– Ale chamy! – woła w odpowiedzi na komplement bliźniaków Lena i zaczynają jej podrygiwać cycki. Ze śmiechu. Ja jej wtóruję, choć podryguje mi co innego. Tidżeje są lekko ogłupiali.
– Co my takiego powiedzieliśmy, że tak polewacie – pyta Tom lub Jerry.
– To samo.
– I to takie zabawne? Często nam się zdarza, w końcu jesteśmy bliźniakami jednojajowymi.
Lena z miejsca opuszcza wzrok.
– Nie tam! Tam z nami wszystko w porządku.
Lena podnosi wzrok. – I tak sprawdzę. Później. A wy powiedzieliście dokładnie to samo, co on na mój widok – wyjaśnia.
– Że niby – ale dupa?
– Pewnie to u was rodzinny sposób na rwanie lasek, co? Taka wykwintna gadka?
– No… to chyba naturalna reakcja na widok takiej zgrabnej laski?
– I na dodatek nagiej – dodaje drugi bliźniak.
– Wasz kuzyn wyjechał z tym tekstem na widok ubranej laski. Czyli ubranej mnie – dodaje szybko Lena, biorąc poprawkę na stan umysłowy bliźniaków.
– Zwykle nie są tacy tępi. A ty byłaś naga.
– Byłam ubrana!
– To może pokaż, w co. Aha, nie pokażesz, zostawiłaś u mnie w pokoju – poprawiam się szybko, nie chcąc dołączyć umysłowo do kuzynów.
– Czyli jednak była ubrana – wnioskują z tego Tidżeje.
– Naga – upieram się. Nie zobaczysz, nie zrozumiesz.
– Okay, okay… Ale może byś nas w końcu przedstawił? – zmieniają temat bliźniacy. I się oblizują.
– Czemu się tak oblizują?
– Bo się będą z tobą witać. O, w ten sposób.
Złapana za pizdę Lena nie wie co powiedzieć, więc jej wyjaśniam i z miejsca wita się z moim członkiem.
– Nie, żebyśmy się już nie poznali…
– Wypada uczynić zadość formalnościom. Na początek dziewczęta. Ta z ogromnymi cyckami, to Nathalie, przyjechała tu z nami z Cap-d’Agde zupełnie nago, tak, jak stoi. To znaczy leży, bo Nathalie rozpościera szeroko swe wdzięki na kocyku.
Nathalie, słysząc, że o niej mowa, macha do Leny, poczym odwraca się na brzuszek wystawiając do słońca zgrabną pupę.
– Te kruczoczarne, ogolone na łyso dziewczę, to Febe, a ten blond boberek należy do Jo.
– Febe? Jo? Ciekawe imiona.
– Febe, to Febe, bo jest Greczynką. Jo, to Joanna, bo jest Polką.
Obie wstają, by się przywitać „po naszemu”. Lena lekko sztywnieje.
– Pierwszy raz dziewczyna trzyma mnie za cipkę. I to z wzajemnością – wyjaśnia.
– Chcesz, to się z tobą prześpimy. Będzie fajnie, zobaczysz.
– Nie wątpię – śmieje się Lena. – Skoro formalnościom stało się zadość dopiero teraz, to znaczy, że w hotelu rżnąłeś mnie… nieoficjalnie? I się nie liczy?
– Cwaniara! Chce jeszcze pod byle pretekstem. A my tu biedne, wyposzczone…
Puszczam te żale mimo uszu.
– Jeszcze dziś to naprawię – zwracam się do Leny. – Albo najdalej jutro – dodaję, zerkając na śliniących się do Leny bliźniaków. Szybko się do tej nowej cipki nie dopcham.
– Nie stać cię na więcej? Tak ci ładnie stoi przecież.
– Im też.
Lena przygląda się moim kuzynom. Choć bardziej temu, jak jej zgodnie salutują.
– W sumie…
A ja czuję, jak jej cipa w szybkim tempie wilgotnieje. Czuję, bo znów mam ją w dłoni. Muszę wykorzystać tę przewagę.
– Wiem… widzę, jak bardzo chcecie się przywitać z Leną, ale dajcie nam jeszcze chwilkę.
Odklejam dłoń od kalafiorka, klękam przed jego właścicielką. Mój członek wyślizguje się przy tym z dłoni Leny, co skwapliwie wykorzystuje Jo. Dobrze się składa.
– I have a Dream – mówię, wpatrzony w ten imponujący srom.
– Czyżby to marzenie dotyczyło mojej cipki? Wpatrujesz się w nią, jak sroka w kość.
– Jego członek jest jak kość – zauważa Jo. – Twoja cipa rządzi.
– I twoja ręka też, to część mojego marzenia.
– Możesz wyrażać się jaśniej?
– Możesz mnie nie masturbować, dopóki nie wezmę do ust tego kalafiorka?
Jo się powstrzymuje, a Lena ze śmiechem podsuwa mi tego kalafiorka. Wypełnia mi całe usta, gdy go zasysam.
– Twoje marzenie jest naszym marzeniem – stwierdzają zgodnie bliźniacy, gdy Jo zaczyna mi walić konia. Lena tylko się uśmiecha.
– Ustawcie się w kolejce, chłopaki. To długo nie potrwa.
Też to wiem, choć pragnąłbym, by jak najdłużej. Pizda Leny, te jej części które wypełniają mi usta, są jak knebel. Walczę z nim językiem, nie po to, by się go on pozbyć, o nie! Próbuje go rozplątać, wedrzeć się między te imponujące wargi, odnaleźć łechtaczkę, źródełko rozkoszy. Zarówno jej, jak i mojej. Już witam się z gąską, rozepchnięte na bok wargi wypychają mi policzki, pyszne soczki mieszają się z moją śliną…
– Wow! Nie mów, że to Twój trzeci dzisiaj!
Nie mówię, bo nie mogę. Zbyt zajęty jestem przeżywaniem orgazmu, zresztą usta mam wciąż zajęte. Lena odpowiada za mnie.
– A trzeci, trzeci… A czy równie obfity? Trudno powiedzieć, poprzednio spuszczał się bardzo dyskretnie.
– Dyskretnie?
– Głęboko we mnie.
– Aha – Jo parska śmiechem. – A można wiedzieć, gdzie?
– Tu i tam… Ale dość tego dobrego, kuzyni czekają!
To było do mnie. Lena unosi tyłek, jej wargi wysuwają się z moich, próbuje je zatrzymać, ale tylko rozciągają się niemożebnie, by wystrzelić mi z ust. Otwieram oczy, obserwuję z bliska, jak się powoli kurczą przybierając znajomy kształt kalafiorka.
– O kurczę!
Tidżeje też wzroku oderwać nie mogą. Lecz to nie koniec spektaklu.
– Masz, to chyba twoje.
Jo, wciąż trzymająca mnie za zmaltretowanego członka, przesuwa dłoń wyżej, zbierając większość ściskającej po nim spermy. Teraz podsuwa te dłoń Lenie, która dokładnie tę dłoń wylizuje.
– Mogę się podzielić…
– Wystarczy mi to, co zostało.
Jo drugą ręką przytrzymuje mi chuja u nasady i oblizuje niespiesznie, popatrując przy tym na chłopaków.
– Was też to nie ominie.
– Problem w tym…
– Że można się spuścić od samego patrzenia – dopowiada drugi.
– Oni zawsze mieli problem z przedwczesnym wytryskiem – wtrącam.
– Ty…
Coś tam jeszcze mówią, ale zagłusza to chichot dziewcząt.
– No co? Sami się podłożyliście.
*
Po krótkiej przepychance jeden z Tidżejów dopada krocza Leny.
– Ja też tak mlaskałem i sapałem?
– Jak najbardziej – uświadamia mnie Jo sięgając po kutasa mlaskającego i sapiącego Toma. Albo Jerry’ego. Myśl przychodzi nagle. Chwytam ją za ramię, odciągam od członka kuzyna. Jo, nie myśl.
– Ciii!
Jo milczy, wzrusza tylko ramionami w niemym pytaniu. Wie, że właśnie wymyśliłem coś zbereźnego, nie wie tylko, co.
Trącam zapatrzonego w poczynania brata kuzyna. Pokazuję mu na migi, czego od niego chcę. Otwiera szeroko oczy. Ale zaraz uśmiecha się szeroko. Przyklęka i wali konia bratu. Do bardzo szybkiego skutku.
Lecz Tidżej wciąż międli w ustach kalafiorka. Dajemy mu jeszcze chwilę – Lena wylizuje w tym czasie dłoń drugiego z Tidżejów. Wreszcie, zniecierpliwiona, odsuwa krocze.
– Co wam tak wesoło? – pyta mój kuzyn, gdy już jest w stanie oderwać wzrok od tego krocza.
– Boś się tak przyssał, jak wygłodzone niemowlę do cycka. Dalej, zrób miejsce bratu.
– A gdzie moja sperma? – Tidżej patrzy podejrzliwie na dłoń Jo. Czyżby cos podejrzewał?
– Jak byś się w porę oderwał od tej cipy, to byś widział – śmieje się Jo, a Lena tylko gładzi się po brzuszku.
*
Nie mogę się oprzeć poczuciu déjà vu, sytuacja powtarza się w najdrobniejszych szczegółach. Jeden z bliźniaków wciąż międli w ustach srom Leny, nieświadomy faktu, że ta właśnie zlizuje jego nasienie z dłoni drugiego. Zrozumienie przychodzi później.
Tym razem polew jest ogólny. Co się stało, już się stało i nie musimy się krępować. Tom lub Jerry też się nie krępuje, i zaśmiewa z głupiej miny brata. Przynajmniej do chwili, gdy dopada go to spóźnione zrozumienie. Obu dopada.
– Wy… wy…
– Wyborne to było! – kończę za nich.
– Ty… ty…
– Zgadza się, ja to wymyśliłem.
– Ty zboku! – udaje im się dokończyć.
– Zgadza się, ja tylko stałem z boku.
– Czyli tak sobie zwykle radzicie, nie mając dziewczyny pod ręką? Bratnią ręką? – Dobija ich Lena.
W końcu się poddają, śmieją się razem z nami.
– Ale nie myśl, że ci to ujdzie na sucho – grozi mi Tom lub Jerry.
– Czy to jakaś niemoralna propozycja? Obawiam się, że dzisiaj niewiele zdziałam z waszymi tyłkami. Żeby chociaż jakoś wyglądały… – macham do niego flakiem, który jeszcze nie dawno był dumnie sterczącą pałą. Chyba przegiąłem, muszę nieźle machać nogami, by ujść ich zemście.
*
– Otwieraj, wiemy, że tam jesteś!
Zdyszany opieram się o drzwi mojego pokoju w hotelu przy plaży. Gdyby to byli tylko Tidżeje, to bym ich nie wpuścił.
– Macie szczęście, że nie jesteście sami. Zasuwalibyście teraz tacy golutcy na parking.
– Ty się w końcu…
– Doigram? – kończę za nich, bo nagle zapominają języka w gębie. To Lena wbiła się w te swoje obcisłe spodenki i właśnie wychodzi z łazienki.
– Też takie chcemy! – Wołają dziewczyny.
– Przybyłem, zobaczyłem i mi stanął – odzyskuje głos Tom lub Jerry.
– Zobaczyłem i uwierzyłem, ona jest naga – wtóruje mu Jerry lub Tom. Lena, zadowolona z efektu, pokazuje się jeszcze z dupy strony.
– Jak ona to robi, że tak obcisłe spodenki nie deformują jej tyłka?
– Jędrny jest. Łatwo się nie poddaje.
*
Zaopatrzone w adres sklepu i ubrane w co nieco dziewczęta udają się na zakupy. Tidżejów zabierają ze sobą w charakterze ekspertów. Tak więc zostaję sam na sam z Leną.
Żebym nie wiem jak był syty wrażeń, zawsze mi mało. Tak więc i teraz, nasyciwszy się do oporu wdziękami leżącej przy mnie dziewczyny, wciąż błądzę wzrokiem i dłonią po tym boskim ciele. A tak w ogóle, to rozmawiamy.
– O co chodzi z tymi Tidżejami?
– A potrafisz ich rozróżnić?
– Próbowałam, ale to chyba niemożliwe.
-Otóż to. Jeden ma na imię Tom, drugi Jerry. Ale który jest który, nie wie nikt, a ich to nieodmiennie bawi. Więc z Toma i Jerry’ego zrobiliśmy Tidżeja. Albo Tidżejów. Tak ich wołamy.
– Tom i Jerry… jak z kreskówki. Kto im dał takie imiona?
– Rodzice z poczuciem humoru. W Stanach. A ty? Skąd jesteś?
– Trudno powiedzieć.
– Nie chcesz, to nie mów, po prostu jestem ciekaw.
– Wychowałam się w małej wiosce nad morzem, wiesz, córka rybaka… Szkoła z internatem w pobliskim miasteczku, studia w Słupsku, a gdzie teraz mnie los rzuci? Dlatego trudno powiedzieć.
– To może do Warszawy?
– Hahaha… chciałbyś mnie mieć na podorędziu, co?
I wzdycha cicho, bo moja dłoń błądząca po tym boskim ciele trafia między uda. Trafia tam regularnie, bo oprzeć się nie mogę temu kalafiorkowi.
– Ciebie i ten wykwit natury – masuję ten wykwit, a on rozkwita mi w dłoni. I wilgotnieje.
– Fajnie by było, ale najpierw musze się rozejrzeć za pracą. I raczej nie w Warszawie, bo nie zarobię na mieszkanie w stolicy.
– A co właściwie skończyłaś?
– Filologię polską.
– Zaraz, zaraz… Jesteś nauczycielką?
– Świeżo upieczoną i na razie bezrobotną. Ale tak.
– Bo wiesz, Joanna uczy angielskiego w podstawówce, trzeba by z nią pogadać.
– Jo? Poważnie?
– Jo, to też Joanna, ale inna. Coraz więcej dziewcząt do nas dołącza i imiona zaczynają się powtarzać. Z tamtą się rozminęłyście, wróciła do Warszawy.
– Nie chciała jechać z wami?
– To długa historia. W skrócie – na Ibizę, bo stamtąd jedziemy, przylecieliśmy w kilkanaście osób samolotem, na kilka dni. I tak samo mieliśmy wracać. Ale zaszły nieprzewidziane okoliczności, pojawiły się Ukrainki, ściągnęliśmy kamper z Polski, dołączyły Francuzki, było im po drodze… To naprawdę długa historia.
– Chętnie ją poznam.
– To jedź z nami, poznasz ją po drodze. Ukrainki zabrały się okazją, Francuzki zostają tutaj, no może Nathalie pojedzie dalej. Będzie nas, niech policzę, góra siedem osób. Zwiedzisz kawałek świata.
– Kusisz…
– A co cię tu trzyma? Z koleżanką już się pewnie nagadałaś, a podryw w dyskotece okazał się niewypałem, sama mówiłaś.
– A ile by to potrwało? Ta podróż.
– Tydzień, może dwa… przed pierwszym września będziemy na pewno.
– Trochę późno na szukanie pracy.
– Pogadamy z Joanną, na pewno coś ci u siebie znajdzie.
– Takiś pewien?
– W sumie, to możemy pogadać zaraz.
Lepkimi od piczego śluzu palcami wybieram numer. Udaje się, Joanna odbiera od razu. Włączam tryb głośnomówiący.
– Bałem się, że mogę w czymś przeszkodzić.
– Też mi miło, że się stęskniłeś. Zajmijcie się przez chwilę sobą, chłopcy. To nie do ciebie było.
– Domyśliłem się. Powtarzacie angielski?
– Słownictwo, nazwy części ciała, te sprawy.
– À propos sprawy, jest sprawa.
Joanna wzdycha. – Wiedziałam! No, dawaj.
– Potrzebna praca dla nauczycielki języka polskiego.
– Tej, która obok ciebie leży?
Mina Leny – bezcenna.
– Hahaha… Jak ty mnie znasz. Polubicie się z Leną.
– Muszę pomyśleć. A wiesz, Walczakowa odchodzi, będzie wakat.
– Ta jędza uczyła polskiego?
– Taaa… A na dyrektora mam jakiś tam wpływ.
– Bocianica!
– Nie przypominaj. Ale w starciach z tą jedzą zawsze brał moją stronę. Różowe rajstopy i krótka spódniczka powinny załatwić sprawę. Tylko potrzebne mi dane.
– To oddaję słuchawkę.
– Wacek, puść tego ptaszka, łap się za długopis, będę dyktować, to nie do ciebie było, Joanna, miło mi – to pierwsze, co słyszy Lena, przejąwszy telefon. Lekko zszokowana tempem i sytuacją, podaje wszystkie potrzebne informacje, Joanna je powtarza, Wacek zapisuje, a ja zapamiętuję.
– To do zobaczenia w szkole, fajnie będzie mieć taką koleżankę – kończy rozmowę Joanna. Lena oddaje mi telefon.
– Słyszałeś wszystko?
– Było na głośnomówiącym.
– No to pa! Całuski!
– Wzajemnie. Albo lepiej – przekaż chłopcom, żeby pocałowali cię ode mnie.
– A gdzie?
– Tam, gdzie lubisz najbardziej.
– Słyszeliście chłopcy? (najwyraźniej Joanna też włączyła tryb głośnomówiący) Macie mnie pocałować… no, w co? Tylko po angielsku proszę! – I się rozłącza.
– Czy oni całują ją w to, co myślę?
– Tak myślę.
– To jej uczniowie? – Upewnia się jeszcze Lena.
– Jak najbardziej.
– Myślisz, że też mogłabym ich uczyć… czegoś?
– Nawet jeśli nie trafią do twojej klasy, nie widzę problemu.
– Już mi się w tej szkole podoba. A o co chodzi z tą bocianicą? I tymi rajstopami?
– Joannę przezwali tak uczniowie z racji długich nóg. Oraz czerwonych rajstop, które często nosi. Do kompletu z krótką spódniczką. Grono to podchwyciło. Znaczy grono nauczycielskie. To jak będzie?
– A zarobię na mieszkanie w tej Warszawie?
– O mieszkanie nie musisz się martwić. Parę dziewczyn już ze mną mieszka, ale dom jest duży. Miałabyś własny pokój.
– Daj mi chwilę, to dla mnie za dużo na raz, muszę pomyśleć.
– To ty sobie pomyśl, a ja w tym czasie…
Wślizguję się między uda Leny i przysysam się ustami do jej imponującej pizdy. Skoro ma pomyśleć, niech myśli cipą.
Leave a Reply