Noc Na Zyczenie

Ludzie myślą, że jeśli jesteś młoda, ładna i sprzedajesz seks, to musiałaś gdzieś się po drodze potknąć, a ja się nie potknęłam, ja weszłam w to z otwartymi oczami trochę z ciekawości, trochę z buntu, trochę z potrzeby sprawczości.

Mam 25 lat, nazywam się Lena, a właściwie Jelena, pochodzę z Serbii, ale w Polsce mieszkam od sześciu lat. Blond włosy, naturalne serio ciało, o które dbam jak o narzędzie pracy: miękkie tam, gdzie trzeba, twarde tam, gdzie musi. Nie jestem wyłącznie ciałem. Czasem jestem lustrem, czasem snem, a czasem testem odwagi. Tego dnia dostałam zlecenie inne niż zwykle.  

Michał czekał na mnie w hotelowym lobby. Kiedy podszedł, wyglądał raczej jak ktoś, kto za chwilę wygłosi przemówienie, niż jak facet, który właśnie wynajął prostytutkę.  
– Lena? – zapytał, z lekkim niedowierzaniem. Jakby nie sądził, że naprawdę się pojawię.  
– We własnej osobie. Ty musisz być Michał. – Skinął głową.  
Był opanowany, elegancki, ale coś w jego oczach zdradzało napięcie. Może stres. Może podniecenie, albo jedno i drugie. Zmierzyłam go uważnym spojrzeniem, lekko przechylając głowę.
– Wyglądasz, jakbyś sam nie był pewien, co tu robisz – rzuciłam półżartem, z miękkim uśmiechem. – Czego właściwie oczekujesz? Co miałabym dla ciebie zrobić?
Na moment zawahał się, jakby ważył każde słowo. Potem uniósł wzrok i powiedział cicho, niemal z nabożną uwagą:
– Nie dla mnie.
Zaskoczyło mnie to. Uniosłam brew, ale nie odpowiedziałam od razu.
– Dla mojej żony – dodał po chwili.
Zamrugałam lekko, zaskoczona, choć nie speszona. W moim fachu to nie była pierwsza taka propozycja. Zdarzały się pary. Zdarzały się fantazje. Zdarzały się marzenia, do których ktoś potrzebował klucza. Tylko rzadko bywały wypowiedziane z taką delikatnością.
– A więc to nie ty jesteś głównym bohaterem dzisiejszego wieczoru? – zapytałam z łagodną nutą zaciekawienia.
– Nie – odparł z ciszą w głosie. – To ma być jej historia. Jej odkrycie. Jej pierwszy raz… z kobietą.
– Pierwszy? – powtórzyłam powoli, jakby smakując słowo.
Skinął głową ponownie, znów zerkając na drzwi wyjściowe, jakby spodziewał się, że Iza zaraz stanie w progu.
– Iza myśli, że szykujemy wieczór tylko dla nas dwojga – powiedział cicho, zerkając na drzwi wyjściowe, jakby bał się, że zaraz z nich wyskoczy. – Pomogłem jej się przygotować. Dałem jej prezent, bieliznę, pas, pończochy, szpilki. Myśli, że to tylko gra wstępna… dla mnie.  
Przez moment milczałam. W powietrzu unosiła się cisza, gęsta od domysłów. Jego spojrzenie znów spotkało moje z pytaniem, może z prośbą.
Zamknęłam to wszystko w jednym krótkim uśmiechu.
– A więc niespodzianka? – uniosłam brwi.  
– I to jaka. Wino już czeka. Świece, a ja… – przełknął ślinę – zaraz wejdę z tobą do środka. Potem zostawię Was same.  
– To twoja decyzja?  
– To jej pragnienie. Kiedyś wspomniała o kobiecie… pół żartem, ale żartem to nie było. Czekała, aż to zignoruję, a ja postanowiłem, że nie.  
Pokiwałam głową.  
– Dobrze – powiedziałam. – Potrzebuję pięciu minut. Przebrać się. Wejść w klimat. Zabrałam swoją torebkę i ruszyłam do łazienki w hotelowym apartamencie, który zarezerwował. W środku sięgnęłam po czarno-niebieski komplet bielizny koronka, miękka, ale dobrze skrojona, idealna do kontrastu z pończochami w klasycznej czerni. Pas z cienkimi paskami podkreślał talię. Do tego czarne szpilki z delikatnymi paskami wokół kostek. Na wierzch zarzuciłam obcisłą, krótką, czarną sukienkę kusą, ale z klasą. Poprawiłam makijaż, odświeżyłam usta, rozczesałam blond fale, przetarłam cień na powiekach. W lustrze spojrzałam sobie w oczy. „Gotowa” powiedziałam szeptem. Kiedy wyszłam z łazienki, Michał uniósł brwi.  
– Wow… – mruknął. – Jeśli ona nie padnie, to ja padnę.  
– Nie ty dziś jesteś bohaterem – odparłam z półuśmiechem. – Ale rozumiem zazdrość.  

Szliśmy razem przez miasto do ich mieszkania. Nowy blok, ostatnie piętro, przeszklony salon, miękkie światła. Przez całą drogę nie mówił wiele. Raz tylko mruknął coś pod nosem:  
– Chyba nie wiedziałem, jak bardzo jej zazdroszczę, aż do teraz.  
Weszliśmy do ich mieszkania razem. Iza stała przy stole odwrócona tyłem, nalewała czerwone wino do dwóch kieliszków. Miała na sobie czarno-fioletową  koronkową bieliznę, z pasem do pończoch i szpilkami, które wyglądały, jakby mogła w nich tylko stać i to przez ograniczony czas. Jej ciało było pełne napięcia. Jakby grała rolę, nie wiedząc, do jakiej sceny trafiła.
– Kochanie? – powiedział Michał łagodnie.  
Odwróciła się. Najpierw zobaczyła jego. Uśmiechnęła się z ulgą, z nadzieją. Spodziewała się pocałunku, a wtedy jej wzrok padł na mnie. Zamarła. Oparłam się lekko o framugę i uśmiechnęłam. Nie zawodowo, ciepło, pewnie, jak ktoś, kto wie, kim jest i po co tu jest.  
– Iza – powiedział Michał cicho – chciałem spełnić twoje marzenie. Spojrzała na niego, potem na mnie. Szok, niepewność, ale nie zrobiła kroku w tył. Jej oczy zadrżały, i coś się w nich pojawiło. Nie strach. Nie gniew. Ciekawość.
– Nazywam się Lena – powiedziałam łagodnie. – I jestem tu tylko, jeśli ty tego chcesz. Cisza gęsta jak krem. Iza podeszła do stołu, wzięła kieliszek i podała mi go bez słowa.
– To za odwagę – powiedziała w końcu, z lekkim, ale pewnym uśmiechem.  
Iza przez chwilę nie spuszczała ze mnie wzroku. Michał stał obok, wyraźnie oddychając płycej niż zwykle, jakby bał się zakłócić tę dziwną ciszę, która zapanowała. Byliśmy jak trójkąt zamknięty we własnym geometrycznym napięciu.
– To… naprawdę się dzieje – powiedziała Iza w końcu, bardziej do siebie niż do nas.
– Tak – odpowiedział Michał. – Ale to twój wieczór. To ty decydujesz.
Spojrzała na niego. W jej oczach było wszystko: niedowierzanie, ciekawość, wdzięczność i… błysk.
– A ty? – zapytała, przechylając głowę. – Nie chcesz z nami zostać?
Zabrzmiało to lekko, filuternie, ale między słowami dało się wyczuć zaproszenie, a może prośbę?
Michał uśmiechnął się z nutą smutku.
– Z pokusą się nie walczy – odparł. – Pokusie się kłania i grzecznie wychodzi.
Iza roześmiała się cicho, z lekkim ukłuciem zaskoczenia. Podeszła do niego, poprawiła mu kołnierzyk, jakby chciała zapamiętać dotyk jego skóry na palcach.
– Bawcie się dobrze – powiedział, patrząc jeszcze raz na nas obie i wyszedł.

Drzwi zamknęły się z cichym kliknięciem. Iza nie spojrzała się już za Michałem. Zamiast tego wzięła łyk wina, mały, jakby ostrożny, zrobiłam to samo. Czułam, że musi poczuć się bezpieczna, niepoganiana, nieoceniana, wolna, by zdecydować.
Podeszłam powoli, zostawiając dystans. Jej zapach unosił się w powietrzu nuty wanilii i czegoś głębszego, jakby cynamon na rozgrzanej skórze. Miała ramiona lekko uniesione, jakby nie była pewna, czy bardziej chce się otworzyć, czy osłonić.
– To naprawdę mój prezent? – zapytała w końcu, jej głos był niższy, niż się spodziewałam. Zmysłowy, z lekką chrypką. Głos kobiety, która wie, czym jest pragnienie i jak długo można je tłumić.
– Twój – odpowiedziałam spokojnie. – ale to ty decydujesz, czy go rozpakujesz.
Spojrzała na mnie uważnie, jakby chciała mnie prześwietlić wzrokiem, zajrzeć głębiej niż skóra, poza uśmiech i lekkość. Milczała przez chwilę, potem postawiła kieliszek na stole. Bardzo powoli podeszła bliżej. Nie dotknęła mnie od razu, tylko stanęła naprzeciwko. Jej oczy były ciemne, lśniące. Nie było w nich wstydu, raczej coś innego. Uważność, oczekiwanie, pragnienie, które nie chciało być nazwane, ale nie zamierzało się ukrywać.
– Nigdy wcześniej… – zaczęła, ale nie dokończyła.
– Wiem – powiedziałam łagodnie. – I nie musisz nic mówić. Nie musisz nic robić.
Zrobiła krok. Maleńki, ale wystarczający, by nasze oddechy zetknęły się gdzieś pośrodku.
Poczułam ciepło bijące z jej ciała. Bliskość, której nie sposób nauczyć się z podręczników czy filmów. To było prawdziwe. Zbudowane na niepewności, ciekawości i odrobinie odwagi, którą właśnie zaczynała w sobie odkrywać.
– Jesteś piękna – powiedziałam, nie jak komplement, ale jak fakt. Jak konstatację czegoś oczywistego.
Uśmiechnęła się nieśmiało i w tym uśmiechu było coś dziewczęcego, coś bardzo kruchego i bardzo kobiecego zarazem. Powoli uniosłam rękę, dając jej czas, by odsunęła się, jeśli zechce. Nie zrobiła tego. Moje palce dotknęły jej ramienia. Skóra pod nimi była ciepła, jedwabista. Jakby stworzona do czułości.
– Jeśli chcesz, mogę zacząć od opowieści – powiedziałam szeptem. – O kobiecie, która przez całe życie była silna, aż wreszcie pozwoliła sobie być… pożądana.

Iza zamknęła oczy. Wzięła głęboki oddech. Jej rzęsy zadrżały, a potem, niespiesznie, ułożyła dłoń na mojej. Nie musiałyśmy się spieszyć. Jej dłoń nadal spoczywała na mojej, jakby obie czekały na jeden cichy znak, że to już, że możemy, że to już teraz. Zbliżyłam twarz do niej, bardzo powoli, zostawiając przestrzeń na zawahanie. Nie uciekła. Przeciwnie, lekko uniosła podbródek, jakby chciała mnie spotkać w połowie drogi. Nasze usta zetknęły się delikatnie, nieśmiało, jakby całowały się po raz pierwszy, a przecież całowałyśmy się już nie raz w życiu, tyle że nigdy tak i nie razem. Nigdy kogoś, kto pachnie zaufaniem i nieznanym jednocześnie. To był pocałunek, który oddychał. Lekko się odsunęłyśmy, spojrzałyśmy na siebie i uśmiechnęłyśmy się cicho, z niedowierzaniem, jakbyśmy obie właśnie dotknęły czegoś, czego nie da się opisać słowami.
– Twoje usta… – szepnęła. – Czuć je jeszcze długo po tym, jak przestajesz całować.
Zbliżyłam się znowu, tym razem pewniej. Nasze usta spotkały się po raz drugi już nie tak nieśmiało, już z ciekawością, która zaczynała smakować głębiej. Języki zadrżały przy sobie, drażniły się i uciekały, splatały w rytmie, który wyznaczało pragnienie, nie pośpiech. Czasem się zatrzymywałyśmy, by spojrzeć sobie w oczy, by powiedzieć coś bez słów, by oddychać razem. Jakby każda sekunda zyskiwała wagę, jakiej nie miała wcześniej.

Moja sukienka opadła na podłogę z miękkim szelestem. Czułam jej wzrok, jak głaska moją skórę. Teraz byłam ubrana dokładnie tak jak ona, pas do pończoch, koronkowa bielizna, szpilki. Dwie kobiety, które przestały udawać, że to tylko gra.
Poprowadziłam ją do łóżka, gdzie zsunęłyśmy się na kolana naprzeciw siebie obie wyprostowane, jakbyśmy tańczyły bez muzyki, unosząc się na fali wspólnego napięcia. Bliskość naszych ciał była niemal namacalna, ciepło, napięcie, oczekiwanie, wszystko pulsowało między nami.
Pocałunek wrócił, ale już nie cichy, już nie jako pytanie. Stał się odpowiedzią, tańcem ust i języków, które przestały się wahać. Nasze oddechy mieszały się, pulsowały w rytmie, którego nie kontrolowałyśmy. Jej dłonie oplotły moją talię, moje powędrowały ku jej łopatkom. Czułam pod palcami każdy dreszcz, każde westchnienie, każde drżenie mięśni. To nie był pośpiech, to była potrzeba, potrzeba bliskości tak głębokiej, że znikały granice. Ciała jeszcze oddzielne, a już czujące się nawzajem jak swoje. Usta spętane w tańcu, który nie potrzebował choreografii, tylko prawdy.
Z każdą chwilą było nas mniej. Mniej masek, mniej myśli, mniej kontroli. Zostawały tylko gesty i pragnienie, które rosło z każdym spojrzeniem, każdym dotykiem, każdym milczącym „tak” wypowiedzianym między pocałunkami.
Nasze pocałunki zlały się w jeden ciągły nurt, czasem łagodny, niemal senny, a czasem rwący, porywczy, jak strumień, który znalazł ujście po długim milczeniu. Dłonie błądziły między nami niespokojnie, jakby próbowały nadrobić stracony czas. Raz zanurzały się we włosach miękkich, splątanych od napięcia, raz obejmowały kark, jakby szukały oparcia w rozkoszy. Dotyk przestawał być kierowany, stawał się instynktem. Palce sunęły po łopatkach, szyi, ramionach. Uczyły się kształtu, tekstury, odpowiedzi skóry.
Moja ręka wsunęła się pod koronki jej biustonosza, a dłoń Izabeli powędrowała niżej, zaskakująco pewnie, jakby wiedziała, że teraz też może brać, a nie tylko dawać.
Chciałam być profesjonalna, dobrze wykonać swoją rolę, ale przy niej trudno było pamiętać, gdzie kończy się rola, a zaczyna pragnienie. Iza nie była bierna. Jej ciało mówiło głośno w drżeniach, w lekkich uściskach, w sposobie, w jaki odpowiadała ustami na moje westchnienia. Każdy jej pocałunek był jak znak przestankowy, przemyślany, czuły, czasem prowokujący, zawsze nasycony znaczeniem.
Czułam, jak moje własne ciało zaczynało się wymykać spod kontroli, jak zamiast kontrolować zmysły zaczęłam w nich tonąć. Nie chciałam się ratować. Chciałam utonąć razem z nią. Nasze uda zetknęły się, napięcie w brzuchu pulsowało z każdym kolejnym dotykiem. Iza uniosła biodra lekko, jakby chciała powiedzieć: „jestem tutaj dla ciebie, dla siebie, dla tej jednej nocy.”
Pochyliłam się nad nią, całując linię żuchwy, potem szyję, powoli, z precyzją artystki, która wie, że czasem czekanie na rozkosz jest równie pociągające jak sama rozkosz. Czułam jej oddech na własnej skórze, ciepły, drżący, coraz szybszy. Jej dłonie objęły moje pośladki, palce wsunęły się pod pas do pończoch, jakby chciała mnie przyciągnąć jeszcze bliżej, jakby chciała mnie mieć naprawdę.
Między nami nie było już pytań. Były odpowiedzi zamknięte w każdym muśnięciu, w drgnięciu uda, w nagłym westchnieniu. Oplotłyśmy się nawzajem jak dwie gałęzie tej samej winorośli, nie wiadomo, która pnie się pierwsza, a która prowadzi. Choć ta noc miała swoje granice, czułam, że to, co się między nami działo, wykraczało poza umowę. Było czymś więcej niż aktem, było dotykiem dwóch kobiet, które w tej jednej chwili przestały udawać cokolwiek. Zostały tylko one. Naga prawda w zmysłach.
Całowałyśmy się nieprzerwanie, jakby usta były jedynym miejscem, przez które mogłyśmy oddychać. Czasem długo, głęboko, czasem krótko, z łobuzerskim błyskiem w oku. Przerwane tylko po to, by spojrzeć, uśmiechnąć się, zamruczeć coś niezrozumiałego wprost do warg, jakby język nie miał już słów, tylko smak i ciepło.
Zsunęłam pocałunki niżej najpierw na linię żuchwy, potem na szyję, gdzie skóra pulsowała pod moimi ustami. Miękka, ciepła, pachnąca odrobiną wina i nutą, która była tylko jej. Czułam, jak oddech Izy staje się głębszy, ale jednocześnie płytszy, urywany, jakby każda moja pieszczota wywoływała w niej nowy dźwięk i ciszę po nim, która mówiła jeszcze więcej. Wróciłam do ust, jak do domu, z którego nie chce się wychodzić zbyt długo. Potem znów szyja, dekolt, wszystko w rytmie, który same tworzyłyśmy płynnym, falującym, jak taniec w półśnie.
Delikatnym ruchem, z gracją wyuczoną, ale szczerą, położyłam ją na plecach. Jej ciało ułożyło się miękko na pościeli, a blond włosy, kręcone, pachnące czymś słodkim i kobiecym rozlały się jak atrament po białych poduszkach. Na moment zatrzymałam się, patrząc na nią z góry. Była piękna. Zmysłowo otulona koronką i światłem. Ciało, które mówiło o dojrzałości i sile, ale teraz rozkwitało w uległym rozluźnieniu. Jej dłoń leżała na brzuchu, druga zwisała nad głową bezwładnie, jakby oddała się całkowicie chwili.
Pocałunkami zaczęłam schodzić niżej. Najpierw między obojczyki, gdzie skóra drżała nieznacznie. Potem niżej przez dekolt, aż do materiału stanika. Nie spieszyłam się. Nie byłam tu po to, by zdobywać. Byłam po to, by dawać.
Zsunęłam delikatnie ramiączko. Potem drugie. Jakbym rozwiązywała zagadkę, nie ubranie. Palce pieściły koronkę, usta podążały za śladem, który zostawiało napięcie. Kiedy w końcu odsunęłam materiał, piersi Izy odsłoniły się jak tajemnica, którą powierzono tylko mnie. Objęłam jedną z nich dłonią, powoli, czułym gestem, który był bardziej oddaniem niż pragnieniem. Pochyliłam się i zaczęłam całować skórę ciepłą, napiętą, pachnącą nią samą. Językiem zatoczyłam krąg, potem kolejny, aż jej ciało zadrżało pod moim dotykiem. Jej palce zagłębiły się w moje włosy, nie z siłą, ale z wdzięcznością. Jakby mówiła bez słów: „proszę, jeszcze”.
W tej chwili, w półcieniu sypialni, świat się zatrzymał. Zostały tylko dwie kobiety. Zbyt różne, by się pomylić, zbyt bliskie, by się nie rozpoznać. Jej ciało było jak pejzaż, którego nie chciałam przemierzać pospiesznie. Każda linia, każdy kontur prosił się o uwagę łydki, gładkie i napięte, biodra unoszące się lekko przy każdym moim ruchu, miękko zaokrąglone ramiona, które co chwilę obejmowały mnie bliżej, mocniej, z większym zaufaniem.
Moja dłoń sunęła powoli raz ledwie muskając jej skórę opuszkami, raz lekko ją drapiąc, zostawiając za sobą ślad, który nie bolał, ale rozbudzał. Od łydki aż po ramię, prowadziłam ją tą wędrówką, czując, jak ciało Izy odpowiadało drobnym drgnięciem, westchnieniem, napięciem mięśni, które nie chciało już skrywać niczego. Moje usta zawiesiły się przy jej piersiach, jakby czas znalazł tam swoje centrum. Otuliłam jedną brodawkę ustami, powoli, ciepło, aż jej ciało napięło się pod moim językiem. Potem drugą, z tą samą czułością i skupieniem, jakby każda zasługiwała na osobne westchnienie, osobne uniesienie bioder, osobny moment zawieszenia między pragnieniem a spełnieniem. To nie był pośpiech, ani rutyna, to było oddanie. Nie musiałam nic udowadniać. Chciałam dawać całą sobą ustami, dłońmi, ciałem, które znało rytm namiętności, ale dziś tańczyło go inaczej miękko z uczuciem, z zachwytem.
Izabela nie mówiła nic, ale mówiło jej ciało każdą reakcją, każdym gestem. W tym milczeniu było więcej niż w słowach. Była otwarta, obecna, a ja… chłonęłam to, jak spragniona kobieta chłonie pierwszy łyk wody po długim marszu.
Moje palce ślizgały się po jej boku, śledząc linię żeber, potem znów wracały niżej po udzie, po wewnętrznej stronie, gdzie skóra była cieplejsza, bardziej czujna. Wsunęłam się bliżej, wtulając twarz w jej pierś, łagodnie ssąc, potem całując, jakby chciała, by została tam dłużej i zostałam, dając jej wszystko, co miałam. Bez masek, bez pośpiechu, bez scenariusza. Tylko nasza chwila w bieli i świetle, w gładkiej pościeli i łoskocie serc.
Oddech Izy stawał się coraz bardziej urywany, gęsty od napięcia, a zarazem miękki, jakby każdy jego fragment prowadził mnie dalej. Był dla mnie drogowskazem bez słów, bez próśb. Język podążał za tym rytmem z niemal nabożną uwagą, koncentrując się na jej sutkach naprzemiennie czułych, drażliwych, chłonących każdy mój ruch z wdziękiem kobiety, która nauczyła się nie tłumić tego, co czuje.
Objęłam obie jej piersi dłońmi, były pełne, jędrne, wspaniałe w swoim ciężarze i czułości. Moje palce muskały skórę, drażniły z wyczuciem, głaskały z oddaniem, jakby każda linia, każda wypukłość była zasługą, którą należało uczcić. Czułam, jak Iza zaczynała się zatracać, jak pozwala ciału przemówić bez żadnych filtrów. Jej biodra poruszały się nieznacznie pod moimi udami, a palce unosiły się ku moim włosom nie po to, by mnie zatrzymać, ale by dotknąć, odgarnąć, wpleść się w mój gest. Jej dłoń była jak ciepły cień na mojej skórze, czuła, pewna, zapraszająca. Zatracałyśmy się razem. Nie było już „ja” i „ty”. Była tylko ta jedna chwila miękka, wilgotna od szeptów i drżeń, rozpięta między zapachem skóry a smakiem ust.
Chciałam, by czuła się otulona nie tylko dotykiem, ale tym, co niewidzialne: uwagą, czułością, zgodą na wszystko, co się wydarza. Moje dłonie nie opuszczały jej piersi, usta krążyły wokół brodawek w tańcu skupienia i namiętności, a jej oddech… jej oddech był jak pieśń nieprzewidywalna, drżąca, prawdziwa. W tym całym zawieszeniu, w tej rozciągniętej intymności, czułam, że to już nie tylko spełnienie pragnienia. To było odkrywanie.
Jej ciało pod moimi ustami stawało się pejzażem coraz bardziej otwartym, coraz śmielszym. Pocałunki schodziły niżej najpierw pod linię piersi, potem na brzuch, gładki, delikatnie napięty, jakby drżał w oczekiwaniu. Zostawiałam na nim wilgotne ślady języka, zakreślając ścieżki, które prowadziły mnie ku centrum jej pragnienia. Każdy centymetr był jak odsłaniana historia nieśpiesznie, z czułością, bez pośpiechu. Całowałam miękką linię między biodrami, dotykając czubkiem języka krawędzi materiału. Jej oddech nagle przyspieszył nie gwałtownie, ale jakby zaskoczony intensywnością tego, co nadchodzi.  
Kiedy moje usta dotknęły czarnej koronki jej fig, Iza rozchyliła nogi bez słowa, jakby otwierała się nie tylko fizycznie, ale całkowicie. Jej ramiona uniosły się nad głowę, dłonie splątały ze sobą w pościeli, a ciało wygięło lekko w łuk, który tylko zapraszał. Nie potrzebowałam słów. Jej oddech, jej gesty, sposób, w jaki biodra uniosły się lekko ku mnie, wszystko mówiło jasno.
Moja dłoń powędrowała niżej, gładząc najpierw napięty materiał fig, potem sunąc po udzie, aż do miejsca, gdzie kończyła się manszeta pończochy. Ten kontrast miękka koronka, napięta skóra, był jak dotyk światła na aksamicie. Przesunęłam palcem wzdłuż linii, a potem jednym płynnym ruchem wolnym, niemal teatralnym odsunęłam materiał w bok. Wtedy zobaczyłam ją naprawdę. Kobiecość nie tylko fizyczną, ale całą, otwartą, śmiałą. Prawdziwą, jak zaproszenie, którego nie trzeba wypowiadać.
Zatrzymałam się na moment. Uniosłam wzrok. Iza spojrzała na mnie spod przymkniętych powiek, jej spojrzenie było jak ciche „tak”, miękkie, pewne, wolne. Pochyliłam się nie po to, by posiąść, ale by złożyć hołd. Moje usta musnęły miejsce, które było sercem jej rozkoszy, jakby chciały powiedzieć: „jesteś piękna, każdą swoją cząstką.” Czułam, jak jej ciało reagowało, jak fala, która unosiła się i opadała pod wpływem wiatru delikatnego, ale nieuchronnego. Byłam tym wiatrem.
Pochyliłam się z uwagą niemal rytualną, jakby każde muśnięcie języka miało znaczenie większe niż samo ciało. Pieszcząc jej intymność, nie śpieszyłam się tworzyłam rytm powolny, rozciągnięty w czasie jak pierwszy takt nieznanej melodii. Pragnęłam, by poczuła, że nie jestem tu z obowiązku, lecz z zachwytu. Mój język wodził po niej z pełnym skupieniem, zakreślając łuki i linie najpierw własne, intuicyjne, potem coraz bardziej dostrojone do jej ciała, które mówiło do mnie bez słów. Słuchałam jej. Oddech stawał się nieregularny, głębszy, z każdym kolejnym ruchem jakby bliższy granicy, której nie chciała przekroczyć zbyt szybko.
Ciche westchnienia zaczęły się splatać w ledwie uchwytne jęki, które wypełniały przestrzeń pomiędzy nami jak para ciepła, intymna, niewidzialna, ale obecna. Iza nie mówiła nic, ale mówiło wszystko: napięcie palców, które zaciskały się na prześcieradle… sposób, w jaki dłonie błądziły ku jej piersiom, ujmując je z tęsknotą, jakby chciała dopełnić to, co otrzymywała ode mnie. Była pięknem rozpuszczonym w geście, kobiecością, której nie trzeba było definiować, tylko dotknąć i tak właśnie ją czułam. Moje usta pracowały z oddaniem, nie szukając trofeum, ale zanurzając się w samej chwili. Rytm, który nadawałam, z czasem stawał się wspólny. Czułam, jak jej ciało odpowiadało falami, drżeniem ud, niemym błaganiem, bym nie przestawała. Byłam tam, gdzie chciała mnie mieć. Byłam częścią jej przyjemności i tego, jak pięknie umiała ją przeżywać.
W którymś momencie mój język przestał być jedynym przewodnikiem. Płynnie, bez zapowiedzi, dołączyłam do niego opuszki palców. Najpierw jeden, potem drugi, delikatnie wsuwając się w nią, jakby otwierała się przede mną nie tylko ciałem, ale i duszą. Jej biodra odpowiedziały instynktownie uniosła jedną nogę, rozchylając się jeszcze bardziej, bezwstydnie i pięknie.
Była blisko. Czułam to pod językiem, pod dłonią w napięciu jej brzucha, w nagłych, urywanych westchnieniach, które wibrowały w powietrzu jak linia tuż przed zerwaniem i wtedy, jakby chcąc wydłużyć tę chwilę, odsunęłam się lekko i z czułością odwróciłam ją na brzuch. Pomogłam jej przesunąć się na miękką pościel, otulić sobą nową pozycję już bardziej odkrytą, śmielszą. Przy tym geście odpięłam stanik i zsunęłam delikatnie bieliznę, jak zdejmuje się welon z tajemnicy. Jej ciało było teraz już tylko nagie w samych pończochach z pasem, rozświetlone i rozgrzane, gotowe na wszystko.
Iza uniosła się lekko na przedramionach, subtelnie wypinając biodra. Ruch, który był zaproszeniem i prowokacją. Moje dłonie objęły jej talię, a usta pochyliły się nad krągłością pośladków językiem zatoczyłam linię wzdłuż ich łuku, powoli, niemal z czcią. Czułam, jak drżała pod moim dotykiem. Jak oddech stawał się chropawy, a skóra gęsia. Była piękna w tej odsłonie, naga, ufna, cała w geście rozkoszy. Każdy jej ruch, każde drgnięcie niosło w sobie prośbę, której nie trzeba było wypowiadać.
Pochyliłam się niżej, prowadząc język powoli, czule, wzdłuż jej rozpalonej kobiecości. Moje usta zastąpiły palce delikatnie, głęboko, z oddaniem. Zanurzałam się w niej bez pośpiechu, pozwalając, by jej ciało otwierało się pode mną jak rozkwitający kwiat. Czułam jej smak, jej drżenie, każdy gest, który mówił więcej niż słowa.
Była już naga, niemal całkowicie, tylko w pończochach oraz pasem do pończoch z czernią koronki oplatającej jej uda, jakby specjalnie po to, by podkreślić ich miękkość i linię, której nie mogłam przestać podziwiać. Była najpiękniejszym obrazem, jaki kiedykolwiek miałam pod sobą.
Wciąż czując jej pulsującą bliskość na opuszkach palców, uniosłam się nad nią. Wtuliłam się w jej plecy i ramiona, muskając je ustami, zostawiając ciche pocałunki między łopatkami, za uchem, na karku. Jej skóra była ciepła, pachniała jak coś bezpiecznego i jednocześnie niebezpiecznie pociągającego. Szeptała mi do serca samym oddechem. Moje palce poruszały się w niej w rytm, który ona sama mi podsuwała ciałem, drżeniem bioder, westchnieniem. Była moim przewodnikiem, a ja jej narzędziem uważnym, oddanym, wsłuchanym. Nie było już żadnej granicy między tym, co dawałam, a tym, co brałam. Pragnienie płynęło między nami w obie strony, jak oddech niespieszny, głęboki, piękny.
Jej ciało poruszało się pod moimi dłońmi coraz szybciej, z coraz większą ufnością, coraz mniej kontrolowane przez myśl prowadzone już wyłącznie przez pragnienie. Penetrowałam ją delikatnie, ale stanowczo, rytmicznie, czując jak jej wnętrze otula mnie z każdą chwilą głębiej. Jej jęki stawały się wyraźniejsze, dźwięczne, jak szept melodii, której uczyłam się na pamięć, aż w pewnym momencie poczułam to drżenie, które zaczyna się gdzieś głęboko, a potem obejmuje wszystko. Iza odchyliła głowę, uniosła biodra, jakby chciała zatrzymać czas… po czym przekręciła się na plecy, dysząc, rozchylona i spełniona, z oczami półprzymkniętymi jak po zbyt pięknym śnie.

Złożyłam się na niej miękko, pozwalając ciału opaść, wtulając się w nią tak, jakby jej skóra była moim domem. Całowałam ją powoli, uspokajająco, jakby każdy pocałunek był podziękowaniem. Ona objęła mnie ramionami, a potem otuliła mnie także nogami, zacieśniając między nami ten błogi kokon ciepła i bliskości.
Między pocałunkami szeptałyśmy:
– Podobało mi się… – wymruczała mi w ucho, jeszcze z oddechem drżącym, ale już pełnym uśmiechu. – Naprawdę…
– Oj, tak? – spytałam z figlarnym półszeptem, muskając jej policzek.
– Tak… Ale mam nadzieję, że to jeszcze nie koniec?
– Oczywiście, że nie – odpowiedziałam cicho, smakując te słowa z taką samą przyjemnością, z jaką smakowałam ją chwilę wcześniej.

Całowałyśmy się z głodem, który z każdą chwilą stawał się coraz bardziej namiętny, jakby nasze usta chciały wchłonąć siebie nawzajem, bez końca, bez przerwy. Czułam, jak jej palce powoli odnajdywały zapięcie stanika, a potem materiał zsuwał się po moich ramionach z miękkim szelestem. Następne były figi, Iza zdjęła je z taką delikatnością, jakby rozpakowywała prezent, który znała tylko ze snów. Zostałam w samych pończochach i pasie, czułam się naga, ale nie obnażona. Przeciwnie, czułam się piękna, pożądana, wystarczająca.
Nasze nagie piersi spotkały się w pocałunku tak samo gorącym jak nasze usta. Ocierały się miękko, w rytmie naszych ciał, które nie potrafiły już być oddzielnie. Byłyśmy jednym ruchem, jednym oddechem.
Potem, jakby prowadził mnie instynkt, obróciłam się, nie przerywając kontaktu, i usiadłam na jej twarzy powoli, z wyczuciem. Moje dłonie spoczęły na jej udach, gdy jej palce ujęły moje biodra, a usta… jej usta stały się źródłem elektrycznych impulsów, które rozchodziły się po mnie z każdą kolejną pieszczotą języka. Westchnęłam głęboko, zamykając oczy. Jej język tańczył we mnie z oddaniem, z głodem i czułością jednocześnie, jakby znał moją mapę i wszystkie punkty, które budzą dreszcz. Język Izy był jak aksamitny płomień, czuły, nienasycony, pełen pasji. Czułam, jak pieściła mnie z oddaniem, jakby chciała wypisać na moim ciele całą swoją tęsknotę, którą dotąd trzymała głęboko w sobie. Każdy ruch jej ust był jak pocałunek w najintymniejsze miejsce mojego jestestwa.
Fala… tak, błoga fala. To słowo najlepiej oddaje to, co zaczęło we mnie narastać. Rozkosz była jak ciepły przypływ. Zaczynała się nisko, głęboko we mnie, by potem unosić się wyżej, aż do serca, ramion, dłoni, które raz opuszczały się na jej uda, by dotknąć jej skóry, a raz unosiły się w ekstazie nad głowę, gdzie oplatały palcami własne włosy, jakby szukały uchwytu dla tej fali, która mnie zalewała.
Czasem pochylałam się nad nią, wygięta, czuła, masując opuszkami jej kobiecość, napędzając jej język, oddech, całe ciało aż sama traciłam oddech, gdy na nowo się prostowałam, wibrując z napięcia. Byłam cała dla niej, a ona była cała we mnie. Było w tym coś więcej niż zmysłowość, zaufanie. Przestrzeń między nami nie istniała, tylko drżąca bliskość, zapisana w drganiach brzucha, w stęknięciach i w moim imieniu na jej wargach.
Zatrzymałam się. Moje ciało odnalazło swoją oś, delikatną równowagę między napięciem a rozluźnieniem. Jedną rękę oparłam na jej podciągniętych kolanach, a drugą, z wdziękiem i pewnością, przerzuciłam za jej plecy, pozwalając palcom wsunąć się w jej włosy miękkie, pachnące, teraz splątane od naszych szeptów i ruchów.
Język Izy… o bogini, był jak żywioł wirujący, niespokojny, głęboko czujący. Szukał mnie, chłonął, rozpoznawał każdą z moich reakcji z czułością artystki, która wie, jak budować napięcie i rozpalać nim zmysły.
Moje biodra zaczęły poruszać się w rytmie, którego nie wybrałam. To moje ciało, już dawno rozbudzone, przejęło kontrolę. Falowałam nad nią jak ocean raz cicho, prawie nieruchomo, raz gwałtownie, poddając się jej językowi, który trafiał tam, gdzie najbardziej potrzebowałam, by mnie odnalazła. Była pod moją skórą. Czułam ją w kręgosłupie, w dłoniach, w piersiach, a ja w niej, w każdym oddechu, który wypuszczała, gdy moje palce zaciskały się na jej ramionach. Czułam, że zbliżałam się do brzegu, a kiedy ciało traci słowa, wtedy zaczyna mówić prawdziwie.
Nie planowałam tego, to było czysto instynktowne, odwróciłam się w pół ruchu, z wdziękiem zanurzyłam znów w niej, siadając okrakiem na jej twarzy, tym razem przodem do niej. Czułam, jak obejmuje moje biodra, jak wtula się w nie całą sobą ustami, językiem, oddechem. Jedną dłonią przytrzymywałam swoje włosy, by nie spadały mi na twarz, drugą oplotłam w jej kosmyki, zanurzając się w niej głębiej, nie tylko ciałem, ale całym sobą.
Jej język był jak ciepła fala powtarzalna, coraz bardziej rozedrgana, napędzająca we mnie puls. Czułam, jak rytm we mnie narastał, jak biodra coraz mocniej falowały, niezależnie ode mnie, jakby przejęła mnie jakaś wewnętrzna muzyka, której nie dało się już zatrzymać. Zamknęłam oczy, świat zniknął. Tylko ona, jej czułość, jej usta, jej oddanie. Wargi miałam lekko rozchylone, czasem przygryzałam dolną, czasem tylko jęknęłam, krótko, cicho coraz bliżej, coraz głębiej… aż nasze dłonie odnalazły się. Moje splotły się z jej na moich biodrach i wtedy przyszła…Długa, głęboka fala przeszyła mnie od kręgosłupa aż po ramiona, aż po palce splecione z nią. Drżałam. Przeciągły jęk wyrwał się spomiędzy moich ust, miękki i dziki zarazem. Ciało znieruchomiało tylko na moment, żeby potem osunąć się w jej ramiona jak aksamit w dłoniach miękko, spełnione, z wdzięcznością.
Oddech powoli wracał do rytmu, choć serce wciąż biło mi gdzieś wysoko, tuż pod skórą. Przez chwilę trwałam nad nią bez ruchu, z rozchylonymi ustami i zamglonym wzrokiem, jakbym bała się, że każde drgnienie zbudzi mnie z tego snu.
Potem cicho, niemal bezszelestnie, zsunęłam się po jej ciele, muskając je udem, brzuchem, piersiami… aż usiadłam na jej nogach, obejmując ją delikatnie. Iza spojrzała na mnie z tym swoim ciepłem, które potrafiło stopić cały świat. Przyciągnęłam ją ku sobie, pozwoliłam się przytulić, a nasze usta odnalazły się znów głęboko, powoli, z wdzięcznością, z łapczywą czułością. Nie było pośpiechu. Tylko nasze splecione oddechy, miękkie drżenie warg, dłoń, która pogładziła kark, i moje ciche westchnienie, które bardziej niż słowa szeptało: „dziękuję ci”.
Leżałyśmy splecione, wtulone bokiem w siebie, jakby nasze ciała znały się od zawsze. Skóra Izy była ciepła, jedwabista. Przesuwałam po niej dłonią, nie mogąc się nacieszyć tym dotykiem. Nasze uda ocierały się leniwie, piersi delikatnie stykały, a języki w pocałunkach tańczyły miękko, raz śmielej, raz tylko muskały się jak piórka. Czułam jej oddech na swoim policzku, a palce błądziły po moich plecach, zahaczając o pas do pończoch, jakby nie chciała stracić choćby centymetra ze mnie.
– Nie powiedziałabym, że to twój pierwszy raz z kobietą – szepnęłam między pocałunkami, z uśmiechem, który przetoczył się po jej ustach jak ciepły wiatr.
Jej spojrzenie było zarazem zawstydzone i rozpalone.
– Nie sądziłam, że to będzie aż takie… – urwała, wtulając się jeszcze bliżej.
– Takie? – zapytałam, łapiąc delikatnie zębami jej dolną wargę.
– Prawdziwe – szepnęła.
Wtedy zrozumiałam, że to, co wydarzyło się między nami, miało już niewiele wspólnego z grą czy fantazją. To było coś więcej. Coś, co zostaje pod skórą, na długo.
Leżałyśmy tak jeszcze chwilę, cicho, rozgrzane, leniwe jak kotki w słońcu. Gładziłam opuszkami jej plecy, a ona wzdychała przez nos, wtulona we mnie jakby właśnie tu, między moimi ramionami, znalazła swoje miejsce na ziemi.
– Lena… – zaczęła i podniosła na mnie spojrzenie roziskrzonych oczu – …powiedz mi szczerze… Ty to tak wszystkich kobiet uczysz oddychać od nowa?
Uśmiechnęłam się półgębkiem.
– Tylko te, które naprawdę tego pragną oraz tylko jeśli są tak piękne jak Ty.
Parsknęła śmiechem i ujęła mój policzek.
– No to w takim razie… będę musiała poważnie przemyśleć swoją sytuację życiową, bo wiesz, mój mąż… może i miły, ale zdecydowanie nie ma takiego języka. Dosłownie i w przenośni.
Zaśmiałyśmy się obie szczerze, aż brzuchy nam się poruszyły.
– A mówiłam mu coś o fantazji z kobietą… – dodała Iza, przeciągając się z rozkoszą – …ale nie uprzedził, że ta kobieta będzie lepsza niż cały jego repertuar przez dziesięć lat.
– Cóż… – szepnęłam, muskając jej ucho – …powinnaś była przeczytać drobny druk w umowie.
– A może… – przysunęła się, całując mnie w szyję – …czas napisać zupełnie nowy kontrakt. Wiesz, taki… oparty na języku ciała i wzajemnym uzależnieniu od pończoch.
– To brzmi jak coś, co z przyjemnością bym podpisała i przypieczętowała… językiem – odparłam figlarnie, a jej śmiech rozlał się po mnie jak miód.
Wtuliła się we mnie mocniej, muskając mój obojczyk ustami.
– Kurczę, Lena… chyba naprawdę muszę Cię zatrzymać na dłużej.
– W takim razie wiedz jedno, Iza… – szepnęłam jej do ucha – …ze mną nie bierzesz rozwodu z rzeczywistością. Tylko podpisujesz nowy rozdział w drżącym rękopisie zmysłów.
Parsknęła śmiechem, obróciła mnie pod siebie i przytrzymała nadgarstki nad głową.
– No to piszemy dalej, poetko, ale ostrzegam… teraz moja kolej na wzięcie pióra.
Leżałyśmy w półmroku, splecione jak dwa listki unoszące się na spokojnej tafli letniego jeziora. Moje usta badały jej ramię, powoli, z namysłem, jakby uczyły się jej od nowa, choć dopiero co poznały ją tak głęboko, a może właśnie dlatego.
Iza westchnęła cicho, przymykając oczy.
– Mmm… Jeśli to był prezent od męża, to chyba mu jutro podziękuję. Elegancko, rzecz jasna. Może flaszką koniaku.
Zaśmiałam się cicho, muskając jej obojczyk.
– I dołączysz liścik ode mnie: „Panie mężu, dziękuję za cudowny wieczór. Pańska żona była zachwycająca.”?
– „Zachwycająca” to mało powiedziane – mruknęła, obracając się delikatnie na bok, tak że jej pierś przytuliła się do mojej.  
– I nie zamierzam tego wieczoru kończyć tylko na jednym akcie – rzuciłam  
– Ach tak? – uśmiechnęła się, muskając mój policzek czubkiem nosa. – To ile aktów planujesz, pani reżyser?
– Zobaczymy, jak bardzo aktorka będzie się starać – szepnęłam, przesuwając dłoń po jej biodrze. – Ale czuję, że mamy przed sobą całą noc pełną improwizacji…
Objęłam ją nogą, przyciągając jeszcze bliżej.
– Zatem scena jest twoja, Leno, a ja z radością poddam się reżyserii… pod warunkiem, że nie zabraknie bisów.
Zamiast odpowiedzi pocałowała mnie w kącik ust. Najpierw miękko, potem śmielej. Jej dłoń sunęła po moich plecach z gracją i pewnością, jakby wiedziała dokładnie, gdzie w moim ciele ukryte są guziki od światła.
– Wiesz, Lena… – szepnęła w moje usta – …chyba całkiem poważnie przemyślę twoją obecność na stałe. Mąż dostanie psa, ja wezmę Ciebie.
– Mam nadzieję, że nie planujesz mnie trzymać na smyczy?
– Tylko jeśli ci się to spodoba – odpowiedziała z szelmowskim uśmiechem, który aż rozlał się na mojej skórze jak ciepłe wino.
Potem jej język znów zatańczył na mojej szyi, a ja odchyliłam głowę, wpuszczając ją w ten znajomy wir. Palce Izy już zsunęły się niżej, badając mnie od nowa, jakby odkrywały nową wersję mnie samej, bardziej miękką, bardziej otwartą.
– Mamy czas – wyszeptałam. – Mnóstwo czasu i dziś… nikomu go nie oddamy.
A ja tylko przymknęłam oczy, czując, jak ogień, który dopiero co przygasł, znów zaczyna tańczyć, cicho, chybotliwie… jak knot świecy, którą dopiero co rozpalono od nowa.
Nie przestawałyśmy się całować miękko, leniwie, jakby czas nie miał znaczenia. Czułam, jak Iza wtula się we mnie, jak jej skóra szuka mojej, a oddech splata się z moim. Moje dłonie, a może jej zaczęły wędrować niżej. Nie wiedziałam, która z nas pierwsza. Wszystko działo się równocześnie, jak w lustrze. Pieściłyśmy się nawzajem… tak naturalnie, tak spokojnie, z rozkoszną pewnością siebie. Czułam jej palce tam, gdzie sama chciałam być dotknięta, moja kobiecość płonęła, tak jak jej i moje palce odnajdywały ją jakby z zamkniętymi oczami. Nasze ciała prowadziły się same, zgodnie z rytmem, z którym jakby znały od dawna.
Pocałunki nie ustawały raz łagodne, raz głodne, raz z figlarnym uśmiechem w kąciku ust, a między nimi rosło ciepło. Wilgoć i dreszcz, które powracały. Ogień, który znów się rozpalał, jeszcze intensywniej, bo znałyśmy już swoje ścieżki. Ta noc należała do nas. Do mnie i do niej, do naszych oddechów, jęków i szeptów między pieszczotami i do tej cudownej świadomości, że wszystko dopiero się zaczyna.
Nie wiem, która z nas poruszyła się pierwsza. Może ja, może ona… a może to nasze ciała instynktownie same się ułożyły, jakby znały się od zawsze. Poczułam, jak nasze uda splatają się w jedną linię, gładką, napiętą… pończochy szeleszczące cicho przy każdym ruchu, jakby szeptały naszą tajemnicę. Przeniknęłyśmy się dosłownie i nie tylko zetknięciem, które odebrało mi oddech. Czułam ją… tak blisko, tak ciepło, tak miękko. Zaczęłyśmy się poruszać, szukając wspólnego rytmu. Był we wszystkim, w naszych biodrach, w oddechach, w spojrzeniach. Czułam, jak nasze kobiecości odnajdują się i ocierają ze wzrastającą potrzebą, a nasze uda napinają się i drżą. Byłyśmy splecione jak w tanecznym geście, który nie potrzebował muzyki, tylko siebie nawzajem. Przyciągnęłam ją mocniej, wtuliłam policzek w jej ramię, pocałowałam jej usta namiętnie, głęboko, jakby w tym pocałunku chciałam zawrzeć wszystko: pragnienie, wdzięczność, rozkosz. Nasze ciała falowały i wiły się w tym słodkim napięciu, które narastało z każdą sekundą. Każdy gest, każdy szept, każdy dotyk był jak kropla ognia na rozgrzanej skórze i choć świat za oknem już dawno ucichł, tu w objęciach Izy wszystko dopiero się zaczynało. Nasze ciała odnalazły wspólny rytm… najpierw spokojny, niemal leniwy, jakbyśmy chciały celebrować każdą chwilę styku, każdy dreszcz, każdą nutę rodzącej się rozkoszy. Ruchy były powolne i przemienne, przeplatające się jak fale, raz delikatne, raz gwałtowne, jakby fala przypływu ścierała się z odpływem, ale to nie mogło trwać wiecznie. Pragnienie nie zna cierpliwości. Z każdą sekundą przyspieszałyśmy razem, zsynchronizowane, jak zgrana para tancerek w przedstawieniu bez świadków. Nasze biodra zaczęły poruszać się dynamiczniej, a wilgoć między nami czyniła tarcie jednocześnie bardziej śmiałym i miękkim… Napędzałyśmy się nawzajem jedno jej westchnienie rozpalało mnie, jeden mój drżący oddech pogłębiał jej rytm. Objęłyśmy się mocniej. Czułam jej paznokcie na moich plecach, jej oddech na moim policzku. Nasze usta znów się odnalazły spragnione, głodne, wilgotne. Całowałyśmy się bez tchu, jakby nasze ciała nie potrafiły już istnieć bez tego połączenia. Wtedy to się stało… harmonia, idealne zgranie naszych ciał, jakbyśmy grały na tym samym instrumencie, wydobywając z siebie melodię, której nie da się już zatrzymać. Nasze jęki mieszały się w jedną pieśń urywaną, przyśpieszoną, pełną napięcia i obietnicy. Oddechy stawały się coraz płytsze, krótsze… jakbyśmy obie wstrzymywały powietrze tuż przed skokiem. Skóra iskrzyła od napięcia, a ciało drżało w rytmie, którego nie dało się już zatrzymać. W tym splocie, w tej jedynej chwili… nie było już Leny i Izy. Była tylko fala i my, na jej szczycie.
Ruchy stawały się coraz bardziej gwałtowne, jakby rytm, który odnalazłyśmy, sam nami kierował, porywał, unosił wysoko ponad wszystko, co ziemskie. Czułam, jak jej ciało pod moim zaczynało się napinać, jak jej oddech urywał się w moim uchu, a język w pospiesznym pocałunku drżał już nie ze zmysłowości, ale z nadchodzącej fali, której żadna z nas nie mogła już powstrzymać. Nasze biodra zderzały się w coraz szybszym tempie, nasze uda splecione w gorącym uścisku pulsowały w jednym rytmie, a wilgoć między nami była jak żywioł nieposkromiona, hojna, płynąca z samego środka pragnienia i nagle…nadeszło. To jedno drżenie, które przebiegło przez moje ciało jak piorun. Spazmatyczna fala, która wyrwała ze mnie cichy, przeciągły jęk… jakby wszystko we mnie, każda cząstka, każda myśl, każdy oddech zatrzymało się na moment tylko po to, by eksplodować w błogiej ekstazie.
Poczułam, że i ona tam była, tuż przy mnie, ze mną, w tej samej chwili. Nasze ciała falowały w spazmach, jakby objęte tą samą siłą, drżały wciąż splecione, wciąż mokre, wciąż zatracone w sobie nawzajem. W tej jednej sekundzie nie było już nic poza tym, co między nami. Rozkosz jak cisza po burzy i tylko nasze serca biły jeszcze niespokojnie, jakby wciąż nie dowierzały, że ogień potrafi być aż tak łagodny.
Jeszcze przez chwilę wtulone w siebie, jakby w tym splątaniu ramion i nóg chciałyśmy odnaleźć ciszę po burzy, oddech po rozkoszy. Nasze usta spotkały się raz jeszcze w pocałunku długim, czułym, nasyconym tym wszystkim, co właśnie się wydarzyło. Smakowała jak zachwyt, jak spełnienie.
– Czas na małą przerwę… – wyszeptałam, muskając nosem jej policzek. – Ale tylko małą, bo mam pewien pomysł…

Odsunęłam się leniwie, przeciągając jak kotka, i sięgnęłam do torebki leżącej przy fotelu. Mój zawód miał swoje… powiedzmy, praktyczne strony, a moja orientacja jeszcze bardziej.
Zanurkowałam dłonią w materiał, sięgnęłam głębiej i wyciągnęłam z wnętrza to, co miałam tam od zawsze, jak dobrą wróżbę. Gładkiego, aksamitnego, czarnego straplessa, który zalśnił lekko w świetle lampki nocnej, gdy uniosłam je w górę, obracając się na pięcie w stronę łóżka.
Spojrzałam na Izę spod rzęs, przechylając głowę, z szelmowskim uśmiechem igrającym w kąciku ust.
– To która zakłada? – zapytałam filuternie, unosząc brew.
Iza roześmiała się nisko, przeciągle, z tym swoim ciepłym, trochę bezczelnym błyskiem w oczach, który już zdążyłam polubić. To jednak ja wzięłam sprawy i zabawkę w swoje ręce.
– Mam ochotę… poczuć cię z każdej strony – szepnęłam, uśmiechając się do Izy z czułą prowokacją, nim jeszcze zdążyła odpowiedzieć.
Z gracją, nie spiesząc się, wsunęłam w siebie tę czarną, lśniącą zabawkę znaną mi dobrze, prawie jak przedłużenie własnego ciała. Westchnęłam cicho, gdy chłodny dotyk materiału ustępował pod wpływem ciepła, wtapiając się we mnie. W tym geście było coś ceremonialnego, jakbyśmy razem otwierały drzwi do nowej odsłony tej nocy.
Pocałowałam ją, długo, czule, z ogniem, który znów zaczął się w nas tlić nie spalając już gwałtownie, ale podgrzewając zmysły powoli, głęboko, aż do kości. Potem położyłam się na plecach, lekko rozkładając nogi, by wygodniej ułożyć zabawkę między nimi. Iza uklękła przede mną, zsunęła dłońmi po moich udach, aż dotarła do zabawki. Nachyliła się nad nią, a jej spojrzenie miękkie, głodne, zalotne zatrzymało się na moich oczach. Poczułam dreszcz. Jej oddech był coraz cieplejszy, mój też.
– Jesteś cudowna – wymruczałam, a moje biodra drgnęły lekko, jakby ciało już chciało jej wyjść naprzeciw.
Wiedziałam, że ta noc jeszcze się nie skończyła, że miałyśmy przed sobą coś więcej niż tylko kolejne pieszczoty. Miałam wrażenie, że w każdej sekundzie uczymy się siebie na nowo i było w tym coś niesamowicie pięknego.
Iza nachyliła się nisko, a ja oparłam się wygodnie, unosząc głowę, by patrzeć na nią bez przeszkód. Jej dłonie z czułością objęły zabawkę, jakby to nie był tylko przedmiot, lecz część mnie. Pochyliła się jeszcze bliżej i musnęła ją ustami ostrożnie, powoli, z pewnym rodzajem nabożnej koncentracji, której nie spodziewałabym się po kobiecie, która rzekomo „eksperymentuje”. Oddech zawisł mi w gardle, gdy jej język zaczął pieścić powierzchnię zabawki, jakby badała jej kształt i temperaturę, ale robiła to dla mnie. Dla mojego widoku. Dla reakcji mojego ciała. Odgarnęłam jej włosy z twarzy i za ucho, by widzieć ją wyraźniej i by czuć jej policzek, jej czoło, ciepło skóry. Uczucie miękkiego pasma włosów między palcami było niemal równie podniecające jak to, co widziałam. Iza patrzyła na mnie spod rzęs, z tym swoim spojrzeniem, w którym było wszystko: rozkosz, oddanie i coś jeszcze, coś głębszego, czego nie dało się nazwać, a może po prostu nie chciałam jeszcze próbować. Każdy jej ruch był płynny, świadomy, skupiony. Czułam, jak moje ciało odpowiadało najpierw subtelnie, potem wyraźniej, gdy ciepło rozlewało się wewnątrz mnie coraz szerzej. To, co robiła, nie było tylko grą, to było ofiarowanie. Pieściła tę część mnie tak, jakby była świętością i w tamtej chwili naprawdę zaczęłam wierzyć, że może nią być.
Iza odwróciła się powoli, z wdziękiem, który zapierał mi dech. Spojrzała przez ramię, jakby upewniając się, że ją podziwiam i nie myliła się. Każdy ruch jej ciała był jak taniec w zwolnionym tempie, świadomy, piękny, pełen kobiecej pewności.  Z gracją osiadła na mnie plecami do mnie, a ja uniosłam się do pozycji półsiedzącej, czując, jak nasze ciała łączyły się w tej jednej chwili, powoli, bez pośpiechu, jakbyśmy świętowały coś, co nie potrzebowało słów. Objęłam ją ramionami, przytulając do siebie, jakby była przedłużeniem mnie samej. Moje dłonie odnalazły jej piersi, ciepłe, drżące od napięcia i przyjemności, które pulsowały tuż pod skórą. Ujęłam je z czułością, badając ich ciężar, kształt, reakcje. Moje usta sunęły po jej plecach, smakując ich gładkość, zapamiętując każdy łuk i napięcie mięśni pod dotykiem.
Iza zaczęła się poruszać najpierw wolno, jakby testowała rytm, badała własne granice i moje cierpliwe poddanie. Jej biodra unosiły się i opadały, a każde powtórzenie tego ruchu było jak nowa fala, która zaczynała się od jej wnętrza, a kończyła głęboko na straplessie, oddziałowującym we mnie. Oddech Izy przyspieszał, a z każdym kolejnym ruchem nasze ciała splatały się mocniej w dźwiękach, w oddechach, w cichych pomrukach. Nasze skóry rozmawiały językiem, którego nikt inny nie znał. Tylko my. Jej biodra zaczęły poruszać się odważniej, płynniej, jakby ciało samo znało melodię, którą miałyśmy dopiero wspólnie zagrać. Czułam każdy jej ruch, falę gorąca, która szła przez nasze spojone ciała, wnikała we mnie przez dotyk, przez westchnienie, przez drżenie mięśni pod moimi dłońmi.
Objęłam ją mocniej, zsuwając palce ku jej talii, by poczuć lepiej, jak wiruje, jak wirujemy razem. Moje usta, wciąż przyklejone do jej pleców, składały pocałunki najpierw delikatne, potem śmielsze, coraz bardziej głodne. Smak jej skóry był teraz bardziej int

Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

Iva Lions

Comments

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *