzaki te dla bezpieczeństwa weszli daleko.

    „Litości, chłopaku, od tego walenia tobie chyba zaczęło walić dodatkowo w mózg”. – „Skąd wiesz, że walę?”. – „A to już moja sprawa”.

    „Zobaczysz. Przyprowadzę do domu najbrzydszą” – teraz już zaczynał się droczyć.

    „Tak? Ale ja wybieram. I wchodzisz z nią na moich oczach w ślinę” – siostra zaczynała czuć przewagę.

    „O co zakład, że dam radę?”.

    „No, proponuj” – czuła się już zwyciężczynią. W myślach błyskawicznie skatalogowała co najmniej kilka paskudnych i przy okazji wyjątkowo głupich panienek, które nadawały się zdecydowanie bardziej do dzikiej dżungli z Papuasami niż do ich szkoły.

    „W zamian wpuścisz mnie do łazienki…”.

    O cholera…, zagryzła wargi, tego nie przewidziała. Ale odpowiedziała hardo: „Zobaczymy”.

    Po powrocie wstawiła dziewczynom legendę mniej więcej taką: „Startował, dostał kopa, przygięłam go do ziemi i odczekałam, aż się uspokoi”.

    Nie przewidziała skutków. Pozostałe trzy panienki, które jeszcze nie szły z jej bratem, bardzo się tym zmartwiły i postanowiły wynagrodzić mu wszystkie cierpienia, tak jak tylko będą mogły. Teraz był wysoko – drugi po Zbyszku.

    I wynagrodziły. Były trzy przepiękne długie palcówki ze śliną.

    Wiewiórka potwierdza.

    Oczywiście po powrocie informowały koleżanki mniej więcej tak: „A, dostał trochę z litości, już się nie chciałam nad nim więcej znęcać”.

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    Lucjusz
  • Przylapany przez matke 18/25

    Rozdział XVIII

    Rano byłem zmarnowany. Teoretycznie nie nadawałem się na wyprawę do stołówki (praktycznie też nie za bardzo). Starzy przynieśli mi śniadanie. Jednak mój misterny plan nie wypalił. Ojciec tamtej panienki gadał z moimi starymi. Wrócili cokolwiek wkurwieni.

    Udałem, że jeszcze nie wytrzeźwiałem.

    Ponieważ nie byłem jedyną ofiarą wczorajszej eskapady, panny dla naszego wspólnego bezpieczeństwa trzymały się oddzielnie od nas i gdzieś polazły. Resztę dnia spędziłem na regeneracji organizmu.

    Po wkurwie z ich strony ani śladu, okazało się, że panny nadal bardzo nas lubią, że jesteśmy fajni i w ogóle, i wieczorem, po kolacji, udaliśmy się z naszymi dziewczynami na dyskę do sąsiedniej miejscowości. Nadal się nie parujemy, ale panny (o dziwo trzeźwe) kleją się teraz w tańcu do każdego z nas już jawnie (plus ślina).

    Na miejscu wynikła ostra poruta, bo miejscowi zorientowali się, że nasze panny jednak są bzykalne, a że zobaczyli, jak się tymi pannami bez krępacji wymieniamy, to sami też chcieli coś ugrać. Raz doszło na sali do przepychanek, potem drugi…, w końcu się ewakuujemy, bo robi się nieprzyjemnie. Tylko że oni już na nas czekali. Doszło do regularnej bijatyki. A wiecie, że miejscowi są solidarni i że jest ich zawsze więcej? „Skąd jesteście?” – padło z tłumu. „Żoliborz, Wola” – krzyczymy. Jest taka zasada, że na wyjeździe nie mówi się, że jesteśmy z Warszawy, tylko z której dzielni. Okazujemy w ten sposób na wyjeździe szacunek dla nieznajomych swojaków. Jak ktoś ma wiedzieć, będzie wiedział, he, he, reszta nie musi. Okazało się, że jest jeszcze paru chętnych naszych i wzmocnili szeregi. Warszawka walczy dzielnie, ale okazało się, kurwa, że miejscowi to się chyba nigdzie na wakacje nie ruszają. Taką mieli przewagę. Gdy już zaczęliśmy nieźle obrywać, jeden z naszych wyciągnął nóż… Dyska działa w najlepsze, ale my razem z ochroniarzami i świadkami lądujemy w baraku obok, w pakamerze kierownika.

    Kurwa, co robić? Niezły koniec wakacji i trzeba ratować tego z nożem. Kolesie miejscowi, kierownik dyski miejscowy, ochroniarze miejscowi, publiczność w połowie miejscowa. Wszystko jest na komórkach… No i policja też miejscowa i zaprawiona w akcjach z turystami. I już jedzie. Ktoś wezwał też karetkę, bo trochę krwi jednak było. Robi się naprawdę poważnie. Jest gadka o wykupieniu tego z nożem, bo jak nie, to ancel. Pada niejasna propozycja sporej kwoty, poza tym nie wiadomo, czy nawet tak da się sprawę załatwić, a na zewnątrz rozjuszony tłum.

    Pakamera pełna, my, świadkowie, kierownik. Czują za plecami argument reszty bywalców dyski. Wyszliśmy w kilka osób na korytarz przed pakamerą i dogrywamy negocjacje, ale jesteśmy prawie spłukani. Negocjujemy my, kierownik i trzech najbardziej zaangażowanych w akcję kolesi z tamtej strony. I jest z nami Hanka, nasza najstarsza panna, dwadzieścia lat, która nieopatrznie dała się przetańcować jednemu z miejscowych. To o nią poszło, znaczy od niej się zaczęło. Poszła z jednym miejscowym w ślinę, potem wróciła do nas, drugi nie chciał się odkleić i tak się zaczęło.

    „Chyba że…” – podaje tamta strona – „Bo policja już jedzie”. „Dobra, ja to załatwię” – mówi Hanka. I wywalili wszystkich z pakamery. Zamknęła się z kierownikiem i tymi trzema. Nie wiem, co tam zaszło, ale kierownik dyski zgodził się wycofać oskarżenie. Tym bardziej że Warszawka, wiedząc o tej akcji z nożem, zrobiła zrzutkę i postawiła miejscowym. Wyszliśmy przed budynek, czekać na Hankę, a mówiąc dokładniej Hanka, wkurwiona, wypierdoliła nas wszystkich z baraku, mówiąc: „Poradzę sobie”. Miejscowi okazali się honorowi i stwierdzili, że skoro mają pić za nasze pieniądze, to… z nami. Ponieważ trochę czasu już upłynęło, dotarła do nas informacja, że… „nasza dziewczyna jest w porządku”. Ci, którzy z nią zostali, teraz też dołączyli do picia.

    Hanki na razie nie ma. Policja przyjechała, pokręcili się trochę, pogadali z kierownikiem, ten wskazał im budynek baraku… Potem wrócili do suki pisać raport i pilnować spokoju z oddali. Karetka też została. Po pierwsze, nasze dziewczyny się w niej schroniły, jednak nie takie twarde jak się okazuje, wszystkie w szoku i dostały jakieś kropelki. Teraz siedzą pod kocami termicznymi (chyba dla fasonu), a ratownicy mają z nich niezłą polewkę. Po drugie, parę nosów było jednak do opatrzenia.

    Uspokoiło nas, gdy Hanka w końcu pojawiła się u dziewczyn, co więcej, mimo że sama „cokolwiek” sponiewierana (miała w tym momencie wyjebane już chyba na wszystko), to wspiera resztę dziewczyn, jakby to one były najbardziej poszkodowane. Gdy zobaczyła nas, jak już wychodzimy z sali i idziemy specjalnie w jej kierunku, odwróciła się ostentacyjnie tyłem, zagadała do jednego z ratowników i razem gdzieś zniknęli…

    Wrócili po kwadransie. My w tym czasie sami ratowaliśmy nasze panienki, bo dostały histerii. Drugi ratownik siedział z boku i z rozbawieniem wszystkiemu się przyglądał. Dopiero nad ranem, gdy zrobiło się widno, zorientowaliśmy się, że nasz wygląd raczej dziewczyn nie mógł uspokoić. Ja miałem rozwalony nos plus jakieś otarcia. Nie mówiąc już o odzieży.

    Do ośrodka wróciliśmy, gdy było już jasno, na przyczepie któregoś z gospodarzy, który właśnie jechał na pole. We łbie mi się kręciło, nie wiem, czy od alko, czy od ciosu. Holowała mnie taka Ania, siedemnastolatka, strasznie zmartwiona moim stanem. Dziewczyny co chwila musiały każdego z nas wypytywać, czy boli. Chyba bolało je od samego patrzenia, bo dla nas siniaki były raczej powodem do dumy. Dostać wpierdol też trzeba umieć. Co one ciągle z tym „Boli cię?”.

    Wypróbowaliśmy obie metody: „Tak, boli mnie” i „Nie, nie boli”. Żadna nie działała. Zaczynały nas już tym wkurwiać. Koniecznie chciały zrobić z nas bohaterów. Po drodze zatrzymaliśmy się pod sklepem. Gdy wszystkie panny wysiadły, by kupić coś do picia i środki opatrunkowe, została tylko Hanka. Mówimy jej niezdarnie, że wszystko OK, że doceniamy ją, że jest fajna, że wszystko rozumiemy, że martwiliśmy się o nią i że w ogóle jest w porządku w każdym calu. Tylko siedziała jeszcze bardziej wkurwiona.

    No więc my, że jest najlepszą z dziewczyn i w dobrej wierze mówimy (a byliśmy jeszcze w pół pijani), że domyślamy się, co tam zaszło, że musiała się poświęcić i dlatego się z nimi puściła, że nic dziewczynom nie powiemy i że w ogóle nikt się nie dowie. Oczywiście wkurwiła się jeszcze bardziej.

    W końcu też zeszliśmy z tej przyczepy, zobaczyć, co nasze panny robią w sklepie. Został tylko najstarszy z nas, Zbyszek, i słyszę, jak zagaduje coś do Hanki…

    Rano okazało się, że oprócz rozbitego nosa, strupów i siniaków miałem jeszcze rysę na brzuchu. Skurwysyny, ktoś od nich też miał nóż. Jak się opalę, ślad jest widoczny do dzisiaj.

    Acha, ta co mnie holowała, Ania, to od jej ojca tydzień wcześniej dostałem opierdol. Wchodzimy na teren ośrodka, ja poobijany, koszula w strzępach, wszędzie ślady krwi i widać tę rysę na brzuchu. Skoro już dziewczyna tak się przejęła moim stanem, to specjalnie kuśtykam, żeby sprawić jej więcej przyjemności. Zresztą od tego ruszania uruchomiła mi się reszta wódy z żołądka, bo miejscowi drinków nie piją, a dla fasonu za dużo też nie popijaliśmy. Więc znów byłem nie do końca trzeźwy.

    W dupę jeża, znowu nas widział.

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    Lucjusz
  • Tesciowa 60+

    Witam serdecznie, dziś chciałem opowiedzieć Wam kolejną przygodę, z mojego bujnego życia, która przypadkiem stała się jednym, z moich ulubionych wspomnień. W roku 2010 uległem dość poważnemu wypadkowi, w którym delikatnie mówiąc-otarłem się o śmierć, kilka tygodni w szpitalu, później przykuty do łóżka już w zaciszu domowym… Jako jedyny żywiciel rodziny byłem unieruchomiony, przez co żona musiała podjąć się pracy, a że na wychowaniu mamy jeszcze córkę “zatrudniona” została u Nas teściowa, do opieki nad młoda i leżącym zięciem. Chodziło bardziej o sprawy związane z wyprawieniem i odprowadzeniem córki do szkoły, czy też ogarnięciu domu i ewentualnym przygotowaniu obiadu, gdyż codzienne prace przy higienie mojego ciała wykonywała wieczorami żona, myjąc mnie czy pomagając w potrzebach fizjologicznych, bynajmniej tak mi się wydawało. Moja teściowa to kobieta w wieku 63 lat, od 5 lat wdowa, niewysoka, około 160 centymetrów wzrostu, ale obdarzona dość sporym biustem przy smukłej budowie ciała. Blondynka z włosami do ramion, jak na swój wiek prezentowała się, naprawdę dobrze. Nie raz, przy okazji rodzinnych imprez, typu urodziny czy imieniny składając życzenia i tuląc na misia, miałem okazję poczuć jej piersi na swojej klacie-naprawdę przyjemne uczucie. Jak to młody chłopak wieczorami pod prysznicem zdarzało mi się fantazjować, jak ugniatając i masując te wielkie cycki, pakuje w nie swojego kutasa i dochodząc spuszczam się, zalewając je ciepła spermą. Jak już mówiłem, wydawało mi się, że ja nie będę od niej zależny. Nic bardziej mylnego!!! Byłem zależny, i to bardziej, niż mogło mi się wydawać. Ale po kolei, pierwszego dnia po codziennych zabiegach kosmetycznych i fizjologicznych wykonanych przez moją żonę, dostałem buziaka i uciekła do pracy, dzień jak co dzień. Teściowa dotarła do naszego domu mijając się z żoną w drzwiach, szybkie wytyczne i pożegnała swoją córkę, machając do odjeżdżającego samochodu. Przyszła oczywiście się przywitać, zapytać jak się czuję czy czegoś nie potrzebuje, po czym zabrała się za wyprawianie młodej do szkoły. Przed wyjściem zajrzała jeszcze do mnie – “będę za godzinę, odwiozę małą do szkoły i ogarnę jakieś zakupy, bo lodówka świeci pustkami” – faktycznie, słyszałem jak żona wspominała jej, że musi zrobić jakieś zakupy na obiad.

    – “jakieś specjalne życzenia zięciu?”- pytała z uśmiechem na twarzy, poprawiając jednocześnie moją kołdrę przy stopach, czego ja ze względu na gips, który ograniczał moje obie nogi oraz lewą rękę, nie byłem w stanie samodzielnie wykonać…

    – ” może jakieś żeberka w miodzie?!” Odparłem odwzajemniając jej uśmiech – tak, to było jej popisowe danie, wiedziała, że przy każdej okazji, jaka się nadarzyła, gdy serwowała to u siebie w domu byliśmy z żoną pierwsi, do których dzwoniła z zaproszeniem na obiad.
    – “mogą być i żeberka, lecimy, bo spóźnimy się do szkoły..” – po czym usłyszałem przekręcanie zamka w drzwiach i dźwięk odjeżdżającego auta z podjazdu domu… Zabrałem się za lekturę książki i nie wiedząc kiedy, była już z powrotem. Zajrzała do mnie, pytając czy czegoś nie potrzebuje i uciekła do kuchni. Wszystko wyglądało by, nadzwyczaj normalnie, gdyby nie fakt, że to pierwszy dzień, kiedy żona musiała wyjść dużo wcześniej do pracy i wróci dopiero wieczorem po zebraniu w firmie. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że wcześniej udawało mi się wytrzymać około 6 godzin bez oddawania moczu, gdy żony nie było i nie mogła podać mi “kaczki”, a teraz co??? Przecież nie będę prosił młodej o pomoc w takiej sprawie, zresztą i tak miała wrócić dopiero po 15, ze względu na dodatkowy angielski, na który uczęszczała, a ja właśnie poczułem “wyjścia za potrzebą”. Próbowałem w myślach walczyć jeszcze z tą myślą, ale ilość wypitej wody do porannych medykamentów mocno dawała się we znaki. Przy kolejnej wizycie teściowej w pokoju, kolejnym pytaniu, czy czegoś nie potrzebuje, musiałem już poprosić o pomoc.

    -” będę potrzebował teściowej pomocy, w trochę nietypowej, intymnej i krępującej mnie sprawie” – uwierzcie, ciężko przechodziły mi te słowa przez gardło… Czułem delikatne zażenowanie oraz bezsilność, nie mogąc podstawowej czynności fizjologicznej wykonać samemu

    -“słucham Cię, co to za sprawą?” Mówiła spokojnie że swoim uśmiechem na twarzy
    – “to trochę nietypowa sprawa…”
    – “mów otwarcie, jestem tu po to, żeby Ci pomóc..”
    – “potrzebuję “iść” do toalety, a niestety sam nie dam rady, zresztą jak teściowa widzi, ruszyć jest mi się ciężko” – odpowiedziałem ze spuszczonym wzrokiem, unikając jej spojrzenia. Widziała moje zakłopotanie, widziała jak czerwienię się na twarzy.
    – “czyli mam Ci podać “kaczkę” tak? ” – “nie tylko podać, ale i potrzymać, nie dam rady wykonać tego sam, a nie chce też narobić niepotrzebnego bałaganu” – odpowiedziałem, dalej unikając kontaktu wzrokowego
    – “nie ma problemu, Twój teść, a mój mąż przed śmiercią też potrzebował takiej pomocy, więc wiem jak Ci pomóc”
    Nie wiedziałem, jak to wszystko ma wyglądać, żona jak to żona, wiedziała dokładnie jak wyglądam poniżej pasa, nie było też żadnego skrępowania z naszej strony jeśli chodzi o wygląd naszych ciał, zresztą po 12 latach małżeństwa nie było by to możliwe, żebyśmy krępowali się nagości w swoim towarzystwie. Ale przed teściową?? jakoś dziwnie, nie umiałem poukładać sobie w głowie, jak to ma wyglądać?! O dziwo, moje przemyślenia przerwała teściowa, podchodząc z boku do mojego łóżka i podnosząc z podłogi “kaczkę” oznajmiła krótko….
    – “pamiętaj, że to nic krępującego, zwykła pomoc, której potrzebujesz… Gotowy? “
    Gotowy? A czy idzie się na coś takiego przygotować? Nie zdążyłem nic odpowiedzieć, a już czułem jak ręce teściowej zwinnie podnoszą kołdrę, która byłem przykryty, a z racji tego, iż leżałem nagi od razu miała mnie jak na patelni…. Całego… Jak PAN Bóg mnie stworzył…. Myślę, że dobrze, iż działo się to wszystko w zawrotnym tempie, bo nie miałem czasu na reakcję… Zauważyłem tylko wzrok teściowej skierowany wprost na moje przyrodzenie oraz jej delikatnie zdziwiona minę, nie wiem sam, czy po prostu widok penisa ja onieśmielił, bo wydaje mi się, że od śmierci teścia raczej nikogo nie miała czy też rozmiar mojego kolegi, bo ja sam czułem się dobrze ze swoim rozmiarem, a wręcz słyszałem (oczywiście od płci pięknej), że jest się czym pochwalić… Chwile konsternacji przerwało moje chrząknięcie, bo wiedziałem albo i nie czy to jest zdrowy objaw-jej wzrok skierowany i zawieszony w mojego penisa… Nawet nie spojrzała, jedną ręką chwyciła mnie zdecydowanie przy samej główce, druga ręka podsuwając “kaczkę”, delikatnie naciągnęła napletek i nakierowała mnie na otwór plastikowego naczynia, które moim zdaniem odbiera facetowi godność… Dopiero teraz zauważyłem jej ruch głowy w moim kierunku, spojrzenie, które dało mi znak, że mogę w końcu zrobić to, do czego była mi potrzebna w obecnej chwili…. Myśli krążyły po głowie, nie jest łatwo skupić się przy kimś, by załatwić swoje potrzeby fizjologiczne, tym bardziej przy kimś, kto trzyma Cię za penisa i karze Ci sikać…. Kimś, o kim wielokrotnie marzyłeś, miałeś go w głowie robiąc sobie dobrze, a tym bardziej czując dotyk kobiecej ręki, innej niż “zawsze”…. Minęła dość długa chwila, musiałem odrzucić wszystkie fantazje, skupić się na tym, żeby ten dotyk nie przerodził się w erekcję… Udało się, po paru sekundach uwolniłem się od zbędnego płynu, który przystworzył mi tyle niepotrzebnego stresu…. Teściowa widząc, że kończę kilkukrotnie wstrząsnęła moim penisem pozbywając się zbędnych kropelek, po czym kilkukrotnie naciągnęła i popuściła skórkę jakby chcąc być pewną, że nic już z niego nie wyleci, odkładając “kaczkę” na podłogę… Dalej trzymając mojego penisa w jednej ręce, drugą sięgnęła po chusteczki nawilżone że stolika nocnego i delikatnie naciągając napletek do końca, chusteczka wytarła mnie dokładnie oglądając z każdej strony czy nic nie zostało…. Te ruchy oraz zabiegi jej rąk zaczęły powodować delikatna przyjemność, co przełożyło się w powolne twardnienie mojego przyjaciela…. Zrobiło mi się głupio, nie chciałem, bynajmniej w obecnej sytuacji, żeby widziała mnie w pełnym wzwodzie…. Chciałem zareagować, ale jej wzrok, delikatność, i sposób w jaki wycierała mnie z resztek moczu również i u niej wywołał delikatna konsternację gdy poczuła, że robię się twardy…. Puściła rękę odkładając mojego kolegę na podbrzusze i okryła mnie kołdrą jak wcześniej…. Spojrzała na mnie, i z delikatnym ale chyba trochę sztucznym uśmiechem stwierdziła…

    – “no, i po kłopocie… Nie taki diabeł zły, jak go malują….”
    – “dziękuję”- tyle tylko potrafiłem odpowiedzieć….
    Reszta dnia minęła dosyć normalnie, obiad, młoda wróciła ze szkoły, żona również z pracy… Kolejne dni mijały, miałem opiekę ukochanej, bo nie pracowała wiele poza domem, większość z domu bo pozwalała jej na to szefowa, która rozumiała zaistniałą sytuację…. Minęły dwa, może 3 tygodnie. Pewnego środowego popołudnia, żona oznajmiła mi, że wyjeżdżają na weekend z szefowa na szkolenie i niestety, ale będę musiał zostać pod opieką teściowej…. Młoda słysząc, że mama wyjeżdża, zorganizowała sobie w mgnieniu oka dwie nocki u koleżanki…

    – “dzięki, że zostawiacie mnie samego….”
    – “nie samego, mama obiecała, że zostanie u Nas na weekend, prześpi się w pokoju gościnnym, a Ty będziesz miał opiekę…. Teściowej 🙂 “
    Niestety, moja żona nie przemyślała tego, że ktoś będzie musiał mnie jeszcze umyć przez te dwa dni oraz pomagać mi w sytuacjach, które już miały miejsce, a o których nie mówiłem i o to samo poprosiłem teściową… Zresztą od tamtej sytuacji, jakoś rzadziej widywałem teściowa u Nas w domu, czyżby jednak też, poczuła się niezręcznie?! To wszystko miało się wyjaśnić już niedługo…cdn…

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    Czytelnik

    Hej dajcie znać proszę, czy to co napisałem , dobrze się czyta?? 

  • [Oparte na faktach] Pamietnik Ariany: Wibrujaca kulka

    Ola i Benek zapowiedzieli telefonicznie swoją wizytę na ten weekend. Zamówili dla nas stolik w knajpce, Arkadiusz nie protestował, było mu wszystko jedno, co robimy. Ostatnio relacje między nami były coraz bardziej oschłe.

    Gdy przyjechali, Ola upierała się, bym włożyła sukienkę z głębokim dekoltem i koniecznie bez stanika.

    – Masz ładne, duże piersi. Będziesz wyglądać seksi.

    Jeszcze nigdy nie udało mi się zmienić jej postanowienia. Jak sobie coś wymyśliła, to tak miało być i koniec. Więc nie protestowałam zbyt długo, i tak bym przegrała. Nawet mi do głowy nie przyszło, że miała ukryty plan.

    Byłam szczęśliwa z ich wizyty. Arek coraz bardziej grał mi na nerwach, potrzebowałam odskoczni.

    Uśmiechnięci i w świetnych nastrojach pojechaliśmy do kameralnej restauracji. Stolik na cztery osoby już na nas czekał. Klimat był nieziemski. Piękne dekoracje, kwiaty, muzyka, szum prowadzonych rozmów. Gdy szliśmy zająć miejsce, Benek patrzył ukradkiem na moje bujające się przy każdym kroku piersi.

    Przystojny kelner podczas zapisywania zamówienia oraz gdy przynosił nam jedzenie, również nie mógł oderwać wzroku od mojego biustu. Wybrałam makaron w sosie bolognese. Zarumieniłam się, gdy zobaczyłam wypukłość na jego spodniach. Co jakiś czas przyłapywałam go na ukradkowych spojrzeniach w moją stronę. Uwielbiałam być w centrum uwagi. W myślach pewnie rżnął mnie opartą o jeden ze stolików na oczach wszystkich. Będę szczera, nie miałabym nic przeciwko temu, tak dawno nikt porządnie mnie nie wyruchał. Arek dawał mi do zrozumienia, że liczyła się tylko kariera, ja byłam tylko dodatkiem. Nie interesował się jak mnie zaspokoić. Podejrzewam, że obracał swoją asystentkę Kaśkę. To całkiem możliwe bardziej niż ja wpasowywała się w jego gust.

    Jadłam, słuchając anegdot opowiadanych przez Olę i Benka. To tylko dzięki nim spotkanie przebiegało w całkiem miłej atmosferze. Arek był cały czas zamyślony, nieobecny. Pewnie myślał o tej swojej suce i o tym, jak znów zerżnie jej dupę przy najbliższej okazji.

    – Musimy iść do toalety – rzuciła nagle Ola.

    Chwyciła mnie za rękę i dosłownie szarpnęła. Kazała mi wejść do kabiny i ściągnąć majtki. Myślałam, że sobie żartuje, ale była poważna. Wyciągnęła ze swojej torebki intrygująco wyglądającą metalową kulkę.

    – Rozchyl nogi.

    Ufałam jej, więc wykonywałam wszystkie polecenia. Patrzyła na moją gołą cipkę. Mój umysł zaczął płatać figle, wspominając nasze wspólne przygody łóżkowe. Czekałam więc w napięciu, co ona zrobi. Wyobrażałam sobie, jak namiętnie liże moją łechtaczkę.

    Włożyła mi tę kulkę prosto w łono.

    – Gotowe możemy wracać.

    Poczułam niedosyt. Jak nie chciała się ze mną zabawić to, po co ta kulka?

    – O co chodzi? Co to wszystko ma znaczyć? – spytałam zawiedziona.

    Przystanęła, popatrzyła mi w oczy. Pocałowała długo i namiętnie.

    – Zaufaj mi.

    Wróciłam skonfundowana do stolika. Spojrzałam na Arka, żadnej reakcji. Benek się uśmiechał, więc coś wiedział.

    Jadłam, myśląc o tej niecodziennej sytuacji. Nagle poczułam, jak kulka zaczęła wibrować. Prawie upuściłam widelec. Ola znacząco popatrzyła na stolik znajdujący się pod oknem. Spojrzałam. Zobaczyłam tam ciebie. Uśmiechałeś się do mnie. Trzymałeś w ręce pilocik. Ty tutaj w Warszawie? Jakim cudem się jej udało? Szczęście wymieszało się z przerażeniem i podnieceniem. Przecież obok siedzi Arek. Co ja mam zrobić? Grałam na zwłokę, nabijając makaron na widelec i powoli wkładałam go do ust. Obserwowałeś, mnie więc starałam się, by każdy mój ruch był zmysłowy. Podkręciłeś wibracje kulki. Moje sutki stwardniały. Zrobiło mi się gorąco, przestraszyłam się, że moja cipka puści zaraz soczki, brudząc sukienkę. Wyciągnąłeś telefon, coś napisałeś i odszedłeś od stolika. Usłyszałam charakterystyczne ding. Dyskretnie sprawdziłam SMS.

    „Czekam w męskiej toalecie”

    Nie wiedziałam co robić. Byłam tak bardzo podniecona. Tysiące myśli przelatywało mi przez głowę, wirując bez opamiętania. Nagle z tego chaosu wyłoniła się scena z przeszłości. Ja naga, nadziana na twojego kutasa szeptałam ci do ucha: kocham cię. Poczułam uderzenie gorąca.

    – Muszę to toalety – powiedziałam.

    – Iść z tobą? – spytała Ola z dwuznacznym uśmiechem.

    – Nie trzeba – odpowiedziałam i wstałam od stolika.

    Przechodząc zamyślona, wpadłam na kelnera. Sterczące sutki przywarły do jego umięśnionej klatki piersiowej. Jego wzrok od razu skierował się na mój dekolt. Musnęłam dłonią o jego nabrzmiałe spodnie. Zobaczyłam plakietkę: Marek – kierownik sali. Pewnie jeden z jego podwładnych nie przyszedł do roboty, przez co musiał pełnić dodatkowe obowiązki. Zażenowany bardzo szybko przeprosił i uciekł. Napalony biedaczek będzie pewnie musiał sobie zwalić konia na zapleczu, by dać radę dalej pracować.

    Weszłam do męskiej toalety. Poczułam charakterystyczny zapach leśnego odświeżacza do powietrza. Tylko jedna kabina była zajęta. Zapukałam. Otworzyłeś. Stałeś z kutasem na wierzchu. Próbowałam wejść do środka i zamknąć drzwi, ale było za ciasno.

    Pocałowałam cię namiętnie, łapiąc za penisa. Kulka przyjemnie wibrowała w mojej cipce. Uklękłam. Moje nogi wystawały poza kabinę.

    Twój kutas był twardy i gorący. Opuściłam ramiączka sukienki. Wzięłam go między cycuszki, energicznie masowałam. Nie mogłam mu się oprzeć, więc po chwili ssałam bez opamiętania, wirując języczkiem. Trzymałeś mnie delikatnie za głowę. Byłam tak bardzo napalona, że moja ciasna cipka puściła soczki.

    – Mamy towarzystwo – powiedziałeś.

    Przerwałam pieszczoty, wyciągając twojego penisa z ust. Odwróciłam się, stał tam Marek cały czerwony. Nie wiedział, jak ma się zachować. Biedak pewnie, zamiast zaplecza przyszedł tutaj szukać ulgi. Patrzył jak kobieta, która doprowadziła go do takiego stanu, klęczy z cyckami na wierzchu i obciąga jakiemuś gościowi. Widziałam w jego oczach pożądanie wymieszane z zazdrością. Zaczął odchodzić.

    Popatrzyłam na ciebie błagalnym wzrokiem. Po sekundzie, która dla mnie trwała wieczność przytaknąłeś. Za to cię kocham, akceptujesz mnie w pełni z wszystkimi moimi perwersjami. Szkoda, że nie możemy być parą.

    – Marek zaczekaj – powiedziałam.

    Dźwięk kroków ucichł.

    – Zna moje imię – wyszeptał.

    Przepchnęłam przez krągłe biodra sukienkę. Wyszłam z kabiny. Patrzył na moje nagie rozpalone ciało z takim pożądaniem, że aż zrobiło mi się gorąco. Podeszłam do niego. Wzięłam jego rękę i włożyłam między nogi. Moja mokra cipka pragnęła dotyku. Stanąłeś ze stojącym kutasem na wierzchu obok nas.

    – Masz klucz do tego pomieszczenia? – zapytałeś, kładąc mu rękę na ramieniu. Byłeś taki naturalny i pewny siebie.

    – Taaak – wydukał.

    Zabrałam się za rozpinanie jego paska od spodni. Patrzył na mnie z takim uwielbieniem w oczach. Ściągnęłam jego bieliznę. Miał imponująco dużego. Był cały oblepiony w przezroczystym ciągnącym się płynie. Lizałam, masując nabrzmiałe od spermy jądra. Gdy wsadziłam go do ust, wróciłeś i stanąłeś obok. Popatrzyłeś Markowi prosto w oczy i skinąłeś głową. Złapałam ręką twojego penisa i zaczęłam masować, ciągle obciągając kierownikowi sali. Moje podniecenie sięgało zenitu. Pieszczona wibracjami kulki cipka domagała się zaspokojenia. Owładnięta pożądaniem bez opamiętania ssałam na zmianę dwa twarde kutasy.

    – Liż moją mokrą cipkę – zwróciłam się do Marka – tylko nie warz się penetrować, moje ciasne dziurki należą do niego.

    Wstałam, wypięłam dupcie, nachyliłam się i włożyłam twojego kutasa w usta.

    Poczułam, jak Marek rozchylił moje pośladki, dokładnie wylizywał rowek tyłeczka. Poprawiłam włosy, które spadły mi na twarz. Złapałam cię za pośladki i docisnęłam swoją głowę do twojego krocza, wpychając penisa prosto do gardła.

    Marek namiętnie lizał moją cipkę, gdy ty ruchałeś mnie w usta. Coraz szybciej i namiętniej dawałeś upust swojej żądzy. Po chwili poczułam, jak tryskasz ciepłą spermą. Nie wszystko się zmieściło, trochę wyciekło. Mając jeszcze spore ilości twojego nasienia w ustach, obróciłam się do kierownika sali.

    Pocałowałam go namiętnie. Jego oczy wyrażały zaskoczenie. Wplótł ręce w moje włosy. Języki zaczęły wręcz obsesyjnie wirować zatopione w twojej ciepłej spermie. Nie spodziewałam się takiego lubieżnego zachowania. Złapałam jego twardego penisa i zaczęłam robić mu dobrze moją niewielką dłonią. Patrzyłeś z wyrazem wyższości w oczach. Wystarczyło kilka ruchów i kierownik sali trysnął sporą ilością gęstego nasienia na moje podbrzusze. Masowałam jeszcze chwilę, nie przerywając pocałunków, co ciekawe to on łapczywie połknął większość twojego nasienia. Kutas dalej mu stał na baczność. Już ubrany minąłeś mnie z zadowoloną miną.

    – Czekam na parkingu piętnaście minut – powiedziałeś, puszczając do mnie oczko.

    Doskonale wiedziałam, że nie chodziło ci o Marka. Dałeś mi wybór i muszę zdecydować czy zostanę z Arkiem, czy pojadę pieprzyć się z tobą.

    Miałam jeszcze trochę czasu, nie chciałam zostawić Marka ze sterczącym kutasem. Wzięłam go do ust, ssałam, lizałam. Nie minęło nawet dwadzieścia sekund, jak znów trysnął. Nie spodziewałam się aż takiej ilości nasienia. Przecież to już jego drugi orgazm. Biedaczek musiał być nieźle wyposzczony. Wstałam, rozwarłam usta. Patrzył zafascynowany na gęste nasienie wokół mojego języka. Już miałam połknąć, gdy przyciągnął mnie do siebie, złapał za tył głowy i namiętnie pocałował. Zamruczałam i wplotłam swoje ręce w jego włosy. Odwzajemniłam namiętny pocałunek. Uwielbiam całować się ze spermą w ustach i jak widać, Marka to też kręciło. Tym razem wiedząc, jaki jest zachłanny, to ja połknęłam więcej nasienia. Zebrałam ręką jego spermę z mojego podbrzusza i dałam mu ją do wylizania. Zrobił to z przyjemnością. Resztki wytarłam ręcznikiem papierowym, włożyłam szybko sukienkę. Marek z zaciągniętymi już spodniami płukał usta wodą.

    – Dziękuję – rzucił.

    Uśmiechając się dwuznacznie, wybiegłam z toalety.

    W mojej rozpalonej cipce dalej wibrowała kulka, teraz już nieco mniej intensywnie. W ustach czułam przyjemny smak spermy. Podeszłam do Oli. Wzięłam ją na bok.

    – Suka z ciebie wiesz, ale naprawdę bardzo ci dziękuję.

    – Za tydzień masz urodziny, to jest tylko wstępny prezent. Widziałam twoją minę w toalecie – wyszeptała mi na ucho.

    – Nic na to nie poradzę, uwielbiam twój smak – odparłam.

    – W czwartek u mnie, weź z sobą to, co zawsze – powiedziała Ola.

    – Naprawdę? My tak dawno nie… – spytałam szczęśliwa.

    – Idź już.

    Dałam Oli buziaka w policzek, zabrałam od niej moją torebkę, a na Arka nawet nie popatrzyłam, odwróciłam się i wybiegłam za tobą.

    Pobiegłam na parking. Kulka dalej wibrowała. Czułam jak po moich udach, znów ciekły soki. Stałeś oparty o swój samochód. Otworzyłeś drzwi od strony pasażera. Odkąd cię znam, byłeś dżentelmenem, na dodatek zawsze elegancko ubranym. Uwielbiam to w tobie, połączenie klasy z męskim samczym instynktem.

    – Jestem cała mokra. Nie chce pobrudzić ci auta – powiedziałam skrępowana.

    Uśmiechnąłeś się, złapałeś mnie mocno w talii i oparłeś o tylne drzwi. Włożyłeś rękę pod moją sukienkę, rozchylając uda. Przejechałeś dwoma palcami po rozpalonej cipce. Zesztywniałam. Powąchałeś lepiące się od dużej ilości śluzu palce, po czym wziąłeś je do ust.

    – Pysznie smakujesz.

    Podałeś mi jedwabną chusteczkę z kieszeni, przy okazji naciskając pilot od kulki. Przestała wibrować.

    – Wytrzyj się – powiedziałeś z czułością.

    Dobrze mnie znałeś i wiedziałeś, że nie lubię czuć się skrępowana.

    – Wiem, że zaraz będziesz chcieć protestować. Dlatego po wszystkim zatrzymaj chusteczkę. Jest twoja – dodałeś szybko i z uśmiechem.

    – Dziękuję.

    Trzęsącą się z emocji ręką doprowadziłam się do porządku. Zostawiłeś otwarte drzwi dla pasażera i usiadłeś na miejscu kierowcy, czekając spokojnie. Dając mi tę chwilę pozornej prywatności, utwierdziłeś mnie w przekonaniu, że dobrze zrobiłam, wychodząc z tobą.

    Wsiadłam. Włączyłeś muzykę klasyczną. Pełen emocji utwór Requiem Amadeusza rozbrzmiał z głośników samochodu. Zwiększyłeś głośność i ruszyłeś. Siedziałam zadowolona ze swojej decyzji. Arek nie zasługiwał na to, by ze mną być. Nigdy nie wywołał we mnie tak potężnych uczuć. Nigdy nie dał mi tak silnego orgazmu, jak ty.

    Nawet nie zauważyłam, kiedy moja dłoń znalazła się na twoim kroczu, masując przez spodnie jądra. Druga powędrowała do moich piersi, miętosiłam sterczące sutki. Opamiętałam się, przestałam się obmacywać. Nie chciałam zabrudzić auta mokrą cipką. Nie zabrałam jednak ręki z twojego kutasa. Podniecenie we mnie narastało. Miałam zarumienione policzki i dekolt.

    Dotarliśmy. Szarmancko puściłeś mnie przodem. Czułam twój lubieżny wzrok penetrujący całe moje ciało. Aksamitna fioletowa sukienka opinała je, podkreślając wszystkie jego atuty. Nie mogłeś się powstrzymać i łobuziarsko uszczypnąłeś mnie w tyłek, gdy wchodziliśmy po schodach. Ja w ramach podziękowania podciągnęłam sukienkę, wypięłam pośladki i lekko się pochyliłam. Odwróciłam głowę i wystawiłam język. Zatrzymałeś się, stojąc kilka stopni niżej, miałeś idealny widok na moje wargi sromowe ściśnięte między pośladkami tworzące apetyczną szparkę.

    Weszliśmy do mieszkania. Przekręciłeś zamek. Odwróciłeś się w moją stronę. Rzuciłam swoją torebkę pod ścianę. Natarłam na ciebie jak dzika kocica. Przycisnęłam do drzwi. Bezpretensjonalnie wdarłam się moim języczkiem do twoich ust. Moja nieduża dłoń powędrowała do twojej kieszeni. Włączyłam kulkę. Zwiększyłam intensywność wibracji na maksimum. Nasze usta wirowały w zmysłowym, a zarazem namiętnym tańcu. Oparłam obie dłonie na twojej klatce piersiowej. Zbliżyłam się do ucha. Poczułeś różany zapach moich blond włosów. Końcówką języka pieściłam ci małżowinę. Lekko ją przygryzałam.

    – Twój kutas należy do mnie – wyszeptałam.

    Zesztywniałeś, przełknąłeś ślinę. Milczałeś.

    Uklękłam. Rozpięłam sprzączkę od paska, guzik, rozporek. Spodnie zsunęły się w dół. Wyraźny namiot bokserek dał mi impuls do zerwania ich z ciebie. Podczas tego ruchu przysunęłam trochę twarz do twojego krocza, co spowodowało, że dostałam pstryczka w nos twardym kutasem. Poczułam jego przyjemny zapach. Moja mała dłoń wylądowała na twoich jądrach, pieszcząc je delikatnie. Włożyłam samą końcówkę, wysysając gęsty przeźroczysty ejakulat. Złapałeś mnie za głowę. Mruczałeś zachęcająco. Nie byłeś natrętny, głaskałeś moje włosy, oddając mi w pełni inicjatywę. Druga dłoń wylądowała na twoim prąciu. Masowałam go ruchami posuwistymi, cały czas pieszcząc językiem żołędzia znajdującego się w moich ustach. Wibracje kulki przyjemnie drażniły aksamitne wnętrze mojej mokrej cipki. Czułam, jak znów intensywnie wydziela z siebie soczki rozkoszy. Po kilku ruchach ręką byłam gotowa wziąć kutasa głębiej. Prosto do gardła. Docisnęłam głowę. Wszedł w całości. Brakło mi powietrza, łzy pociekły po policzku, niszcząc makijaż. Znaczne ilości śliny zaczęły wyciekać z kącików bordowych od szminki ust oplatających żylastego kutasa. Przerwałam, by zaczerpnąć oddechu. Łapczywie łapałam powietrze.

    – Zerżnij moje usta – powiedziałam.

    Nie czekałeś na ponowienie prośby. Właśnie w takich momentach budził się w tobie prymitywny instynkt samca alfa. Chwyciłeś mnie za ramiona. Zmieniliśmy pozycję, teraz kucałam oparta o drzwi. Złapałeś mnie za brodę, rozchylając usta i patrząc mi prosto w oczy, wprowadziłeś do nich kutasa, powoli głęboko bardzo głęboko. Wyciągnąłeś, bym złapała oddech, był cały oblepiony moją ciągnącą się śliną. Wtargnąłeś znów tym razem szybciej, ale płycej. Twoje ruchy przyśpieszyły. Stawały się coraz mocniejsze i szybsze. Mocny głęboki ruch spowodował, że moja głowa uderzyła delikatnie o drzwi. Złapałeś mnie wtedy za włosy, bym nie zrobiła sobie krzywdy. Pomimo ostrego jebania, dalej myślałeś o mojej wygodzie. Nie byłeś skupiony tylko na zaspokojeniu prymitywnej żądzy. Wibracje w pochwie, twój kutas posuwający moje usta, ohh, jaka ja byłam wtedy napalona i mokra. Spowodowało to coś nieoczekiwanego, kulka wyskoczyła z mojej oblepionej śluzem cipki i potoczyła się po podłodze. Zrobiłeś ostatni ruch taki naprawdę głęboki, aż poczułam jądra na szyi. Zaśmiałeś się tak szczerze i naturalnie.

    – Jesteś już gotowa.

    Skinęłam głową. Podniosłeś kulkę, oblizałeś ją.

    – Idealnie smakujesz.

    Wstałam. Poczułam ból w kolanach. Ta pozycja nie była do końca wygodna. Zauważyłeś grymas, który pojawił się na mojej twarzy.

    – Potrzebujesz chwili przerwy. Idź do toalety i doprowadź się do porządku, a ja przygotuję ci twój ulubiony drink, zwilżysz sobie gardło.

    Znów ta czułość. Zabrałam torebkę i czmychnęłam do łazienki. Popatrzyłam najpierw w lustro. Wyglądałam jak rasowa suka po ostrym rżnięciu. Rozmazany makijaż, twarz oblepiona śliną. Zmyłam pozostałości pudru, szminki, i tuszu do brwi. Zrzuciłam z siebie sukienkę i szybko wskoczyłam pod prysznic. Podmyłam mokrą cipkę, doprowadzając ją do stanu świeżości. Do moich uszu poza szumem wody dotarły miłe dźwięki muzyki klasycznej, dolatujące z salonu. Obmyłam ciało. Z torebki wyciągnęłam perfumy. Świeże akordy zielonej mandarynki i jaśminu połączone ze zmysłowością kwiatu imbiru oraz niebanalnym zapachem słonej wanilii. Na pełen makijaż nie miałam czasu, więc bordowa szminka musiała wystarczyć. Rzuciła mi się w oczy migająca dioda w wyciszonym telefonie oznaczająca powiadomienia. Siedem nieodebranych połączeń. Tylko siedem, Arka stać było na znacznie więcej. Widać jak mu na mnie zależy. Jeden SMS od Oli.

    “W torebce w bocznej kieszonce masz ode mnie prezent. Daj się ostro wyruchać! Koniecznie opowiesz mi potem wszystko ze szczegółami.”

    Oj ta Ola, uśmiechając się, wyciągnęłam ładnie złożone czarne samonośne pończoszki. Były uwodzicielskie. Podkreślały moje smukłe nogi, opalona skóra prześwitywała przez delikatny kwiecisty wzór, koronkowe zakończenie opinało moje uda w połowie ich długości. Sukienkę, zostawiłam na pojemniku przeznaczonym na pranie. Odświeżona, pachnąca, prawie naga wyszłam do salonu.

    Siedziałeś w fotelu nago. Twój kutas spoczywał spokojnie. Popijałeś drinka. Zlustrowałeś mnie od stóp po sam czubek głowy, dłużej zatrzymując wzrok, na mojej ogolonej cipce i dużych piersiach. Stanął ci. Uśmiechnęłam się, nie ma dla kobiety lepszego komplementu.

    Stanęłam przed tobą, wręczyłeś mi drinka. Wypiłam duszkiem. Ciepło spowodowane alkoholem rozlało się po moim ciele. Poczułam lekkie szumienie w głowie. Oddałam pustą szklankę. Usiadłam na kanapie, rozchyliłam prowokacyjnie nogi, odsłaniając wargi sromowe mojej napalonej cipki. Pokazałam palcem wskazującym na moje łono.

    – Jestem twoją suką.

    Zabrałeś kulkę z białej jedwabnej chusty, a ją samą zwinąłeś w rulonik. Zakneblowałeś mi usta. Nie oponowałam. Ukląkłeś, językiem przejechałeś po cipce. Zacząłeś się nią bawić, ssać, całować, lizać. Nagle bez ostrzeżenia wpakowałeś mi kulkę w odbyt. Mój krzyk stłumiła chusta. Oblizałeś dokładnie dziurkę, zmniejszając dyskomfort. Podszedłeś do stolika i włączyłeś maksymalne wibracje. Rozkosz wymieszała się z bólem, potęgując moje doznania. Oparłeś moje nogi na swoich ramionach. Wszedłeś głęboko, maksymalnie jak się dało. Wyprężyłam się, wyginając do przodu, przez co poczułam cię jeszcze głębiej. Aksamitne wnętrze mojej rozpalonej cipki było ocierane przez twojego twardego kutasa. To było niesamowite uczucie, od razu krzyczałam z rozkoszy. Nie miałam nawet siły masować swoich piersi, co praktycznie zawsze robiłam podczas pieprzenia się w tej pozycji.

    Posuwałeś mnie ostro, szybko i bardzo głęboko. Moja rozpalona cipka puszczała duże ilości soków. Czułam, jak twoje jądra obijają się o mnie przy każdym pchnięciu. Wibracje w odbycie potęgowały moją rozkosz. Po chwili zaczęłam szczytować. Wiłam się, krzyczałam. Nie przestawałeś mnie rżnąć, co więcej jeszcze przyśpieszyłeś. Na czole miałeś wyraźne kropelki potu. Gdy moje owładnięte ekstazą ciało mimowolnie zaciskało i rozluźniało mięśnie pochwy, trysnąłeś olbrzymią ilością ciepłej spermy. Wypełniłeś całe moje wnętrze, nawet troszkę pociekło. Usiadłeś na fotelu, by złapać oddech. Wyłączyłeś wibracje kulki. Ja leżałam chwilę w bezruchu, dochodząc do siebie.

    Zmieniłam pozycję, przesunęłam się na skraj sofy. Zebrałam spermę z mojego łona. Dokładnie wylizałam dłoń. Znów poczułam przyjemny smak. Podałeś mi szklankę z nowym drinkiem. Przyłożyłam ją do cipki. Ochłodzone lodem szkło, sprawiało mi przyjemność. Przesunęłam szklankę trochę niżej, włożyłam palca do dziurki, gęste nasienie zaczęło spływać, mieszając się z drinkiem. Napięłam mięśnie, by jak najwięcej wypchnąć.

    Na powierzchni wódki wymieszanej z pepsi pływała gęsta sperma. Wypiłam duszkiem. Patrzyłeś na to zafascynowany. Chciałam jeszcze.

    Nie musiałam długo lizać i ssać, po chwili znów byłeś gotowy. Wyczyszczoną kulkę włożyłeś mi w cipkę. Stałam z wypiętymi pośladkami. Opierałam ręce o stół. Zacząłeś mnie rżnąć od tyłu w tej zwierzęcej pozycji. Kutasem dopychałeś kulkę. Na podłogę ciekły resztki pozostałej spermy. Złapałeś mnie za włosy, odchylając moją głowę do tyłu. Przyjemnie uderzałeś o moje pośladki. Twój kutas ponownie sprawiał mi rozkosz, łącząc się z wibracjami. Krzyczałam i jęczałam tym razem bez knebla.

    – Jestem twoją suką! Rżnij mnie mocno, o tak… o tak…

    Czułam, że zaraz dojdziesz.

    – Błagam, spuść mi się do ust.

    Przerwałeś, wyciągając ze mnie kutasa. Zmieniliśmy pozycję. Masowałam ci ręką jądra. Ssałam samą końcówkę. Po chwili mój wirujący język poczuł wytrysk ciepłego nasienia. Wyssałam do ostatniej kropli. Zauważyłam na podłodze spermę, która wyciekła z mojej cipki. Wylizałam dokładnie.

    Poszliśmy pod prysznic. Byliśmy już zmęczeni ostrym pieprzeniem się, umyłeś moje ciało, nie omijając żadnego zakamarka.

    Po godzinach rozmów wtuleni w siebie zasnęliśmy. Nie odważyłam się wyznać ci, co naprawdę czuję, do tej pory tego żałuję. Po miłym śniadaniu urozmaiconym szybkim lodzikiem odwiozłeś mnie do domu. Na więcej igraszek nie było niestety czasu, a ja musiałam uporządkować swoje sprawy z Arkiem.

     

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    Milena Wet

    Mam szczerą nadzieję, że opowiadanie sprawiło Ci choć troszkę rozkoszy 😉

    Zapraszam do mojego profilu, znajdziesz tam ciekawe informacje 😀

  • Igraszki z nim

    Czekałam na niego w mieszkaniu, można powiedzieć że byłam troszkę napalona ale nic mu nie pisałam. Kończył pracę za 20 minut, ubrałam czarna bieliznę z koronką a na to zwyczajny szlafrok. Przygotowałam kolację, spaghetti a do tego wino a na telewizorze przygotowany Netflix, liczyłam na fajnie spędzony wieczór. 20 minut później przyjechał i wszedł do mieszkania. – Hej kochanie wróciłem! – O hej, przygotowałam dla nas kolacje i Netflix. Pocałował mnie w czoło, rozebrał kurtkę i poszliśmy zjeść kolację, po zjedzeniu wzięliśmy wino i puściliśmy jakiś film romantyczny trwający około dwie i pół godziny. Oglądaliśmy a ja już prawie zasypiałam ale próbowałam jakoś oglądać żeby nie zrobiło mu się przykro. Oparłam głowę o jego ramie, zasnęłam. Gdy “wstałam” poczułam jego dłoń na udzie, była bardzo ciepła. Wziął drugą rękę, odgarnął mi włosy przejechał mi ręką po twarzy i zaczęliśmy się całować. Wiedziałam że zaraz się zacznie. Całowaliśmy się bardzo namiętnie, lecz po jakiś 2 minutach poczułam jego palce w sobie. Oderwał swoje usta od moich, wziął swoje 2 palce i wsadził mi głęboko do buzi. Possałam. Znowu zaczęliśmy się całować a on zaczął mi robić palcówkę. Ciężko było mi nie jęczeć z rozkoszy przy pocałunkach ale lekko przygryzałam jego wargi. Doszłam. – Teraz mi się odwdzięczysz – odparł. Rozebrał spodnie i bokserki a ja zaczęłam mu robić loda, położył się i przyciskał moją głowę do swojego kutasa przytrzymując przy tym moje włosy. Bawił się mną jak kurwą ale wiedział że tak lubię. Po jego oddechu słyszałam że zaraz dojdzie ale nie przerywałam lecz nagle pociągnął mnie za włosy, położył mnie i brutalnie wszedł we mnie, jęknęłam. Po kilku minutowym jebaniu znowu doszłam w tym samym momencie co on. Gdy ubraliśmy się, oglądaliśmy dalej Netflix.

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    Judi
  • Nieudany zamach na oficera SS

    Śląsk, okupowana Polska, rok 1942

    Na piętrze budynku policji korytarzem szedł wysoki człowiek. Ubrany w czarny mundur, oficer SS Otto von Holztsteiner. Jego powolny krok roznosił się stukotem ciężkich czarnych butów. Był tuż przed czasem. Zawsze punktualny i zawsze traktujący obowiązki poważnie. Nie było też wątpliwości, że misja jakiej się podjął, mimo swojej „niecodziennej” natury, która budziła uśmiech na twarzy, była albo wielką przykrywką albo w istocie, komórki SS na śląsku, próbowały odszukać zeznania z procesów czarownic oraz sposobów na odtworzenie metod, jakich średniowieczni kaci na tych terenach, zwykli traktować swoje ofiary. Kapitan Otto objął dowództwo nad zespołem badawczym, jego ludzie. Bezwzględnie posłuszni i fanatycznie oddani idei narodowego socjalizmu, znani byli ze skuteczności. Zimnooki oficer SS Holtzsteiner z pewnością nie przyszedł tłumaczyć się z niepowodzeń.

    Na zegarze wybiła 17.00 , SS-man przyspieszył kroku i gdy po raz 5 zegar zabrzmiał głuchym echem dzwonka, zapukał do drzwi. Głos rezydującego oficera gestapo, majora Gustava Konigsberga słychać było z pewnością w całym korytarzu.

    – Wejść!. – Zagrzmiał szef policji w całym regionie. Nie lubił on dużych miast i dlatego von Holtzsteiner musiał przyjeżdżać aż tutaj ze swoim raportem. Gustav Konigsberg miał do powiedzenia dużo i mimo wielu propozycji „lepszej” posady. Podobało mu się na swoim stanowisku. Regularnie jeździł i wizytował podległe mu komisariaty. Nigdy nie zapowiadał wizyt. Lubił strach i zaskoczenie, nawet w oczach umundurowanych Niemców, którzy na widok dowódcy, robili się zdyscyplinowani i posłuszni. Nie omieszkał też czasem osobiście kontrolować przesłuchiwania mężczyzn i kobiet oskarżonych o działalność partyzancką i więźniów politycznych. W takich sytuacjach gestapo nie przebierało w środach. A Gustav znał kilka niezłych sztuczek, by zmiękczyć przesłuchiwane osoby. Zmusić do uległości.

    -Heil Hitler! – Zasalutował Otto von Holtzsteiner. Jego wysoka sylwetka i zimne niebieskie oczy, mogłyby znajdować się na każdym plakacie propagandowym. Wzorowy aryjczyk. Otto wiedział o tym i nie raz udawało mu się zdobywać względy, dzięki swoim cechom. Miał też powodzenie u kobiet. Pokolenie kobiet III rzeszy, wpajało od dzieciństwa wzór idealnego męża dla młodych dziewcząt. Zachęcano również do seksu. Nawet bez zobowiązań, byle tylko jak najwięcej rodziło się wzorowych aryjczyków. Oficer SS tym bardziej nie miał problemów z zainteresowaniem płci przeciwnej. Od dawna jego bogate życie erotyczne wprawiło go w melancholijny nastrój. Czuł że już nic nowego go w życiu nie spotka. Nudziły go wieczne randki z wpatrzonymi w niego Niemkami, które bez ograniczeń mógł brać i wybierać z pośród dziesiątek chętnych. Wszystko zmieniło się, gdy ruszył front. Polska była pierwszym celem. Otto niewiele wiedział o Polsce, jednak szybko polubił działania wojenne w bardzo źle zorganizowanym i kiepsko bronionym kraju na wschód od III Rzeszy. Niemcy bardzo szybko i brutalnie podporządkowali sobie ludność i władzę. A na śląsku, szło im jak po maśle, gdyż liczna mniejszość Niemiecka wspierała działania wywiadowcze i antypolskie. Praca szła łatwo i był czas, by zająć się wyjątkowo pięknymi dziewczętami. Zaskakująca różnica między urodą Niemek, a mieszkanek świeżo podbitej Polski, była zaskakująca. Otto czuł jak wróciła mu chęć do życia i do pracy. Zwłaszcza, że po raz kolejny miał zameldować o sukcesie.

    Gustav Konigsberg długo przeglądał podane na wstępie dokumenty. W milczeniu wertował liczne raporty i stare fragmenty książek, bez wątpienia zawierające treści autentyczne. Tajemnicze zadanie wydawało się być wypełnione niemal w pełni. Był pod wrażeniem. Grupa badaczy pod dowództwem kapitana Ottona sporządziła zaskakująco bogaty raport na temat licznych procesów czarownic i heretyków na ziemiach śląskich.

    Z przekazów jasno wynikało, że stosowano przez lata prawo niemieckie, co było kolejną pożywką dla nazistowskiej propagandy, starającej się zgermanizować ludność śląska. Wpajanie im do głów, że te ziemie należą i należały kulturowo do Niemiec, były zdaniem wielu najlepszą drogą ku stopniowemu zmienianiu mentalności. Gustav jednak czuł że to za mało. Podobnie jak Otto widział odrębność zamieszkałych tu ludzi. Uroda kobiet była najbardziej widoczną różnicą, ale było ich więcej. Gustav uwielbiał panować nad podbitym narodem. Rozkoszował się, gdy mógł pokazać swoją władzę nad pojmanym jeńcem lub dziewczyną podejrzaną o buntowanie się. Ci ludzie byli inni. Obaj to czuli. Germanizowanie ich, to tylko pierwszy stopień. Ludność polski, trzeba było wziąć pod but. Raporty były więc przydatne, ale szef policji miał dla nich inny plan, póki co.

    – Panie kapitanie, nie jestem zaskoczony. Spodziewałem się pańskiego kolejnego sukcesu. Myślę nawet, że szykuje się awans. – Powiedział nieco ciszej niż zazwyczaj Gustav Konigsberg. Ottonowi nawet nie drgnęła powieka, choć od dawna liczył na to, że ktoś zauważy jego starania. Jego rozmówca mógł dużo i znał wiele osób, z pewnością słowo kogoś takiego jak szef śląskiej policji, nie zaszkodzi w drodze na szczyt. Musiał rozegrać wszystko bardzo starannie, by nie popsuć tej szansy. Ponownie zasalutował i nic nie powiedział. Jak się okazało – słusznie.

    Gustav kontynuował. – Znaczenie tych raportów jest duże, ale ich wdrożenie nie jest zbyt pilne. Śląsk to nie jest najtrudniejszy teren dla propagandy i tak nie zajęli by się pańskimi raportami od razu, przeleżały by 3 tygodnie, a Pana wkład w ich zdobycie, pozostałby równie niezauważony. Lubię Pana i wiele dobrego słyszałem o pańskich ludziach. Chciałbym więc poprosić o małą przysługę, a ja dopilnuję, by odpowiednio nagłośniono efekt ostatnich działań pana oddziału. Przekażę te raporty do pewnej znanej osoby, która bardzo zainteresuje się drugim dnem spisanych tu wydarzeń historycznych. Ich okultystyczna część i traktaty o sposobie torturowania, mogą być pożywką nie dla mas, ale dla pasjonatów. Znam osobiście wysoko postawioną personę. Chętnie zabiorę Pana na przyjęcie, które niedługo zostanie wydane niedaleko stąd. Przedstawię Pana komu trzeba, z resztą już sobie powinien Pan poradzić kapitanie. Awans będzie stał otworem. To więcej niż pewne.

    – Jestem zaszczycony propozycją, zważywszy na jej poufny charakter majorze Konigsberg, bo w tej sytuacji nagniemy nieco procedurę i tajny charakter tych dokumentów, ale nie będę się spierał. Ma pan powiem rację, co do tempa rozwiązywania spraw w tutejszym dziale propagandy. Jestem więc skłonny przekazać panu wszystko co udało nam się zdobyć.

    – Z pewnością nie pożałuje Pan decyzji, kapitanie von Holztsteiner.

    Anna szła pewnym krokiem pod wskazany adres. Komórka ruchu oporu bardzo zawiły sposób, ale dość czytelny dla niej, przekazała informację na temat nowej siedziby. Była młodą,19-letnią dziewczyną o jasnych włosach. Jej czerwone usta były znakiem rozpoznawczym. Ich piękny kształt nie raz wzbudzał zachwyt mniej lub bardziej kulturalnych mężczyzn. Przywykła do tego, ale nie przestawała malować obfitych wart na czerwono. Lubiła dobrze wyglądać, choć teraz wolałaby aby nikt jej nie oglądał. Wracała z pilnym meldunkiem ze stacji telegraficznej. Wiedziała niewiele, tyle ile powinna, ale domyślała się, że to miejsce i czas lądowania kolejnych dwóch brytyjskich agentek, które miały organizować ruch oporu wśród ludności cywilnej oraz uczyć angielskiego zdolnych polskich rekrutów z nadziejami na karierę w wywiadzie wojskowym. Ania była patriotką i chciała służyć Polsce ze wszystkich sił. Zwłaszcza gdy jej sąsiedzi, oskarżeni zostali o przechowywanie żydów i rozstrzelani przy domu, gdzie mieszkali, a mieszkająca tam młoda, bo zaledwie 15-letnia dziewczyna – Maria, została uprowadzona przez gestapo. Nie wiedziała co się z nią stało, ale liczyła na to, że uda się choć zemścić za śmierć jej rodziny. W głębi serca życzyła sobie, by ją odnaleźć lub chociaż pomodlić się za nią, gdyby okazało się, że spotkał ją tragiczny koniec.

    Dotarła na miejsce. Upewniła się, że nie jest śledzona i niepostrzeżenie wtargnęła do niewielkiej kamienicy. Korytarz był nieoświetlony, by sprawiać wrażenie niezamieszkałego. Anna wiedziała jednak które drzwi wybrać. Zastukała wyuczoną sekwencję uderzeń, które miały ujawnić osobę wtajemniczoną. Odpowiedział jej zgrzyt odsuwanej zasuwy w drzwiach. Za progiem ukazał się wysoki i chudy młodzieniec – Marek. Nie znała jego tożsamości, ze względów bezpieczeństwa, ale to on był jej kontaktem. Po cichu zajęła miejsce przy biurku. Hugo uśmiechnął się do niej. – Udało się? Bez komplikacji? – zapytał szeptem. Dziewczyna tylko mrugnęła i podała mu meldunek.

    Chłopak natychmiast schował go do kieszeni.

    – Szykuje się trudniejsza akcja, ale chcę Cię tam wysłać. Będzie szansa by nieco mocniej dogryźć Niemcom i to dość bezpośrednio. Namierzamy od dawna jednego z oficerów SS, którzy działają na terenie śląska – Otto von Holtzsteinera. Jego ludzie dość przykro obchodzą się z tutejszą ludnością i dopuścili się paru okrucieństw i morderstw, gdy ludność ze wsi, broniła swoich kościołów przed ograbieniem. Szukali ponoć starych dokumentów, ale przy okazji nakradli wiele innych dzieł. Dodatkowo zgwałcili parę kobiet, część z nich nie wróciła do domów. Chcemy zrobić na skurwysyna zamach. Wykorzystamy do tego oddział złożony z młodych dziewczyn. Będziecie pod przykrywką, w przebraniu handlarek. Rozkaz masz tu w kopercie, wszystkie niezbędne informację, podeślę Ci w swoim czasie. Poćwicz strzelanie, przyda się. Wchodzisz w to? Może być gorąco.

    – Jasne! – od dawna czekałam na coś takiego. Z kim idę?

    – Pójdziecie we trzy . Oprócz Ciebie Marlena i Zosia, obie młodsze, pomogą Ci. To jeszcze gówniary, ale już swoje przeszły, powinno się udać do pomocy dam jeszcze 2 chłopaków, pomogą Wam w zorganizowaniu zasadzki w lesie. Zazwyczaj Holztsteiner jeździ tylko z kierowcą. Przyskrzynimy go w trasie i nawiejemy, zanim ktoś ich znajdzie. Będę szedł za Wami, załatwię transport, gdy już będzie po wszystkim. Teraz zmykaj, muszę nadać raport.

    Anna bez słowa wyszła z budynku i pomknęła do domu. W myślał dziękowała Bogu za tę okazję, by mścić. Miała ochotę zabijać.

    W końcu nadszedł upragniony dzień. Adrenalina krążyła w żyłach od rana. Czekały przy leśnej drodze z koszami owoców. Zasadzka była starannie przygotowana. 2 chłopaków z partyzantki czekało aż zajedzie eleganckie auto, z oficerem SS na pokładzie, którego miały zastrzelić. Czekały tylko na ich znak.

    W końcu usłyszały dźwięk silnika. Z przeciwnej strony, z której się spodziewały, ale serca zabiły mocniej. Musiały udawać, choćby i ktoś się zatrzymał. Liczyły tylko na to, że nie będzie świadków, gdy już pojawi się właściwy samochód. Od strony miasta zbliżał się powoli niewielki furgon, prawdopodobnie powracający na wieś bez sprzedanego w ciągu dnia towaru. Za kierownicą siedział typowy wieśniak i na szczęście nawet nie pomyślał by zwolnić przy dziewczynach z koszami.

    Po chwili zahamował gwałtownie i leśną ciszę przerwał głośny dźwięk wystrzałów z karabinów maszynowych. Z furgonu wyskoczyło kilku żołnierzy niemieckich i otoczyli dziewczyny zaskoczone i sparaliżowane ze strachu. Wybuch granatu rzuconego w stronę pozycji ukrytych Polaków, przestraszył je jeszcze bardziej, wymierzone lufy karabinów też nie ułatwiały sprawy. Po długiej i ciężkiej chwili, Niemcy wyciągnęli z krzaków obu chłopaków, jeden z nich był ciężko ranny i dyszał głośno, co jakiś czas sycząc z bólu. Nie mógł iść. Był ciągnięty po ziemi i rzucony pod nogi stojącego na uboczu oficera. Wylądował twarzą tuż przed jego wysokimi czarnymi butami, o które uderzał co jakiś czas długim pejczem. Drugi z pośród partyzantów kopnięty w plecy ukląkł i złożył ręce na karku. Milczeli wszyscy.

    Z kabiny kierowcy wyszedł ten, który wyglądał na wieśniaka. Miał jednak mundur gestapo i bynajmniej wieśniakiem nie był. Odezwał się przerywając ciszę.

    – Panie kapitanie Holztsteiner, proszę sobie wyobrazić że właśnie udaremniliśmy zamach na pańską osobę. Choć raczej żałosna to była próba.

    Mężczyzna stojący przed rannym partyzantem, musiał być tym którego Anna wraz w towarzyszkami miała zabić, teraz jednak stała przestraszona, nie wiedziała czy byłaby w stanie dobyć broni, choćby mogła. Ręce odmawiały posłuszeństwa. Major gestapo o gębie wieśniaka kontynuował. – Marna i żałosna próba, zwłaszcza że koordynował ją mój człowiek. – Zaśmiał się ochrypłym głosem Gustav Konigsberg. – Zdekonspiruj się Mareczku, już możesz.

    Anna wryła spojrzenie w jednego z niemieckich żołnierzy. To był bez wątpienia jej kontakt. Czuła jak brzuch zalewa ją fala złości i bezsilności. Wszystkie kontakty i rozkazy jakie przekazywała, szły do wroga. Do oczu napłynęły jej łzy, ale walczyła by nie wybuchnąć.

    Partyzant który nie był ranny, nie wytrzymał. – Ty zdrajco! Morderco zasrany! Sprzedawczyk i szmata! Obyś zdechł Ty! Marek podszedł do niego, partyzant wciąż klęcząc nie przestawał przeklinać, ale zamilkł, gdy do oka przystawił mu lufę pistoletu. Cisza trwała tycią chwilkę. Dwa uderzenia serca, potem znów rozległ się strzał. A trup partyzanta legł na ziemię, w fontannie krwi i mózgu, jaki wywołał wystrzał z przyłożenia. Ranny towarzysz zastrzelonego, próbował się zerwać i podbiec rozpaczliwie, by rzucić się na Marka. Podcięty jednak został przez Ottona von Holtzsteinera i ponownie wylądował na ziemi, wyjąc z bólu. Nieszczęśliwie upadł na ranny bok. Na ten widok. SS man zrobił krok do przodu i z całej siły uderzył chłopaka w odsłoniętą ranę. Raz , drugi , trzeci. Leśną scenerię znów napełnił krzyk, tym razem katowanego Polaka. Dziewczęta stały i odwracały wzrok. SS man nie przestawał bić. Po chwili, ranny jeniec jęczał już jak zarzynane zwierzę, ale coraz ciszej i ciszej. Brakowało mu sił, a uderzenia spadały wciąż jednakowo mocne i precyzyjne. Gdy ustał ostatni jęk, świst pejcza przestał rozrywać powietrze. Wszystkie trzy dziewczyny miały strach w oczach. Nie umknęło to uwadze Gustava. Podszedł do Anny i bezczelnie odnalazł jej spojrzenie. Prześlizgiwał się wzorkiem po jej ciele i przenosił go na kolejną z dziewcząt. Towarzyszące jej Marlena i Zosia miały po 18 lat. Marlena byłą rudą pięknością z długimi nogami, o zielonych oczach i zgrabnej talii. Gustav aż oblizał się, czując jak zadrżała, gdy się zbliżył. Pociągnął nosem i uśmiechnął się błogo, czując przyjemny zapach dziewczyny. Stojąca obok Zosia miała harde spojrzenie. Jej brązowe loki były upięte , a ubiór zawsze schludny. Obfity biust jak na jej wiek, był powodem do dumy. Liczyła że głęboki dekolt przyda się w jej dzisiejszym przebraniu. Teraz żałowała. Widziała jak wszyscy niemieccy żołnierze odwracają wzrok w jej stronę i bez skrępowania zawieszają się oglądając jej piersi. Starała się ukryć jakoś odkryty fragment odzieży i sięgnęła ręką, by podciągnąć materiał sukienki. To był błąd. Pilnujący ją żołnierz natychmiast zareagował, sądząc że próbuje odnaleźć w staniku ukrytą broń. Uderzył ją w plecy przewracając na ziemię. Dopadł do niej natychmiast i skuł ręce na plecach. Przygniatając do ziemi, nie omieszkał podciągnąć jej sukienki do góry. Dziewczyna pisnęła i zadrżała czując, jak odsłania dużo… za dużo. Niemiec czując jak się szamocze, ponownie naparł na nią, by unieruchomić ją przy ziemi. Nawet nie zorientowała się, a poczuła silne dłonie, które chwytają ją za ręce i odciągają z drogi. Prowadzona była przez dwóch, za nią szli kolejni. Rzucili ją na trawę. Śmiejąc się i rozpinając pasy od spodni. Jeden z nich oparł się o drzewo i zapalił papierosa, obserwując z uśmiechem poczynania swoich kolegów. Zosia pisnęła ze strachu i odrazy. Skute na plecach ręce, utrudniały jej powstanie na nogi. Udało się jednak. Rzuciła okiem wokół siebie. Otoczona była przez uśmiechniętych złowieszczo niemieckich żołnierzy. Wciąż wlepiających oczy w jej biust i odsłonięte nogi. Nie miała dokąd uciekać. A krąg wokół niej zacieśniał się. Niemcy podchodzili i z łatwością zatrzymywali rozpaczliwe próby przerwania kręgu . Za każdym razem, gdy chciała przemknąć obok, chwytana była brutalnie za biust, włosy lub unieruchomione ręce i powracała do środka. Ze wszystkich stron wyciągały się do niej pary dłoni, które szczypały , targały jej włosy i rozszarpywały ubranie. Wędrowała z rąk do rąk, coraz częściej przyjmując klapsy i krótkie, obleśne pocałunki od coraz mocniej rozochoconych żołdaków. Krąg zacieśnił się tak, że już stała w miejscu. Dotykana i szarpana. Żołnierze ściskali jej piersi, uda. Podgryzali jej szyję i ręce. Sukienkę rozdarli na strzępy. Zosia dygotała przerażona, czując jak traci resztkę swojej garderoby. Silne dłonie dosłownie darły jej ubrania natychmiast dotykając odsłoniętej skóry dziewczyny. Sami też nieco się rozdziali. Poodpinali do reszty swoje spodnie. Kilku z nich pozostawiło w rękach paski, co jakiś czas chłostali nimi nagie pośladki Zosi, rechocząc przy tym obleśnie. Wreszcie przerwali zabawę i mocno chwycili dziewczynę, po czym przenieśli kawałek dalej. Mocno przytrzymana została rozkuta. Uwolniono jej ręce, ale nie na długo. Żołnierze przygnietli ją niemal do ziemi. Każdą kończynę trzymał jeden żołnierz. Bezbronna Zosia piszczała i krzyczała, gdy siłą rozłożyli jej nogi. Jej nagie ciało, było podszczypywane i brutalnie sprowadzone do parteru . Nie mogła się bronić. Pierwszy z nich stanął przed nią i wydobył swojego penisa. Bardzo prędko naparł na nią i przebił się do środka. Wierciła się i starała utrudnić mu zadanie, ale był silniejszy. Przytrzymywana przez 5 już mężczyzn, musiała im ulec. Gwałcił ją bez opamiętania. W płucach dziewczyny zabrakło już tchu by krzyczeć. Dławiła się z odrazy i strachu, Niemiec skończył w niej dość szybko z głośnym jękiem. Jego towarzysze zarechotali. Szybko zmienili się pozycjami. Kolejny z nich dosiadł jej i naparł na jej szparkę. Był duży. Znacznie większy niż ten pierwszy. Zabolało ją. Nie była dziewica, ale nigdy nie czuła takiego bólu, jak teraz. Penis gwałcącego ją żołnierza, napierał na nią i bez litości rozpychał ścianki jej pochwy. Z każdym kolejnym pchnięciem, czuła jak ból zastępuje jej świadomość. Czuła się jak lalka. Jak wykorzystywana kukiełka. Przestała się bronić. Drżała tylko lekko. Szlochając i zawodząc cicho. Niemcom to nie przeszkadzało. Raz po raz wymieniali się i gwałcili dziewczynę bez opamiętania. Nogi i ręce Zosi unieruchomione przez wiele minut zdrętwiały i nie czuła już nawet bólu. Cały świat jej się zamazał. Ostatni żołnierzy wytrysnął w jej cipce i z głośnym stęknięciem zacisnął na jej piersiach swoje wielkie dłonie. Dziewczyna leżała nieprzytomna na ziemi. Z jej szparki wypływała strumieniem sperma. Nawet nie zwrócili na nią uwagi. Zostawili ją taką. Nagą i bezwładną na ziemi. Zosia długo patrzyła się zeszklonymi oczami w niebo. Długo nie mogła dojść do siebie.

    Gdy oddział żołnierzy zabierał Zosię w las. Przy drodze zostały tylko 4 osoby. Gustav Konigsberg, Otto von Holtzsteiner, Anna i Marlena. Otto przestał już okładać partyzanta. Nie dawał on znaków życia, więc SS-man podniósł wzrok na dziewczyny i uśmiechnął się lodowato. Obie skuliły się i wtuliły w siebie.

    – Proszę natychmiast odłożyć broń, najlepiej rzucić ją na ziemię, tu. – Powiedział chrapliwym tonem major Konigsberg. Otto stanął tuż przy nim. Ponownie uderzał się pejczem w but, równym rytmem, pejcz był poplamiony krwią, która zostawiała ślad na jego lśniących oficerkach. Dziewczęta szybko wydobyły swoją broń i posłusznie złożyły ją u stóp majora gestapo, lecz on przecząco pokiwał głową.

    – Nie chce mi się wierzyć, że to wszystkie wasze sztuczki. Na pewno jeszcze coś tam ukrywacie. Choćby w bieliźnie. Jestem pewien. Znam się na tym i niejedno widziałem. Chciałyście przeprowadzić zamach.

    – My nie… – zaczęła niepewnie Anna, ale szybko przerwała piszcząc z bólu. Doskoczył bowiem do niej Otto i szybkim uderzeniem pejcza, zakończył jej wypowiedź. Uderzył drugi raz mocniej w pośladki, aż podskoczyła wyjąc i lądując na czworakach przed SS-manem. Otto położył but na jej plecach, nie pozwalając wstać.

    – Nie odzywaj się nie pytana, polska kurewko. Mówił do Ciebie oficer gestapo, możesz otworzyć usta, tylko wtedy gdy dostaniesz takie polecenie. Niech to będzie nauczką. Leż więc teraz pod moim butem. Niech ci się to wszystko dobrze ułoży, w Twoim suczym ciele. – von Holtzsteiner cedził słowa bardzo wolno, co jakiś czas lekko uderzając w trzęsący się ze strachu i bólu tyłeczek Anny. Ciężar buta czuła plecach. Pozostawała na czworakach, nie ośmielała się podnosić, ani zmieniać pozycji. Wypięte pośladki , mimowolnie zachęcały Ottona do uderzania pejczem, cieszyła się w duchu, że były znośne. Widziała przecież co potrafił zrobić bijąc.

    Marlena zbladła jeszcze bardziej. Jej rude włosy przez to stawały się na tle jej białego liczka nieprzyzwoicie urocze. Gustav przez chwilę aż zaniemówił z wrażenia. Poczuł jak pęcznieje mu przyrodzenie w spodniach. Młoda Polka stała zdana na jego łaskę. Urodziwa i nietuzinkowo piękna, w dodatku przerażona i bezbronna. Takie Gustav uwielbiał najbardziej. Rozkoszował się władzą nad nimi. Dlatego tak kochał swoją pracę. Za biurkami nie czujesz prawdziwej przewagi nad podbitymi ludami. Jego starogermański duch pragnął zdobywać i rządzić. Oblizał się widząc uległość w oczach Marleny.

    – Podejdź tu panienko i skorzystaj z lekcji, jakiej udzielił Twojej koleżance pan kapitan. Będziesz posłuszna? – Zapytał uprzejmym niemal tonem.

    – Będę. – Natychmiast wypaliła dziewczyna.

    – Złóż więc całą broń i niebezpieczne przedmioty na ziemi, nie chcę wygłupów ani niespodzianek.

    – Nic więcej nie mam , proszę Pana. – wyszeptała cichutko Marlena, by nie prowokować kolejnych uderzeń pejcza. Gustav uśmiechnął się jednak. – Nie wierzę ci panienko. Pokaż co tam chowasz w tych ciuszkach. Zdejmij sukienkę. Natychmiast! – Zakończył gwałtownie major. Dziewczyna posłusznie zdjęła z siebie sukienkę. Pod spodem miała jedynie stanik i majtki. Dzień był gorący. Stała w samej bieliźnie. Gustav uśmiechał się. Kątem oka dziewczyna zauważyła również wzrok i uśmiech Ottona von Holtzsteinera, który nie przestawał okładać wypiętego tyłeczka Anny. Był wyraźnie podniecony. Widziała sporą wypukłość na dobrze skrojonych spodniach. Z myśli wyrwał ją głos Gustava.

    – Chyba jeszcze Ci nie ufam. Zdejmuj wszystko, będziemy pewni z panem kapitanem, że nic nam nie umknęło. Otton uderzył raz jeszcze Annę tym razem w plecy. Padła na ziemię.

    -Ty też się rozbierz. Rozkaz dotyczy tak samo jednej i drugiej. Nie zapomniałem, że obie chciałyście mnie zabić. Wykonać!

    Anna prędko rozebrała się do naga i stanęła obok Marleny. Otto jednak machnął ostrzegawczo pejczem.

    – Odejdź od niej, nie próbujcie żadnych sztuczek! Wracaj pod mój but, jeszcze nie odbyłaś kary za bezczelne przerwanie panu majorowi. Na czworaka! I podpełznij tu, ułóż się tak jak poprzednio, tylko wypnij mocniej ten tyłek. Nie chcesz chyba dostać po nerkach! – Przemówił zimnym tonem kapitan i uniósł demonstracyjnie lśniący but. Wtedy zobaczył ślady krwi bitego partyzanta na cholewce. Skrzywił się mocno i zaklął cicho. Anna wciąż pełzła jego stronę na czworakach, nie widziała więc nic. Otto nadepnął jej na dłoń, gdy zbliżyła się do niego. Postawił ubrudzony but przed jej twarzą.

    – Wyliż to suko. Twój kolega je pobrudził, więc posprzątaj po nim. Już! – Rozkazał , smagając pośladki dziewczyny uderzeniem pejcza. Anna z obrzydzeniem zbliżyła usta do buta. Bardzo ociągając się. Wtedy znów otrzymała cios. Przełamała wstręt i rozpoczęła wylizywanie śladów krwi z czarnych butów Ottona.

    Marlena zamarła na ten widok. Zasłaniała skromnie piersi i kobiecość swoimi dłońmi. Gustav jednak szybko zareagował.

    – No nie wstydź się, jesteś przepiękna. Jeśli nie chcesz żebym pomyślał, że coś jeszcze ukrywasz, to nie zasłaniaj się tak. Czego jeszcze się wstydzisz? Poza próbą zamachu na niemieckiego oficera? – Podszedł do niej od tyłu i chwycił na ręce. Wyjął z kieszeni zwitek sznurka i bardzo sprawnie zawiązał jej dłonie, a końcówkę przerzucił przez pobliską gałąź drzewa. Nie minęła chwila, a dziewczyna stałą w wyciągniętymi w górę rękami, które spięte sznurem zamocowane były do drzewa. Gustav zawiązał sznurek do konara i podszedł do związanej Marleny. Wodził palcem po jej plecach, podczas gdy drugą dłonią przeczesywał rude włosy.

    – Nie mam pewności, czy nie schowałaś czegoś głębiej. – To powiedziawszy kopnął ją w łydkę, tak by ułatwić sobie rozchylenie jej nóg. Ponownie wykorzystał sznurek i zgiętą z bólu nogę, obwiązał na wysokości kolana. Uniesiona w górę kończyna, odsłoniła szparkę dziewczyny. Gustav zdaje się nie raz stosował takie zamocowanie. Sprawnie związał i zabezpieczył mocowania. Uśmiechnięty ponownie zbliżył się od tyłu do Marleny i niespodziewanie ugryzł ją w bark, jednocześnie błądząc palcem wokół jej kobiecości. Dziewczyna krzyknęła zaskoczona. Gustav jednak szybko złagodniał i znów uprzejmym tonem mówił. – Muszę sprawdzić każdy zakamarek, nie wiem czy nie przemycasz czegoś w sobie. Pozwolisz? – Oczywiście nie czekając na pozwolenie wsadził jej w szparkę palec wskazujący. Błądził nim wewnątrz. Dziewczyna stękała cicho z obrzydzeniem. – Coś mi się wydaje, że w tym stanie Cię nie przeszukam. Chyba muszę Cię nieco zaszantażować. – Uśmiechnął się złowieszczo.

    – Panie kapitanie, proszę pozwolić wyjść tej małej z pod buta. Złość mi minęła. Chcę tylko jednej rekompensaty za bezczelność. Niech suka nauczy się, że usta może otwierać głównie po to, by zaspokoić niemieckiego oficera. – Gustav mówił dalej. – Buty już ma pan lśniące, ale pewnie niesmak pozostał. Widziałem Twoją minę von Holtzsteiner, niech Ci ta mała zrobi dobrze. Może Ci przejdzie. – Zmienił ton. – Słyszałaś kurewko! Na kolana i zaspokój pana kapitana. Ja z Twoją koleżanką chętnie popatrzymy, łatwiej nam będzie zakończyć rewizję. – Zaśmiał się major.

    Anna drżącymi rękami rozpięła rozporek Ottona. On znów uderzał pejczem o swój but. Lśniący i czysty. Jego penis był purpurowy i aż pulsował, gdy dziewczyna ujęła go w dłoń. Posłusznie objęła go ustami i delikatnie pieściła go, przełamując wstyd i niechęć. Strach przed straszliwym pejczem w dłoni zimnookiego oficera, powodował u niej brak oporu. Nie chciała też, by skrzywdzili Marlenę, wolała doprowadzić wszystko do końca. Nie myślała już logicznie. Strach był zbyt duży. Zamknęła oczy i robiła loda kapitanowi SS. Starała się jak najlepiej. Delikatnie ssała i przesuwała ustami w górę i w dół po nasadzie członka. Otto nie wykazywał odruchów, jednak przestał uderzać się pejczem w but. Trzymał rękę z pejczem na głowie dziewczyny i wplatając palce w jej jasne włosy, regulował tempo jej poczynań brutalnymi ruchami dłoni.

    Marlena widziała to i nie potrafiła zwalczyć podniecenia. Erotyczny widok, zdradził ją i czuła jak robi się wilgotna. Gustav też to czuł. Od początku tej sceny błądził palcami w poszukiwaniu jej soczków, które wreszcie zwilżyły jej wnętrze.

    – Teraz czuję już poprawę moja droga, zaczynasz współpracować z władzą. Chwali się. – Wycedził chrapliwie major.

    – Nie! – Zaprotestowała Marlena.

    Gustav przez chwile oddychał tylko ciężko. Po chwili dziewczyna usłyszała jak odpina swój pasek. Zadygotała. Wciąż chcąc nie chcąc była świadkiem upokarzania jej koleżanki, działało to na nią i nie potrafiła z tym walczyć. Sznurek wbijał się jej w podniesioną nogę na zgięciu kolana. Poczuła też twardą końcówkę penisa Gustava, który zbliżył się do niej od tyłu, pociągając mocno na jej rude włosy. Dziewczyna wygięła się nienaturalnie, wrzynające się sznurki zapromieniowały bólem. Pozycja była wygodna jedynie dla majora, który ochoczo naprał na nią i wszedł niemal cały. Pociągnął ją mocniej za rudą czuprynę i nadział się na nią z powrotem. Wykorzystywał chwiejną pozycję Marleny i raz po raz atakował ją twardym z podniecenia penisem. Dziewczyna jęknęła. Niewygodna pozycja przestawała doskwierać. Ku swojemu zdziwieniu i przerażeniu. Wciąż była coraz bardziej mokra. Jej szparka pulsowała i robiło się jej… przyjemnie. Obserwowała jak Otto bez litości gwałci Annę w gardło. Jego nogi zadygotały gdy dochodził. Anna krztusiła się jego nasieniem. Próbowała wyszarpać głowę z uścisku, jednak mężczyzna trzymał ją mocno za włosy i nie pozwalał przestać. Marlena czuła coraz większe podniecenie. Gustav nie przestawał nadziewać jej na swojego twardego jak kamień członka. Czuła jak traci kontrolę i z ust wydobywa się jej zwierzęcy skowyt. Wyła jak nigdy przed tym, a major przyspieszył ruchy bioder i sam jęknął dochodząc w niej jednocześnie.

    Po chwili Gustav wyjął nóż i poprzecinał mocowania przy drzewie. Marlena wciąż naga i ze spętanymi dłońmi, trzymana była przez majora jak na uwięzi. Mogła już iść, ale tam gdzie chciał on. Trzymał ją blisko jak sukę.

    Otton Także wykorzystał fragment sznura jaki posiadał Gustav.

    Spętał ręce i tułów Anny, i na uwięzi wprowadzono obie dziewczyny do podstawionego samochodu. Żołnierzy nie było wokół. Na pokład zasiedli również obaj Niemcy. Dziewczyny skuliły się w kącie. Jechały w nieznane.

    Ciąg dalszy na pewno nastąpi…

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    Janusz Mazowiecki
  • Syrena

    Karaiby , rok 1757

              Wzburzone morze unosiło okręt w górę i dół, a spienione fale raz za razem z całą siłą uderzały w burty. Zalewając górny pokład słoną wodą. Gęste chmury zakrywały gwiazdy, ciemna noc rozświetlana była tylko co jakiś czas blaskiem błyskawicy. Okręt miał zerwany masz i dryfował, zdany na łaskę żywiołu. Kapitan statku – James Brooks, leżał nieprzytomny na dolnym pokładzie. Migotliwe światło oliwnej lampki rzucało na jego spoconą twarz żółty poblask, wraz z kołysaniem się całego pokładu, światło ześlizgiwało się i wracało z powrotem, by ukazać kolejny grymas bólu starego kapitana. James Brooks był piratem, wielokrotnie wymykał się śmierci, ale tym razem ugodziła go zatruta strzała, wypuszczona przez jednego z najemników, jakich inne załogi pirackie rekrutowały jako wsparcie, w walce z konkurencyjnymi okrętami. Nie było między piratami przyjaźni. James sam wielokrotnie zdradzał i wykorzystywał współbraci w pirackim fachu. Teraz leżał niemal bez sił i czuł jak powoli ucieka z niego wola walki o życie. Pierwszy oficer – Martin Hayes kucał tuż obok swojego kapitana. Pokładowy zapas leków nie uwzględniał remedium na nieznane toksyny. Wyspiarskie gatunki zwierząt miały cały arsenał jadów do walki z drapieżnikami. Tubylcy o tym wiedzieli i często zatruwali groty strzał i ostrza noży, by nawet lekkim draśnięciem, pognębić przeciwnika, choćby zza grobu.

     – Widać ląd! Zaraz dobijemy do brzegu. Wynieście kapitana! Trzeba znaleźć kogokolwiek, kto zna się na leczeniu. – Głos bosmana przebił się przez szum fal i dźwięk uderzeń mas wody o burtę. Martin Hayes uniósł się i wybiegł z dolnego pokładu. Rzucił okiem na żałosne szczątki głównego masztu. Naprawa potrwa kilka dni. Zaklął cicho pod nosem. Część łupu będzie musiała pokryć straty. Dobre i to, ale utrata kapitana to co innego. Stary pirat trzymał dyscyplinę w załodze i bardzo często ratował swoim doświadczeniem skromny statek, który uciekał Posejdonowi spod trójzębu już nie raz. Teraz gdy leżał nieprzytomny, trzeba było prędko znaleźć lekarstwo. Śmierć kapitana, byłaby tragedią i Hayes wiedział o tym.

       Gdy tylko statek dobił do piaszczystego brzegu, Hayes błyskawicznie zeskoczył na ląd i razem z grupką zaufanych ludzi, mimo środka nocy, rozpoczął rozpaczliwe poszukiwania jakiegokolwiek śladu osoby znającej się na sztuce leczenia. Tuż za linią piasku rozciągały się chaty i niewielkie budynki magazynowe dla osadników. Dość liczne jak na tą część świata. Szanse na odnalezienie wybawienia z kłopotu, wyraźnie poprawiły nastrój wśród piratów. Prędko ruszyli w głąb osady, rozdzielając się .

    Martin wybrał najbardziej prawdopodobne miejsce na spotkanie kogokolwiek – karczmę.

    Zapach smażonych ryb i słonej wody unosił się w powietrzu, a z komina karczmy bił w górę białawy dym, dobrze widoczny na tle ciemnego nieba. Z wnętrza gospody dobiegał wesoły gwar, brzęk naczyń oraz głośny śmiech kobiet do towarzystwa. Hayes uśmiechnął się delikatnie. Wszedł do środka i natychmiast uderzył go w nozdrza przyjemny zapach jedzenia i ciepła fala pozostałych karczemnych zapachów. Był bardzo głodny, ale nie było czasu. Musiał ratować kapitana.

    Zbliżył się do barmana, który dość podejrzliwie przyglądał mu się od wejścia, ale rozjaśnił twarz uśmiechem, gdy tylko Martin położył na blacie dwie złote monety.

    – Szukam kogoś kto zna się na leczeniu trucizn, najlepiej teraz. Człowiek w potrzebie, jeśli nie damy mu nic, nie przeżyje dwóch dni. – Marin widział niechętną reakcję an te słowa, nie poddawał się jednak.

    – Dostaniesz jeszcze 5 takich – wskazał na monety – jeśli kogoś znajdziesz.

    Pirat popatrzył na karczmarza z nadzieją. Ten zaś szybko zgarnął monety do kieszeni i wskazał palcem na rudowłosą kobietę siedzącą na kolanach jakiego łysego grubasa, który powoli kołysał się w tył i przód, zasypiając lekko. Co jakiś czas tylko sięgał ręką do piersi młodej kobiety, aby sprawdzić, czy jeszcze aby na nim siedzi. Był kompletnie pijany, a dziewczyna nawet nie starała się już uśmiechać. Czekała aż typek zaśnie. Martin widział jak co jakiś czas, wykorzystując moment nieuwagi, zręcznym ruchem smukłej dłoni sięga do sakiewki grubasa, by wydobyć jedną lub dwie monety. Mężczyzna był zupełnie nieświadomy i dalej kiwał się, mrucząc coś niezrozumiale. Martin Hayes zawiesił wzrok na dziewczynie, po chwili spostrzegła to i bezczelnie patrzyła na młodego pirata, uśmiech wrócił jej na twarz i powoli zsunęła się z kolan łysego pijaka, który obudził się. Chciał chwycić kurtyzanę za rękę, ale ta szybko odwinęła się i zdzieliła go dłonią w ucho. Grubas zaryczał i ruszył na nią. Rudowłosa kobieta schowała się za Martinem, trzymając dłonie na jego ramionach spoglądała zaniepokojona, widząc jak grubas odpina pas i z obleśnym wyrazem twarzy okręca go wokół dłoni. Trzymając w ręku coś na kształt ciężkiego bicza uniósł rękę i popatrzył na Hayesa.

    – Puść ją szczeniaku i oddaj, albo oboje zarobicie po grzbietach, tak że nawet leżeć będzie wam przykro. No już kurwa! Odsuwaj się i oddawaj rudą, bo Cię zatłukę gówniarzu! – Grubas opluł się cały, a oczy wychodziły mu z orbit, gdy wydzierał się coraz głośniej. Pozostali goście karczmy nie zwracali uwagi na awanturę. Widocznie przywykli. Martin stał nieruchomo i zaciskał rękę na swoim kordzie. Był gotów dobyć go błyskawicznie i strzelić w twarz spoconego grubasa, który powoli i uważnie zbliżał się do nich. Kurtyzana mocno ścisnęła dłonie na ramionach młodzieńca.

    – Pomóż mi… – wyszeptała mu wprost do ucha głosem słodszym od miodu. Martin jednak nie dał się wyprowadzić z równowagi i w pełnym skupieniu obserwował ruchy łysego z ciężkim pasem w ręku. Musiał zachować dystans. Młoda kobieta cofała się, z każdym krokiem jakie grubas robił w ich kierunku. Nagle Martin spostrzegł niespodziewany błysk w oku grubego, nie pomylił się. Mocno popchnął kobietę do tyłu. W tym samym momencie grubas rzucił się i zamachnął się pasem na wysokości ich głów. Ruda natychmiast padła na ziemię, dzięki Martinowi uniknęła spotkania twarzy z ciężkim pasem. On sam skoczył do przodu i wykonał zręczny przewrót, turlając się obok zaskoczonego łysola, przejechał ostrzem Korda po łydce. Gruby zachwiał się i krzyknął niespodziewanie wysokim głosem. Martin nie czekał i rozrąbał mu drugą łydkę. Grubas padł na ziemię, a pasem próbował jeszcze zdzielić Martina, ale ten szybkim ruchem uniósł ostrze, w które zwinął się ciężki pas. Skóra zawinęła się wokół Korda, a Hayes mocnym ruchem wyszarpał pas z dłoni rannego awanturnika. Łysy wył z bólu i upokorzenia. Młody pirat nie czekając na reakcję gości czy karczmarza. Chwycił za rękę rudowłosą kurtyzanę i uciekł przez frontowe drzwi. Kobieta śmiała się chicho, gdy mijając leżącego grubasa, „przypadkiem” nadepnęła obcasem na dłoń. Poszkodowany jeszcze raz zawył i zacharczał. Uciekli prędko, lawirując między małymi uliczkami osady. W końcu ciężko oddychając zatrzymali się przy starym magazynie.

    – No nieźle! Rozumiesz, że teraz będę miała kłopoty. Gruby owszem, był kompletnie pijany, ale raczej będzie pamiętał kto mu to zrobił, a na pewno będzie pamiętał mój w tym udział. Lepiej żebyś miał więcej argumentów niż tylko ten kord. – Po chwili dodała . – Ale dzięki! Miałam już i tak go dosyć, może nie dojdzie do siebie za szybko, wtedy złość mu przejdzie. Jestem Cathrina. – Uśmiechnęła się i wyciągnęła dłoń po damsku, jak do pocałowania. Martin chwycił ją i obrócił jej dłoń wierzchem do góry, po czym nasypał tam kilka złotych monet.

    – jestem Martin Hayes. – powiedział dość chłodnym tonem. – Karczmarz powiedział, że znasz się na truciznach, a ja mam przyjaciela w potrzebie, muszę znaleźć jakieś remedium. Nie zwlekaj jeśli możesz pomóc, a kilka nowych monet znów wpadnie Ci do kieszeni. – Zamknął jej palce, chowając w nich zimne złoto, a dziewczyna popatrzyła na niego zmieszana.

    – No co ty?! Ja jestem kurwą, nie znam się na truciznach, o czym Ty… – Przerwała widząc surowy wzrok pirata. Po chwili dodała. – no… ale znam kogoś kto będzie w stanie pomóc Twojemu kumplowi. Jeśli tylko nie boisz się czarów. – Uśmiechnęła się tajemniczo, a Martin prychnął.

    – czarami chcesz mi pomóc? Niby jak? – Oburzył się Martin.

    – Ja nie. Morska wiedźma . – Powiedziała całkiem poważnym tonem Cathrina. Po czym obróciła się lekko i wskazała palcem na migocące światło w oddali na skale, górującej nad osadą.

    – Będziesz musiał się nieco powspinać, ale to chyba jedyna nadzieja z tą trucizną. Tylko ona może coś poradzić. Nie ma sensu nawet pytać reszty. – stwierdziła dobitnie rudowłosa kobieta.

    Martin z niepokojem popatrzył na strome skały, na których stała chata wiedźmy. – Da się tam w ogóle wejść? Próbowałaś kiedyś?

    – Kilka razy. – Wiedźma nie tylko zna się na truciznach, umie bezboleśnie usuwać… nieprzewidziane wypadki, a mojej profesji zdarzyło się kilka razy. Nie jestem gotowa na bycie matką, sam rozumiesz. – Uśmiechnęła się słodko, a Martin dopiero teraz zwrócił uwagę na niezwykłą urodę Cathriny. Jej rude włosy spięte w bezładny kok z boku głowy, układały się lekkimi falami. Zielone oczy śmiały się bezczelnie, a lekko za długi nos dodawał jej twarzy nieco zadziornego charakteru. Usta pomalowane karminową szminką lśniły lekko i kusząco, gdy kobieta uśmiechała się zalotnie. Martin nieco wbrew sobie oddał uśmiech, po czym znów popatrzył na wysokie skały.

    – Jaka ona jest? Ta wiedźma?

    – Sam zobaczysz. Całkiem normalna, na pewno bardziej przypomina człowieka, niż ten spasiony łysol z karczmy. Nie bój się jej. Jeśli nie masz złych zamiarów, nic Ci nie grozi. Ale uważaj co robisz i co mówisz. Bywa nieco drażliwa. – Ostatnie słowa wypowiedziane przez kurtyzanę przywołały na jej twarzy nieprzyjemny grymas. Martin zapamiętał go dobrze. Skinął głową i ruszył w stronę skał.

    – Poczekaj! – Zawołała za nim Cathrina. – Znajdź mnie, gdy wrócisz. Chętnie odwdzięczę się za pomoc z łysym, pro bono ma się rozumieć. – Uśmiechnęła się ślicznie i pocałowała go lekko w policzek, po czym nieco mocniej w usta. Martin oddał pocałunek. Jej usta były miękkie, a włosy pachniały miętą i tatarakiem. Poczuł przyjemne mrowienie w kroczu, gdy obróciła się i oddaliła kręcąc biodrami. Pomachała mu jeszcze raz i zniknęła w ciemności, chowając zdobyte ukradkiem zdobyte monety, które zniknęły z kieszeni Hayesa. Pirat nawet nie poczuł jej zgrabnych palców, które uszczupliły jego trzosik o kolejne kilka dukatów. Wciągnął morskie powietrze do płuc i ruszył w stronę chatki wiedźmy.

    Skały były śliskie, ale ścieżka prowadząca do góry była wyraźnie widoczna i Martin z ulgą trzymał się wyznaczonego szlaku. Wspinaczka nie zajęła zbyt długo, a każda minuta mogła decydować o powodzeniu jego misji. Martin liczył na to, że nie jest za późno. Gdy pokonał ostatnią skalną półkę i wychylił się, podciągając do góry zobaczył niewielką drewnianą chatę, oświetloną delikatnym światłem lampki, którą dostrzegł tuż za oknem. Wokół panowała cisza, a młody pirat wpatrywał się w drzwi chatki. Wciąż pozostając w pozycji półleżącej podnosił się z ziemi, gdy stanął na nogi, usłyszał szelest sukna targanego wiatrem. Jego nos natychmiast wyczuł zapach świeżej bryzy, a na plecach poczuł dziwne łaskotanie, wzdłuż kręgosłupa. Powoli zbliżył się do drzwi i zapukał, jednak nikt nie poruszył się wewnątrz, a chata zdawała się być pusta. Niebo przeszyła błyskawica i z czarnych, nocnych chmur zaczął padać deszcz. Hayes zaklął pod nosem. W domku nie było żadnej wiedźmy, a teraz czekała go wspinaczka w dół, po coraz bardziej przemoczonych skałach, na dodatek zrobiło się niezwykle chłodno.

    – Może powinienem zacząć wołać? . – Pomyślał Martin, ale gdy rozbłysła kolejna błyskawica poprzedzająca ogłuszający huk, zrezygnował ze zdzierania gardła. W świetle pioruna zobaczył jednak zarys postaci. Odziana w przewiewną czarną suknię kobieta, stała na najbardziej wysuniętej ku morzu skale i pozwalała, by wiatr targał jej odzieniem na wszystkie strony. Czarne fragmenty sukna, opadały i unosiły się, jak czarne skrzydła, omiatając przestrzeń wokół nieruchomo stojącej sylwetki. Twarz miała zwróconą ku niebu i lekko uśmiechała się, rozkoszując się kroplami deszczu uderzającymi z dzikością sztormu. Martin patrzył jak sparaliżowany. Nie dostrzegł jej wcześniej, a z pewnością stała już tam od dłuższej chwili. Otrząsnął się jednak i powoli zbliżył się do tajemniczej kobiety. Był już o kilka kroków od niej, odezwała się melodyjnym, dziewczęcym głosem.

    – Nie podchodź bliżej. Muszę się Tobie przyjrzeć.

    Młodzieniec znieruchomiał i zobaczył jak kobieta, bardzo powoli obraca się w jego kierunku.

    Pierwszym na co zwrócił uwagę, był nieziemski kolor i rozmiar jej oczu. Mimo ciemności nocy, jasnoniebieskie oczy zdawały się rozświetlać przestrzeń między nimi. Jej wzrok odebrał Martinowi resztkę woli i jakąkolwiek kontrolę nad ciałem. Stał jak sparaliżowany, a tajemnicza istota zaglądała mu, zdawałoby się do samej duszy. Ponownie czuł mrowienie wzdłuż kręgosłupa. Mógł jedynie patrzeć na nią, nie mógł ruszyć nawet palcem. Jej twarz była piękna, choć delikatny uśmiech miał w sobie nutkę drwiny. Wyglądała na bardzo młodą, ale jej wzrok budzi odmienne wrażenie, jakby całe wieki zaglądały teraz w oczy młodego pirata. W jej oczach była siła żywiołu, a także jego nieskończone piękno. Ciemne włosy, delikatne zmoczone od kropel deszczu, okalały jej twarz z obu stron, unosząc się na wietrze, by odsłonić fantazyjne kolczyki z morskich muszelek i bursztynów. Z lewej strony, na skroni miała pasmo krwistoczerwonych włosów, delikatnie mieniących się jakby wewnętrznym blaskiem. Jej ciało było schowane pod niezliczonymi fragmentami czarnej sukni, ale krągły biust, unosił się przy każdym głębokim oddechu.

    – Przyszedłeś tu po pomoc dla swojego kapitana. – Stwierdziła po chwili, gdy mrowienie ustało. – Nie masz złych zamiarów, więc i z mojej strony nie grozi Ci niebezpieczeństwo. – Jej głos przebijał się przez szum rozszalałego morza, a nie podnosiła nawet głosu. Martin bardziej czuł, niż słyszał to co do niego mówi.

    – Trucizna jaką zastosowali wasi wrogowie, nie może być zneutralizowana. Śmierć, to jedyne wyjście, a Ty możesz jedynie skrócić męki swojego kapitana. Nie pomogę Ci, przykro mi.

    Martin był zdruzgotany, ale sam nie mógł dojść, jak ta kobieta dowiedziała się o tym wszystkim, już miał ją pytać, ale uświadomił sobie, jak głupio by się poczuł. Tajemnicza istota wiedziała, zdawałoby się o wszystkim. Nie uśmiechało mu się jednak uśmiercać kapitana, nawet przez wzgląd na mękę i nieuniknioną śmierć. Padł na kolana.

    – Błagam Cię, na pewno jest sposób by uratować go przed śmiercią. Potrzebujemy go, bez niego zapanuje chaos na pokładzie i pewnie zginą kolejni w walce o jego miejsce.

    – Więc zabij go i zyskaj należną Ci pozycję. Czyż to nie siła decyduje i pierwszeństwie na morzu? – Odpowiedziała zimnym tonem stojąca przed nim ciemnowłosa kobieta. Martin milczał przez chwilę i nie podnosił się z ziemi, bał się dobyć głosu, ale w myślach błagał wciąż o ratunek dla kapitana. Ciszę znów przerwał zimny ton morskiej wiedźmy.

    – Jeśli bardzo tego pragniesz, skrócę męki Twojego kapitana i jeszcze dziś zaśnie uśmiechnięty, bez bólu i trosk, by już nigdy się nie obudzić. Jednak musisz przysiąc, że spełnisz moją prośbę. Wszystko ma swoją cenę, a pirat wie o tym najlepiej, czyż nie? Martinie Hayes?

    Młody pirat zamarł, wciąż wpatrywał się w oczy morskiej wiedźmy. Kapitan był dla niego jak ojciec, a każda minuta jaka upływała, uświadamiała mu o koszmarnym bólu, jaki musi znieść jego przełożony. Był gotów oddać wiele, by choć skrócić cierpienie bliskiej mu osoby.

    – Jaka jest Twoja cena? – Wyszeptał niemal, opuszczając wzrok w oczekiwaniu na wyrok.

    Wiedźma uśmiechnęła się tylko i zbliżyła się do młodego mężczyzny. Przysunęła usta do jego ucha i elektryzującym głosem wymruczała mu wprost do ucha.

    – Ceną za ból, będzie rozkosz. – Przylgnęła mokrymi ustami i delikatnie wysunęła język, prześlizgując się z góry po małżowinie, aż do szyi Martina, który zadrżał, nie spodziewając się takiego obrotu spraw. Ręce wiedźmy chwyciły go mocno za poły kubraka i gwałtownym ruchem uwolniła go z odzienia, odrzucając zerwane fragmenty materiału na ziemię. Była niesamowicie silna i władcza. Po chwili Martin Hayes stał już cały nagi, na targanej sztormem skale, a ręce tajemniczej kobiety błądziły po jego ciele. Usta pirata odnalazły drogę do warg czarnowłosej, która namiętnie oddała mu pocałunek. Ich mokre włosy splatały się teraz ze sobą, a ramiona Martina objęły kobietę, przysuwając ja całą do siebie, jakby chciał się z nią scalić w jedno. Szalony pocałunek trwał i trwał, a pirat czuł jak fala gorąca zastępuje w jego ciele uczucie chłodu. Krew zawrzała, gdy poczuł jej dłoń na swojej męskości. Momentalnie nabrał dzikiej ochoty, by oddać się przyjemności i dać upust wszystkim chowanym pragnieniom. Czarnowłosa wiedźma działała jak afrodyzjak, nie panował nad sobą. Jej druga dłoń spoczęła na jego głowie i zaplotła mu palce na włosach. Wyraźnie zwolniła tempo pocałunku i stanowczym, ale bardzo powolnym gestem zmuszała go, by znów padł na kolana. Jej ręka ciągnęła go delikatnie, a on poddawał się jej dotykowi i po chwili był już w powrotem u jej stóp. Wiedźma uśmiechnęła się delikatnie i podniosła swoją suknię, by stanąć tuż nad nagim Martinem. Jej zgrabne nogi i kusząca kobiecość ukazały się oczom młodzieńca. Nie czekając na rozkazy, przysunął się ku niej i dotknął ustami między jej nogami. Wysunął język i prędko odnalazł jej łechtaczkę, obdarzając ją intensywną pieszczotą, chwycił dłońmi jej pośladki , przyciągnął i jeszcze mocniej przywarł do niej. Czarnowłosa kobieta zakryła go całego swoją suknią, a Martin klęczał okryty nieprzebytą czernią i wciąż dostarczał jej przyjemności, nie przerywając ani na moment. Kolejna błyskawica uderzyła w pobliżu i rozświetliła cała scenę. Stojąca wiedźma i młody mężczyzna klęczący u jej stóp, całkiem okryty materiałem jej sukni. Kobieta wplatała teraz dłonie w swoje włosy i wyginała się z przyjemności, czując jak pirat odnalazł właściwy rytm i miejsce dla swojego języka. Jej oddech przyspieszył, a nogi zacisnęły się na ciele Martina, unieruchamiając go w tej pozycji. Po chwili głośny jęk przeszył okolicę, ginąc jednak w szumie fal, ale młodzieniec wiedział, a raczej czuł co dzieje się z morską wiedźmą. Przerwał pieszczoty i poczuł natychmiast jak kobieta uwalnia go, odsłaniając go z powrotem i podnosząc na nogi. W jej oczach wciąż lśniło pożądanie. Położyła mu dłoń na klatce piersiowej i popchnęła w stronę najbliższej skały. Martin zachwiał się, ale utrzymał się na nogach. Próbował odnaleźć oparcie, ale zaraz poczuł jak wiedźma całym swoim ciężarem opada na niego i dosiada jak wierzchowca, zarzucając czarną suknie, wokół jego bioder. Był niesamowicie podniecony i momentalnie odnalazł właściwą pozycję. Chwycił ją za talię i pewnym ruchem opuścił całą na spragnionego kobiety penisa. Czarnowłosa wiedźma przymknęła oczy i pozwoliła Martinowi unosić się i opadać w rytm jego pchnięć. Położyła mu ręce na ramiona i dostroiła się do jego tempa. Ujeżdżała go zapamiętale, a Martin ponownie ogarnięty dzikim, seksualnym szałem napierał na nią od dołu z całych sił, dostarczając przyjemności dla rozkoszującej się seksem kobiety. Nieprzyjemna szorstkość skał, nie przeszkadzała w żadnym stopniu. Jedyne co czuł Martin to niepohamowane pragnienie spełnienia. Obserwował jak czarnowłosa opada na niego raz za razem, jęcząc coraz głośniej. Dzika chuć odbierała mu zmysły. Był tylko dotyk, jej dotyk i jej ciało. Tylko to miało teraz znaczenie. Młodzieniec wydał z siebie głośny jęk i podniósł się wraz ciągle penetrowaną przez niego wiedźmą. Mocno objął ją ramionami i przystawił do skały. Teraz to on posuwał swoją kochankę, a ta z nie mniejszym entuzjazmem oddawała się mu, również oplatając go rękami i nogami. Uniesiona w powietrzu kobieta opadała coraz szybciej i szybciej na naprężoną męskość Martina. Jej paznokcie odznaczały się na jego plechach krwawymi pręgami, gdy bez opamiętania i nie zważając na ból, napierał na nią z całych sił. Ich usta znów się połączyły, na jedną małą chwilkę. Martin podniósł oczy i spojrzał wprost na nią. Jeden rozbłysk błyskawicy, to światło w jej jasnych oczach, jeszcze jedno pchnięcie, jeszcze jeden oddech i momentalnie całym ciałem wstrząsnął najpotężniejszy orgazm w jego życiu, rozwarł usta w bezgłośnym krzyku, wciąż jednak dziko napierał na czarnowłosą, która również jęczała z rozkoszy, czując rozlewające się w jej środku ciepło. Oboje patrzyli długo na siebie, a Martin widział jak powoli przygasa pożądliwy blask w jej oczach, zastępowany przez wesołe iskierki i uśmiech spełnienia. Palce Martina sięgnęły teraz ku jej sukni. Pozwoliła mu na to. Uniósł wiedźmę delikatnie do góry i stojąc za nią, powoli zdejmował z niej mokrą sukienkę. Jej blada skóra na całym ciele lśniła teraz lekko, mieniąc się różnymi rozbłyskami. Gładkość była wręcz dostrzegalna okiem, jednak pirat nie dał sobie za długo czekać i z ochotą wyciągnął ku niej ręce. Stojąc wciąż za nią, pocałował ją w szyję, przenosząc usta raz w jedną raz na drugą stronę odsłoniętego karku. Odgarniał czarne włosy dłonią, a druga jeździła po jej nagich ramionach, brzuchu i piersiach. Kobieta delikatnie pocierała pośladkami o jego krocze, prowokując do dalszych pieszczot i unosząc znów nabrzmiewającego penisa. Martin wsadził jej go pomiędzy uda, a wiedźma zacisnęła nogi, trzymając go przesuwała się do przodu i do tyłu, czując jak Martin znów robi się twardy. Nie przerywała więc pieszczot i sama odbierała kolejne hołdy w postaci nowych pocałunków, składanych chaotycznie na szyi i karku. Młodzieniec chwycił mocno piersi czarnowłosej i lekko ugryzł ją w szyję. Kobieta jęknęła zaskoczona i mocniej zacisnęła nogi na naprężonej męskości pirata. On naparł na nią i pochylił do przodu, odsłaniając zgrabny tyłeczek, uwolnił się z zacisku jej ud i momentalnie naparł od tyłu, wsuwając się zgrabnym ruchem, ponownie dosiadł ją i na nowo rozpoczęli oddawać się przyjemności. Martin chwycił jej ręce za nadgarstki i rozchylając ręce do granic, rozłożył jej ramiona jak skrzydła. Nie przestawał jej jednak mocno posuwać, czując jak kobieta traci kontrolę nad jękami. Przyspieszył i przyciągnął jej ręce do siebie. Teraz nadziewał ją jak na pal, odginając jej ręce, unieruchomił i podporządkował swoim ruchom. To jednak nie przeszkadzało jej wcale, czarnowłosa wiedźma odchyliła głowę do tyłu dysząc z przyjemności. Jedna ręka Martina chwyciła za jej ciemne włosy, które zawinął w pięść i przyciągnął ją stanowczo ku sobie, jednoczenie mocno napierając biodrami, ponownie ograniczył jej swobodę. Czuł jak wzbiera w nim fala kolejnego orgazmu. Znów przyspieszył mu oddech, a oczy zasnute mgłą dostrzegły , jak jej ciało drży . Martin nie wytrzymał, ryknął głośno wkładając całe siły w ostatnie pchnięcie. Czarnowłosa wiedźma pisnęła po dziewczęcemu i wygięła się mocno. Młodzieniec po chwili opadł z sił i z błogością padł na ziemię, obok delikatnie kładącej się kobiety. Ich nagie ciała leżały obok siebie, omywane przez deszcz, który studził mocno rozgrzaną krew. Niebo powoli odzyskiwało gwiazdy. Czarne burzowe chmury przenosiły się dalej na morze. Światło księżyca oświetliło szczyty skał. Czarnowłosa wiedźma wstała i palcami przesunęła po jedynym krwistoczerwonym fragmencie jej włosów. Włożyła sobie ich końcówkę do ust i possała ją mocno. Jej wewnętrzny blask rozjarzył okolicę jasnym światłem. Martin przez chwilę nie widział nic. Gdy odzyskał wzrok, widział jak naga kobieta stoi znów na tej samej skale, co na początku, jednak tym razem naga i arcypiękna. Nagle z niesamowitą prędkością, czarnowłosa wiedźma zrobiła kilka kroków i runęła w dół, ku morskiej toni. Martin zerwał się na nogi i podbiegł do krawędzi skały. Może było już spokojne, a głośny plusk upewnił go, że tajemnicza istota zanurzyła się. Pirat patrzył w ślad za nią, widział jedynie wodne kręgi, coraz słabiej odznaczające się na powierzchni. Błysnęło mu jeszcze coś… Przetarł oczy i zauważył, że to nie może być pomyłka. Na przybrzeżną skałę podpłynęła czerwono-włosa tym razem kobieta, z małym czarnym kosmykiem na prawej skroni. Była zanurzona do pasa, a jej nagie piersi unosiły się nad powierzchnią wody. Spojrzała na niego w górę i mógłby przysiąc, że uśmiechnęła się szeroko. Po chwili odwróciła się i dała mocnego nurka w dół. Ponad miejscem zanurzenia zatańczył jeszcze pokaźny srebrny, rybi ogon syreny.

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    Janusz Mazowiecki
  • Wojna plci

    – Panie profesorze, zdaje się, że już wszystko gotowe. Tym razem powinno być bezbłędnie. – Wysoki mężczyzna w mundurze wręczył niewielki pilot siedzącemu człowiekowi w białej koszuli, który wnikliwie analizował coś na wielu monitorach, nie zwracając nawet uwagi na mundurowego. Widząc brak reakcji położył po prostu pilot na stoliku i oddalił się. Minęło kilka chwil i w niewielkiej sali rozbrzmiał stukot obcasów. Do pomieszczenia weszła kobieta w samej bieliźnie. Jej długie brązowe włosy lśniły i opadały na obfity biust spięty białym staniczkiem. Krągłe biodra i zgrabne nogi poruszały się w kuszącym rytmie, gdy z każdym krokiem zbliżała się do siedzącego profesora. Podniósł głowę i popatrzył wprost w jej duże orzechowe oczy. Były pełne oddania, a błogi uśmiech jaki gościł na jej przepięknej twarzy, sprawiał wrażenie jakby była zakochana. Profesor stanął i wyszeptał jej do ucha.

    – w końcu jesteś moja zabaweczko… Tym razem stworzyłem ideał. Jesteś moją Venus, idealna i tylko moja. Powiedz, jak się czujesz?

    – Cudownie mój władco, jestem cała Twoja i bardzo chciałabym, żebyś mnie pocałował. Dotknij mnie mój stwórco, weź mnie tu na tym stole. Chcę poczuć cię w sobie, tak długo czekałam, proszę jestem taka spragniona. Szeptała seksownym głosem młoda kobieta.

    Oparła swoją głowę o ramię profesora, dotykała jego męskości przez spodnie i gładziła go po włosach drugą ręką. Nie przestawała kuszącym szeptem mówić wprost do ucha naukowca, który z zadowoleniem przesuwał swoje dłonie po jej odsłoniętym ciele, ściskał jej zgrabną pupę i wsadzał ręce w majtki. Jego penis robił się coraz twardszy.

    – Błagam panie, czy mogę wziąć do ust Twojego penisa, tęskniłam tak bardzo za nim. Jest taki cudowny. Pozwól mi go possać i lizać. Chce go brać do buzi i czuć go głęboko. -szeptała coraz bardziej podniecona kobieta. – Mój panie, mój władco. Błagam pozwól mi go zobaczyć i pocałować.

    Profesor podszedł do szuflady, a kobieta natychmiast uklęknęła i oparła swoje dłonie na podłodze. Wypięła kusząco swój tyłeczek i podniosła wyżej głowę i uległe spojrzenie wlepiła mężczyźnie.

    Naukowiec wyjął smycz z puchatą obrożą oraz niewielki, metalowy korek analny z czerwonym klejnotem na uchwycie.

    – Teraz moja mała suczko. – powiedział do stojącej na czworakach kobiety stanowczym tonem. – Dostaniesz mały prezent. Na pewno lubisz biżuterię, jak każda dziewczynka, prawda.

    – Uwielbiam mój panie, dziękuję, że mogę być piękna dla ciebie. – radośnie odpowiedziała

    -Wypnij się malutka. Mam coś specjalnego. – Mężczyzna kucnął za wypiętą dupką młodej kobiety i przez chwilę podziwiał jej kształt. Klepnął ją kilka razy, a dziewczyna figlarnie zareagowała wesołym śmiechem i delikatnym piskiem. Po chwili zbliżył okrągły obiekt do jej pupy, nacisnął na jej dziurkę i powolutku wsuwał do jej wnętrza.

    Dziewczyna, gdy tylko poczuła dotyk metalu na swoim ciele natychmiast zaczęła jęczeć.

    – oooo tak! Proszę wsuń to we mnie mocniej. Błagam to takie przyjemne, proszę pieść swoją suczkę. Jestem twoją zabaweczką, pobaw się mną, błagam mój władco. – Dyszała coraz bardziej podniecona.

    Profesor z zadowoleniem obserwował jej reakcję. Widział, że kobieta robi się coraz bardziej mokra, a jej sutki stwardniały wyraźnie. Reagowała tak, jak się spodziewał. Jego idealne dzieło, jego Venus. Jego perfekcyjny klon.

    Po chwili cały korek był już wewnątrz jej pupki. Widać było jedynie czerwony klejnot, który zdobił jej pośladki, gdy wypięta poruszała tyłkiem kusząco.

    Profesor przypiął jej smycz na szyję i pociągnął lekko. Kobieta nadal była na czworakach i jęknęła cichutko, czując jak jej władca wziął ją na smycz.

    – Idziemy malutka. Pobawimy się trochę. – Wyszeptał jej do ucha, pochylając się i gładząc jej piękne brązowe włosy.

    – Rozkazuj mój panie, Twoja suczka chętnie będzie służyć ci swoim ciałem. – wydyszała kobieta.

    Mężczyzna prowadził ją na smyczy w stronę drugiego pomieszczenia. Kobieta wciąż poruszała swoim ciałem bardzo seksownie. Po chwili znaleźli się w pokoju z interesującym stołem. Mężczyzna pewnie podprowadził brązowowłosą dziewczynę i pomógł jej wstać. Po chwili mocnym ruchem pociągnął w stronę stołu. Mebel miał miękkie obicie i specjalne uchwyty. Kobieta położyła się brzuchem na powierzchni. Nadgarstki zostały zapięte i unieruchomione po przeciwległych krawędziach. Nogi również profesor unieruchomił i spiął przygotowanymi sprzączkami. Kobieta stała w rozkroku bezradnie wypięta. Profesor wyszedł na chwilę z pokoju. Po chwili zza drugich drzwi wyszła druga dziewczyna. Szczupła ze złotymi włosami spiętymi w koński ogon. Zbliżyła się do unieruchomionej wcześniej i wyjęła niewielki słoiczek. Wolnym ruchem wyciągnęła włożony wcześniej analny korek. Ze słoiczka palcem wyciągnęła nieco przejrzystej mazi i delikatnie rozprowadziła ją wokół odbytu przypiętej do stołu kobiety. Powolutku wsadziła palec do środka i kolejna porcja lubrykantu znalazła się we wnętrzu wypiętego tyłeczka brązowowłosej. Po chwili do pomieszczenia wszedł nagi już profesor. W ręku trzymał pilot, który wcześniej przyniósł człowiek w mundurze. Wycelował go w złotowłosą u nacisnął guzik. Dziewczyna natychmiast szeroko otworzyła oczy i przez jej ciało przeszedł dreszcz. Jęknęła z przyjemności głośno i opadła na podłogę dotykając swoich piersi. Przez kilka długich chwil wstrząsały nią spazmy intensywnego orgazmu. Profesor podszedł do drugiej krawędzi stołu i zbliżył swojego penisa do ust tej unieruchomionej przy stole.

    – Och, tak! Wyjęczała brązowowłosa. Proszę, pozwól mi wziąć go do buzi mój władco. Tylko na to czekałam, proszę, jestem gotowa. – Dziewczyna otworzyła swoje kuszące usta, a naukowiec nie czekając wsunął członka niemal całego do ust kobiety. Jednocześnie trzymając pilota w ręku raz po raz naciskał guziki, a druga dziewczyna wiła się i jęczała z przyjemności.

    Profesor po chwili wyciągnął penisa z ust niewolnicy, odłożył pilot, a złotowłosa uspokoiła się natychmiast, dysząc tylko wciąż leżąc na podłodze z błogim uśmiechem.

    Mężczyzna obszedł stół i bezceremonialnie wsunął sterczącego kutasa w wypięty tyłek.

    Brązowowłosa zajęczała.

    – o tak, o tak, tak, tak. Pieprz mnie, ruchaj mnie mocniej mój władco, mój twórco. – Rytmicznie krzyczała posuwana kobieta, wypinając się najmocniej jak mogła.

    – Chwyć mnie za włosy, proszę i gwałć mnie! – szybciej, szybciej, szybciej, proszę, tak, tak tak! Brązowowłosa coraz bardziej podnieconym głosem wyjękiwała, wprawiając profesora w dziki szał, który coraz szybciej posuwał ją energicznie. Po chwili zwolnił nieco i docisnął się całą długością przysuwając się ze wszystkich sił.

    Złotowłosa w tym czasie wstała z podłogi i uklęknęła za swoim panem, który wciąż tkwił kutasem w tyłeczku drugiej kobiety. Drobnymi rączkami rozsunęła pośladki profesora i zbliżając swoje usta do jego pupy zaczęła lizać go w intymnym miejscu energicznie omiatając języczkiem najbardziej czułe punkty. Profesor zaczął mruczeć z zadowoleniem.

    ————————————————————

    Kilkadziesiąt lat później

    – Chyba się budzi, nie świećcie jej za mocno w oczy. Na pewno musi się przyzwyczaić.

    – gdzie ja jestem i kim ja jestem?

    – Nie martw się. Wszystko jest dobrze. Jesteś wśród przyjaciółek. Z danych jakie znalazłyśmy przy Tobie wynika, że byłaś eksperymentem jakoś porąbanego naukowca. Te czasy już minęły. Męska dominacja nad światem to przeszłość. Zamknęli cię w jakieś kriokomorze, więc trochę tu przeleżałaś. Byłaś nieco zmodyfikowaną istotą ludzką, służącą do męskich przyjemności seksualnych. Miałaś wykonywać wszystkie polecenia swojego pana. Zadowalać go w taki sposób, jaki by sobie życzył. Ssać jego penisa i jądra, połykać jego nasienie i jęczeć za każdym razem, gdy poczujesz jego dotyk. Wypinać się i wdzięczyć w ponętnych strojach, aby o każdej porze dnia i nocy, być gotową na każdy rodzaj seksu. Ten męski raj już się skończył. W twoich czasach było to normalne. Mężczyźni i ich wynalazki zyskiwali nad kobietami kontrolę. Każda z nas miała wszczepiony chip, dzięki któremu panowie mogli za pomocą pilotów wywoływać swoich kobiet orgazmy i wymuszać posłuszeństwo. Mieli swoje haremy pięknych i genetycznie zaprojektowanych seks niewolnic. Robili z nimi co chcieli i kiedy chcieli, a one musiały czcić każdy wizerunek penisa. Zrobili ze swoich kutasów bożki. Ale w końcu miarka się przebrała. Kobiecy ruch oporu przezwyciężył męską tyranię. Nie obyło się bez starć zbrojnych, ale kobiety okazały się bardziej wytrwałe. Męska próżność i uwielbienie własnego ego okazało się dla nich zgubą. I teraz…

    Teraz to kobiety są paniami świata. Reprodukcja odbywa się na naszych warunkach, a mężczyźni na całym świecie są naszymi niewolnikami. Kobiety nie mogą ryzykować, że znów utracą kontrolę nad swoimi ciałami. Dlatego wprowadziłyśmy nowe zasady dla ludzkości. Każdy mężczyzna musi słuchać kobiet. Jest pozbawiony praw i własności. Żyje tylko dla zysku i przyjemności swojej właścicielki. Jego penis zamknięty jest w klatce, aby uniemożliwić mu doprowadzanie się do erekcji i orgazmu bez zgody właścicielki. Nie ma też gwałtów, bo żaden chłopczyk nie może już bez woli kobiety odbyć z nią stosunku. Teraz seks i orgazmy są dla kobiet. Faceci mają obowiązek nas zaspokajać. Ich boskie penisy nie są nam do tego potrzebne. Mogą zostać w klatkach i używać języków i sztucznych kutasów przyczepionych do ich zamkniętego w klateczce ptaszka. To dodatkowa forma przewagi psychicznej. Przez to, że nie mogą sobie zrobić dobrze. Wciąż są napaleni, a jednocześnie ulegli, więc wykonują bez buntu wszystkie polecenia pań. Każdy z nich ma obrożę jak pies, ze specjalnym wynalazkiem, który sprawia, że wysoki kobiecy krzyk unieruchamia każdego agresora i sprawia mu ból jądrach, wysyłając elektryczny impuls. Ich sprytne piloty również się przydały. Nieco je zmodyfikowałyśmy, teraz to kobiety mogą sterować mężczyznami.

    Możemy porazić prądem ich jajka, gdy się nie słuchają. Wierz mi kochana. Kilka takich sesji i facecik jest posłuszny jak tresowana małpka. Każda kobieta ma do dyspozycji kilku mężczyzn na własny użytek. Ci mniej przystojni są używani do cięższej pracy. A ci ładni i dobrze zbudowani żyją po to, by sprawiać rozkosz swoim paniom. Są naszymi niewolnikami przez całe życie. Możemy ich chłostać, karać i robić co nam się podoba. Możemy gnieść ich jaja naszymi butami na obcasie. Stawać na ich kutasach, gdy poprawiamy makijaż. Dodatkowo, żeby bardziej ich poniżyć. Muszą jeść resztki z naszych stołów, a czasem nawet i lepiej. Moja koleżanka karmi swoich samców odpadkami, przy okazji przed każdym posiłkiem trzepie penisa, robiąc im dobrze ręką, mężczyźni tryskają na własne jedzenie swoim nasieniem i muszą je zjeść. To bardzo dobre źródło witamin. Często zlizują własną spermę z naszych stóp. Uwielbiają to robić, to ich nagroda, bo żeby trysnąć muszą wręcz błagać o orgazm. Nowy świat nie przewiduje błędu. Męskość to teraz nasza zabawka. Buntownicy są kastrowani i zmuszani do najcięższych prac. Kobiety rządzą światem. Kobiety podporządkowały sobie wszystkie męskie kreatury. Władamy ich orgazmami i dlatego władamy nimi. Faceci to prymitywne zwierzęta. Gdy są podnieceni zrobią wszystko tak, jak my tego chcemy. Jeśli chcesz dostaniesz niewolnika z dużym penisem do zabawy. Tylko nie zapomnij zamknąć go na powrót w klatce. Każda z nas ma specjalny kluczyk, który pasuje do męskiej klateczki…

    Cdn.

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    Janusz Mazowiecki