Nastał wielki dzień dla mnie i mojej partnerki, dzień naszego ślubu. Dzień, w którym nie tylko świętowałyśmy miłość, ale i wszystko to, co przeszłyśmy razem, krok po kroku, serce po sercu.
Byłam podekscytowana, choć nie chodziło tylko o ceremonię. To było coś więcej. Coś głębiej, coś, co czułam pod skórą, w każdej komórce ciała.
Dominika nie była tylko moją partnerką. Nie była tylko kobietą, z którą miałam dzielić przyszłość. Ona stała się nią jeszcze zanim to do mnie dotarło.
Poznałyśmy się w momencie, w którym potrzebowałam spokoju. Stabilności. Kogoś, kto pomoże mi ogarnąć rzeczywistość, i tak właśnie pojawiła się Dominika, jako niania dla Julka. Z tym uśmiechem, tym spojrzeniem, w którym było ciepło, cierpliwość i siła. Pokochała moje dziecko, zanim pokochała mnie, a może pokochała nas jednocześnie.
Z dnia na dzień stawała się coraz ważniejsza. Zajmowała przestrzeń, którą wcześniej trzymałam pustą, jakby nieświadomie czekała właśnie na nią. Była delikatna, ale odważna. Subtelna, a przy tym pewna siebie. Rozumiała mnie bez słów i nigdy nie bała się ciszy.
To nie był tylko romans. To było zakorzenianie się. Kiedy się we mnie zakochała, a ja w niej pomimo że wszystko zaczęło się od jednej namiętnej nocy, szalonej, pełnej niedopowiedzeń, może nawet odrobinę nieodpowiedzialnej, wiedziałam, że nie będzie to coś przelotnego. Ona była jak dom.
Minął rok od dnia, w którym się oświadczyłam. Długo zastanawiałyśmy się nad formą ślubu. Myślałyśmy o ceremonii za granicą, ale ostatecznie zdecydowałyśmy się na to, co mogłyśmy przeżyć tutaj, u siebie, z rodziną i przyjaciółmi. Wybrałyśmy ślub humanistyczny, symboliczny, uzupełniony notarialnym dokumentem, który mimo, że nie zmieniał naszego statusu prawnego, był dla nas najprawdziwszym wyznaniem miłości.
Ceremonia odbyła się w zabytkowym dworku z hotelem, położonym wśród łagodnych wzgórz i otoczonym bujną zielenią oraz kwitnącymi ogrodami. Nie wybrałyśmy go dla prestiżu czy luksusu, ale z sentymentu, to miejsce miało duszę. Drewniane stropy, skrzypiąca podłoga, zapach świeżych kwiatów zmieszany z historią, która zdawała się przenikać przez mury… Dworek wyglądał jak wyjęty z romantycznego snu, a jego kameralna sala balowa i przyległy taras z widokiem na stare lipy tworzyły idealną scenerię do naszego symbolicznego „tak”.
Sala przylegająca do niego pachniała świeżo ciętymi różami, liliami i goździkami. Wszystko utrzymane było w pastelach różach, bieli i fiolecie. Girlandy zieleni, wysokie świeczniki, kryształowe kieliszki odbijające ciepłe światło świec. Przy wejściu czekał ręcznie malowany napis: „Witamy na weselu Ani i Dominiki” i właśnie wtedy poczułam, jak bardzo to wszystko jest realne.
Weszłam do sali jako pierwsza, miałam na sobie białą, elegancką dopasowaną sukienkę do kolan i oraz białą marynarkę. Na nogach kremowe, szpilki, które dodawały mi pewności siebie, a pod sukienką białe, subtelne pończochy, które nadawały całości lekko zmysłowy sznyt, tylko dla mnie, tylko dla niej. W dłoni trzymałam bukiet białych róż, a nogi, jak zwykle eksponowałam bezwstydnie, z dumą. Lubiłam czuć się kobieco po swojemu, pewnie, z drobną nutą zadziorności.
Dominika pojawiła się zaraz za mną. Miała na sobie krótką, dziewczęcą sukienkę z koronkowym wykończeniem. Zwiewną, lekką, pasującą do niej idealnie. Na stopach białe baleriny, które dodawały jej delikatności, uroku, jakby od zawsze miała stąpać miękko przez życie. Włosy upięła lekko, z kilkoma pasmami opadającymi na ramiona. Wyglądała jak sen, jak marzenie, które kiedyś wydawało się nierealne.
Gdy nasze spojrzenia się spotkały, świat zamilkł. Nie słyszałam muzyki, nie widziałam gości. Liczyła się tylko ona. Tylko my.
Podeszła do mnie, a ja ujęłam jej dłoń. Spojrzałyśmy na siebie z uśmiechem, który mówił wszystko, że jesteśmy gotowe, że to jest nasza droga, że to już czas.
Goście wstali. Sala wypełniła się ciepłem, wzruszeniem, oklaskami, ale my byłyśmy tylko dla siebie. W tej jednej chwili.
I tak rozpoczął się nasz nowy rozdział. Dominika, moja opiekunka, mojego dziecka, moja partnerka, moja żona i Julek, 7 letni mój syn, który kochał ją jak drugą mamę.
Nie marzyłam o perfekcyjnym ślubie. Marzyłam o tym, żeby poczuć, że jestem dokładnie tam, gdzie powinnam. I tego dnia poczułam to bardziej niż kiedykolwiek.
Mistrzyni ceremonii uśmiechnęła się ciepło, zerkając na nas z czułością i szacunkiem. Jej głos zabrzmiał spokojnie, niosąc się po sali jak delikatny szelest liści:
– Drodzy moi, wysłuchajmy teraz przysięgi zakochanych. Aniu, udzielam Ci głosu.
Wszystko ucichło. Goście, bliscy, nawet muzyka gdzieś w tle jakby zatrzymała swój rytm. Czułam, jak biło mi serce, głęboko, mocno, z jakąś niesamowitą siłą, która poruszała każdą cząstkę mojego ciała.
Stanęłam twarzą do Dominiki i spojrzałam jej w oczy. W tych oczach było wszystko, wspomnienia, które dzieliłyśmy, nasze poranki z Julkiem, te noce, kiedy nie potrafiłam zasnąć bez jej ramion. Jej uśmiech był spokojny, ale drżał lekko w kącikach ust, jakby z trudem powstrzymywała wzruszenie. Ja nie próbowałam, łzy napłynęły mi do oczu, ale nie płakałam smutkiem, tylko czystym, przejmującym szczęściem.
Przełknęłam ślinę. Przez krótką chwilę nie mogłam znaleźć słów. Złapałam głęboki oddech, niemal drżący, dłonie mi lekko zadrżały, choć w jednej nadal kurczowo trzymałam bukiet róż. Drugą splotłam z jej dłonią, była ciepła, spokojna, dająca siłę. Jak zawsze.
Spojrzałam jeszcze raz w jej twarz i nagle wszystko, co miałam powiedzieć, ułożyło mi się w sercu. Czułam, że to nie będzie tylko formułka. To będzie coś więcej. Każde słowo, które zamierzałam wypowiedzieć, miało być wyznaniem. Czymś więcej niż obietnicą, jakby odsłonięciem duszy przed kimś, kto już ją zna na pamięć.
Zanim się odezwałam, uśmiechnęłam się przez łzy i powiedziałam do siebie w myślach:
„Oto kobieta, która była nianią mojego syna, potem moją przyjaciółką, a dziś jest moją rodziną. Uwiodła mnie nie tylko ciałem, ale i sercem. Wkradła się do mojego świata z delikatnością, jakiej nie znałam. Była wtedy jak cień wśród codzienności, który nagle stał się światłem. Dominika nie tylko pokochała mnie, ale i mojego syna. A ja… ja od tamtej pory nie potrafię sobie wyobrazić ani jednego dnia bez jej obecności. Bez tego spojrzenia. Bez tego ciepła. Bez niej.”
I dopiero wtedy z całym tym bagażem emocji zaczęłam mówić.
– Gdy podjęłaś się opieki nad moim synem, nie sądziłam że odmienisz moje życie. Zrobiłaś to rozkochując mnie sobą na dobre. Dzisiaj nie potrafię wyobrazić dalszego życia bez Ciebie, jesteś moją ostoją, radością mego serca i największą przyjaciółką. Odnalazłam w Tobie miłość i wiarę w lepsze jutro. Ogromnie się cieszę, że połączyło nasze losy moje dziecko, które stało się naszym.
Spojrzałam na nią z miłością i pewnością.
– Teraz stojąc tu przed Tobą i bliskimi składam przysięgę: Dominiko, chcę spędzić z Tobą resztę mego życia jako Twoja żona i obiecuję Ci być zawsze przy Tobie zawsze w zdrowiu i chorobie, na dobre i na złe, z miłością którą Cię darzę.
Gdy skończyłam, w sali panowała cisza. Z oczu płynęły mi łzy ciepłe, łagodne, oczyszczające. Dominika delikatnie ujęła moją dłoń, nim sama zaczęła mówić. Jej głos był miękki, wzruszony, drżał jak moje serce
– Aniu, pokochałam Cię od pierwszego wejrzenia, od kiedy stanęłam na Twym progu, w chwili gdy zaczęłyśmy razem budować naszą relację byłam wdzięczna losowi, który postawił nas na swojej drodze.
Jej spojrzenie było głębokie, czułe, poruszające do szpiku kości.
– Podobnie jak Ty, nie wyobrażam sobie przyszłości bez Ciebie u mego boku. Będąc Twoją żoną, przysięgam Ci: być przy Tobie, wspierać Cię zawsze w dobrych i złych chwilach z całego serca i rozumu, i sprawiać abyś była jeszcze bardziej szczęśliwa, tak jak Ty mnie uszczęśliwiasz każdego dnia.
Nie wytrzymałyśmy. Łzy płynęły już swobodnie po naszych policzkach. Trzymałyśmy się mocno za ręce, a w spojrzeniu było wszystko – miłość, wdzięczność, przyszłość
Mistrzyni ceremonii, widząc nasze wzruszenie, nie przeciągała i łagodnie kontynuowała:
– Nałóżcie teraz obrączki.
Zadrżały nam palce, ale obrączki wsunęły się płynnie, jakby zawsze czekały na ten moment. Mistrzyni znów zabrała głos, tym razem z nutą radości i świętości.
– Dominiko, czy bierzesz sobie Annę za żonę?
Dominika skinęła głową z pewnością i wypowiedziała z uśmiechem przez łzy:
– Tak!
– Anno, czy Ty także bierzesz sobie Dominikę za żonę?
Spojrzałam jej w oczy, czując, jak całe moje serce krzyczy jedną odpowiedź:
– Tak!
Mistrzyni rozpromieniła się.
– Zatem, drogie panie, ogłaszam Was małżeństwem! Możecie się pocałować!
Dominika nie czekała ani sekundy. Pochyliła się i pocałowała mnie z miłością, czułością i tą bezgraniczną pewnością, że oto zaczynamy coś nowego i pięknego oraz naszego.
A wokół wybuchły brawa, okrzyki radości, wzruszone szepty i ciche łkania. A my? My byłyśmy tylko dla siebie.
Ceremonia zakończyła się, a goście zgromadzili się, by gratulować nowożeńcom. Dominika trzymała mnie za rękę, ściskając ją z czułością, jakby nie chciała mnie już nigdy puścić. I ja też nie chciałam. Miałyśmy teraz siebie wreszcie bez żadnych „jeśli”, bez niedopowiedzeń i zawahań. Patrzyłyśmy na twarze naszych bliskich, pełne łez wzruszenia i szerokich uśmiechów. Moje serce było tak pełne, że miałam wrażenie, że zaraz się rozpłynie w ciepłym świetle tego popołudnia.
Zapach róż unosił się w powietrzu, mieszając się z delikatną wonią świec, które ustawiono na stołach i przy wejściu do sali. Ich migotliwy blask odbijał się w oczach gości, tworząc wokół nas aurę niemal nierealną, jakby świat na moment zwolnił, byśmy mogły nacieszyć się tą chwilą. Ten dzień, ta godzina, ten ułamek życia… wszystko pachniało nowym początkiem.
Wesele rozpoczęło się zaraz po życzeniach. Sala lśniła w ciepłych, złocistych światłach. Obrusy w kolorze kości słoniowej, bukiety białych kwiatów, złote akcenty i delikatna muzyka tworzyły przestrzeń pełną subtelnej elegancji. Nie było przepychu, była harmonia. Wszystko wyglądało dokładnie tak, jak sobie wymarzyłyśmy: prosto, ale z duszą. Naturalnie, ale z klasą.
Rozległy się pierwsze dźwięki muzyki, a my, prowadzone przez prowadzącego przyjęcie, wyszłyśmy na środek parkietu, by zatańczyć pierwszy taniec. Serce mi waliło. Patrzyłam na Dominikę, na jej skupione spojrzenie i lekkie drżenie w kącikach ust znak, że była równie wzruszona jak ja. Zanurzyłam się w ramionach mojej żony i dałam się ponieść rytmowi, emocjom, światłu, które grało na naszych sukienkach.
Potem było już tylko piękniej. Śmiechy dzieci biegających między stołami, rozmowy, które przeplatały się z opowieściami z dawnych lat, spojrzenia pełne nostalgii i nadziei. Goście zajadali się naszymi ulubionymi potrawami kuchnia była różnorodna, domowa, z nutą nowoczesności. Toasty były podnoszone raz za razem niektóre wzruszające, inne zabawne do łez.
Dominika wciąż nie puszczała mojej dłoni. Nawet kiedy rozmawiałyśmy z gośćmi, nawet kiedy tańczyłyśmy osobno z rodzicami czy przyjaciółmi, wracałyśmy do siebie wzrokiem, gestem, dotykiem, jakbyśmy porozumiewały się na poziomie, którego nikt poza nami nie mógł pojąć. I może tak było.
Czas płynął inaczej tego wieczoru, jakby każda minuta była wypełniona czymś ważnym, wartym zapamiętania. Kiedy wieczór zaczął przechodzić w noc, świece migotały już spokojnie, a śmiechy były coraz bardziej miękkie i leniwe. Ciepło zbudowane przez cały dzień osiadało w sercach i na policzkach. Goście czuli się u nas dobrze, było słychać to w ich głosach, widać w gestach, czuć w atmosferze. To nie było tylko nasze święto. To było wspólne świętowanie miłości, która nie pytała o wiek, o początki, o trudności. Miłości, która po prostu była obecna, realna, mocna.
Kiedy wychodziłyśmy na chwilę przed salę, by zaczerpnąć powietrza, niebo było już granatowe, gęste od gwiazd. Dominika objęła mnie od tyłu i pocałowała w szyję.
– Jak się czujesz, żono? – szepnęła.
Uśmiechnęłam się, zamykając oczy.
– Jakbym wygrała życie.
A potem wróciłyśmy do środka, by zatańczyć jeszcze kilka piosenek. Napić się jeszcze jednego kieliszka szampana. Uśmiechnąć się do jeszcze jednego zdjęcia i zapamiętać ten dzień takim, jaki był: naszym. Idealnym. Niezapomnianym.
– Ależ jestem podekscytowana… –
– A ja rozgrzana, emocje wciąż we mnie buzują. Skosztujesz szampana dla ochłody żono?
Przyciągnęła mnie do siebie za materiał przy dekolcie
– Teraz chcę kosztować wyłącznie Ciebie, żono!
Zadrżałam pod wpływem jej słów, choć z zewnątrz wciąż się uśmiechałam wytwornie, zachowawczo. Goście wciąż byli wokół nas, ktoś właśnie składał nam życzenia, ktoś inny prosił o zdjęcie, a orkiestra grała kolejną spokojną melodię i obie znosiłyśmy to pragnienie z cierpliwością, która była jednocześnie bolesna i piękna. To czekanie w spojrzeniach, w dotykach palców muskających się ukradkiem pod stołem, w drobnych muśnięciach dłoni na plecach czy udzie miało w sobie rodzaj słodkiego szaleństwa.
Z każdą minutą narastało napięcie, pożądanie zamknięte w idealnych gestach, w zamaskowanym westchnieniu, w niby niewinnym przesunięciu włosów za ucho.
Czekałyśmy, aż ostatni goście się pożegnają. Z uśmiechami i ciepłymi słowami, nieświadomi tego, jak bardzo pragniemy już tylko siebie nawzajem.
Ostatni toast. Ostatni uścisk dłoni. Ostatni błysk flesza.
A potem… wreszcie zostaniemy same.
Wieczór ślubny powoli zbliżał się ku końcowi. Goście zaczęli opuszczać salę, dziękując za piękne chwile, ściskając nas z uśmiechami i ciepłymi słowami. Wciąż byłam pełna radości, oszołomiona emocjami tego dnia, jakby wszystko działo się w lekkim półśnie, a jednocześnie intensywnie prawdziwie. Z każdą mijającą chwilą czułam w sobie coś więcej niż tylko szczęście.
Gdzieś pod powierzchnią mojego uśmiechu, pod uprzejmym skinieniem głowy i kolejnym zdjęciem z kieliszkiem w dłoni, tliło się inne uczucie. Pragnienie.
Narastało powoli, niezauważalnie dla innych, ale dla mnie, było jak płomień. Rosło od samego rana, od chwili, gdy ją zobaczyłam w tej sukience, z tym spojrzeniem, tylko dla mnie. Każdy dotyk, każde ukradkowe spojrzenie, każdy szept zabarwiony czułością i napięciem… wszystko budowało ten ogień.
Z każdą kolejną chwilą coraz trudniej było mi myśleć o czymkolwiek innym poza nią.
Tym, że za chwilę zostaniemy same.
Tym, że to będzie nasza noc.
Nie mogłam się już doczekać.
Muzyka przycichła, a sala powoli pustoszała. W powietrzu wciąż unosił się zapach kwiatów i szampana, a w tle dało się słyszeć śmiechy tych, którzy jeszcze nie chcieli kończyć zabawy. Dominika ścisnęła moją dłoń, gdy ostatni z gości podchodził się pożegnać.
— Było cudownie! — powiedziała ciocia Ela, przytrzymując mnie w uścisku o kilka sekund za długo. — Kochane, życzę wam szczęścia i spełnienia marzeń!
— Dziękujemy, ciociu — odpowiedziałam, czując, jak Dominika wtula się we mnie bokiem.
Kolejne uściski, kolejne ciepłe słowa, ostatnie pocałunki w policzek. Kasia, przyjaciółka Dominiki, puściła do nas oko.
— I nie grzeszcie zbytnio, dziewczyny — zaśmiała się, obejmując Dominikę.
— Obiecujemy niczego nie obiecywać — odparła moja żona, a ja poczułam przyjemny dreszcz, słysząc to określenie. Moja żona.
Gdy w końcu zostałyśmy same, przytuliłam się do Dominiki i westchnęłam z ulgą.
— I jak się czujesz, jako moja żona? — mruknęła, muskając ustami moje ucho.
— Jakbym nie mogła się doczekać, żeby być z tobą sama.
– To był piękny dzień, prawda? – szepnęłam, czując, jak moje serce znów zaczyna przyspieszać, jakby samo wyczuwało, że coś się zbliża. Coś, czego pragnęłam od wielu godzin.
Dominika spojrzała na mnie z tym swoim spokojnym uśmiechem, który zawsze rozbrajał mnie do końca. Jej palce odnalazły moją dłoń i splotły się z nią tak naturalnie, jakby to robiły od zawsze.
– Tak… był idealny – powiedziała cicho, a jej głos miał w sobie ciepło i obietnicę. – Ale najbardziej… – nachyliła się odrobinę, tak że poczułam jej oddech tuż przy uchu – …nie mogę się doczekać nocy.
Zadrżałam lekko. Nie z chłodu, tylko z tego, jak blisko była, jak pewnie wypowiedziała te słowa, jak bardzo je czułam.
Od rana unosiłyśmy się w tym świątecznym, wzruszającym uniesieniu, wśród życzeń, tańców, toastów i serdeczności, ale pod powierzchnią, pod każdym pocałunkiem w policzek, pod każdą wymianą spojrzeń przy stole, pod każdym ukradkowym muśnięciem dłoni był ten drugi nurt, intymny, nasz.
Byłam już rozgrzana tym czekaniem. Każdy gest, każde spojrzenie, każda cicha aluzja, sprawiały, że moja wyobraźnia szalała. Wiedziałam, że ona czuje to samo.
To nie był już tylko wieczór poślubny. To było zwieńczenie obietnicy.
Spojrzałam jej w oczy i uśmiechnęłam się lekko, próbując ukryć to, co naprawdę w tej chwili myślałam, ale znała mnie za dobrze.
Szłyśmy po schodach, a ja czułam podniecające napięcie w powietrzu. Sukienka lekko podjeżdżała mi na udach, gdy poprawiałam rąbek białej pończochy. Dominika przyglądała mi się z roziskrzonymi oczami, delikatnie przechylając głowę.
— Masz świadomość, że wyglądasz jak sen? — zapytała cicho.
Zbliżyłam się do niej, opierając dłonie o ścianę za jej plecami.
— A ty? Ta koronkowa sukienka… — pozwoliłam sobie przesunąć palcem po jej rękawie. — Wiesz, że to działa na mnie okropnie?
Stałyśmy wciąż na schodach, ale żadna z nas się nie poruszyła. Dominika uniosła dłoń i lekko poprawiła mój rozpuszczony kosmyk.
— Naprawdę? — szepnęła, a jej usta znalazły się niebezpiecznie blisko moich.
— Naprawdę — odparłam i musnęłam jej wargi delikatnym pocałunkiem.
W końcu zdecydowałyśmy się iść dalej
Nasze kroki odbijały się cicho od hotelowego korytarza. Klucz w mojej dłoni drżał, ale to nie z nerwów. To było podniecenie, oczekiwanie, ekscytacja.
Otworzyłam drzwi apartamentu, a naszym oczom ukazał się pokój skąpany w ciepłym świetle. Na stole stało wiaderko z butelką schłodzonego szampana i dwa kieliszki.
— Skąd wiedziałaś? — zapytałam, patrząc na Dominikę.
— Bo znam cię, Aniu.
Sięgnęła po butelkę i sprawnie odkorkowała szampana. Huk korka odbił się echem, a ja cicho zaśmiałam się, patrząc, jak napełnia kieliszki.
Podała mi jeden, a sama podniosła swój.
— Za nas — powiedziała miękko.
— Za nas — powtórzyłam, upijając łyk.
Musujące bąbelki łaskotały moje podniebienie, ale to spojrzenie Dominiki było tym, co naprawdę rozpalało mnie od środka.
Odstawiłam kieliszek i zrobiłam krok w jej stronę.
— Wiesz, co teraz nastąpi? — zapytałam półżartem.
— Chyba mam pewne podejrzenia… — odpowiedziała, przechylając głowę, gdy moja dłoń dotknęła jej talii.
— Sprawdźmy je — mruknęłam, powoli nachylając się, by w końcu ją pocałować.
Nasze usta spotkały się w ciepłym, powolnym pocałunku. Wino, ciepło jej ciała, zapach perfum i koronki, wszystko to mieszało się, wprawiając mnie w błogie oszołomienie.
Dominika pierwsza oderwała się, a w jej oczach błysnęło coś figlarnego.
— Chodźmy tam, gdzie wygodniej — mruknęła, sunąc dłonią wzdłuż mojego ramienia.
Nie trzeba mi było dwa razy powtarzać. Pociągnęłam ją za rękę, prowadząc w stronę łóżka. Moje szpilki cicho stuknęły o podłogę, ale nie miałam zamiaru już długo w nich zostawać.
Usiadłam na brzegu łóżka, patrząc, jak Dominika powoli zdejmuje swoje baleriny, jak jej długie palce przesuwają się po kostce, jak celowo przedłuża ten moment.
— Kusisz — mruknęłam.
— Ty zaczęłaś — uśmiechnęła się i postąpiła krok bliżej.
Objęłam ją w pasie, przyciągając ku sobie, a ona rozchyliła usta, kiedy zaczęłam obsypywać pocałunkami jej brzuch przez cienką warstwę koronki.
— Aniu… — westchnęła, splatając palce w moich włosach.
Spojrzałam na nią z dołu, wolno przesuwając dłonie wzdłuż jej ud. Czułam drżenie jej mięśni pod opuszkami palców.
— Chcę cię taką zapamiętać — powiedziałam cicho.
— Jaką?
— Taką, jak teraz. Moją.
Zamknęła oczy na sekundę, a potem pociągnęła mnie w górę, kładąc mnie na plecach.
— Zawsze będę twoja — wyszeptała, zanim usta Dominiki całkowicie przejęły kontrolę nad moimi myślami.
Jej ciało było przyjemnie ciepłe, kiedy opadła na mnie, przyciskając mnie do materaca. Czułam przez cienki materiał sukienki przyspieszone bicie jej serca, a jej dłonie wędrowały wzdłuż moich ramion, błądząc w sposób, który sprawiał, że moje ciało poddawało się jej całkowicie.
Rozchyliłam uda, pozwalając jej lepiej się ułożyć, a kiedy otarła się o mnie biodrami, westchnęłam cicho, zagryzając dolną wargę.
— Wiesz… — zaczęła, muskając ustami linię mojej szczęki. — Tak długo o tym myślałam.
— O czym? — zapytałam, choć moje myśli już rozpraszały się pod wpływem jej pocałunków.
— O tym, jak to będzie. Pierwsza noc jako twoja żona.
Jej słowa wywołały dreszcz, który przebiegł mi wzdłuż kręgosłupa. Przyciągnęłam ją mocniej, wplatając palce w koronkowy materiał na jej plecach.
— I jak jest? — odparłam, lekko unosząc biodra, by znów ją poczuć.
Uśmiechnęła się i przejechała ustami po moim obojczyku, aż do paska pończochy, który wystawał spod mojej sukienki.
— Jeszcze lepiej, niż sobie wyobrażałam.
Jej palce zaczęły powoli sunąć wzdłuż mojego uda, a ja nie mogłam powstrzymać cichego jęku, który wyrwał mi się spomiędzy warg.
— Chyba powinnam pomóc ci się pozbyć tej sukienki… — szepnęła, a jej dłonie zaczęły podciągać materiał w górę.
— Tylko jeśli ty też się rozbierzesz.
Zachichotała, a potem uniosła się lekko i spojrzała mi prosto w oczy.
— Z przyjemnością, żono.
Palce Dominiki zacisnęły się lekko na materiale mojej sukienki, jakby wahała się, czy powinna z niej mnie uwolnić jako pierwsza. Uśmiechnęłam się i usiadłam, przybliżając się do niej tak, że nasze kolana się stykały.
— Moja kolej — mruknęłam, sięgając do guziczka na karku jej koronkowej sukienki.
Dominika odchyliła głowę, dając mi lepszy dostęp. Rozpięłam zapięcie powoli, muskając skórę czubkami palców. Jej oddech przyspieszył, kiedy opuściłam materiał na ramiona, odsłaniając gładką linię obojczyków.
— Tak bardzo cię kocham — wyszeptałam, zsuwając sukienkę coraz niżej.
— Udowodnij mi to — odparła, patrząc na mnie spod przymrużonych powiek.
Pocałowałam miejsce tuż przy jej obojczyku, czując, jak drży pod moimi ustami. Moje dłonie wędrowały dalej, pomagając jej wyswobodzić się z koronki. Kiedy sukienka opadła na podłogę, Dominika uśmiechnęła się lekko i przygryzła wargę.
— A teraz ty, moja pani młoda.
Jej palce zaczęły wędrować po moim ciele, powoli unosząc materiał mojej sukienki. Czułam, jak paznokcie delikatnie suną po mojej skórze, wzbudzając we mnie kolejne fale podniecenia.
Uniosłam biodra, pozwalając jej łatwiej mnie rozebrać. Kiedy biała sukienka znalazła się gdzieś na podłodze obok jej koronki, poczułam, jak jej dłonie suną wzdłuż moich żeber, zatrzymując się na paskach moich pończoch.
— Zostawiamy? — zapytała, unosząc brew.
— Jeśli chcesz, żebyś to ty pierwsza straciła głowę, to zostawiamy.
Zaśmiała się cicho i pociągnęła mnie na łóżko, przygniatając swoim ciałem.
— Chyba i tak już ją tracę…
Jej usta odnalazły moje, a dłonie zaczęły swoją wędrówkę…
Dominika usiadła na moich udach, jej kolana otulały mnie po bokach, a ciepło jej ciała przenikało przez cienką warstwę bielizny. Nasze usta nie rozdzielały się na dłużej niż kilka sekund, jakbyśmy bały się utracić choćby jeden moment tej bliskości.
Jej dłonie błądziły po mojej skórze w chaotycznym, nienasyconym tańcu. Czasem wbijała paznokcie lekko w moje plecy, innym razem przesuwała nimi po mojej talii, aż do bioder, przyciągając mnie bliżej siebie.
Odnalazłam jej dłonie i ścisnęłam je mocno, splatając nasze palce. Czułam jej drżenie, czułam jej pragnienie, które równało się mojemu.
— Aniu… — wyszeptała między pocałunkami, muskając moje usta gorącym oddechem.
— Jestem tu, kochanie — odpowiedziałam cicho, przyciągając ją znowu do siebie.
Leżała teraz na mnie, piersiami przyciśnięta do mojej klatki piersiowej, a nasze palce wciąż były splątane w silnym, czułym uścisku.
Jej biodra poruszały się leniwie, prowokacyjnie, a ja westchnęłam głęboko, gdy poczułam ciepło jej skóry pod opuszkami palców.
W końcu Dominika pierwsza zaczęła uwalniać mnie z bielizny, rozpinając mój stanik powoli, celowo przedłużając ten moment. Gdy paseczki opadły na pościel, spojrzała na mnie z takim głodem w oczach, że moje serce zatrzymało się na ułamek sekundy.
Nie chciałam pozostawać dłużna. Moje dłonie sięgnęły jej pleców, odnalazły zapięcie i jednym ruchem pozbawiłam ją stanika, odsłaniając jej idealną, ciepłą skórę.
— Jesteś najpiękniejsza… — wyszeptałam, a ona tylko uśmiechnęła się, nachylając się nad moją szyją, by zostawić na niej gorący ślad pocałunków.
Z każdą chwilą napięcie rosło, nasze ciała drżały pod dotykiem drugiej.
Gdy ostatnie skrawki bielizny zniknęły, oprócz moich pończoch, które Dominika zostawiła z wyraźnym zachwytem w oczach, już nic nie stało na przeszkodzie, by całkowicie się zatracić.
Jej usta odnalazły moje, a nasze splecione palce ścisnęły się jeszcze mocniej, zanim w końcu oddałyśmy się tej nocy, która należała tylko do nas.
Leżałyśmy na boku, nasze ciała idealnie dopasowane do siebie, ciepłe, rozpalone dotykiem i pragnieniem. Dominika była przytulona do mnie, jej noga zahaczona o moją, a jej dłoń wciąż splatała się z moją, jakby nie chciała, by ten moment kiedykolwiek się skończył.
Pocałowałam ją delikatnie, ale zamiast pogłębić pocałunek, odsunęłam się nieco i przeniosłam usta na jej szyję. Cicho westchnęła, gdy musnęłam skórę tuż przy jej żuchwie, potem obok ucha, a następnie zaczęłam schodzić coraz niżej.
Jej oddech przyspieszył, gdy obrysowałam językiem linię obojczyka, a dłonie, które jeszcze chwilę temu spoczywały na moich plecach, teraz zacisnęły się na moich ramionach, jakby próbowała utrzymać kontrolę nad własnym ciałem.
— Aniu… — westchnęła cicho, a ja uśmiechnęłam się, sunąc ustami po jej skórze.
— Tak, kochanie? — wyszeptałam, zostawiając mokry pocałunek na jej ramieniu.
Zamiast odpowiedzi, poczułam, jak jej biodra lekko poruszają się przeciwko mnie, a jej palce wplątują się w moje włosy.
Jej ciało reagowało na mnie w sposób, który doprowadzał mnie do szaleństwa. Czułam, jak drży, jak pragnie więcej, jak wyczekuje mojego kolejnego ruchu.
Zsunęłam dłonie na jej biodra, wsuwając palce pod gumkę jej bielizny.
— Myślę, że już ci niepotrzebna… — mruknęłam, zerkając na nią spod przymrużonych powiek.
Jej wargi rozchyliły się lekko, a oczy błyszczały pożądaniem, kiedy uniosła biodra, pozwalając mi jednym ruchem pozbyć się ostatniej przeszkody między nami.
Kiedy materiał opadł gdzieś na pościel, znów pochyliłam się nad nią, obdarzając ją serią drobnych, gorących pocałunków od ramienia, przez ramię, aż do miejsca, gdzie zaczynała się linia jej piersi.
Czułam, jak jej oddech staje się płytszy, jak jej ciało napręża się pod moimi ustami.
— Kocham cię… — wyszeptała drżącym głosem.
Podniosłam głowę, nasze spojrzenia się spotkały.
— Pokaż mi — odpowiedziałam, a ona uśmiechnęła się lekko, zanim przyciągnęła mnie do siebie, zamykając w kolejnym namiętnym pocałunku.
Nasze usta ponownie się spotkały, ale tym razem całowała mnie z jeszcze większą pasją, jakby chciała przekazać mi całą intensywność swoich uczuć bez słów. Jej ciało było ciepłe, rozpalone, gotowe na każdy dotyk, który miał nadejść.
Moje dłonie zaczęły wędrówkę po jej skórze, najpierw pieszcząc linię jej talii, a potem schodząc coraz niżej. Czułam pod palcami napięcie jej mięśni, drżenie, które zdradzało, jak bardzo na mnie czeka.
Delikatnie, z wyczuciem, pieściłam opuszkami palców jej kobiecość, powoli, cierpliwie, tak jakby czas przestał istnieć.
Dominika odchyliła głowę, jej wargi rozchyliły się w bezgłośnym westchnieniu. Jej palce zacisnęły się na moich ramionach, a biodra mimowolnie uniosły się w moją stronę, jakby jej ciało instynktownie chciało więcej.
— Aniu… — wyszeptała, jej głos drżał od nagromadzonych emocji.
— Jestem tu, kochanie… — odpowiedziałam cicho, a moje usta znalazły drogę do jej piersi.
Delikatnie musnęłam skórę tuż nad jej sercem, czując przyspieszone bicie, jakby jej ciało mówiło mi wszystko, czego nie była w stanie wyrazić słowami.
Złożyłam pocałunek na jej sutku, a jej plecy lekko wygięły się w łuk, gdy przyjęła falę przyjemności. Jej dłonie wplotły się w moje włosy, jakby chciała zatrzymać ten moment na zawsze, a jednocześnie ponaglić mnie, bym nie przestawała.
Czułam jej ciepło, jej zapach, jej drżenie. Była piękna, tak naturalna, tak otwarta przede mną, pozwalająca mi odkrywać każdy kawałek jej ciała z czułością i oddaniem.
— Aniu… — jej głos był teraz pełen błagania, pełen miłości i potrzeby.
Podniosłam głowę, nasze spojrzenia się spotkały.
— Kochanie, jesteś cała moja… — wyszeptałam, zanim ponownie oddałam się sztuce sprawiania jej przyjemności, pozwalając, by ta noc zapisała się w naszych wspomnieniach jako coś, do czego zawsze będziemy wracać myślami. Czułam ciepło jej skóry pod swoimi dłońmi, czułam, jak całe jej ciało drży w moich ramionach. Każdy jej oddech, każde westchnienie było dla mnie cichym wezwaniem, prośbą, której nie mogłam i nie chciałam ignorować.
Moje palce przesuwały się po jej ciele powoli, pieczołowicie, jakbym chciała zapamiętać każdą linię, każdą krzywiznę. Kiedy dotknęłam jej najbardziej wrażliwego miejsca, poczułam, jak gwałtownie nabrała powietrza, jak biodra same uniosły się ku mnie, szukając więcej.
Jej dłonie zacisnęły się na moich ramionach, a potem wsunęły się w moje włosy, jakby chciała mieć pewność, że jestem naprawdę tutaj, że to się dzieje.
— Aniu… — wyszeptała drżącym głosem, a ja uśmiechnęłam się, musząc jej skórę na piersi, na obojczyku, na szyi.
Zaczęłam pieścić ją delikatnie, w miarę jak jej oddech przyspieszał, a palce mocniej wplatały się w moje włosy. Była taka piękna w tej chwili. Oddana, otwarta, cała moja.
Nie spieszyłam się, pozwalałam, by napięcie rosło powoli, by każda sekunda tej bliskości była zapamiętana przez nasze ciała. Kiedy w końcu pozwoliłam sobie na więcej, poczułam, jak jej biodra poruszają się naprzeciw moim dotykom, jak jej ciało całkowicie poddaje się temu, co dla niej robiłam.
Jej ciche westchnienia wypełniły pokój, a moje imię na jej ustach brzmiało jak najpiękniejsza melodia.
— Kocham cię… — wyszeptałam, czując, jak jej napięcie sięga zenitu, jak całe jej ciało drży, jak w końcu oddaje mi się w pełni, ufnie, bez zahamowań.
Jej dłonie znów wplotły się w moje włosy, delikatnie, ale zdecydowanie, jakby chciała zatrzymać ten moment na zawsze, a jednocześnie ponaglić mnie cichym jękiem, ruchem bioder, przyspieszonym oddechem. Czułam jej ciepło, jej zapach, subtelne drżenie skóry pod moimi ustami. Była piękna, naga nie tylko w ciele, ale i w uczuciach. Pozwalała mi dotykać siebie z czułością, jakiej wcześniej nie znałam.
— Aniu… — jej głos, łamliwy, pełen tęsknoty i potrzeby, przeniknął mnie jak szept z innego świata.
Podniosłam głowę, by spojrzeć jej w oczy. Jej źrenice były rozszerzone, policzki zaróżowione, a oddech przyspieszony. Była cała otwarta, oddana, tylko moja.
— Kochanie… jesteś cała moja… — wyszeptałam, dotykając ustami jej obojczyka, muskając delikatnie piersi, zanim znów pozwoliłam dłoniom zanurzyć się w jej rozpalonym wnętrzu.
Wsunęłam palce powoli, z namysłem, jakbym chciała nie tylko dotknąć jej ciała, ale wpisać się w jego rytm. Jej biodra uniosły się ku mnie z instynktownym ruchem, jęk wyrwał się z gardła, a dłonie mocniej zacisnęły się na moich plecach.
Zaczęłam poruszać się w niej rytmicznie, delikatnie, badając każdy jej oddech, każde napięcie mięśni, każdy szept i jęk, by odnaleźć ten jedyny, właściwy rytm, nasz rytm. Wolny, a jednocześnie głęboki. Czuły, ale zdecydowany. Drugą dłonią zataczałam miękkie kręgi na jej łechtaczce, coraz bardziej świadoma, jak reaguje na każdy z moich gestów, jak jej ciało wygina się ku mnie, jak napina uda, jak ramiona drżące, jak z ust wypływają coraz cichsze, urywane stęki.
— Nie przestawaj… — wyszeptała, niemal bez tchu, a ja uśmiechnęłam się przez pocałunek składany na jej skroni.
Jej ciało było jak struna, napięte, wibrujące, gotowe. Jej biodra poruszały się naprzeciw moim pieszczotom, z każdym ruchem coraz bardziej tracąc kontrolę, oddając się fali przyjemności, która narastała w niej jak przypływ.
Zakręciłam rytmem. Raz szybciej, raz wolniej. Raz głębiej, raz delikatniej. Bawiłam się tym napięciem, pozwalając mu wzrastać, aż jej dłonie znów przyciągnęły mnie mocniej, jakby chciała mnie w sobie zakotwiczyć.
— Aniu… tak… Boże… — jej głos był już tylko szeptem wśród jęków, głosem kobiety, która niczego już nie udaje i niczego się nie boi.
Czułam, jak drży, jak jej ciało się poddaje, jak opada gardą, jak zbliża się do granicy. Pochyliłam się, całując ją w usta, a nasze oddechy splotły się ze sobą – gorące, urywane, drżące.
— Kocham cię… — szepnęłam wprost do jej ust, tuż przed tym, jak całkowicie się rozpadła – w moich ramionach, w moim dotyku, w tej chwili, która należała tylko do nas.
Jej ciało uniosło się gwałtownie, a potem opadło z westchnieniem, jakby ulga i ekstaza przepłynęły przez nią jednocześnie. Objęła mnie ramionami i nie puściła, i ja też nie chciałam się ruszać. Leżałyśmy w półmroku, z ciałami splątanymi, z sercami bijącymi w tym samym tempie.
Moja żona. Moja miłość. Mój dom.
Kiedy wszystko ucichło, kiedy jedyne, co pozostało, to nasze splątane ciała i przyspieszone oddechy, pocałowałam ją delikatnie w czoło, w policzek, w usta.
— Jesteś cudem, moja Dominiko…
Otworzyła oczy, patrząc na mnie z czułością, a potem przyciągnęła mnie do siebie, wtulając się we mnie całym ciałem.
— A ty jesteś moim spełnieniem…
Otuliłam ją ramionami, czując, jak bicie jej serca powoli się uspokaja. Wiedziałam, że ta noc zapisze się w naszych wspomnieniach na zawsze, jako noc pełna miłości, czułości i obietnicy, że każda kolejna będzie równie piękna.
Czułam, jak Dominika powoli odzyskuje oddech, jej ciało wtulone w moje, gorące i rozluźnione po tym, jak oddała mi się w pełni. Myślałam, że może teraz po prostu zamknie oczy i pozwoli mi tulić ją do snu, ale nagle poczułam, jak jej dłonie zaczynają wędrować po mojej skórze, powoli, czule, ale z wyraźnym zamiarem.
— Moja kolej… — wyszeptała przy moim uchu, muskając płatek delikatnym pocałunkiem.
Zadrżałam, kiedy jej usta zsunęły się niżej, zostawiając ciepły ślad na mojej szyi. Jej palce sunęły po mojej talii, delikatnie, ale stanowczo, jakby chciała zapamiętać każdy fragment mojego ciała w swoim dotyku.
— Dominika… — wyszeptałam jej imię, ale nie byłam pewna, czy bardziej proszę ją, by nie przestawała, czy by była dla mnie łaskawsza, bo czułam, że każda sekunda tej powolnej tortury doprowadza mnie do granic wytrzymałości.
Jej usta musnęły moje piersi, a potem jej język przesunął się po mojej skórze, powodując, że moje plecy lekko się wygięły. Była dokładna, cierpliwa, jakby smakowała mnie kawałek po kawałku, nie spiesząc się, nie pozwalając mi uciec od intensywności tej chwili.
Jej dłonie błądziły po moim ciele, pieściły moje uda, biodra, zanim nieco bardziej stanowczo naprowadziła mnie na łóżko, by całkowicie przejąć nade mną kontrolę.
— Chcę zobaczyć cię całą… — mruknęła, a potem powoli zaczęła schodzić coraz niżej.
Każdy pocałunek, który zostawiała na mojej skórze, budował we mnie napięcie, podsycał pragnienie, które już dawno wymknęło się spod kontroli. Czułam jej ciepły oddech, kiedy w końcu znalazła się tam, gdzie najbardziej jej potrzebowałam.
Jej język dotknął mnie z pieszczotliwą uważnością, jakby pragnęła mnie odczytać na nowo z pasją, ale też bez pośpiechu, tak czułą precyzją, że niemal nie mogłam oddychać. Zacisnęłam palce na pościeli, próbując znaleźć oparcie, gdy moje ciało unosiło się ku niej samoistnie, instynktownie. Każdy jej ruch był jak zapisany wcześniej wers wiersza znajomy, ale zawsze świeży, pulsujący znaczeniem.
Zacisnęłam palce na pościeli, zamykając oczy, gdy jej język dotknął mnie z delikatnością, która była jednocześnie torturą i spełnieniem. Była czuła, ale zdecydowana, znała mnie, wiedziała dokładnie, jak doprowadzić mnie do miejsca, gdzie nie liczy się nic poza tym, co nam daje ta chwila.
Jęk wyrwał się ze mnie cicho, przeciągle, kiedy zatoczyła krąg językiem wokół mojej łechtaczki, a potem zaczęła pieścić mnie w stałym, falującym rytmie, jakby tańczyła tylko dla mnie, tylko ze mną. Czułam się nie tylko kochana, czułam się widziana, zrozumiana, jakby znała każdą moją drżącą nutę.
— Boże, Dominika… — wyszeptałam, głosem drżącym od emocji i narastającej rozkoszy. Ona odpowiedziała tylko uśmiechem, czułam go na sobie i jeszcze mocniej przywarła ustami do mojej kobiecości, zatapiając się w moim smaku, w moim ciele, w naszej wspólnej chwili.
Moje palce wplotły się w jej włosy, przyciągając ją bliżej, mocniej, bezwiednie, jakby moje ciało nie potrafiło już funkcjonować bez jej dotyku. Drugą dłonią przesunęłam po własnym brzuchu, drżącą i niepewną, poszukując czegokolwiek, co mogłoby mnie uziemić, a znajdowałam tylko płomień.
— Boże, Dominika… — wyrwało mi się spomiędzy warg, a ona tylko uśmiechnęła się lekko, nie przerywając.
Moje ciało reagowało na nią bezwiednie, moje biodra unosiły się ku niej, jakby same chciały więcej. Palce jednej ręki wplotłam w jej włosy, nieświadomie przyciągając ją bliżej, drugą przesunęłam po własnym brzuchu, próbując odnaleźć jakiekolwiek zakotwiczenie w tym morzu przyjemności.
Jej język bawił się rytmem – raz delikatny jak muśnięcie piór, raz głębszy, intensywny, jakby pragnęła mnie rozbroić i złożyć na nowo, a kiedy dołączyła palce, czułam, jak delikatnie we mnie wnika, powoli, z wyczuciem, zsynchronizowana z tym, co działo się na zewnątrz, jęknęłam głośniej, bezwstydnie, nie chcąc niczego powstrzymywać.
Czułam, że napięcie narasta we mnie szybciej, niż byłam gotowa przyznać.
— Tak… właśnie tak… — wymruczałam między spazmatycznymi oddechami, czując, jak Dominika wciąż prowadzi mnie coraz wyżej, coraz bliżej granicy, za którą nie ma już słów, tylko czysta esencja bycia coraz bliżej spełnienia.
Z każdym ruchem pogłębiała we mnie to napięcie, jej język wirujący wokół łechtaczki, jej palce rozpalające we mnie wnętrze, pulsujące rytmem, który stawał się moim. Biodra unosiły się ku niej, cała drżałam i wtedy… poczułam, jak wszystko we mnie zaczyna drżeć w jednym, rozświetlonym punkcie.
A potem… wszystko eksplodowało. Moje ciało spięło się w ułamku sekundy, oddech urwał się na moment, zanim fala gorącej, obezwładniającej rozkoszy całkowicie mnie pochłonęła.
Eksplozja przyszła nagle, jak wiosenny wiatr, co zrywa firanki i wywraca wszystko do góry nogami. Moje ciało wygięło się w łuk, oddech zamarł, a potem z ulgą rozpłynęłam się w czystym spełnieniu, pozwalając, by fala rozkoszy przelała się przeze mnie, głęboko, obezwładniająco. Szloch ulgi i zachwytu wyrwał się z moich ust, a palce nadal tkwiły w jej włosach, jakby tylko one mogły mnie przytrzymać przy rzeczywistości.
Zatonęłam w niej. W tej chwili. W nas.
Nie wiem, jak długo pozostawałam w tej cudownej nicości, ale kiedy odzyskałam świadomość, Dominika była już przy mnie, wtulona w moje ramiona, patrząc na mnie z uśmiechem pełnym dumy i miłości.
— Piękna… — wyszeptała, muskając moje usta krótkim, delikatnym pocałunkiem.
— A ty… jesteś moim skarbem … — odpowiedziałam, splatając z nią palce i przyciągając ją jeszcze bliżej.
W tej chwili nic więcej się nie liczyło. Byłyśmy tylko my, nasze ciała, nasze oddechy i miłość, która była silniejsza od wszystkiego.
Czułam jeszcze przyspieszony oddech Dominiki, jej ciało wciąż ciepłe od emocji, ale teraz otulone już błogim spokojem. Leżałyśmy blisko siebie, nasze dłonie wciąż splecione, jakby żadna z nas nie chciała przerwać tej intymnej chwili.
Jej usta odnalazły moje raz jeszcze, w powolnym, czułym pocałunku, który smakował spełnieniem. Nie było już pośpiechu, tylko delikatność i bliskość, której nie chciałam kończyć.
Byłyśmy zmęczone, nie tyle snem, co całym dniem, który niósł w sobie tyle emocji, śmiechu, tańca, toastów i spojrzeń, które mówiły więcej niż słowa. Weselna noc powoli cichła za oknami, jakby świat przystanął na chwilę, by dać nam tę jedną, ostatnią przestrzeń tylko dla siebie.
Leżałyśmy wtulone, rozgrzane, rozleniwione, półprzytomne, a jednak… wciąż głodne siebie. Wciąż drżące od cienia pocałunków, które nie zdążyły jeszcze wybrzmieć.
Spojrzałam na nią, na jej zmysłowe, półprzymknięte oczy, w których płonęła jeszcze resztka nieugaszonego pragnienia. Bez słowa, bez jednej nuty wątpliwości, nasze ciała poruszyły się jednocześnie, naturalnie, jakby kierowane tym samym rytmem serca.
Obróciłyśmy się ostrożnie, delikatnie bokiem, jedna naprzeciw drugiej, głowy w objęciach ud, ustami przy najintymniejszym źródle ukochanej. Pozycja, która z zewnątrz mogła wydawać się śmiała, była dla nas jak święty taniec zwierzenie bez słów, modlitwa ciała do ciała.
Zanim dotknęłam jej ustami, już czułam, jak drży. Jej zapach, jej ciepło… wszystko we mnie wołało o nią. Delikatnie rozchyliłam jej wargi, muskając językiem, jakby pisała w niej miłość. Słyszałam, jak westchnęła dźwięk pełen ulgi i tęsknoty, którą niosły minione godziny bez dotyku.
W tej samej chwili poczułam jej język na sobie miękki, czuły, cierpliwy. Przeniknęło mnie to głęboko, aż po kręgosłup, rozkładając mnie na kawałki.
Oddychałyśmy nierówno, przeciągle, wtulone w siebie, każda skupiona na ciele drugiej, na jego smaku, drżeniu, języku, który znaczył ścieżki między łechtaczką a rozgrzaną głębią. Jej usta były gorące i pełne, język tańczył we mnie w tempie, które znała tylko ona z pasją i troską, jakby chciała mnie rozpisać na nuty i zapamiętać na zawsze.
Moje dłonie objęły jej biodra, pogłaskały jej skórę z czułością, palce raz po raz muskając jej udo, nie pozwalając zapomnieć, że jest kochana, cała, każdą cząstką. Czułam, jak i ona obejmuje mnie, jak jej palce wplatają się w moje pośladki, jak przytrzymuje mnie lekko, jakby szeptała: „zostań, nie odchodź nigdzie.”
Nasze języki znalazły wspólny rytm. Dłonie ślizgały się po rozgrzanej skórze, jakby każda z nas chciała zanurzyć się w drugiej do końca i zniknąć tam na chwilę. Czas przestał istnieć.
Jęki były miękkie, urywane, zmieszane z oddechami, które przyspieszały, aż zamieniały się w ciche drżenie bioder i napięcie, które rosło we mnie jak fala.
Czułam, jak Dominika stawała się coraz bardziej wilgotna pod moimi ustami, jak jej ciało odpowiadało na mój dotyk całą sobą. Wiedziałam, że i ona czuje moje zbliżenie, bo jej język przyspieszył, stając się głębszy, bardziej zachłanny.
A potem razem. W tym samym momencie. Dwa drżenia, dwie eksplozje, splecione w jeden długi, rozedrgany szczyt. Moje ciało zadrżało, jej ciało zadrżało. Otworzyłyśmy się na siebie do końca, aż nie pozostało nic, tylko powietrze pełne naszego szeptu i dotyku.
Zamarłyśmy w tym splocie, całkowicie wyczerpane, a jednak nasycone. Czułam jej oddech na swojej skórze, ciepły i spokojny. Jej dłoń powoli wsunęła się w moją, splatając palce.
I tak zostałyśmy zanurzone w ciszy, w bliskości, która była największym spełnieniem.
Całowałyśmy się długo, niemal leniwie, jakbyśmy chciały zasypiać z tym smakiem na wargach, jakby ten pocałunek miał być naszym ostatnim świadomym gestem tej nocy.
W końcu poczułam, jak jej ciało staje się coraz bardziej ciężkie, jak powieki jej opadają, a oddech wyrównuje się stopniowo.
— Kocham cię… — mruknęła cicho, wtulając się mocniej w moje ramiona.
— Ja ciebie bardziej… — szepnęłam, gładząc jej plecy powolnymi ruchami, aż sama poczułam, że powoli odpływam.
Otulone nawzajem swoim ciepłem, wciąż trzymając się blisko, pozwoliłyśmy sobie na odpoczynek
Po całym dniu i nocy pełnej wrażeń, zasnęłyśmy razem, spokojne, szczęśliwe, gotowe na nowy dzień, w którym miałyśmy być już oficjalnie żonami.
I wiedziałam, że poranek przyniesie nam jeszcze więcej miłości.
***
Pierwsze, co poczułam, to ciepło jej ciała.
Otworzyłam oczy powoli, nie chcąc jeszcze w pełni wracać do rzeczywistości. Wciąż byłam otulona czułością minionej nocy, a świadomość, że Dominika jest przy mnie, sprawiała, że chciałam pozostać w tym błogim stanie jak najdłużej.
Była wtulona we mnie, jej noga luźno obejmowała moje udo, jakby nawet przez sen chciała mnie do siebie przyciągnąć. Jej oddech był spokojny, ciepły, łaskotał mnie w szyję, a jej dłoń spoczywała na moim biodrze, jakby naturalnie tam należała.
Uśmiechnęłam się delikatnie, przesuwając palcami po jej plecach, muskając gładką skórę powolnymi ruchami.
— Mmm… — zamruczała cicho, poruszając się leniwie, ale jeszcze nie otwierając oczu.
Pocałowałam czubek jej głowy, wtulając twarz w jej włosy pachnące naszym wieczorem.
— Dzień dobry, żono… — wyszeptałam, a na dźwięk tych słów jej usta rozciągnęły się w uśmiechu, mimo że wciąż nie otworzyła oczu.
— Mmm… powiedz to jeszcze raz… — wymruczała, przyciągając mnie bliżej, jakby nie chciała dopuścić między nami nawet odrobiny przestrzeni.
— Moja żono… — powiedziałam z rozbawieniem, składając pocałunek na jej ramieniu.
W końcu otworzyła oczy – jej spojrzenie było jeszcze nieco zaspane, ale pełne czułości.
— Brzmi pięknie… — mruknęła, przesuwając dłonią po moim biodrze, a potem lekko zaciskając palce na mojej skórze. — I wygląda jeszcze lepiej.
Zaśmiałam się, wtulając się w nią mocniej.
— Spałaś dobrze?
— Jak nigdy. — Westchnęła zadowolona. — Ale jeśli mam się budzić w ten sposób, to chyba mogę jeszcze trochę poudawać, że śpię…
Pocałowałam ją lekko w nos, a ona skrzywiła się z udawanym niezadowoleniem, po czym nagle przewróciła mnie na plecy i ułożyła się na mnie, patrząc na mnie z błyskiem w oku.
— No i co teraz, pani Aniu? — zapytała filuternie, muskając ustami moją szyję.
— Teraz? — Uśmiechnęłam się, obejmując ją ramionami. — Myślę, że mamy całą resztę poranka, by zdecydować…
Dominika zaśmiała się cicho, a ja wiedziałam, że ten poranek dopiero się zaczyna.
Dominika pociągnęła mnie za rękę, uśmiechając się figlarnie.
— Chodź, żono, czas zacząć poranek tak, jak na nowożeńców przystało.
— Masz na myśli śniadanie do łóżka? — zapytałam niewinnie, choć doskonale wiedziałam, że to nie był jej plan.
— Niezupełnie. — Mrugnęła do mnie i poprowadziła mnie w stronę łazienki.
Apartament był luksusowy, a łazienka wręcz zapierała dech w piersiach – przestronna, z dużą okrągłą wanną tuż przy oknie, które zasłaniały drewniane żaluzje, przepuszczające jedynie delikatne smugi porannego światła.
Dominika pierwsza sięgnęła do baterii, odkręcając ciepłą wodę. Szum wypełnił pomieszczenie, a para zaczęła powoli unosić się w powietrzu.
Nie spuszczałam z niej wzroku, gdy sięgnęła po butelkę szampana, którą zabrałyśmy z sypialni, i zręcznie odkorkowała ją, nalewając złocisty trunek do dwóch kieliszków.
— Za nas… — powiedziała, podając mi jeden z nich.
— Za nas… — powtórzyłam, stukając się z nią szkłem, zanim upiłam łyk.
Było coś niesamowicie z
Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!
Iva Lions |