Moc talizmanu – akt oddania czesc 2

Muzyka waliła przez głośniki jak serce olbrzyma, każdy basowy uderzenie wstrząsała podłogą, wibrując w kościach Ali, gdy stała w środku salonu, otoczona ciepłem ciał i zapachem alkoholu. Jej sukienka – cienka, prawie przezroczysta w niektórych miejscach – przylepiała się do skóry tam, gdzie pot sprawiał, że materiał stawał się drugą warstwą naskórka. W innych miejscach falowała, odsłaniając kawałki ud, brzucha, kiedy poruszała się w rytm muzyki, jakby tańczyła nie dla siebie, ale dla niego. Dla Marka, który stał w cieniu, przy framudze drzwi tarasowych, niewzruszony jak posąg, z drinkiem w dłoni i wzrokiem, który palił ją żywcem.

 

Nie musiała się odwracać, by wiedzieć, że patrzy. Czuła to jak igły wbijające się w kark, jak gorący oddech na plecach, jakby jego dłonie już ściskały jej biodra, nawet, jeśli dzieliło ich pół pokoju. Wzięła kolejny łyk wina, pozwalając, by ciecz spłynęła jej po gardle, rozlewając się ogniem w żołądku. Talizman w torebce pulsował jak żywy, jakby szeptał jej prosto do krwi: Dalej. On tego chce. Ty też tego chcesz. Zrób to.

 

Jej palce same sunęły po udzie, podciągając lekko sukienkę, odsłaniając więcej nagiej skóry. Nie było to przypadkowe. Wiedziała, że on to widzi. I że to go podnieca, jak zawsze podniecało, kiedy wystawiała się na pokaz, kiedy pozwalała innym mężczyznom myśleć, że mają szansę. Choć w rzeczywistości żadnej nie mieli. Bo ona należała do Marka. Całkowicie. Bezwarunkowo.

 

— Kurwa, Ali, wyglądasz dzisiaj jakbyś miała ochotę zjechać każdego faceta w tym pokoju — Grzegorz podszedł do niej z tym swoim pewnym siebie uśmiechem, oczy błyszczące od alkoholu, a dłoń, którą położył jej na ramieniu, ciężka i gorąca. — Marek cię w ogóle pilnuje? Bo wyglądasz, jakbyś potrzebowała kogoś, kto cię przytrzyma.

 

Ali uniosła kącik ust w krzywym uśmiechu, czując, jak wino rozlewa się po żyłach, rozluźniając każdy mięsień, każde zahamowanie. Jej sutki pocierały o materiał sukienki, twarde jak kamienie, a między nogami czuła wilgoć, która nie miała nic wspólnego z upałem.

 

— Marek wie, że potrafię o siebie zadbać — odparła, przesuwając palcami po szyi, tam gdzie jego zęby zostawiły wcześniej siniak – głęboki, fioletowy ślad, który teraz pulsował pod jej dotykiem. Grzegorz nie mógł go widzieć, ale ona czuła ten ból, przypominający jej, kto jest jej panem. — Ale dziękuję za troskę.

 

Jego palce ześlizgnęły się niżej, po jej ramieniu, aż do łokcia, gdzie skóra była szczególnie wrażliwa, almost jakby wiedział, że tam ją najłatwiej rozkołysać.

 

— Wiesz, że zawsze możesz na mnie liczyć — szepnął, nachylając się, aż jego usta były tuż przy jej uchu, a oddech gorący i pachnący whisky. — Jeśli kiedykolwiek będziesz potrzebowała… czegoś więcej niż to, co ci daje twój mąż.

 

Ali poczuła, jak jej oddech przyspiesza, ale nie, dlatego, że Grzegorz ją pociągał. Nie. To było coś innego – ta świadomość, że Marek obserwuje, że wie, i że oczekuje od niej reakcji. Jej ciało zareagowało natychmiast: sutki stwardniały jeszcze bardziej, a między udami zalała ją fala gorąca, jakby sama myśl o tym, że Marek może ją za to ukarać, była wystarczającym powodem, by się zmoczyć.

 

— Grzegorz — rzekła, odsuwając się lekko, ale nie na tyle, by przerwać kontakt – jej głos był niski, prawie szept, ale wiedziała, że Marek usłyszy każde słowo – zawsze słyszał. — Magda ma dość ostre pazurki. Nie chciałabym, żebyś stracił coś cennego.

 

Grzegorz zaśmiał się, ale jego ręka pozostała na jej biodrze, palce wbijały się lekko w miękkie ciało.

 

— Magda wie, jak lubię się bawić. A ty, Ali? Umiesz się bawić?

 

Zanim zdążyła odpowiedzieć, do ich kręgu wtargnął ktoś inny. Tomasz, kolega Grzegorza z pracy – wysoki, ale niezdarnie chudy, z włosami przylepionymi do czoła od potu, jakby sam fakt bycia na tej imprezie był dla niego zbyt dużym wysiłkiem. Jego uśmiech był szeroki, ale nerwowy, jakby nie był pewien, czy powinien tu być, czy w ogóle śmie tu być.

 

— Hej, Ali — powiedział, głos mu się łamał, jakby gardło miał wyschnięte. — Wyglądasz… niesamowicie. Nie wiedziałem, że Marek… że on pozwala ci tak się ubierać.

 

Słowo “pozwala” uderzyło ją jak policzek. Marek nie pozwalał. Marek rozkazywał. A ona wykonywała te rozkazy, bo wiedziała, co się stanie, jeśli nie posłucha. Jej palce zacisnęły się na kieliszku, aż szkło zaskrzypiało.

Marek puścił ją, jego uśmiech był triumfalny, jakby właśnie wygrał wojnę, a ona była tylko zdobyczą, którą mógł teraz rozszarpać.

 

— Wiem, że zrobisz.

 

Odwróciła się, patrząc na grupkę mężczyzn w salonie. Grzegorz – przystojny, pewny siebie, z uśmiechem, który obiecywał przyjemność. Krzysztof, jego kolega, wysportowany, z ramionami jak belki, które mogłyby ją unieruchomić w sekundę. A potem był Tomasz. Niebrzydki, ale… zwyczajny. Niezbyt wysoki, z lekko wystającym brzuchem, włosami, które zaczęły już przerzedzać się na czubku głowy, jakby sam los postawił go tu jako ofiarę. Jego uśmiech był miły, ale nieśmiały, jakby sam nie wierzył, że ma prawo tu być.

 

To miał być on.

 

Ali wzięła głęboki oddech, wycierając łzy z policzków dłonią, która drżała. Potem, z uśmiechem, który miała nadzieję wyglądał naturalnie – jakby to było coś, czego chciała – ruszyła w jego kierunku.

 

— Tomasz — powiedziała, dotykając jego ramienia. Jej palce drżały, ale starała się, by tego nie zauważył. — Mogę cię o coś zapytać?

 

Jego oczy rozszerzyły się z zaskoczenia, jakby nie mógł uwierzyć, że to ona do niego podchodzi, że ona go dotyka.

 

— Oczywiście, Ali – jego głos był zachrypnięty, prawie przestraszony. — O co chodzi?

 

Przesunęła się bliżej, czując, jak Marek obserwuje każdy jej ruch, jakby jego wzrok był liną, która ją prowadzi, nawet, kiedy chciała uciec.

 

— Chciałabym… pokazać ci coś — rzekła, jej palce ślizgnęły się po jego przedramieniu, delikatnie, ale stanowczo. — Na górze. W sypialni.

 

Tomasz wyglądał, jakby miał dostać zawału. Jego twarz pobladła, a potem znów poczerwieniała, jakby krew nie wiedziała, czy uciekać, czy napływać.

 

— Co? Teraz? — jego głos był prawie piskliwy.

— Teraz — potwierdziła, uśmiechając się, choć w środku czła, jakby się rozpadała, jakby każde słowo było nożem wbijanym w jej godność. — Jeśli chcesz.

 

Przełknął ślinę, jego wzrok spoczął na jej ustach, a potem na piersiach, gdzie sutki naciskały na materiał sukienki, jakby prosiły, by je uwolnić.

 

— Ja… tak, oczywiście – jego głos się załamał. — Jeśli ty chcesz.

 

— Chcę — skłamała, a jej uśmiech był tak szeroki, że prawie bolały ją policzki. — Chodź.

 

Pociągnęła go za rękę, prowadząc przez tłum gości, którzy śmiali się, pili, tańczyli, nie zdając sobie sprawy z tego, co się dzieje. Nie zdając sobie sprawy, że Ali idzie na górę z mężczyzną, którego nawet nie pociąga, bo jej mąż każe jej to zrobić. Bo jej mąż chce, by to zrobiła. Bo jej mąż lubi patrzeć, jak się upokarza.

 

Gdy zamknęły się za nimi drzwi sypialni, Tomasz odetchnął ciężko, jakby dopiero teraz zdał sobie sprawę, co się dzieje.

 

— Ali, ja nie wiem, czy to dobry pomysł – jego głos drżał. — Marek jest na dole, a…

 

— Marek wie — przerwała mu, przyciskając palec do jego ust, czując, jak jego oddech parzy jej skórę. — I on chce, żebyśmy to zrobili.

 

Tomasz wyglądał, jakby miał się rozpłakać. Jego ręce zwisały bezwładnie, jakby nie wiedział, co z nimi zrobić.

 

— Ale… dlaczego ja?

 

Ali zbliżyła się do niego, jej dłonie zaczęły rozpinac guziki jego koszuli, jeden po drugim, powoli, jakby to był jakiś rytuał, a nie początek jej upodlenia.

 

— Bo jesteś miły — skłamała, czując, jak jej palce drżą. — Bo ci ufam.

 

Kolejne kłamstwo. Nie ufała mu. Nie chciała go. Ale Marek kazał, a ona była jego. Całkowicie. Bez reszty.

 

Gdy jego koszula opadła na podłogę, a jej palce zaczęły rozpinać pasek jego spodni, Tomasz westchnął, jego ręce opadły na jej biodra, nieśmiałe, ale pełne pożądania, jakby nie mógł uwierzyć, że to się dzieje naprawdę.

 

— Jesteś taka piękna — szepnął, jego głos był zachrypnięty, prawie błagalny, jakby lada chwila miał paść na kolana. — Nie rozumiem, dlaczego ja.

 

Ali zamknęła oczy, gdy jego usta dotknęły jej szyi, tam gdzie Marek zostawił siniak. Nie czuła przyjemności. Czuła tylko wstyd. I ból. I tę obsesyjną potrzebę, by zadowolić Marka, nawet, jeśli oznaczało to własne upodlenie.

 

Gdy jego ręce zaczęły podnosić jej sukienkę, a jego palce dotknęły jej majtek – mokrych, bo jej ciało zdradzało ją nawet teraz – wiedziała, że Marek obserwuje. Że on wie. I że to go napala.

 

A ona? Ona była tylko jego lalką. Jego zabawką. Jego kurwą.

 

I nie miała wyboru.

 

Nigdy nie miała.

 

Gdy Tomasz ukląkł przed nią, jego oddech gorący na jej udach, Ali poczuła, jak jej kolana się trzęsą. Jego palce drżały, gdy odciągał na bok jej majtki, odsłaniając wilgotne, różowe wargi, które lśniły w blasku lampy. Nie chciała tego. Nie chciała niego. Ale jej ciało reagowało, bo wiedziało, że Marek patrzy. Że oczekuje.

 

— Boże, Ali… — szepnął Tomasz, jego głos był zachrypnięty, prawie złamany. — Jesteś taka mokra.

 

Nie odpowiedziała. Nie mogła. Jej gardło było ściśnięte, jakby ktoś owijał je coraz ciaśniej liną.

 

Jego język dotknął jej łechtaczki, niezdarnie, zbyt mocno, i Ali poczuła, jak jej ciało się napina. Nie z przyjemności. Z obrzydzenia. Ale gdy jego usta zamknęły się na jej wargach, ssąc, liżąc, musiała powstrzymać jęk – nie z rozkoszy, ale z upokorzenia.

 

— Tak… — szepnął, jakby myślał, że jej milczenie oznacza zachętę. — Jesteś taka słodka.

 

Jego palce wsunęły się w nią, grube, niezgrabne, i Ali poczuła, jak jej ściany kurczowo się zaciskają, nie z pożądania, ale z odrazy. Ale jej ciało zdradzało ją – była mokra, gotowa, bo wiedziała, że Marek patrzy. Że oczekuje, że będzie posłuszna.

 

— Proszę… — szepnęła, ale nie wiedziała, czy to była prośba, by przestał, czy by kontynuował. Jej umysł był zamglony, a ciało – rozpalone, nie ze względu na Tomasza, ale na Marka, który gdzieś tam był, który widział, jak jego żona klęczy przed innym mężczyzną, jak jej ciało reaguje, mimo że dusza krzyczy.

 

Gdy Tomasz wstał, jego spodnie opadły na podłogę, odsłaniając jego członek – nie duży, nie imponujący, ale wystarczający, by ją wypełnić, by ją zajmować, podczas gdy Marek patrzy. Ali zamknęła oczy, gdy jego ręce chwyciły jej biodra, gdy poczuła, jak jego kutasa naciska na jej wejście.

 

— Jesteś pewna? — zapytał, jego głos drżał, jakby wciąż nie mógł uwierzyć, że to się dzieje.

 

Ali nie odpowiedziała. Nie mogła. Zamiast tego poczuła, jak Marek – gdzieś tam, w cieniu – kiwa głową. Jakby dawał mu pozwolenie. Jakby rozkazywał.

 

I wtedy Tomasz wsunął się w nią, powoli, niepewnie, a Ali poczuła, jak jej ciało się rozciąga, jakby każdy centymetr jego kutasa był nożem wbijanym w jej godność. Ale była mokra. Gotowa. Bo jej ciało należało do Marka, nawet, kiedy to inny mężczyzna je używał.

 

Gdy Tomasz zaczął się poruszać, jego oddech coraz szybszy, jego chwyty na jej biodrach coraz mocniejsze, Ali poczuła, jak łzy spływają jej po policzkach. Ale nie wydawała z siebie dźwięku. Nie krzyczała. Nie protestowała.

 

Bo wiedziała, że Marek patrzy.

 

I to ono było najgorsze.

 

To, że lubi to, co widzi.

 

Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

Kamil kowalski

Comments

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *