Szklane drzwi zasunęły się za Natalią z cichym syknięciem pneumatyki, jakby sam budynek próbował ją połknąć. Miała świadomość każdego kroku, który niósł ją w głąb biura, jakby niosła się na stracenie. Jej spódnica była o centymetr za krótka, materiał napinał się na pupie przy każdym kroku, obcisła koszula opinająca biust nie zostawiała wiele miejsca dla wyobraźni. Rękawy podwinięte, włosy spięte — wyglądała na profesjonalistkę. Ale serce biło jej jak cholerny alarm przeciwpożarowy.
I wszystko przez nią.
Aleksandra Zawisza. Prezeska. Władczyni z marmuru i szkła, ubrana w czerń tak dopasowaną, że wyglądała, jakby została jej wytatuowana na skórze. Biust duży, ale niesiony dumnie — nie jak coś do oglądania, tylko jak coś, co może przycisnąć ci twarz, jeśli nie będziesz słuchać. Uda długie, bezczelne, owinięte w pończochy jak prezent, który otwierasz zębami. Usta — pełne, pomalowane na karmazyn, którym nie całuje się kochanków, tylko zniewala.
Gdy Natalia weszła, Aleksandra nie podniosła nawet wzroku znad dokumentów.
— Jesteś późno.
— Cztery minuty do ósmej.
— Trzy i pół za dużo. Zamknij drzwi.
Głos miała niski, miękki jak jedwab… i równie niebezpieczny, kiedy owijał się wokół karku.
Natalia przełknęła ślinę.
Zamknęła drzwi. Poczuła, jak świat zewnętrzny umiera za nią.
— Siadaj — rozkazała Aleksandra. Nie prosiła. Nie zadawała pytań.
Natalia usiadła powoli, zaciskając uda. Jej własne ciało zdradzało ją — pulsowanie między nogami, które próbowała zignorować, napinające się brodawki, wyczuwalne przez cienką tkaninę biurowej koszuli. Nie była pruderyjna. Ale też nie była… gotowa na to, co ta kobieta z nią robiła bez dotyku.
— Czytałaś cały kontrakt? — Aleksandra wreszcie spojrzała. Jej oczy były jak miód — złote, gęste, ale z czymś niebezpiecznym pod powierzchnią.
— Tak.
— Więc pamiętasz o procedurach integracyjnych? Sesje coachingowe, terapie adaptacyjne, relaksacja kierunkowa…
— To brzmiało jak korporacyjna bzdura — odpowiedziała, zbyt szybko.
Aleksandra uśmiechnęła się bez cienia sympatii.
— Och, słonko… u mnie żadna bzdura nie przechodzi.
Otworzyła szufladę.
Wyjęła coś… małe, srebrne, połyskujące. Wahadełko. Klasyczne, z cienkim łańcuszkiem.
— Nie.
— Co „nie”? — głos Aleksandry nie zmienił tonu.
— Nie będę się… hipnotyzować, to jakieś… chore.
Aleksandra wstała powoli. Każdy jej ruch był kontrolowany, jakby chodziła po linie rozciągniętej nad żarem.
Podeszła za krzesło Natalii, nachyliła się tak blisko, że materiał jej marynarki zahaczył o ramię dziewczyny. Jej piersi zawisły tuż za głową asystentki.
— Powiedz mi, Natalko… czy ty lubisz być niegrzeczna, czy po prostu głupia?
Natalia zerwała się z miejsca, ale ręka Aleksandry dotknęła jej ramienia. Chłodna. Silna. Zatrzymująca ją jak kajdany z jednego słowa.
— Zostań. Patrz.
Wahadełko poruszyło się. Delikatnie. A jej głos… zmienił się. Jakby przesunął się w głąb, szeptał w środku.
— Nie musisz mi ufać. Wystarczy, że słuchasz.
Oczy ci się męczą. Ciężko je trzymać otwarte.
Z każdą sekundą robi się cieplej. Słabiej. Miękko między nogami, prawda?
— Zamknij się — syknęła Natalia, ale głos jej zadrżał.
— O, to lubię. Ostatni oddech sprzeciwu. — Aleksandra uśmiechnęła się. — Ale twoje ciało już nie walczy, kochanie. Czuje to. Czujesz wilgoć. Naprężenie. Głowa się buja. Chcesz przestać, ale to takie wygodne…
— To nie działa — mruknęła Natalia, z trudem.
Ale już oddychała głęboko. Ramiona opadły. Wzrok śledził metal, mimo że miała ochotę krzyknąć, uciec, uderzyć ją.
— Taka dzielna… a przecież masz już majtki wilgotne jak przekłuty woreczek herbaty.
— Kurwa…
— O właśnie. Język coraz brudniejszy, bo opór pęka. Kiełkuje ci w głowie myśl… że może dobrze byłoby się poddać. Żeby ktoś inny myślał. Kierował. Dominował.
Wahadełko przestało się poruszać.
Aleksandra była teraz przed nią. Pochyliła się, dłonią złapała Natalię za podbródek.
— Powiedz mi, że nie jesteś już twarda.
— Jeszcze jestem… — wymamrotała. — Jeszcze…
Ale język jej się plątał. Uda ściskały się mimowolnie. I gdy Aleksandra wsunęła palec w dekolt jej koszuli, odgarniając materiał na bok i odsłaniając stanik — koronkowy, czarny, absurdalnie seksowny jak na „pierwszy dzień pracy” — Natalia już nie protestowała.
— Hmm. A to niby profesjonalny strój?
— Chciałam się czuć… pewna siebie…
Aleksandra pochyliła się bliżej, wargi przy uchu Natalii.
— To ja ci dam pewność, suka.
I wtedy, nagle, pocałowała ją — brutalnie, bez pytania, tak jak się całuje kogoś, kto należy do ciebie.
Natalia nie odpowiedziała… od razu. Ale dłoń Aleksandry zjechała w dół, pod spódnicę, przez uda, do miejsca, które pulsowało.
— A ty… jesteś już moja. Nawet jeśli twój język będzie mówił „nie”… twoja cipka mówi „tak”, krzyczy „więcej”.
I właśnie wtedy, w tym przeklętym momencie, Natalia poczuła, jak jej opór…
pęka.
Natalia nie pamiętała, kiedy dokładnie przestała walczyć. Może w momencie, gdy zimne palce Aleksandry wsunęły się między uda i nacisnęły w miejsce, które pulsowało, mokre i zdradzieckie. Może wtedy, gdy jej język został zmuszony do posłuszeństwa brutalnym, dominującym ustom prezeski. A może już dawno wcześniej — kiedy po raz pierwszy usłyszała jej głos na rozmowie rekrutacyjnej i poczuła, jak między nogami robi się lepko tylko od tonu wypowiedzianego słowa “zatrudniona”.
Teraz siedziała na krześle, sztywna jak drewno, ale Aleksandra się nie spieszyła. Stała nad nią, z zaciśniętą szczęką, jak drapieżnik nad zdobyczą, czekając aż ofiara zrozumie, że ucieczka to już tylko sen idiotki.
— Rozchyl nogi.
— Nie…
— Roz-chyl. — Słowo przecięło powietrze jak pejcz.
Natalia powoli, z oporem, rozsunęła kolana. Spódnica podjechała do połowy ud, odsłaniając kawałek czarnych majtek. Aleksandra patrzyła bez wstydu.
— Wiesz, że wszystko tu jest nagrywane? — powiedziała chłodno, wskazując na malutką czarną kropkę w rogu sufitu. — Nagrania trafiają do mojej prywatnej chmury. Tylko ja mam do nich dostęp.
Natalia drgnęła.
— Co…?
— Jeśli nie będziesz posłuszna, cały zarząd zobaczy, jak drżysz z rozchylonymi udami, posłuszna jak sucz, której nikt nie musiał przekonywać. Ale jeśli będziesz grzeczna… może pokażę ci, co potrafię zrobić językiem, kiedy nie muszę używać słów.
Natalia poczuła, jak jej serce wali w piersi, a cipka zaciska się od tej mieszaniny strachu i żądzy.
— Proszę… nie…
Ale to “nie” brzmiało jak błaganie o więcej. Aleksandra uśmiechnęła się złowieszczo i uklękła przed nią.
— A teraz… ręce za oparcie. Głowę w tył. I nie zamykaj oczu. Kamera musi widzieć to twoje śliczne, upokorzone oblicze, gdy zaczynam robić z ciebie zabawę biurową.
Palce Aleksandry wsunęły się pod majtki — wilgoć uderzyła jak mokra plama na czystym papierze. Dwa palce. Potem trzy.
— No, no, maleńka… jesteś bardziej otwarta niż budżet tej firmy.
Natalia wgryzła się w wargę, oczy błyszczące od łez, ale jęk wyrwał się z jej gardła niepowstrzymanie, cichy, żałosny, piękny.
— Kurwa, jesteś idealna. Twoja cipka sama mnie zaprasza — mruknęła Aleksandra, zaczynając rytmicznie poruszać palcami, głęboko, nie dając czasu na przyzwyczajenie się.
Natalia chciała zamknąć nogi, odsunąć się — ale każda próba kończyła się tylko mocniejszym naciskiem. Aleksandra znała ciało kobiety jak własne biuro — każdy zakamarek, każdą strefę, każdy guzik do naciśnięcia.
— A teraz powiedz, na głos, co robisz.
— J-jestem…
Aleksandra chwyciła ją mocniej za udo.
— Głośniej.
— Siedzę z rozłożonymi nogami… i daję się pieprzyć palcami mojej szefowej…
— Mmm, pięknie. A dlaczego?
— Bo jeśli nie… pokażesz to wszystkim…
— Dokładnie, kotku. Widzisz, jesteś już w środku tego. Nie ma powrotu. Jesteś moja. Mój obiekt. Moja perwersyjna sekretarka z nagraniem w chmurze, której cipka robi plamę na firmowym krześle.
Palce poruszały się szybciej. Mokre od dźwięków, które Natalia próbowała ukryć. A potem… czwarty.
Cztery palce.
— Nie, nie, nie…! — jęknęła, trzęsąc się, ale nie uciekła. Nie odsunęła się. Nie zatrzymała tego.
Bo to już było za późno.
— O tak, czujesz? Właśnie tak cię będę miała każdego poranka. Wchodzisz do biura, oddajesz kawę i cipkę. Nie wiem, której potrzebuję bardziej. Ale obie masz dostarczyć.
Natalia wyprężyła się, trzęsąc jak w gorączce, rozkosz łamała ją od środka. Aleksandra nie zatrzymała się, wcisnęła palce jeszcze głębiej, mocniej, rytmicznie, aż…
Wybuch.
Jęk. Skurcz. Fala. Z oczu Natalii popłynęły łzy, z cipki śluz, z ust — jęk tak głęboki, że aż głowa opadła w tył.
Aleksandra powoli wyjęła palce. Lśniły. Oblizała je bez pośpiechu.
— Dobrze. A teraz idź po kawę, moja mała dziwko. I nie poprawiaj spódnicy. Chcę, żeby każdy widział twoje trzęsące się uda.
Z plastikowym kubkiem kawy w dłoni i spermą wymieszaną ze śliną Aleksandry głęboko między udami, Natalia wracała przez open space jak przez pole minowe. Nogi miękkie, trzęsące się jak galaretka, każdy krok przypominał jej, że wciąż ma na sobie mokre majtki — cienki, czarny paseczek koronki, który zsunął się z linii cipki, a spódnica nie zakrywała już niczego oprócz ledwie bioder.
Szła wyprostowana. Tyle, że wyprostowanie było wymuszone strachem. Upokorzeniem.
Leave a Reply