Category: Uncategorized

  • Hugo – Rozdzial 1, czesc 3

    Hrabia (część 3)

    Hrabia Zachary Douglas

    Sonia zmierzała powoli do mojego fiuta. Ten już sterczał na baczność. Pulsował. Żyły na nim były wręcz boleśnie fioletowe. Lubiłem ten stan. Tę niecierpliwość wyczekiwania. Już sobie wyobrażałem jak kurewski język będzie oplatał mnie w szerz, choć wiedziałem, że był w stanie zrobić to co najwyżej w połowie. A potem usta powinny się otworzyć, przyjąć od czubka poczynając, kawałek po kawałku, aż po jaja.

    I nagle zamiast języka na swoim fiucie poczułem podmuch zimnego powietrza. Zaskoczony otworzyłem szeroko oczy. W drzwiach stała żandarmeria.

    – O co chodzi?! – zapytałem ostro, nie lubiłem gdy mi przeszkadzano, zwłaszcza podczas takich praktyk.

    – Hrabia Zachary Douglas? – zapytał jeden z żandarmów. Przyjrzałem mu się uważnie. Wyglądał mi na służbistę. Miał idealnie wykrochmaloną koszule i czysty mundur. Dodatkowo po wieku stwierdziłem, że typ musiał pracować na moich ziemiach przynajmniej kilka lat. Byłem przekonany, że zna mój wygląd. Po co więc pytał? Dla zasady!

    Nie zamierzałem potakiwać głupocie i szerzyć modę na zbędne pytania, na które z góry zadający zna odpowiedź. Spojrzałem więc surowo na drugiego z żandarmów.

    – Oczywiście, że tak, głupku – syknął na młodszego kolegę, uderzając go przy tym otwartą ręką w tył głowy. Zadzwoniło. Znaczy się pusty miał łeb, jak przyświątynny dzwon.

    Właściwie cały kojarzył mi się z tym dzwonem – duży był i zupełnie niczego sobą nie wnosił, poza denerwującym hałasem. Dzwon zwykle budził mnie bez proszenia, a ten też jazgotał pytania i sapał. Brzuch miał taki, że powinien się wstydzić i ze wstydu zaszyć w czterech ścianach. I z ryja też nie był przyjemny. Pomyślałem, że takiemu to z pewnością nawet najgorsze i najbrzydsze z kurew odmawiają. I zaśmiałem się. Nie potrafiłem powstrzymać.

    Ten uderzający w pusty łeb, odpowiedział mi uśmiechem, jakby uważał, że właśnie z tego uderzenia się zaśmiałem. Pomyślałem, że gdyby znał prawdę, śmiałby się głośniej.

    Pomiędzy dwóch żandarmów wcisnął się David – mój prawnik i moja prawa ręka. David był jedynym człowiekiem, z którym rozumiałem się bez słów. Teraz też widać było po wyrazie jego twarzy, że ledwie tłumił śmiech. Byłem więc pewnym, że wie co sądziłem o jednym z żandarmów. David jednak posiadał też tak pożądaną w obecnych czasach cechę – potrafił w chwilę odzyskiwać animusz. Ja tego nie potrafiłem. Śmiałem się więc do rozpuku.

    Zerknąłem na Sonię. Klęczała w połowie drogi do mnie. Między jej nagimi pośladkami wciąż tkwiła zatyczka analna.

    – Panie, tragedia się zdarzyła na naszym terenie – zawiadomił mnie David, wchodząc głębiej. – Twym terenie – poprawił się szybko i mijając Sonię, schylił się, by chwycić ją za ramię i postawić do pionu.

    – Właśnie – przytaknąłem. – Tyś ani mój zięć, ani syn – przypomniałem głośno, po czym wychwyciłem grymas bólu na twarzy Soni.

    David zupełnie nie przejmował się tym, że kurwa była naga i zakorkowana. Pchnął ją między żandarmów, w kierunku drzwi.

    – I zamknij za sobą! – krzyknął.

    Żandarmi weszli do środka. Sonia wyszła. Drzwi, zgodnie z poleceniem Davida, zamknęła.

    – Nalegam, Zack, byś wstał, ubrał się i z nami poszedł – David przeszedł na codzienny ton, bardziej pasujący do naszej relacji. – Żandarm… – zaczął i patrząc na mnie, potakiwał. Potakiwałem więc samoistnie, goniąc jego wzrok. – Żandarm wyższy… – pokazał otwartą dłonią szczebel ponad swą głowę – jest na miejscu. Wyczekuje ciebie. Jest z sąsiedniego hrabstwa – wyjaśnił.

    – A co on tu robi? – zapytałem, nie lubiłem jak mi się władze z innych terenów pałętały po moim. W ogóle nie przepadałem za gośćmi w moim hrabstwie. Ceniłem natomiast interesy, ale te też jedynie wysyłkowe. Nigdy nie wyrażałem zgody na małżeństwa mieszane. Tu na miejscu była odpowiednia ilość kobiet i mężczyzn, by ci mogli wiązać się pomiędzy sobą. – Podaj mi ubranie – zażądałem i wskazałem Davidowi, gdzie znajduje się mój strój. – Przecież on to moim dziadkiem o ile nie pradziadkiem mógłby być. Dojechał tu konno i się nie złamał? – drwiłem wprost z żandarma wyższego. Zanim poślubiłem Marię zamieszkiwałem tamte tereny. Skurwiel wielokrotnie fundował mi zimny prysznic, gdy wyłapał mnie zalanego w cztery dupy pod tamtejszą karczmą. Wtedy byłem nikim. Dziś stałem znacznie wyżej w hierarchii od niego.

    – Jego wnuk – syknął jeden z żandarmów.

    Wejrzałem się wpierw na niego, a następnie na Davida.

    – Jego wnuk – poparł, rzucając mi w twarz dżinsami. I tym skłonił mnie do szybkiego ich naciągnięcia.

    Nie zawracałem sobie głowy szukaniem spodenek. Wisiało mi, że otrę sobie tyłek i penisa o sztywny materiał. Powiewało mi też, że gdzieś za łóżkiem znajdował się mój podkoszulek. Uznałem, że wystarczy mi sama marynarka zapięta niemal pod szyję.

    Żandarmeria wyszła, uznając zapewne, że spełnili swoje zadanie. Ja i David ruszyliśmy zaraz za nimi, ale w bezpiecznej odległości. Idąc krętymi schodami w górę, dopytywałem szeptem o szczegóły, ale nie tragedii, a tego wnuka na stanowisku. Jego dziad był strasznym dziadem. Typowy staruch, który do przyjemnych nie należał. Oczekiwałem, że dowiem się, kiedy ktoś taki odejdzie na spoczynek, zwłaszcza że nieustannie mącił, listy słał do księcia, a nawet do króla i skarżył, gdzie tylko było można.

    – Piłeś ostatnie dwa tygodnie. Trzeźwiałeś na kilka godzin i znowu. Kiedy miałem ci powiedzieć? – tłumaczył się David.

    – Podczas tych kilku godzin oczywiście – odpowiedziałem.

    – Zack! – nieznacznie się uniósł. Zatrzymał mnie szturchnięciem za ubranie i zmusił, bym na niego spojrzał. – Na grodzie, bliższym naszemu hrabstwu niż hrabiego Mulliera, znaleźli karton. Z zawartością, która poruszy ludzi, gdy na jaw wyjdzie. Nie wiem, czemu powiadomiono tamto hrabstwo, a nie w pierwszej kolejności nasze, ale ta sprawa i tak będzie wspólna – uprzedził, a potem puścił moje ubranie i pchnął mnie w plecy, gdy tylko się odwróciłem. Usiłował mnie w ten sposób pogonić.

    Podszedłem do stolika, gdzie zawsze siedział, któryś z opiekunów karczmy, a karczma była ojcowizną dla trzech braci i siostry. Ona sama oczywiście nigdy w niej nie pracowała, ale jej synowie, a i owszem. I w ten sposób – z sześcioma opiekunami – karczma stała się zaopiekowana jak nigdy wcześniej. Ten burdel przynosił naprawdę niemałe zyski. Przejezdni kupcy robili okrężną drogę, byleby skorzystać z tych dziewczyn i na własnej skórze sprawdzić czy plotki pochwalne okażą się być prawdziwe. Ja sam też dołożyłem do tego swoją cegiełkę. Każdą kurwę sam poddawałem testom, treningom i – gdy było trzeba – tresurze.

    Spojrzałem na pryszczatego młodzieńca. W pierwszej kolejności nakazałem mu pozdrowić matkę. Za dziecięcych lat to z nią nago pływałem w pobliskim stawie, choć ona śmiertelnie bała się żab. Bywałem więc, od czasu do czasu, sentymentalny.

    – I daj Soni wycisk. Pozostałej dwójce, które mnie zadowalały, także. Lanie żadnej nie zaszkodzi – rozkazałem. – Gdy w nocy tu powrócę, wszystkie trzy dupy mają być fioletowe – dodałem.

    David, stojąc obok mnie, chował twarz w jednej dłoni. Nie wiedzieć dlaczego kręcił z niedowierzania głową.

    Kelnerka o obfitych kształtach podała mój płaszcz, a ta będąca od niej o przynajmniej dekadę młodszą, przyniosła mój kapelusz i szal. Niosła też ubrania dla Soni. Ta przywdziewała je niezdarnie. Dostrzegłem, że korek analny wciąż znajdował się w jej pupie. Mój fiut ponownie stanął na baczność, tworząc widoczny namiocik w dżinsowych spodniach.

    Odziewając się do końca, pytałem Davida o zawartość pudełka.

    – Dziecko – konspiracyjnie szepnął, ale wszystkie trzy kobiety z pewnością to usłyszały.

    Pokręciłem głową na jego głupotę, a następnie obejrzałem się na jedną, drugą i trzecią, z przyłożonym do ust palcem.

    – Przejdzie to dalej, a łeb urwę – uprzedziłem.

    – Panie hrabio – śmiała się do mnie odezwać ta, która wiekiem nawet mej córki nie przewyższała. Była nowa. Kucharzyła, nie chciała się kurwić. A szkoda, bo ładna była. Z pewnością miałaby duże branie. – Już od przynajmniej stu lat, hrabiom król nie zezwala na odbieranie żyć bez zgody jego samego, a ta zwykle podyktowana jest opiniami ludu. Bez głosowania i powiadomienia króla, ma głowa wciąż będzie na swym miejscu.

    – Słuchaj no, mądralo, czy jak ci tam na imię – zacząłem.

    – Vera – przerwała mi.

    – Vero, może i stracić cię nie mogę, ale wychłostać, a i owszem. Zawsze, nawet gdy trafi mnie zwykły kaprys – ostrzegłem.

    Otuliłem się szczelnie szalikiem, tak, by poły płaszcza trzymał na tyle, by nie było widać, że ma klatka piersiowa jest naga, po czym wyszedłem na zewnątrz.

    David podążył za mną.

    – Jesteś konno? – zdziwiłem się.

    – Jakoś tak wyszło – odpowiedział. – Twój Homer potrzebował się wybiegać.

    – Na imię mu Hugo – warknąłem przez zaciśnięte szczęki. Wciąż nie rozumiałem dlaczego ten mustang daje dosiadać się Davidowi. Nikomu innemu, poza mną i nim, nie pozwalał się nawet dotknąć. Przez co dokładał mnie obowiązków. Stajenny nie mógł go ani myć, ani czesać. Kopał, głową uderzał, jakby był bykiem z rogami. A ja nie mogłem się tej cholery pozbyć, bo przed kilkoma laty złożyłem Marii obietnicę, że się tym cholerą po samą jego śmierć będę zajmował. A przy tym franca zastrzegła, że sam nie mogę tego przeklętego konia stracić!

    Zakręciło mi się w głowie od samej wiadomości, że będę musiał zasiąść na tym żywym bydlęciu. Kiedyś kochałem jazdę konną, obecnie nienawidziłem koni. Hodowałem je wciąż. Przynosiły mi zysk, ale już na żadnym samodzielnie nie jeździłem. Od ponad roku zasiadałem wyłącznie w powozach. Zakupiłem cud techniki – cztery kółka z silnikiem. Martwa rzecz była w mej opinii bezpieczniejsza od żywej istoty, która nigdy niewiadomo co myśli i knuje, a pewnym jest jedynie, że knuje dużo. O tym też powiedziałem Davidowi.

    – Ludzie to też żywe istoty – mądrze zauważył.

    – A myślisz, żem dlaczego nie ożenił się powtórnie? – zapytałem retorycznie. Po czym dosiadłem konia i wskazałem Davidowi, by usiadł za moimi plecami. – Sam poprowadzę – zarządziłem, dochodząc do wniosku, że wolę być zdany na jedną nieprzewidywalną istotę, niżeli na dwie w tym samym czasie. – Kieruj – poleciłem.

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    Dla Dorosłych

    DD–DlaDorosłych to wspólny projekt stworzony w 2023 roku przez kilku autorów. W rzeczywistości różni nas bardzo dużo, ale łączy jedno – zamiłowanie do pisania. Razem tworzymy niepowtarzalne historie, a wszystko po to aby dorosły czytelnik mógł poczuć się wyjątkowo. Można nas znaleźć na Bloggerze, Wattpadzie, Instagramie i Facebooku.

  • Bruce&Katerina – Rozdzial 1, czesc 1

    Matrimonium (część 1)

    Katerina BraveWinner

    Pięć palców, nieco krzywe paznokcie i nieskazitelnie gładka skóra. Opuszkiem kciuka sunę po lekko wysuniętych kosteczkach. Dłoń małego dziecka potrafi rozczulić. Mnie zachwyca. Dłoń Salvadora jest taka, jaka moja nie będzie już nigdy. Kłuje to lekką zazdrością, ale mimo tego wciąż zachwyca tak samo. Może dlatego że należy do mojego, a nie cudzego, syna.

    Uśmiecham się mimo woli. Czuję jak kąciki ust unoszą się ku górze i nie potrafię nad tym zapanować. Nie umiem ich powstrzymać. Ściąganie emocji lejcami nie należy do moich mocnych stron. Nie jestem powściągliwa. Hamulców wyzbyłam się dawno temu, przed ponad dwudziestoma laty. Życie nauczyło mnie jednak zwalniać. Nauczyło też dodawać gazu, nawet na niebezpiecznych zakrętach. Jednak bycie farciarą pozwoliło mi na robienie tego wszystkiego w odpowiednich momentach. I mimo licznych strat, zawsze wychodziłam, w tym ogólnym rozrachunku, na plus. Więcej było zysków. Całkiem sporo zwycięstw.

    Salvador śpi. Główkę trzyma na poduszce wypchanej pierzem. Poszewka jest wełniana, ozdobnie wykonana za pomocą szydła. Dostałam ją na infantem amoris. Dawniej mówiło się bociankowe lub baby shower. Właściwie nadal zdarza się infantem amoris nazwać baby shower. Angielski wciąż obowiązuje. Jest najpowszechniejszy. Stoi na równi z łaciną. On i łacina tworzą dwie proste równoległe. Po angielsku można dogadać się wszędzie, poza urzędem. W języku angielskim można przeczytać książkę. Większość zbiorów bibliotecznych, a właściwie wszystkie, poza księgami zakazanymi i urzędowymi, zostało przetłumaczonych na angielski. Natomiast już półki sklepowe i etykiety na produktach, nawet tych spożywczych, są po łacinie. To zmusza do znania obydwóch języków. Nieznajomość pierwszego to jak rezygnacja z rozrywki, zaś rezygnacja z drugiego to jak samodzielne skazanie się na nieznajomość życia, a przynajmniej tak mawia Bruce – mój mąż. Kiedyś te słowa kierował do mnie, teraz czasami zdarza mu się raczyć nimi nasze dzieci.

    Dzieci, niemal wszystkie, nie lubią łaciny. Wydaje im się ona być zbędną. Między sobą jej nie używają. W szkole jest tylko jednym z przedmiotów. A produkty po prostu widzą. Nie czują potrzeb czytania etykiet. I cóż począć? Można zrozumieć. Ja rozumiem. Rozumiem, bo jako dziecko też lubiłam sobie odpuszczać. Dziś uważam, że częste braki konsekwencji tego odpuszczania lub konsekwencje wcale dla mnie niedotkliwe, skłoniły mnie do tego, by odpuszczać sobie coraz więcej i coraz częściej, aż to stało się moją rutyną. Z tą rutyną weszłam w dorosłe życie. Wniosłam do niego syna. Bezbronną wtedy istotę, która polegała na niekonsekwentnej mnie. Polegała, bo nie miała innej opcji. Nie było wtedy przy nas nikogo. Mieliśmy siebie. Tylko siebie.

    Dziś mój pierworodny to niespełna dwudziestojednoletni mężczyzna. Dla mnie jednak zawsze pozostanie chłopcem. Kiedyś wyobrażałam sobie jak będzie wyglądał, gdy dorośnie i czym będzie się zajmował. Dziś powiedziałabym tamtej mnie, by korzystała z chwili, bo dziś życzyłabym samej sobie, by Samuel na zawsze pozostał dzieckiem.

    Samuel to bez dwóch zdań moja największa duma, choć nie kocham go bardziej od pozostałych. Kocham inaczej. Każde z dzieci kocham inaczej. Czasami żartuję sobie sama z siebie, iż jest to moim prywatnym poszanowaniem jednostki i cech indywidualnych w świecie pełnym ogólników, ustawiającym ludzi pod jedną miarą.

    Przestaję głaskać Salvadora po dłoni. Wstaję z dwuosobowego łóżka, które dostawione do samej ściany, pozwala mi bezpiecznie spędzić noc, bez obaw, że Salva się sturla i spadnie na podłogę. Każdej nocy jestem przy nim. Dzielę z nim to łóżko i myślę, że będę je dzielić jeszcze jakiś czas. Taka rola matki. Tutaj macierzyństwo się celebruje. Na równi pierwsze, co i dziesiąte. Salvador jest moim piątym dzieckiem. Za mną są cztery ciąże.

    Dla bezpieczeństwa obkładam wolny bok łóżka poduszkami. Zdmuchuję aromatyczne świece i zapalam lampkę nocną. Przy jej nikłym, nieco różowawym świetle przyglądam się swojemu odbiciu w niedużym lustrze, zwykle ukrytym w szufladzie komody. Uważam, że muszę zawsze dobrze wyglądać. Przeczesuję więc włosy, zazwyczaj spięte w wysoki kok. Dziś są rozpuszczone. Nie spodziewałam się gości, zwłaszcza tak późnych. Co prawda w Novus ordo wizyty rzadko się zapowiada. Sąsiedzi pożyczają między sobą narzędzia. Koledzy mojego męża często wychylają w jego towarzystwie wieczornego drinka. Sąsiadki odwiedzają mnie ot tak, by pożyczyć cukier. Przyjaciółki, by pomóc w domu albo wypić kawę i uraczyć rozmową. Jednak żadna kobieta nie podróżuje samodzielnie po zmroku. Właściwie to od kolacji winniśmy siedzieć w swych domach. Dzieci przygotowywać do spania. Mężów zadowalać, służąc im wsparciem w troskach. I swą obecnością, radując ich, zabawiać rozmową gdy trzeba i zrzucać ubrania, gdy tylko rozkażą.

    Ostatnich kilka słów zdania, które utworzyło się w mojej głowie, wcale nie opisuje mojego małżeństwa. Bruce nigdy nie kazał mi na rozkaz pozbywać się ubrań. A przynajmniej nie w takim celu. Jest z tych, którzy lubują się w samodzielnym rozpakowywaniu prezentów.

    Wychodzę z pokoju małego dziecka, często zwanego też pokojem dziecka i matki i kieruję się wprost na schody. Tymi podążam w dół, do skąpanego w mroku przestronnego salonu. Stamtąd udaję się na korytarz i zmierzam do jego końca. Ostatnie drzwi po lewej prowadzą do kuchni. Te po prawej do schowka na przeróżne rupiecie, na które już na strychu nie było miejsca. A te na wprost do gabinetu Bruce’a. Łapię za klamkę tych, za którymi znajduje się kuchnia.

    – Już jestem – obwieszczam, właściwie sama nie wiem po co, skoro zarówno Eva – moja przyjaciółka – jak i Samuel, widzą, że przestępuję próg kuchni i siadam dokładnie naprzeciw nich, do zimnej kawy.

    Ostatnio nieczęsto zdarza mi się pić ciepłą. Salvador ma ciągłą potrzebę bycia przy mnie. Dosłownego wiszenia na mnie. A ja, jakoś tak, z dzieckiem na kolanach kawy pić nie potrafię. A nawet nie lubię. Kawa smakuje mi tylko w połączeniu z kawałkiem ciasta i relaksem, zdobionym ciszą i błogim spokojem.

    – Nie mógł zasnąć? – dopytuje Eva. Poprawia przy tym wysoką kitkę. W takiej fryzurze jej rude włosy przypominają liście palmy. Podobnie rozkładają się na boki. Jeszcze wczoraj było im bliżej odcieniem do miedzi. Dziś zakrawają o czerwień. Kręcę głową, rozumiejąc nagle powód, przez który Eva przybyła do mnie w porze, uznawanej tutaj za koniec dnia. Czerwień nie jest pożądanym kolorem w Novus ordo. Należy się go raczej wystrzegać. Z pewnością nie przywoływać.

    Przytakuję ruchem głowy. Nie mam ochoty spowiadać się mojej przyjaciółce z powodów, przez które Salvador wciąż nie przesypia całej nocy. W macierzyństwie jesteśmy tak różne od siebie, że temat ten grozi przynajmniej drobną sprzeczką. Świadomie więc obydwie go pomijamy. Nawykłyśmy już do tego. Od lat tak czynimy. Kiedyś powodów do kłótni miałyśmy więcej, bo córki Evy były małe w tym samym czasie, w którym podobnie małe były moje bliźnięta. Jej córki i moja para bliźniąt podrosły, i przestałyśmy rozmawiać o karmieniu i usypianiu. Zanikły więc powody większości sporów.

    – Zrobię ciepłej kawy – oferuje Samuel.

    Właśnie dlatego to moja największa duma. Samu umie się zachować niemal w każdej sytuacji. Jest pomocny, serdeczny, gościnny. A przy tym niezwykle przystojny, o czym świadczy sam wzrok Evy, którym odprowadza go do kuchenki gazowej i na tym wcale nie poprzestaje. Eva w skupieniu przygląda się jak Samuel odpala zapałkę, a następnie podkłada ogień pod palnik, jakby czynił to z jakąś wyjątkową gracją. A Eva nie zawiesza oka na wszystkich. Właściwie rzadko to robi. A kiedy już to robi, a w jej towarzystwie znajdują się najbliższe z jej przyjaciółek, to zwykle też komentuje. I to jak komentuje. A o Samu nie mówi, nie w taki sposób lub tylko nie w mojej obecności, jakby tym, że jest moim synem, zabrano jej możliwość głośnych westchnień i pochyleń nad jego wyglądem.

    Wgapienie Evy w Samuela trwa moim zdaniem o wiele za długo, dlatego odchrząkam znacząco i lekko trącam przyjaciółkę czubkiem domowego papcia w kostkę. A gdy Eva skupia na mnie swój wzrok, ja wbijam własny z natarczywą intensywnością w jej obrączkę.

    – No właśnie! – ożywia się nagle Eva. – Nie uwierzysz – uprzedza. – Tyle lat farbuję włosy i, kurwa, dziś nie wyszło – żali się w sposób wulgarny.

    Samu z trudem powstrzymuje śmiech, ale ręka mu drży. Kawa z łyżeczki sypie się na drewniany blat. Zauważam to.

    – Wycierasz – zwracam się rozkazująco do syna. – Nigdy nie zrozumiem po co się tak męczysz – tym razem mówię do przyjaciółki.

    – Bo naturalny kolor mi nie odpowiada.

    – Też farbuję włosy – przypominam, bo regularnie je rozjaśniam. Naturalnie mam na głowie coś pomiędzy ciemnym blondem a jasnym brązem, czyli nic ciekawego. Taka szarość, pomimo że jestem od Evy znacznie stateczniejsza, nawet mnie nie pasuje. Na czerwień jednak bym się nie odważyła. Nie w tym życiu. Wszelkie eksperymenty tego typu pozostawiłam w tyle. Należą do mojej przeszłości, którą w Novus ordo nie wypada mi się chwalić.

    – To wina Dominika – wypala nagle Eva w sposób wielce oskarżycielski, a jednak na tyle zabawny, że spuszczam głowę, pochylając się nad kubkiem zimnej kawy, byle nie widziała jak kąciki moich ust unoszą się ku górze. – Zabronił mi iść do pulchritudinem domus, a poprzedni kolor się wypłukał. Te farby coraz mniej trwałe robią. Pomyślałam, że jak potrzymam dłużej, to i dłużej się na głowie utrzyma. Nie przewidziałam, że wyjdzie jak wino – opowiada.

    – Napiłabym się wina – mówię. – W sumie, czegokolwiek – przyznaję, a Samu jak na zawołanie, najpierw stawia przede mną i Evą po filiżance kawy, a następnie wyciąga z wewnętrznej kieszeni marynarki srebrną piersiówkę.

    – Cokolwiek – informuje.

    Zaśmiewam się.

    – Jakoś nadal nie mogę się przyzwyczaić, że pijesz – wyznaję. – Że jesteś już dorosły – wyjaśniam.

    – Jeszcze nie tak zupełnie – wtrąca się Eva.

    Dobrze wiem co moja przyjaciółka ma na myśli. W Novus ordo dorosłość zaczyna się wraz z wyprowadzką z rodzinnego domu. Niemal zawsze towarzyszą temu zaślubiny, choć zdarza się, by mężczyzna mieszkał samodzielnie jeszcze przed ślubem. Dziewczęta nie mają takiego prawa. Pozostają dziewczętami aż do przysięgi małżeńskiej. Później stają się żonami i dopiero to czyni z nich kobiety.

    Moja droga była nieco inna. Mogłabym tutaj opowiadać, że moja dorosłość przyszła nagle, brutalnie zrywając nić dziecięcości. Skłamałabym wtedy. To nie było nagłe wydarzenie. I choć życie zrobiło ze mnie czternastoletnią matkę, to ja sama takie życie wybrałam, bardziej lub mniej świadomie. Jednak proces tego wyboru był długi. Stopniowo przechodziłam z dzieciństwa na tę dorosłą stronę. I w efekcie dziś mam prawie dwudziestojednoletniego syna, mając ledwie trzydzieści pięć lat. To bardzo niewiele jak na dorosłe dziecko, nawet w świecie Novus ordo. Tutaj, choć już czternastolatki mogą wychodzić za mąż, to zazwyczaj na ślubnym kobiercu stają przynajmniej rok później. Następnie rok cieszą się wyłącznie mężem. I dopiero po tym roku planują powiększenie rodziny. Starania też swoje trwają. Tak więc większość kobiet w Novus ordo zostaje matkami po siedemnastym a przed dwudziestym rokiem życia. Myślę, że tak jest dobrze. Optymalnie. Ciało i umysł są już gotowe na dziecko, a przy tym organizm jest silny, wręcz w kwiecie swojego rozkwitu.

    Odpędzam od siebie myśli o ciążach i ślubach, i skupiam się na wymianie zdań, jaka nastała pomiędzy Evą a Samuelem. Moja przyjaciółka wypytuje mojego syna. Jest ciekawa czy ma on narzeczoną. Samu cierpliwie wyjaśnia, że na tę chwilę stawia naukę na pierwszym miejscu. Studiuje prawo. A ja mam nadzieję, że nie zostanie egzekutorem. Nie widzę go w roli kata. Zawód sędziego też do prostych nie należy. Obciąża sumienie. I dociera do mnie, że chciałam dla niego innej drogi. Po cichu marzyłam, że będzie godnym zastępcą swojego ojca, że obierze polityczny kierunek i podąży imperatorską ścieżką. Moim zdaniem polityka pasowałaby do Samuela. Jest ambitny. I choć nie jest aż tak obowiązkowy i zasadniczy jak jego młodszy brat – Simon – to daleko mu do wyznawcy minimalizmu w podejmowanym działaniu. Tę rolę póki co zarezerwował sobie Steven – niepunktualny, nieobowiązkowy, zwykle rozweselony siedmiolatek. Steven to typ dziecka, które jest dla matki największym wyzwaniem. Ciężko go okiełznać. Niemal do niczego nie można go zmusić siłą argumentów.

    Poza Samuelem, Simonem, Stevenem i Salvadorem mam jeszcze jedno dziecko – córeczkę – Selenę. Selena jest bliźniaczką Stevena. Mają wiele wspólnych. Jednak jej więcej jest wybaczane. Jest oczkiem w głowie Bruce’a. Jego księżniczką.

    Samuel rozlewa trunek z piersiówki do dwóch małych kieliszków. Eva w tym czasie opowiada jak akurat w dniu, w którym jej nie udało się stworzyć dobrego koloru na głowie, jej męża musieli odwiedzić jacyś ważni ludzie. I choć zlepek słów dobry kolor na głowie mnie bawi, to już cała sytuacja z lekka przeraża. Dobrze wiem czym zajmuje się Dominik – mąż Evy. Jego stanowisko polityczne jest dokładnie takie samo jak to należące do mojego męża. Obaj zarządzają małymi miasteczkami, które w połączeniu z sobą i jeszcze jednym miasteczkiem, tworzą średniej wielkości miasto. Są imperatorami, przez co nasze rodziny są na tak zwanym świeczniku. Przez co z kolei winni jesteśmy społeczeństwu, które reprezentujemy i za które nasi mężowie odpowiadają, być wzorami do naśladowania. Żony i dzieci imperatorów powinni świecić przykładem. Bruce, jako mój mąż i ojciec naszych dzieci tego właśnie od nas wymaga. Myślę, że Dominik – mąż Evy – podziela w tym temacie jego poglądy, choć prywatnie wiele ich różni.

    – I co zrobiłaś, gdy przyszli goście? – interesuje się Samuel. Zauważam, że nie zwrócił się do niej z grzecznościowym ciociu, co sprawia, że zaczynam zastanawiać się, kiedy przeszli na ty.

    – Założyłam czapkę – odpowiada Eva.

    Samu zamyka oczy, starając się w ten sposób powściągnąć śmiech. Ja chwytam za kieliszek. Nie potrafię się napić. Przez tłumiony chichot trzęsie mi się ręka.

    – Bardzo zabawne, wiecie – gani nas Eva. – To dramat jest. Pytali czy mi zimno.

    Tym razem wybucham. Chichram się jak głupia. Samu jeszcze jakiś czas trzyma fason, ale w końcu i on się śmieje.

    – Jaki jest finał tej historii? – dopytuję, szczerze licząc na streszczenie. Jestem zmęczona. Cały dzień zajmowałam się Salvadorem, domem i planowaniem najbliższych świąt. Tworzyłam specjalne zamówienie, które najdalej w przyszłym tygodniu powinnam powierzyć na dłonie ulubionej krawcowej. Wiem, że jeśli doniosę je później, może mi odmówić uszycia odświętnych strojów. Nasza rodzina jest liczna, a ona nigdy nie narzeka na ilość zamówień. Dodatkowo ma odgórnie ustalony limit. Jej pensja nie jest uzależniona od ilości. Jest stała. Nie wolno jej się przepracowywać. Novus ordo w taki sposób dba o swoich obywateli.

    Łapię oddech. Dociera do mnie, że kiedyś wydawało mi się, że jak mój mąż już osiągnie zadowalającą rangę polityczną, a tym samym wejdzie na wysoki stopień drabiny społecznej, to mnie będzie wolno więcej. Myliłam się. Tutaj to tak nie działa. Bogaci nie mają wcale więcej praw od biedniejszych. Ubóstwa praktycznie nie ma. Nikt się nie wywyższa i nie wykorzystuje swojego zawodu czy pozycji. Tym samym ja nie mogę wymagać od krawcowej, by odmówiła komuś kto był pierwszy i zajęła się moim zamówieniem. Właściwie to mam obowiązek dostarczyć je do pewnego terminu, by nie wypaść z zaklepanej kolejki. A i tak ów zaklepanie wynika z długoletniej znajomości, a nie z tego, że mój mąż jest kimś na miarę dawnego burmistrza.

    Przypomina mi się, jak kiedyś posunęłam się do powołania na stanowisko męża w równie ważnej dla mnie, a błahej dla Bruce’a, sprawie. Wtedy wydawało mi się, że jako żona imperatora mogę od kogoś wymagać więcej od pozostałych obywateli Viridi pace. Sądziłam, że wolno mi żądać. Myliłam się. Bruce brutalnie sprowadził mnie wtedy na ziemię. Zbił i powiedział, że nie wolno mi takiego zachowania powielić, że coś podobnego nigdy więcej ma się nie wydarzyć.

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    Dla Dorosłych

    DD–DlaDorosłych to wspólny projekt stworzony w 2023 roku przez kilku autorów. W rzeczywistości różni nas bardzo dużo, ale łączy jedno – zamiłowanie do pisania. Razem tworzymy niepowtarzalne historie, a wszystko po to aby dorosły czytelnik mógł poczuć się wyjątkowo. Można nas znaleźć na Bloggerze, Wattpadzie, Instagramie i Facebooku.

  • Bruce&Katerina – Rozdzial 1, czesc 2

    Matrimonium (część 2)

    Katerina BraveWinner

    Zatapiam się w tych niewygodnych wspomnieniach. Zupełnie tak, jakbym była pod wodą, docierają do mnie przytłumione odgłosy rozmowy Samuela i Evy. Czerwonowłosa opowiada o tym, jak za drugim razem, wchodząc do gabinetu męża, kiedy przyjmował gości, zarzuciła na głowę ręcznik i okryła ciało szlafrokiem. Wytłumaczyła, że dopiero co wzięła kąpiel. Następnie, nie informując męża werbalnie o wyjściu, wymknęła się z domu, pozostawiając niechlujnie wydartą kartkę na stole, z pisemnym wytłumaczeniem, że tego dnia było mi potrzebne ramię najlepszej przyjaciółki. Oczywiście nie zadała sobie trudu, by przybliżyć mężowi godzinę swojego powrotu do domu.

    Nie snuję w głos czarnowidztwa. Mam nadzieję, że mąż Evy nie wbiegnie do domu mojego męża niczym po ogień. Bruce nie lubi takich niespodzianek w życiu. Szczerze powiedziawszy, to Bruce nieszczególnie przepada za Evą i to z wzajemnością. Nigdy nie wnikałam z czego wynika ten między nimi, nieszczególnie widoczny na pierwszy rzut oka, konflikt. Być może Bruce przyzwyczajony był do pierwszej żony Dominika. Noemi darzył szczerą sympatią. Dużo z nią rozmawiał i bez uszczypliwych złośliwości żartował.

    Eva i Samuel śmieją się. Nawet nie unikają nawzajem swojego dotyku. Ona przeczesuje mu włosy, zachwycona ich gęstością. On trąca o jej i głosi, by sprała ten grzeszny odcień przynajmniej do marchewki lub przyciemniła do brunatnej rdzy. A ja w tym czasie, podchodzę do lodówki i na kartce wielkości A4, na której znajdują się najważniejsze notatki, zapisuję, by z samego rana, po wyprawieniu dzieci do szkół, zabrać Salvadora na spacer i po drodze odwiedzić krawcową. Tutaj na krawcową mówi się claoca, na krawca sartor. Claoce szyją ubrania, sartorzy dodatki garderobiane, zwłaszcza te dla panów oraz materiały typu sukna na stoły, obicia foteli samochodowych czy sakiewki na gry planszowe, głównie na szachy i warcaby. Mój mąż swojemu zlecił obicie w materiał książek znajdujących się w gabinecie. Bruce jest pedantyczny. Irytowało go, że każda okładka ma inny kolor. Obecnie wszystkie są w kolorze głębokiej zieleni.

    Przed oczami wciąż mam wydarzenia sprzed lat, a było to w pierwszym roku objęcia przez Brucea stanowiska imperatora Viridi pace. Bliźniaków nie było jeszcze na świecie, Salvadora nawet nie było w planach, Simon był malutki, nie miał nawet trzech lat, a Samuel dumnie głosił, że zaraz po noworocznym festynie będzie miał ich sześć. W tamtym czasie wiele robiłam na ostatnią chwilę. Nie dawałam sobie rady z prowadzeniem tak dużego domu. Z chęcią korzystałam z przywilejów jakimi były domy urody, termy, kawiarnie i restauracje. Nieco ciążyło mi to, że nasza rodzina nagle znalazła się na szczycie, który był widoczny dla wszystkich obywateli miasta, przez co była też skrupulatnie przez nich oceniana, a z drugiej strony radowała mnie ta wyższość, poczucie, że w końcu jestem kimś, że coś znaczę.

    Wykorzystałam wtedy swoją pozycję i jak dotychczas zrobiłam to tylko raz. Wtedy kiedy udałam się do claoci i usłyszałam, że nie ma już miejsca na kolejne zamówienia, bo zapisy prowadziła do początku dwunastego miesiąca w roku, tak by od razu wiedzieć jak rozłożyć pracę pomiędzy sto kilka szwaczek, u nas zwanych satrixy. Oznajmiłam jej z niezadowoleniem, że chyba nie wie do kogo mówi. Przedstawiłam się jako żona Bruce’a BraveWinnera, choć każdy w miasteczku wiedział kim jestem. Wtedy claoca przyjęła moje zamówienie, a ja z zadowoleniem opuściłam jej zakład krawiecki. Podczas kolacji nawet pochwaliłam się mężowi w jakim kolorze wystąpimy na festynie świątecznym. Nie przeczuwałam żadnej, nawet najmniejszej tragedii. Bruce zachowywał się tak jak zwykle. Chwalił jedzenie, dolewał mi wina, rozmawiał z Samuelem. Simon miał ciężką mowę. Zaczął mówić na chwilę przed czwartymi urodzinami. Tak naprawdę czyniąc to na ostatni dzwonek, w marcu, gdy w czerwcu miał rozpocząć, trwające trzy miesiące, przygotowanie szkolne.

    Ja sprzątałam po kolacji, a Bruce kładł chłopców spać. Opowiadał im o froncie. Pokazywał rozłożone karabiny, nazywał ich części. Samu zawsze był tym zachwycony. Za dziecka lubił wszelkie bronie. Do dziś jest niemal bezbłędny na strzelnicy.

    Nim Bruce uśpił chłopców i schował w gabinecie wszelkie militaria, ja udałam się do sypialni. W pośpiechu szykowałam łóżko, gdyż z rana pozostawiłam je niepościelone. Później zrzuciłam z siebie pierwszą warstwę ubrań. W bieliźnie i na boso przeszłam do połączonej z sypialnią łazienki. Wtedy w sypialni zjawił się Bruce.

    – Masz ochotę na wspólną kąpiel? – zapytałam, ustawiając temperaturę wody. Do wanny wsypałam soli morskiej o delikatnym, migdałowym zapachu.

    – Może później – odparł. Wyminął mnie. Ledwie się wyprostowałam, a on się pochylił i zakręcił kurki od kranu. Woda przestała lecieć.

    – Czy coś się stało? – spytałam niepewnie. Bruce’a twarz nie wyrażała wiele, ale wyraźnie był jakiś taki nieswój. Nieco obcy. Bardzo chłodny w samej postawie. Emanował czymś czego jednoznacznie nie można przyrównać do gniewu czy złości, ale jest to coś co tym uczuciom nieodłącznie towarzyszy.

    – Kto dał ci prawo, wymagać od innych, by dostosowywali swój czas do ciebie, tylko dlatego że jesteś moją żoną? – mówił bardzo powoli, spokojnie i wyraźnie. Towarzyszył temu dźwięk odpinanego paska. Złowrogie dzwonienie sprzączki.

    – Nie wiem o czym mówisz – skłamałam. W rzeczywistości domyślałam się, co Bruce miał na myśli. Grałam jednak na zwłokę. Potrzebowałam czasu. Poczyniłam krok w tył. W planach miałam wykonać kolejny.

    I wtedy Bruce krzyknął:

    – Stój! – i to było jedyne co powiedział głośniej. Dalej mówił już w pełnym opanowaniu. – Jestem zmęczony. Za mną ponad dziesięć godzin pracy, w tym pięć fizycznej. Jeśli teraz zafundujesz nam przebieżkę po domu, przynajmniej tydzień nie usiądziesz – zagroził.

    W moim mniemaniu było to groźbą, w jego zapewne tylko i wyłącznie uczciwym uprzedzeniem, a być może nawet nie, może tylko zwykłą informacją. W każdym razie poskutkowało. Zaprzestałam cofania się. Nawet postąpiłam dwa kroki na przód. Dosięgnąłem do ramion męża. Uciskałam je delikatnie, ocierając opuszkami o szyję i kark.

    – Jesteś zmęczony – mówiłam, chcąc by stał się bardziej podatny na manipulację. – Domyślam się o co ta cała afera. Drobiazg – stwierdziłam. – Drobiazg niewarty, by psuć nam wieczór – dodałam, zbliżyłam twarz do twarzy męża, ale nim uniosłam się na palcach i wargami dosięgnęłam do jego ust, to on wycofał się o krok.

    Pokręcił głową.

    – Nie drobiazg – poinformował. – Jeśli w tak błahej sprawie powołujesz się na moje nazwisko…

    – Nasze – wtrąciłam.

    – Moje – trwał przy swoim.

    – Nigdy się nie przyzwyczaję – burknęłam z niezadowoleniem.

    Sięgnęłam do wieszaka po szlafrok. Okryłam się nim i szczelnie związałam supeł. Nie krępowałam się nagości. Rozbieranie się na scenie niegdyś było moją pracą. Śmiałość z minionych lat nawet na metr ode mnie nie odstąpiła. W tamtej sytuacji jednak przeszkadzało mi to, że ja byłam w samej bieliźnie, podczas gdy mój mąż miał na sobie pełny garnitur.

    Bruce puścił mimo uszu moją uwagę o tym, iż nigdy nie przyzwyczaję się, że nazwisko, które noszę, wciąż jest tylko jego nazwiskiem i że będzie nim tak długo, aż dzieci osiągną pełnoletność. Wtedy nazwisko BraveWinner będzie reprezentowało ich samych. W tamtym czasie ja i synowie, przez to samo nazwisko, swymi poczynaniami świadczyliśmy o Bruce’e, jako o mężu i o ojcu.

    – Jeśli już teraz, w tak błahej sprawie, powołujesz się na moje nazwisko, oznacza to, że tym bardziej nie zawahasz się go użyć w poważniejszej sytuacji – ciągnął dalej swój wywód. – I nie zrobisz tego tylko po to, by gdzieś przepchnąć się bez kolejki…

    – Wypraszam sobie! – uniosłam się. – W kolejkach zawsze czekam – dodałam.

    Bruce westchnął. Czuć było od niego irytację.

    – Jeśli jeszcze raz mi przerwiesz, to najpierw cię zbiję, by przypomnieć ci jak zachowuje się żona okazująca mężowi należyty szacunek, a dopiero później powrócimy do aktualnej rozmowy – zagroził.

    – Też mi rozmowa! – zadrwiłam o wiele za głośno niż powinnam. – Tocząca się pośrodku łazienki, bez herbaty z cytryną i ciasta. Nawet herbatników nie ma – wyśmiałam.

    Nie wiem co wtedy we mnie wstąpiło, ale odwróciłam się na pięcie i wymaszerowałam z łazienki. Przeszłam do sypialni, usiadłam przy toaletce i rozpoczęłam zmywanie cieni z powiek i maskary z rzęs. I Bruce pozwolił mi w spokoju zakończyć tę czynność. Stał wsparty o ścianę, obok dużej, ciężkiej szafy z lustrem, dokładnie naprzeciw łóżka i toaletki, którą zajmowałam. Widziałam go dobrze w odbiciu. W dłoniach ciągle dzierżył złożony w pół, skórzany pasek.

    – Nie zmienisz zdania, prawda? – zapytałam smutno. Starałam się patrzeć mu w twarz, ale wciąż czyniąc to w odbiciu lustrzanym.

    – Mogliśmy negocjować – stwierdził i postąpił kilka kroków. Wkrótce zajął miejsce na łóżku, tuż za mną, na tyle blisko, że dosłownie miał mnie na wyciągnięcie ręki. – Zanim zarzuciłaś mi brak herbaty, ciasta i herbatników. – Uśmiechnął się, ale nie tak jak uśmiecha się szczęśliwy człowiek. To był uśmiech pożałowania, wyższości i lekkiej drwiny. – Wstań – zabrzmiało niczym wyrok.

    Odłożyłam gąbeczkę z delikatnego materiału na blat ręcznie rzeźbionej toaletki. Podniosłam pupę z tapicerowanego, puchowego pufa. Odwróciłam się do Bruce’a. Sięgnął mojej dłoni i poprowadził mnie tak, bym stała naprzeciw niego i by nie oddzielał nas żaden mebel, w tym wypadku puf. Pas trzymał już tylko w lewej dłoni, a wkrótce w żadnej. Odłożył go na łóżko, bliżej poduszek. Rozpoczął rozsupływanie wiązania sznurka przy moim szlafroku. Kiedy tylko mu się to powiodło, chciałam odskoczyć w tył, ale szybko pochwycił za mój nadgarstek.

    – Nie szarp się – zwrócił mi uwagę, czyniąc to lekko warkliwie, niemal przy tym nie otwierając ust. Przyciągnął mnie bliżej siebie, jednym, zdecydowanym ruchem. Teraz moje nogi, zewnętrzną stroną, dotykały wewnętrznej strony jego ud.

    Uniósł nieznacznie tyłek z łóżka, by strącić z moich ramion szlafrok, a kiedy ten opadł, Bruce zajął miejsce ponownie. A ja znowu spróbowałam się cofnąć i po raz kolejny zostało to mi udaremnione. Tym razem pochwycił za mój nadgarstek lewą dłonią, a prawą smagnął siarczyście w okolicę lewego pośladka, na pograniczu uda.

    – Stój spokojnie – polecił, kiedy ja syknęłam i nieco skuliłam się pod wpływem niespodziewanego uderzenia.

    – Przeproszę krawcową – wypowiedziałam szybko, brzytwy sięgając. Ten fragment mojej skóry, który Bruce uderzył, zapiekł. Dosłownie palił.

    – Nie wątpię – zabrzmiał bez żadnego miłosierdzia. Puścił mój nadgarstek i palce wskazujące i środkowe obydwóch dłoni wsunął za gumkę moich bawełnianych majtek.

    Bez zastanowienia chwyciłam go za ręce i w ten sposób zaoponowałam przed obnażeniem moich pośladków i kobiecości.

    Zatrzymał się. Czekał, z intensywnością patrząc w moje oczy.

    – Na chuj mi mąż imperator, skoro nawet krawcowa się z moim zdaniem nie liczy, na dodatek donosi do ciebie na mnie i ty też bardziej liczysz się z jej słowem niż moim. Mogła nakłamać, nawymyślać! O nic nie zapytałeś!!! – naskoczyłam na niego, każde słowo wypowiadając głośniej. Nawet się nie spostrzegłam jak zaczęłam krzyczeć, a następnie wrzeszczeć. Tupnęłam przy tym nogą. Udało mi się nawet odepchnąć dłonie Bruce’a i odskoczyć na bok. Co dziwne, Bruce mnie przed tym uskokiem nie powstrzymał.

    Mój mąż w spokoju rozpoczął bić mi brawo.

    – Czekałem aż pokażesz swoje prawdziwe oblicze – oznajmił. Wstał i w spokoju zdjął marynarkę. Podał mi ją. – Odwieś – polecił. – Następnie wróć – dodał, ponownie siadając na łóżku.

    Odwiesiłam jego ubranie, dokładnie tak jak odwieszałam je zawsze. Na specjalny wieszak, ustawiony we wnęce między ścianą, a szafą. Nie wróciłam jednak od razu, ani wtedy, gdy przywołał mnie po raz drugi. Dopiero, gdy zagroził, że jeśli sama nie podejdę, to on podejdzie do mnie, ale wtedy użyje pasa i spotka się on z moimi pośladkami przynajmniej piętnastokrotnie, ustąpiłam. Przełożenie przez kolano i klapsy gołą dłonią, wciąż wydawały mi się być lżejszą karą niż lanie skórzanym elementem galanteryjnym.

    – Najpierw zdejmij dół bielizny – usłyszałam, gdy tylko stanęłam przy jednej z jego nóg. – Na ubranie mogę bić dzieci, nigdy kobietę – brzmiało przynajmniej dziwnie, zwłaszcza, że Bruce nie bił dzieci. Kary cielesne zdarzały mu się naprawdę od wielkiego dzwonu. Simon był wtedy za mały, by w ogóle miał prawo podnieść na niego rękę, a Samuela uderzył ledwie dwa razy i tylko jeden z tych razów mógł nosić miano lania.

    – Może jednak negocjujmy? – zaproponowałam i ledwie wsunęłam kciuki za gumkę majtek, a już opuściłam dłonie wzdłuż ciała.

    – A może jednak nie – odezwał się Bruce i nim się spostrzegłam sięgnął mojego ramienia i szarpnięciem pociągnął mnie na swoje kolana. Samodzielnie obnażył moje pośladki, zdzierając majtki niemal do kolan.

    Bruce bez wątpienia miał ciężką rękę, a być może tylko ja wtedy tak uważałam. W sumie nadal tak uważam. Nie mam za dużo porównania. W moim życiu nadal jest to jedyny mężczyzna, który wymierzył mi inny rodzaj uderzenia, niż spoliczkowanie. Prawdą jednak jest, że wtedy Bruce nieco mniej ważył, niż waży obecnie, ale i ja byłam drobniejsza. Bruce już znacznie wcześniej, bo od czternastego roku życia, walczył na froncie. Był raczej dobrej kondycji. Regularnie trenował na siłowni. Trochę boksował.

    Bił metodycznie. Uderzał naprzemiennie. Celował zawsze w te same miejsca i udawało mu się to tak długo, dopóki ja nie zaczęłam się wiercić i uciekać pośladkami. I nawet to, że mnie trzymał, nie dało rady zatrzymać mnie na miejscu. Wkrótce to lanie zamieniło się w drobną szarpaninę. Szybko zostałam spacyfikowana. Moje tułowie spoczęło na miękkiej kołdrze, a lewa dłoń Bruce’a dociskała moich pleców. Nogą, a konkretnie kolanem i łydką, powstrzymywał mnie przed wierzganiem. Moje kolana dotykały wtedy podłogi.

    Huk był inny, a o czerwoną skórę moich pośladków odbiło się jakieś chłodne, płaskie, wydające się być ciężkim, narzędzie.

    – Stawianie się mężowi nie popłaca, nigdy nie popłaci – poinformował i uderzył ponownie, tym razem w drugi pośladek.

    Zerknęłam za siebie, by zobaczyć co trzyma w dłoni. Moim oczom mignęła się szczotka do czesania włosów, wykonana z dębowego drewna, lśniąca, ładnie polakierowana. Uderzył tym narzędziem czterokrotnie, a bolało bardziej niż wszystkie dotychczas wymierzone mi klapsy razem wzięte.

    Bruce odstąpił ode mnie na kilka kroków. Szczotkę odłożył na moją toaletkę, dokładnie w to samo miejsce, w którym znajdowała się wcześniej. Podał mi materiałową chusteczkę. Dopiero wtedy zorientowałam się, że płaczę w głos. Zawsze starałam się tego uniknąć. Uważałam, że nie jestem dzieckiem, by ronić łzy z powodu kilku czy kilkunastu uderzeń. Tym razem jednak było ich kilkadziesiąt. Odnosiłam wrażenie, jakby przed użyciem szczotki, oklepywał mnie z dobre pół godziny, ale stojący na komodzie zegar informował mnie, że od momentu mojego wejścia do sypialni, aż do zakończenia lania, nie minęło nawet dziesięć minut, a wcześniej przecież jeszcze z mężem rozmawiałam.

    – Nie wolno ci takiego zachowania powielić – zwrócił się do mnie spokojnie. Kątem oka widziałam, jak zdejmuje przy tym krawat i rozpina swoją koszulę. – Nie jesteś ważniejsza od innych obywateli tego miasta, choć nosisz moje nazwisko, a ja jestem imperatorem. Nawet ja nie jestem ważniejszy od innych. Nie rób tego co doprowadziło do upadku takich krajów, jak ten, z którego i ty pochodzisz. Tu nie ma równych i równiejszych. Jest natomiast sprawiedliwość. Skończyły się czasy, gdy za oplucie policjanta przez bezdomnego było dożywocie i gnębienie w celi przez strażników, a za zabicie bezdomnego przez policjanta malowanie pasów ulicznych. I ty i ja pamiętamy tamten świat. Nie zmartwychwstawaj go tutaj. – Zdjął koszulę i trzymając ją w dłoni, wyciągnął rękę przed siebie.

    Dobrze wiedziałam jak mam się zachować. Oczekiwał, że wstanę z kolan, przejmę od niego ubranie i przykładnie je odwieszę. Nie byłam w stanie tego zrobić i chyba to zauważył, bo ostatecznie zdecydował się mnie w tym wyręczyć.

    – Coś podobnego nigdy więcej ma się nie wydarzyć – powiedział, podchodząc do mnie już bez koszuli i spodni, w samych białych jak śnieg bokserkach. Ładnie kontrastowały z jego naturalnie lekko opaloną skórą. Bruce nie był mulatem, ale nie był też blady. Był młody i ładnie umięśniony. Przed laty kręciły mnie jego łydki i muskularne uda. – Nie żartuję, Katerino – uprzedził. – Nigdy więcej – powtórzył. Pochylił się na tyle, by dosięgnąć moich włosów. Musnął delikatnie, z niemal namacalną czułością. – Idę do wanny – zakomunikował. – Jeśli tylko masz ochotę, możesz do mnie dołączyć – zaproponował zupełnie tak, jakby się nic złego nie wydarzyło. Pozostawił mi jednak wybór i za ten wybór byłam mu wdzięczna.

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    Dla Dorosłych

    DD–DlaDorosłych to wspólny projekt stworzony w 2023 roku przez kilku autorów. W rzeczywistości różni nas bardzo dużo, ale łączy jedno – zamiłowanie do pisania. Razem tworzymy niepowtarzalne historie, a wszystko po to aby dorosły czytelnik mógł poczuć się wyjątkowo. Można nas znaleźć na Bloggerze, Wattpadzie, Instagramie i Facebooku.

  • Diament i sol – Rozdzial 1, czesc 1

    Niebieski (część 1)

    Zofia Nitecka

    Jechałam autostradą A4, mijając właśnie Katowice i wjeżdżając do Krakowa. Dach mojego seledynowego peugeota 206 CC pozostawał zamknięty, choć bez wątpienia wolałam go w wersji cabrio. Nie chciałam jednak, by Niko nabawił się zapalenia uszu albo, by wpadło mu coś do oczu. Próżno było liczyć na to, iż sam z siebie, bez totalnego przekupstwa, założy okulary przeciwsłoneczne. A i tak kiedy to czynił, to tylko i wyłącznie do zdjęcia, które ja chciałam wykonać.

    – Dugo jesce – zapytał chyba po raz setny podczas trwania tej podróży. Wyjechaliśmy z domu dwadzieścia po trzeciej. Nasz samolot odlatywał o dziewiątej. Musieliśmy zdążyć na odprawę, a wcześniej jeszcze coś zjeść.

    – Ostatnia prosta – odpowiedziałam, odwracając głowę w tył i spoglądając na Nikodema. Był wszystkim co niegdyś trzymało mnie przy życiu. Moją największą, a nawet jedyną motywacją.

    Dzieci, choć wyglądają niepozornie, mają ogromną moc sprawczą. Potrafią stawiać fundamenty pod domy, samochody, życie rodzinne. Dziś myślę, że gdyby nie mój syn, nie byłoby mnie teraz tutaj. Z pewnością nie w tym miejscu. Nie w takim samochodzie. W ogóle w żadnym samochodzie.

    Zaparkowałam na poboczu, niedaleko lotniska, na parkingu stacji benzynowej Orlen. I zdecydowałam się na otworzenie dachu. Potrzebowałam zaczerpnąć większej ilości powietrza. Sztachnąć się nim. Zachłysnąć. I przede wszystkim – zapalić.

    Niko przeciągnął się, wystawiając ręce możliwie jak najbardziej do góry. Gdyby dokonał tego wcześniej, z pewnością dosięgnąłby do dachu.

    – To już lotnisko? – zapytał, wbijając we mnie spojrzenie ciemnych, zielonych oczu. Jego modny kucyk, po tak długiej podróży, wciąż wyglądał przyzwoicie. Jedynie wycięcia po bokach, oddzielające wygolenie od włosów zebranych w kucyk, nieco zanikły, ale to zapewne z racji tego, że u fryzjera byliśmy trzy tygodnie wcześniej.

    – Tam jest lotnisko – wskazałam palcem na miejsce, gdzie było widać jak startują samoloty.

    Nikodem był niezwykle podekscytowany, bo choć trzeci raz w życiu miał lecieć samolotem, to dwóch poprzednich już zupełnie nie pamiętał. Zdawałam sobie sprawę, że taka podróż dla czterolatka, to niewątpliwie ogromna przygoda.

    – Zjesz hot-doga? – zapytałam, odpalając marlboro slim. Zajrzałam do schowka i przeklęłam siarczyście, uświadamiając sobie, że nie zabrałam z domu iqos-a.

    Niko ochoczo pokiwał głową, a ja, gdy tylko usłyszałam jak nieopodal mojego samochodu parkuje inny, równie zgrabny co mój, choć kilkanaście, o ile nie kilkadziesiąt razy droższy, niemal od razu odbiłam wzrokiem w tamtą stronę. I muszę przyznać, że spodziewałam się Jana zobaczyć wysiadającego ze wszystkiego, nawet z malucha, ale nie z porsche o takim kolorze. Ten niebieski był bliski turkusu. Niezwykle damski. Zupełnie nie pasował do wytatuowanego, przypakowanego mężczyzny.

    Uśmiechnęłam się w wiadomy sposób, ale spuściłam głowę, by czasami tego nie zauważył. A on w tym czasie obszedł maskę, drzwi swojego cacka pozostawiając otwarte i wsparł się o te od mojej strony.

    – Z czego rżysz? – zapytał, wychylając się na tyle, by dosięgnąć moich ust, choć, by mnie pocałować musiał jeszcze chwycić za podbródek i odwrócić moją głowę w swoją stronę.

    Odwzajemniłam pocałunek. Był mocny i głęboki. Aż biło od niego agresją i pragnieniem seksu. Dłoń Jana błądziła po moim obcisłym topie. Miałam na sobie jeszcze bluzę, ale ta była rozpięta. A Janek schodził dłonią od moich piersi, poprzez nagi brzuch, aż do cipki. Otarł o nią palcem wskazującym, poprzez materiał dżinsowych szortów i poczynił to tak mocno, że odczułam ten przyjemny, specyficzny ucisk, który odbił się echem gdzieś w dole brzucha.

    – Nikodem – warknęłam wprost w jego usta.

    Janek, trochę się zreflektował, ale wyglądał przy tym tak, jakby zupełnie nie poczuł się głupio. Jedynie wyprostował się nieco, po czym zdjął lustrzane okulary, przypominające gogle narciarskie.

    – Siema młody – przywitał się z Niko, wystawiając w jego kierunku otwartą dłoń.

    Mój syn bez chwili zawahania przybił Jankowi piątkę. Na swój sposób się lubili, choć nie mieli z sobą częstych kontaktów. Jasiek wpadał do mnie nocami. I to na tyle późnymi, że Nikodema widywał albo śpiącego, albo oglądającego bajki z pozycji łóżka.

    – Wskoczysz po hot-dogi? – zapytałam, ale nie czekając na odpowiedź, wyjęłam ze schowka portfel.

    – Nie obrażaj mnie – odpowiedział Jasiek, nie chcąc przyjąć ode mnie ani złotówki. W tym samym czasie Niko zawołał siku, więc Janek wypiął go z fotelika samochodowego i wyciągnął z samochodu.

    – Tylko nie wpadnij pod jakieś auto jak będziesz biegł! – krzyknęłam, mając świadomość, że Nikodem nie poczeka ani na mnie, ani na Jana. Był na to zbyt samodzielny. A na wypadek, jakby toaleta okazała się płatną, miał w saszetce od Tommego Hilfigera pieniądze. Całkiem dużo pieniędzy jak na czterolatka. A przynajmniej wydaje mi się, że to dużo, bo ja będąc w jego wieku nosiłam w kieszeni maksymalnie pięć złotych.

    – Może też skorzystamy z toalety i rżnięcia na szybko? – zapytał Janek, uśmiechając się przy tym promiennie. Byłam pewna, że jego zęby nie są naturalne. Być może nie były to implanty, ale taka biel nie mogła być naturalna.

    – Jak mały będzie jadł, a moja kawa stygła – odpowiedziałam, po czym wysiadłam z samochodu. Zatrzasnęłam za sobą drzwi, wyrzuciłam na wół wypalonego papierosa na chodnik i wciąż trzymając kluczyki w dłoni, zarzuciłam ręce na męski, umięśniony kark. Musiałam stanąć na palcach, a i tak on musiał się nieco przychylić, by nasze usta dało się połączyć.

    Janek był niesamowity. Był człowiekiem jakich spotyka się tylko w domu, siedząc przed ekranem plazmy, oglądając amerykańskie filmy bądź teledyski. Różnił się od większości Polaków. Wyróżniał się na ich tle jak najbardziej pozytywnie.

    Rozplotłam palce i poczęłam nimi sunąć po muskularnych barkach, ramionach, przedramionach… Dojechałam do ogromnych, męskich dłoni. Samodzielnie położyłam je sobie na zgrabnej dupie.

    Janek zrozumiał moje niewerbalne polecenie. Ścisnął palcami moje pośladki, przysuwając mnie przy tym do siebie jeszcze bliżej. Moje piersi rozpłaszczyły się na jego torsie, który w czarnej, do połowy rozpiętej koszuli, prezentował się doskonale.

    Podniósł mnie bez większego trudu. W ostatniej chwili chwyciłam się jego ramion, by nie polecieć do tyłu. A on, mając splecione dłonie pod moimi pośladkami, ruszył w kierunku swojego samochodu. Usadził mnie na masce. Bez pardonu zaczął majstrować przy guzikach od moich szortów. Nie były z wysokim stanem. Trzymały się nieco ponad biodrami, ale guziki miały aż cztery, wszystkie neonowozielone.

    – Nie możemy pieprzyć się na parkingu – zaoponowałam, ale na tyle słabo, że sama siebie bym nie posłuchała.

    – A kto nam zabroni? – zdziwił się Jasiek i w odpowiedzi przyssał do mojej szyi na tyle mocno, że wyskoczenie malinki w tym miejscu było pewne. Jego dłoń znalazła się w moich szorach. – Nie masz na sobie majtek – zauważył, mrucząc mi to wprost do ucha.

    – Specjalnie dla ciebie – odpowiedziałam.

    I spodziewałam się wszystkiego, ale nie szybkiego przerzucenia przez ramię i wyniesienia z parkingu. Nie wiem nawet ile ludzi było na stacji benzynowej, gdy do niej wkroczyliśmy. Wzrokiem odnalazłam jedynie Nikodema, siedzącego przy stoliku i zajadającego hot-doga. Janek rzucił przed oczy mojego czterolatka banknot dwustuzłotowy.

    – Płacę za twoją matkę, by nie było, że biorę za darmo – powiedział, a następnie, pokierowany przez panią obsługującą, skierował swoje kroki w stronę łazienki. Dopiero za drzwiami damskiej postawił mnie na nogi. – Będzie szybko – uprzedził, spoglądając przy tym na duży, złoty zegarek, który zdobił jego lewy nadgarstek.

    Janek rozpiął białe, lniane spodnie, które tego dnia miał na sobie, a ja w tym czasie zdjęłam szorty. I nie wiem kto pokonał dzielący nas dystans, ale niezwykle szybko moje nogi znowu przestały dotykać podłogi, a plecy przywarły do zimnych kafli o grafitowym kolorze, którymi wyłożone zostały ściany. I to w takiej pozycji fiut Jaśka schował się w mojej cipce. Przez moment nawet zabolało. Tak… przetarło. Jasiek cały był duży, a ja jeszcze nie byłam aż tak podniecona, by samej sobie zapewnić odpowiedni poślizg.

    – W Rodos ci to wynagrodzę – zapewnił, przyspieszając.

    Instynktownie oplotłam rąkoma mocniej jego kark, ale też nogami w pasie. Podskakiwanie przy ścianie nie należało do najlepszych z pozycji seksualnych, ale z drugiej strony nigdy nie lubiłam seksu w łóżku. Wolałam to robić w bałaganie i tam, gdzie nikt by się tego nie spodziewał. Ciągle miło wspominałam palcówkę w kinie czy tę wykonaną w jacuzzi na publicznym basenie, który rzekomo uchodził za miejsce rozrywki rodzinnej.

    – Wiesz, że jesteś zajebista? – zapytał. – Pieprzysz się jak żadna – dodał.

    – Lepszej nie znajdziesz – zapewniłam, zaciskając przy tym mięśnie kegla.

    Byłam zdania, że fałszywa skromność to jedna z gorszych ludzkich cech. Poza tym mieliśmy dwudziesty pierwszy wiek. Tutaj liczyła się pewność siebie, efekciarski wygląd i dobre samopoczucie. Świat stał otworem. Otwierał przed ludźmi drzwi, nad którymi mrugał neon „no stres”, nieustannie zachęcając ich tym do zabawy. A ludzie wciąż tak samo się bali. Mieli opory, przeróżne hamulce, sztuczną przyzwoitość.

    – Przyspiesz – wysapałam, coraz szybciej i płycej nabierając powietrza.

    A Janek wciąż w tym samym tempie podrzucał mnie do góry i pozwalał opadać na swojego twardego penisa. Okulary spadły z jego głowy, zatrzymując się na nosie w niezwykle krzywy sposób. Najwidoczniej mu to przeszkadzało, bo przeklął, szybko je zdjął i wrzucił do umywalki.

    Moje paznokcie wbiły się w skórę na jego karku i jednym z barków. Moja szminka pozostawiła ślad na męskim policzku, pokrytym idealnym, niezbyt dużym zarostem. I gdy tylko dotarło do mnie oczywiste, czyli to, że Jan ma wygląd typowego mafiozy, zrobiłam się bardziej mokra. Przesunęłam językiem po jego podbródku. Złapałam za ułożone na żel włosy. I jeszcze trochę i naprawdę mogłabym dojść, ale o dobrą minutę Janek mnie ubiegł.

    – Nie tak szybko, mała – wysapał, wprost do mojego ucha. Wspierając brodę na moim ramieniu. Był zgrzany. Czułam jego pot na swojej twarzy i nawet nieco obawiałam się, że rozmaże mi tym makijaż. – Na to by dojść trzeba sobie zasłużyć, a że tak powiem ani w usta, ani w dupkę jeszcze nie poszło – dodał niby żartobliwie, ale jednak pobrzmiewała przez to naturalna, wręcz wrodzona chamskość.

    Janek odsunął się ode mnie na kilka kroków, wcześniej opuszczając mnie na podłogę. Moje nogi ledwie dawały radę ustać.

    On mył penisa nad umywalką i wycierał w ręcznik papierowy, a ja zdecydowałam się na skorzystanie z toalety. Publiczne sikanie mnie nie krępowało. Zwłaszcza przy Janie. Przed laty zbyt często z sobą piliśmy w plenerze, odlewając się przy tym na łonie natury.

    – Sprawdzę co robi młody – oznajmił, podciągając spodnie.

    – Idę z tobą! – krzyknęłam, nie chcąc, by pozostawił otwarte drzwi, bo jeszcze ktoś mógłby mnie zaskoczyć. Czym prędzej się podtarłam i odnalazłam moje szorty.

    Janek zaczekał na mnie i niczym dżentelmen puścił mnie przodem. Zamykając za nami drzwi, jednocześnie wsuwał okulary do kieszeni swojej koszuli.

    Na stacji czekała na nas miła niespodzianka. Niko wciąż siedział w strefie bistro. Już nie jadł hot-doga. Tym razem zadowalał się chipsami. Na stoliku stały dwa jednorazowe kubki.

    – Latte dla mnie? – zapytałam z nadzieją, że tak właśnie będzie.

    – Ehe – burknął, a potem wskazał palcem na drugi kubek. – I czekolada dla Niebieskiego – dodał.

    Zawsze nazywał Jana Niebieskim, bo Janek zazwyczaj był niebieski. Nosił się w granacie, chabrze i błękicie. A tego dnia był czaro-biały, zupełnie jak nie on. I aż dziwne, że wcześniej tego nie zauważyłam.

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    Dla Dorosłych

    DD–DlaDorosłych to wspólny projekt stworzony w 2023 roku przez kilku autorów. W rzeczywistości różni nas bardzo dużo, ale łączy jedno – zamiłowanie do pisania. Razem tworzymy niepowtarzalne historie, a wszystko po to aby dorosły czytelnik mógł poczuć się wyjątkowo. Można nas znaleźć na Bloggerze, Wattpadzie, Instagramie i Facebooku.

  • Diament i sol – Rozdzial 1, czesc 2

    Niebieski (część 2)

    Zofia Nitecka

    Janek nazywał się Sobierewski. Jan Sobierewski. I było to nazwisko tak zbliżone do króla Jana III Sobieskiego, że taka właśnie ksywka do Janka przylgnęła, choć wątpię, by chłopcy z Pragi znali historię Polski. Im zapewne Sobieski kojarzył się wyłącznie z wódką. Zdarzało się też, że mówili na niego Dżony. Zawsze pisali to przez Dż, nigdy przez J. A mój syn nazywał Janka, po prostu, Niebieskim. Pewnie dlatego, że Dżony bardzo często nosił się na niebiesko. Myślę, że we wspomnieniach Nikodema zapisał się przede wszystkim jako typek w niebieskim T-shircie, bo w takim zawsze sypiał, kiedy zostawał u mnie na noc.

    Janek nie pochodził z Pragi. Myślę nawet, że mógł nie być Warszawiakiem. Daleko mu było do warszawskiego Antka spod bramy. Chociaż, jakby się nad tym głębiej zastanowić i jeśliby wejść gdzieś w okolice Kabat lub Białołęki, to rodzice Janka mogliby tam być właścicielami domku jednorodzinnego bądź dwupoziomowego apartamentu. Jan nigdy o rodzicach nie mówił, zawsze jednak miał w kieszeni listę prawników, sędziów, wysoko postawionych policjantów i chirurgów, a takich kontaktów nie zdobywa się będąc byle kim. Takie znajomości to lata. Tkwią gdzieś głęboko w rodzinnych korzeniach i zwykle łączą się z jakimiś wspólnymi interesami.

    Moja i Dżonego znajomość także trwała już całe lata. Pierwszy raz zobaczyłam go w swoim rodzinnym domu. Ojczym go przyprowadził lub jak kto woli – on mojego ojczyma – bo nie wiem, który z nich wtedy był bardziej pijany. I tak się zaczęło. Tak trwa do dzisiaj. Na tym samym stoimy od blisko dekady. I nie z jego, a z mojej winy.

    Piłam zimną kawę, kiedy Dżony bawił się kubkiem po czekoladzie na gorąco. Od zawsze wystrzegał się kofeiny. Mówił, że kawy na gorzko nie przełknie, a nie zamierzał słodzić. Przesadnie dbał o formę. Czasami czynił wyjątek, ale wtedy dosładzał wszystko ksylitolem.

    Nikodem i Jan rozmawiali o potędze greckich bogów i o siedmiu cudach świata starożytnego. Mój czterolatek był zajarany „Grą o Tron”, za co ja ponosiłam winę, gdyż zawsze przy nim oglądałam ten serial, a tamtejszy posąg na wyspie Braavos, znajdujący się u wejścia do portu, jest, zdaniem Jana, niezwykle podobny do Kolosa Rodyjskiego.

    – A Akropol znajdujący się na Rodos jest drugim najczęściej odwiedzanym przez turystów, zaraz po tym ateńskim – wtrąciłam do ich nużącej rozmówki.

    – Łał! – skomentował Janek. – Czyli masz w głowie coś ponad pazurki – zadrwił, wykonując przy tym specyficzny gest palcami, jakby nimi przebierał czy wachlował.

    – Spierdalaj – syknęłam na niego przez zaciśnięte zęby. – O tobie można by czasami pomyśleć, że mięśnie wzrastają odwrotnie proporcjonalnie w stosunku do mózgu – dodałam szybko, niezbyt wyraźnie.

    – Lepiej mnie nie wkurwiaj, bo śpimy dziś w jednym łóżku – zagroził, ale poczynił to z uśmiechem na ustach.

    – Uważaj byś nie wylądował na podłodze – odbiłam piłeczkę.

    – Nie jestem dżentelmenem – uprzedził. – Jeśli chcesz, to ty zajmuj dywan, niczym suka u stóp pana – podsumował, a mnie to porównanie nieszczególnie przypadło do gustu, choć możliwe, że tylko i wyłącznie dlatego tak było, bo Jasiek śmiał wchodzić na takie tematy w obecności Niko.

    – Przy dziecku mówisz. Zważaj trochę na słowa, chłopczyku – zwróciłam mu uwagę, wstając, by móc wyrzucić kubek do kosza. Przechodząc obok Janka, trąciłam go ręką w bok głowy.

    – Sama przy nim przeklinasz, dziewczynko – odparł i odwinął się w jeden z moich pośladków. Zabolało. Janek miał ciężką rękę.

    – Ale o seksie nie pierdolę – trwałam przy swoim. Dostrzegłam też, że Nikodem przerzuca swoje spojrzenie ze mnie na Janka i odwrotnie.

    – O pierdoleniu to pogadamy, gdy wylądujemy, małolato.

    – Jak ci mało lato, to se rozbujaj – docięłam mu. Słowo małolata zawsze mnie obrażało. Nie czułam się w posiadaniu małego wieku właściwie nigdy. Lata mierzyłam doświadczeniem, a te miałam stricte dorosłe nim ukończyłam podstawówkę.

    – Mało lata? – zdziwił się, a nawet jawnie oburzył. – Bezczelna. Lata jak tra lala. – Uśmiechnął się w taki sposób, że odsłonił wszystkie białe jak śnieg zęby.

    – Szczelna czy nieszczelna to rzecz hydraulika – odparłam, dalej brnąc w przerzucanie się wulgarnymi odzywkami.

    Janek odsunął się wraz z krzesłem. Usiadł w szerszym rozkroku. Znacząco spojrzał w dół, w miejsce, gdzie w spodniach i majtkach, znajdował się jego imponujących rozmiarów penis.

    – A ja jestem właścicielem uszczelki – rzekł trywialnie z niezmąconą pewnością siebie.

    Zaśmiałam się, bo tego akurat nigdy nie słyszałam. Niko stwierdził, że sprzeczamy się niczym stare małżeństwo. Janek przyznał, że znamy się dłużej niż niejedno stare małżeństwo.

    – Podnoś dupę młody, bo nam samolot odleci – pogonił Nikodema, samemu także wstając z miejsca. – Jedziemy twoim – dorzucił, tym razem do mnie, agresywnie ciskając kubkiem do kosza na śmieci.

    Na parkingu Dżony przełożył niedużą torbę sportową ze swojego porsche do mojego taniego cabrio. Nawet nie zaglądał do bagażnika, jakby z góry zakładał, że nie znajdzie tam miejsca dla swojego bagażu. Torbę rzucił na tylne siedzenie, obok fotelika Nikodema, po czym stając przy drzwiach kierowcy, gdzie ja już siedziałam na miejscu, wystawił otwartą dłoń przed siebie.

    – Poprowadzę – rzucił, jakby śmiał o tym decydować.

    – Mój samochód? – zdziwiłam się. Spojrzałam na niego z powątpiewaniem, jakbym chciała mu tym wzrokiem przekazać wiele znaczące „no chyba nie”.

    Janek pochylił się, podpierając na drzwiach.

    – Ciebie też – szepnął mi wprost do ucha i korzystając z chwili mojej nieuwagi, wyciągnął kluczyk ze stacyjki. – Królewna wysiądzie po dobroci czy…? – zaczął zadawać pytanie, ale krzywiąc się, zrezygnował z jego kontynuacji. – Królewna wysiądzie – stwierdził nad wyraz pewnie.

    Wiedziałam, że nie ma sensu się z nim sprzeczać, więc przeniosłam swoje zgrabne cztery litery na miejsce pasażera.

    – Nie zamykasz porszaka? – zdziwiłam się, gdy Janek wsiadł do mojego samochodu, drzwi swojego pozostawiając na oścież otwarte.

    – Króla parobki nie okradną – odpowiedział cwaniacko. – Nie martw się o moje auto, ktoś je odholuje gdzie trzeba – dodał już znacznie poważniej.

    Do Rodos leci się dosyć uciążliwie. Właściwie nie ma możliwości dostać się na wyspę bez choćby jednej przesiadki. My zaliczyliśmy aż dwie. Jedną w Amsterdamie, gdzie zdążyliśmy zjeść obiad w pobliskiej restauracji, mając aż cztery godziny do następnego wylotu, a drugą w Atenach, gdzie tamtejsze linie lotnicze Olympic przetransportowały nas na wyspę. I choć czas samych podróży samolotami trwał łącznie nieco ponad sześć godzin, to drugie tyle spędziliśmy w oczekiwaniu na odpowiedni samolot, co łącznie dało ponad dwanaście godzin podróży. Ten ostatni odcinek Nikodem przespał. I jeszcze kiedy znaleźliśmy się w recepcji hotelowej, to Janek niósł go na rękach.

    Zameldowaliśmy się w hotelu oddalonym jakiś kilometr od plaży. W jednym ze znajdujących się na dzielnicy Średniowieczne Miasto Rodos. Odnosiłam wrażenie, że cała ta dzielnica zarezerwowana jest tylko i wyłącznie dla hoteli i restauracji. Właściwie to nie wypatrzyłam tam żadnych normalnych mieszkań. I to co ciekawe, to w restauracjach nie serwowano tylko i wyłącznie kuchni Greckiej. Wyłapałam takie napisy jak Pasta Italiana i Pizza.

    – Pizza – zamarudziłam do Jana. – Marzenie – dodałam, z ledwością włócząc nogi po schodach prowadzących na pierwsze piętro. Podpierałam się przy tym na mosiężnej poręczy, niczym babcinka o swój wózeczek zakupowy, gdy wyczekuje na przystanku autobusu.

    Dżony poprawił Niko, podrzucając go przy tym nieco do góry, po czym wyciągnął duży klucz z kieszeni, taki jaki kojarzy się dzieciom ze skrzynią piracką. Drzwi prowadzące do naszego pokoju przypominały takie z bajecznych zamków. Były drewniane i ciężkie, zmontowane z kilku belek, zakończone u góry proporcjonalnym łukiem. Całe wnętrze tego hotelu mogło kojarzyć się iście średniowiecznie, a nawet starożytnie. Wszędzie były żelazne kraty, a ściany wyłożone zostały kamieniami. I nie była to równa elewacja, która obecnie jest modna w Europie. To były autentyczne kamienie, a nie gipsowe zdobienia.

    – Serwujesz mi masaż – stwierdził Janek, odkładając Nikodema na duże, dwuosobowe łóżko, znajdujące się w pierwszym pomieszczeniu. Obok łóżka, wprost na podłogę, rzucił swoją sportową torbę. – Tylko zejdę po walizki – dodał, bo nocami nie było co liczyć na boja hotelowego, a mnie wcześniej zabronił dźwigać.

    Kiedy Janka nie było ja zajęłam się rozglądaniem po wnętrzu. Tutaj ściany też pokryte zostały kamieniami, a nad łóżkiem znajdował się średnich rozmiarów gobelin przedstawiający zapewne jedną z mitycznych scen. Światło biło tylko i wyłącznie z kinkietów, i przywodziło na myśl takie pochodzące ze świec. Dywanów nie było, a płytki domyślałam się, że będą ziębić moje stopy.

    Janka nie było za długo. Zaczynałam już się nudzić. Zwiedziłam nawet łazienkę, balkon i mniejszy pokój, dołączony do sypialni. I już nawet sama miałam ochotę Nikodema przenieść do sypialni przeznaczonej dla niego, a samej lec na tym duży, zapewne wygodnym łożu i odpłynąć, gdy Dżony powrócił. I targał z sobą nie tylko dwie walizki – moją i Niko – ale także tekturowe pudełko z pizzą.

    – Byś mi potem nie wypominała, że na głodnego kazałem ci szpagaty robić – rzekł żartobliwie, po czym, bez żadnego słowa, porzucił walizki przy drzwiach i wraz z pizzą przeszedł do łazienki.

    – Chcesz jeść w kąpieli? – zapytałam, wciąż stojąc w sypialni.

    – Nie, ja będę wylegiwał się na leżaczku, a ty będziesz jadła w kąpieli, w przerwach robiąc sobie dobrze palcem. Taki mój kaprys – oznajmił. Powrócił do pokoju, sięgnął do minibarku i wyjął z niego niedużą butelkę wódki oraz puszkę coli. – Zrób mi drinka, ja zrobię ci kąpiel. Bez piany – syknął znacząco przez zaciśnięte zęby, porzucając alkohol i napój w wiklinowym fotelu. Brodą wskazał na kieliszki, stojące na drewnianej tacy, na niewysokiej i niedużej ławie.

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    Dla Dorosłych

    DD–DlaDorosłych to wspólny projekt stworzony w 2023 roku przez kilku autorów. W rzeczywistości różni nas bardzo dużo, ale łączy jedno – zamiłowanie do pisania. Razem tworzymy niepowtarzalne historie, a wszystko po to aby dorosły czytelnik mógł poczuć się wyjątkowo. Można nas znaleźć na Bloggerze, Wattpadzie, Instagramie i Facebooku.

  • Diament i sol – Rozdzial 1, czesc 3

    Niebieski (część 3)

    Zofia Nitecka

    Janek nie jadał pizzy, ani chińczyka, ani nawet zwykłych, polskich ziemniaków. Żywił się głównie proteinami. Pijał mleko odtłuszczone. Lubił sery, te uznawane za włoskie i francuskie. Nie gardził też makaronem razowym czy warzywnym. Podjadał orzechy, pestki słonecznika i dyni. I to, co dziwiło w tej jego dbałości o jadłospis, to fakt, że jadł o każdej porze dnia i nocy. Lubił też słodycze, te z górnej półki, szwajcarskie. I czekoladę na gorąco.

    Leżałam nago w wannie. Mój biust przykrywała tafla wody. Nie było piany, więc Janek widział moje piersi, i także wszystko inne, choć zapewne nieco zniekształcał mu się ten obraz.

    Do wanny, w której się wylegiwałam, prowadziły kamienne schody. Janek na nich siedział, wspierając plecy i głowę o szybę okna, przykrytą złotymi, grubymi zasłonami.

    Ja jadłam pizzę. On pił drinka.

    – Trafiłem w gust kubków smakowych? – zapytał, rozpinając guziki swojej czarnej koszuli.

    I wtedy pomyślałam, że Dżony nie różni się znacznie od większości mężczyzn, choć przecież jest od nich tak inny. Mężczyźni, niczym mali chłopcy, uwielbiają pochwały. Mają potrzebę czucia się docenianymi.

    – Trafiłeś – odpowiedziałam, bo faktycznie na pizzy lubiłam smaki prowansalskie.

    – Nie utyjesz od tego? – dopytywał.

    – Ja, kochany, akurat należę do tego typu ludzi, którzy jedzą dużo wszystkiego i nie tyją – pochwaliłam się, dobrze wiedząc, że Janek nie może się czymś takim poszczycić. Masa i rzeźba Jana była imponująca, ale kosztowało to wiele wyrzeczeń i wielogodzinnych treningów niemal każdego dnia. Czasami zastanawiałam się, jak on znajduje na to wszystko czas. Kiedy sypia? Kiedy pracuje? I czym się tak naprawdę zajmuje?

    I nagle uświadomiłam sobie, że przyleciałam na grecką wyspę z człowiekiem, którego znałam jadłospis, ale nie zawód. Nawet nie miałam pewności co do jego stanu cywilnego. Wiekowo spokojnie mógłby już być czyimś mężem. Miałam świadomość, że ma dziecko, starsze od mojego Nikodema. Kiedyś się co do tego wysypał, czyniąc to oczywiście zupełnym przypadkiem. Jan dbał o swoją anonimowość. Posiadał profil na Fejsie, ale jedyne zdjęcie jakie tam widniało, to była fotka jego pleców, odzianych w koszulkę piłkarską jednego z warszawskich klubów. A poza tym wrzucał tam tylko jakieś rapowe udostępnienia, pochodzące wprost z podziemia. Podobna rzecz działa się na jego Instagramie, choć tutaj pokazał jeszcze klatkę i zarost. Oczy i nos zakrywał daszek czapki bejsbolowej od Armaniego. Na IG miał nawet zdjęcie ze mną. Całowaliśmy się na nim, ale tutaj moja dłoń przykrywała bok jego twarzy. Na tym zdjęciu był w białym golfie, jakby nie chciał, by ktoś rozpoznał go po tatuażu na szyi.

    Kiedy zadawałam Dżonemu jakiekolwiek pytania odnośnie strzeżenia swojego wizerunku, ten zawsze zbywał ten temat. Mówił, że mogłam brać pierścionek, gdy go proponował, to teraz byłabym panią Sobierewską i nie musiałabym zadawać pytań, wiedziałabym wszystko. W rzeczywistości Janek przesadzał. Nigdy nie proponował mi pierścionka. Nie oświadczał się. Jedynie kiedyś, przed laty, gdy Nikodema nie było jeszcze na świecie, proponował mi chodzenie. Byłam wtedy gówniarą. Miałam ledwie piętnaście lat. Jednak już wtedy wiedziałam, że nigdy nie chcę wiązać swojego życia z żadnym mężczyzną tak zupełnie na stałe. Chłopak, narzeczony, a potem mąż, to nie były moje koleje. Ja obrałam zupełnie inną trasę. Daleką od bycia czyjąś służąca, kucharką i kurwą dwadzieścia cztery godziny na dobę.

    Pomimo moich poglądów, uważałam, że dobrze było Janka spotkać na swojej drodze. Wniósł wiele do mojego życia. W pewien sposób je uatrakcyjnił. W tym temacie przegrywał tylko z moim synem. Nikodem wniósł do mojego życia więcej. I choć nie był planowanym dzieckiem, to stał się całym moim światem.

    Przełknęłam ostatni kęs kawałka pizzy, po którym w mojej dłoni nie zostało już zupełnie nic. Janek dopił drinka do końca. Wyciągnął dłoń nieznacznie w moim kierunku i poruszył dwoma palcami – środkowym i wskazującym – jakby chciał mnie tym gestem przywołać. A kiedy tylko wstałam w wannie, on wskazał na swoje kolana.

    – Jestem mokra – uprzedziłam, zmierzając w jego kierunku.

    – Na to liczę. – Uśmiechnął się łobuzersko, dosięgając mojej dłoni. Skłonił mnie do tego, bym usiadła na nim okrakiem.

    – Będziesz wyglądał, jakbyś się posikał, gdy później wstanę – oznajmiłam.

    – Trudno – odparł, rozplatając moje dwa warkocze. Wplótł palce w moje włosy i zrobił coś czego się nie spodziewałam. Pociągnął tak mocno, że zmusił mnie tym do wstania. Sam także się podniósł. – Dziś to ty będziesz sikać – zapowiedział, przyszpilając mnie plecami do szyby okna. Przed jej zupełnym chłodem chroniła mnie jedynie złota zasłona.

    Mówiąc o sikaniu, Dżony mógł mieć na myśli co najwyżej kobiecy wytrysk, ewentualnie tak sporą rozkosz, że ta mogłaby utrudnić mi zapanowanie nad pęcherzem. Znałam jego preferencje seksualne i wiedziałam, że nie jest fanem pissu. Choć bywał perwersyjny. Nie był jakimś wielkim fascynatem. Bondage interesowało go tylko w podstawie. Lubił jednak pociągnąć za włosy. Potrafił też przypierdolić. I to nie tylko w pośladek.

    – Miałeś wynagrodzić mi brak gry wstępnej, gdy będziemy na Rodos – upomniałam się o swoje, szepcząc mu to wprost do ucha. Na końcu delikatnie zaciskając ząbki na chrząstce. Janek miał tam kolczyk. Nieduże, złote kółeczko.

    Ledwie wypuściłam fragment ucha Jana ze swoich zębów, a ten szybko padł na kolana, sunąć otwartymi dłońmi po moim ciele. Dojechał tak poprzez biust, aż do bioder. Szybko zarzucił sobie moje nogi na barki. I wciąż trzymając za biodra, dociskał mnie do szyby.

    – Nie chciałabym spaść – zamarudziłam, bo pozycja naprawdę do najwygodniejszych nie należała. Kojarzyła mi się z siedzeniem na barana, ale w drugą stronę.

    – To nie marudź, bo mogę się wkurzyć i cię zrzucić – uprzedził z twarzą przy mojej cipce. Poczułam jego język najpierw na wzgórku łonowym. Następnie na łechtaczce.

    Janek był w tym dobry. Można nawet rzec, że królował w tej dziedzinie. Nikt w całym moim życiu ani razu nie zafundował mi tak dobrej minetki, jak on niemal za każdym razem, gdy myśmy się widzieli. Dlatego nie przepadałam za jego towarzystwem, gdy był zmęczony, bądź wkurwiony. W pierwszym przypadku był leniwy, w drugim zaś bywał agresywny. Leniwy Dżony wydawał się być wyprany z uczuć i wszelkich emocji. I nawet seks oralny zdawał się go wtedy nie satysfakcjonować. Długo trzeba było się najeździć ustami po ogromnym penisie, by w końcu się podniósł. Brnięcie do wytrysku trwało conajmniej godzinę. Żuchwa po czymś takim dokuczała niemiłosiernie. Od leniwego Janka, gorszy był tylko agresywny Jan. I o ile lekki poziom podniesionego ciśnienia u mężczyzn działał na podwyższenie ich testosteronu, a tym samym na seksapil, to już nadmiar tego hormonu szkodził, leżącej pod takim mężczyzną, kobiecie. Choć z seksuologiki wynikałoby, że w tym przypadku strach i napięcie powodowały więcej niż sam szybki, mocny, brutalny stosunek. Podobna rzecz ma się w przypadku utraty dziewictwa. Rozerwanie błony dziewiczej nie miałoby możliwości zaboleć, gdyby dziewczyna, która tę błonę traci, została odpowiednio poprowadzona, rozluźniona. Mnie utrata cnoty nie bolała. W tym przypadku Janek wypełnił swoje zadanie doskonale.

    Z perspektywy czasu i doświadczenia własnego, jak i koleżanek, doszłam jednak do wniosku, że lepszy agresywny bądź leniwy kochanek, niżeli nudny mąż. Moje zamężne koleżanki niemal zupełnie nie miały życia seksualnego, bo czy za życie można uznać leżenie na plecach, bądź podskakiwanie na członku średnio raz w tygodniu? Moim zdaniem nie. Jak dla mnie, to była już seksualna śmierć. A ja byłam jeszcze przecież młoda. Pragnęłam czuć, nawet jeśli nie zawsze wszystkie z tych odczuć, związanych z grą wstępna, stosunkiem, jak i po nim były pozytywnymi. Nagatyw, niemal każdy, był lepszy od niczego. Od nie czucia. Nie życia.

    Uwielbiałam odczuwać seksualne napięcie, które zbierało się z każdego jednego fragmentu mnie, po czym kumulowało w jedną całość i wnikało w mięśnie przy wejściu do pochwy. Wtedy wybuch był najlepszy. Mocny. Nie do porównania z niczym innym, nawet z zakupami w towarzystwie karty bez limitu. A nowe ubrania z górnych półek potrafiły podniecać, i to jeszcze jak.

    Janek jednak, jako jeden z nielicznych mężczyzn, wciąż dawał radę podniecać mnie bardziej, niż torebka od Gucciego i brylantowy naszyjnik z apartu. I nawet te dwie rzeczy łącznie nie były w stanie pokonać jego języka, napiętych mięśni pleców, zwinnych, szorstkich ust.

    Dżony, nawet jak popełniał błędy, to robił to bezbłędnie, przez co mogły nosić jedynie miano wykroczeń. Jemu wybaczało się czyny, których nie wybaczyłoby się nikomu innemu. Ja sama nawet ból, który wycisnął ze mnie wszystkie łzy, byłam w stanie mu podarować. Każdego innego zmusiłabym do przerwania, gdyby penisem obijał się o tylną ściankę pochwy. A gdyby nie przerwał, oskarżyłabym go o gwałt i to bez mrugnięcia choćby jednym okiem. Z Janem przeżyłam uderzanie w szyjkę macicy. I obyło się bez policji, obdukcji i prokuratora.

    Myślenie o wszelkich nieprzyjemnościach, niedogodnościach i złośliwościach anatomicznych przerwał mi język Jana sięgający mojego nawilżonego wejścia. I język Dżonego dał radę się przez nie prześlizgnąć. Zwykle, gdy był zwinięty w rurkę był naprawdę mocny. Sztywny. Nie giął się pod byle pretekstem. Czyli był zupełnie taki jak cały Jan Sobierewski. Świadomy siebie i swojej mocy. Pewny swego. Zdolny do wszystkiego. Nawet do przerwania sekundę przed osiągnięciem szczytu, jakby właścicielowi tego sprzętu nie zależało na zbieraniu koron górskich. Bo Jankowi bez wątpienia nie zależało. Kobiecy orgazm był dla niego sprawą drugorzędną. Myślę, że w swoim życiu doprowadził do wrzasku tyle kobiet, iż nie potrzebował już takich zapewnień o swoich zdolnościach i talentach. Zupełnie jakby był popularnym aktorem, który nie musi już chodzić na kastingi, bo reżyserzy i scenarzyści sami się do niego odzywają i wręcz błagają na kolanach, by zagrał w ich filmie.

    Janek powstał z kolan, wciąż trzymając moje nogi na swoich barkach, przez co niewiele dzieliło mnie od sufitu. Brutalnie złapał za moje łydki. Odczułam to tak, jakby jego palce wbijały się w moje mięśnie. I tak po prostu, bez żadnego pardonu i uprzedzenia rozwarł je na boki. To wszystko trwało sekundę, może dwie. Zakończyło się zerwaniem zasłony. Wraz z nią zsunęłam się w dół. Ja zostałam złapana. Zasłona opadła na podłogę. I poczułam, że palce Jana tym razem wpijają się w moje biodra, a cipka opiera na męskim, dużym, pokrytym tatuażem kolanie. Bez wątpienia pozostawiała na nim wilgotny ślad. Właściwie to cali byliśmy lepcy. Janka broda, za sprawą moich soków, przyklejała się do mojego czoła. I to była kolejna pozycja, która przetrwała sekund pięć. W końcu Janek podniósł mnie i usadził na swoim członku. Trafił wzorowo. Jakby obyło się bez szacowania. Trochę jak podczas ustawionej gry w ruletkę.

    – Zawsze stawiam na czarny – zadźwięczało w mojej głowie. Było efektem wspomnień. Powrotem Jana po całych latach nieobecności.

    Dżony poruszał się szybko. Niepłynnie. Szarpanie. Podbijał mnie do góry i prędko sprowadzał na dół. To był jego wyścig. Wiedziałam, że chce osiągnąć spełnienie przede mną. A ja postanowiłam tym razem nie dać się wykiwać.

    – Jeśli to zrobisz dostaniesz w pysk – uprzedziłam uczciwie.

    – Uważaj byś sobie nadgarstka nie zwichnęła – odparł, ciężko przy tym dysząc.

    Chciałam powiedzieć, że naprawdę mu przypierdolę, ale tym razem mowę odebrała mi jego dłoń. Nawet nie zauważyłam kiedy przełożył ją na moją szyję i zacisnął palce. Z początku zrobił to nieznacznie, ale odczuwalnie. Wkrótce zaczął odbierać mi tym dopływ powietrza. I patrzył przy tym w oczy. Sycił się moim niepewnym spojrzeniem. A ja robiłam wszystko, by nie okazywać przed nim strachu. W rzeczywistości czułam go w stosunki do Jana naprawdę niewiele. Był nieprzewidywalny, a nawet groźny, ale nie śmiertelnie niebezpieczny. Patrzyłam na niego milion razy. Rozwierałam przed nim uda tysiąckrotnie. I nie widziałam w nim ani sadysty, ani seryjnego mordercy. Nie miałam więc podstaw, by lękać się przy nim o własne życie czy nawet o bezpieczeństwo. Ufałam mu. Na tyle na ile można ufać człowiekowi, o którym wie się niewiele.

    Sobierewskiemu udało się odciągnąć moje myśli od osiągnięcia orgazmu. Jego spełnienie ponownie zdarzyło się przed moim. Doprowadził mnie tym do frustracji. Śmiał się. Z uśmiechem łobuza głosił:

    – To za bezczelność przed wylotem.

    Na moich oczach podciągał mokre spodnie. Jego czarna koszula zdawała się przylegać do jego ciała bardziej niż wcześniej. Kleiła się do imponującej muskulatury, pomimo że była rozpięta.

    – Kupię sobie gatki na klucz – ostrzegłam.

    – Bez różnicy czy zamek czy kłódka – odrzekł. – Nie ma takiego zabezpieczenia, którego bym nie pokonał – wyraźnie pochwalił się swoimi umiejętnościami.

    – No patrz. A jednak złodziej. Całe lata myślałam, że diler – powiedziałam, ponownie wchodząc do wanny. Potrzebowałam ochłody. Chciałam, by powróciło do mnie zupełnie trzeźwe myślenie.

    – Ale że ja? – zdziwił się. – Ani jedno, ani drugie – zaprzeczył. – Robię w ochronie – wyznał, siadając na zerwanej zasłonie.

    – Ochraniasz, kurwa, samego prezydenta, że jeździsz porsche? – jawnie zadrwiłam.

    – Gdybym woził Dudę, sam zaplanowałbym zamach na jego osobę – zażartował.

    – A więc terrorysta? – zgadywałam dalej.

    – Wyobraź sobie, że jesteś prezydentem czy głową jakiegoś przedsięwzięcia. Pozwalasz jednak, by to ktoś inny decydował o wszystkim. Poddajesz się jego woli – zobrazował. – A za kilka lat historia to ciebie osądzi, jako człowieka bez charakteru.

    – Nie lubisz Kaczyńskiego – zauważyłam.

    – Nie, dlaczego? Bardzo Kaczkę cenię. Gardzę jedynie jego długopisem – posunął się do metafory.

    – Pozbawiłeś mnie orgazmu na rzecz pierdolenia o polityce? – nie dowierzałam.

    – Sama zaczęłaś – wytknął. – Jeśli wolisz, to możemy o piłce nożnej – wyraźnie ciągnął tę dyskusję dalej w żartobliwym tonie.

    – Chciałam wiedzieć co konkretnie robisz – wyznałam wprost.

    – Nie takie najgorsze wrażenie – wciąż odpowiadał wymijająco. A uśmiechał się przy tym naprawdę szczerze. Miał płytkie dołeczki w policzkach. – Pójdę sprawdzić co robi twoje pięćset plus – zapowiedział, wstając z podłogi. Przed wyjściem przykucnął przy wannie i wsunął palce lewej dłoni w moje włosy. Złapał za szyję. Złożył delikatny pocałunek na czole.

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    Dla Dorosłych

    DD–DlaDorosłych to wspólny projekt stworzony w 2023 roku przez kilku autorów. W rzeczywistości różni nas bardzo dużo, ale łączy jedno – zamiłowanie do pisania. Razem tworzymy niepowtarzalne historie, a wszystko po to aby dorosły czytelnik mógł poczuć się wyjątkowo. Można nas znaleźć na Bloggerze, Wattpadzie, Instagramie i Facebooku.

  • Hugo – Rozdzial 2, czesc 1

    Pudełko (część 1)

    Hrabia Zachary Douglas

    Koń przebierał kopytami, zupełnie tak jakby pierwszy śnieg i jego obszczypywał, tak jak szczypał moje policzki, nos i dłonie, których nie osłoniłem rękawicami. Płatki były wyjątkowo mroźne. Poczucie miałem, jakby malutkie, ledwie dostrzegalne gołym okiem, sople spadały z nieba wprost na ziemię i wbijały się we mnie w ten cholernie zimny, bolesny sposób. A w takich momentach najbardziej tęskniłem za pewnością, że własna baba czeka w domu. Kurwy gwarantowały ciepło ud i wilgotną cipkę, ale z kurwami nie wypadało zasypiać. A przyjemnie czasami, od czasu do czasu, zimą zwłaszcza, byłoby mieć kogoś z kim można się położyć wieczorem i rano wspólnie obudzić.

    Nakazałem Hugo przystanąć na niemal zawsze pustej polanie, która teraz gęstniała od przybywających żandarmów i koszarnianych medyków. Zszedłem z konia i stanąłem wprost przed wnukiem starego Josepha. Wiedziałem, że to ten, bo David całą drogę opowiadał mi o tym, jak mężczyzna wygląda. Gęba mu się nie zamykała w zachwytach, że on taki młody, a już tak wyedukowany, że tak ważną posadę pełni. Bla bla bla o typie, który z dziada i pradziada w moich oczach mógł być co najwyżej chujem.

    Wnuk starego Josepha dziedziczył po dziadzie nie tylko chujowe geny, ale nawet imię. Ten młodszy nazywał samego siebie Josephem Juniorem.

    – Dla przyjaciół i bliższych znajomych Jose – powiedział, zapewne starając się być miłym, a ja już wtedy wiedziałem, że dla mnie na zawsze pozostanie Josephem. Nie zamierzałem nawet znajomić się, a już tym bardziej przyjaźnić, z kimś kto starego Josepha miał w rodzinie, a tu, na domiar złego, była to rodzina w pierwszej linii.

    David uważał, że mam negatywny nawyk oceniania ludzi po ich korzeniach. Wyznawałem jednak, że czym skorupka za młodu nasiąkła i na co oczy się napatrzyły, to potem łapska robiły. A stary Joseph był chujem. Po prostu chujem ogromnym. I choćby młodszy Joseph był o połowę lepszy od dziadka, to wciąż byłby dużym chujem. A ja chujów nie znosiłem.

    – Rozumiem, że pan jest hrabią hrabstwa De–Winter? – zapytał Davida.

    Z trudem powstrzymałem śmiech, ale ostatecznie nie odczułem zdziwienia. O pomyłkę nie było trudno. Po pierwsze, bo to ja prowadziłem Hugo, a David był jedynie pasażerem, a większość hrabiów i księciów, jeśli nie w karocach, to właśnie tak podróżowała. Choć zwykle odbywało się to w taki sposób na polowaniach. Po drugie, David był w pełnym, drogim, szytym na miarę i z najlepszych materiałów garniturze o hebanowej barwie. Zielony niczym trawa płaszcz, długości znacznie za kolana, dodawał mu elegancji i centymetrów, których bogowie mu poskąpili. A mnie przywodził na myśl wiosnę – jedną z mych ulubionych pór roku. Faktem jednak było, że przy Davidzie, w ten konkretny czas, wyglądałem niczym ubogi daleki kuzyn. Syn klasy robotniczej. Już nie rolnik, ale jeszcze nie gospodarz. Taki pracownik biednej, zatrudniającej z tuzin ludzi, fabryczki.

    David pokręcił głową i wskazał dłonią na mnie.

    – Hrabią hrabstwa De–Winter jest Zachary Douglas – wyjaśnił.

    Joseph najpierw zmierzył mnie od stóp do głów, a następnie wyciągnął w moją stronę dłoń w czarnej, lśniącej, na pewno nowej rękawiczce. Nie odwzajemniłem jego uścisku, swoje dłonie mocniej wcisnąłem do kieszeni płaszcza. Zerknąłem przy tym na swój rękaw. Kolor przypomniał mi o tym jak bardzo jestem głodny. Miałem ochotę na kiełbasę z musztardą. Najlepiej taką mocno opaloną. Często samemu sobie taką nad piecem, kominkiem lub ogniem kuchenki przygotowywałem.

    – Przepraszam. Nie wychowywałem się w Mullier – starał się usprawiedliwić, zapewne uważając, że to przez tę nic nieznaczącą pomyłkę nie podałem mu dłoni. Nawet mu do łba nie przyszło, że to przez jego nazwisko. Czyli był równie tępy co stary Joseph.

    Hrabstwo Mullier, w odróżnieniu od hrabstwa De–Winter, od wieków było w posiadaniu kolejnych pokoleń synów założycieli. Stąd nazwa zgodna z nazwiskiem, które nosił obecny hrabia. Ten nieszczęśnik jednak nie miał syna. Posiadał póki co tylko nastoletniego pasierba i zamężną już pasierbicę. Braci pochował, ostatniego w zeszłym miesiącu. Żaden z nich nie miał potomka męskiej płci. Tak więc nazwisko i nazwa hrabstwa, po śmierci tego jednego, ostatniego członka miały przestać iść z sobą w parze. Najprawdopodobniej otrzyma je syn żony. Złoty chłopak. Grywał ze mną w karty w burdelach. Bitki dobrze obstawiał. Trochę moczymorda, ale co ja tam będę obcemu wypominał, gdy sam lubiłem wąsy w ognistej zamoczyć.

    Wzruszyłem ramionami. Pod wpływem zimna głębiej wcisnąłem dłonie do kieszeni.

    – Do rodu De–Winter należała żona hrabiego Douglasa – wyjaśnił David, a ja za żadną cholerę nie mogłem pojąć, po co on tłumaczy się temu chuj-juniorowi.

    Wiele rzeczy tego typu nie potrafiłem pojąć. Właściwie niewiele mówiłem. Nie nawykłem do strzępienia sobie języka bez przyczyny. David więc był moją mową urzędową, taką z krwi i kości, i na dodatek zawsze pod ręką. Nie miał żony ani dzieci, choć był w idealnym wieku do posiadania obydwóch. Rodziców miał spokojnych, zapracowanych. Nie było nader dużo okazji by odwiedzał ich na wsi. Z resztą, David zdawał się nie lubić wsi. Pola przyprawiały go o dreszcze, choć w życiu na żadnym źdźbła nie ściął własną dłonią. Jego rodzice pracowali na roli. Syna mieli jednego. Poświęcili mu młodość, zaharowując się, by zapewnić mu edukację i otworzyć furtkę na jeden z tytułowych dworów. I tak trafił do Marii – mojej żony. Był wtedy młody, świeży, pomysły miał innowacyjne. I jednym z takich doprowadził ją do niechcianej ciąży i niemal na upadek naraził. I to właśnie wtedy zgodziłem się ją poślubić. Mezalians to był, bo sam wtedy byłem bezrobotny i nawet nie starałem się zdobyć najniższego wykształcenia. Nigdy nie lubiłem szkolnictwa. Za młodu uciekałem z zajęć w pierwszych trzech godzinach ich odbywania. A matka – samotna kobieta – nie mogła mnie zagnać do lekcji, czy zmusić do czytania. Kobieta w starciu z mężczyzną nie ma żadnych szans. Nawet jeśli to starcie między matką a synem. W końcu co ona mogła mi zrobić? Dać baty na dupę, po których byłbym się tylko śmiał do rozpuku? Podczas gdy za miękkie miała sumienie, by na mnie choćby palec podnieść.

    Kiedy podrosłem, parałem się krótkimi zajęciami, dającymi szybki zarobek, tak bym mógł przeżyć i miał za co usta zamoczyć, co w usta wsadzić i w czym fiutem pofolgować. Takim właśnie poznała mnie pierwsza, i póki co jedyna, żona. Jednak to dzięki mnie i mojemu, jakże wielkiemu poświęceniu, jej dziecko zyskało ojca. W zamian, po latach, dostałem we władanie hrabstwo. Stanąłem też przed osądem społecznym i urzędniczym.

    Otrzymałem baty za nieprzestrzeganie tradycji i niezłożenie ślubów, a więc też za niedotrzymanie ich. Od wieków panowała zasada, że od oświadczyn do ślubu musi minąć dwadzieścia jeden tygodni, inaczej dwieście dziesięć dni, podczas których nie wolno współżyć ani z żadną kurwą, ani z przyszłą żoną. Taki wymyślny post przed nocą poślubną, gdyż wtedy ta ma większe szanse zaowocować. U nas zaowocowało wcześniej, a ci zamiast pękać z dumy, bo przecież nie zwiałem, tylko wziąłem odpowiedzialność, nałożyli na mnie karę. Dziś miałbym ten przywilej, że sam siebie mógłbym ułaskawić. Wtedy jednak hrabią był brat Marii. Nieszczęśnik zmarł nie dożywszy sędziwego wieku. Był dzieckiem z pierwszego małżeństwa hrabiego, trzydzieści lat od Marii starszy.

    – Obiecuję zapoznać się z kronikami z ostatnich lat, w wolnej chwili – wyjawił Joseph. – A teraz chciałbym panom coś pokazać. – Wskazał dłonią kierunek. Z oddali widziałem, że Mullier, wraz z żandarmami i medykami, jest już na miejscu.

    – A nasz żandarm wysokiego szczebla? – szepnąłem zapytanie do Davida, gdyż nigdzie nie widziałem człowieka w umundurowaniu o naszych barwach.

    David wzruszył ramionami.

    – Po tylu latach, akurat w takiej chwili, musisz przejmować po mnie ten zwyczaj – warknąłem na niego, wciąż zniżając głos do szeptu.

    – Może nie został wezwany – gdybał. – Pierw poinformowano komisariat w hrabstwie Mullier – objaśnił.

    – Kto normalny biegnie zgłosić dziecko w kartonie hrabstwo dalej? Do nas miał z pięćdziesiąt kroków, tam z pięćtysięcy – nie rozumiałem.

    – Sprawdzę – syknął David, ale to ani trochę nie poprawiało obecnej sytuacji.

    Aktualnie przez głupiego zgłaszającego, który chciał przy okazji zrobić kondycję nadmiarom kroków, my mieliśmy na karku nie tylko chuj–juniora, ale jeszcze chuj–Mulliera, z którym zapewne będziemy zmuszani współpracować. Tak więc znalezienie biegacza chuja mi dawało. Co najwyżej mogło mnie skazać, z mocy króla, za wprowadzenie bez jego wiedzy kary śmierci przez zabatożenie. A miałem na to ochotę. Kurewską ochotę na to miałem.

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    Dla Dorosłych

    DD–DlaDorosłych to wspólny projekt stworzony w 2023 roku przez kilku autorów. W rzeczywistości różni nas bardzo dużo, ale łączy jedno – zamiłowanie do pisania. Razem tworzymy niepowtarzalne historie, a wszystko po to aby dorosły czytelnik mógł poczuć się wyjątkowo. Można nas znaleźć na Bloggerze, Wattpadzie, Instagramie i Facebooku.

  • Hugo – Rozdzial 2, czesc 2

    Pudełko (część 2)

    Hrabia Zachary Douglas

    Z ociąganiem doczłapałem się do zwłok. Nie były już w kartonie. Ten spoczywał w zadaszonej dorożce. Denat był nagi. Z dalszej odległości przypominał lalkę, a nawet wystawowego manekina, jakiego widuje się głównie u modystek i krawcowych. Są to lalki wykonane z białej porcelany. Mają proporcjonalne dłonie i głowy, ale już nogi i ręce jak patyczki, bo w celach oszczędnościowych skąpi się materiału na to czego nie widać. I to zmarłe dziecko wyglądało podobnie. Jego dłonie, choć szczupłe, były duże, palce długie, głowa też naturalnie wielka, zaś cała reszta zupełnie niepasująca do wzrostu i szacowanego wieku. Medyk od nieżywych ocenił dziecko na lat pięć, z rokiem rezerwy w obydwie strony.

    – Zna hrabia dzieci w swym hrabstwie? – zapytał mnie niespodziewanie Joseph.

    – Wszystkie? – odpowiedziałem pytaniem na pytanie, będąc przerażonym, że ktoś ode mnie oczekuje takiej wiedzy.

    – Swoje ledwie rozpoznaje, co nie? – szepnął w moją stronę David, tak, by nikt poza mną tego nie usłyszał.

    Pchnąłem go lekko w ramię i nakazałem przestać. Uśmiechnąłem się.

    – Panowie, trochę powagi – głos zabrał hrabia Mullier. Mój rówieśnik, ale poza tym byliśmy od siebie zupełnie różni.

    On był ten przykładny, poważny, poukładany, zawsze z nadczasem. Poza tym straszny dupoliz księcia. Jakby mógł, to by pałę samemu królowi obrabiał w tajemnicy. Plotki mówiły, że król lubił za młodu chłopców, a potem poślubił królową, bo poprzedni król syna nie miał i plotki ucichły, bo o królu już nie wydało źle głosić. Szkoda, że hrabiów to się nie tyczyło. Mnie plotki na mój temat od zawsze do teraz wyprzedzały.

    – Stoimy nad martwym dzieckiem – przypomniał Mullier z dezaprobatą w spojrzeniu.

    – Dobrze, że nie nad żywym, bo mogłoby się na widok niektórych z nas rozpłakać – kontynuował swoje żarty David. Tym razem także czyniąc to wyłącznie do mnie. Nikt poza mną nie był w stanie tego dosłyszeć. Nikt więc poza mną się z tego nie zaśmiał.

    – Hrabio De–Winter – przemówił nad wyraz poważnie Joseph, czym i mnie skłonił do powagi. – Czy rozpoznaje pan to dziecko?

    Pokręciłem głową, a dopiero potem uważniej przyjrzałem się ciału. Chłopczyk miał ciemne włosy. Kruczoczarne i niesforne. Mokre od śniegu, a jednak wciąż faliste. Krzywo obstrzyżone. Był nagi. Trochę siny. Miał jakieś niewiele znaczące blizny na kolanie i nadgarstku. Jedną konkretną ranę na głowie. Krew zaschła. Nie był od niej brudny, jakby wcześniej ktoś go umył.

    Ponownie pokręciłem głową.

    – Czy mogę pana prosić, hrabio Do…uglas, dobrze zapamiętałem? – zapytał Joseph.

    Przytaknąłem i tym dałem się temu skurwielowi złapać w pułapkę, ponieważ choć pytał on o brzmienie mojego nazwiska, to w rzeczywistości moje przytaknięcie uznał za zgodę na niedokończoną prośbę.

    – Zatem odwiedzi pan rodziny z dziećmi w swym hrabstwie, zaczynając od wielodzietnych i przeliczy ich potomstwo – polecił.

    – Osobiście? – zdziwiłem się.

    – Dlaczego najpierw wielodzietne? – dopytywał z zaciekawieniem David.

    – Ponieważ w takich rodzinach najprościej o wypadek. Dziecko już na pierwszy rzut oka ma skrajną niedowagę. Mogło omdlewać z głodu. Niefortunnie upaść. Uderzyć się i umrzeć.

    – Sugeruje pan, że w De–Winter ludzi nie stać na jedzenie dla dzieci? – jawnie byłem oburzony. Dotknął mnie tym oskarżeniem do żywego. Moje hrabstwo do najbogatszych nie należało, ale nie było też znowu skrajnie ubogie. Zboża nie brakowało, a więc chleba także, a ostatecznie chleb i woda do przeżycia wystarczą. Dodatkowo niemal każdy miał jakiś fragment ziemi. Mógł sadzić i plony zbierać. Warzywa mieć własne. Baby jednak wolały łazić na targ, zamiast pola uprawiać. Pieniądze wydawały, plotki zbierały, ploty siały.

    – Jeśli ich hrabiego nie stać na koszulę pod marynarkę, to czego się dziwić? – odszczeknął bezczelnie smarkacz jeden.

    – Że też ten przeklęty szalik się musiał poluzować i odsłonić moją klatkę piersiową – pomyślałem. Zaraz jednak poczułem zew dumy, bo moja klata była jedną z najbardziej imponujących. Fakt faktem, wysoko urodzone kobietki nie chciały kogoś z takimi mięśniami za męża, ale za kochanka, a i owszem. Nie nadawałem się na salony. Idealnie za to pasowałem między każdej uda. Wiele rozdziewiczyłem przez tymi, którzy do tego mieli prawo. Głupie za to później zebrały cięgi. Co mądrzejsze dobrze udawały dziewictwo, krwią z pęcherza z ukrycia pod dupą tryskając.

    Moja pięść zderzyła się z policzkiem żandarma. Siła uderzenia była taka, że odleciał o krok w bok i przydzwonił drugą stroną twarzy w drzewo. Uradowało mnie to. Nie planowałem obijać go z dwóch stron za jednym posunięciem, ale skoro już do tego doszło, to nie miałem nic przeciwko.

    – Sprawdzę ile będę mógł – powiedziałem bez żadnej emocji, statecznie. Odwróciłem się na pięcie i ruszyłem w kierunku Hugo. David podążył za mną.

    – Przesadziłeś! – śmiał mi wytknąć, kiedy zasiadałem konia.

    Przez jego słowa, w wyobraźni widziałem siebie odjeżdżającego na Hugo, zostawiającego Davida, by przerobił drogę na piechotę. Nie mogłem sobie jednak pozwolić na spełnienie tego marzenia. Nie w obecności żandarmów, Mulliera i Josepha. Poza tym, po przywaleniu temu ostatniemu, prawnik mógł mi się jeszcze przydać. A David był dumny dość. Mógłby wydać wypowiedzenie, gdybym go znieważył lub poniżył.

    – Cholernie przesadziłeś – marudził dalej, sadowiąc się za mną. – Co zrobisz jak poskarży się księciowi, albo królowi samemu?

    – Królowi? Laskę – zadrwiłem w bardzo niegrzeczny sposób, a potem wyplułem ślinę z obrzydzeniem. – Myślę, że znajdziesz mi jakiegoś chłopaczka, który spełni oczekiwania królewskiej mości – ciągnąłem dalej.

    – To nie jest śmieszne, Zack! – kłócił się bez ustanku David.

    – Nie, nie jest, ale za to jakże jest prawdziwe – trwałem przy swoim.

    – Mogą cię skazać za zniewagę żandarma – straszył.

    – Baty mi niestraszne – zaciągnąłem nadgorliwą odwagą, taką, która to często nie dawała mi w spokoju żyć, ale przed własny grób mnie jeszcze nie zaprowadziła.

    David westchnął. Westchnienie to wydawało się być umęczone. Zupełnie go nie rozumiałem. Faktycznie widok dziecka z pudełka mógł zasmucić, ale nie na tyle by chęci do życia odbierać, a David jakoś tak dziwnie osłabł. Nagle przestały go moje żarty bawić i sprawiał wrażenie, jakby nie zamierzał ich nawet dłużej tolerować. Wybrałem więc milczeć. Pod burdel go odwiozłem.

    – Powinniśmy jechać do pałacu – upominał, nie zsiadając z konia, choć ja już dawno zeskoczyłem na ziemię.

    – Muszę dokończyć ruchanie Soni w dupę, a potem syto zjeść – odparłem. – A potem, dopiero po tych dwóch, będę zdolny myśleć i pracować – uprzedziłem. – No chodźże – zachęcałem, przywołując go całą ręką. – Opłacę ci jakąś w twoim typie. Posłuszną do bólu – zapewniłem.

    David westchnął, ale w końcu zszedł z garba Hugo. Wcisnął dłoń do kieszeni płaszcza i ruszył w moją stronę. Wspólnie, jak z rzadka się zdarzało, weszliśmy do karczmy.

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    Dla Dorosłych

    DD–DlaDorosłych to wspólny projekt stworzony w 2023 roku przez kilku autorów.W rzeczywistości różni nas bardzo dużo, ale łączy jedno – zamiłowanie do pisania.Razem tworzymy niepowtarzalne historie, a wszystko po to aby dorosły czytelnik mógł poczuć się wyjątkowo.Można nas znaleźć na Bloggerze, Wattpadzie, Instagramie i Facebooku.

  • Hugo – Rozdzial 2, czesc 3

    Pudełko (część 3)

    Hrabia Zachary Douglas

    David z rzadka bywał w takich miejscach. Kurwy niezaprzeczalnie lubił, ale cenił dyskrecję. Pozwalał sobie na tego typu rozpusty tylko w podróżach. Natomiast w hrabstwie i okolicznych grodach, a możliwe nawet, że w całym tym księstwie, miał opinię kawalera idealnego.

    David posiadał ciepłą, przynoszącą zyski, stałą posadkę. Do tego zajmował się rachunkami każdego, kto tylko go o to poprosił. Udzielał porad prawnych. Pisał pisma o przydział różności. Nie zdzierał z biedaków, ale nigdy nie robił niczego za darmo. Konkretny był, punktualny, słowny. Czyli posiadał większość tych cech, które mnie się nie imały.

    Pomimo omijania tej konkretnej karczmy, David, będąc w środku, nie sprawiał wrażenia skrępowanego. Pozwalał na to, by mijające nas dziwki go obmacywały, puszczały do niego oko i wplatały palce w jego blond włosy. Były nawet ze dwie takie, które z rozmachem klepnął w pośladek. Ostatecznie jednak zatrzymał się na kratce od klatki, w której odbywała się walka dwóch, ledwie słaniających się na nogach, pijaczków.

    – Bardziej zabawne niż walka kogutów – stwierdził.

    – I niż powolne zabijanie prosiaka – dodałem. Na boku już opłacałem zwycięstwo bruneta. Blondyni, w mojej opinii, byli słabi fizycznie. Postanowiłem jednak tych prawd nie wygłaszać na głos w obecności blondyna, odpowiedzialnego za trzymanie moich finansów w zamkniętym kręgu, który i tak z rzadka się domykał.

    – Do bliźniaczej? – zaproponowałem pytająco.

    David przytaknął. Szybko zamknął oczy, skrzywił się i wciągnął powietrze aż świsnęło. Blondyn z ringu właśnie walnął jak długi o deski. Jednak zęby skubany musiał mieć mocne, ani jeden się nie posypał.

    Ruszyliśmy z Davidem do piwnicy, gdzie mieściły się alkowy dla gości, zaopatrzone tak, by można było używać kurew na każdy, nawet najbardziej wymyślny sposób. Akcesoriów było tutaj tak dużo, że chyba nie brakowało żadnego. Mogłem się tym poszczycić wśród właścicieli innych burdeli. U większości była „bida z nyndzą” i klienci nawet własne korki analne i oliwki musieli przynosić.

    Zwróciłem się do jednego z opiekunów, by przyprowadził mi trzy moje ulubienice. David powiedział, że on sam woli grę jeden na jeden. Ze specjalnych życzeń chciał żeby kurwa miała dorodny biust.

    Postanowiliśmy zaczekać w bliźniaczej izbie, którą przez środek oddzielały dwie grube, czarne zasłony. Ja poszedłem na lewo, David został po prawo. To przez jego część były zmuszone przejść wszystkie cztery kobiety.

    David z należytą kulturą przytrzymał zasłonę, gdy moje trzy kurwy zmierzały do mnie. Wszystkie zdawały się stąpać jak po szpilkach. Powoli. Niepewnie. Spięte były w każdym mięśniu. Dupy z pewnością miały obolałe. Spodziewałem się, że otrzymały lanie zaraz po moim wyjściu. Tutaj takich próśb z moich ust nie puszczano mimo uszu. Nie zwlekano też z ich wykonywaniem. Kobiety tutaj pracujące musiały znać swoje miejsce. Nie wychylać się, nie pyskować, okazywać pokorę sto razy większą niż żony swoim mężom.

    Puściłem do Davida oczko i życzyłem mu, by przyjemnie się bawił. Sam też miałem zamiar upuścić stresu, a każdy mężczyzna wie, że najsprawniej i najprzyjemniej upust ten szedł z użyciem kutasa. Mijał po tryśnięciu.

    – Rozbierzcie się – rozkazałem. – Nawzajem i z uczuciem – dodałem, wskazując na czarnoskórą i rudzielca. Sonie przywołałem do siebie, pokazując palcem na nią, a następnie na miejsce między moimi nogami.

    Nauczona doświadczeniem młodej kurwy, wiedziała już, że do mnie należy podchodzić na kolanach. Padła więc na obydwa, po czym doczłapała się, by z pokorą spuścić głowę i wyczekiwać na dalsze rozkazy.

    – Nie krępuj się. Wyjmij go i postaraj się wziąć całego – powiedziałem, jednocześnie obserwując jak dwie pozostałe kobiety wymieniają swoje śliny i zrzucają z siebie nawzajem skąpe kiecki. Gorseciki miały ładne. Trafione. Ten rudej był czarny jak smoła, a czarnoskórej biały jak śnieg. Obydwa należycie usztywnione i dobrze ściągnięte. Siatkowane w okolicy cipki i z wycięciem na każdy z cycków.

    Sonia wyjmowała mojego fiuta z taką czułością, która za zadanie miała jedynie opóźnić wzięcie go całego do ust. Nie lubiła tego rodzaju stosunku. Zawsze się dławiła. Gardło miała jeszcze, można było powiedzieć, że dziewicze. Jednak niezaprzeczalnie wolała lizać i ciągnąć, niżeli wypinać w moją stronę swoją dupę i czekać aż to tam zapakuje po same jądra.

    Zaplotłem jej włosy wokół swojej dłoni. Ścisnąłem, pociągnąłem, dałem znać, że od teraz to ja ustanawiam tempo i głębokość. I przystąpiłem do ruchania jej w usta. Ostro, szarpanymi ruchami, coraz szybciej. Zaprzestałem dopiero, gdy pozostałe dwie do końca się rozebrały.

    – Połknij – zwróciłem się do Soni i nieco zwolniłem. Zawsze zwalniałem przed wytryskiem.

    Sonia posłusznie spełniła moją prośbę. Twarz miała poczerwieniałą. Po policzkach ściekały łzy. Szminka, która zdobiła jej usta, znacznie się rozmazała.

    – Na łóżko! – krzyknąłem do niej. – Na czworaka – dodałem, szarpiąc ją za włosy do góry i dosłownie rzucając w miejsce, w jakim chciałem ją widzieć. Nie ma co kryć, że zdenerwowany byłem znaleziskiem między hrabstwami. Wiedziałem, że wynikną z tego kłopoty. Nerwowo miałem w duszy, więc i nerwowo pieprzyłem.

    Dopiero co zdecydowałem się na zdjęcie płaszcza i marynarki. Nie przepadałem za zimą i zwykle trochę trwało nim się należycie dogrzałem po powrocie z dworu. Po domu potrafiłem pół dnia chodzić w wierzchnim ubraniu, jeśli Rozalia akurat zarządziła mycie okien lub wietrzenie izb. Spałem jednak zawsze nago i to niezależnie od pory roku.

    – Dłonie na barierkach – rozkazałem Soni. Następnie wskazałem na rudowłosą. – Przygotuj dla mnie narzędzia, podczas gdy koleżanka będzie mi stawiała na baczność – kończąc, przywołałem czarnoskórą do siebie.

    Stałem na środku i pozwalałem jej robić z moim fiutem te cuda, które to tylko ona potrafiła. Jednocześnie obserwowałem jak ruda kładzie na łóżku tacę i układa na niej korki, kulki, knebel i oliwkę.

    – Dołóż coś na krótkiej rączce, niezbędnego do szkolenia – poleciłem, ciekaw co wybierze. Mogła zdecydować się na drewniane, krótkie, cienkie wiosło, fragment skóry na drewnianej rączce, a nawet na cienki, elastyczny sznur, zawinięty tak, że zakańczał się pętelką.

    Ruda wybrała coś co wyglądem trochę przypominało drewnianą łyżkę kuchenną, z tą różnicą, że z obydwóch stron było tak samo płaskie. Ponaglona przeze mnie, podała mi to wprost do ręki. W myślach już widziałem jak pośladki Soni będą wyglądały po spotkaniu z takim rodzajem dyscypliny, ale postanowiłem, że ostatecznie nie tylko jej się ode mnie oberwie.

    – Każdy nieproszony krzyk, pisk, zawodzenie, odbije się po razie na koleżankach i dwoma razami na tobie – od razu przedstawiłem zasady.

    Rozejrzałem się po alkowie i poczułem się uradowany tym, że klęczniki, zupełnie takie same jak modlitewne, znajdują się na wyposażeniu. Poleciłem dwóm kurwom, by na nich klęknęły i czekały. Sam zbliżyłem się do Soni. Smagnąłem ją narzędziem przez ubranie, dwukrotnie, na każdy pośladek.

    – Obyś miała zalążek tego jak to smakuje – uargumentowałem.

    Sonia spięła pośladki pod wpływem zaskoczenia, ale nie wydała z siebie żadnego dźwięku. Zawierciła się nieznacznie. Nie było więc aż tak źle. Oznaczało to, że opiekun się spisał i wpoił jej, iż zasad klientów należy zawsze, bezdyskusyjnie przestrzegać. I starać się nie podpaść.

    Rzuciłem okiem na dupy pozostałych dwóch kurew. Ta rudej była aż bordowa, a na złączeniu ud pojawiał się piękny fiolet. Na czarnej skórze znacznie mniej było widać oznaki lania, ale była ona ciemniejsza w kilku miejscach, co oznaczało, że i jej nie oszczędzono.

    Odstąpiłem wzrokiem od podziwiania sińców i zabrałem się za wybór narzędzia rozciągającego odbyt. Zdecydowałem się na drewniane, łączone z sobą kulki, z czego ta u szczytu była najmniejszą, a każda kolejna wydawała się być o połowę większa od poprzedniej. Razem tworzyły swoistego, pięciokulistego bałwanka.

    Zszedłem z łóżka i podstawiłem narzędzie pod twarz Soni. Kazałem jej dobrze się jemu przyjrzeć. Uprzedziłem, że dziś po ostatnią kulkę wsadzę to w jej dupę, a potem wyjmę i zerżnę ją tak, że dwa dni będzie miała trudności z chodzeniem. Przypomniałem jej, że przecież sama twierdziła, iż to lepsze, niżeli mieć męża, dom, dzieci i kobiece obowiązki.

    Wróciłem na miejsce na łóżku. Uklękłem tuż za pośladkami Soni. Pośpiesznie zadarłem sukienkę na jej plecy, a majtki rozsupłałem i zsunąłem do kolan. Wciągnąłem powietrze ze świstem, będąc pod wrażeniem różnorodności barw. Górna część dupy Soni była lekko różowa, dalej odznaczały się ślady po grubym, skórzanym pasie, przechodziły w głęboki burgund, a poniżej dorodna śliwka informowała mnie o tym, że ktoś użył na niej wiosła przynajmniej pięciokrotnie, uda natomiast były w pręgach po jakimś cienkim kijku. Naliczyłem nim aż siedem uderzeń.

    – Miejmy nadzieję, że problem z dyscypliną został zażegnany – powiedziałem, jednocześnie obficie polewając jej dziewiczą dziurę oliwką.

    Chwilę obserwowałem jak jej odbyt zaciska się i rozluźnia, nim natarłem na niego pierwszą z kul. Wciskając, nakazałem Soni trzymać dupę luźno. Ostrzegawczo, bardzo delikatnie, poklepałem ją narzędziem dyscyplinującym po boku lewego uda. Zasugerowałem tym, że ma na ciele jeszcze kilka takich miejsc, po których można ją zbić. Między innymi były to przód ud, jak i ich zewnętrzna i wewnętrzna strona. Łydki także miała zachęcająco gładkie. Cycki i cipę też niczego sobie. Przypomniałem sobie, że po cipce skarciłem w swoim życiu jedynie żonę, kiedy bez mojej wiedzy i zgody, przyłapałem ją na samodzielnym robieniu sobie dobrze z użyciem palca.

    – Pomyśl jaka będziesz z siebie dumna, kiedy już będziesz miała to za sobą – podpowiedziałem, podczas gdy pierwsza z kul znalazła się w jej odbycie. Chwilę nią pokręciłem w obydwóch kierunkach, a nawet prawie wysunąłem i wsunąłem ponownie, nim zabrałem się za wpychanie drugiej. Ta weszła już znacznie trudniej. Poczułem opór, który bez skrupułów sforsowałem. Soni uda zadrżały. Pośladki sprawiły wrażenie, jakby się zatrzęsły. Nosem znacząco pociągnęła. Jawny płacz jednak stłumiła.

    – Bardzo dobrze – pochwaliłem. – Żaden klient nie lubi zawodzącej kurwy. Musisz znosić każdą taką rzecz z pokorą i dumą. Cieszyć się, że panu, który za ciebie zapłacił, sprawia to przyjemność. Jego przyjemność, to twoje lepsze warunki, lepsze jadło, droższe sukienki. A i opiekun batów cotygodniowych oszczędzi – przedstawiłem jej zalety trzymania gęby na kłódkę i utrzymywania pozycji.

    Dolałem oliwki i zacząłem wciskać trzecią z kul. Tym razem Soni zęby aż zgrzytały. Dłonie zaciskała na poręczy łóżka tak bardzo, że aż jej kłykcie pobielały. Spociła się niczym polna mysz uciekająca przed kocurem.

    – Postaraj się bardziej – pouczyłem. – Trzymaj luźno – dodałem i zacząłem obracać narzędziem. Wyjąłem drugą kulkę i naparłem silnie, by i trzecia wskoczyła.

    Sonia zawyła, po czym wypuściła poręcz, a jej dłoń poleciała na pośladek, jakby to miało zapewnić jej jakąś ochronę.

    – Boli – jęknęła, głowę przyłożyła do pościeli. Wyglądało to trochę tak, jakby opadała z sił.

    Zirytowałem się. Wkurwiała mnie taką słabością. Sama wybrała sobie taką rolę w życiu, a teraz sprawiała wrażenie, jakby sama chciała wybierać co klient ma prawo z nią robić, a czego ma nawet nie próbować. Było zupełnie tak, jakby Sonia nie rozumiała, że nie jest jakąś grodzką cichodajką, która sama wybiera sobie klientów, tylko rodowodową kurwą w najlepszym burdelu w księstwie. I nie chciałem by zepsuła mi renomę mojego domu rozpusty. Był to jeden z niewielu biznesów w posiadaniu hrabstwa, który przynosił aż tak zadowalające zyski.

    Szybko pochwyciłem lewą dłonią nadgarstek Soni. Wykręciłem jej rękę tak, by dosięgała prawie środka pleców. Swoim ciężarem przygwoździłem ją do łóżka. I nie wyjmując narzędzia rozciągającego odbyt z jej dupy, przystąpiłem do lania.

    – Dwa za wycie, nie jesteś zwierzęciem w dżungli, by takie dźwięki wydawać – pouczyłem i przyrżnąłem sowicie kawałkiem drewna, w sam środek jej prawego uda. Dwukrotnie trafiłem w to samo miejsce. Szarpnęła się. – Dwa za słowo, bo nakazałem ci wyraźnie, byś trzymała gębę na kłódkę – dodałem i kolejne dwa trzasnąłem w drugie udo. – Dłoni nie pozwoliłem ci zdjąć z ramy – warknąłem przez zęby i tym razem zdzieliłem ją po tej części dupy, która była fioletowa.

    I w tym momencie Sonia wyła już na całego. Ryczała niekontrolowanie. Odrzuciłem łyżkę i zacząłem obijać ją gołą dłonią. W międzyczasie wyszarpnąłem narzędzie rozciągające odbyt z jej dupy, po czym biłem dalej. Raz za razem, szybkim tempem. Obrywała po pośladkach i całych udach. Siniała od góry pośladków do zgięcia nóg z tyłu kolan. Sprałem ją tak bardzo jak dawno żadną. A potem bez żadnego uprzedzenia i delikatności włożyłem swojego kutasa w jej odbyt. I zerżnąłem, bez zważania na krwawe otarcia, jęki, szlochy, smarki czy mocz, którym zmoczyła łóżko.

    Po wszystkim zszedłem z niej i sięgnąłem po sporych rozmiarów korek analny. Wsadziłem jej go w dupę i nakazałem przyzwyczajać się do uczucia wypełnienia, bo zamierzałem korzystać z niej często, a nie radowało mnie wracanie potem w mokrych spodniach.

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    Dla Dorosłych

    DD–DlaDorosłych to wspólny projekt stworzony w 2023 roku przez kilku autorów.W rzeczywistości różni nas bardzo dużo, ale łączy jedno – zamiłowanie do pisania.Razem tworzymy niepowtarzalne historie, a wszystko po to aby dorosły czytelnik mógł poczuć się wyjątkowo.Można nas znaleźć na Bloggerze, Wattpadzie, Instagramie i Facebooku.

  • Hugo – Rozdzial 2, czesc 4

    Pudełko (część 4)

    Hrabia Zachary Douglas

    David wszedł do mojej części alkowy, informując, że on już skończył i chciałby się wziąć do choćby ułożenia planu działania, odnośnie znaleziska między hrabstwami. Odpowiedziałem mu na to, że ja muszę najpierw zmienić spodnie. W oczach Davida widziałem, że ma ochotę mnie zrugać za aż tak ostre postępowanie z kurwami. Zmilczał jednak. Oparł się w nonszalancki sposób o ścianę i zapalił papierosa.

    – Okropny zwyczaj – zwróciłem mu uwagę.

    Wzruszył na to ramionami.

    – Jedna ta wada ginie w tle mych miliona zalet – oznajmił.

    Odszedłem od zawodzącej, leżącej w bezruchu Soni i z narzędziem dyscyplinującym podszedłem do pozostałych dwóch kurew. Stanąłem dokładnie przed nimi i poklepałem końcówką drewnianej dyscypliny o górę klęczników, tam gdzie miały ułożone ręce. Słowa były zbędne, zarówno ruda jak i czarnoskóra wiedziały jak mają się zachować. Powstały na równe nogi, przełożyły się przez górę klęcznika i rozwarły należycie nogi, tak by samym sobie utrudnić zaciskanie pośladków podczas przyjmowania razów.

    – Będzie lanie? – zapytał z głupkowatą radością David. – Musiałeś się naprawdę przejąć sprawą, Zack – dodał, po czym podszedł do łóżka, na którym leżała Sonia i wziął z tacy flakon z oliwką. Ten wcześniej się przechylił, ale połowa zawartości jeszcze w nim była. – Nałóż, niech nie mają pęknięć – polecił, dalej paląc.

    – Sam to zrób – odbiłem piłeczkę.

    Ja zamierzałem poświęcić ten czas na ubranie się. Wcześniej byłem zgrzany z gniewu. Teraz dopadał mnie chłód piwnicznych, kamiennych ścian.

    David szybko, bez żadnej delikatności, czułości i podniety rozpoczął wmasowywanie oliwki w pośladki rudowłosej. Następnie przeszedł do czarnoskórej i zrobił to samo. Wrócił do rudej i powtórzył całą czynność od początku, tym razem dodając lekkie wklepywanie cieczy w najbardziej zasinione miejsca.

    – Może i nie jest przyjemne, ale to dla twojego dobra – zwrócił się do rudej.

    Kiedy David skończył z rudowłosą i przeszedł do czarnoskórej, ja trzymałem już pewnie narzędzie dyscyplinujące w dłoni i przymierzałem się do zlania po już mocno obolałym, teraz lśniącym od oliwki chudym tyłku.

    Postanowiłem, że uderzeń nie będzie dużo, ale będą naprawdę mocne. Kurwy musiały znać swoje miejsce, a Sonia musiała zrozumieć, że wszystko co pan zaplanuje można znieść, przy odrobinie samozaparcia i samodyscypliny. Nie ma też co kryć, że dużo żonatych panów odwiedzało burdel, by zbić wynajętą kobietę bardziej niż żonę wypada, właśnie za występki tej żony. Dziwki musiały więc być wytrzymałe. Wytrzymałość trzeba było w nich od pierwszych dni pracy trenować. Też z tego powodu częstą praktyką było cotygodniowe batożenie kurew. I nie zawsze używano do tego bata. Właściwie bata używano rzadko. Stosowane były na kurewskich dupach klapsy, pasy, razy rózgą, ciosy wiosłem, ale tak naprawdę możliwości pozostawały nieograniczone niczym poza wyobraźnią. Ja sam, raz, jak jeszcze samodzielnie szkoliłem nowicjuszki, do obłożenia pośladków wybrałem damski pantofel z drewnianą podeszwą.

    Dupa rudej zapadała się w miejscu uderzenia po każdym z nich i drżała przed nadejściem następnego. Z jej ust wydzierały się pokorne błagania, rozpoczynające się: „Panie, wiem, że nie wolno mi, ale naprawdę nie dam rady”, „Więcej nie zniosę, błagam”, „Oszczędź mnie”.

    – Które to jej lanie z kolei? – wtrącił się David. Pochwycił mnie za nadgarstek, w locie zatrzymując moją rękę. – Widać, że została w krótkim czasie kilka razy mocno zbita – uargumentował.

    – Kurwy trzeba traktować ostro – warknąłem. – Żony także – dodałem odrobinę nauki, która mogła przydać się Davidowi na zaś, jeśli zdecyduje się w końcu jakąś poślubić.

    – Można ukarać należycie w inny sposób niż siłowy. Proponuję nakazać opiekunom, by wszystkie skosztowały smaku imbiru, a my już chodźmy. Mamy dziś wiele do zrobienia – rozpoczął przemawianie do mojego rozsądku.

    – Jeszcze dwa i kończę – zapewniłem.

    Poczekałem aż David puści moją rękę i powróciłem do uderzania sinej tak bardzo, że aż fioletowej, dupy w okolicy ud, gdzie skóra była najczulsza na ból. Kiedy padło drugie uderzenie, ruda nie wytrzymała. Zaczęła tupać w miejscu i trząś się na całym ciele w niekontrolowany sposób. Nie przejąłem się tym, wiedziałem, że nic jej się nie stanie. Lanie było mocne, ale krew nie pociekła. Najdalej za trzy tygodnie będzie mogła normalnie usiąść.

    Czarnoskóra lepiej zniosła lanie niż jej rudowłosa koleżanka. Kiedy skończyłem była cała zaryczana i spocona, ale nie zawodziła na głos, nie śmiała mnie o nic prosić, jak i kontrolowała odruchy swojego ciała. To oznaczało, że przed rudą było jeszcze sporo nauki, a przed Sonią jeszcze więcej.

    Wychodząc z burdelu, David rzucił do jednego z opiekunów, by jakieś dwie kurwy zajęły się obrażeniami trzech z dołu, tak by nie miały za długiego postoju w pracy. Dodał, że nie byłem dziś w najlepszym humorze i nieco się to na dupciach panienek do towarzystwa odbiło.

    Dowiozłem nas przed okazałą bramę pałacu. Poczekałem aż David zsiądzie i zadzwoni wielkim dzwonem. Dzwon ten nie był nigdy tak duży, jak po moim objęciu stanowiska hrabiego. Chciałem, by przewyższał ten kościelny przynajmniej o drugie tyle. Okoliczni kapłani mieli sinieć z zazdrości.

    Dwóch mężczyzn otworzyło bramę na oścież. Byli wyrośnięci, ale wciąż nie tak duzi jak ja. Wszyscy jednak nalegali, by pałac miał stałą ochronę. Rzekomo było tak od wieków. Za życia Marii nie pozwolono mi na zerwanie z wszystkimi rodzinnymi tradycjami, choć miałem na to kurewską ochotę. Ostatecznie mogłem sprać żonę i postąpić jak sam uznawałem za słuszne, jednak gdyby po takim akcie ktoś napadł na pałac De-Winterów, to król mógłby zrzucić mnie ze stanowiska, a moją rodzinę wygnać z tych okazałych przecież włości. Krótko mówiąc – gra nie była warta nawet knota od świeczki.

    Marcel i Oliver ukłonili się należycie i zaraz jeden z nich podszedł do konia, by odprowadzić go do stajni. To musiał być Oliver. Nikomu innemu Hugo na to nie zezwalał. A kiedy Olivera nie było akurat w pracy, to ja samodzielnie, ewentualnie wyręczony przez Davida, musiałem odprowadzać Hugo do jego boksu, najokazalszego w całej stajni.

    Marcel w tym czasie zamykał za nami bramę. Dopytywał o zgodę na zaślubiny z panną z okolicznego grodu, należącego do innego hrabstwa. Upatrzył sobie jakąś córkę kapłana. Dotychczas byłem na nie. Nie lubiłem nikomu zabierać bez powodu, a i oddawać nie zamierzałem. Czyli ani córki kapłana nie widziałem tu, ani Marcela nie chciałem oglądać z oddali. Dobry był w swoim fachu. Przydatny. A i na bitki do karczmy chodził. Podnosił nimi liczbę bogaczy lubujących się w oglądaniu takich walk.

    Konsekwentnie podążaliśmy na przód, nie zwracając uwagi na poboczne domostwa należące do służby i pracowników. Naokoło fontanny cztery dziewczynki bawiły się w ganianego. Nieopodal mali bracia Paula – młodszego lokaja – grali w piłkę. Mój syn i kilkoro starszych chłopców mierzyło z procy do szklanych butelek, postawionych na drewnianej skrzyni.

    Minąłem te wszystkie dzieci bez zatrzymywania się. Główne wejście do budynku pałacowego otworzyliśmy sobie sami. Zaraz jednak wyrosła przed nami Emily, niczym grzyb po deszczu. Przypominała bardziej młodą kurkę, niż trującego muchomora.

    – Witaj Zachary – zwróciła się do mnie. – Panie Sommers – dodała w kierunku Davida i skłoniła się należycie.

    David nawet na nią nie zerknął. Wydawało mi się, że nie miał głowy do kobiet. Wolał płatną fizyczną miłość. I choć często zwierzał mi się ze swoich planów, to nigdy nie pojawiła się w nich chęć założenia rodziny.

    – Dziękujemy Milly – spławiłem ją, nim zechciała nas rozpłaszczać.

    – Czy nie powinniśmy… – zaczął David niepewnie.

    – Powinniśmy – przyznałem mu rację. – Ale nie odwiedzę moich ludzi bez koszuli i w mokrych spodniach – dodałem. – Poza tym muszę się najeść. – Zdjąłem płaszcz i dla wygody rozpiąłem marynarkę, a David poszedł w moje ślady.

    W kuchni apetycznie pachniało pieczonym kurczakiem.

    – Ze dwa udka dla mnie – złożyłem zamówienie i usiadłem przy kuchennym stole, gdzie Monica wyrabiała ciasto na chleb. – Dużo miejsca nie zajmiemy – zwróciłem się do niej, jednocześnie promiennie uśmiechając. Odchyliłem się do tyłu i zabrałem za rozpinanie mokrych od szczochów Soni dżinsów. Następnie wstałem i bez skrępowania je z siebie zdjąłem. Poprosiłem o przyniesienie mi czystych.

    Monica odpowiedziała mi uśmiechem, ale mój wzrok szybko zmienił położenie. Najpierw sunąłem w dół jej długich, gęstych, czarnych warkoczy, by w końcu zatrzymać się na dwóch dorodnych cyckach. Wyobrażałem sobie jak to byłoby położyć głowę na takiej naturalnej podusi, gdy starsza kucharka zaczęła coś pokrzykiwać i całe moje marzenie obróciła w pył, jak to tylko kobiety czynić potrafią.

    Rozalia pognała młodą Monicę do góry po moje spodnie, a kiedy dziewczę wróciło od razu zaczęła dosypywać mąki na blat. David zapobiegawczo się odsunął, by nie zostać oprószonym. Zapytany o to co zje, najpierw wyjął zegarek kieszonkowy, a następnie wyjaśnił, że nigdy nie spożywa posiłków o tej porze. Przystał jednak na herbatę z miodem i cytryną.

    Monica powróciła do wyrabiania ciasta na chleb, pochylając się przy tym coraz bardziej. Zmieniłem nawet miejsce, by mieć lepszy widok na jej sporawy, jak na zajmowane stanowisko, dekolt.

    – Łokciem – doradziłem z wyraźnym rozbawieniem i w tym właśnie czasie Rozalia pogoniła Monicę do odgrzania kurczaka i dokrojenia chleba, a sama zajęła się wyrabianiem ciasta. Ostentacyjnie, z niezadowoloną miną, powróciłem na poprzednie miejsce.

    David zaśmiał się jawnie. Rozalia także zdawała się być zadowolona ze swojego posunięcia. Zaczęła nagabywać o ożenku. Sugerowała, że Nora potrzebuje kobiecej ręki, damy na której mogłaby się wzorować. A ja tylko kręciłem na to głową i ani myślałem spełniać oczekiwania służby, bo w rzeczywistości posiadanie pani to im najbardziej byłoby na rękę.

    Kobiety rządziły łagodniej. Uwagę zwracały. Czasami pokrzyczały. Ja niewiele mówiłem, a niezadowolenie okazywałem ręcznie. Oczywiście Rozalii z racji wieku i tego, że męża posiadała, niewiele ode mnie groziło. Mogłem jedynie poskarżyć się jej ślubnemu. Miałem jednak świadomość, że wszystkie te młodsze służące Rozi traktowała jak córki, a one w jej ramię wypłakiwały baty, jakie ode mnie zbierały. A nawet jak batów nie zbierały, to i tak płakały, bo po ewentualnych odwiedzinach w mojej alkowie liczyły na znacznie więcej.

    Najgorsze dla Rozalii było to, że takie dziewczęta szybko z pracy uciekały. Łzy lały, rozpaczały, wracały do rodzin. A jej trafiała się nowa służba do przyuczenia. I tak ledwo, któraś wszystko pojęła, a już przychodziła taka, która nie wiedziała zupełnie niczego.

    – A może Monica by tak dziś zmieniła mi pościel – zagadnąłem, wciąż mając przed oczami te jej piękne, młode cycuchy.

    – Bardzo chęt… – zaczęła Monica, a Rozalia szybko wtrąciła swoje trzy grandaniny.

    – Milczeć! – wrzasnęła. – A ty, panie milordzie, przestań mącić w głowach dobrym dziewczynom. Ta pracowita jest. Dobrze, by się uchowała przynajmniej z rok. Debiut trzeba będzie Eleonorze przygotować. Ręce do pracy niezbędne. Nie będę miała czasu nowych uczyć.

    – Eleonora ma debiut? – nagle ożywił się David. – Wcześnie – skomentował.

    – Jeszcze nie zostało przesądzone – burknąłem i wbiłem nieuprzejme spojrzenie w Rozalię. Zacisnąłem usta. Ochotę warknąć miałem. Cycki Monici przeszły mi koło nosa.

    Rozi nawet Monice postawić jedzenia przede mną nie dała. Sama położyła talerz na stole. Chleba dla mnie dokroiła. A David otrzymał kubek herbaty. Mnie nalano wina do sporego kielicha. Moi ludzie wiedzieli co lubię najbardziej do posiłku, dlatego mnie nikt nie oferował ciepłych napojów.

    Ledwie pół udka zjadłem, a do kuchni wkroczyła żona ogrodnika.

    – Słyszałyście co się stało?! – zaczęła podekscytowana, zanim dobrze drzwi otworzyła. – Dziecko w kartonie znaleźli – dodała.

    – Skąd!? – ryknąłem, wstając na równe nogi. Ciężkie krzesło poleciało na podłogę. David zapobiegawczo także wstał, by wbić się między mnie, a Lukrecję.

    Zawsze bawiło mnie, jak trafne miała imię, zważywszy na to, że Richard zajmował się kwiatami. Poza tym nie bawiła mnie wcale. Żyła plotkami. Karmiła się gderaniem na prawo i lewo, jakby kurzyskiem była. I nawet nie nosiła się odpowiednio, jak na kobietę przystało. Często jeździła konno w męskich bryczesach. Sporo, jak na kobietę, piła, a jej stałym atrybutem był papieros w dłoni.

    – Ludzie gadają – odpowiedziała.

    – Gdzieś się znowu włóczyła?

    – Po grabie byłam. – Niewinnie wzruszyła ramionami.

    Byłem niemal pewny, że w drodze do kuźni, zboczyła do karczmy. Oczywiście nie siadywała nigdy w głównej sali, ale na zapleczu grywała w karty z kurwami, wino lejąc do gardła wprost z butelki.

    – Jedziemy – zadecydowałem i trąciłem Davida w ramię.

    – Koszula – upomniał mnie, po czym sięgnął po filiżankę z herbatą. Na stojąco, bez pośpiechu, dopijał.

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    Dla Dorosłych

    DD–DlaDorosłych to wspólny projekt stworzony w 2023 roku przez kilku autorów.W rzeczywistości różni nas bardzo dużo, ale łączy jedno – zamiłowanie do pisania.Razem tworzymy niepowtarzalne historie, a wszystko po to aby dorosły czytelnik mógł poczuć się wyjątkowo.Można nas znaleźć na Bloggerze, Wattpadzie, Instagramie i Facebooku.