3. Labirynt Krolika

Zasady były proste jest króliczek i trzy wygłodniały ogary. Polowanie trwa na powierzchni całego garażu wraz z ogrodem. Teren oświetlają przyciemnione światła. Gdy jeden z “ogarów” pościgowych mnie złapie, z głośników wybrzmiewa melodia. Tutaj Pan Krzysztof, gospodarz całej imprezy, zapuścił próbkę kompozycji. Typowa muzyka wypełniająca filmy erotyczne. Zdobywca ma jakieś 20 minut na odbycie ze mną swoich seksualnych fantazji. Damian, którego byłem nijako własnością zezwolił swoim kumplom na penetrację mojego gardła i seks analny. W momencie złapania króliczka pozostałe “ogary” czekają bez ruchu, czas na papierosa, pogawędkę. Chyba że ogar podzieli się swoją zdobyczą z kumplem. Jego decyzja. Po upływie 20 minut, bądź szybciej, gonitwa zaczyna się od nowa, jednak bez ogara który kopulował z króliczkiem ostatni. Na niego czeka nagrzana sauna w końcu ogrodu. Jak wspomniałem, były trzy głodne ogary. Gospodarz, wysoki o mocnej posturze mężczyzna. Na co dzień kierowca ciężarówki. Łysy typ, który przedstawił mi się mrugając tylko okiem w moją stronę, ale wszyscy wołali go “Księżulo”. Trzeci dżentelmen był obcokrajowcem. Średniego wzrostu, mniej więcej mojego, śniady z dwudniowym zarostem i mocnym ciemnym wąsem. Równie kruczoczarną, starannie ułożoną czupryną wyglądał niczym Sindbad Żeglarz – przedstawił się jako Kasym. Gdy zdjął koszulę, poczułem parcie w moich ciasnych jockstrapach. Miał wyśmienicie bujny włos na klatce piersiowej. Gęsty i kędzierzawy. Klata niczym z planu filmowego z Bollywood. Damian, nie brał udziału w zabawie. Miał u “ogarów” dług wdzięczności, z powodu którego, jak się okazało, ja się tu znalazłem. Tak. Nieświadomie zostałem suką, która ciałem ma wynagrodzić długi swojego Pana. Damiano odpiął smycz z mojej obroży. Jego towarzysze, stojący już bez koszulek z nagimi torsami, pogwizdywali, cmokali i szczekali na mój widok. Ostatnim aktem przygotowawczym do pościgu były… dzwoneczki. Władczym ruchem. Szarpnieciem za obrożę do parteru, Damian kazał mi się pochylić, po czym wprawnie włożył w moją dziurkę anal-pluga. Był on zakończony okrągłymi dzwoneczkami. Trochę zabolało, stęknąłem. Pan Krzysztof zaszczekał. Przy każdym moim kroku rozbrzmiewało metaliczne dzyń-dzyń. Choć pełny brzęk tłumił nieco mój wyćwiczony, ale tłuściutki tyłeczek. Mój Pan ściął mnie po dupce klapsem.

– Panownie zaczynamy! Najpierw damy czas naszemu pupilowi na ucieczkę. Później bez hamulców! Gardło głębokie i pojemne, pizda cieplutka i nawilżona, prosi o twardego kutasa! –

powiedział Damian. W tym czasie pozostali już ostrzyli swoje dzidy rytmicznie poruszając ręką. Było na co popatrzeć.

– Szykuj się chłopaku na bolesne rozepchanie –

warknął do mnie rozochocony Krzysztof, nie przerywając energicznych manewrów na swojej klindze.

Pozostali rozweselili się. Przytakiwali gospodarzowi. “Księżulo” stał już w samych slipach. Z nogawki wystawał akurat najmniej okazały z pytonów. Gładko ogolony, lecz jeszcze nie w pełnym wzwodzie.

Szczerze mówiąc to najbardziej marzyłem o zbliżeniu z Kasymem. Chyba to wyczuł. Puścił mi oczko. I całusa.

Byłem spięty. Atmosfera gęstniała w dusznym wnętrzu garażu. Panowie grali moją osobą jak chcieli. Moja wola się nie liczyła. Byłem przedmiotem. Uczucie straszne i bardzo podniecające. Przyrodzenie napierało na materiał jockstapów, w który ubrał mnie mój Opiekun.

– Jazda! – Krzyknął w końcu.

Po tych słowach wnętrze garażu zaświeciło się delikatnie. Tajemniczo. Odprowadzany warknięciami i cmoknięciami pobiegłem przed siebie. Czułem chłód. Uda pokryła gęsia skórka. Byłem celem pościgu. Serce waliło. Obiłem się o coś zafoliowanego. Brzęk dzwoneczków w tyłku. Garaż był magazynem z plątaniną palet, regałów, opon. Męskie gniazdo. Minąłem wrak samochodu. Na ścianie kalendarz z nagą kobietą oddającą się czterem marynarzom. Mijały długie chwile błądzenia. Strzał! Ogary ruszyły! Powietrze uderzyło mnie mocniej w płuca gdy fiknąłem przez okno. Na oczy nasunęła mi się opaska, w jaką zostałem wyposażony. Właśnie! Byłem króliczkiem. Jego atrybutem są długie uszy – zamocowane właśnie na tej opasce i puszysty ogonek wprawne przyszyty w odpowiednie miejsce jockstrapów. Tuż nad dziurką. Ale byłem podniecony! “Dzyń-dzyń-dzyń-dzyń” dotarło do mnie jak głośno paraduje z kolejnym króliczym atrybutem w dupce. Brzęczący pług ciasno wypełniał moje gniazdko przyjemnie napierając na prostatę… OK do rzeczy. Byłem na zewnątrz magazynu. Krzaki. Ciemność. Zwolniłem. Wyrównałem oddech. Mój penis stał jakby był z drewna.

Usłyszałem z wnętrza garażu gwizdnięcie zakończone serią cmoknięć.

Przywarłem do ziemi. Zauważyłem jednego z łowców. Wysoki. W samych ciasno opiętych jeansach. Klatka piersiowa zroszona potem. Po chwili zobaczyłem pejcz w jego dłoni. W drugiej miał gigantycznego, gumowego fallusa. Spękałem. Szorując wydepilowaną klatą po trawie Podpełzłem do jakiegoś włazu. Zanurkowałem i po chwili znalazłem się w drugiej części ogrodu. Dopiero po wyjściu zorientowałem się, że ciasne przejście było wysmarowane jakąś śliską oliwką. W ogrodzie wysoki żywopłot gwarantował schronienie. Pomału, trzymając rękę na podzwaniającym plugu podskoczyłem do ściany z iglaków. Obtarte piersi szczypały. Krok do tyłu i byłem już w innej alejce ogrodu. Na kroczu, pozbawionym włosów jak nigdy czułem strużki potu. W oddali biegł Księżulo. Nie widział mnie, więc mogłem oddać się analizie jego ciała – Nie był okazem dominującego samca w przeciwieństwie do reszty bandy. Raczej szczuplejszy w barach. Klatka nie wyrzeźbiona i łysa. Brzuch może nie opasły, ale raczej należący do kanapowca, niż rekina siłowni. Wypuściłem głośno powietrze. Nagle chwyt z tyłu. Mocny uścisk za barki i klaps w dupkę. Ugryzienie w ucho, jak drapieżnik dopadający zdobyczą.

– My beautifull Bunny boi… – cichy szept. Kuszący. Ciepłe wargi ślizgające się po karku i ostry zarost. Męskie dłonie błądzące na pośladkach.

Przeszedł mnie dreszcz rozkoszy. Poczułem że rozpina pasek. Jego spodnie z brzękiem sprzączki upadły a chodnik. Wiedziony adrenaliną obróciłem się sprawnie. Wywinąłem z chebanowych ramion Kasima. Już miałem uciec. Ale oliwka która pokryła moje ciało spowodowała, że poślizgnąłem się na kamiennych płytkach. Spojrzałem od dołu na tego tureckiego ogiera… przyrodzenie słusznych rozmiarów, pokryte gęstym włosiem już dumnie się prężyło. Błysk w oku. Kasym wygrał kopulację w mojej norce. Nie mogłem mu się oprzeć. Szarpnął mnie brutalnie za obrożę. Splunął w twarz rozsmarowując swoją lepką ślinę po całej mojej twarzy. Nie zdążyłem otworzyć zaklejonych oczu gdy dostałem po pysku. Zapiekło. Oszołomienie nie minęło, gdy buława Turasa szturmowała moje usta. Nawet Nie próbował być miły. Odbierał to co swoje. Nie zdobywał. Egzekwował dostępność. Demonstrował męskość. Jednym ruchem przeorał mnie po same migdały. Odruch wymiotny i kaszel. Groźne warknięcie Kasyma. I znów atakuje mnie swoim penisem. Oczy zaszkliły mi się łzami po kolejnych połknięciach tureckiej buławy.

– Suck it and lik’it… – mruczał głęboko. Męsko i nisko.

Kaszlnąłem, gdy mnie penetrował. Zęby zacisnęły się na trzonie penisa. Chyba go to podnieciło. Bo po tym już ordynarnie rozpoczął jebanie mnie w gębę. Raz za razem. Dusiłem się. Łzy ciekły mi już na zarost. Twarz podrażniały mi jego gęste włosy łonowe. Z każdym pchnięciem coraz mocniej otulające nos. Starałem się wytrzymać jak najdłużej. Zależało mi na jego uznaniu. Jak rasowa suka dusiłem w trzewiach odruchy wymiotne. Zatrzymał na dłużej. Próba finałowa obciągary. Syknąłem. Syk przerodził się w gardłowy warkot, gdy fałdy jego pełnej moszny wlewały mi się w usta. Perfidnie zatkał mi nos palcami. Zapach mężczyzny zamienił się w cuchnący odór męskiego potu, moczu i zaschłej spermy… Burkot. Kasym szybko wyciągnął swoją Pytę – niszczyciela gardła. Olbrzymia ilość śliny i gorzkich soków żołądkowych odprowadziła niedawnego intruza z mojego przełyku. Nawet nie wiedziałem, że można wyzwolić takie pokłady tego czegoś przez oralne rżnięcie. Zwymiotowałem na posadzkę.

– Good bytch! – rzucił z mocnym akcentem.

Uśmiechnął się zakręcając sumiastego wąsa. Zabrał się za odkorkowanie mnie. Rzucił na bok dzwoniącego analnego pluga. I… Bosko, ale to bosssko wślizgnął się języczkiem w mój odbyt. Czułem ulgę po tej zabawce i jednocześnie kojący masaż jego męskiego szerokiego języka. Tak delikatnie i błogo! Stęknałem z rozkoszy. Gdy otworzyłem oczy zobaczyłem, że parę metrów ode mnie Krzysztof i Łysol zaciągają się papierosem obserwując nasze bycze amory.

Po dłuższej chwili Kasym naparł na mój anus. Stęknąłem. Tym razem z bólu. Nadal nieprzyzwyczajony. Mimo treningu Damiana. Turek był jednak delikatny. Pomału, miarowo naciskał na mnie. jego dłonie powędrowały na moje sutki. Gniotąc je. Po chwili palce pieściły moje plecy. Wydawało mi się, że już wszedł cały. Ale jak spojrzałem pod siebie, ze zgrozą zobaczyłem, że to ledwie połowa tureckiego fiuta. W mgnieniu oka złapał mnie splecionymi dłońmi za szyję i wygiął w łuk ku sobie. Zanurzając swoje przyrodzenie w moje wnętrze. Jęknąłem z bólu jak na torturach. Kasym rozpoczął na całego analny spektakl. Współzawodnicy patrzyli z uznaniem. Dodało mi to otuchy. Jego ruchy już tak nie bolały. Swoją maczugą wymościł sobie we mnie ciepłe gniazdko. Skończył we mnie dając mi na koniec namiętny pocałunek. Ledwo dałem radę wstać. Jego sperma ciekła mi po udach. Zasady gry były nieubłagane. Dalszy ciąg pościgu. Na szczęście Krzysztof uznał, widząc zapewne moje ślamazarne ruchy, że gonitwa nie ma już sensu. Zaczepiwszy smycz na mojej obroży ogłosił Łysemu i Kasymowi, że przenosimy imprezę do sauny, gdzie będziemy kontynuować. Tak też się stało.

Atmosfera była mega przyjacielska. Wszyscy siedzieliśmy nadzy. Ktoś komuś zarzucił rękę to na ramię, to na klatę, czy udo. Jeden zaczął komuś trzepać. Inny zaczął rozmowę na jakieś ciekawe tematy. W przerwach między parowymi kąpielami wychodziliśmy na drinki. Po którejś z kolejek atmosfera jeszcze bardziej się rozluźniła. Kasim usiadł okrakiem na udach Krzysztofa. Całowali się namiętnie. Był to najbardziej namiętny, miłosny spektakl jaki kiedykolwiek widziałem między dwoma mężczyznami. Wtedy zbliżył się do mnie mój “własciciel” – Damian. Bezceremonialnie szarpnął do góry za włosy. Zimnym wzrokiem bez emocji zakomunikował:

– Jutro jedziesz z Księżulkiem. Bardzo chce Cię poznać bliżej.

– Co do chu… – oburzyłem się – jutro mam pociąg powrotny.

– Morda. Jesteś moim króliczkiem. Moim Bunny Boyem, jak Cię nazywał ten Turas. Tak tak, nie rób min. Widziałem jak na niego patrzysz. Zapomniałeś o bardzo ważnej rzeczy. Ja tutaj wydaje Ci polecenia. Jak każę klękać to klęczysz. Jak skakać, to pytasz jak wysoko. Zmienisz plany. Jedna rada: obyś był u niego dobrze naoliwiony. A teraz na kolana i bierz do buzi…

Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

BeardBunny

Cykl opowieści:

1 – Poskramiacz niedzwiedzia (moje początki)

2 – Gniazdo wilka (w przygotowaniu)

3 – Labirynt królika 

Comments

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *