Category: Uncategorized

  • Staszek – moj najlepszy przyjaciel

    Weszłam na klatkę schodową. Z każdym kolejnym krokiem czułam, jak coraz szybciej wali mi serce. Wreszcie dotarłam do drzwi mieszkania i nadusiłam dzwonek. Przez chwilę panowała całkowita cisza. Dopiero po kilku minutach usłyszałam mocne kroki i szczęk przekręcanego klucza. Drzwi otworzyły się i w progu stanął Staszek.

    – Witaj – powiedział, wpuszczając mnie do środka.

    Weszłam niepewnym krokiem. Czułam, że moje zdenerwowanie nasila się z każdą mijającą sekundą. Postawiłam plecak na podłodze i zdjęłam kurtkę. Wziął ją ode mnie
    i schował do szafy, co mnie trochę zaskoczyło. Uśmiechnął się, widząc moją minę.

    – Myślę, że zechcesz zostać na noc.

    Weszliśmy do kuchni i usiadłam przy stole. Przyglądałam się, jak Staszek robi nam herbatę i nakłada kawałki ciasta na talerzyki. Znamy się od liceum i od niemal pierwszych dni jesteśmy naprawdę dobrymi przyjaciółmi. Staś jest jedynym mężczyzną, któremu naprawdę ufam.

    – Proszę – postawił przede mną ciasto i herbatę.

    Uśmiechnęłam się. Jego rodzice mało zawału nie dostali, gdy po maturze stwierdził, iż zamiast studiować, chce iść do studium gastronomicznego. Jednak ja zawsze uważałam, że to była najlepsza decyzja. Staś jest naprawdę świetnym cukiernikiem. Bardzo szybko dostał pracę w pobliskiej kawiarni i został doceniony przez szefową.

    – Przepyszne, jak zawsze – odłożyłam widelczyk.

    – Dziękuję – uśmiechnął się – skoro poczułaś się trochę lepiej, to możemy przejść do celu twojej wizyty.

    Zesztywniałam na te słowa. Poczułam, że mój puls przyspiesza, a w ustach robi się tak sucho, jakbym nagle znalazła się na pustyni. Podniósł się z krzesła, podszedł do mnie
    i wyciągnął rękę. Chwyciłam ją i ruszyłam za nim. Weszliśmy do niewielkiego, kwadratowego pokoju. Według założenia było to pomieszczenie gospodarcze lub garderoba, jednak Staszek wygłuszył je i przerobił tak, aby idealnie nadawało się do naszych celów. Staszek usiadł na taborecie ustawionym na środku pomieszczenia. Podeszłam do niego i stanęłam ze spuszczoną głową. Usłyszałam, jak wzdycha.

    – Czy podczas telefonicznej rozmowy powiedziałaś mi wszystko?

    – Tak, niczego nie ukryłam.

    To prawda, nigdy nie odważyłabym się ukrywać przed nim swoich wybryków. Domyśliłby się i zostałabym dodatkowo ukarana za oszukiwanie.

    Wsunął dłoń pod moją brodę i delikatnie uniósł moją głowę.

    – Pamiętasz, jak bardzo cieszyłaś się, że możesz pracować nad tym projektem?

    – Tak – wyszeptałam zduszonym głosem.

    – Więc dlaczego nawaliłaś – spytał z rozczarowaniem w głosie – czemu koleżanki musiały pracować za ciebie, żeby firma mogła dotrzymać terminu?

    – Z lenistwa – odpowiedziałam zgodnie z prawdą – przyjechała Jolka i wolałam spędzać popołudnia z nią, niż pracować nad swoją częścią projektu.

    Pokręcił głową z niedowierzaniem.

    – Rozumiem, że kontakt z koleżanką jest dla ciebie ważny, jednak obowiązki powinny być na pierwszym miejscu. Przecież sama opowiadałaś, jak bardzo lubisz swoją pracę. Tworzycie zgrany zespół, macie super szefostwo, a ty co? Zachowujesz się jak niedojrzała smarkula i na dodatek narażasz koleżanki.

    – Przepraszam – powiedziałam cicho.

    – Na przeprosiny będzie czas później. Najpierw poniesiesz konsekwencje.

    – Proszę, nie bądź zbyt surowy – spojrzałam na niego błagalnie.

    – Pamiętasz, jak zawarliśmy nasz mały pakt?

    Pokiwałam głową. Oczywiście, że pamiętam. Trochę za dużo wypiłam podczas urodzin Ani, naszej wspólnej koleżanki. Staszek przenocował mnie wtedy, a rano powiedział, że gdyby był moim bratem lub chłopakiem, to za takie zachowanie porządnie przetrzepałby mi tyłek. Zaśmiałam się wtedy, myślałam, że żartuje. Jednak on spojrzał na mnie groźnie. Wtedy pomyślałam, jakby to było dostać od niego na przykład pasem. Nie dostałam tamtego ranka, jednak to właśnie wtedy zawarliśmy niepisaną umowę, że Staszek zadba, abym zachowywała się, jak na dorosłą kobietę przystało. A w razie czego przetrzepie mi skórę.

    – Martuś – jego ciepły głos wyrwał mnie z zamyślenia.

    – Zamyśliłam się – usiadłam na jego kolanach – masz rację. Ukarz mnie porządnie, żebym przez kilka dni nie mogła siedzieć.

    – Wiesz, że wolałbym nie być do tego zmuszonym – spojrzał na mnie smutno
    – jednak skoro sama się prosisz.

    Przez chwilę gładził mnie po plecach, abym trochę się zrelaksowała.

    – Gotowa – spytał wreszcie.

    – Tak – wstałam z jego kolan.

    – Przygotuj się – rozkazał zdecydowanym głosem.

    Powoli zdjęłam bluzkę. Odpięłam guzik spodni i zsunęłam je do kostek, po czym wyszłam z nich. Położyłam ubranie na podłodze przy drzwiach i wróciłam do Staszka. Zdecydowanym ruchem przyciągnął mnie do siebie i przełożył przez swoje kolana. Poczułam, że zwija moje majtki i wciska je w rowek. Na samym początku ustaliliśmy, że nigdy nie każe mi ich całkiem zdejmować. Chciałam, aby lanie było czystą karą, bez jakiegokolwiek erotyzmu. Czułam, że jego dłoń zaczęła masować moje wypięte pośladki. Poddałam się temu przyjemnemu dotykowi, choć dobrze wiedziałam, że robi to, aby poprawić ich ukrwienie i zwiększyć odczucie każdego uderzenia. Pierwszy klaps nie był zbyt silny, jednak i tak mnie zaskoczył. Klapsy nie były zbyt mocne, zresztą miały tylko przygotować pupę do właściwej kary. Jego dłoń w równym tempie spadała raz na jeden, raz na drugi pośladek. Po kilku uderzeniach pupa zaczęła się nagrzewać, a z moich ust wydobyły się na razie cichutkie pojękiwania. Nagle uderzył przez obie półkule.

    – Ugm – jęknęłam.

    – Twoja pupa jest już ładnie zaróżowiona, więc możemy przejść do właściwej kary
    – pomógł mi się podnieść.

    Stałam w bezruchu, czekając na dalszy ciąg. Podszedł do stojącej pod ścianą szafy
    i otworzył ją. Wiedziałam, że trzyma w niej narzędzia, więc przyglądałam mu się, czując narastający we mnie strach. Miałam wrażenie, że każda minuta ciągnie się
    w nieskończoność. Czułam krople potu spływające po moich plecach. Wreszcie odwrócił się w moją stronę, a w ręce ściskał średniej grubości pas.

    – Więc nie będzie tak źle – odetchnęłam z ulgą.

    Kiedyś już nim dostałam, więc wiedziałam, czego się spodziewać.

    – Na taboret – rozkazał.

    Ułożyłam się tak, aby moja pupa znalazła się na środku mebla. Poczułam pas przesuwający się przez moje pośladki i mimowolnie je spięłam.

    – Rozluźnij się albo będę musiał użyć korka.

    Zadrżałam na tego słowa. Nie znosiłam, kiedy to robił.

    – Zachowałaś się jak smarkula, więc ukarzę cię tak, żebyś dobrze zapamiętała. Na początek dostaniesz piętnaście pasów.

    – Jak to, na początek – pomyślałam spanikowana.

    Rozległ się świst i pierwszy pas uderzył w oba pośladki. Poczułam ból rozchodzący się po całym ciele. Kolejny pas padł na prawy półdupek.

    – Aua – jęknęłam.

    Kolejne razy padały w równym tempie, a każdy był coraz mocniejszy. Pupa zaczęła mnie piec i szczypać. Próbowałam uciekać biodrami, jednak przywołał mnie do porządku, chrząkając znacząco. Zmienił stronę i rękę. Kolejna seria sprawiła, że z moich oczu pociekły łzy. Cała pupa była równomiernie rozgrzana i piekąca.

    – Auuua – kolejny pas wyrwał z moich ust głośny krzyk.

    Opuścił rękę, robiąc kilkusekundową przerwę. Oddychałam głęboko, aby odzyskać panowanie nad sobą.

    – Możemy kontynuować – spytał.

    Zawsze podziwiałam, jak bardzo jest opanowany, nawet gdy się wiercę
    i próbuję uciekać.

    – Tak – odpowiedziałam i natychmiast poczułam kolejny raz.

    Rozpłakałam się, bardziej ze wstydu, niż bólu, choć ten też był niemały. Pas siekł już mocno obolałą pupę z bezwzględną stanowczością. Po każdym uderzeniu krzyczałam
    z bólu, a łzy ciurkiem spływały po moich policzkach. Gdy myślałam, że już dłużej nie wytrzymam i ucieknę, ból nagle ustał. Pozostałam w bezruchu, zanosząc się płaczem
    i bezskutecznie próbując wyregulować oddech. Dotknęłam pośladków i poczułam, że są rozpalone, jakby ktoś przyłożył do nich zapaloną pochodnię.

    – Możesz wstać.

    Powoli, z trudem podniosłam się i stanęłam prosto. Staszek zdążył już schować pas. Przyglądał się wiszącym w szafie narzędziom, jakby wciąż nie podjął decyzji, co dalej.

    – Dwa kroki do tyłu – usłyszałam wreszcie kolejne polecenie – pochyl się
    i oprzyj dłonie o taboret.

    – Nie, tylko nie trzcinka – pomyślałam z przerażeniem.

    Usłyszałam, że zbliża się do mnie i zaczęłam drżeć.

    – Błagam, nie trzcinką – zaczęłam płakać.

    – Nie jestem sadystą – powiedział łagodnie – wiem, że nie wytrzymałabyś trzcinki po tak mocnych pasach.

    Ośmieliłam się odwrócić głowę i z ulgą zobaczyłam w jego dłoni plastikową skakankę. Wiedziałam, że będzie bardzo boleć, jednak dużo lżej, niż gdyby użył rattanu.

    – Dostaniesz osiem razy i ładnie je policzysz – powiedział, przyjmując odpowiednią pozycję.

    Rozległ się świst i skakanka uderzyła w rowek, gdzie pupa łączyła się z udami.

    – Jeden powiedziałam i wybuchnęłam płaczem.

    Kolejne uderzenie smagnęło uda.

    – Dwa – proszę, nie tak mocno.

    – Trzeba było wcześniej myśleć. Wiedziałaś, że pupa będzie boleć, jeśli narozrabiasz.

    Kolejny raz trafił w oba pośladki.

    – Trzy – boli, naprawdę.

    Nie zareagował. Miałam wręcz wrażenie, że kolejny raz był jeszcze mocniejszy.

    – Cztery proszę – zaszlochałam.

    Skakanka siekła naprzemiennie uda i pupę, a ja wykrzykiwałam kolejne liczby. W duchu podziękowałam Staszkowi za wyciszenie pomieszczenia. Przynajmniej sąsiedzi nie mieli pojęcia, co się tu wyprawia. Niestety przez swój krnąbrny charakter często gościłam w tym mieszkaniu i kilkoro z nich dość dobrze znałam. Chyba spaliłabym się ze wstydu, gdyby słyszeli moje krzyki
    i charakterystyczne odgłosy wymierzanego lania.

    – Osiem – wreszcie padło ostatnie uderzenie.

    Opadłam na kolana i zaniosłam się płaczem. Klęczałam, drżąc na całym ciele. Staszek kucnął za mną i pogłaskał po plecach. Powoli uspokoiłam się na tyle, aby wstać z kolan.

    – Pięć minut wystarczy – głos Staszka znów był miękki.

    – Tak – opowiedziałam i stanęłam w kącie.

    – Ręce wzdłuż ciała i nie dotykaj pupy, alby pożałujesz.

    Wykonałam polecenie, nie chciałam zasłużyć na dodatkowe razy. Czułam na sobie jego wzrok. Zawsze po spuszczeniu lania przyglądał się mojej pupie. Minuty mijały, a ja powoli się uspokajałam. Oddech stał się głębszy
    i wyregulowany. Usłyszałam, że podchodzi do mnie.

    – Czas minął – powiedział, stając za mną – co masz mi do powiedzenia?

    Odwróciłam się i wtuliłam w jego ramiona.

    – Przepraszam – powiedziałam, przytulając twarz do jego torsu – bardzo mi wstyd.

    Tulił mnie, gładząc dłonią po włosach. Czułam się bezpiecznie jak w objęciach ukochanego. Wiedziałam, że mogę mu całkowicie zaufać. Staszek był profesjonalistą
    i nigdy nie pozwoliłby sobie na przekroczenie granic.

    – Chodź – wyswobodził mnie ze swych objęć – weźmiesz kąpiel, a ja przygotuję kolację.

    Weszłam do łazienki. Zdjęłam bieliznę i napuściłam do wanny chłodną wodę, aby trochę ulżyć zbitym pośladkom. Ułożyłam się w wannie i przymknęłam oczy. Trwałam
    w bezruchu, a woda chłodziła żar obejmujący pupę. Wiedziałam, że jutro wyjdą siniaki. Staszek postarał się, abym odczuwała skutki lania przez kilka dni. Uśmiechnęłam się na myśl o kłopotach z siedzeniem. Usłyszałam ciche pukanie i otworzyłam oczy.

    – Kolacja na stole, piżamę kładę pod drzwiami.

    Wyszłam z wanny i szybko wytarłam ciało miękkim ręcznikiem, który powiesił dla mnie na drzwiach. Uchyliłam je i chwyciłam piżamę. Przebrałam się szybko i weszłam do kuchni. Na stole stał duży talerz z kanapkami i kubek gorącej herbaty. Dopiero teraz poczułam, jak bardzo jestem głodna. Usiadłam trochę zbyt energicznie i jęknęłam z bólu. Staszek posłał mi pełne satysfakcji spojrzenie.

    – Jedz – powiedział, uśmiechając się pod nosem.

    Spałaszowałam kolację w ekspresowym wręcz tempie.

    – To było przepyszne – oblizałam się – obejrzymy jakiś film.

    – Nie. Umyjesz ząbki i zapakuję cię do łóżka.

    Posłałam mu smutne spojrzenie.

    – Nawet nie próbuj dyskutować – zmarszczył groźnie brwi.

    Westchnęłam zrezygnowana i wróciłam do łazienki. Raz-dwa umyłam zęby
    i weszłam do pokoju gościnnego, z którego nader często zdarzało mi się korzystać. Położyłam się do łóżka, a Staszek nakrył mnie kołdrą i usiadł na brzegu.

    – Wiesz, jak bardzo cię lubię – powiedział cichym głosem – jest mi bardzo smutno, gdy muszę cię ukarać.

    – Wiem, naprawdę przepraszam.

    – Wiem – nachylił się i pocałował mnie w czubek głowy – śpij słodko.

    Wycofał się cicho, po drodze gasząc światło. W pokoju zapanowały ciemności, a ja niemal natychmiast zasnęłam.

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    masuhori86
  • Biuro 10

    Usłyszałam kroki na korytarzu. Uśmiechnięta zamknęłam uchylone drzwi, zrzuciłam z siebie szlafrok i pobiegłam do sypialni. Tam wskoczyłam do łóżka i zakryłam się kołdrą.

    Po chwili usłyszałam otwierające się drzwi.

    – Jesteś? – Zapytała Cyrka

    – W sypialni.

    Agata weszła i z uśmiechem zaczęła zdejmować z siebie sukienkę. Po chwili była już tylko w czarno-czerwonych stringach, pasie do pończoch, pończochach i w czarnym koronkowym gorsecie z czerwoną kokardką między piersiami.

    Cyrka rzuciła się na mnie i zaczęła mnie całować po twarzy. Ja oczywiście odwzajemniałam całusy. Po chwili obie pocałowałyśmy się z języczkiem.

    Z uśmiechem zjechałam ręką w dół i zaczęłam pieścić guziczek Agi.

    – Tęskniłaś za mną? – Zapytałam.

    Agata zamruczałam, czując, jak bawię się jej brzoskwinką i przytaknęła.

    Znowu się pocałowałyśmy. Nasze języki zatańczyły ze sobą, a ręką Cyrki sama znalazła drogę do mojej mokrej i wilgotnej cipki.

    Patrząc sobie w oczy masowałyśmy sobie nawzajem cipki, mrucząc przy tym cichutko. W pewnym momencie Agata przyssała się do mojej piersi. Zaczęła ją ssać, gryz i lizać. Mruczałam cicho patrząc, jak schodzi na mój brzuch i zaczyna zataczać kółka językiem przy pępki.

    – Ah hmm pokaż co umiesz – Powiedziałam, rozchylając nagi na M.

    Agata oblizała się po wargach i zaczęła szaleć językiem na mojej cipce. Jej języczek lizał mój guziczek pionowo lub poziomo co chwila, przyspieszając, lub zwalniając. Ja w tym czasie jęczałam i jęczałam. Nagle poczuła dwa palce wbijające się głęboko we mnie. Wygięłam się w łuk, zawyłam z sykiem , a Agata przestała mnie lizać.

    Spojrzałam jej w oczy, a ona zerwała z siebie stringi i usiadła swoją mokrą o soczków cipką na mojej twarzy. Zaczęłam lizać, zlizując soki z jej cipki i słuchając się w jęk Agaty.

    Lizałam i lizałam, skupiając się na łechtaczce. Co chwila też wsadzałam na parę sekund język w jej wnętrze. Nagle poczuła jak Aga zaczyna coraz głośniej dyszeć i sapać. Zwolniłam i dałam jej parę sekund odpoczynku potem znowu zaczęłam przyspieszać, by potem znowu zwolnić i tak w kółko i w kółko trzymając Agę na skraju orgazmu.

    Nagle Cyrka obrócił się i w 69-ątce zaczęła lizać moją muszelkę. Mruczałam cicho dając jej co chwilę klapsa gdy przyspieszyła. Aga lizała coraz szybciej i szybciej, a ja czułam, że powoli zbliża. się do finiszu.

    Rzuciłam z siebie Agatę, a gdy ta na mnie spojrzała złapałam ją za ramię i siła obróciłam na brzuch. Usiadłam jej na plecach i zaczęłam masować jej mokrą cipkę prawą ręką, a lewą weszłam w dziurkę analną.

    Aga syknęła, czując, jak trzy palce wbijają się w jej anusa

    – Ah hmm mocniej – Warknęła.

    Zaczęłam przyspieszać, słuchając coraz głośniejszych jęków i stęków Cyrki. W pewnym momencie poczułam jak anus i cipka Agi robi się coraz ciaśniejsza i ciaśniejsza, nagle poczułam jak zaciskają się na moich palcach.

    Zeszłam z Agaty i położyłam się półleżąc na łóżku. Cyrka tylko na mnie spojrzała i z uśmiechem położyła się obok mnie. Zaczęła mnie całować, ugniatając moją pierś ręką. Odwzajemniłam całusa i chwyciłam ją za rękę, która skierowałam z piersi na cipkę. Całując się ze mną Agata zaczęła pieścić moją muszelkę. Coraz szybciej i mocniej, aż w końcu dostałam orgazmu.

    Obie położyłyśmy się wygodnie na łóżku. I wtulone w siebie zaczęłyśmy do siebie szeptać

    – Jesteś kochana wiesz – Wyszeptałam jej do ucha.

    Agata zachichotała

    – Wiem, wiem Ahmmm powiesz jak było na wyjeździe?

    – Hmm może lepiej nie.

    Agata złapała mnie mocno za tyłek

    – Na pewno?

    – Hehehe na pewno.

    Agata wzruszyłam ramionami i ziewnęła. Po chwili obie ot tak nagle zasnęłyśmy.

     

    Był środek nocy, a ja wskoczyłam pod prysznic. Kroplę wody zaczęły spływać po moim cielę, a mydło ładnie się pieniło na piersiach, brzuchu czy udach.

    Nagle usłyszałam otwierające się drzwi kabiny i zanim zdążyłam się obrócić Agata już złapała mnie o tyłu, za piersi.

    Pocałowałam się z nią

    – Powiesz jak było na tym wyjeździe? – Zapytała.

    Westchnęłam

    – Nie

    Aga chwyciła za ucho prysznica. Pisnęłam, gdy strumyczek wody uderzył o moją cipkę

    – Heheh no powiedz – Poprosiła z chichotem w głosie

    – Nie

    Chwila zabawy kurkami od prysznica i strumyczek wody zamienił się w strumień. Zaczęłam jęczeć coraz głośniej i głośniej.

    – No powiedz, jak było – Poprosiła po raz setny Aga.

    , Więc chodź pomaluj mój świat…

    Spojrzałam na Cyrkę, a ta rozczarowana odłożyła ucho prysznica na swoje miejsce i podała mi komórkę

    – Halo – Odebrałam w głośnomówiącym

    – To ja Daria. Kochana wybacz, że dzwonię tak późno, ale mam ważną sprawę.

    – Wal

    – Porządkowałam papiery z Maksymilianem. Cała drużyna z piętra zrobiła w nich mały bałagan…

    Spojrzałam na Agatę, a ta tylko zachichotała i przewróciła oczami

    -… Tak czy owak, znalazłam ciekawą ofertę z amerykańskiej sekcji firmy. Szukają nowej pracownicy, a ty nadajesz się idealnie.

    Znowu zerknęłam na Agę, a ta patrzyłam na mnie z uśmiechem, krzyżując ręce na piersi.

    – Sorry Daria, ale to nie dla mnie. Wolę pracować tutaj

    – Jesteś pewna? Będziesz zarabiała więcej, niż amerykańska średnia krajowa.

    – Daria uwierz mi, że od ameryki wolę Cyrkę, Iwonę, siostry, Maksa, ciebie i resztę. Poza tym chce spędzić trochę nocy z tobą, Maksem i jakimś fajnym straponem i kajdankami.

    Daria zamilkł na chwilę i zachichotała

    – Rozumiem. Do zobaczenia – Rozłączyła się.

    Odłożyłam telefon i spojrzałam na Agatę

    – Możemy wracać do zabawy? – Zapytała

    – Hmmm chodź tu kiciu.

     

    Tydzień później

     

    Poczułam jak twardy kutas Daniela wbija się głęboko w moją cipkę. Obok mnie oparta o ścianę widy Agata dawała dupy Przemkowi. Obaj chłopcy rżnęli nas ostro, szybko, brutalnie, a my dwie jęczałyśmy z rozkoszy. Nagle zobaczyłam jak Przemek spuszcza się prosto do tyłka Agi, a po chwili sama poczułam jak sperma tryska mi do cipki.

    Chłopacy schowali swoje penis do spodni, a ja z Agą zaczęłyśmy się doprowadzać do porządku

    – Dzięki – Powiedziałam – Szybki numerek z rana zawsze poprawia humor.

    Daniel uśmiechnął się i dał mi mocnego klapsa w tyłek

    – Z wami to zawsze przyjemność.

    Widna wjechał na nasze piętro. Daniel i Przemek podeszli do automatu, Agata schowała się w pokoju dla kobiet, a ja podeszłam do Yuuko i Kazuko które wspólnie obrabiały kutasa

    – Część

    Kazuko oderwała się od kutasa i przytaknęła mi ruchem głowy, a Yuuko puściła mi oczko i połknęła całego penisa do razu.

    – Część – Odpowiedziała Kaz

    – Wiesz, gdzie jest Maks?

    – Ostatnio widziałam go w swoim gabinecie z Fiołek

    – Dzięki

    Z uśmiechem skierowałam się w stronę biura Maksa. W międzyczasie spotkałam Iwonę, która przyciśnięta do ściany jęczała, dając dupy Tadeuszowi.

    – Ciebie się tu spodziewałam – Powiedziałam, patrząc na Kier – Ale ciebie?

    Tadeusz wzruszył ramionami

    – Ah hmm od czasu do czasu będzie tu wpadać aaahhmm kurwa… Lubię dawać dupy nowym znajomym aaahhmm

    – Fajnie, że was sobie przedstawiłam… Maks jest w biurze?

    Kier wzruszyłam ramionami, a ja ruszyłam swoją stroną.

    Przeszłam parę kroku i weszłam do gabinetu Maksa. Fiołek byłam całkiem naga. Skakała po jego penisie obrócona plecami do mnie

    – Hej – Przywitałam się

    – Hej

    Daria tylko na mnie spojrzała i zeszła z kutasa Maksa. Następnie podeszła do mnie i pocałowała na przywitanie i przy okazji podwinęła mi spódniczkę. Wiedząc co jej chodzi po głowie nadziałam się na sterczącego kutasa Maksa.

    – Hmmm właśnie takie chwile lubię – Wydyszał Maks, łapiąc mnie mocno za tyłek

    – Ahmm, jak tak samo. aahhm… Przyszłam podziękować

    – Za co?

    – Za to, że mnie wziąłeś, że znosiłeś moją walkę z Darią, za ten wyjazd… Za wszystko.

    Maksymilian tylko się uśmiechnął, a ja spojrzałam na Darię, która patrząc na nas masowała sobie cipkę

    – A ciebie chce przeprosić

    – Hehehe kochana ahmm nie ma za co

    – A za…

    – Cicho – Przerwała mi – Zapomnijmy o tym i cieszmy się sobą ok.

    Przytaknęłam jej ruchem głowy, a Maks spuścił mi się do cipki.

    Spokojnie i bez pośpiechu zeszłam z kutasa Maksa i wytarłam sobie cipkę chusteczką. Potem poprawiając sukienkę podeszła do wyjścia.

    – Chyba już pójdę. Czeka mnie trochę pracy – Powiedziałam, otwierając drzwi

    – Teresa – Zagił Maks

    – Tak?

    – Tylko pamiętaj, że mamy się spotkać dziś wieczorem. Kupiłem nową smycz.

    Uśmiechnęłam się

    – Będę pamiętać.

     

    KONIEC

     

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    Aleksandra Sokowowska

    To już koniec mojej pierwszej serii. Mam nadzieje, że bawiliście się z biurem tak dobrze jak ja. Ta opowieść będzie ważnym elementem mojego życia pisarskiego. Pierwsze opowiadanie jakie zakonczyłam, mój debiut na Sexopowiadania. Dziękuje wszystkim którzy czytali kolejne rozdziały i komentowali. Bez was najpewniej nie miała bym motywacji.

    Niestety są też smutne wiadomości. Ze względu na brak czasu oraz zdrowie zawieszam lub ograniczam swoją działalność pisarską na pare miesięcy. I mimo, że wróce najpewniej jeszcze w tym roku będzie to długa rozłomka. Tak czy siak nie martwcie się bo wróce.

    Do zobaczenia. Wasza Ola 

  • Oaza lesbijek cz 8

    W końcu zabrałyśmy się za ogłoszenia. Przyszło ich sporo, więc trzeba by je najpierw zweryfikować, jak to bywa z ogłoszeniami. Z około 30 odpowiedzi, wybrałam 15, które wspólnie z moimi dziewczynami, zaczęłyśmy przeglądać. – Mam taki pomysł, żeby stworzyć grupę kobiet, do wspólnych spotkań, różny wiek. – O, to byłoby nawet fajne-powiedziała Ania. Podzieliłam po 5 ogłoszeń i zaczęłyśmy przeglądać, każda swoje. Swoje typy miałam 3 – Maria 58 lat, Zofia 50 lat i Laura 49. Ania miała – Iza 24, Paulina 27, a Marta – Beata 19 lat, Asia 18 lat. Weryfikacja na Skypie, zajmę się sama. Odpisałam im, aby podały skypa lub nr telefonu do video rozmowy. Rozmowu ku mojemu zaskoczeniu, a raczej osoby, były realne, a co najważniejsze ładne, zgrabne, chętne na zabawy, Wszystkie zaprosiłam na spotkanie w najbliższy weekend, zaznaczając, że możliwe będą zabawy, jeżeli spodobamy się sobie.

     

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    Ewa
  • Historia stworzenia cz.1

    Żyliśmy w niewielkich stadach. Wprawdzie duże stado zapewnia większe bezpieczeństwo, ale trudno jest mu się wyżywić. Nasze lasy i sawanny nie zapewniały ilości pożywienia, umożliwiającej przetrwanie wielkiego stada, dlatego żyliśmy w grupach składających się z samca dominującego, kilku samic z młodymi i młodzików. Młodzicy, to samce, które już osiągnęły wiek rozrodczy, ale jeszcze nie zdobyły się na opuszczenie stada i samiczki – już krwawiące, ale jeszcze nie w pełni rozwinięte. Byłam jedną z nich. Do czasu Wymiany brakowało mi jeszcze tylko jednej zimy. Wymiana była dorocznym spotkaniem sąsiadujących stad, w gaju ogromnych baobabów, podczas którego samce dominujące dobierały sobie kolejne samice z dorosłych młodziczek, wychowanych w innym stadzie, oddając w zamian swoje córki w podobnym wieku. Zawsze sztuka za sztukę. Niezagospodarowane samiczki stanowiły kąsek do podziału, oddawany przez ojców w celu utworzenia kolejnych zaprzyjaźnionych stad. Jednak młode samce musiały walczyć o prawo stania się głową nowej rodziny. Wygrywał najsilniejszy, dający największą gwarancję utrzymania się. Na początek nowego stada, miał prawo wybrać trzy samiczki. Następny wybierał kolejne trzy i tak aż do wyczerpania zasobów. Ci, którym się nie powiodło w walkach, musieli czekać do kolejnej Wymiany, lub odejść w poszukiwaniu samic w odległych rejonach.

    Byli też tacy, którzy próbowali wykorzystując nieuwagę samca dominującego, wychędożyć jedną z jego samic. Często im się to udawało, bo samice nie przywiązywały uwagi, do tego kto. Były przyzwyczajone do codziennego dosiadania. Dla nich była to tylko krótka przyjemność. A z kolei samiec dominujący nie był w stanie upilnować wszystkich swoich samic. Dlatego jedyną gwarancję, że potomstwo będzie jego, dawało mu nieustanne chędożenie. Musiał codziennie choć raz dopaść zadek każdej ze swoich samic i napełnić jej łono swoim nasieniem. Gdy opuszczał stado w celu upolowania jakiejś zwierzyny, zabierał ze sobą wszystkich młodzików, których chuć mogłaby pozbawić go ojcostwa. Łatwo było rozpoznać, którzy osiągnęli już odpowiedni wiek, bo ich dzidy prawie zawsze sterczały, ukazując gotowość rozrodczą. Ale po powrocie z wyprawy przecież musiał sypiać. Właśnie wtedy, wbrew swojej woli, umożliwiając młodym partyzancką pochędóżkę. Wprawdzie, jeśli wcześniej sam wychędożył wszystkie swoje samice, ryzyko wychowywania cudzych potomków malało, ale jednak zawsze mogło się zdarzyć.

    Sam akt kopulacji nikogo nie dziwił, wszystko odbywało się na oczach pozostałych członków stada, przyzwyczajonych do oglądania tego od momentu narodzin. Po prostu samiec dominujący ustawiał swoją wybrankę na czworaka i wchodził w nią od tyłu, kiedy tylko przyszła mu na to ochota. Akt nie trwał zbyt długo, bo w trakcie kopulacji istnieje największe zagrożenie – ludzie są wtedy bezbronni, skoncentrowani tylko na przedłużeniu gatunku. Spada czujność, dlatego natura wyposażyła większość stworzeń, w mechanizm szybkiego zapładniania. Młodzicy, odpędzani przez niego za każdym razem, gdy próbowali się zbliżyć do którejś z samic, albo ręką zaczynali strugać swoje kołki, aż trysnęło z nich mleczko, albo dopadali najsłabszego i naśladując ruchy przewodnika stada, chędożyli go po kolei. Nikogo to nie dziwiło i było traktowane zupełnie naturalnie. Właściwie poza polowaniem i obroną stada, obowiązki samca dominującego sprowadzały się do codziennego dosiadania samic. I pilnowania, by nie zrobił tego nikt inny.

    Codzienne chędożenie samic, jest niezbędne także z innego powodu. Bez tego nie byłoby życia i dziecko umarłoby z głodu. Każdy przecież wie, że samiec wlewając swoje mleczko w samicę, nie tylko podlewa jej nasionko, z którego wyrasta dziecko, ale także później, w trakcie ciąży dostarcza mu pokarmu. To, czego małe dziecko w brzuszku matki, nie jest w stanie zjadać na bieżąco, gromadzi się w piersiach samicy i dzięki temu, ma ona czym karmić po urodzeniu. Dlatego wraz z rozwojem ciąży, powiększają się one znacznie, wypełnione życiodajnym mleczkiem. Wszyscy wiedzą, że to zasługa samca dominującego.

    Poza okresem Wymiany, nasze stada nie wchodziły sobie w drogę, wędrując po rozległych terenach w poszukiwaniu zwierzyny i innego pożywienia. Nocami kryliśmy się w jaskiniach, lub w legowiskach umoszczonych wysoko na drzewach. Nie marzliśmy, bo nasze ciała pokrywało ciepłe, miękkie futerko. Używaliśmy narzędzi wykonanych z kamienia, drewna i kości. Cały czas zachowując czujność, bo wokół nas było mnóstwo niebezpieczeństw – od dzikich zwierząt poczynając, a na obcych stadach, z samcami chętnymi na powiększenie lub pozyskanie swojego haremu kończąc. Zdarzało się, że grupy młodych samców próbowały nas zaatakować, aby porwać samice, ale zawsze broniliśmy się wszyscy razem, bo tworzyliśmy jedność. Oczywiście, zdarzało się, że podczas ataku ginął samiec dominujący. Jego miejsce zajmował wtedy najsilniejszy z napastników. Odganiał swoich dotychczasowych sprzymierzeńców, by w chwale zwycięzcy jak najszybciej wychędożyć zdobyte samice, pokazując im kto tu rządzi. Samice przyjmowały nowego władcę, bez żadnych sentymentów. On miał zapewnić bezpieczeństwo i zdrowe potomstwo. Skoro pokonał dotychczasowego, to znaczy, że jest lepszy. Ich łona stały dla niego otworem.

    Podczas mojego dorastania, już trzeci samiec zapładniał dorosłe samice. Takie czasy. Łatwo było zginąć podczas polowania, choroby, napaści, ukąszenia węża lub skorpiona. Śmierć towarzyszyła nam na co dzień, zbierając szczególnie obfite żniwo podczas zarazy. Jednak dzięki temu, przetrwały tylko najsilniejsze organizmy. Cieszyłam się, że jestem wśród nich i byłam w wieku, kiedy czerpie się z życia najwięcej radości. Z jedną z moich sióstr – Ahą, trzymałam się zawsze razem. Urodziłyśmy się tego samego lata, ale z innych matek. Jej umarła przy porodzie, więc obie ssałyśmy mleko z sutków mojej. Dzięki temu wyrosłyśmy na dwie długonogie, szczupłe gazele. Biegałyśmy równie szybko jak samce. Czasem byłyśmy wręcz niedoścignione. Tak samo zręcznie wspinałyśmy się na drzewa i skały. To był nasz świat. Wieczorem, zmęczone po całodziennych harcach, gonitwach, wspinaczkach i pracy, układałyśmy się do snu, wtulone w siebie, czerpiąc ciepło i poczucie bezpieczeństwa jedna od drugiej. Czasem przed zaśnięciem widziałyśmy, jak młode samce – nasi przyrodni bracia, zakradają się ze sterczącymi dzidami, do samic najbardziej oddalonych od śpiącego przewodnika stada, by je wychędożyć. Oczywiście omijali swoje matki i nas, bo byliśmy rodzeństwem.

    Dorosła samica wie, że młoda krew nie woda, że napięcie spinające orzeszki młokosów, musi gdzieś znaleźć ujście, więc gdy przychodzili, bez wahania ustawiała się na czworaka, pozwalając im po kolei zagościć w swoim łonie, uwalniając przy tym miliardy nasionek z ich twardych maczug. Widziałyśmy też, co robi, by zbyt głośnym jękiem nie zbudzić samca dominującego – wgryzała się w swoje przedramię, zatykając nim usta. Kiedy już została wychędożona przez trzech, czterech napalonych młodzików, pozwalali jej spokojnie zasnąć. Choć nie zawsze im to wystarczało, czasem brali ją jeszcze raz lub dopadali drugą, by rozładować do końca swoją chuć. Przyglądając się temu, trochę inaczej reagowałam, niż w trakcie dnia, gdy samiec dosiadał po kolei swoje samice. Wtedy podchodziłam do tego obojętnie i niczego nie czułam. Ale teraz, widząc jak młodzi, w tajemnicy chędożyli raz po raz, poczułam dziwne mrowienie w lędźwiach.

        Też to czujesz? – usłyszałam przy uchu szept Ahy.

    Tę noc spędzaliśmy wśród traw, w wąwozie, ukryci za skałami. Aha leżała za mną, z ręką przerzuconą ponad moim ramieniem. Byłyśmy w siebie wtulone, bo tak jest cieplej i ma się większe poczucie bezpieczeństwa. Oddychałam szybko i płytko, więc nawet nie musiałam odpowiadać. Poczułam jej dłoń na swojej piersi. Przeczesywała moją sierść, w poszukiwaniu sutka. Gdy go odnalazła, wiedziała już, że coś się dzieje z moim ciałem. Coś, co czuła także sama. Nie wiem, skąd wiedziała, co trzeba zrobić, ale włożyła ramię pod moją głowę, dłonią obejmując pierś, a tą, która wcześniej szukała mojego sutka, skierowała w dół, pomiędzy uda. Zadrżałam, gdy jej palce przeczesały gęstwinę porastającą tamtą okolicę, natrafiając na gorące, wilgotne rozwarcie. Moja chędożka płonęła nieznanym mi dotąd żarem. Pragnęłam dotyku w tym miejscu. Moje uda zaciskały się na dłoni, która sprawiała taką rozkosz, o jakiej nie mogłam nawet marzyć. Piersi mi falowały w urywanym oddechu. Pieszcząca je dłoń, powodowała promieniowanie gorących fal po całym tułowiu. Nie byłam przygotowana na przedziwną reakcję mojego ciała, która nadeszła tak niespodziewanie. Przeszył mnie rozkoszny impuls. Wszystkie mięśnie się napięły. Stężałam w niesamowicie przyjemnym stanie. Nie rozumiałam tego. To było tak rozkoszne, a jednocześnie dziwne i nieznane. Cała się trzęsłam. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że moja sierść jest zjeżona, wszystkie włoski stoją na sztorc, a czyjaś dłoń zatyka mi usta. To Aha zapobiegła nieszczęściu. Gdyby nie zareagowała instynktownie, mój krzyk obudziłby samca dominującego, a ten widząc młodzików chędożących jedną z jego samic, mógłby ich w napadzie wściekłości pozabijać.

    Byłam siostrze niezmiernie wdzięczna. Nie tylko za uratowanie naszych braci, ale przede wszystkim za to, co przed chwilą przeżyłam. Odwróciłam się przodem do niej i w blasku księżyca ujrzałam szeroki uśmiech na jej buzi. Dyszałam jeszcze ciężko, ale pod wpływem jakiegoś impulsu, dotknęłam wargami tych roześmianych ust. Nie wiem, dlaczego to zrobiłam – nigdy czegoś takiego nie widziałam, ani u samców, ani u samic. Także samiec dominujący nigdy nie dotykał ustami swoich partnerek. Nie wiem. To wyszło jakoś samo z siebie i tak zaskoczyło Ahę, że znieruchomiała, a uśmiech zniknął z jej twarzy. Poruszyłam wargami i polizałam jej usta. Poczułam poruszenie jej warg i język stykający się z moim. Urywany oddech i niepokojące drżenie ciała wskazywały, że też powinnam wsadzić palce w jej gorącą i mokrą chędożkę, bo to pomogło, gdy sama tak ciężko oddychałam. Aha ułatwiła mi wsunięcie dłoni, unosząc lekko kolano. Poczułam ciepło jej futerka i wilgotne gorąco młodziutkiej chędożki. Głaskałam ją, raz po raz wsuwając dwa palce do środka. Teraz już wiedziałam, że najprzyjemniej jest, gdy się dotyka twardego punktu przy samym wejściu, więc tak robiłam. Aha dyszała cichutko, nie odrywając ust od moich. Lizałam ją zapalczywie, bo ogarnęło mnie przedziwne uczucie podniecenia tym, co robię. Nagle oderwała usta od moich i sztywniejąc, schowała twarz w futrze porastającym moje ramiona, na styku z szyją. Na dłoni pieszczącej jej chędożkę, zacisnęły się dwa gorące, rozedrgane uda. Poczułam zęby wgryzające się delikatnie w moją skórę i drżenie jej ciała, wstrząsanego dziwnymi spazmami. Wiedziałam, że przeżywa tę samą rozkosz, której smak poznałam tuż przed nią. To było dla nas takie nowe, takie niesamowicie przyjemne! Objęłam ją mocno i jeszcze długo leżałyśmy wtulone w siebie. Nasze piersi się stykały, więc czułam szalone bicie jej serca. Poszukała ustami moich i długo jeszcze lizałyśmy swoje wargi, aż wreszcie zaspokojone, szczęśliwe i zmęczone, zasnęłyśmy twardym snem, jak zwykle wtulone w siebie.

    Tej nocy wszystko się zmieniło. Poznałyśmy smak rozkoszy. Od tamtej pory, dawałyśmy sobie przyjemność, kiedy tylko przychodziła nam na to ochota. Inne samice, obserwując nasze pieszczoty, też zaczęły dogadzać sobie nawzajem, doznając rozkoszy, której nie mógł im dać samiec, swoim dynamicznym, ale krótkotrwałym chędożeniem. Widziałam nie jeden raz, jak dorosłe samice, tuż po przyjęciu mleczka samca, kończyły własnoręcznie pieszczenie swoich narządów. Nawet się cieszyłam, że to nasza zasługa, bo tak naprawdę, to dopiero Aha i ja to odkryłyśmy, a potem pokazałyśmy wszystkim samicom, jak można się zadowolić. Pewnie już zawsze robiłybyśmy to palcami, gdyby nie przypadkowe znalezisko. Podczas łapania ryb w strumieniu, na dnie pokrytym przeróżnej wielkości kamieniami, moją uwagę przyciągnął jeden długi, przypominający samczego chędożnika. Był cały biały i idealnie wygładzony przez rwący nurt. Bardzo dobrze leżał mi w dłoni, więc przyglądałam mu się z zaciekawieniem, zastanawiając się, jakie może mieć zastosowanie. Można by było rozcierać nim nasiona na mąkę, albo rozłupywać orzechy. Jednak najpierw postanowiłam sprawdzić, czy nie zastąpiłby paluszków Ahy, w pieszczeniu mojej chędożki. Wsunęłam go pomiędzy rozwarte uda, lekko naciskając na twardy punkt rozkoszy. Moje wargi otoczyły go z dwóch stron. Podparłam dłonią od spodu długi i twardy przedmiot i poruszyłam biodrami w przód i w tył. Gładkość przesuwająca się w mojej muszelce, zaczęła emitować przyjemne impulsy. Wilgoć wnętrza sprawiła, że przesuwający się kamień, choć twardy, wydał się wręcz aksamitnie przyjemny w dotyku. Moje ruchy stały się szybsze i pełne dzikiej namiętności. Jeździłam na gładkiej, wypolerowanej powierzchni, aż wstrząsnął mną rozkoszny dreszcz ekstazy. Opadłam z sił, nogi pode mną zmiękły i wpadłam pupą do chłodnej wody. Kamień wypadł mi z ręki, ale wiedziałam, że go odnajdę. Nie zamierzałam pozbywać się takiego skarbu.

    Kiedy wróciłam do reszty stada, niosąc na rzemieniu złowione ryby, przekazałam je młodszym siostrom do czyszczenia, a sama pobiegłam do Ahy, pochwalić się swoim znaleziskiem. Kazałam jej się położyć, rozszerzyłam uda i zaczęłam drażnić kamieniem siostrzaną chędożkę. Aha złapała w mig, do czego służy moja nowa zabawka, wyrwała mi ją z rąk i wbiła w siebie niemal do końca. Gdy wysunęła ją z powrotem, zobaczyłam na białym kamieniu smużkę krwi. Tutaj zadziałał odruch. Zawsze, gdy ktokolwiek z nas się zranił, to naturalnym impulsem było oczyszczenie rany, przez lizanie. Nie różniliśmy się przecież od innych zwierząt. Przyszłam z pomocą siostrze, bo rana była w takim miejscu, że sama nie mogłaby jej odkazić. Lizałam więc zapalczywie jej chędożkę, ale siostra coraz bardziej zaczynała podrzucać biodra, jakby moje działania wywoływały u niej podobną reakcję, jak przy wkładaniu palców. Przerwałam, aby spytać ją, co się dzieje? W odpowiedzi złapała moją głowę i przyciągnęła do swojej rozpalonej, lekko krwawiącej chędożki. Wróciłam więc do lizania i robiłam to tak długo, aż drgawki i jęki siostry oznajmiły mi, że osiągnęła szczyt. Zacisnęła uda na mojej głowie i drżała jeszcze przez dłuższą chwilę.

        Cudownie! – wyjęczała i przewróciła mnie na plecy – Musisz to poczuć!

    Poczułam! Teraz jej język lizał moją chędożkę. Jego muśnięcia sprawiły, że piersi mi zesztywniały, muszelka obficie wydzieliła soki, których nadmiar spływał pomiędzy pośladkami. Ciepło rozpływające się od magicznego punktu, dotarło do najdalszych części ciała. Płonęłam! Brakowało mi tchu! Gdy na chwilę otworzyłam oczy, zobaczyłam wokół nas wszystkie samice, wpatrujące się w nasze poczynania. Aha lizała mnie nieprzerwanie, dodatkowo wsuwając dwa palce w rozgrzane wnętrze muszelki. Jęczałam z rozkoszy, ale gdy w końcu zamiast palców wsunęła we mnie cudowny, biały kamień, zawyłam z bólu i rozkoszy. Wystarczyło, że poruszyła nim kilka razy w mojej chędożce i polizała wejście do niej, a znieruchomiałam wstrząsana niesamowitą ekstazą, przy czym moje uda ścisnęły głowę Ahy w niepohamowanej rozkoszy. Ciężko dyszałam, dochodząc do siebie, gdy pierwsze ręce wyciągnęły się po mój skarb. To najstarsza samica, widząc do czego jest zdolny, chciała sprawdzić na sobie jego cudowne działanie. Oczy pozostałych samic płonęły! Natychmiast dobrały się w pary i zaczęły lizać swoje chędożki. Obserwowałyśmy z Ahą, jak całe stado, oprócz samców, które w dzień polowały, oddaje się zabawom. Wieczorem, gdy odzyskałam mój skarb, wypróbowany przez wszystkie samice po kolei, postanowiłam zabezpieczyć go przed zgubieniem. Wytwarzanie narzędzi z kamienia, było jedną z podstawowych umiejętności, jakie się zdobywało aby przetrwać, więc cierpliwie drążyłam dziurkę przy końcu, przez którą zamierzałam przeciągnąć rzemień. Po skończonej pracy, umożliwił on wieszanie kamienia na ramieniu, a także wykorzystywanie go do obrony.

    Dzięki opanowaniu do perfekcji sztuki dogadzania sobie, rok do Wymiany minął bardzo przyjemnie. Codziennie lizałyśmy sobie chędożki, albo wzajemnie pieściłyśmy je palcami, czasem używałyśmy do zabaw mojego magicznego kamienia. Było przyjemnie i beztrosko. Jednak zbliżał się dzień, kiedy miałam się rozstać ze wszystkimi, z którymi wychowywałam się od maleńkości, aby zostać dorosłą samicą, napełnianą codziennie mleczkiem jakiegoś nieznanego mi samca. Nasz przewodnik stada poprowadził nas do Gaju Wymiany, gdzie gromadziły się wszystkie stada z okolicy. Niektóre z nich musiały przebyć długą drogę i przez wiele dni podążać do miejsca spotkań.

    Znałam wiele samic z innych stad, gdyż podczas corocznych spotkań, jeszcze jako dzieci, a później młodzicy, bawiliśmy się ze sobą. Teraz stanowiłyśmy towar do wymiany. W tym roku przybyło 11 stad, więc jedenastu samców dominujących dobierało sobie nowe samice, oddając w zamian swoje dorosłe córki. Z naszego stada do wydania były cztery samiczki, wśród nich ja i Aha. Kiedy zostałyśmy wystawione, aby samce mogły nam się przyjrzeć, zauważyłam, że nasze długie nogi nie są mile widziane, że dwie niższe siostry cieszą się większym zainteresowaniem. To naturalne – mniejszym osobnikom łatwiej jest się ukryć, nie potrzebują dużo pożywienia, więc stanowią mniejsze obciążenia dla stada. Nasz samiec wymienił je zatem na dwie samice z innych stad. Również nie za wysokie. Ja z Ahą zostałyśmy przekazane do wspólnej puli samiczek dla młodych. Liczyłam się z tym, że zostaniemy rozdzielone, ale cieszyłam się, że to jeszcze nie dziś. Ten dzień dominujące samce poświęciły na chędożenie swoich nowych nabytków. Taka tradycja. Walki o założenie nowych stad miały się odbyć jutro.

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    Obi1
  • Historia stworzenia cz.2

    Jakby się chciało policzyć, to było ich prawie tylu, co palców na rękach moich, Ahy i jeszcze jednej samicy. Nawet gdyby każdy miał dostać tylko jedną z nas, to i tak nie wystarczyłoby dla wszystkich. A zasady były proste – trzy samiczki dla zwycięzcy. Przyglądałyśmy się młodym wojownikom, zastanawiając się, z którym przyjdzie nam żyć. Wielu z nich było postawnych, mocno zbudowanych i przepełnionych agresją. Jednak jeden wyraźnie się wyróżniał – miał jasną sierść. Wśród nas, pokrytych czarną, jedynie nieliczne osobniki, którym udało się dożyć sędziwego wieku, miały futro przetykane srebrnym włosiem. Ten samiec w kolorze suchych traw, musiał przybyć z bardzo daleka. Gdy mu się przyglądałam, zauważyłam że przewyższa naszych o głowę. Był naprawdę potężny. Zdawało się, że z taką posturą i siłą, nie znajdzie sobie równego w walce.

    Spojrzałam na jego chędożnika – też był inny niż samców, których widywałam od urodzenia. Miał jasną skórę i krwistobordową końcówkę. Podniecony zbliżającą się walką i nadzieją chędożenia po zwycięstwie, stał dumnie wyprężony, prezentując wielkie męstwo jego posiadacza. Wiszący pod nim orzeszek, nie sprawiał wrażenia szczególnie zasobnego w mleczko. Rozejrzałam się po innych młodych samcach i stwierdziłam, że wszyscy stoją w pełnej gotowości, zarówno do walki, jak i chędożenia. Niestety, nie wszyscy będą mieli szczęście, by załapać się na to drugie. Ich maczugi prężyły się, napinając skórę worka skrywającego orzeszek. Miały przeróżne rozmiary i kształty – jedne były całkiem proste, inne skrzywione w prawo lub w lewo, jedne wygięte w łuk do góry, inne w dół. Niektóre grube jak przedramię samicy, inne niewiele grubsze od palca. Jednak nie miało to dla mnie żadnego znaczenia, widziałam jak krótko trwa chędożenie i wiedziałam, że służy ono tylko nakarmieniu nasionka, które nosi w sobie samica. Wtedy jeszcze nie miałam świadomości, że może też dawać rozkosz.

    Samym walkom nie przyglądałam się. Nigdy nie interesowały mnie te samcze rywalizacje. Zresztą i tak nie miałam żadnego wpływu na to, kto z nich zwycięży i które samiczki wybierze. To do czyjego stada trafię, było czystą loterią, więc nie zaprzątałam sobie tym głowy. Czas oczekiwania spędziłyśmy na bliskości i pieszczotach, bo przeczuwałam, że zostaniemy z Ahą rozdzielone. Przytulone do siebie dotykałyśmy się ustami, a nasze dłonie pieściły piersi i szparki. Po spełnieniu, leżałyśmy wtulone w siebie, oczekując na to, co przyniesie nam los.

    Tak jak się spodziewałam – zwyciężył jasnowłosy olbrzym z daleka. Kazano nam się ustawić w rzędzie, wzdłuż którego się przeszedł, wybierając trzy młode samice. Byłam wśród nich – widocznie dla niego długie nogi stanowiły atut. Samiec dla potwierdzenia i okazania wszystkim swojej męskości, od razu przystąpił do prokreacji. Z pierwszą samiczką poszło mu bardzo szybko – zalał jej norkę mlekiem, które wymieszane z odrobiną krwi aż wyciekało, nie mieszcząc się w małej przestrzeni, wypełnionej jego chędożnikiem. Gdy ustawił w pozycji prokreacyjnej drugą z wybranych, wciąż był twardy tam na dole, więc wszedł w nią ostro i zdecydowanie, bez żadnych ceregieli zrywając wianek i chędożąc tym razem trochę dłużej niż poprzedniczkę. Starszyzna przyglądała się z aprobatą, a kolejni do wybierania samic z niecierpliwością. Jednak rytuał nakazywał czekać, aż zwycięzca posiądzie wszystkie swoje nagrody.

    Gdy druga z samic została napełniona jego mlekiem, przyszła pora na mnie. Ustawiłam się w tradycyjny sposób, wypinając swoją chędożkę, przygotowana na przyjęcie wypełnienia. Okazało się jednak, że wyczerpanie walką i dwa chędożenia pod rząd, spowodowały lekkie opadnięcie maczugi. Była zbyt miękka, by wcisnąć się w moją ciasną norkę. Samiec jednak nie zamierzał się poddać. Gdyby nie podołał, starszyzna mogłaby uznać, że mimo zwycięstwa w walkach, nie zasługuje na trzy dorodne samiczki. Podszedł więc do mnie z przodu i wetknął mi do ust swojego węża, miękkiego jak flak, pachnącego chędożką poprzedniej samiczki i mokrego od samczego mleka. Wszyscy byli zdumieni, bo nikt wcześniej nie widział takich rzeczy, a najbardziej byłam zaskoczona ja. Nie wiedziałam, co mam zrobić z wypełniającym moje usta kawałem mięsa, ale samiec nie pozwolił mi długo się nad tym zastanawiać.

    Złapał mnie za włosy i zaczął wsuwać i wysuwać ze mnie swoją męskość. Chędożył moje usta miękkim kołeczkiem. Czułam na języku, jak powoli zaczyna twardnieć, uderzając o podniebienie, jak chce się wcisnąć do gardła, ale sposób w jaki mnie trzymał i posuwał moje usta, ku mojemu zdziwieniu, spowodował zwilgotnienie pomiędzy udami. Tak mnie to podnieciło, że puściłam soki. Wtedy uwolnił moją głowę i wyjął z buzi twardą maczugę. Łapiąc mnie mocno za biodra, wbił się z impetem w oślizłą gorącość mojej kobiecości. Jęknęłam, czując wypełniającego mnie chędożnika. Teraz nie miało znaczenia, czy jest jasny, czy ciemny, krótki, czy długi, gruby, czy cienki, prosty, czy krzywy. Liczyła się tylko przyjemność z wypełnienia, chędożenia i spełnienia swej samiczej roli. Ale nie tylko to, bo po dwóch kopulacjach, nie zapowiadało się na szybkie zakończenie trzeciej.

    Im dłużej mnie nabijał na swój pal, tym bardziej miękły mi nogi, po ciele zaczynał rozchodzić się impuls, znany ze wcześniejszych doświadczeń z Ahą, czy magicznym kamieniem. Zaczęłam jęczeć z rozkoszy, aż w końcu zadrżałam, szczytując z krzykiem, a moja norka zaciskała się rytmicznie na wypełniającym ją konarze. To nie mogło pozostać bez reakcji samca – on także szczytował. Poczułam po raz pierwszy w życiu, pulsowanie męskiego organu w swoim wnętrzu i towarzyszące mu uderzenia mleczka w ścianki mojej chędożki. Gdy wysuwał się ze mnie, wymęczony i wpółmiękki, niekontrolowanie opróżniłam pęcherz, sikając strugami gorącego moczu, na uda własne i samca, jakby zaznaczając swój teren. To skutek niesamowitego odprężenia, po przeżytej ekstazie. Nikogo z obserwujących nasz akt, to nie obchodziło. Czynności fizjologiczne były przez wszystkich traktowane jak naturalna oczywistość. I tak zostałam samicą! Prawdziwą, nie młodziczką!

    Nasz samiec po okazaniu swojej dominacji i męstwa, nie zamierzał pozostawać w Gaju Wymiany ani chwili dłużej. Chciał jak najszybciej oddalić się stamtąd, by uniknąć niebezpieczeństwa spotkania z hordą młodzików, którym nie powiodło się w walkach, a którzy jednocząc się w większe grupy, mogliby próbować odebrać samice pojedynczemu osobnikowi. Zwłaszcza takiemu z dalekiej krainy. Obcemu. W dodatku różniącemu się od nich kolorem sierści. Dlatego nie zwlekając, odciągnął nas ze skupiska ludzi, przyglądających się wybieraniu samic i kopulacji z nimi. Skierował się na północ, biegnąc równym tempem. Grzecznie podążyłyśmy za nim, bo teraz był naszym przewodnikiem i obrońcą. W ten sposób rozstałyśmy się na zawsze, ze znanym nam światem i ludźmi.

    Wędrowaliśmy całymi dniami, z krótkimi tylko postojami na odpoczynek. Podczas każdego z nich, nasz samiec – miał na imię Rag – chędożył zazwyczaj dwie z nas. Jedną po drugiej. Potem odpoczywał, a my rozchodziłyśmy się po okolicy, w poszukiwaniu owoców, jagód, ziaren, orzechów – czegokolwiek nadającego się do jedzenia. Gdy wracałyśmy, oddawałyśmy mu część naszych zbiorów aby się posilił, a on nabrawszy animuszu chędożył trzecią, tę pominiętą podczas poprzednich kopulacji. Trzeba mu przyznać, że obdzielał nas swoim mlekiem sprawiedliwie.

    Noce spędzaliśmy na drzewach, ze względów bezpieczeństwa. Zazwyczaj szukaliśmy takich miejsc, żeby w pobliżu znajdowała się jakaś woda – rzeka lub jezioro. To nam dawało nie tylko możliwość zaspokojenia pragnienia, ale także głodu. Rag bardzo sprawnie wykonywał z gałęzi wierzby, znakomite pułapki na ryby. Wiedział też, w jakim miejscu należy je ustawić, aby połów był obfity. My wcześniej nie posiadłyśmy tych umiejętności, bo strumienie przepływające przez znane nam okolice, były płytkie i ryby łapało się w nich ręcznie. Trzeba było cierpliwie czekać aż ryba podpłynie, a potem szybkim ruchem wyrzucić ją na brzeg. Inną metodą było polowanie z oszczepem, zakończonym ostrymi kolcami, którymi przebijało się przepływającą zdobycz. Podczas wędrówki na północ, natrafialiśmy na wielkie rzeki, w których mętnych wodach nie było widać ryb, więc tylko znajomość sztuki Raga, pozwalała nam rankiem wyjmować pułapki wypełnione rybami. Jedliśmy je na surowo, bo szkoda było czasu na rozpalanie ognia. Na to mogliśmy sobie pozwolić tylko wieczorem.

    Wieczór rozleniwiał. Byliśmy zmęczeni podróżą, ale najedzeni i rozgrzani ciepłem ogniska. Wtedy chędożenie wyglądało zupełnie inaczej, niż podczas krótkich postojów w czasie marszu. Rag bez pośpiechu łapał jedną z nas za biodra i wchodził w nią delikatnie. Teraz nigdzie się nie spieszył, więc powolnymi ruchami bioder, wsuwał i wysuwał swoje blade przyrodzenie. Był dużo wytrwalszy niż podczas pierwszego chędożenia. Poza tym, wielokrotnie w ciągu dnia, napełniał nas swoim mlekiem, więc wieczorem długo trwało zanim szczytował. Ale pozwalało to także samiczkom doczekać spełnienia. W skutek długiego chędożenia wieczorem, nie był w stanie brać jedną po drugiej. Potrzebował dłuższych przerw na regenerację. Nauczyłyśmy się jednak stawiać go do pionu.

    Gdy zbyt długo nie zabierał się za kolejny tyłek, pamiętając jak podziałało to podczas pierwszego chędożenia, przystępowałyśmy do lizania jego orzeszka i kołeczka. Bardzo lubiłyśmy to robić, a samiec nie protestował. Miałam wrażenie, że wręcz za tym przepadał. Czasem robiłyśmy to we dwie, bo bardzo zżyłam się ze swoimi towarzyszkami, dzieląc się klejnotami po równo. Jedna ssała woreczek z orzeszkiem, a druga lizała czerwoną głowę węża. Nie trzeba było długo czekać, by stwardniał. Wtedy wystarczyło tylko wypiąć swoją chędożkę, by za moment poczuć wjeżdżającą w nią twardą dzidę. Tak bardzo się przyzwyczaiłam do cowieczornej kopulacji, że chyba nie mogłabym zasnąć bez niej. Potrzebowałam jej jak powietrza do oddychania, jak ryba wody.

    Któregoś wieczoru, gdy zaspokoił już wszystkie nasze potrzeby, Rag oddalił się, by po chwili wrócić z długim leszczynowym kijem. Przyglądałam się, co zamierza z nim zrobić. Najpierw okorował go całego, a następnie kamiennym nożem wyżłobił dwa rowki, na przeciwległych końcach. Potem kij utwardził nad ogniem. Do jednego z rowków, przywiązał rzemień. Z dość długich gałązek zaczął wyrabiać strzały, zbrojąc je w groty z ostrych kawałków krzemienia. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, co to takiego, bo u nas na południu, była to broń zupełnie nieznana. Jednak kiedy wykonał łuk i strzały, byłam nimi zafascynowana. Podobało mi się, że można z dużej odległości, trafić w cel. Pomyślałam, że gdybym potrafiła się posługiwać taką bronią, byłabym w stanie obronić się przed drapieżnikiem, czy innym napastnikiem, ale także zapewnić sobie pożywienie. Nawet wtedy, gdybym straciła swojego samca. Rag nie wzbraniał się przed nauczeniem nas, jak posługiwać się łukiem, bo miał świadomość, jak nieliczne jest nasze stadko. Pomimo, że nasz samiec był wielki, to w starciu z liczniejszą gromadą, byliśmy bez szans. Dlatego zaczęłyśmy ćwiczyć strzelanie z łuku, ale także nauczyłyśmy się wyrabiać strzały. Po pierwszych nieporadnych próbach trafienia w drzewo, wreszcie zaczęły się celne strzały. W miarę upływu czasu, zaczęłyśmy trafiać w coraz odleglejsze cele.

    Gdy upolowałam pierwszego zająca, z wrażenia nie mogłam zasnąć w nocy. Wierciłam się na swojej gałęzi, aż w końcu zrezygnowana, zeszłam z drzewa, by rozpalić dogasające ognisko. Wciąż przed oczami miałam pędzącego zwierzaka, którego kierunek biegu był nieprzewidywalny. A jednak posłałam strzałę z wyprzedzeniem w miejsce, gdzie po chwili pojawił się zwierzak. Padł, jak rażony piorunem. Jego ogryzione kosteczki leżały na skraju ogniska. Mieliśmy dziś prawdziwą ucztę. I to dzięki mojej wytrwałości w ćwiczeniach. Byłam dobra. Miałam ambicję, we wszystkim być tak dobra. Popatrzyłam na śpiącego na najniższej gałęzi Raga. Zawsze spał najniżej, aby nas bronić w razie potrzeby. Siedział oparty o pień, jedną nogę miał na gałęzi, a druga zwisała swobodnie. A trzecia? Trzecia sterczała dumnie, podrygując lekko. Ucieszył mnie ten widok! Ciągle nie miałam go dość!

    Podeszłam do drzewa – miałam go tuż przed twarzą. Chciałam podziękować za naukę łucznictwa, a jedyne co mi przyszło do głowy, to sprawić mu radość we śnie. Polizałam delikatnie woreczek obkurczony na bladym trzonie, przesunęłam językiem od dołu do góry, i jeszcze raz, i jeszcze raz. Potem złapałam dłonią twardy człon i przechyliłam w swoją stronę. Miałam go wycelowanego prosto w usta. Otoczyłam go wargami, okrążając językiem owalną dziurkę na jego czubku. Słona kropla podkręciła moje podniecenie i chęć zaspokojenia kochanego samca. Zaczęłam wsuwać i wysuwać, gładką, gorącą i twardą maczugę, najgłębiej jak tylko się dało. Gdy przełykałam ślinę, przełknęłam także głowę węża. Kiedy usta dotknęły podbrzusza, uświadomiłam sobie, że cały chędożnik znalazł się w moim przełyku. Cofnęłam się, wysuwając go z siebie, ale zaintrygowana swoim odkryciem, ponowiłam połykanie. Znów zmieściłam go w sobie całego!

    Zaczęłam go rytmicznie połykać, w przerwach łapiąc oddech. Trwało to dłuższą chwilę, lecz było trochę męczące, więc zajęłam się już tylko pieszczeniem samej główki. Wkrótce poczułam, jak napięty do granic możliwości chędożnik, napręża się jeszcze bardziej i pulsując wypełnia moją buzię mleczkiem. Połknęłam wszystko, bo przecież byłam karmiona takim mleczkiem jeszcze w łonie matki, a później z jej piersi, więc nie widziałam żadnego powodu, by mogło być inaczej. Jeszcze chwilę wylizywałam do czysta, mięknącego węża Raga, nie skupiając się na samej główce, ale równo traktując całość, łącznie z orzeszkiem i pokrywającym go woreczkiem. Poczułam dłoń głaszczącą mnie po głowie. To przebudzony Rag wyraził swoją akceptację dla moich poczynań. Cieszyłam się, że mu się spodobało.

    Rag nie wiedział, że zrobiłam to z wdzięczności za naukę i czuł się w obowiązku wypełnić swoją samczą powinność. Tylko czym miał to zrobić, skoro dopiero opróżniłam jego zasobnik na mleko? A przecież wieczorem też nie próżnował, chędożąc nas wszystkie w dość krótkich odstępach czasu. Przymusił mnie do przyjęcia pozycji kopulacyjnej, na czworaka, lecz mając wyssanego węża, do chędożenia użył palców. Poczułam dwa wślizgujące się w moją norkę i naśladujące ruchy chędożnika. Złapałam jego dłoń i naprowadziłam na twardy punkt, który doprowadza samice do cudownego omdlenia. Pokazałam, jak ma nimi poruszać, aby dać mi szczęście. Robił to cierpliwie, a ja zaczęłam pojękiwać, kręcić dupką i oczekiwać zbliżającego się finału. Moje jęki usztywniły w końcu jego młodą pałkę, więc rozepchnął nią moje wargi i wśliznął się do gorącego wnętrza. Chędożył mnie tak długo i wytrwale, że dwa razy mdlałam z rozkoszy, zanim napełnił moje naczynie kolejną porcją mleka. Padłam na trawę, a on zwalił się na mnie całym swoim ciężarem. Czułam się świetnie. Dobrze było tak leżeć pod swoim samcem, czuć szybkie bicie serca, pierś unoszoną spokojnym oddechem, ciepło futra pokrywającego jego skórę. Czuć się bezpiecznie. Zasnęliśmy wtuleni w siebie. Kiedy się obudziłam rano, pozostałe dwie samiczki także leżały przytulone do nas. Na drzewie doskwierała im samotność.

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    Obi1
  • Historia stworzenia cz.3

    Wraz z przemieszczaniem się na północ, zauważyłam zmiany nie tylko temperatury, ale też krajobrazu. Podczas, gdy miejsca w których się wychowywałam, były mieszaniną odkrytych przestrzeni sawann i suchych lasów, to teraz szliśmy przez gęste, wilgotne dżungle. Tylko znajomość ścieżek, pozwalała Ragowi prowadzić nas we właściwym kierunku. W gęstwinie drzew, krzewów i wszelkiej innej roślinności, bez przewodnika zginęłybyśmy, nie potrafiąc nawet zdobyć pożywienia. To nie było środowisko, które znałyśmy. Nawet nie byłyśmy w stanie nazwać większości roślin. A już o ich zastosowaniach, nie miałyśmy bladego pojęcia. W miarę podróży, Rag pokazywał nam, jak przeżyć w takim gąszczu, które owoce nadają się do jedzenia, a jakich należy unikać. Podziwiałam jego wiedzę. Choć z drugiej strony, ja o swoich okolicach mogłabym nauczyć go równie dużo. Świat, w którym się wychowałam, znałam przecież od urodzenia. Tak samo ten, przez który przechodziliśmy, nie miał tajemnic przed Ragiem.

    Oprócz poznawania nowych roślin i zwierząt, nie zaniedbywałam nauki posługiwania się łukiem. Starałam się poprawić celność i szybkość. Czasem udawało mi się wypuścić strzałę bez specjalnego celowania, instynktownie, a mimo to trafiała do celu. Podobały mi się postępy, jakie uczyniłam i często moje ćwiczenia, pozwalały zjeść wieczorem ptaka, pieczonego na ognisku. Raga chyba podniecała moja sprawność łowiecka, bo chędożył mnie po każdym upolowanym zwierzaku. Nie uszło to uwadze pozostałych samic, które zaczęły się także bardziej przykładać do wprawiania w posługiwaniu się łukiem i strzałami. Odkąd zaczęliśmy polować całą czwórką, nigdy nie brakowało nam pożywienia. Zawsze komuś z nas udało się coś ustrzelić. Uzupełniając dietę owocami lasu, jagodami, orzechami, rybami, owadami, nasze brzuszki zawsze były pełne. Nie przekładało się to jednak na gromadzenie tłuszczu, bo cały czas byliśmy w ruchu, więc zużycie energii też było spore.

    Robiło się coraz chłodniej. Wprawdzie nasze futra zapewniały ochronę przed nadmiernym wyziębieniem ciała, ale jednak w nocy, a zwłaszcza nad ranem, zimno zaczynało doskwierać. Przytulaliśmy się wtedy wszyscy, zbijając w jedną kosmatą kulę i czerpiąc ciepło jedno od drugiego. Według Raga, pozostało nam jeszcze kilka dni marszu. Znów zmienił się krajobraz. Dżungla kipiąca życiem, zmieniła się w lasy, już nie tak gęsto porośnięte roślinnością, w których widywaliśmy zupełnie inną zwierzynę, niż na naszych sawannach. Także ludzie, których zdarzyło nam się widzieć dwa razy, byli inni. Wszyscy łącznie z samicami mieli jasną sierść, taką jak Rag, byli równie wielcy i silni. Samice miały długie nogi, szerokie biodra i wydatne piersi. Ich budowa przypominała moją. Pomyślałam, że właśnie dlatego, że Rag był przyzwyczajony do podobnego wyglądu samic, nie wahał się wybrać mnie spośród niższych konkurentek. Żałowałam tylko, że nie wziął Ahy, także przecież długonogiej. Byłoby mi raźniej. Choć z nowymi przyjaciółkami zżyłam się już na tyle, że czasem gdy nad ranem doskwierał chłód, a leżałam obejmując jedną z nich, to posuwałam się do tego, że pieściłam jej dzyndzelek u wejścia do chędożki. Miałam ogromną satysfakcję, kiedy wstrząsał nią dreszcz ekstazy. Przy kolejnej okazji, rewanżowała się tym samym. Nic tak nie rozgrzewa w chłodny poranek. Krew wtedy krąży o wiele szybciej, robi się ciepło i miło.

    Unikaliśmy spotkań z obcymi, bo to jeszcze nie byli ludzie znani Ragowi, a chętnych do odebrania samic samotnemu wędrowcowi, można się było spodziewać wszędzie. Zwłaszcza takiego haremu – złożonego z samic o czarnej sierści, niespotykanej w tych okolicach. Inność zawsze jest pociągająca. To z pewnością dlatego chędożnik Raga nie chciał stwardnieć, na widok mojej gotowości po zwycięstwie nad rywalami, a zmienił się w kamień, gdy tylko trafił do mych ust. Teraz to rozumiałam. Zaczęłam się zastanawiać, czy są jeszcze jakieś inne sposoby, aby utwardzić samczy kolec, kiedy przyjęcie tradycyjnej pozycji do chędożenia, nie przynosi spodziewanego efektu. Co oprócz widoku gotowej chędożki albo lizania kołeczka i orzeszka, może być dla samca podniecające? Przypomniałam sobie wtedy młodzików, zawzięcie strugających swoje kołeczki, aż tryśnie z nich mleko i pomyślałam, że skoro nam dotykanie palcami magicznego punktu dostarcza tak miłych doznań, to może samcowi także.

    Podczas kolejnego chłodnego poranka, przywarłam piersiami, do szerokich pleców Raga. Spał twardo, a jego męskość była sflaczała. Dotknęłam go, wyczuwając palcami miękkość i delikatność pokrywającej go skóry. Pomyślałam – dziwne, że nie marznie, przecież to jedyny fragment ciała, zupełnie pozbawiony sierści. Wprawdzie był odczuwalnie chłodny, ale szybko się ogrzał w mojej dłoni. Zaczęłam poruszać nią tak, jak robiły to młode samce – w górę i w dół. Przesuwałam skórę, wysuwając i chowając w nią główkę węża. Przesunęłam też dłonią po orzeszku, obejmując go i trzymając chwilę w ciepłej otoczce. Gdy powróciłam do naciągania skóry na główkę, poczułam wyraźne powiększenie chędożnika. Zaczynał twardnieć. Rag się przebudził i obrócił na wznak. Nie przestałam delikatnie go pieścić. Gdy chciał się podnieść, by ustawić mnie w pozycji kopulacyjnej, powstrzymałam go, kładąc mu dłoń na piersi. Uległ. Powróciłam do przesuwania skóry na jego twardym, stojącym, naprężonym kołku. Dyszał coraz szybciej, by w końcu wystrzelić mlekiem wprost na swoją klatę i brzuch.

    Nie mogłam dopuścić do zmarnowania dziecięcego pokarmu, więc podniosłam się, opierając dłonie po obu stronach jego brzucha i zaczęłam zlizywać długie, białe smugi pokrywające jasną sierść. Podążałam z dołu do góry, aż dotarłam do twarzy, na której dostrzegłam także kilka kropli. Oblizałam je i zbliżyłam wargi do jego ust. Pomyślałam, że może spodoba mu się to, co robiłam kiedyś z Ahą. Zaczęłam ściskać jego wargi i lizać je. Po chwili wyrwał się ze zdumienia i też zaczął lizać i miażdżyć moje wargi. Leżałam na nim, czując przyspieszone bicie naszych serc, a na udzie pulsowanie twardej męskości. Przesunęłam więc je, sprawiając, że gorąca głowa znalazła się tuż przy wejściu do mojej chędożki. Teraz przy każdym drgnięciu, dotykała mojego punktu rozkoszy. Niewiele myśląc, cofnęłam się lekko, wbijając w siebie chędożnika i zaczynając poruszać biodrami, najpierw nieśmiało, na boki, potem w przód i w tył. Spojrzałam w oczy Raga – był kompletnie zdezorientowany. Nie miał pojęcia, że można chędożyć w ten sposób. Ja zresztą też. Nigdy nie widziałam, żeby ktoś tak robił, ale było mi bardzo przyjemnie.

    Oderwałam się od jego ust. Oparłam dłonie o piersi samca i zaczęłam podskakiwać nadziewając się raz, po raz na twardą dzidę. Widziałam w jego oczach, że zaczyna mu się to podobać. Widząc moje rozbujane piersi, chwycił je, ściskając mocno. Zajęczałam z rozkoszy, więc zaczął je ugniatać, by sprawić mi więcej radości. Zaczynałam szaleć ze szczęścia i podniecenia. Byłam dumna, że wymyśliłam nowy sposób chędożenia, a ta duma potęgowała tylko moje doznania. Wkrótce ciało przeszył mi rozkoszny piorun. Omdlałam z przyjemności, padając na swojego samca. On jednak jeszcze nie doszedł. Miał świeżo opróżniony zbiorniczek. Zrzucił mnie z siebie, każąc dosiąść swojego chędożnika Kai, która przebudzona hałasami, przyglądała się z zaciekawieniem naszemu aktowi. Wykonała polecenie bezzwłocznie, nadziewając się na ociekającego moimi sokami twardziela. Widziała jak to robię, więc od razu zaczęła podskakiwać, wbijając do końca samczą końcówkę.

    Ena także przyglądała się temu, oblizując wargi. Zrobiło mi się żal, więc rozsunęłam jej uda i zaczęłam lizać wilgotną już szparkę. Trochę tym Enę zaskoczyłam, lecz nie zamierzała protestować, czując gorący język na swoim najwrażliwszym miejscu. Lizałam ją okrężnymi ruchami, czasem obejmując wargami nabrzmiały guziczek. Jak mu się przyjrzałam, to przypominał męskiego chędożnika, tylko w zmniejszonym rozmiarze. Ssałam go i lizałam, ciesząc się pomrukami Eny, świadczącymi o rozkosznej przyjemności, obejmującej jej ciało. Pamiętając jak pieszczota piersi korzystnie wpływa na samopoczucie, sięgnęłam dłońmi do jej sutków, nie przerywając ani na chwilę lizania gorącej szparki, mokrej od soków i mojej śliny. Teraz oprócz mnie, jęczeli już wszyscy. Jeszcze chwila intensywnych pieszczot i Ena zadrżała, wstrząśnięta ogromnym orgazmem, który przeszył jej ciało od stóp, do głowy. W ostatniej chwili uniosłam się, unikając zmiażdżenia rozedrganymi udami. Dzięki temu widziałam, jak intensywnie przeżywa ekstazę. Zacisnęła uda i podkurczyła, zginając nogi w kolanach. Cała zwinęła się wokół nich, wciąż trzęsąc się z rozkoszy i cichutko pojękując.

    W tym samym czasie doszła Kaja, drżąc i zaciskając chędożkę na wypełniającym ją konarze, który pod wpływem tych impulsów, zalał ją mlekiem. Kaja opadła osłabiona na klatę Raga, a ten, ujmując jej małą buźkę w potężne dłonie, zaczął lizać usta i przyciskać do nich swoje wargi. Patrząc z boku, doszłam do wniosku, że to o wiele bardziej zbliża ludzi, niż zwykłe chędożenie. Moją uwagę przykuło mleko, wyciekające z chędożki Kai, wąską strużką płynące po woreczku kryjącym orzeszek. Przeciągnęłam po nim językiem, zbierając nim pokarm, ale z rozpędu liżąc także rozwartą norkę i mały, okrągły otworek powyżej. Kaja zamruczała z rozkoszy. Co się stało? Czyżbym odkryła kolejne miejsce, wrażliwe na dotyk, na pieszczoty? Dla sprawdzenia, powtórzyłam. Znów moich uszu dobiegło westchnienie. Może to tylko przez liźnięcie chędożki? – pomyślałam, ale by to wykluczyć, zaczęłam lizać już sam otworek. Kaja mruczała, poddając się pieszczocie z wyraźnym zadowoleniem.

    Poczułam język na swojej chędożce – to Ena, po przeżytej rozkoszy, postanowiła się odwdzięczyć, liżąc wypiętą przeze mnie norkę. Jej nos, od czasu do czasu dotykał małego otworka. Postanowiłam sprawdzić, jakie to uczucie, gdy znajdzie się na nim język, więc dłonią nakierowałam usta Eny na trochę wyżej położoną okolicę. Było bosko! Ena lizała go zapamiętale, ze zwierzęcą namiętnością, wsuwając nawet końcówkę języka do środka rozluźnionej dziurki. Robiłam to samo z dziurką Kai. Podobało mi się zaciskanie rozetki na języku. Moja norka znów ociekała sokami podniecenia. Złapałam dłoń Eny i skierowałam jej palce do mokrej muszelki. Wypełniła mnie nimi, w krótkim czasie doprowadzając do kolejnej ekstazy. Padłam twarzą pomiędzy pośladki Kai, dysząc ciężko prosto w jej czarne oczko. Zamruczała tylko z radością, wciąż całując usta Raga.

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    Obi1
  • Historia stworzenia cz.4

    Tego dnia nie udało nam się niczego upolować podczas wielogodzinnego marszu. Las przez który wędrowaliśmy, był także bardzo ubogi w jagody i inne owoce. Dlatego Rag przerwał naszą podróż na długo przed zmrokiem. Uzbrojeni w łuki i strzały, rozeszliśmy się po okolicy, w poszukiwaniu jakiejś zdobyczy, która pozwoliłaby zapełnić brzuchy przed udaniem się na spoczynek. Teren był górzysty, a obozowisko rozbiliśmy nad małym strumykiem. Na tyle małym, że nie było w nim żadnych ryb. Postanowiłam pójść wzdłuż niego licząc, że może doprowadzić mnie do większego potoku, obfitującego w jedzenia. Idąc, oczywiście rozglądałam się czujnie, by nie umknął mojej uwadze żaden ptak lub zając. Przemieszczanie się wzdłuż strumyka miało tę zaletę, że pragnienie mogłam zaspokoić w każdej chwili i wodą częściowo oszukać głód, ale także dawało gwarancję znalezienia drogi powrotnej. A to w obcej okolicy było bezcenne.

    Instynkt mnie nie zawiódł. Z dala dobiegał cichutki szmer, który w miarę zbliżania się, zamienił się w szum, a wreszcie w potężny ryk. Strumyk, wzdłuż którego szłam, wpadał do szerokiego rozlewiska, utworzonego u stóp wysokiego wodospadu. Woda się w nim kotłowała, ale na obrzeżach dostrzegłam miejsca, gdzie była przejrzysta. Przy jednym z nich przyczaiłam się z napiętą cięciwą łuku. Czekałam cierpliwie na pojawienie się jakiejś ryby, bo doświadczenie mówiło mi, że w takim miejscu, musi być ich mnóstwo. I wkrótce dostrzegłam, długi, obły, ciemny kształt, wpływający w spokojniejszą wodę. Instynktownie wycelowałam i wypuściłam strzałę. Utkwiła w ciele ryby, lecz jeszcze jej nie uśmierciła. Widziałam końcówkę strzały, zmierzającą w środek nurtu. Nie zastanawiając się nad konsekwencjami, rzuciłam łuk i strzały, po czym skoczyłam do wody, by uniemożliwić rzece odebranie mojej kolacji. Jednak nie doceniłam jej siły. Bystry nurt porwał nie tylko zdobycz, ale także mnie. Jednak nie dawałam za wygraną i w końcu złapałam końcówkę strzały. Wraz z trzepoczącą się na jej końcu rybą. Zanim wygrzebałam się na brzeg, byłam kilkaset metrów poniżej miejsca, z którego oddałam strzał. Leżałam chwilę na kamieniach, wpatrując się w rybę. To była wielka głowacica, więc jedzenia wystarczy dla nas wszystkich.

    Kiedy odwróciłam głowę, by sprawdzić, gdzie wyrzuciła mnie rzeka, radość z udanego polowania, zamieniła się w przerażenie. Leżałam w miejscu, gdzie kończy się las, a w dolinie pozbawionej drzew i krzewów, zobaczyłam dziwne, wielkie błyszczące obiekty. Wokół nich było mnóstwo ludzi. Nigdy nie widziałam takiego wielkiego stada, więc przerażona przeczołgałam się do najbliższych drzew i ukryłam w paprociach. Chciałam stamtąd jak najprędzej uciec, opowiedzieć Ragowi, jakie niebezpieczeństwo czeka na naszej drodze, ale przeważyła ciekawość. Gdy minął pierwszy strach, zauważyłam, że ludzie wchodzący i wychodzący z tych wielkich, błyszczących obiektów, są jacyś inni. Gdy przyjrzałam się dokładniej stwierdziłam, że zupełnie inni. To nie nasz rasa! Wprawdzie mieli dwie nogi i dwie ręce, ale byli wysocy i szczupli. Ich stóp nie było widać, coś mieli na nich pozakładane, jednak nie przeszkadzało to w chodzeniu. Torsy były osłonięte, podobnie jak ramiona, przedramiona, łydki i uda, czymś twardym, pokolorowanym w nieregularne plamy o różnych odcieniach zieleni i brązu. Także głowa była ukryta w jakimś dziwnym, przylegającym nakryciu, z przeźroczystą taflą w okolicach twarzy. Prawie zlewali się z otoczeniem. Widziałam ich w promieniach zachodzącego słońca. W mroku zapewne byliby niewidoczni.

    Obcy nie byli sami. Wśród nich widziałam wiele samic o sierści takiej jak Raga. Poruszały się jakoś dziwnie – jakby wbrew własnej woli. Zaintrygowało mnie to, więc skupiłam swoją uwagę na nich, na chwilę zapominając o Obcych. Gdy się dobrze przyjrzałam, dostrzegłam błyszczące obręcze na szyjach, nadgarstkach i kostkach stóp. Każda z nich byłą połączona giętką, ale sztywną gałązką z tego samego błyszczącego materiału, z płaskim, okrągłym czymś na ich plecach. To coś przy pomocy gałązek, kierowało każdym ich ruchem. Były bezwolne. Niektóre próbowały jeszcze z tym walczyć, ale wszystkie w końcu widząc bezcelowość swoich wysiłków, poddawały się.

    Obcy, mając nad nimi pełną władzę, wykorzystywali je do różnych zadań. Gdy się przyjrzałam, część samic, wyposażonych w noże (zupełnie inne od naszych – wykonane nie z kamienia, tylko z tego błyszczącego materiału), stało przy długim, ruchomym blacie, na którym leżały zwłoki samców. Te stojące na początku, zdejmowały z nich skórę, kolejne rozcinały brzuchy i opróżniały ciała z wnętrzności, następne oddzielały mięso od kości. Najlepsze jego kawałki, były pakowane w paczki, które kolejne samice zanosiły do wielkich błyszczących obiektów. Wszystkie odpady były wrzucane do wielkiego, długiego pojemnika, z którego wydobywała się para, a na końcu wypadały przedmioty, kształtem przypominające chędożnika, w takim samym kolorze jaki ma Rag. Obcy karmili nimi samice. Od czasu do czasu, jeden z błyszczących obiektów odrywał się od ziemi i odlatywał do nieba. Gdy wracał, z jego wnętrza wyprowadzano kolejne samice, wśród których ku swojemu przerażeniu dostrzegłam kilka o czarnej sierści, a na blat trafiały nowe ciała samców, również z mojej rasy. To była masowa rzeź!

    Zastanawiałam się, czy samice są im potrzebne tylko jako siłą robocza, czy też w końcu podzielą los samców i staną się mięsem? Wkrótce miałam się przekonać, do czego ich potrzebują. Jeden z Obcych wyjął prostokątny, świecący dziwnymi symbolami przedmiot i dotykając go w kilku miejscach spowodował, że wszystkie samice przymuszone przez błyszczące pająki na swoich plecach, ustawiły się w szeregu i przyjęły pozycje kopulacyjne. Jednak inne niż my, bo jakby podwójne. Co druga ułożyła się na sąsiedniej, Przywierając piersiami do jej pleców. Obcy odsunęli część pancerza, zakrywającego ich narządy rozrodcze i moim oczom ukazał się niewiarygodny widok. Oni nie mieli chędożników, tylko worek wiszący pod dwoma zasklepionymi otworami. Jeśli mnie wzrok nie mylił, to w przeciwieństwie do naszych samców, w każdym woreczku mieli po dwa orzeszki. Dziwne! Po co im dwa orzechy? Jeszcze dziwniejsze było to, że Obcy nie posiadali żadnego owłosienia. Nie dostrzegłam u nich sierści, na żadnym widocznym fragmencie skóry. W jaki sposób przetrwali zimne noce? Nie miałam pojęcia. Może ogrzewał ich ten pancerz chroniący ręce, nogi i tors?

    Ale to co naprawdę dziwne, dopiero miało nadejść. Okazało się, że jednak posiadają chędożniki! I to podwójne! Gdy samice były już gotowe, z otworów mieszczących się nad woreczkiem z orzechami, wysunęły się dwa długie, grube i szpiczaste węże. Ich głowy były bordowe, a całe trzony błyszczały od pokrywającego je śluzu. Natura wyposażyła ich w narzędzia do masowego i błyskawicznego zapładniania. Nie musieli liczyć na nawilżenie chędożki samicy, bo mieli własne. Od razu byli gotowi do kopulacji. Przystąpili do niej niezwłocznie, wprowadzając swoje organy w dwie samice naraz. Patrzyłam, jak niemal na komendę zaczęli poruszać biodrami. Nie robili tego tak szybko i gwałtownie, jak nasze samce, tylko sprawiali wrażenie delektowania się aktem prokreacji. Ich długie i twarde chędożniki, wsuwały się regularnie do samego końca, wkrótce powodując narastające jęki samic, które nieprzyzwyczajone do długiego chędożenia, zaczęły powoli szczytować – jedna, po drugiej. Ich sytuacja nie wydawała się godną pozazdroszczenia, jednak odgłosy kopulacji spowodowały zwilgotnienie mojej chędożki.

    Zadziałałam instynktownie. Zdjęłam z szyi mój magiczny kamień i wsunęłam w siebie głęboko. Zamknęłam oczy, wyobrażając sobie, że to obcy nadziewa mnie na swojego chedożnika. Podniecała mnie jego kamienna twardość, cudownie szorująca po dzyndzelku, sztywnym z ekscytacji. Moją norkę zalewały fale śluzu, powodującego lekki poślizg poruszającego się w niej kamiennego chędożnika. Wystarczyło kilkadziesiąt ruchów, by norka zacisnęła się mocno na wypełniającym ją kamieniu, a ciało przeszył dreszcz ekstazy. Obcy nie mogli usłyszeć jęku towarzyszącego orgazmowi, bo samice chędożone przez nich właśnie grupowo zaczęły szczytować, robiąc przy tym tyle hałasu, że mój pojedynczy skowyt, zginął w morzu innych. Leżałam jeszcze chwilę na wznak, stabilizując oddech i delektując się błogim uczuciem odprężenia.

    Ale gdy przyszło otrzeźwienie, postanowiłam wykorzystać fakt, że wszyscy Obcy są skupieni na chędożeniu i oddalić się niezauważenie. Wypełzłam z paproci po swoją zdobycz i wraz z nią, cofnęłam się w zarośla. Ostrożnie stąpając, by nie narobić hałasu, jakąś nadepniętą gałązką, wycofałam się w głąb lasu. Nie tracąc ani na chwilę czujności, podążałam w górę rzeki, do miejsca gdzie zostawiłam strzały i łuk. Stamtąd wzdłuż strumienia skierowałam się do naszego obozowiska. Przejście zajęło mi sporo czasu, bo wciąż rozglądałam się dookoła, by nie zostać kolejną ofiarą łowców samic. Przerażała mnie wizja ubezwłasnowolnienia, przez błyszczącego pająka siedzącego na moich plecach, spędzania dni na oddzielaniu mięsa samców i jedzenia ich w postaci podłużnych przedmiotów. Postanowiłam zrobić wszystko, by tego uniknąć. Tylko jak to zrobić, gdy obcy potrafią wznieść się ponad ziemię i z góry wypatrywać swoje ofiary? Jedynym, co przyszło mi do głowy, to unikanie otwartych przestrzeni. Zawsze trzeba mieć nad sobą gałęzie drzew. Byłam już blisko obozowiska, a właściwie tego co po nim zostało. Śladów niewielkiego, dopiero co rozpalonego ogniska i porozrzucanych wokół strzał i łuków. I tego co najgorsze – kałuży krwi. Wiedziałam, że Rag nie oddałby swoich samic bez walki. I wiedziałam też, że z Obcymi nie miał szans. Gdyby takie były, ciała samców nie leżałyby na blacie w obozowisku Obcych.

    Sparaliżował mnie niesamowity strach. To, co zobaczyłam, świadczyło o rozegranej walce. Moje stado wpadło w ręce Obcych, zapewne Rag nie żyje, a samice są zniewolone przy użyciu błyszczących pająków. Zostałam sama! Całkiem sama! W obcym środowisku i w bezpośredniej bliskości istot, które zjadają ludzi, jakby byli zwierzętami i chędożą ich samice. Nie wiedziałam, co mam zrobić. Zawsze samiec dominujący wyznaczał kierunki i zadania. Teraz byłam zdana tylko na siebie. Nigdy nie decydowałam o swoich poczynaniach, nie wiedziałam, jak to się robi. Widząc ilu samców zostało przerobionych na pokarm, nie mogłam za bardzo liczyć na odnalezienie i przyłączenie się do jakiegoś stada. Zresztą – znając skuteczność Obcych w tropieniu ludzi, wydawało się łatwiejszym ukrycie w pojedynkę, niż z wieloosobowym stadem. Uświadomiłam sobie, że jeśli chcę przetrwać, to powinnam się ukrywać w samotności, ale przede wszystkim, muszę lepiej poznać swojego wroga i znaleźć jego słabe strony. To nasunęło mi kolejną myśl – że ukrywanie się w pobliżu ich obozowiska, może się okazać najbezpieczniejszym sposobem na przetrwanie, bo nie będą się spodziewać, że ktoś ma tyle śmiałości, by kryć się tuż pod ich nosem. Samotny powrót do rodzinnego stada nie wchodził w rachubę, bo znajdowało się zbyt daleko, a poza tym – jego naturalnym środowiskiem były sawanny, zbyt łatwe do opanowania przez Obcych. Nie! Postanowiłam zostać.

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    Obi1
  • Historia stworzenia cz.5

    Wróciłam w okolice wodospadu, rozglądając się uważnie w poszukiwaniu bezpiecznej kryjówki, w której mogłabym spędzać noce, bez obawy pojmania przez Obcych, lub pożarcia przez polującego drapieżnika. Wprawdzie obecność tylu ludzi i Obcych, skutecznie wypłoszyła większość zwierzyny z okolicy, to jednak instynkt nakazywał daleko idącą ostrożność. Najlepsza byłaby duża dziupla, gdzieś wysoko nad ziemią, ale nie znalazłam takiej. Trafiłam za to na coś dużo lepszego, bo ze stałym dostępem do wody. Otóż przyglądając się wodospadowi, dostrzegłam niewielką półkę skalną. Weszłam na nią, ciekawa tego, co znajduje się za lecącymi pionowo strugami. Gdy znalazłam niewidoczne z zewnątrz wejście do jaskini wiedziałam, że to jest moje miejsce na najbliższy czas. Wzięłam się ostro do pracy, znosząc gałęzie, igliwie, liście i trawy, aby umościć sobie wygodne legowisko na twardej skale dna jaskini. Słońce już zaszło, więc na zewnątrz jeszcze coś mogłam dostrzec, ale w jaskini panował nieprzenikniony mrok. Posiliłam się surową rybą i zmęczona ułożyłam do snu. Długo się wierciłam, bo tragiczne obrazy dzisiejszego dnia i ryk wodospadu, nie pozwalały mi usnąć. Ale w końcu zmęczenie zwyciężyło.

    Następnego dnia zjadłam resztę ryby i zachowując maksymalną czujność, poszłam do miejsca, skąd wczoraj oglądałam obóz Obcych. Starałam się wypatrzeć pozostałych członków mojego stada. Kaję zobaczyłam bardzo szybko – była kolejnym ubezwłasnowolnionym przez błyszczącego pająka stworzeniem, zmuszonym do noszenia skrzynek z oddzielonym mięsem samców, do latających obiektów Obcych i chędożonym dwa razy dziennie wraz z innymi samicami. Kolor jej sierści ułatwiał mi obserwację poczynań. Nie dostrzegłam jednak Eny ani Raga. Choć ten ostatni mógł podzielić los innych samców i poćwiartowany znajdować się w skrzyniach z mięsem.

    Przez kilka kolejnych dni obserwowałam Obcych. Dowiedziałam się w jaki sposób zakładają obręcze zniewalające samice. Używali do tego jakiegoś przedmiotu, noszonego przez każdego z nich w pancerzu okrywającym torsy. Poza tym, każdy z nich miał na udzie przypięty dość duży nóż, a na drugim podłużny przedmiot, którego przeznaczenia jeszcze nie poznałam. Przez te wszystkie dni, nie zauważyłam ani jednej samicy z ich gatunku. Widziałam natomiast bezwzględne okrucieństwo Obcych. Wiele samic, które zgromadzili w swoim obozowisku, było ciężarnych, wiele zostało pojmanych z młodymi, ale przy życiu pozostawiali tylko osobniki żeńskie. Młode, które przychodziły na świat, a miały nieszczęście być samczykami, od razu uśmiercali i przerabiali na pokarm. Byłam zdruzgotana tak brutalną bezwzględnością. Przysięgałam sobie, że nigdy nie pozwolę się złapać, tym okrutnym oprawcom. Choćbym miała wbić sobie nóż w piersi! Wolałam umrzeć, niż wieść żywot niewolnicy.

    Jak się później okazało, nie było możliwości dokonania takiego wyboru. Po około dwóch miesiącach, przyzwyczajona do okolicy, czując się bezpiecznie, nie zachowałam należytej ostrożności i podczas jednej z dalszych wypraw łowieckich, w poszukiwaniu mięsa (po długotrwałej diecie rybnej, na ich widok miałam już odruch wymiotny), zostałam pojmana. Wszystko odbyło się tak szybko, że nawet nie zdążyłam zareagować. Obcy, którego dostrzegłam w ostatniej chwili, użył podłużnego przedmiotu przytwierdzonego do uda, paraliżując wszystkie moje mięśnie. Nie mogłam się ruszyć nawet wtedy, gdy spokojnie i bez pośpiechu zakładał mi obrożę na szyję i obręcze na kostki i nadgarstki. Byłam w objęciach pająka, którego tak bardzo chciałam uniknąć, że gotowa byłam odebrać sobie życie.

    Obcy postukał palcem w świecący przedmiot z symbolami i pająk na jego polecenie, przygiął mój tułów do ziemi. Stałam rozkraczona, oparta dłońmi o trawę, gdy dwa wielkie chędożniki wsuwały się we mnie. Wyłam z bólu, bo moja druga dziurka nigdy nie była chędożona, a taran wbity w nią miał słuszne rozmiary. Czułam się rozdarta i żałowałam, że jestem sama. Gdyby były dwie samiczki, to Obcy nie demolowałby mojej małej dziurki, tylko wychędożyłby nasze dwie norki, do tego przeznaczone. Ale cóż! Nic nie mogłam poradzić, a dwa węże wiły się we mnie, wprawiane w ruch przez wolny ruch bioder napastnika. Po kilku chwilach, podczas których próbowałam walczyć poddałam się, widząc bezcelowość swoich działań. Postanowiłam poczekać na rozwój wypadków, choć chędożące mnie maczugi sprawiły, że przestałam myśleć o wolności, a zaczęłam odczuwać przyjemność. Ze zdziwieniem dostrzegłam też, że mniejsza dziurka, która tak cierpiała na początku kopulacji, teraz zaczyna mi przynosić rozkosz.

    To było zaskakująco miłe uczucie, gdy twardy chędożnik wsuwał się w nią i wysuwał. Nie spodziewałam się rozkoszy płynącej z tak dziwnego miejsca. Choć właściwie przedsmak tej przyjemności miałam, gdy język Eny świdrował w nim podczas naszego ostatniego, pożegnalnego jak się okazało, aktu. Zdałam sobie sprawę, że od dwóch miesięcy nikt mnie nie chędożył! Zaczynałam wręcz odczuwać wdzięczność za dwa wypełniające mnie, obce wprawdzie, ale jednak chędożniki. Porządnie rżnięta nimi, zaczęłam w końcu szczytować, a fale orgazmu przechodziły mnie na wskroś, przez całe ciało. Drżałam w ekstazie, bezwiednie zaciskałam norkę i zwieracz na poruszających się we mnie kołkach. Ale Obcy jeszcze nie dochodził. W sumie nie dziwiło mnie to – miał regularne, powtarzające się dwa razy dziennie chędożenie, więc napięcie seksualne na o wiele niższym poziomie, niż u mnie – wyposzczonej dwumiesięczną przerwą. Przy tym wcale się nie spieszył, jak nasze samce, którym zależało tylko na jak najszybszym uwolnieniu mleka ze swojego orzeszka. Obcy posuwał, jakby delektując się tym aktem, nawet sięgnął palcami do mojego twardego, wrażliwego miejsca i pieścił je, sprawiając, że po chwili napięcie znów wzrosło, aż zaczęłam jęczeć z rozkoszy. Jeszcze kilkadziesiąt ruchów i ciało przeniknął ponowny, niezwykle silny orgazm. Zawyłam z rozkoszy i nim skończyłam, poczułam pulsowanie dwóch chędożników, pompujących na przemian mleko w obie dziurki. Było tego tak wiele, że gdy Obcy wyszedł ze mnie, spływało po udach szeroką strugą i kapało spomiędzy rozkraczonych nóg. Pomyślałam, że ta obfitość wynika z posiadania przez Obcych nienaturalnej, podwójnej liczby orzeszków.

    Wciąż zgięta, patrzyłam jak wyjmuje znów świecący przedmiot i naciska palcem w różnych jego miejscach. Wszystko widziałam odwrotnie i z perspektywy gruntu, jednak dostrzegłam strzałę wbijającą się w szyję Obcego, a po chwili kolejną w nieosłonięte miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą prężyły się chędożniki, teraz cofnięte do wnętrza ciała. Krew jaka trysnęła z przeciętej aorty, była jaśniejsza niż nasza, ale też czerwona. Ten gatunek musiał być blisko spokrewniony z ludźmi. Obcy padł na ziemię, a ja wciąż tkwiłam unieruchomiona przez to cholerne paskudztwo na plecach. Próbowałam zobaczyć, kto przyszedł mi z pomocą, kto uratował przed dołączeniem do reszty samic niewolonych w obozie Obcych, ale nikogo nie widziałam. I nie mogłam zobaczyć, bo Ena nadeszła od strony, będącej poza obszarem możliwym do obserwacji, dla osoby w mojej pozycji.

    – Uwolnij mnie – poprosiłam, gdy podeszła bliżej.

    – Nie wiem jak – odpowiedziała.

    – Poszukaj przy nim przedmiotu, pasującego do tych otworów – wskazałam wzrokiem dziurkę w obręczy na moim nadgarstku.

    Po dłuższej chwili byłam wolna. Uściskałam ze szczęścia Enę i roztarłam zdrętwiałe kończyny. Potem zabrałam Obcemu wszystko, co wydawało mi się przydatnym – nóż, pałkę, którą mnie sparaliżował i przede wszystkim klucz do otwierania obręczy. Zastanawiałam się, czy nie zabrać także pająka, ale i tak nie umiałabym go obsługiwać. Pozbierałam także swój łuk i strzały, po czym zaprowadziłam Enę do swojej groty. Tam, bezpieczne i szczęśliwe ze swojego spotkania, bardzo długo opowiadałyśmy sobie wszystko, co przeżyłyśmy od początku inwazji Obcych, która pozbawiła nas dotychczasowego, w miarę spokojnego życia.

    Ena, tego feralnego dnia, gdy straciłyśmy samca, wróciła w pobliże obozowiska w momencie, gdy Rag i Kaja stali już sparaliżowani, a Obcy podchodzili do nich, by założyć Kai obręcze i podciąć gardło Ragowi. Widziała wszystko z daleka, ukryta za drzewem. Serce jej oszalało, a strach nie pozwolił na jakikolwiek ruch. Była tak samo sparaliżowana, jak tamta dwójka. Później obserwowała tylko Kaję, próbującą walczyć z obręczami kierującymi jej ruchem, idącą w otoczeniu pięciu Obcych, z których dwaj ciągnęli zwłoki Raga. Była tak przerażona, że nie odważyła się sama zaatakować. Nie wiedziała, co robić, ani co się ze mną stało. Była przerażona samotnością i chciała jak najszybciej uciec stamtąd. Rzuciła się biegiem na południe, w stronę rodzinnych okolic, choć były wiele dni drogi stąd. Biegła w ciemności i niestety, wpadając w jakąś dziurę, złamała nogę. Blisko miesiąc leczyła ją, żywiąc się w tym czasie prawie wyłącznie owadami i roślinami rosnącymi w pobliżu. Miała wtedy mnóstwo czasu na przemyślenia i gdy poczuła, że noga już się zrosła, postanowiła wrócić, w nadziei uwolnienia nas z rąk Obcych. Szczęśliwie się złożyło, że nadeszła akurat w momencie, gdy zostałam pojmana i wychędożona.

    Ja z kolei opowiedziałam jej, jak od dwóch miesięcy obserwuję Obcych i przekazałam wszystko, czego się o nich dowiedziałam. Że głównym celem ich inwazji jest zdobycie mięsa, dlatego zabijają samców i rozczłonkowanych wywożą swoimi latającymi obiektami, oraz chędożenie samic. To, że mają podwojone narządy rozrodcze już widziała sama, bo obserwowała Obcego, który mnie dosiadł w lesie, zanim znalazła dogodną pozycję do oddania precyzyjnego strzału. Ale nie wiedziała, że chędożą nimi po dwie samice jednocześnie. Myślała, że robią to ze wszystkimi w taki sam sposób, jak ze mną – wbijając się w obie dziurki.

    – A jak to robią ze swoimi samicami? – dopytywała.

    – Widzisz, oni nie mają swoich samic. Przynajmniej ja nie widziałam ani jednej. A obserwuję ich już od dwóch miesięcy. To jest chyba taka rasa, która używa tylko cudzych.

    – To niemożliwe!

    – To po co byłyby im dwa chędożniki i dwa orzeszki? Chyba tylko po to, żeby podlać jak najwięcej nasionek. To jest gatunek z organami wytworzonymi do zapładniania jak największej ilości samic. I to niekoniecznie ze swojego rodzaju.

    – Myślisz, że młode urodzone z ich mleka, będą takie same jak oni?

    – Nie wiem. I teraz zaczynam się bać, bo mnie też zalał jeden z nich.

    – Wiesz? Mnie chyba zapłodnił Rag – nie krwawię od dwóch miesięcy.

    W tej sytuacji zazdrościłam jej. Ja miałam dotychczas comiesięczne krwawienia, a to znaczyło, że Rag nie podlał dobrze mojego nasionka. Tyle wiedziałam. Ale cieszyłam się, że nie jestem już sama, że mam się do kogo przytulić wieczorem i poczułam jakby większą wiarę w lepszą przyszłość. Wtuliłam się w jej futro, a ona objęła mnie i przyciągnęła do siebie mocno. Pomyślałam, że od dwóch miesięcy nikt jej nie chędożył, więc pora by to jakoś wynagrodzić. Całowałam usta spragnione pieszczoty, potem ssałam wszystkie sutki jej piersi, podążając w dół do twardego dzyndzelka u zbiegu warg (tych dolnych). Ena prężyła się i wyginała pod pieszczotą mojego języka. Nie poprzestawałam na lizaniu jej norki, ale zajęłam się także drugą dziurką. Wsunęłam do niej palca, a dwa kolejne do norki ociekającej sokami. Kilkadziesiąt ruchów, wspomaganych językiem doprowadziło do istnej epilepsji. Drżało wszystko, uda, brzuszek, piersi, ręce rozrzucone na boki i głowa. Ryk wodospadu zagłuszył skowyt rozkoszy. Potem zasnęłyśmy w swoich ramionach, wtulone w siebie i szczęśliwe.

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    Obi1
  • Historia stworzenia cz.6

    Dopiero następnego dnia mogłyśmy spokojnie zastanowić się nad dalszymi poczynaniami. Ena chciała jak najszybciej uciec stąd, ruszając na południe w poszukiwaniu naszego rodzinnego stada. Przekonałam ją jednak, że po tym co tutaj zaobserwowałam, wcale nie ma pewności czy nasze stado jeszcze istnieje, sądząc po ilościach zwożonych ciał samców i żywych samic. A takich punktów przerobu mięsa jak tutaj, mogło być dużo więcej. Nie wiadomo, czy na południu spotkamy w ogóle kogokolwiek. Poza tym nie wyobrażałam sobie, że mogłybyśmy zostawić tutaj Kaję na pastwę obcych. Jaki los byśmy jej zgotowały? Ena zgodziła się ze mną. Ustaliłyśmy, że na razie będziemy nadal obserwować obcych, zachowując przy tym maksymalne środki ostrożności, żeby nie powtórzyła się sytuacja, która mi się przydarzyła. Od tej pory poruszałyśmy się w pewnej odległości od siebie, mając cały czas oko jedna na drugą. To pozwalało mieć szansę na pomoc, w przypadku sparaliżowania którejś z nas przez obcych. W międzyczasie zastanawiałam się, jak uwolnić Kaję.

    Początkowo wydawało się to niewykonalne, ze względu na ilość obcych i ich niezwykłą broń, powodującą unieruchomienie wszystkich części ciała, jednak po pewnym czasie zaświtał mi niesamowity pomysł. Zmieniłam całkowicie podejście do tematu. Stwierdziłam, że nie można się koncentrować na uwolnieniu tylko Kaji, lecz trzeba zwiększyć nasze siły dołączając wszystkie żywe jeszcze samice. Teraz zaczynałam wierzyć w powodzenie naszej akcji. Zwłaszcza, że samice oddzielające mięso właściwie były już częściowo uzbrojone – miały przecież ostre noże, które dostały od obcych. Miałam nadzieję, że podobnie jak my, wiele z nich potrafi posługiwać się łukiem i strzałami. Zaczęłyśmy z Eną wytwarzać łuki i strzały, w które zamierzałyśmy dozbroić nasze towarzyszki. Wiedziałyśmy jak to robić, bo Rag nas dobrze wyszkolił. Kiedy uznałyśmy, że mamy ich wystarczająco dużo, zainteresowałam się pałką, którą zabrałam obcemu po tym jak go Ena uśmierciła. Po kilku nieudanych próbach wreszcie udało mi się unieruchomić Enę. Akurat schylała się po łuk, gdy właściwy przycisk na pałce spowodował zesztywnienie mięśni. Byłam tak dumna z opanowania broni obcych, że zaczęłam chodzić dookoła zastygniętej w bezruchu Eny chichocząc z jej bezsilności. Postanowiłam się trochę zabawić jej niemocą i przystawiając do swojego łona mojego kamiennego chędożnika udawałam, że jestem obcym i nadziewam ją na swojego twardziela. Przejechałam kilka razy po jej rowku, zauważając zawilgocenie kamiennej końcówki.

    – O żesz ty! Podnieciła cię pałka obcego! Zaraz cię wychędożę!

    Wbiłam się w wilgotną norkę, wsuwając w nią całego, twardego przyjaciela samicy. Jęknęła z rozkoszy, więc pociągając za rzemyk wydobyłam go na zewnątrz. I tak raz za razem, aż każdemu pchnięciu zaczęły towarzyszyć regularne pojękiwania. Wtedy przypomniałam sobie, że obcy robią to dwoma chędożnikami, ale nie mając drugiego kamienia mogłam użyć tylko palców. Zwilżyłam dwa w jej rozpalonej norce i powoli wsunęłam w drugą dziurkę. Teraz mogła poczuć, jak to jest kiedy się trafi w ręce obcych. Jesteś bezsilna , unieruchomiona i rżnięta w obie dziurki naraz. Samice jakoś to znoszą. Nawet bardzo dobrze znoszą. Na tyle dobrze, że już po chwili Ena wyła z rozkoszy, targana spazmami orgazmu.

    Wróciłam do broni obcych. Teraz musiałam jeszcze tylko wybadać jak to wyłączyć, żeby Ena znów mogła się poruszać. Chwilę mi to zajęło, ale wreszcie się udało! Ena padła na kolana – jej nogi jeszcze dygotały. Teraz byłam o wiele pewniejsza, że nasza operacja się powiedzie.

    – Ty wiedźmo! Co mi zrobiłaś? – moja towarzyszka odezwała się z wyrzutem, podążając na czworaka w moim kierunku.

    – Wychędożyłam cię jak obcy. A co, było ci źle?

    – Pokaż mi jak to działa – rzuciła.

    – Normalnie – wkładasz kamień do jednej dziurki i dwa palce do drugiej …

    – To wiem! Pokaż mi ich broń!

    Objaśniłam jej wszystko – jak się włącza, jak wyłącza, ale nie dałam jej sprzętu do ręki.

    – Musimy zdobyć tego więcej, to nasze szanse wzrosną – powiedziałam.

    – Ale jak?

    – Zaczniemy polować na ich patrole – ja z tym, a ty z łukiem.

    – Ty mądralo! Ale najpierw zapoluję na ciebie! – to mówiąc rzuciła się na mnie jak tygrys.

    Jej pocałunki zasypały moje ciało od góry do dołu, zmierzając powoli do szparki ukrytej w gęstym buszu. Gdy poczułam język na moim twardym miejscu, byłam już bardzo, ale to bardzo wilgotna. Ena wsunęła we mnie kamiennego chędożnika i wspomagając pieszczoty językiem posuwała mnie nim powoli, ale regularnie. Byłam podniecona wspomnieniem tego, jak ją przed chwilą zerżnęłam, więc dość szybko poczułam nadciągającą falę ekstazy. Poczułam też dwa palce wbijające się w mniejszą dziurkę i odpłynęłam. Przez chwilę czułam się jakby to Rag wypełniał moje dziurki, zalewając je życiodajnym mleczkiem. Chciałam żeby to była rzeczywistość, ale gdzieś z odmętów świadomości napłynął widok zdemolowanego obozowiska i śladów świeżej krwi. Wiedziałam, że Raga już nie ma. I że świata, który znałyśmy też już nie ma. Obcy zmienili go bezpowrotnie.

    Następnego dnia się zaczęło. Już nie zajmowałyśmy się głupotami, chędożeniem i innymi zabawami, tylko wzięłyśmy się do roboty. Zaczęłyśmy polowanie na obcych. Nadal zachowując środki ostrożności, przyczaiłyśmy się w ukryciu, w krzakach i przysypane liśćmi obserwowałyśmy leśną ścieżkę, na której wcześniej widywałyśmy patrole. Tym razem bardzo nam się poszczęściło, bo natrafiłyśmy na niewielkie stado jasnowłosych samic, zapiętych w błyszczące pająki, prowadzonych przez dwóch obcych w kierunku obozu. Kiedy zobaczyłam strzałę przeszywającą szyję tego z tyłu, użyłam pałki. Obcy znieruchomiał, a ja błyskawicznie doskoczyłam i ostrym nożem zakończyłam jego żywot. Niestety żadna z nas nie potrafiła wyłączyć pająków, które nadal wymuszały ruch samic w kierunku obozu. Dogoniłam pierwszą i spróbowałam kluczem zdjąć jej pająka w trakcie marszu. Udało się! Pająk przestał działać! Ale przerażona samica odwróciła się i zaczęła uciekać. Na szczęście natrafiła na Enę, która ją powstrzymała i starała się uspokoić. Ja pobiegłam zdjąć pająki z pozostałych, zanim wyjdą na otwartą przestrzeń.

    – Zdejmę wam to, ale nie uciekajcie. Musicie nam pomóc posprzątać tu i uwolnić pozostałe samice – mówiłam do nich spokojnie, żeby nie panikowały.

    Po kolei uwolniłam je z pająków, które później razem pozbierałyśmy i zakopałyśmy z dala od ścieżki. Pomogły nam także rozbroić truchła obcych i pozbyć się ich zwłok. Miałyśmy teraz trzy pałki, trzy ostre noże i trzy klucze do pająków. I było nas osiem! Zaprowadziłyśmy je do naszej groty, gdzie opowiedziały nam jak obcy przylecieli z nieba, zabili wszystkich samców i zabrali część samic do latających domów. Stare samice zlikwidowali, a tym młodym dla których zabrakło miejsca, założyli na plecy pająki i wysłali pieszo w obstawie dwóch uzbrojonych, których zabiłyśmy. My z kolei opowiedziałyśmy o pobliskim obozie-przetwórni mięsa i jaki los spotyka tam samice. Wprowadziłyśmy je w nasz plan oswobodzenia ich i zapytałyśmy, czy nam pomogą. Oczywiście były nam wdzięczne za ratunek i chętnie zgodziły się pomóc. Cztery z nich potrafiły celnie strzelać z łuku, co sprawdziłyśmy na polanie przy strumieniu. Dwie pozostałe uzbroiłam w broń obcych. Pomyślałam, że dobrze będzie nauczyć je wszystkie posługiwania się nią, bo w trakcie naszej akcji możemy zdobyć tej broni więcej, a jest ona o wiele pewniejsza niż łuk. Nauczyłam je także jak zdejmować z pleców samic błyszczące pająki, które kierowały ich ruchami.

    Wiedziałam, że na dłuższą metę nie będziemy mogły zostać niezauważone – było nas już zbyt wiele, więc postanowiłam, że akcję uwolnienia samic z obozu przeprowadzimy jeszcze tej nocy. Już nie można było dłużej zwlekać. Zarządziłam odpoczynek do wieczora (nie wiem kiedy stałam się przywódcą tego stada – zmusiła mnie do tego sytuacja, a przede wszystkim brak samca). Naszych nowych towarzyszek nie trzeba było namawiać – były zmęczone wrażeniami z ataku obcych i podróżą ze swojej osady. Bardzo potrzebowały wypoczynku.

    Około północy obudziłam je, zabrałyśmy naszą broń, bezgłośnie i bezszelestnie zaczęłyśmy podchody do obozu obcych. Jak zwykle nie wystawili zbyt wielu wartowników, bo samice były skrępowane błyszczącymi pająkami, a napaści samców nie obawiali się z przyczyn oczywistych. Po prostu wszyscy albo większość z nich była już tylko mięsem. Używając pałek, unieruchomiłyśmy pierwszych dwóch strażników. Zabrałyśmy im całe uzbrojenie i klucze do pająków. Teraz miałyśmy już pięć pałek paralizujących, więc rozdzieliłyśmy się i każda zakradła się bezszelestnie w pobliże kolejnych wartowników, paraliżując ich i podrzynając gardła. Teraz pozostało już tylko uwolnić z krępujących je pająków, śpiące na trawie samice. Zrobiłyśmy to po cichu, dając łuki i strzały tym, które zadeklarowały, że potrafią się nimi posługiiwać. Pozostałe chwyciły noże służące do ćwiartowania samców i po krótkiej chwili latające domy obcych zostały otoczone tłumem uzbrojonych samic. Gdy drzwi jednego z nich się otwarły, wychodzącego obcego zasypał grad strzał. Padł w progu, kolejnego sparaliżowałam pałką, a celny strzał z łuku przebił jego aortę. Drzwi się zamknęły i po dłuższej chwili domy zaczęły wzbijać się w powietrze. Samice rozpierzchły się, obawiając się kolejnego ataku obcych. Nie wiedziałam, czego można się po nich spodziewać, jednak nie stało się nic. Domy po prostu odleciały wprost do nieba. Patrzyłyśmy jak z oddali dołączają do nich kolejne, opuszczające naszą ziemię. Musieli jakoś sobie przekazywać informacje. Na wszelki wypadek krzyknęłam do wszystkich samic, aby nie pozostawały na otwartej przestrzeni, tylko skryły się w lesie.

    My z uwolnioną Kają wróciłyśmy do naszej groty i tam dotrwałyśmy do rana. Gdy po przebudzeniu poszłam zobaczyć jak wygląda obóz obcych okazało się, że nie ma po nim ani śladu. Zniknęły blaty, maszyna do przerobu odpadów, wszystkie narzędzia, pająki zdjęte z samic. Nie zostało dosłownie nic! W lesie napotkałam jeszcze kilka samic, które zbierały się do drogi. Każda chciała wrócić do rodzinnej osady, choć nie miały jeszcze świadomości, że nie zastaną tam swojego dawnego świata. Nie było samców. Pozostawała tylko nadzieja, że te które były w ciąży, powiją nowe pokolenie, pozwalające na przetrwanie ludzi. Jak się później okazało, większość noworodków była zupełnie inna niż wcześniej. Przede wszystkim dzieci zaczęły się rodzić bez sierści i gdy dorastały wprawdzie pojawiała się, ale tylko gdzieniegdzie – najwięcej na głowie i w okolicach narządów płciowych. Co gorsza – ich ciała były inne – chłopcy mieli po dwa orzeszki, a samiczki tylko po dwie piersi. Ale matki kochały swoje potomstwo, nawet takie zupełnie inne. Z czasem nowa rasa wyparła wszystkie dotychczasowe.

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    Obi1
  • Zabawy z siostra cz. 13

    Kolejne dni upływały nam pod znakiem miesiączki Klaudii , oraz gorszej pogody. Czas spędzaliśmy głównie przed telewizorem, lub każdy zajęty swoimi sprawami. Zdjęcia i filmiki na stronie zyskały już ponad sto tysięcy wyświetleń. Odezwało się nawet kilku gości, którzy za darmo chętnie zrobiliby jej profesjonalną sesję zdjęciową. Po namowach z mojej strony zgodziła się odpisać na zaczepki dwóch fotografów i umówiła się z nimi w ostatnim tygodniu wakacji. Chyba nawet ja byłem bardziej podekscytowany tą perspektywą, niż ona sama. Tymczasem jednak nasze igraszki niemal zupełnie ustały, nie licząc dwóch, czy trzech lodzików, które mi zrobiła, gdy akurat byliśmy sami. Nie pozwalała jednak nam się dotknąć. Przez prawie dwa tygodnie mieliśmy dostęp jedynie do jej piersi. Cipki i dupki nie pozwalała nam dotknąć.

    Na szczęście wszystko kiedyś się kończy. Skończył się też i czas gorszej pogody. Od dwóch dni słońce operowało znów bardzo mocno. Dobrze się składało, bo nasze ciała zdążyły delikatnie wyblaknąć.

    Była sobota. Postanowiliśmy, że gdy tylko ogarniemy nieco dom udamy się na basen. Nie mogłem się już doczekać, więc przyśpieszyłem tempa. Godzinę później mieliśmy już posprzątany cały dom. Było dopiero za kwadrans dziewiąta, więc mieliśmy cały dzień dla siebie. Nie śpiesząc się, ponieważ basen otwierano dopiero o dziesiątej, wsiedliśmy na rowery i popedałowaliśmy w stronę pływalni. Chciałem już być na miejscu, bo stęskniłem się już za widokiem jej półnagiego ciała. A że będzie ciekawie domyśliłem się po tym, jak kazała mi zabrać aparat. Widziałem, że Dawid był równie stęskniony jak ja, gdyż całą drogą jechał za nią i obserwował ją bacznie, a gdy tylko zasiedliśmy z rowerów, skorzystał z okazji i w chwili gdy Klaudia zgięta przypinała swój rower do stojaka, włożył dłoń w nogawkę spodenek i mocno ścisnął jej prawy pośladek. Najważniejsze, że już nie protestowała.

    Oprócz nas na basenie było już kilkanaście osób. Nie trzeba się było domyślać, kto znowu dzisiaj będzie gwiazdą. Nawet w ubraniu Klaudia prezentowała się obłędnie. Klękając na ręczniku i udając, że czegoś szuka w telefonie, wypięła tyłek w stronę grupki facetów. Nie takich młokosów jak my, tylko dojrzałych prawdziwych samców. Nie uszło to ich uwadze i już po chwili zbierali swoje graty, by przenieść się bliżej nas. Jeden z nich rozłożył się tak blisko, że gdyby Klaudia teraz położyła by się na ręczniku, to stopami dotykałaby jego głowy. Mając tyle wolnego miejsca dziwnym trafem wybrali właśnie to. Widziałem jak spoglądali na nią łapczywym wzrokiem. Podobnie zresztą, jak jej dwaj bracia. Wyciągnąłem aparat i zrobiłem jej kilka zdjęć. Jeden z mężczyzn również zrobił jej zdjęcie. Chyba nie była tego świadoma, a mi szczególnie to nie przeszkadzało. W końcu miała już całkiem pokaźną galerię w sieci.

    Dziesięć minut później wreszcie zostawiła swój telefon. Usiadła na ręczniku i grzebiąc w torebce rzuciła Dawidowi olejek do opalania. Zdjęła koszulkę. Oszalałem z radości. Miała na sobie ten cudowny jaskrawo żółty strój. A w zasadzie to żółte nitki imitujące strój. Widziałem, że na naszych sąsiadach również zrobiło to piorunujące wrażenie. Dawid od razu przystąpił do smarowania jej pleców. Ja zaś nagrywałem wszystko. Z nogami poradziła sobie sama. Dłonie Dawida wcierały już olejek w jej brzuch. Odchyliła głowę do tyłu, a on zaczął całować ją w szyję. Wokół nas przechodziło coraz więcej ludzi. Nic dziwnego. Zapowiadał się piękny dzień. Coraz więcej jednak ludzi rozkładało swoje rzeczy całkiem blisko nas. Dawid wciąż całując szyję siostry wylał sporą ilość olejku na jej piersi. Zauważyłem, że czterech z sześciu „prawdziwych samców „ również albo robiło zdjęcia, albo nagrywali filmy. Dawid nie zatrzymywał się. Nitka, która miała być biustonoszem powędrowała w górę, odsłaniając całkowicie piersi. Ugniatając prawą pierś, szczypał sutek jej lewego cycuszka. Zrobiłem się twardy. Podniecało mnie patrzenie jak ktoś bawi się z moją siostrzyczką. Klaudia zaczęła jęczeć, co jeszcze bardziej zwróciło uwagę ludzi na basenie. Jedno mnie zastanawia. W zdecydowanej większości byli to faceci. Ciekawe dlaczego? Kilka minut później show wreszcie dobiegł końca… A przynajmniej ten związany z piersiami. Poprawiła stanik, który i tak nie zakrył niczego, po czym wstała i obróciła się tyłem do wszystkich, a przodem do Dawida. Sprawnym ruchem zdjął z niej spodenki. Byłem w raju. Tu również była ubrana w mój ulubiony strój. Żółta nitka… Z wprawą wirtuoza Dawid wmasował olejek w pośladki siostry, nie zapominając o jej rowku. Gdy wreszcie skończył swoje dzieło, odwróciła się i zasłaniając dłońmi łono usiadła znowu na ręczniku. Kilka sekund później zadrżałem z rozkoszy. Położyła się, podpierając się na łokciach. W mgnieniu oka dotarło do mnie, czemu nie dopuszczała nas do siebie w ostatnich dniach. Żółty pasek mikro stroju fenomenalnie kontrastował, z czarnym futerkiem, które sobie zapuściła. Rozłożyła szeroko nogi, pozwalając się podziwiać „prawdziwym samcom”. Wielu z nich gdyby mogło, od razu skorzystałoby z jej wdzięków. Póki co mogli jednak tylko patrzeć. Patrzeć i nagrywać, jak Klaudia odsuwając na bok nitkę stroju i wkładając w siebie dwa palce, powoli lecz nieubłaganie, w akompaniamencie jęków i stękania, na oczach wielu ludzi doprowadza się do orgazmu. Po skończonej zabawie, jak gdyby nigdy nic włożyła nitkę stroju na swoje miejsce i położyła się, z wciąż szeroko rozłożonymi nogami. Nie mogłem nie zrobić jej kolejnych zdjęć. Futerko działało na mnie hipnotyzująco. Nigdy jeszcze nie widziałem, żeby była nie ogolona. Łono mojej siostry przyciągało nie tylko mój wzrok i aparat. Niemal każdy, kto był świadkiem jej masturbacji podchodził i z bliskiej odległości, czasem nawet kilku centymetrów robił zdjęcia jej cipki, jak również całego ciała bogini. Klaudii zupełnie to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie. Zaczęła pozować. Przeciągała się jak kotka na swoim ręczniku. Dotykała i ugniatała swoje piersi, kolejny raz włożyła sobie palce w cipkę i z rozmarzoną miną pozwalała się fotografować. Wreszcie uklękła i wypinając się mocno wyciągnęła nitkę stroju z rowka, prezentując wszystkim swoją piękną dupkę. Nie przeszkadzało jej nawet, gdy jeden z „prawdziwych samców” położył dłoń na jej pośladku, by wykonać jeszcze lepsze zdjęcie.

    Póki co dziwnym zbiegiem okoliczności na basenie byli niemal sami faceci, jednak dobiegał do nas już szczebiot dzieci i płci pięknej zmierzającej w kierunku basenu. Przenieśliśmy się zatem w nieco oddalone od wody miejsce, niemalże ku ogrodzeniu. Nikogo nie zdziwił fakt, że sporą część ludzi, która otaczała nas do tej pory powędrowała za nami. Mało tego. Bogini nawet nie musiała zbierać swoich rzeczy. Miała wielu pomocników. Gdy rozłożyliśmy się w nowym miejscu, Klaudia została otoczona szczelnym pierścieniem. Każdy chciał być jak najbliżej.

    Klaudia korzystając z okazji podała wszystkim adres do swojej galerii. Z ciekawości również tam zajrzałem. Okazało się, że w ciągu kilku minut licznik wyświetleń podskoczył o ładnych kilka setek, co oznaczało, że i ja byłem również oglądany. Mój fiut od razu na to zareagował, sztywniejąc w gaciach. Jeden z gości powiedział, że mi zazdrości. Wcale mu się nie dziwię.

    Klaudia wstała i poprawiając swój mikroskopijny strój poszła w kierunku basenu. Mimo iż te kilka nitek niczego nie zasłaniały, nikt nie mógł jej zarzucić, że paraduje nago. W końcu miała na sobie coś tam, cokolwiek. Wskoczyła do wody i pokonała dwie długości basenu. Wychodząc z wody poprawiła nitkę, która zsunęła się z sutka. Nikomu z nas nie przeszkadzało, że ochlapała nas wodą, gdy wróciła na swój ręcznik. Niemal od razu włożyła dłoń w spodenki Dawida i zaczęła bawić się jego kutasem. Widziałem, jak robi się twardy, a później jak na jego spodenkach pojawia się plama. Wszyscy zebrani wokół to widzieli, jak również moment, gdy zlizała odrobinę spermy z dłoni. Chyba każdy z nas chciał być na miejscu Dawida w tej chwili. Gdy skończyła, szepnęła mi na ucho co planuje. Zgodziłem się od razu. W sumie nie miałem innej opcji, a też mi się to bardzo spodobało.

    Rozmowa i znajomość stawała się coraz swobodniejsza, więc wreszcie postawiliśmy sprawę jasno. Kto chciał wziąć udział w dalszej części dnia, musiał zgodzić się na publikację jego zdjęć, czy filmów w necie, na stronie Klaudii. Entuzjazm sporej części „widowni” od razu osłabł. Spośród sześciu „prawdziwych samców” wyłamał się tylko jeden. Pozostała ekipa, z wyjątkiem gościa, który mówił, że mi zazdrości, wycofała się.

    Wróciliśmy do domu tylko na szybki obiad i po przebraniu się pognaliśmy nad naszą rzeczkę. Na szczęście jak zwykle ostatnio tłumów tutaj nie było. Póki co byliśmy tylko w trójkę. Pół godziny później zjawili się wreszcie nasi nowi znajomi. Wiedziałem, kto będzie rozdawał karty, więc jak już się wcześniej dogadaliśmy sięgnąłem po aparat i zacząłem nagrywać. Klaudia podeszła do „prawdziwego samca”, który wcześniej najgorliwiej fotografował jej cipkę. Pocałowała go w usta, a następnie odwróciła się i docisnęła pupę do jego krocza. Prawdziwego faceta można poznać po czynach. Raptem trzy sekundy później ugniatał już jej cycki. Po kolejnych kilku pierwsza część garderoby Klaudii leżała już na ziemi. Zaczął lizać jej szyję, dłońmi zaś całkiem mocno szarpał za sutki. Zaczynała jęczeć, co świadczyło o tym, że jej się bardzo podoba. Opuścił jedną dłoń i bez zbędnych gierek włożył ją w spodenki mojej siostry. Jęki przybrały na sile. Pomogła mu i zsunęła niżej spodenki. Jak zwykle już nie zawracała sobie głowy tym, żeby założyć majtki. Po chwili spodenki dołączyły do koszulki. Stanęła z szerzej rozłożonymi nogami. Zrobiłem zbliżenie na jej cipkę, gdy nowy znajomy masował z wprawą łechtaczkę. Doszła bardzo szybko jęcząc głośno. Przez chwilę bałem się, że ktoś ją usłyszy.

    Wszyscy, którzy do tej pory tylko się przyglądali, wreszcie zabrali się do roboty. Poza mną. Ja nagrywałem. Niemal jak jeden mąż zaczęli ją macać, całować i lizać. Ten który wcześniej mi zazdrościł namiętnie lizał jej buzię. Kolejni zajęli się piersiami, zlizywaniem soków z cipki, a wykonawca palcówki z zapałem równym mojemu zanurzył twarz między jej pośladkami. Gdy już została wylizana do czysta, znowu przejęła inicjatywę. Podchodziła do każdego z osobna i rozbierała go. Podobnie uczyniła ze mną choć póki co nie brałem udziału w akcji.

    Przerwałem nagrywanie tylko na chwilkę, by wrzucić filmik na jej stronkę. Jednocześnie wpadłem na pewien pomysł. Zapytałem wszystkich bez ogródek, w końcu wszyscy byliśmy nadzy, więc po co się bawić w jakieś podchody. Spodziewałem się sprzeciwu. Jednak już po chwili wszyscy zgodzili się na mój plan.

    Pień ściętego drzewa okazał się być doskonałym statywem, gdyż prawdziwego statywu nie mieliśmy. Kto wie, może z czasem i tego się dorobimy. Ustawiliśmy aparat na nagrywanie, a tuż obok niego postawiłem swój telefon w którym otworzyłem stronkę z sex kamerkami na żywo. Wszyscy przenieśli się bliżej aparatu i telefonu i po chwili włączyłem nagrywanie, oraz transmisję na żywo z naszej zabawy. Jako iż na sex kamerce transmitowaliśmy w roli nowego użytkownika przez kilka minut łączna liczba oglądających wynosiła równe zero. Złapałem za telefon i podszedłem do siostry. Skierowałem obiektyw na jej śliczną buzię. Uśmiechała się niewinnie. Odsunąłem się nieco i skierowałem obiektyw na piersi. Zadziałało. Wreszcie ktoś nas, a w zasadzie ją oglądał. Powędrowałem obiektywem niżej i zaprezentowaliśmy światu jej cipkę, a później tyłek. Liczba oglądających systematycznie zaczęła wzrastać. Od jednej osoby, która podziwiała piersi, poprzez trzydzieści sześć, które widziały cipkę, aż do stu dwudziestu, które patrzyły na jej tyłek. Cofnąłem się o dwa kroki i każdy kolejny widz mógł ją podziwiać w pełnej okazałości. Muszę tu dodać, że moja gorąca siostra potrafiła eksponować swoje wdzięki. Z wyrazem ekstazy na twarzy jedną ręką pieściła swoje piersi, a drugą włożyła między nogi. Młode nagie laski mają branie na takich stronach jak ta. Zwłaszcza, gdy oprócz efektów wizualnych dochodzą również efekty dźwiękowe, w postaci na przykład jęków, czy krzyków. Jęczeć Klaudia potrafiła wspaniale, więc już po chwili jej zabaw oglądało ją blisko pięćset napaleńców. Na czacie poniżej rozpętała się już całkiem burzliwa dyskusja. Nikt z nas jednak nie miał zamiaru jej czytać. Nie wytrzymałem dłużej. Mój kutas wręcz płonął z pożądania. Oddałem telefon jednemu z prawdziwych samców, który przez najbliższe chwile miał być operatorem. Sam zaś podszedłem do niej i od razu zacząłem ją namiętnie całować. Ręką od razu powędrowałem do cipki. Futerko było mokre od soków, więc bez namysłu włożyłem w nią dwa palce. Nasz kamerzysta zaczął nagrywać, jak pieszczę jej muszelkę. Nie chciałem jednak doprowadzić jej do końca palcami, więc wkrótce przerwałem te pieszczoty. Oblizałem palce, co również trafiło do Internetu, a drugą ręką złapałem za jej włosy i mocnym szarpnięciem sprowadziłem ją do pozycji klęczącej. Świadomość, że jesteśmy w miejscu publicznym, że towarzyszy nam grupa było nie było obcych osób, oraz to, że jesteśmy nagrywani i transmitowani w necie zadziałała natychmiast. Złapałem ją oburącz za głowę i wbiłem się fiutem w jej usta. Poczułem od razu jej język desperacko tańczący po moim prąciu. Przez chwilę oddałem się tym pieszczotom. Wiem jednak, że wkrótce usta siostry zmieniłyby się w odkurzacz, a to bardzo szybko doprowadza mnie do orgazmu. Dociskając więc mocniej jej głowę, wbiłem się głębiej. Odczekałem chwilę, by dać jej czas na przyzwyczajenie. Wreszcie zaś pchnąłem mocniej i znalazłem się cały w jej ustach i gardle. Nasz kamerzysta zrobił piękne zbliżenie, gdy powoli wypuszczała moją kuśkę z ust, by znowu łapczywie ją połknąć. Z każdym co raz mocniejszym pchnięciem czułem, jak jej gęsta ślina ścieka mi po jądrach. Cudowne uczucie. Wytrzymałem jakieś trzy minuty, co przy mojej siostrze było równoznaczne z przebiegnięciem maratonu. Eksplodowałem na jej buzię. Byłem zaskoczony siłą orgazmu, oraz ilością spermy, jaka wydobyła się z moich jajek. Rozsmarowałem kutasem spermę po jej twarzy, a później pozwoliłem się wylizać i wyssać do sucha. Klaudia nie zamierzała zwalniać tępa. Już kilka sekund później moje miejsce zajął Dawid, a ona z wprawą ślizgała się po jego pale. Odebrałem już telefon od nowego znajomego i z rozkoszą transmitowałem moment, gdy Dawid trzymając ręką swojego wielkiego kutasa spuszcza się na język naszej nastoletniej siostry. Ponad tysiąc osób oglądało, jak bawi się jego spermą w ustach, jednocześnie rozsmarowując resztki mojej po twarzy. Wreszcie przełknęła, pokazując jak zwykle na dowód puste usta.

    Nie byliśmy tam jednak sami. Zafascynowany jak zwykle siostrzyczką niemal zapomniałem o naszych nowych znajomych. Prawdziwy samiec, który wcześniej doprowadził ją już do orgazmu, złapał ją za rękę i pociągnął za sobą. Usiadł, opierając się o nasz pieniek-statyw i szarpnięciem zmusił ją, by na nim usiadła. Poprawił się nieco i wbił się kutasem w mokrą cipkę. Oparła się o niego plecami, rozłożyła szeroko nogi i zaczęła go ujeżdżać. Złapał ją za piersi i ugniatał mocno. Dawid nagrywał aparatem filmik na jej stronę, ja zaś transmitowałem wszystko na żywo na kamerce. Liczba odbiorców ciągle rosła. Ujeżdżała go coraz mocniej i szybciej. Jęki Klaudii ładnie zlewały się z klaskaniem jej pośladków na jego podbrzuszu. Wreszcie jego kutasem zaczęły szarpać skurcze oznaczające, że wnętrze jej pochwy wypełniło się spermą. Nie czekając długo, drugi z prawdziwych samców uklęknął między jej nogami i zajął miejsce swojego kolegi. Wyglądało to niemal jak gwałt. Wiedziałem jednak, że bardzo jej się podoba, bo podpierając się rękami wypchnęła mocno w jego stronę biodra. Doszła po raz kolejny dzisiejszego dnia krzycząc przy tym bardzo głośno. Samiec również po chwili skończył, spuszczając się na zewnątrz cipki. Oddałem znowu na chwilę telefon. Od dawna byłem biseksualny, więc widok sporej ilości spermy na owłosionej piździe siostry niemal mnie zahipnotyzował. Z dziką rozkoszą wylizałem jej futerko. Połączenie kleistego nasienia i jej soków smakowało wybornie. Trzeci z prawdziwych samców, z kutasem krótkim, ale bardzo grubym również niemal ją zgwałcił. Po raz kolejny jednak nie sprzeciwiała się brutalnemu pieprzeniu. Myślę, że tego właśnie chciała i potrzebowała. Czwarty i piąty podali jej ręce i podnieśli z trawy. Jeden z nich delikatnie strząsnął trawę i jakieś gałązki z jej pośladków, a następnie kazał jej się pochylić. Oparła się o pieniek. Rozchylił jej nogi i sprzedał porządnego klapsa. Jego towarzysz szybko do niego dołączył i po krótkiej chwili pośladki Klaudii nabrały różowego koloru. Złapała jednego z nich za fiuta i przyciągnęła do ust. Pasja z jaką obrabiała mu pałę zadziwiła nawet mnie, a nie raz doświadczyłem już jej profesjonalizmu. Widzom, którzy nas oglądali na kamerce musiało się podobać, gdy brała go całego do ust, by po chwili namiętnie i zachłannie ssać samą końcówkę. Przeniosłem na chwilę obiektyw na drugiego gościa, który posuwał ją od tyłu. Zrobiłem zbliżenie na cipkę, a później na jej falujące w rytm posunięć cycki. Zdążyłem w ostatniej chwili wrócić do jej buzi, by internauci mogli zobaczyć, jak kolejna porcja spermy ląduje na jej twarzy. Patrząc swoimi dużymi zielonymi oczami w obiektyw wysysała resztki spermy z kutasa nowego znajomego. Myślę, że tego dnia byłaby w stanie zadowolić wielu z tych, którzy ją oglądali na kamerce. Pozwoliłem sobie dokładnie wylizać jej śliczną buźkę, rejestrując wszystko na kamerce. Byłem równie głodny spermy, jak ona. Gdy wreszcie nowy kolega posuwający ją od tyłu skończył, został zastąpiony przez gościa, który cały dzień mi zazdrościł. Włożył kutasa w jej rozpaloną cipkę. Od razu jednak wiedziałem, że nie potrwa to długo. Nie myliłem się. Po kilku pchnięciach wysunął się z niej cały lśniący od jej śluzu i spermy poprzedników. Natychmiast naparł na jej zwieracze. Wpuściła go bez żadnych problemów do swej dupy, jak gdyby jej odbyt cały dzień czekał tylko na to. Zbliżyłem telefon, by internauci mogli podziwiać, jak powoli zagłębia się w jej wnętrzu. Widok był wręcz oszałamiający. Najpierw sama głową, później połowa jego długości, aż wreszcie cały, aż po same jaja zanurzył się w jej dupsku. Wytrzymał tak chwilę i nieco się wysunął, po czym znowu pocisnął do końca. Syczała przez zaciśnięte zęby. Wiedziałem jednak, że jest teraz w raju. Wysunął się na chwilę, pozwalając mi zrobić zbliżenie na jej tyłek, po czym znowu wbił się w nią cały. Złapał ją za włosy, szarpiąc głowę w tył i zaczął ją popychać. Z początku wolno, z czasem jednak przyspieszając ruchy, za każdym jednak razem wchodził w nią całą długością kutasa. Jeśli wcześniejszy seks mógł wyglądać jak gwałty, ten na pewno był gwałtem analnym. Klaudia jednak nie wnosiła sprzeciwu. Widziałem tylko kropelki potu pojawiające się na jej ciele. Wiedziałem, że doszła po raz kolejny, bo syczenie zmieniło się w jęki, a potem krzyk. Liczba widzów już dawno przekroczyła dziesięć tysięcy. Przywołałem gestem Dawida i oddałem mu telefon, sam zaś stanąłem z boku, złapałem za jej wypięte pośladki i rozchyliłem je jeszcze bardziej, umożliwiając mu jeszcze głębszą penetrację. Nie wiem jak to zrobił, ale wytrzymał jeszcze grubo ponad dziesięć minut. W końcu jednak się poddał i wystrzelił w jej wnętrzu. Nie czekając, aż ktoś mnie wyprzedzi, gdy tylko wyślizgnął się z jej tyłka, kucnąłem za nią, prosząc by wytrzymała w tej pozycji jeszcze chwilę. Przywarłem do jej rozluźnionej dziurki i zacząłem ssać. Słodko – mdły smak spermy delikatnie kontrastował ze słonym smakiem jej potu. Nie dbałem w tym momencie o to, że oglądało nas pół świata. W tej chwili liczyło się tylko uczucie powoli zaciskających się na moim języku zwieraczów odbytu mojej siostry. Teraz to ja byłem w raju.

    Ostateczna liczba oglądających kamerkę przekroczyła dwanaście tysięcy. Ile wyświetleń będzie na jej stronie? O tym przekonam się jutro.

     

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    Adam Wielicki