Mam na imię Monika. Mam 34 lata. Jestem żoną, mamą, pracuję w korporacji. Wszystko w moim życiu było ułożone – przewidywalne do bólu. A potem pojawił się Adam. Mój szef. Od pierwszego dnia czułam, że to będzie trudne. Bo był inny. Patrzył inaczej. Rozmawiał inaczej. Każda rozmowa z nim miała w sobie jakiś podtekst, który oboje udawaliśmy, że ignorujemy. Ale udawanie ma swoją datę ważności. Pamiętam dokładnie tamten wieczór. Zostaliśmy sami w biurze, poprawiając jakiś raport. Siedzieliśmy naprzeciwko siebie, udając, że chodzi tylko o pracę. Atmosfera gęstniała z każdą minutą. W pewnym momencie spojrzał mi prosto w oczy. Dłużej niż powinien. – Monika… czasem czujesz, że wszystko, co robisz, to tylko odhaczanie kolejnych zadań? To pytanie trafiło mnie w samo serce. Bo od dawna miałam wrażenie, że moje życie to jedna wielka lista do zrobienia: Pobudka. Śniadanie dla dziecka. Praca. Zakupy. Kolacja. Serial. Sen. Powtórzyć. – Tak – odpowiedziałam cicho. – Często tak czuję. Wstał od stołu. Podszedł do mnie, stanął tuż obok. Jego ręka uniosła się i delikatnie odgarnął mi włosy z twarzy. Poczułam, jak przeszedł mnie dreszcz. Powinnam była się odsunąć. Nie zrobiłam tego. Jego dłoń zatrzymała się na mojej szyi, lekko, jakby pytał mnie o zgodę. Patrzył mi w oczy, a ja patrzyłam w jego. Żadne z nas nic nie mówiło. Powietrze było ciężkie, gęste od napięcia. I wtedy to się stało. Adam pochylił się i pocałował mnie. Nie delikatnie, nie niepewnie – to był pocałunek, który nie zostawia miejsca na niedopowiedzenia. Mocny, głęboki, taki, który rozbraja wszelkie mechanizmy obronne. Poczułam, jak moje ciało odpowiada od razu. Serce waliło mi w piersi. Oddałam ten pocałunek całą sobą, nie myśląc o niczym innym. Tylko o jego ustach, o jego oddechu, o tym, że tego właśnie mi brakowało od miesięcy – może od lat. Nie pamiętam, ile to trwało. Sekundy? Minuty? Czas przestał istnieć. Kiedy w końcu się odsunął, spojrzał na mnie, a jego głos był cichy, prawie szeptany: – To się nie powinno wydarzyć… ale chyba oboje tego chcieliśmy. Nie odpowiedziałam. Moje myśli były chaosem. Ale wiedziałam jedno – tej granicy już nie dało się cofnąć. Kiedy się ode mnie odsunął, przez chwilę patrzył mi w oczy, jakby chciał sprawdzić, czy się wycofam. Ale ja już wiedziałam, że nie zrobię kroku w tył. Nie po tym, co poczułam. To ja zrobiłam kolejny ruch. Złapałam go za kołnierz koszuli i przyciągnęłam z powrotem do siebie. Nasze usta zderzyły się jeszcze raz – tym razem to ja byłam tą, która nie pozwalała na niedopowiedzenia. Cały dzień, całe tygodnie napięcia wybuchły we mnie jak sprężyna puszczona luzem. Pocałowałam go mocno, z głodem, którego nie chciałam już ukrywać. Moje dłonie błądziły po jego karku, po ramionach, aż poczułam pod palcami materiał koszuli. Odpinałam guziki, nie przerywając pocałunku. Robiłam to powoli, z premedytacją, patrząc mu w oczy. Chciałam widzieć na jego twarzy ten moment, kiedy traci kontrolę. Oddychał coraz szybciej. – Monika… – wymówił moje imię jak ostrzeżenie, jak prośbę. Ale nie zatrzymał mnie. Dotknęłam jego skóry – ciepłej, napiętej – przesuwając palcami po klatce piersiowej. Poczułam, jak jego ręce obejmują mnie w talii, jak przyciąga mnie bliżej. Moje ciało dopasowało się do jego jakby znały się od lat. Szepnęłam mu do ucha, ledwo słyszalnie: – Teraz ja decyduję. Nie odpowiedział. Tylko zamknął oczy na moment, jakby poddawał się temu, co właśnie działo się między nami. Moje usta zjechały na jego szyję, czułam pod wargami pulsującą krew. Rozpięłam mu koszulę do końca, zsuwając ją z jego ramion. Czułam, jak jego oddech przyspiesza, jak jego dłonie zaczynają błądzić po moich plecach. Ale to ja prowadziłam ten taniec. Tym razem to ja przejęłam ster. Wsunęłam dłonie pod własną koszulę, powoli, świadomie, patrząc na niego cały czas. Chciałam, żeby widział. Chciałam, żeby czuł każdy ruch, każde muśnięcie materiału o skórę. Nie było już żadnego „nie powinnam”. Było tylko „teraz”. Granica została przekroczona dawno temu. Teraz nie było powrotu. I, co najdziwniejsze, nie chciałam go. Patrzyłam na niego, czując, jak wewnątrz mnie narasta coś dzikiego, coś, co długo było tłumione. Już nie chciałam udawać, że to tylko impuls. To było pragnienie, które rozsadzało mnie od środka. Powoli, świadomie, zaczęłam się rozbierać. Rozpięłam guziki bluzki, jeden po drugim, nie odrywając od niego wzroku. Patrzył, jakby świat przestał istnieć – tylko ja i on, w tym biurze, po godzinach, z zamkniętymi drzwiami i otwartym zakazem. Materiał spadł na podłogę, odsłaniając moją skórę. Czułam jego wzrok na sobie, gorący, nienasycony. Odwróciłam się do niego plecami i wolno, niemal z rozmysłem, podciągnęłam spódniczkę. Wiedziałam, co robię. Chciałam tego. Chciałam poczuć się pożądana, chciałam być tą, która stawia warunki. Odwróciłam głowę przez ramię i spojrzałam mu w oczy. – Adam… – powiedziałam cicho, ale stanowczo. – Nie chcę, żebyś mnie pieścił. Nie chcę delikatności. Przełknęłam ślinę, serce waliło mi w piersi, ale głos miałam pewny: – Zerżnij mnie. Widziałam, jak jego oczy ciemnieją. Jak cały się napina. Wstał z fotela bez słowa. Podszedł do mnie od tyłu, jego dłonie objęły moje biodra. Czułam jego oddech na karku, gorący, nieregularny. Nie było już czasu na ceregiele. Moja spódniczka była już wysoko, bielizna zsunęła się na uda. Jego dłonie były stanowcze, pewne siebie. W jednej chwili poczułam go za sobą, twardego, gotowego. Kiedy wszedł we mnie, jęknęłam głośno, bez wstydu, bez zahamowań. Byłam mokra, rozpalona, gotowa na niego od dawna. Biuro, papiery, wykresy na ekranach – wszystko zniknęło. Byliśmy tylko my. Adam trzymał mnie mocno, jego biodra wbijały się we mnie w rytmie, który szybko stał się brutalnie szczery. O to właśnie mi chodziło. Nie chciałam gry w pozory. Chciałam być wzięta. Mocno, bez pytania. Moje ciało dopasowało się do jego ruchów. Czułam, jak zaciskam palce na krawędzi biurka, jak kolana się pode mną uginają. Fala za falą, oddech za oddechem, aż w końcu doszłam, drżąc, niemal krzycząc jego imię. Adam też nie wytrzymał długo. Było w tym coś dzikiego, coś nie do zatrzymania. Jego dłonie wbijały się w moje biodra, a oddech rwał się z jego gardła, kiedy osiągnął szczyt. Kiedy skończyliśmy, opadłam na biurko, próbując złapać oddech. On stał za mną, również milczący, ale wiem, że oboje czuliśmy to samo. Cdn.
Leave a Reply