Przed obiektywem: Bramkarz part I

„Nazywasz to pieprzoną obroną, Kowalaski? Nawet moja babcia zatrzymałaby ten strzał!”

Te słowa uderzyły mnie mocniej niż piłka, którą właśnie przepuściłem przez rękawice. W szatni unosiła się atmosfera potu, wstydu i czystej, niczym niezmąconej wściekłości. Wpatrywałem się w brudną podłogę z płytek, nie mogąc znieść pełnych obrzydzenia spojrzeń kolegów z drużyny. Ich drwiny odbijały się echem od ścian z bloków żużlowych.
„Przez ciebie straciliśmy całe pieprzone mistrzostwo, stary”.
Potrzebowałem drinka. Gardło miałem jak papier ścierny. Zignorowałem swoją butelkę i sięgnąłem po wspólną lodówkę z napojami izotonicznymi. Wypiłem łyk chłodnego płynu o smaku cytrusowym, mając nadzieję, że zmyje smak porażki. Mój przyjaciel Marek obserwował mnie z kąta, z dziwnym, napiętym wyrazem twarzy. Od ostatniego gwizdka milczał.

Wypiłem całą butelkę. Niemal natychmiast w żołądku poczułem dziwne, ciepłe mrowienie, które rozprzestrzeniło się po całym ciele jak elektryczny miód. Co to było, do diabła? Skóra zaczęła mnie swędzieć, a gorąca fala ogarnęła moją szyję. Ogarnęła mnie zawrotna fala mdłości i potknąłem się, opadając na szafki, a wzrok mi się zamazał.
Czułem to. Głęboką, fundamentalną zmianę. Moje szerokie ramiona zdawały się mięknąć, a twarde mięśnie klatki piersiowej… mrowiły i bolały. Moja koszulka nagle stała się luźna w niektórych miejscach, a w innych niemożliwie ciasna. Ostry, skurczowy ból w podbrzuszu sprawił, że sapnąłem, wydając dźwięk zbyt wysoki i zbyt cichy. Chwyciłem się za brzuch i osunąłem się z szafki na podłogę.

Kiedy podniosłem wzrok, gniew na twarzach moich kolegów z drużyny zniknął, zastąpiony przez czysty, niczym niezmącony szok. Wszyscy gapili się z otwartymi ustami. Marek tylko się uśmiechnął.

„Co?” – próbowałem warknąć, ale mój głos był obcy – gładki, kobiecy alt. Mój głos. Ręce poleciały mi do gardła. Moje jabłko Adama zniknęło. W panice spojrzałem w dół. Moja potężna, umięśniona sylwetka zniknęła. W jej miejsce pojawiło się smukłe ciało, zaokrąglone biodra i… piersi, duże piersi. Dwa idealne, bolące wzgórki napinające bardzo mocno materiał mojej koszulki bramkarskiej. Są cieżkie i wyglądały jakbym był bohaterm jakiegoś hentaia.
Zapadła całkowita cisza. Potem rozległ się cichy gwizd.
„Nie do wiary” – wyszeptał Tomasz, nasz napastnik. Podszedł bliżej, a w jego oczach pojawiło się nowe, głodne ciekawości spojrzenie. „Kowlaski? Czy to naprawdę ty?”.

Mogłem tylko skinąć głową, a serce waliło mi jak młotem w nowe żebra. Upokorzenie związane z porażką nagle stało się odległym wspomnieniem, zastąpionym przez przerażającą, ekscytującą nową rzeczywistość. Nienawiść w ich oczach zniknęła, zastąpiona czymś znacznie bardziej pierwotnym.

Tomasz przykucnął przede mną, a jego zrogowaciałe palce delikatnie odgarnęły kosmyk moich teraz bardziej miękkich włosów z twarzy. Ten dotyk wywołał nieznane mi dotąd dreszcze w całym ciele.

„Wygląda na to, że jesteś nam winna inną karę” – mruknął niskim, dudniącym głosem. Drugą ręką znalazł moje kolano, a kciukiem pogłaskał wewnętrzną stronę uda. Dreszcz przebiegł przez moje nowe ciało.

Protest utknął mi w gardle, zamieniając się w słaby, świszczący jęk. Gniew nadal tam był, tląc się, ale pochłaniała go surowa, przytłaczająca potrzeba. To była moja kara? Ta bolesna, pusta potrzeba?
Pochylił się, muskając ustami muszlę mojego ucha. „Przyjmiesz swoją karę jak grzeczna dziewczynka, prawda?”.
Kolejny kolega z drużyny, Jakub, stanął za mną, wsuwając ręce pod moje ramiona, aby objąć moje nowe piersi przez koszulkę. Krzyknęłam, gdy jego kciuki musnęły moje sutki, a uczucie było tak ostre i intensywne, że niemal bolesne. Mimowolnie wygięłam plecy, przyciskając się do jego dłoni.
To była zemsta. To było… wszystko.
Metalowe drzwi szatni otworzyły się z impetem, który wstrząsnął ławkami, burząc napiętą, intymną atmosferę, w której się znajdowaliśmy. Zwycięska drużyna Silezia wtargnęła do środka, tworząc falę testosteronu i pewności siebie, a ich pot i triumf zmieszały się z wilgotnym, naładowanym powietrzem naszego pełnego wstydu sanktuarium.
Zamarli, jak stado umięśnionych, zdezorientowanych drapieżników, a ich drwiny zamarły na ustach, gdy zobaczyli scenę: mnie, przyciśniętą między Tomaszem a Jakubem, z moimi nowymi krągłościami na widoku, z twarzą zaczerwienioną od mieszanki paniki i początków przyjemności, której wstydziłam się nazwać.

Jako pierwszy odezwał się ich kapitan, olbrzym z krótko przystrzyżonymi włosami i złamanym nosem, jego głos brzmiał jak niskie dudnienie. „Co to, kurwa, jest? Impreza zwycięstwa, na którą nie zostaliśmy zaproszeni?”.
Tomasz, zawsze arogancki showman, nie stracił rezonu. Trzymał jedną rękę na moim biodrze, gestykulując drugą. „Po prostu odbieramy to, co jest nam winien nasz opiekun. Chociaż wydaje się, że dług stał się… bardziej miękki”. Jego kciuk pogłaskał moją skórę, a moje ciało przeszył dreszcz, nad którym nie mogłam zapanować.
Gracze Silezia zbliżyli się do siebie, a ich początkowa agresja zmieniła się w mroczną, ciekawą żądzą. Ich oczy przesuwały się po mnie, a ja czułem się całkowicie odsłonięty, jak widowisko. Jak nagroda. Serce waliło mi w klatkę piersiową jak szalone ptaszę w klatce nowo odkrytej miękkości. To nie było już tylko upokorzenie. To było coś zupełnie innego, coś niebezpiecznego i elektryzującego.

„Co się stało z Kowlaskim?, Czy jak mu tam?” – zapytał jeden z nich, szczupły pomocnik o bystrym spojrzeniu.
Marek wyszedł z cienia przy prysznicach, a jego intensywne spojrzenie spotkało się z moim. Odpowiedział spokojnym głosem, który kontrastował z dudnieniem w moich uszach.
„Powiedzmy, że potraktował porażkę… osobiście. Teraz jest kobietą. I przyszła, żeby przeprosić wszystkich”. Jego słowa nie były skierowane do nich, ale do mnie, były rozkazem, który skręcił mi się głęboko w brzuchu. Głęboko zakorzeniona potrzeba odkupienia. To było to. W ten sposób spłaciłem swój dług.

Kapitan z krótko przystrzyżonymi włosami zaśmiał się ostro, wydając z siebie szorstki, drażniący dźwięk. „No kurwa mać. Myślę, że my też zasługujemy na przeprosiny, a raczje na nagrodę. W końcu wygraliśmy”.
To było wszystko, czego potrzebowali. Rzuciły się do przodu, nie jako drużyna piłkarska, ale jako jedna istota żądna zaspokojenia. Nagle wszędzie pojawiły się szorstkie, chętne ręce, zrywające ostatnie strzępy mojej godności – podartą koszulkę, zabłocone spodenki. Leżałam naga na chłodnej, twardej ławce, a metal stanowił szokujący kontrast z ciepłem ciał przyciskających mnie do niej.
Zatraciłam się w morzu mężczyzn. Zrogowaciałe opuszki palców śledziły krzywiznę moich bioder, obejmowały pełnię moich piersi, badały szokującą wrażliwość między moimi nogami. Z moich ust wydobyło się zduszone westchnienie, gdy jeden z nich, żylasty pomocnik, pochylił się i zamknął usta na jednym sutku, poruszając językiem i ssąc, aż moje plecy wygięły się w łuk nad ławką. To uczucie było jak uderzenie pioruna, prosto w moje wnętrze.

Tomasz był przy mojej głowie, jego silne palce zaplątały się w moje włosy, kierując moją twarz w stronę jego twardego kutasa. „Otwórz” – rozkazał, a surowa dominacja w jego głosie złamała ostatki mojego oporu. Otworzyłam usta, a on wsunął się na mój język, słony, piżmowy ciężar, który powinien wywołać u mnie odruch wymiotny, ale zamiast tego wywołał nową falę wilgotnego ciepła między moimi udami. Jęknęłam wokół niego, a wibracja wywołała gardłowy jęk z głębi jego klatki piersiowej.  
Jakub stał przedmną, rozchylając moje nogi rękami. Poczułam jego tępy, natarczywy nacisk na moje wejście, a potem wepchnął się do środka, rozciągając mnie, wypełniając pustą tęsknotę niszczycielską pełnią, która sprawiła, że zobaczyłam gwiazdy. Krzyknęłam, ale dźwięk został stłumiony przez Tomasza, a moje ciało drżało w rytm pchnięć Jakuba. Każde mocne pchnięcie przesyłało mi fale czystej, niczym niezmąconej rozkoszy, wymazując myśli, wymazując przegraną grę, wymazując wszystko oprócz przytłaczającej fizycznej rzeczywistości mojej nowej postaci, która była wykorzystywana, posiadana i czerpała z tego przyjemność.

Powietrze gęstniało od odgłosów pomruków, uderzeń skóry i moich własnych, zdławionych, nasyconych przyjemnością jęków. Wtedy pojawił się Marek, klękając przy mojej głowie, jego intensywne oczy wpatrywały się w moje, gdy zaczął się pieścić. Różnił się od pozostałych. W jego działaniach była cicha kontrola, wyrachowana posiadłość, która była jakoś bardziej intensywna niż dominacja Tomasza lub surowa namiętność Jakuba.
„Spójrz na siebie” – szepnął, a jego głos, ledwie słyszalny, przebił się przez hałas. „To jest to, czego potrzebowałaś, prawda? Być przemienioną. Być użyteczną”. Jego słowa wywołały we mnie bolesną, ale doskonałą prawdę. Miał rację. Upokorzenie zmieniało się, spalając się w piecu tej wspólnej, zwierzęcej przyjemności, pozostawiając po sobie czysty, szokujący dreszcz.
Skinęłam słabo głową, a łzy wstydu i ekstazy spływały mi po skroniach. Uśmiechnął się, lekko wyginając usta w świadomym uśmiechu.
Pozostali zgromadzili się wokół, tworząc krąg głodnych oczu i głaszczących kutasów. Zrozumiałam, co się zbliża. Bukkake. Ostateczny, definitywny akt przejęcia. To nie było gwałt, to był chrzest. Tomasz wyciągnął się z moich ust z mokrym odgłosem, a rytm Jakuba zaczął się załamywać, sygnalizując jego zbliżające się wyzwolenie.
Ręka Marka poruszała się szybciej, a jego wzrok nie opuszczał mojego. „Otwórz usta, Kowlaski. Szerzej. Weź to wszystko. To twoje odkupienie”.

Gorąca, słona fala uderzyła w mój język z jednej strony, a potem kolejna smuga pomalowała mój policzek. Następnie wytrysk Marka, gorący i gęsty, uderzył w moją twarz, znakując mnie. Potem nastąpił kolejny i kolejny, ciepły deszcz, który pokrył moją skórę, usta, szyję. Trzymałem usta otwarte, połykając, co mogłem, a smak był gorzkim, erotycznym potwierdzeniem mojego całkowitego poddania się. Byłem ich.
W ciężkiej, pełnej sapania ciszy, którą przerywało jedynie kapanie wody z pryszniców i nierówne oddechy tuzina mężczyzn, kapitan z Silesii z krótko przystrzyżonymi włosami przedarł się na przód grupy. Był już ponownie podniecony, a jego oczy ciemniały z nową determinacją. Spojrzał na mnie, niechlujną, zużytą i całkowicie wyczerpaną istotę na ławce, a na jego twarzy pojawił się zaborczy uśmiech.
– Moja kolej – warknął szorstkim głosem. – Zwycięska drużyna ma prawo być ostatnia.

Tymczasem w biurze trenera obok szatnii.
– Widzę, że Marek wykorzystał hormony w inny sposób. Szkoda Kowalskiego, ale nagranie jest niezłe. – Zerknął w kamery. Można powiedzieć, że organizacja działa całkiem nieźle. Hmm, powinienem to im wysłać.
Poszukał na komputerze maila od “Lustor replacement”, no i do naszej gwiazdy. Może otworzę sekcję kobiecą, a i trzeba jeszcze pogadać z chłopkami z Silezii Novigrad – tylko jak… 

Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

Andy Whore

Comments

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *