Nasz pierwszy raz cz. 1

Dotarłem do domu, w głowie wciąż krążyło wspomnienie tego, co się wydarzyło – nasze ‘Kocham cię’, to uczucie jego kutasa w moich ustach… Ale jak tylko przekroczyłem próg, rzeczywistość przywołała mnie do porządku. W kuchni unosił się zapach obiadu i słychać było głosy rodziców.

– Kamil? W samą porę, właśnie nakładam obiad – zawołała mama z kuchni.

Wszedłem do kuchni. Tata siedział przy stole, a mam właśnie wyciągała talerze.

– Jak tam z korki? Idzie ta matematyka? – zapytał tata, nie odrywając wzroku od gazety.

– Tak, powolutku – odpowiedziałem, sięgając po szklankę wody. Starałem się nie myśleć o sposobie, w jaki dziś pomagałem Michałowi się “skupić”.

– A właśnie, w sobotę jedziemy do babci – oznajmiła mama, odwracając się od szafek.

Takie wyjazdy zwykle zabierały dzień, babcia nie mieszkała zbyt blisko. Wtedy właśnie w głowie pojawiła mi się myśl

Sobota. Cały dzień. Serce podskoczyło mi do gardła, ale zachowałem kamienną twarz.
– O, fajnie – powiedziałem, udając, że szukam czegoś w szafce. – Ale… ja nie mogę jechać.

Mama spojrzała na mnie uważnie.
– Dlaczego?

– Mam kilka sprawdzianów w przyszłym tygodniu, planuję się pouczyć w weekend.

– Niedziela ci nie wystarczy?

– Jest tego naprawdę sporo, a chce sie dobrze przygotować.

Kłamałem bez mrugnięcia okiem.

Tata w końcu podniósł wzrok.
– No… skoro nauka, to nauka. Babcię odwiedzisz innym razem. Tylko nie zapomnij wyjść na chwilę.

Zjadłem szybko obiad i wyszedłem z kuchni.

W swoim pokoju zatrzasnąłem drzwi i oparłem się o nie plecami. Serce waliło mi jak młot. Sobota. Cały dzień. Rodzice u babci. Dom pusty. A to znaczyło tylko jedno: Michał.

Myśl, że będziemy mieli cały, długi, nieprzerwany dzień tylko dla siebie, bez strachu, że ktoś wróci za pięć minut, sprawiła, że krew natychmiast napłynęła mi do kroku. Wyobraźnia zaczęła pracować na pełnych obrotach.

My. Ten pokój. Łóżko. Nikt nie przyjdzie. Nikt nie przerwie.

I wtedy przypomniałem sobie to uczucie. Uczucie jego kutasa w moich ustach. Tego ciepła, tej twardości pod wargami. Smaku jego skóry, tego słonawego posmaku. Jak drżał, kiedy objąłem go ustami. Jak wydał ten cichy jęk…

Cholera. Mój własny fiut stał jak kij. Twardy jak skała. Myśl o tym, że będę mógł to zrobić jeszcze raz… że będę mógł mu zrobić mu loda… spokojnie, bez pośpiechu, bez nasłuchiwania kroków na korytarzu… To było nie do wytrzymania.

Wyobraziłem sobie klęczenie przed nim. Jego rękę w moich włosach. Jego zamknięte oczy i rozchylone usta. To, jak będzie oddychał szybciej. Jak jęczy.

Poczułem suchość w gardle. Tak, chcę to zrobić. Bardziej niż cokolwiek innego. Chcę go znowu poczuć. Posmakować.

I nie chodziło już o udowadnianie czegokolwiek. Chodziło o to, że… no kurwa, sprawiało mi to frajdę. To było zajebiste uczucie. Mocne. Intymne. I cholernie podniecające.

Muszę mu powiedzieć. Jutro w szkole. A Powiem mu o sobocie. O całym dniu. O tym, że będziemy sami. I o tym, co chcę zrobić.

Dotknąłem palcami własnych warg. Czułem, jak drżą. Ze strachu? Z podniecenia? Z obu. Ale przede wszystkim z niecierpliwego oczekiwania. Chciałem, żeby to już była sobota.

Następnego dnia w szkole miałem jedną myśl: znaleźć Michała. Każda przerwa była polowaniem. W końcu dopadłem go na korytarzu między salami, w relatywnie pustym zakątku przy schodach. Kręcił się tam z jakimś zeszytem.

– Mich… – zacząłem, zniżając głos i zerkając, czy nikt nie słucha.

– Muszę ci coś powiedzieć. Ważne.

Odwrócił się szybko, jego niebieskie oczy szeroko otwarte, pełne pytania.

– Co się stało?

– Wczoraj, jak wróciłem do domu… – mówiłem szybko, cicho, nachylając się nieco, żeby moje słowa nie uciekły dalej niż do jego ucha.

– Rodzice w sobotę cały dzień u babci. Powiedziałem, że muszę kuć do  sprawdzianów, więc zostaję. – Patrzyłem mu prosto w oczy, widząc, jak ta informacja zapala w nich iskierki.

– Dom będzie pusty. Cały dzień. Od rana do wieczora.

Jego oddech się skrócił.

– Cały… cały dzień? – powtórzył, jakby nie dowierzając. Gryzł wargę, ale w kącikach ust zaczynał się rysować ten nieśmiały, ledwo widoczny uśmiech, który kochałem.

– Tak – przytaknąłem, czując, jak podniecenie znów napływa mi do brzucha i niżej.

– Wpadniesz? O dziesiątej? Jak tylko wyjadą?

– Tak – wyszeptał natychmiast, bez wahania, kiwnął głową.

– Tak, Kamil. Przyjdę, rodzicom powiem, że idę uczyć się do Tomka – Jego wzrok spoczął na moich ustach na ułamek sekundy dłużej, a ja wiedziałem, że myśli o tym samym, co ja.

Euforia, ulga i pożądanie zmieszały się we mnie jak burza. Bez zastanowienia, impulsywnie, sięgnąłem i lekko ścisnąłem jego dłoń, ukrytą za zeszytem. Nasze palce splotły się na sekundę. Było to ryzykowne, ale w tej chwili nie obchodziło mnie nic.

– Świetnie… kochanie – wypaliłem. Słowo wyszło samo, cicho, naturalnie, jak oddech. Ale jak tylko je wypowiedziałem, zdałem sobie sprawę, co zrobiłem. Kochanie. Pierwszy raz. W szkole. Na korytarzu.

Michał zesztywniał jak posąg. Czerwień, która zawsze tak pięknie pokrywała jego policzki, w mgnieniu oka zalała całą jego twarz, sięgając aż po uszy i szyję.

– Dziwnie słyszeć jak tak do mnie mówisz.

– Nie podoba ci się?

– Wręcz przeciwnie, ale to chyba nie jest najlepsze miejsce na takie słowa

Miał absolutną rację.

– Przepraszam – mruknąłem, puszczając jego dłoń, ale nie odsuwając się.

– Po prostu… cieszę się. Na sobotę.

– Ja też – odparł równie cicho, wciąż czerwony jak burak, ale już patrząc mi w oczy.

– Bardzo. – To jedno słowo, “bardzo”, zabrzmiało jak potwierdzenie wszystkiego – soboty, naszych planów, i tego, co przemknęło w jego spojrzeniu, gdy usłyszał “kochanie”.

Dzwonek na lekcję rozdarł powietrze jak grom. Michał wzdrygnął się.

– Muszę lecieć – rzucił, już odwracając się do ucieczki.
– Ja też. Do soboty! – krzyknąłem za nim półgłosem, ale on już zniknął za rogiem korytarza.

Stałem przez chwilę sam, w tym zakamarku przy schodach. Serce waliło mi jak szalone, nie tylko z podniecenia na myśl o sobotniej samotności i tym, co chciałem mu zrobić, ale też z powodu tego jednego, nieplanowanego słowa. Zobaczyłem jego reakcję. Zawstydzenie? Tak. Ale też to szczęście w oczach. To było wszystko, czego potrzebowałem.

Sobota. Słowo, które przez cały tydzień dudniło mi w głowie jak mantra, w końcu nadeszła. Ale zamiast radości, pierwsze godziny były torturą. Rodzice krzątali się po mieszkaniu, pakując ostatnie rzeczy, które mieli zawieźć babci. Mama gderała o tym, że nie może znaleźć jakiejś miski, tata szukał kluczyków. Ja stałem przy oknie w salonie, udając, że patrzę na chmury, ale moje myśli były daleko stąd. Wyłącznie o nim.

Czy już wychodzi z domu? Idzie tu? A może się rozmyślił? Każda minuta wlokła się jak wieczność. Nerwowo przebierałem palcami po framudze okna. Gdy mama podeszła, żeby mi przypomnieć o obiedzie w lodówce, ledwie kiwnąłem głową. Jej słowa były tylko szumem w tle mojego wewnętrznego napięcia.

– Na pewno nie chcesz jechać? – rzucił tata już w progu, wsuwając kluczyki do kieszeni.

– Naprawdę muszę się pouczyć, tato. – Usłyszałem tylko, jak wzdycha.

Wreszcie, po wiekach, drzwi frontowe zatrzasnęły się za nimi.

Mieszkanie opadło w ciszę. Nagłą, absolutną. I straszliwie głośną. Zacząłem nerwowo chodzić po salonie. Spoglądałem na zegar. Dziesiąta. Gdzie on jest? Każdy szmer na klatce schodowej sprawiał, że serce podskakiwało mi do gardła. Minęło pięć minut. Pięć wieków. Dziesięć minut. Czy coś się stało?

W końcu, jak zbawienie, rozległ się cichy, nieśmiały dzwonek do drzwi. Rzuciłem się do nich, niemal wyrywając zawiasy.

Stał na progu. Michał. W zwykłej koszulce i jeansach, z tą swoją nieśmiałą, niepewną miną, z plecakiem na ramieniu (pewnie z książkami na pokaz). Jego jasne włosy lekko rozczochrane od wiatru, policzki zaróżowione. Piękniejszy niż w moich najśmielszych wyobrażeniach.

Nie powiedziałem ani słowa. Nie dałem mu szansy, żeby cokolwiek powiedzieć. W jednym płynnym ruchu złapałem go za ramię, wciągnąłem do przedpokoju, zatrzasnąłem drzwi i przygwoździłem do nich własnym ciałem. Moje usta znalazły jego usta z głodną, niemal desperacką namiętnością.

 – Mmmpf!  – wydusił zaskoczony, ale jego ręce natychmiast wpiły się w moją koszulkę na plecach, przyciągając mnie jeszcze bliżej. Nie było czasu na nieśmiałość, na wahanie. Tygodnie ukrywania, minuty nerwowego oczekiwania – wszystko eksplodowało w tym jednym pocałunku.

Całowałem go tak, jak nigdy dotąd nie było nam dane. Bez pośpiechu, bez strachu, bez nadsłuchiwania. Moje usta miażdżyły jego usta, język natarczywie szukał dostępu, a gdy w końcu go znalazł, wślizgnął się głęboko, badając każdy zakamarek jego ust. Słyszałem jego przyspieszony oddech, ciche jęki, które wibrowały między naszymi złączonymi ustami. Jego ciało przylegało do mojego na całej długości, od klatki piersiowej po biodra, i czułem, jak pod jeansami jego kutas już twardnieje, reagując na nasz głód.

Odsunąłem się na chwilę, tylko na tyle, żeby złapać oddech. Patrzyliśmy na siebie, obaj zdyszani, z rozchylonymi, wilgotnymi ustami. Jego oczy były ciemne, rozszerzone, pełne tego samego pożądania, które rozpalało mnie od środka. Na jego twarzy malowało się zdumienie, ale i absolutna poddanie się tej chwili.

– Kochanie…  – wysapałem, przyciskając czoło do jego czoła. To słowo, które w szkole go zawstydziło, teraz wydało się jedynym właściwym. Naturalnym.

– Jesteś… jesteś wreszcie tu.

– Tak… – odparł, jego głos był ochrypły, niski. Jego ręce przesunęły się z moich pleców na moją twarz, delikatnie, jakby dotykał czegoś kruchego.

– Kamil… ja…

Nie dałem mu dokończyć. Znowu przyciągnąłem go do siebie, wsiąkając w kolejny pocałunek, jeszcze głębszy, jeszcze bardziej palący. Tym razem to on zaczął eksplorować moje usta swoim językiem, z nieśmiałą na początku, ale coraz śmielszą pewnością. Zapomniałem o całym świecie. Istniał tylko on, jego zapach (cytrusowy szampon i coś niepowtarzalnie jego), smak jego ust, ciepło jego ciała przyciśniętego do drzwi, i obezwładniająca pewność, że mamy przed sobą cały dzień. I że to, co zacząłem przy drzwiach, było tylko przedsmakiem tego, co zamierzałem zrobić dalej. Całe moje ciało krzyczało jednym słowem: loda. I to teraz.

Nasze usta rozdzieliły, gdy moje dłonie zaczęły nerwowo szarpać jego pasek. Chciałem go teraz, tuż przy tych drzwiach, podniecony ryzykiem i absolutną pewnością, że jesteśmy sami.

– Kamil, czekaj… – Michał odsunął się lekko, jego wzrok pełen nagłego niepokoju błądził po przedpokoju, jakby szukał ukrytych oczu.

– Tutaj? Na… na środku przedpokoju? A jeśli ktoś…? – Jego głos był cichy, spłoszony.

– Nikt nie przyjdzie – odparłem stanowczo, ale łagodnie, przytrzymując jego dłoń.

– Dom jest nasz. Cały. – Moje palce wciąż pracowały nad jego paskiem i guzikiem jeansów.

– Proszę… Chcę ci to zrobić. Już. – Mój głos był ochrypły od pożądania.

Widziałem walkę w jego oczach – wstyd, niepewność, ale też palącą ciekawość i to samo podniecenie, które rozsadzało mnie od środka. W końcu, gdy moje dłonie odpięły guzik i zaczęły opuszczać suwak, jego opór osłabł. Westchnął głęboko, głowa opadła mu w tył, uderzając lekko o drzwi. Zamknął oczy.

– O… okej – wyszeptał, a w jego głosie drżało poddanie i oczekiwanie.

To było wszystko, czego potrzebowałem. Szybko opuściłem jego jeansy i bokserki, odsłaniając jego już w pełni postawionego kutasa. Ten widok – tak blisko, w świetle padającym z salonu – zaparł mi dech w piersi. Był piękny w swojej napiętej, różowawej twardości, delikatnie pulsujący. Pachniał jego intymną wonią, zmieszaną z zapachem świeżej bielizny, ale przede wszystkim sobą. Dzikie podniecenie ścisnęło mnie w brzuchu.

Bez wahania ukląkłem przed nim na twardej podłodze przedpokoju. Podniósł na mnie wzrok, jego oczy były ogromne, ciemne i pełne niewiary.
 – Kamil… – szepnął, ale przerwał, gdy moja dłoń objęła podstawę jego penisa. Czułem, jak drży.

Pochyliłem się. Pierwszy dotyk moich warg na jego najczulszym miejscu był jak iskra. Delikatny pocałunek złożony na samym czubku jego fiuta. Michał wstrzymał oddech, wydając cichy, zduszony jęk.

Potem już nie zwalniałem. Otworzyłem usta i objąłem jego główkę, wciągając ją do środka. Ciepło, aksamitna gładkość, słonawy smak preejakulatu – wszystkie te doznania, które pamiętałem, ale teraz intensywniejsze. Mój język zaczął pracować – okrążał koronę, badał wrażliwe miejsce pod nią, masował wzdłuż wędzidełka.

– Mmm… Boże, Kamil… – jego jęk był głośniejszy, przeciągły. Jego dłonie wpiły się w moje włosy. Czułem, jak jego biodra lekko podrygują do przodu. Zachęcony, wziąłem go głębiej. Stopniowo, centymetr po centymetrze. Jego kutas był twardy, ale gładki na języku. Czułem rytm jego pulsu. Słuchałem jego oddechu – coraz szybszego, przerywanego stękaniem.

– Tak… o tak… – mamrotał, głowa odrzucona do tyłu, oczy szczelnie zamknięte.

Pracowałem ustami i językiem. Ssałem lekko. Lizałem wzdłuż żyłek. Zanurzałem się głębiej. Nagle, bez żadnego ostrzeżenia, jego ciało szarpnęło się gwałtownie, oderwane od drzwi. Wydał ostry, zduszony jęk, który wibrował w jego klatce piersiowej i w moich ustach. Pierwszy, gorący strumień uderzył w moje podniebienie – gęsty, słonawy, intensywnie jego. Zaskoczyło mnie to tak bardzo, że prawie się odsunąłem, ale jego dłonie kurczowo wpiły się w moje włosy, przytrzymując mnie w miejscu. Potem kolejne i kolejne silne pulsacje, gdy wytryskiwał w moich ustach, podczas gdy ja instynktownie połykałem, zaskoczony intensywnością i nagłością jego finału.

Gdy w końcu opadł, ciężko dysząc, opierając się całym ciężarem o drzwi, ja powoli uwolniłem go z ust. Mój podbródek był wilgotny. Uniosłem wzrok, wciąż trochę oszołomiony. Patrzył na mnie szeroko otwartymi oczami, z ustami rozchylonymi w niemym zdumieniu, z twarzą płonącą jak po uderzeniu. Wyglądał absolutnie zaskoczony i zdruzgotany rozkoszą jednocześnie.

– Kamil… przepraszam – wyjąkał, jego głos był całkowicie zduszony, ochrypły.

– Ja… ja nie… nie spodziewałem się, że… że tak szybko. Przepraszam, nie zdążyłem… – Spojrzenie miał pełne zakłopotania, ale też niewiarygodnej błogości.

Uśmiechnąłem się, czując dziwną mieszankę zaskoczenia, dumy i czułości. Otarłem usta grzbietem dłoni.

– Nie przepraszaj – powiedziałem łagodnie, wstając i przyciągając go do siebie.

– To znaczy, że ci się podobało. Naprawdę podobało – Pocałowałem go mocno, czując, jak wciąż drży.

– Poza tym to było… niespodziewane, ale świetne – W jego oczach, pomimo wstydu, malowała się czysta, absolutna rozkosz. Był zaskoczony własną reakcją, ale też absolutnie nią oczarowany.

Po tym, co wydarzyło się w przedpokoju, ręka w rękę przeszliśmy do mojego pokoju. Michał wciąż był lekko roztrzęsiony, jego policzki płonęły, a dłonie drżały, gdy go prowadziłem. Sama myśl, że to ja doprowadziłem go do takiego stanu, sprawiała, że mój własny kutas wciąż tętnił bolesnym napięciem w ciasnych jeansach.

Usiedliśmy na krawędzi mojego łóżka. Cisza między nami była gęsta od napięcia, ale też dziwnie komfortowa. Nie musieliśmy nic mówić. Nasze spojrzenia się spotkały, i to wystarczyło. Nachyliłem się pierwszy, a nasze usta spotkały się w pocałunku, który od razu zapłonął namiętnością. Był głębszy, pewniejszy niż kiedykolwiek. Moje dłonie wędrowały po jego plecach, wsuwały się pod koszulkę, czując gorącą, gładką skórę. Jego jęk w moich ustach był jak benzyna. Każdy dotyk, każdy oddech mieszał się w palącą mieszankę pożądania.

– Skarbie…  – wyszeptałem, odrywając usta od jego szyi, którą właśnie obsiewałem pocałunkami. Moje biodra instynktownie napierały w jego kierunku, szukając ulgi dla mojego nabrzmiałego, rozpaczliwie twardego fiuta.

– Tak bardzo cię pragnę…

Wtedy on odsunął się nieco. Jego niebieskie oczy, wciąż mętne od pożądania, patrzyły mi prosto w twarz. Jego dłoń spoczęła na moim kroczu, delikatnie, badawczo, przez materiał jeansów. Dotyk był jak porażenie prądem.

– Ja… ja też – powiedział cicho, ale stanowczo. Jego palce zaczęły nerwowo manipulować moim paskiem, guzikiem.

– Teraz… teraz ja chcę… tobie. Spojrzenie spuścił na moje spodnie.

– Chcę… zrobić to, co ty mnie.

Serce zabiło mi gwałtownie. Tak. Każda komórka mojego ciała krzyczała tak. Pragnąłem tego bardziej, niż byłem w stanie wyrazić. Myśl o jego ustach na mnie, o jego języku, o jego nieśmiałych, ale pewnych dłoniach… To była najgorętsza fantazja, jaką nosiłem w głowie od tygodni. Ale jednocześnie, przez tę mgłę pożądania, przebił się inny głos. Głos troski. Miłości.

Złapałem jego dłonie, które już prawie rozpinały mój guzik.

“Mich…” – powiedziałem łagodnie, ale powstrzymując go.

– Słuchaj. Nie musisz. Naprawdę. Nie dlatego, że… że ja to zrobiłem tobie.” Patrzyłem mu głęboko w oczy, chcąc, żeby zrozumiał.

– Jeśli nie jesteś gotowy… jeśli nie chcesz… to nie rób tego. Nie ma presji. Kocham cię i tak. – Moje słowa były szczere. Jego komfort, jego gotowość były teraz najważniejsze.

On jednak pokręcił głową. Spojrzenie, które podniósł na mnie, było niezwykle poważne i… zdecydowane. Nie było w nim już nieśmiałości z przedpokoju.

– Chcę –  Powiedział mocno, niemal wyzywająco. Jego palce wymknęły się z mojego uścisku i z determinacją wróciły do mojego guzika, rozpinały go, opuszczały suwak.
– Bardzo chcę, Kamil. Od… od tamtego dnia. Myślałem o tym. Chcę spróbować. Dla ciebie. I… i dla siebie.

Moje opory stopniały. Odchyliłem się nieco, dając mu przestrzeń.

– Okej… okej, kochanie – wyszeptałem, głos mi się załamał.

– Jeśli naprawdę chcesz…

Nie skończyłem. Michał szybko ściągnął moje jeansy i bokserki, uwalniając mojego nabrzmiałego, pulsującego fiuta. Czułem chłodne powietrze na skórze i jego wzrok, badający mnie z mieszaniną fascynacji i lekkiego przerażenia. Mój kutas stał twardo, skierowany lekko w górę, żyły wyraźnie zarysowane na napiętej skórze.

Zanim zdążyłem coś powiedzieć, Michał zsunął się z łóżka i ukląkł między moimi rozchylonymi nogami. Jego pozycja była nieco niezgrabna, ale determinacja w jego oczach była niepodważalna. Uniósł dłoń, nieśmiało dotknął czubka mojego penisa opuszkami palców. Dreszcz rozkoszy przebiegł po moim kręgosłupie.

– Boże… – wyjąkałem, opierając się na łokciach, by lepiej widzieć.

Potem się pochylił. Pierwszy dotyk jego warg na mojej główce był jak delikatne muśnięcie płomieniem. Miękki, ciepły, niepewny. Wydałem mimowolny jęk. Michał uniósł na mnie wzrok, jakby sprawdzając reakcję. Moje pełne zachwytu spojrzenie musiało być wystarczającą odpowiedzią, bo uśmiechnął się lekko, nieśmiało, i powtórzył ruch. Tym razem bardziej świadomie, obejmując wargami sam czubek i delikatnie zasysając.

– Oooo… tak… – syknąłem, wbijając palce w prześcieradło.

To było… nieziemskie. Jego usta były miękkie, gorące, a ten nieporadny, ale pełen skupienia ruch języka – płasko przesuwającego się po dolnej stronie mojej główki – doprowadzał mnie do szaleństwa.

Zachęcony moją reakcją, Michał stał się śmielszy. Otworzył usta szerzej i wziął mnie głębiej. Nie od razu dużo, stopniowo, centymetr po centymetrze. Czułem, jak jego język eksploruje mój pręt – liżąc żyły, okrążając koronę, dociskając do wrażliwego miejsca pod żołędziem. Było to trochę niezdarne, czasem zbyt mocne, czasem zbyt delikatne, ale autentyczne i pełne takiego skupienia, że czułem się jak najważniejsza osoba na świecie.

– Tak, właśnie tak… – mamrotałem, patrząc, jak jego głowa porusza się między moimi udami, jego jasne włosy opadając na czoło. Jego oczy były zamknięte w skupieniu, brwi lekko zmarszczone, jakby rozwiązywał trudne zadanie. Widok był tak niezwykle podniecający.

Wkrótce znalazł rytm. Głowa poruszała się do przodu i do tyłu, jego usta obejmowały mnie coraz głębiej, coraz pewniej. Słyszałem ciche odgłosy ssania, mlaskania, moje własne stęki i jego przyspieszony oddech przez nos. Czułem wilgoć jego śliny, ciepło jego ust, szorstkość jego języka. Każdy nerw w moim ciele był rozpalony do czerwoności.

– Jesteś… niesamowity… – wyjąkałem, czując, jak napięcie w moim podbrzuszu narasta nieubłaganie, stając się bolesnie intensywne.

– Mich… zaraz… zaraz dojdę… – ostrzegłem, próbując lekko odsunąć jego głowę.

Ale on, ku mojemu zdumieniu, tylko mocniej wpił palce w moje uda i wziął mnie jeszcze głębiej, intensywniej. Jego spojrzenie, które podniósł na mnie w tym momencie, było pełne wyzwania i… pragnienia. Chciał wszystkiego. Tak jak ja wcześniej.

I to było ostatnie, czego potrzebowałem. Fala rozkoszy uderzyła we mnie z niszczycielską siłą. Moje ciało wyprężyło się jak łuk. Wydałem ryk, któremu próbowałem bezskutecznie zapobiec. Pierwszy wytrysk wystrzelił, potem kolejne, silne pulsacje, gdy opróżniałem się w jego ustach, w jego cieple, podczas gdy on wciąż pracował ustami i językiem, wydobywając ze mnie ostatnie drgawki ekstazy.

Gdy w końcu opadłem na łóżko, ciężko dysząc, Michał powoli uwolnił mnie z ust. Odsunął się, klęcząc między moimi nogami. Jego usta były wilgotne, błyszczące, policzki płonęły, a oczy błyszczały triumfem i głębokim wzruszeniem. Wyglądał pięknie i absolutnie spełniony. Obruszył usta, przełknął.

– Kamil… – wyszeptał, jego głos był ochrypły.

– To było… Czy… czy to było dobrze?

Uśmiechnąłem się, czując, jak łzy szczęścia napływają mi do oczu. Sięgnąłem, przyciągnąłem go do siebie na łóżko, przytulając mocno.

– Kochanie – wyszeptałem mu do ucha, całując jego rozgrzane skronie.

– To było… doskonałe. Po prostu doskonałe. Dziękuję. – Przytulił się do mnie, ukrywając twarz na mojej szyi, ale czułem, jak się uśmiecha.

Po burzliwej fali namiętności zapadła cisza. Ciepła, spokojna, przesycona nowym rodzajem bliskości. Leżeliśmy na wąskim łóżku, splątani, ja na plecach, Michał z głową na mojej klatce piersiowej, nasłuchując bicia mojego serca. Jego dłoń rysowała leniwe kółka na moim brzuchu. Oddychaliśmy w rytm, powoli, głęboko. Czułem się… odsłonięty. Nie tylko fizycznie, ale i emocjonalnie. Ta intymność zdjęła ostatnie warstwy niepewności.

– Jak się czujesz? – zacząłem cicho, głaszcząc jego jasne włosy.

– Nie wiem – odparł szczerze, podnosząc głowę, by spojrzeć mi w oczy.

 – Inaczej? Tak, jakby… wszystko było bardziej prawdziwe –  Przytulił się mocniej.

– A ty?

– Tak samo – przyznałem.

Po chwili westchnął.

– Tylko… Tylko czasem myślę, jak to będzie trudne. Taka miłość… Ukrywać ją przed wszystkimi. Nie móc powiedzieć nikomu… – Jego głos był cichy, pełny smutku.

– A ty? Czy… czy nie żałujesz czasem, że nie… że nie pokochałeś dziewczyny? Że musisz chować się z… ze mną?”

– Nigdy – odparłem stanowczo, patrząc mu prosto w oczy.

– Słuchaj mnie, Michał. Kocham ciebie. Za to, kim jesteś. Za twój śmiech, twoje myśli, twoje nieśmiałe uśmiechy… Za to, jak się czuję, gdy jesteś blisko. Płeć? Nie ma dla mnie żadnego znaczenia. Jesteś moim kochaniem. Moim chłopakiem. I nie zamieniłbym tego na nic.

Michał wpatrywał się we mnie, jakby szukał śladu kłamstwa. W jego oczach widziałem ulgę i wzruszenie.

– Naprawdę?

– Naprawdę  – przytaknąłem.

– Jesteś wszystkim, czego pragnę. Owszem boję się tego, jak zareagowali, by ludzie gdyby wiedzieli. Bardzo się tego boję. Ale kocham Cię bardzo i chcę być z tobą a nie z nikim innym.

– Ja ciebie też bardzo kocham.

Rozmawialiśmy dalej. O zwykłych rzeczach, które nagle nabierały nowego znaczenia. O szkole, o jego kiepskiej fizyce, o lubianych i nielubianych nauczycielach. O tym, co chcielibyśmy robić latem. O morzu, które oboje uwielbialiśmy, choć Michał bał się wysokich fal. O jego marzeniu, by kiedyś mieć psa. O planach na przyszłość. Słowa płynęły swobodnie, bez przymusu, przeplatane pocałunkami, przytulaniem, głaskaniem. Byliśmy po prostu sobą. Dwoma chłopakami zakochanymi po uszy, odkrywającymi siebie nawzajem na wszystkich możliwych poziomach.

I wtedy to przyszło. Znowu. Nie gwałtowny pożar, ale powolne, ciepłe rozlewanie się podniecenia w moich żyłach. Patrzyłem, jak Michał mówi coś o lekcji biologii, gestykulując, jak jego usta poruszają się, jak jego szyja wygina się delikatnie, jak światło z okna igra z jego jasnymi włosami. I poczułem to pragnienie – głębsze, intensywne. Pragnienie zobaczenia w tym świetle – całkiem nagiego.

– Co tak zamilkłeś, o czym myślisz? – zapytał nagle

A ja postanowiłem nie ukrywać przed nim moich myśli.

– Chciałbym… chciałbym cię zobaczyć… nago – Poczułem jak się rumienię.

– Przecież już widziałeś – oparł patrząc się kierunku swojego krocza.

– Nie to mi chodzi. Chcę cię zobaczyć nago… całego.

Michał zamilkł. Przez chwilę jego oczy stały się ogromne, a róż na policzkach pogłębił się. Ale nie było w nim paniki, tylko intensywne skupienie. Patrzył na mnie, jakby ważył moją prośbę. Wreszcie, bez słowa, powoli się podniósł i stanął przed łóżkiem.

Zaczęło się powoli, niemal rytualnie. Najpierw zdjął koszulkę, odsłaniając smukłą, gładką klatkę piersiową z delikatnie zarysowanymi mięśniami brzucha i dwoma bladoróżowymi sutkami. Skóra była nieskazitelna, jedwabiście gładka w blasku popołudniowego słońca. Potem pochylił się i zdjął skarpetki. Wreszcie, jego dłonie skierowały się do spodni. Spojrzał na mnie, jakby szukając ostatniego potwierdzenia. Moje pełne zachwytu, niemal nabożne spojrzenie musiało być odpowiedzią. W jednym płynnym ruchu opuścił spodnie i majtki, stając przede mną całkowicie nagi.

Zaparło mi dech w piersiach. Był… doskonały. Smukły, ale nie chudy. Jego ramiona i klatka miały młodzieńczą, sportową budowę. Biodra wąskie, nogi proste i zgrabne. A pośrodku – jego kutas, teraz w stanie spoczynku, delikatny i bezbronny, ale wciąż piękny w swojej męskości. Całość sprawiała wrażenie kruchej, ale niezwykle pięknej rzeźby.

– Jesteś… niesamowity… i piękny – wyszeptałem, nie mogąc oderwać wzroku.

Spuścił wzrok, zawstydzony, ale uśmiechnięty. Jego ręce nerwowo opadły wzdłuż ciała, jakby nie wiedział, co z nimi zrobić. Stał tak przez chwilę, odsłonięty, powierzając mi całe swoje ciało w tym geście absolutnego zaufania.

Potem podszedł bliżej do łóżka. Jego oczy, teraz ciemne i pełne nowego rodzaju pewności, badały moje ubrane ciało. Jego dłoń wyciągnęła się i delikatnie dotknęła mojej koszulki na piersi.
– Twoja kolej, Kamil” – powiedział cicho, ale głos miał stanowczy.

– Ja też chcę zobaczyć ciebie.

Bez wahania, bez cienia wstydu (bo jak mógłbym się wstydzić przed nim?), usiadłem i zdjąłem koszulkę. Potem spodnie i bokserki. W końcu i ja stanąłem przed nim nagi, pozwalając jego spojrzeniu wędrować po mojej bardziej umięśnionej klatce piersiowej, szerszych ramionach i prowadzącym w dół brzuchu. Mój kutas, częściowo podniecony samym widokiem jego nagości i tym, co się działo, spoczywał ciężko między udami.

Michał patrzył z otwartymi ustami, z fascynacją i wyraźnym pożądaniem w oczach. Jego wzrok przesuwał się powoli, centymetr po centymetrze, jakby chciał zapamiętać każdy szczegół, a ja widziałem, jak jego penis zaczyna się lekko podnosić w reakcji na mój widok. Podszedł blisko, jego dłoń uniosła się i lekko, jak piórkiem, dotknęła mojego ramienia, potem klatki piersiowej, w końcu spoczęła na moim boku.

– Ty też jesteś piękny – wyszeptał.

Jego dotyk i słowa sprawiły, że mój fiut wyraźnie drgnął i uniósł się nieco. Michał to zauważył i uśmiechnął się nieśmiało, ale triumfalnie.

Staliśmy tak przez dłuższą chwilę, naprzeciwko siebie, całkowicie nadzy, w milczeniu, które mówiło więcej niż tysiąc słów. Nie było wstydliwości, nie było pośpiechu. Było tylko wzajemne podziwianie, akceptacja i ta ogromna, spokojna fala miłości i pożądania, która znów zaczynała narastać. Wiedzieliśmy, że ta nagość to nie koniec, ale początek nowego etapu w tej sobocie.

Nie musieliśmy mówić. To pragnienie, to ciepło, które przepływało między naszymi nagimi ciałami, było głośniejsze niż jakiekolwiek słowa. Michał położył się na wznak na moim łóżku, a ja wślizgnąłem się nad nim, podpierając się na łokciach, by móc patrzeć mu w oczy. Nasze nogi splotły się naturalnie, jego uda obejmowały moje biodra. Czułem każdy centymetr jego gorącej skóry pod moją – miękką klatkę piersiową, płaski brzuch, wcięcie bioder. Był taki prawdziwy. Tak całkowicie mój. To uczucie – jego nagość pod moją nagością, jego oddech mieszający się z moim – napełniało mnie szczęściem tak intensywnym, że aż bolesnym. To się dzieje. Naprawdę. On jest tutaj, ze mną, taki cały.

– Kochanie…  – wyszeptałem, pochylając się, by złożyć delikatny pocałunek na jego ustach, potem na czubku nosa, na powiece.

– Jesteś taki piękny. Tak cudownie… mój – Każde słowo było szczere, wypływające prosto z serca skołatanego miłością i podnieceniem.

Michał odpowiedział pocałunkiem, głębszym, bardziej żarliwym. Jego dłonie wędrowały po moich plecach, w dół, aż do pośladków, przyciągając mnie mocniej do siebie. Czułem, jak jego kutas, miękki jeszcze, zaczyna nabrzmiewać, ocierając się lekko o mój brzuch. Mój własny fiut, już w pełni postawiony, twardy i pulsujący, spoczywał ciężko na jego udzie, blisko, tak blisko jego własnego.

To było to. To naturalne tarcie, to poszukiwanie kontaktu. Instynktownie, nie myśląc, tylko czując, zacząłem poruszać biodrami. Delikatnie na początku, jakby testując. Mój kutas przesunął się wzdłuż jego uda, ocierając się o miękką skórę, w stronę jego krocza. Michał wstrzymał oddech, jego oczy szeroko otwarte, utkwione we mnie. Wtedy moje biodra wykonały pełniejszy ruch – mój nabrzmiały pręt przesunął się wzdłuż całej długości jego własnego, który w odpowiedzi natychmiast stwardniał do granic możliwości.

– Ooo… Kamil… – jęknął Michał, głowa odrzucona do tyłu, oczy przymknięte.

– Tak…”

To był sygnał. Ocieranie się kutasami. Doświadczać tego z nim… To było coś zupełnie innego. Coś niesamowicie intymnego i podniecającego. Zacząłem ruszać biodrami w stałym, powolnym rytmie, w przód i w tył. Nasze nabrzmiałe członki spotykały się, ocierały, ślizgały po sobie nawzajem, pokrywane szybko wilgocią preejakulatu. Ciepło, tarcie, aksamitna gładkość skóry na skórze – doznania były oszałamiające.

– Patrz na mnie – poprosiłem ochryple. Michał otworzył oczy, jego spojrzenie było mgliste, rozchwiane, ale utkwiło we mnie.

– Kocham cię – wyszeptałem, rytm moich bioder przyspieszając nieznacznie. Każde przesunięcie wzdłuż jego długości, każde zetknięcie naszych główek, wywoływało fale rozkoszy, które rozchodziły się od spojenia po czubki palców.

– Ja… ja ciebie też… – wyjąkał Michał, jego ręce wpiły się w moje pośladki, pomagając mi, naprowadzając mojego kutasa dokładnie tam, gdzie chciał.

– Tak… o tak… właśnie tak… – Jęczał, a każdy dźwięk napędzał moje ruchy.

Czułem, jak jego ciało napina się pod moim, jak jego biodra unoszą się, by spotkać moje pchnięcia. Nasze kutasy były teraz mocno ściśnięte między naszymi brzuchami, ocierając się o siebie z każdym ruchem, wytwarzając gorąco i wilgoć, która sprawiała, że wszystko stawało się gładkie, płynne, nieziemsko przyjemne.

Widok jego twarzy – wykrzywionej ekstazą, ust rozchylonych w niemym krzyku, włosów przyklejonych do spoconego czoła – był równie podniecający, jak fizyczne doznania. Byliśmy całkowicie połączeni, spleceni, zlani w jedno przez ten prosty, a jednak głęboko intymny akt. To nie było tylko tarcie ciał – to było pocieranie się naszych dusz, naszych pragnień, naszej młodej, szalonej miłości.

Rytm stawał się szybszy, bardziej desperacki. Moje ruchy bioder były krótkie, intensywne, skupione na maksymalnym tarciu, na tym rozkosznym ucisku naszych członków, jeden na drugim. Michał jęczał bez przerwy, jego oddech był płytki, świszczący. Czułem, jak jego mięśnie brzucha i ud napinają się jak struny.

– Jestem… jestem blisko… – ostrzegł, jego głos był pełen niedowierzania i napięcia.

“Ja też… – zdążyłem wykrztusić, zanim fala rozkoszy, silniejsza niż wszystko, co kiedykolwiek czułem, zmiotła mnie z powierzchni.

 Wydałem ryk, moje ciało wyprężyło się jak łuk, a strumienie gorącej spermy trysnęły między nasze przylegające brzuchy, oblepiając nasze skóra przy skórze. W tej samej sekundzie Michał zawył, jego ciało szarpnęło się gwałtownie pod moim, a ja poczułem ciepły strumień jego wytrysku mieszający się z moim, tworząc lepką, intymną mieszaninę na naszych brzuchach.

Leżeliśmy na sobie, ciężko dysząc, spoceni, całkowicie wyczerpani, ale też wypełnieni niesamowitą błogością. Moje biodra jeszcze drgały od resztek rozkoszy. Jego dłonie wciąż kurczowo ściskały moje pośladki. Byliśmy lepcy, spleceni, i absolutnie szczęśliwi. W  moim łóżku, przekroczyliśmy kolejną granicę. I wiedzieliśmy obaj, że to był początek nowego rozdziału w naszej miłości.

Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

Han Solo

Ciąg dalszy w części 2 

Comments

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *