Pierwszy lodzik

Miałem wtedy dziewiętnaście, może dwadzieścia.
Lato, wakacje po maturze, zero planów poza wylegiwaniem się i waleniem konia, byłem prawiczkiem i chciałem ten stan rzeczy zmienić – i to szybko!

 Niestety mieszkając w niewielkiej miejscowości możliwości ku temu miałem skromne, tzn gdybym był hetero to okazji by było więcej niż trzeba, ale od dawna wiedziałem, że wolę kutasy niż cipki.

 Zaplanowałem sobie wycieczkę na plaże nudystów położoną raptem kilka kilometrów dalej, od tak żeby, chociaż na żywo pooglądać kutasy.

 Szukając informacji na temat dojazdu, trafiłem przypadkiem na opis zagajnika niedaleko rzeczonej plaży – taki nieoficjalny „bonus” do plaży oficjalnej.

Ludzie mówili na niego po prostu „las za wydmą” albo „ten zagajnik od strony starego parkingu”.

Ludzie pisali, że tam się „dzieje”, przez tydzień się nakręcałem się i zbierałem na odwagę.
W głowie miałem setki scenariuszy – od „nikt tam nie przyjdzie, będę sam jak palec” po „jakiś napakowany typ weźmie mnie za drzewem i zrobi ze mną, co chce”.

Kutas mi stawał już w autobusie, kiedy jechałem w tamtą stronę. Wysiadłem przystanek wcześniej i resztę drogi przeszedłem piechotą, żeby nikt mnie nie skojarzył.
Serce waliło jak po trzech red bullach.

Na samej plaży było kilka osób, znalazłem sobie przytulny kącik z dala od wszystkich, pozbyłem się ubrania i położyłem się na kocu.

Po jakimś czasie stwierdziłem, że czas najwyższy spenetrować ten zagajnik, w końcu po to tu byłem.

Plaża nudystów kończyła się mniej więcej tam, gdzie zaczynały się wysokie trawy i sosny.
Potem już tylko wąska ścieżka, piach, igły i nagle – zagajnik. Nie był duży, jakieś sto metrów na sto, ale gęsty. Ścieżki wydeptane, tu i ówdzie połamane gałęzie.

Kątem oka zobaczyłem, że w tym samym kierunku ruszył ktoś z plaży, ale nie oglądałem się nie chcąc go spłoszyć, więc nie widziałem kto.

Usiadłem na powalonym pniu, udawałem, że patrzę na telefon, a tak naprawdę rozglądałem się jak sarna. Po kilkunastu minutach usłyszałem kroki. Starszy facet, koło pięćdziesiątki, opalony na brąz, brzuch lekki, ale ramiona mocne.
Bez słowa minął mnie, przeszedł kilka metrów dalej i stanął tyłem do mnie, opierając się o drzewo. Chwycił w dłoń kutasa i zaczął sikać – niby naturalnie, ale kątem oka widziałem, że zerka w moją stronę.

Wstałem. Nogi miałem jak z waty. Podszedłem bliżej, stanąłem jakieś cztery metry od niego. On skończył sikać, potrząsnął i delikatnie zaczął przesuwać dłonią w górę i dół, odsłaniając żołądź.

Po prostu stał i patrzył. Ja też patrzyłem.
Miał grubego, ciemnego, już na wpół twardego. W końcu zrobił dwa kroki w moją stronę i powiedział cicho, prawie szeptem:

– Chcesz?

Kiwnąłem głową, zanim zdążyłem pomyśleć.

Wziął mnie za nadgarstek i położył moją dłoń na swoim penisie.
Oparł się plecami o sosnę, rozstawił nogi.

Najpierw tylko dotykałem – opuszkami palców, jakby bałem się, że się rozpadnie.

Chwilę masturbowałem go, ale w końcu nie tego chciałem – uklęknąłem.

Był ciężki, ciepły, pachniał mydłem i trochę potem.. On położył mi dłoń na karku – nie mocno, ale zdecydowanie. To wystarczyło. Otworzyłem usta i wsunąłem go powoli, centymetr po centymetrze.

Pierwszy raz w życiu czułem obcego kutasa w gębie – gorącego, pulsującego, wypełniającego mi usta po brzegi. Smak był słony, trochę gorzki od moczu, mieszany z lekkim posmakiem soli od potu.

Nie wiedziałem, co robić językiem, więc po prostu ssałem jak lizaka – za mocno, za szybko, za chaotycznie. Szczęka mnie bolała od samego początku, bo był gruby, rozwierał mi usta szeroko, a ja starałem się nie zadrapać zębami.

Słyszałem jego oddech, coraz cięższy, i cichy śmiech.„Wolniej, mały. I więcej języka dookoła główki. Spróbuj lizać, nie tylko ssać.”

Posłuchałem. Zacząłem lizać okrężnie – językiem po całej główce, śliniąc go obficie, żeby lepiej ślizgał się w ustach. Ślina ciekła mi po brodzie, ale nie przejmowałem się.

Wsunąłem go głębiej, aż dotknął gardła – zakrztusiłem się lekko, oczy mi łzawiły, ale to tylko mnie bardziej nakręciło. On zacisnął palce na moim karku, delikatnie pchnął biodrami do przodu, dyktując rytm.

Wchodził i wychodził powoli, a ja dostosowywałem się i ssałem mocno na wyjściu, lizałem wędzidełko na wejściu, językiem jeździłem po żołędzi, czując każdy żyłkowaty detal.

Czułem, jak mu rośnie w ustach – grubszy, twardszy, pulsujący coraz mocniej. Moje dłonie wędrowały po jego udach, potem złapałem za jądra – ciężkie, owłosione, ciepłe. Masowałem je delikatnie, czując, jak się napinają. On mruczał coś pod nosem, gładził mnie po głowie, palcami wplatał się we włosy.

Bolały mnie kolana od igieł, komary bzyczały, ale świat się skurczył do tego jednego: kutasa w moich ustach, jego smaku, zapachu, rytmu. Po jakichś pięciu minutach przyspieszył, złapał mnie drugą ręką za włosy i zaczął pchać szybciej – nie brutalnie, ale zdecydowanie. Czułem, jak główka puchnie, jak żyły nabrzmiewają. Ślina mieszała się z preejakulatem, wszystko było mokre, śliskie, lepkie.

– Skup się na główce teraz. Szybko, mocno. Zaraz spuszczę. Chcesz w gębie?

Znowu kiwnąłem – nie mogłem przecież mówić z pełnymi ustami. Przyciągnął mnie bliżej, ja ssałem tylko żołądź, językiem wirując po wędzidełku, dłonią masując resztę trzonu.

On stęknął cicho, zacisnął mocniej palce, kilka krótkich, mocnych pchnięć i nagle pierwsze uderzenie na języku – gorące, gęste, słone, dużo. Połknąłem odruchowo, zanim zdążyłem się zastanowić, a on dalej pompował, wylewając resztę falami.

Czułem każdy skurcz, każdy strzał spermy zalewający mi usta, gardło. Połknąłem wszystko, nie chcąc uronić kropli, a potem dalej lizałem – delikatnie, czyszcząc go z resztek, ssąc lekko, żeby przedłużyć chwilę. On stał tak chwilę, oddychając ciężko i gładząc mnie po głowie.

W końcu wysunął się ze mnie, spojrzał w dół, uśmiechnął się kącikiem ust.

Zostałem na kolanach jeszcze dobrą minutę. W ustach czułem jego smak, na kolanach miałem wbite igły, a w głowie kompletny chaos. Sperma, pot, żywica – wszystko wymieszało się w jedno wielkie „kurwa, właśnie to zrobiłem”.

 – Dobra robota. Wstań.

Posłuchałem, Wstałem, otrzepałem się z igieł, spojrzałem na swojego penisa, byłem tak twardy, że bolało, nie było mowy żebym wrócił z takim masztem na plażę.
Podążył za moim wzrokiem i uśmiechał się, złapał mnie za kutasa i zaczął poruszać rytmicznie w górę i dół. Ledwo wykonał kilka ruchów doszedłem i to tak jak jeszcze nigdy.

Orgazm przyszedł nagle i o mało nie zwalił mnie z nóg, kolana mi się ugięły, tak, że musiałem przytrzymać się mojego partnera.
Strumień spermy wystrzelił na pobliskie krzaki i zawisł na liściach tworząc fantazyjne wzorki, spora część osiadła tez na jego dłoni.
Jeszcze kilka ruchów i wypuścił już na pół sflaczałego penisa z dłoni, dając mi ją do oblizania, co tez niezwłocznie uczyniłem. Językiem szybko pozbierałem swoje nasienie z jego dłoni. 
Sięgnął w kierunku krzaków i zebrał jeszcze kilka ładunków, również dając mi je do zlizania.

Pogłaskał mnie jeszcze raz po policzku, odwrócił się i poszedł w stronę plaży, jakby nic się nie stało, po kilku krokach obrócił się i powiedział.

– Przyjdź jeszcze kiedyś.

Wracając na plaże, minąłem jeszcze dwóch facetów idących w przeciwną stronę – jeden zerknął na mnie i się uśmiechnął, jakby wiedział. Może wiedział.

Na plażę wracałem z głową w chmurach i smakiem obcego faceta na języku. I już wiedziałem, że znowu tu zawitam.

 

Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

Jan nowak

Comments

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *