PROLOG.
Miejsce: Bułgarska Republika Ludowa.
Czas: Koniec lat 70-tych XX wieku.
Bojko miał wtenczas niespełna 16 lat (urodziny obchodził 18 października). Od urodzenia mieszkał na zabitej dechami bułgarskiej wsi, gdzie przed wojną o kanalizacji nawet nikt nie słyszał. Po 1945 roku nie było tam wiele lepiej, ale chociaż zbudowali jeden kołchoz, gdzie można było pracować. Ojciec chłopaka (Władio) był kierownikiem transportu we właśnie takim kołchozie. Bojko od dzieciństwa sprawiał kłopoty, potajemnie pił z kolegami, palił tanie radzieckie papierosy, przemycane ze Związku Radzieckiego przez cinkciarzy. Nie uczył się. Z rocznym poślizgiem ukończył szkołę powszechną, a potem rodzice wysłali go do dużego miasta, aby skończył tam szkołę samochodową i został mechanikiem.
– Pilnuj się synku i nie zadawaj ze złym towarzystwem – powiedziała matka, odprowadzając syna na dworzec kolejowy.
– Nie rób żadnych kłopotów – dodał zaraz ojciec.
– Dobra, dobra, ojciec. Jestem już dorosły. Żegnam! – dodał syn, wbiegając szybko do pociągu.
Bojko usiadł w pierwszym lepszym przedziale i za dwie minuty pociąg odjechał. Pół godziny później był pierwszy postój. Nastolatek wysiadł i na stacji kupił sobie dwa piwa. Dopił je jeszcze nim pociąg znów odjechał. Godzinę później, na kolejnym postoju, Bojko zrobił to samo. Około godziny 19:00 pociąg dojechał na miejsce, do miasta Płowdiw. Bojko wyszedł kompletnie pijany. Wyszedł to za duże słowo. Pod internat musiało zaciągnąć go dwóch pracowników stacji kolejowej, gdyż chłopak był pijany aż do takiego stopnia, że nie mógł iść o własnych siłach, wcześniej przewrócił się i obtłukł sobie kolano (teraz leciała z niego jucha). Jego plecak gdzieś się zgubił (miał tam wszystko, łącznie z pieniędzmi od rodziców).
– Ten gnojek, mały skurwysyn, chyba do was – powiedział pracownik kolei do wychowawcy, stojącego przed drzwiami i nie mogącego nadziwić się widokiem, jaki miał przed oczyma – Pierdolił coś o internacie, ale był tak najebany że musieliśmy mu pomóc. Obrzygał mnie, zasrany chujek, pfu!
– Jak on ma na imię? – odezwał sie wychowawca – Powiedz mi, chłopie, jak się nazywasz! – tym razem nauczyciel warknął na pijanego nastolatka.
– Boojko. Radew. – wybełkotał.
Od tego czasu minął rok. Bojko dostał wszelkie możliwe nagany, miał nadzór szkolnego kuratora i był traktowany jak w zakładzie poprawczym. Nie mógł opuszczać internatu po godzinie 15:00. Ale rok szkolny wreszcie się skończył. Jakimś cudem chłopak… zdał. Ledwo, ale zdał.
Zaczął okres wakacyjny. Bojko chodził na wiejskie potańcówki i znalazł sobie o rok starszą dziewczynę o imieniu Ludmiła. Była córką milicjanta, a jej rodzina była z całą pewnością patologiczna. Starszy brat Ludmiły nadużywał alkoholu i w wieku dwudziestu lat powiesił się. Sama dziewczyna sprawiała również problemy wychowawcze – lubiła wypić, nie lubiła się uczyć, była wyrzucana z wszystkich szkół, a ponadto miała opinię zwykłej kurwy.
Pewnego niedzielnego wieczoru odbyła się kolejna taka wiejska zabawa. Bojko wypił dwie szklanki wódki, po czym ośmielony postanowił ”zabawić się z Ludmiłą”. Obydwoje opuścili potańcówkę.
– Gdzie idziemy? – zapytała Ludmiła, w jej głosie zaś słychać było spore już upojenie alkoholowe.
– Tam jest kurwa stodoła. Tam się pobzykamy – parsknął sucho Bojko.
Gdy już dotarli na miejsce, chłopak odtworzył drzwi do stodoły i razem weszli na miejsce. Bojko rozpiął spodnie i wywalił penisa na wierzch.
– Obciągaj! – powiedział.
Ona klęknęła i wsadziła sobie fiuta do buzi. Zaczęła w całej siły ssać.
– Kurwa, żeby tylko nikt nas tutaj kurwa nie znalazł… Ssij go. – Za chwilę jednak zmienił zdanie – Kładź się! Kurwa, kładź się!
Ona leżała teraz na brudnej ziemi, a on wcisnął jej penisa w szparę. Zrobił dwa szybkie ruchy i się spuścił. Opadł z sił.
– Kurwa, spuściłeś się. Ja pierdolę… – parsknęła Ludmiła.
– Morda, ściero! – ryknął zdyszany chłopak, wymierzając partnerce silnego plaskacza w mordę.
Ubrali się i każe poszło w swoją stronę. Takich schadzek tego lata mieli jeszcze kilka. Minęły dwa miesiące i Bojko dowiedział się, że Ludmiła zaszła w ciążę. O sprawie dowiedzieli się rodzice chłopaka. Ojciec wpadł w furię, stłukł synowi ryja do krwi. Ale problem pozostał. Nastolatkowie mieli wziąć ślub. I tak też się stało, pomimo że rodzice Ludmiły nie byli zadowoleni z takiego obrotu sprawy i sugerowali dokonanie aborcji, a następnie zapomnienie o całej sprawie.
Tak oto właśnie pojawiłem się na tym świecie. Ta przydługa historia to moja ”geneza”.
MOJE ŻYCIE W POLSCE
Mam na imię Bojan. Urodziłem się w komunistycznej Bułgarii, ale jako kilkuletni szczyl przyjechałem z rodzicami do Polski i już tutaj zostaliśmy. Rodzice przez pierwsze lata w ogóle nie wychowywali mnie. Robili to dziadkowie. Mieszkaliśmy w piątkę w dwupokojowym mieszkaniu socjalnym. Ojciec i matka spali do południa, potem ojciec wstawał, pokręcił się w samych majtkach po domu, coś skubnął, po czym wychodził na miasto z kolegami. Wracał najebany i resztę dnia trzeźwiał. Matka czytała krzyżówki i oglądała telewizję.
Sam nie pamiętam rodzinnego kraju, znam go jedynie z relacji rodziców. Życie w Polsce okazało się trudniejsze, niż w ojczyźnie. Rodzice nie znali w ogóle języka, toteż wykonywali najgorsze prace, chcąc cokolwiek zarobić na utrzymanie.
Mieszkaliśmy w Warszawie w starym, zdezelowanym hotelu robotniczym. Kaloryfery prawie nigdy u nas nie grzały, nie było bieżącej wody, a jedyna toaleta była na korytarzu. Również poziom patologii wśród naszych sąsiadów był ogromny. Pili, ciągle się awanturowali, menele spali po klatce schodowej, szczali tam lub nawet oddawali kał.
Ojciec szybko się załamał. Nigdy nie ukończył szkoły samochodowej. Nie miał żadnych perspektyw na dobre, bądź chociaż porządne zatrudnienie. Układał sezonowo cegły na różnych budowach, a poza tym był prawie zawsze bezrobotny. I tak przepijał prawie wszystkie zarobione grosze.
Pewnego razu, kompletnie pijany, wracał w środku nocy do domu. Wsiadając do autobusu zmiażdżył sobie dłoń drzwiami obrotowymi. Z dłoni miał miazgę. W szpitalu zrobili mu amputację trzech palców u prawej ręki. Nie mógł już pracować. Otrzymał najniższą krajową rentę w wysokości 340 złotych. Matka w akcie desperacji postanowiła napisać list do prezydentowej Kwaśniewskiej, z prośbą o zapomogę charytatywną. Potem kurwa nawet nie wysłała tego swojego świstka, pisanego łamaną polszczyzną… Wpadła szybko w alkoholizm. Dwa lata później zmarła na zawał. Pochowaliśmy ją na nieopłacanym cmentarzu. Bez pomnika, nawet nie stać nas było na wygrawerowanie imienia, nazwiska i lat życia.
– I tak się kurwiła przez całe życie, szmata – tylko tyle miał mi do powiedzenia na pogrzebie ojciec.
W szkole byłem popychadłem. Mówiłem tylko łamaną polszczyzną, słabo się uczyłem. Dwa razy nie zdawałem z klasy do klasy w podstawówce. Poniżali mnie zarówno nauczyciele, jak i uczniowie.
– A po chuj ci eta szkoła? – powiedział do mnie ojciec, gdy miałem 13 lat – Jebajta jo. Do niczego nie dojdziesz, Bojan.
Ojciec powiedział, że powinienem sobie znaleźć dziewczynę i ”zamoczyć”. Ale byłem do tego zbyt dużą ciamajdą. Robiłem paskudne rzeczy. Pobicia, gwałty, handel narkotykami. Mając 16 lat zostałem aresztowany przez policję i miałem rozprawę przed sądem rodzinnym.
BAŁKANY, CZYLI EUROPEJSKI DZIKI ZACHÓD
W końcu opuściłem Polskę i wróciłem na Bałkany. Tam czułem się jak na Dzikim Zachodzie. Opowiem wam jedną z moich przygód. Tę która w gruncie rzeczy odmieniła moje życie.
Byłem wtedy w mieście Golem w Albanii, gdzie pracowałem dla niejakiego Kurtiego. Był to szef dużego gangu handlarzy ludzkimi organami z Kosowa. Parszywy typ. Niskiego wzrostu mężczyzna w wieku 60-65 lat, siwy, liczne zmarszczki na twarzy, spore braki w uzębieniu i higienie osobistej. Najczęściej ubierał się w dżinsy oraz białą podkoszulkę na ramiączkach. Powiadali, że brał udział w wojnie w Kosowie, jako sierżant UCzK. Miał wówczas dopuszczać się przede wszystkim brutalnych gwałtów, głównie na nieletnich dziewczynkach. Nie wiem, ile w tych opowieściach było prawdy, ale byłem skłonny w nie uwierzyć. Chyba nigdy nie spotkałem w swoim życiu człowieka bardziej obrzydliwego, wulgarnego, chamskiego i brutalnego. W jakiś sposób wzbudzał tym szacunek w szajce podobnej sobie maści typów. Byli to głównie Albańczycy, Cyganie lub Turcy. Nie myli się, śmierdzieli i byli prymitywami.
Jeździliśmy całymi dniami po najtańszych kurortach i porywaliśmy ludzi, od których to następnie moglibyśmy wyciąć organy. Drobną część naszych dochodów odpalaliśmy lokalnej policji (przekupnej jak skurwysyn), w ten sposób zapewniając sobie w praktyce nietykalność. Pewnego razu porwaliśmy w środku nocy jednego z turystów, zabawiającego się w przyhotelowym barze.
Był to młody Serb, na oko w wieku około trzydziestu lat.
Pobiliśmy chłopaka i związanego załadowaliśmy do bagażnika samochodu. Byli wówczas ze mną jeszcze dwaj mężczyźni z grupy przestępczej. Bajram, kierujący teraz samochodem – stary, wiecznie spocony grubas z nieświeżym oddechem – oraz Oczan, dwudziestokilkuletni typowy osiłek, z wieloma tatuażami na swym ciele. Z pochodzenia Turek, ale mieszkał całe życie w Albanii. Cały czas coś wciągał.
– Niech chciałbym być w ciele tego pedała, którego porwaliśmy, hehehe – śmiał się Bajram.
– Nerka, serce, płuca, wątroba będą nasze – powiedział Oczan – Obłowimy się jak pojebani, a dodatkowo będziemy mogli jeszcze potorturować trochę tego skurwysyna, hehehe!
Ja nie chciałem się przyłączać do dyskusji. Nie bynajmniej z powodu oporów moralnych. Po tylu latach babrania się w patologii oraz przestępczości czułem się już znieczulony na takie rzeczy. Mój albański nie był najlepszy, potrafiłem powiedzieć ledwie kilka zdań bez zająknienia się. Więc milczałem. Przysłuchiwałem się teraz tureckiej i albańskiej muzyce, płynącej z radia. Po kilkunastu minutach dojechaliśmy na miejsce. Do naszej ”pracowni”. Był to stary i opuszczony magazyn wojskowy z czasów Envera Hodży, znajdujący się na obrzeżach miasta. Idealne miejsce dla takich zbirów, jak my. Klucze do niego dostaliśmy od emerytowanego pułkownika, który był znajomym Kurtiego.
Wyciągnęliśmy Serba z bagażnika i zaprowadziliśmy do środka.
– Zdrowy mężczyzna! Będą dobre organy z niego, do kurwy nędzy! – odezwał się do nas Kurti, podle się śmiejąc.
Wprowadziliśmy zakneblowanego i związanego faceta do małego pokoju, położyliśmy go na stole operacyjnym. Po chwili do pomieszczenia wszedł szef z naostrzoną maczetą w ręku.
– Dobra, kurwa, zażynamy jebaną zwierzynę, hehehe! – krzyknął, po czym wbił w brzuch porwanego mężczyzny swoje ostrze.
Na twarz prysnęła mi jego ciepła krew. Beznamiętnie wytarłem się jednak papierową chusteczką.
– Bojan, kurwo jebana, nie stój tak jak kutas w stanie erekcji, tylko chodź nam pomóż, ćwiartować tego skurwysyna! – zwrócił się do mnie wściekły Kurti.
Wziąłem do ręki palnik i podszedłem, aby pomóc ”kolegom”. Pierwszy cios zadałem delikwentowi w łeb. Zaraz potem drugi. I jeszcze kolejny. Twarz miałem już całą we krwi, ciepłej i spływającej. Potem zacząłem przypalać mu ryj. On skwierczał z bólu i krzyczał. Tortury sprawiały mi przyjemność – temu nie zaprzeczę. Bajram rozciął już brzuch nieszczęśnika, wycinając teraz nerkę i płuca. Ten widok byłby nie do zniesienia dla normalnego człowieka, ale nie dla mnie. Adrenalina już zbyt mocno mi podskoczyła. Poza tym, w tym momencie zatraciłem się w przemocy i chciałem tutaj być i to oglądać. Nagle spostrzegłem, że Oczan nagrywa wszystko, co się tutaj dzieje na kamerę. Nie spodobało mi się coś takiego.
– Ty kurwa, po co to kręcisz – odezwałem się, ale natychmiast podszedł do mnie Kurti i zdzielił po ryju.
– Za dużo sobie pozwalasz, kurwo – zaklął Albańczyk – Zamknij mordę i się uspokój, albo tobie też wytniemy organy, hehehe… – zaśmiał się okrutnie, po czym dodał – Albo każę ci zeżreć tego trupa, hehe.
W pół godziny było po wszystkim. ”Bezużyteczne” zwłoki wpierdoliliśmy do starej wanny i zalaliśmy rozpuszczalnikiem. Smród powodował u mnie zawroty głowy. Miałem dość. Ile jeszcze okrucieństw będę musiał dzisiaj popełnić?
Już zbliżał się świt. Zakończyliśmy robotę i pozbyliśmy się wszelkich śladów. Wtem Kurti, cały spocony i ohydny, odezwał się do nas wszystkim, a jego morda wydawała się cholernie zadowolona. Wiadomo, zarobi kupę pieniędzy.
– Wiem panowie, że było ciężko. Robota musi być ciężka. Ale kasa wam to wynagrodzi. A tymczasem – mam dla was niespodziankę – warknął Kurti, wyszczerzając swoje żółte zęby – pojedziemy do burdelu i każdy będzie mógł ruchać, ile będzie miał siły.
Wsiedliśmy do pięcioosobowego samochodu i pojechaliśmy w nieznanym mi kierunku. Kurti i Oczan śpiewali jakieś tureckie lub albańskie (a może cygańskie? kto wie?) piosenki, pełen przekleństw i odniesień do ”jebania” (”seksem” tego się nazwać nie dało). Sami zresztą oceńcie wartość artystyczną tych przyśpiewek. Kurti ryczał coś takiego:
Dobrze napić się i zamoczyć, to prawdziwy cel tej nocy, lale lale
Kto dzisiaj więcej kiełbasy zje, ten może nie posika się, lale lale
Z kutasa wystrzelę jak z armaty, może jej go nawet włożę do japy, lale lale
Wszyscy, oprócz mnie, śmiali się jak małpy w zoo. Nic jednak nie mówiłem, bo pewnie dostałbym po mordzie. Minęło kilka minut i znaleźliśmy się na miejscu. Był to jakiś stary, dość zdezelowany, hotelik najniższej klasy. Pewnie pamiętał jeszcze czasy komunizmu. W spokoju opuściliśmy pojazd i skierowaliśmy się do środka. Czułem dziwne napięcie. Wiedziałem, że zdarzy się zaraz coś złego. Lub przynajmniej obrzydliwego. Nikt się nie odzywał, aż nagle Kurti zabrał głos.
– Mam dla was niespodziankę, panowie. W tym burdelu można ruchać młode mięsko, 11-latki czy 12-latki! W pokoju czeka jedna mała ździra dla każdego z was, do dzieła kurwa! – mówił, a ja nie mogłem uwierzyć w jego słowa.
To już wydawało się zbyt potworne. Nie jestem w końcu pedofilem.
– Ja tam nie pójdę – powiedziałem stanowczo do Kurtiego – Nie będę gwałcił dzieci.
– Zamknij mordę! – krzyknął i zdzielił mnie po twarzy. Bardzo bolało – Nie wkurwiał mnie i nie wystawiaj mojej cierpliwości na próbę. Masz teraz do wyboru: ruchać albo sam ci zaraz obetnę jaja.
Kurti splunął na mnie, po czym odszedł w swoją stronę. Inni uczynili to samo. Nagle podeszła do mnie jakaś dziewczyna. Miała chyba jakieś… 12 lat? Może 13. Było to jeszcze dziecko, ale ubrane w strój typowej kurwy, z krótką skórzaną mini-spódniczką. Na twarzy miała bardzo ostry i wyzywający makijaż.
– Czy chce pan pójść już ze mną do pokoju?
– Co? O co ci chodzi, dziecko? – odparłem z niedowierzaniem.
– Może pan zrobić ze mną, co tylko zechce.
– Jak masz na imię, dziecko?
I nagle, nim ona w ogóle zdążyła mi odpowiedzieć, podszedł do mnie jakiś spocony gość w białym podkoszulku i zaczął krzyczeć.
– Co tutaj się kurwa mać dzieje? Ty mała kurwo, dlaczego nie obsługujesz klienta? Ty suko! – zdzielił ją piąchą po twarzy.
Nagle coś we mnie drgnęło. Ktoś musi zrobić porządek z tym miejscem. Z tą bandą stręczycieli-pedofilów. Usłyszałem w głębi swojej potwornej duszy jakiś głos. Może nawet był to głos samego BOGA. Mówił do mnie ”Zabij”. ”Zabij wszystkich”. Może w ten sposób ocalę chociaż część swojej duszy i odpokutuję za różne potworne czyny, których dopuściłem się w przeszłości.
Kopnąłem mężczyznę stojącego przede mną z całej siły w brzuch.
– Co pan robi…
Chwyciłem tego parszywego śmiecia za łęb i zacząłem nim nawalać o podłogę, dokładnie tak, jak gdybym kozłował piłką. Po chwili po jego głowie pozostał już tylko zgnieciony arbuz. Byłem cały upaprany we krwi. Spojrzałem po korytarzu. Ten dziewczyny już nie było. Pewnie uciekła przerażony tym, co widzi. Nie dziwie jej się.
– Muszę… Ja muszę… Kurti… Gdzie jest ten cholerny Kurti? – mówiłem do siebie, kierując się w tym momencie bardziej instynktem, aniżeli logicznym rozumowaniem.
Z kieszeni wyjąłem scyzoryk i poszedłem w kierunku pokoju, do którego wszedł ten oblech.
– Spaślaku! – krzyczałem na cały głos.
Albańczyk goły leżał na łóżku. Obok niego dojrzałem zmasakrowane zwłoki jakiejś dziewczyny. Wyglądała na maksymalnie 14 lat. Pewnie zaspokoił swoje żądze, a potem poderżnął biedaczce gardło. ”Podłe ścierwo” – pomyślałem. To nawet nie jest człowiek. Człowiek ma pewne granice okrucieństwa. On nie miał.
– Gnojku, co ty tutaj kurwa robisz? Spierdalaj…
Szybko zamilkł, gdy ujrzał połyskujące narzędzie w mym ręku.
– Oczan! Bajram! Na pomoc! – ryczał.
Rzuciłem się na niego, powaliłem śmiecia i wbiłem mu scyzoryk w jego lewe oko. On tylko zawył przekleństwo i zaczął się trząść, a potem wykrwawił się. W jego oku pojawił się ostatni błysk światła. Skonał. Ja znowu usłyszałem ten sam głos. ”Dobrze zrobiłeś”.
Wtedy do pokoju weszli Bajram i Oczan. Byli wyraźnie zszokowani widokiem mnie klęczącego nad zabitym Kurtim.
– Ja pierdolę… – palnął tylko Oczan.
Koniec? A może początek?
Jeszcze się przekonamy…
Leave a Reply