W ogrodach przed pałacem Czarnoksiężnika stało wiele rzeźb. Nie stanowiło tajemnicy, że każde z dzieł prezentowało efekt działania magii petryfikującej – to byli wrogowie Czarnoksiężnika zaklęci w kamień. Trzymał ich tak latami i odczarowywał dopiero wtedy, gdy mu się wreszcie znudzili lub potrzebował miejsca. Skamieniałe ciała tych, których uważał za zbyt niebezpiecznych, kazał rozbijać młotami.
W bocznej części ogrodu, skryty pośród wysokich żywopłotów, stał biały, marmurowy posąg pięknej, nagiej elfki. Miała piękną, trójkątną twarz, długie włosy i szpiczaste uszy. Kształtne piersi, pośladki, łono oraz uda przyciągały ręce ciekawskich odwiedzających. Dotykanie rzeźb nie było wszakże zabronione.
Wielu miało wrażenie, że dotyka żywej elfki, gdyby nie zimno i twardość marmuru. Niektórych dziwiło ponadto, jak nastroszone są brwi elfki. Jej przepiękne oblicze wyglądało na wściekłe i zaskoczone.
Stojąca obok tabliczka przedstawiała ją jako elfią księżniczkę Yslennę. Niemalże sto lat temu podpadła Czarnoksiężnikowi i za karę została zaklęta w kamień. To mu nie wystarczyło, dlatego dłutem lub magią odłupał spetryfikowane ubranie, wystawiając Yslennę i jej piękne ciało na widok publiczny.
Yslenna, jak każdy wróg Czarnoksiężnika skazany na ten okrutny los, pozostaje świadoma, widzi i słyszy, czuje ręce, które od dekad obmacują bezpardonowo jej piękne ciało. Nie może krzyczeć, nie może płakać. Trwa nieruchomo w swoim upokorzeniu, obnażona, wystawiona na pastwę deszczu i żyjących w ogrodzie gołębi.
Jej księstwo boi się wypowiedzieć wojnę Czarnoksiężnikowi, która pochłonęłaby tysiące ofiar. Zresztą jej bratu wygodnie siedzi się na tronie. I innym niewola Yslenny jest na rękę. Zdaje się, że będzie tak cierpieć przez wieki. Ja jednak, jej najwierniejsza poddana, odkryłam tajemnicę, jak przełamać klątwę.
Nie zbliżałam się za dnia do pomnika, choć pragnęłam Yslennie wyszeptać kilka słów otuchy, otrzeć jej policzki z ptasich odchodów. Wolałam nie zwracać uwagi Czarnoksiężnika i jego sług. Łajdak pozwalał macać rzeźby do woli, ale pilnował, by nikt nie próbował ich odczarować.
Zakradłam się tam w nocy, przeskakując żywopłot, srebrny amulet na mojej szyi miał sprawić, że pozostanę niewidoczna dla magii tego miejsca. Aleje ogrodu oświetlały magiczne lampy, ale nikt ich nie pilnował.
Przemykając w mroku, jak najdalej od lamp, dotarłam do miejsca, gdzie na trawniku stał pozbawiony postumentu marmurowy posąg. Księżniczka Yslenna, naga i piękna, wystawiona na widok z każdej strony. Nawet w nocy dobrze ją widziałam, bo magiczne lampy otaczały ją ze wszystkich stron, oświetlając szlachetne ciało. Ciemność ani na moment nie okrywała jej golizny.
Z drżącym sercem weszłam w krąg światła i stanęłam przed Yslenną, z jej twarzą wykrzywioną w złości. Do czasu. Bolała mnie ilość ptasich odchodów na jej spetryfikowanych włosach, niegdyś kruczoczarnych, oraz ramionach. Planowałam i tak zaraz je zetrzeć.
Na razie zdjęłam pelerynę i rzuciłam ją na ławkę obok, stając tak, by nastroszona księżniczka mogła mi się przyjrzeć: niska elfka, rudowłosa i piegowata, z włosami związanymi w warkocz, o wydatnym podbródku, trójkątnej twarzy i oczach zielonych jak szmaragdy.
Obcisła zielona koszula uwydatniała biust, przy pasie nosiłam dwa krótkie miecze. Brązowe spodnie opinały się na moich jędrnych udach i pośladkach, na stopach miałam skórzane trzewiki.
Zbliżyłam się do pomnika, trochę wystraszona obliczem Yslenny. Ujęłam delikatnie jej ramiona, popatrzyłam w oczy.
– Księżniczko Yslenno, moja pani – przemówiłam cicho. – Wiem, że mnie słyszysz. Wiem, że czujesz i myślisz. Mam na imię Traxia, jestem twoją najwierniejszą poddaną. Przybyłam cię uwolnić.
Posąg nie odpowiedział. Cóż, nie będę wiedzieć, czy mam rację, dopóki mi się nie uda. Z pewnym wahaniem cmoknęłam białe usta księżniczki. Gdyby nie chłód, byłyby jak żywe. Pełne i kształtne, jakimi mogą pochwalić się wyłącznie elfki.
– Wybacz, pani, tę zuchwałość. Ja… – Zagryzłam wargę, jakby jej złe spojrzenie mierzyło we mnie, wściekało się, że i w nocy nie daje się jej spokoju. – Urodziłam się po tym, jak Wasza Wysokość stała się posągiem. Nie jestem arystokratką, ale słyszałam historię. Nie dała mi ona spokoju, wyruszyłam więc, by odnaleźć słowa klątwy, które oprócz was, pani, zna tylko czarnoksiężnik i nieliczni świadkowie tamtego tragicznego wydarzenia…
Posąg trwał jak trwał, ja w międzyczasie wyjęłam szmatkę, pomoczyłam przygotowaną wcześniej wodą z mydłem z bukłaka, i zaczęłam zmywać ślady po gołębich odchodach. Zajmujący się ogrodem słudzy nie dbali zbyt gorliwie o posąg.
– Byłam tu nawet kilka razy, ale bałam się podejść bliżej, musiałam być ostrożna, ale znam, znam te słowa, pani! – Uśmiechnęłam się słabo. Yslenna pozostała oczywiście niema. Przyłożyłam na moment lewą dłoń do jej piersi, jakby oczekując, że będzie tam biło serce. Miałam jedynie wrażenie dziwnego pulsowania, ale niestety, nie byłam magiczką, nie znałam się na tym.
– Na wieki pozostaniesz w marmur przemieniona, wystawiona na deszcz i wstyd, po tysiąckroć upokorzona, póki nie przyjdzie ta, co pokocha cię miłością szczerą, na szczyt rozkoszy nie wyniesie marmuru i nie odda całej siebie, byś mogła znów chodzić pośród żywych… To jest to? – spytałam, znów nie mając nadziei na odpowiedź. – Pani… Ja myślę, że to jest to. Ja jestem tą szczerą miłością, kochanką, której nie mogła Wasza Wysokość znać. Myślę… – Przełknęłam ślinę. – Że muszę was pieszczotami doprowadzić do orgazmu, by marmur zmienił się w ciało. Ja… Mam nadzieję, że Wam się podobam, pani, i wybaczcie, że robię to bez waszej zgody, ale ja muszę spróbować. Niech pani spróbuje się podniecić, a ja zrobię, co w mojej mocy.
Odetchnęłam ciężko, kończąc myć posąg, odrzuciłam bukłak i szmatkę. Miałam czas do świtu. Dygnęłam przed nią, po czym zdjęłam pas ze swoimi mieczami. I tak marna byłaby z nich broń wobec magicznych sług Czarnoksiężnika. Skrzyżowane ostrza złożyłam u jej stóp. Ucałowałam marmurowe stopy z największą czułością.
– Pani, ofiaruję wam moje ostrza. Nie jestem nikim wspaniałym, nie liczę na zaszczyty. Jeśli zdołam was uwolnić, to robię to ze szczerej miłości do was. Oraz do naszego księstwa. Waszego brata interesują jedynie uczty. Wino, jadło, kobiety… Spędziłam dwie dekady jako seksualna niewolnica na jego dworze.
Wstałam, zerkając na jej niezmienne nastroszone oblicze. Oblizałam wargi.
– Moja pani… Yslenno… Mamy czas do świtu. Mam nadzieję, że okażę się godną kochanką.
Pocałowałam znów kamienne usta, ścisnęłam piersi. Mocno, łapczywie. Były zimne i twarde, a jednak prawdziwe. Czułam się mimo wszystko dziwnie w trakcie obcowania z niemym, nieruchomym posągiem. Ale na dworze księcia zmuszona byłam do dużo gorszych czynów.
Przylgnęłam do Yslenny, chwyciłam za jej pośladki. Wcisnęłam język między jej usta, na tyle, na ile pozwalał marmur. W trakcie petryfikacji miała je lekko rozchylone, wobec tego została niewielka szczelina.
Znów czułam jakby pulsowanie w kamieniu. Nie wiedziałam, co to znaczy. Obejrzałam się jeszcze płochliwie dookoła. Ogrody trwały puste. Czarnoksiężnik był tak pewien swych zaklęć ochronnych, że nie wystawiał wartowników.
– Wasza Wysokość… Ja również powinnam się rozebrać – powiedziałam Yslennie i stanęłam tak, by mogła mnie widzieć.
Coraz bardziej wierzyłam, że księżniczka mnie widzi i czuje, że wewnątrz posągu coś się budzi. Zawstydziłam się nawet lekko, myśląc o oczach posągu.
*
Tak, tak! Piękna elficzko, właśnie ty musisz być wybranką. Nie zniosę tego więcej. Rozbieraj się, najlepiej od razu do naga!
Daleka była od wolności, ale podniecenie ożywiło jej świadomość, która przez ostatnie lata pogrążyła się w letargu. Nie było nic poza tym samym widokiem kawałka ogrodu, gołębiami z ich cuchnącymi odchodami i odwiedzającymi z natarczywymi dłońmi. Yslenna już tyle razy była obmacywana, że przestało to na niej robić wrażenie.
A jednak czułe całusy słodkiej, rudej Traxii odnowiły w niej nadzieję, a przede wszystkim namiętność.
Tylko przez pierwsze lata próbowała osiągnąć tak orgazm, podniecać się własną bezwolnością i dotykiem. Macały ją i kobiety i w każdej widziała zapowiedzianą kochankę. Aż nie straciła nadziei. I wtedy pojawiła się ta urocza elficzka. W Yslennie budziła się nowa pasja, gdy patrzyła, jak Traxia rozsznurowuje koszulę, uwalnia parę krągłych piersi.
Po raz pierwszy zapragnęła, by zmienił się wyraz twarzy jej posągu.
*
Podeszłam bliżej, już z obnażonymi piersiami. Księżniczka miała ręce wzdłuż ciała, nie miałam jak włożyć ich w jej dłonie, więc przylgnęłam do niej, tak by moje sutki otarły się o jej marmurowy biust.
– Mam mniejsze piersi od was, pani, wiem – wyszeptałam. – Powinny się wam mimo wszystko podobać. Wedle podań gustowałyście w drobnych elfkach, biorąc je sobie nieraz za kochanki… Pragnę zostać waszą kochanką, pani. Będę gotowa zostać jedną z wielu, zostanę na powrót niewolnicą na waszym dworze, tak jak służyłam pod butem waszego brata…
Podciągnęłam się do góry, sterczącymi sutkami ocierałam się o jej twarz. Nadal była zimna ale… Coś pulsowało wewnątrz. I moje sutki zaczęły sterczeć. Chwyciłam za jej krocze, pogładziłam kobiecość. Zimną i suchą, ale jednak prawdziwą. Uśmiechnęłam się do niej, już pewna, że złość na jej twarzy nie jest skierowana przeciw mnie.
– Rozbiorę się całkiem, dobrze, pani?
Cmoknęłam jej usta i przycupnęłam na ławce. Szybko rozzułam trzewiki, rozglądając się czujnie po ogrodzie. Nadal nikogo, nawet w odległej wieży nie świeciły się żadne światła. Ożyła we mnie nadzieją, wraz z nią ekscytacja i podniecenie.
Stanęłam bosa przed posągiem. Drżącymi dłońmi odpięłam guziki spodni, uśmiechając się lekko do Yslenny. Już wyobrażałam sobie, jak bierze mnie na swoją kochankę, obsypuje podarkami… Odetchnęłam głęboko.
Najpierw trzeba rozebrać się tu, pośrodku ogrodu. Nie powinno tu być żadnych strażników, a magię miał neutralizować amulet… Mimo wszystko czułam się odsłonięta. Zdobyłam się na odwagę i zsunęłam spodnie razem z majtkami, próbując nie myśleć o byciu złapaną. Stałam naga przed Yslenną, niemal jak ona, jedynie z amuletem na szyi.
– To chroni mnie przed jego czarami… – Wzdrygnęłam się na samą myśl o nim. – Podobam się Wam, pani? Pokażę się ze wszystkich stron.
Chwilę prezentowałam jej przód swojego ciała, z jędrnymi udami, pokrytymi rudym meszkiem łonem i piersiami. Yslenna pewnie od lat nie widziała innej nagiej elfki. Odwróciłam się i wypięłam pośladki w jej stronę. Złapałam za nie i rozszerzyłam, ukazując obie dziurki.
Czułam, że nie będzie drugiej szansy. Zakręciłam pupą do muzyki w mojej głowie. Podobno księżniczka kazała swoim kochankom tańczyć na golasa. Miały też klęczeć przy jej tronie, również bez ubrań, jeść z jej ręki, a także być bite rózgą za byle przewinienia.
Jej brat bywał jeszcze bardziej brutalny, o czym nieraz przekonałam się na własnej skórze.
Dopadłam do posągu, wpiłam znów w jej usta. Ocierałam się o marmur, szepcząc o tych wszystkich rzeczach na jej ucho. Zapewniałam, że będzie mogła to ze mną robić, że po powrocie znów zasiądzie na tronie i będzie miała tyle kochanek, ile zapragnie…
– Będę twoją dziwką! – szeptałam. – Choćbyś mi kazała tańczyć gołej na stole przy całym dworze i batożyła codziennie! Jestem wasza, pani!
Ujęłam udami jej prawą dłoń. Jęknęłam, ocierając się o zimne marmurowe palce swoją kobiecością. Jednocześnie chwyciłam za kobiecość księżniczki, usiłując palcami przebić kamień, wepchnąć je w kamienny srom.
Czułam, jak Yslenna pulsuje, jakby wewnątrz tkwiło stado szerszeni. Zdało mi się, że wygładziły się rysy jej twarzy. Nie miałam wątpliwości, że moje starania przynoszą skutek. Udało mi zagłębić jej palce w sobie. Choć nadal sztywne, już nie były takie zimne.
– Będę jeść z twojej ręki. Choćby resztki z waszego stołu. Cokolwiek, nawet to, co wydalisz.
W przypływie podniecenia przeszłam od drugiej strony. Uklękłam i bez wahania włożyłam nos między idealne pośladki. Odnalazłam jej odbyt. Żaden prawdziwy posąg nie mógł być tak szczegółowy. Mój język zaczął po nim jeździć z szaleńczym oddaniem.
*
Śliczna elficzko, ty nie będziesz moją niewolnicą. Uczynię cię moją pierwszą kochanką, a potem żoną. Będziemy wspólnie rządzić. Ukarzemy Czarnoksiężnika i mojego krnąbrnego brata.
Całe ciało księżniczki Yslenny przeszywały niesamowite wibracje. Czuła się tak tylko raz: kiedy została spetryfikowana za znieważenie Czarnoksiężnika. Dlatego rozumiała, że nadszedł czas, by w końcu uwolnić się od klątwy.
Wibracjom towarzyszyło niesamowite podniecenie. Ruda Traxia językiem wylizywała jej odbyt, wodząc nim w szaleńczym tempie między jej pośladkami. Marmur robił się gładki i Yslenna była pewna, że zaraz zdoła się poruszyć.
*
Czułam ciepły tyłek. Tyłek, który… nie był z marmuru.
– Och, tak! – krzyknęła Yslenna, dobywając głosu po raz pierwszy od wielu lat.
– Pani, Wy…
Cofnęłam głowę, w uwielbieniu spoglądając na nagą elfkę z kruczoczarnymi włosami. Obróciła twarz w moją stronę. Już nie wykrzywiała jej złość.
– Wynagrodzę cię po stokroć, Traxio. Ale najpierw… Dokończ, co zaczęłaś. Moje kości są lodowate. Musisz dokończyć zdejmowanie klątwy.
Najchętniej okryłabym Yslennę swoim płaszczem i uciekła z nią z ogrodów Czarnoksiężnika, ale księżniczka miała rację. Pozostało mi podprowadzić ją do orgazmu. Nadal klęczałam za nią. Yslenna chwyciła ręką moje rude włosy i docisnęła z powrotem do swoich pośladków. Lizałam bez opamiętania jej obie dziury. Jedną ręką ściskałam jej udo, drugą onanizowałam się.
– Tak, tak, TAAAK! – zawyła Yslenna przeciągle, doznając upragnionego orgazmu.
Nie liczyło, że narobiłyśmy hałasu. Księżniczka była wolna, a mnie czekały zaszczyty. Nie spieszyłam się więc ze wstawaniem, zlizywałam jeszcze soki z muszelki, smakując ich z rozkoszą. Jednocześnie pieściłam własną waginę. Yslenna wciąż trzymała mnie za włosy, drugą dłonią chyba miętosiła własną pierś.
I wtedy zalało nas fioletowe światło.
Ciało ogarnęły wibracje. Chciałam rzucić się do ucieczki, oderwać od tyłka Yslenny, cokolwiek… Ale nagle zamarłam. Nie potrafiłam kiwnąć choćby palcem. Nie, nie, nie, wyłam w myślach, bo nie byłam zdolna do krzyku. Język tkwił między wargami sromowy księżniczki.
– Brawo, księżniczko, wreszcie się uwolniłaś – rozległ się perfidny, skrzekliwy głos.
Wcale tak nie było. Yslenna – jej pośladki, dłoń na moich włosach, jej udo, które ściskałam – wszystko na powrót zamieniło się w kamień. Razem ze mną.
– Niestety, twoja zbawicielka włamała się bezczelnie do moich ogrodów – ciągnął Czarnoksiężnik. – Musi ponieść karę.
Jego but znalazł się na moich plecach. Zadrżałam z poniżenia. Końcem różdżki ściągnął amulet, mający chronić przed jego magią. Mężczyzna westchnął cicho. Zdjął ze mnie nogę i przeszedł z drugiej strony, do nieszczęsnej księżniczki, która cieszyła się wolnością niecałą minutę.
– Powinienem cię puścić wolno, droga Yslenno. Niestety jesteś związana ze swoją kochanicą i nie mogę was rozdzielić. Nie wiem zresztą, czy chciałabyś wrócić do swojego księstwa. Twój brat znalazłby sposób, żeby i z ciebie zrobić swoją seksualną niewolnicę… Och, tak! Nie pogardziłby własną siostrą! Ale nie uczynię mu tej przyjemności. Sądzę, że będziesz się tu świetnie bawić. Zostawię tak was na… parę lat.
Przebiegł dłonią po bezradnym ciele Yslenny. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że czuję to na własnej skórze.
Traxia?, usłyszałam we własnej głowie.
Wasza Wysokość… Przepraszam, nie wiedziałam…
Nie przejmuj się, kochana. Kiedyś nas wypuści. Tymczasem… nie ukrywam, że cieszy mnie ta odmiana.
*
Mijały dni, miesiące, mijały lata. Czarnoksiężnik przeniósł naszą rzeźbę na centralny plac, gdzie codziennie obmacywały ją tysiące gości. Każdego intrygowały dwie marmurowe elfki, jedna na klęczkach, robiąca sobie dobrze palcami i tkwiąca z nosem pośladkach drugiej, która trzymała ją za włosy oraz pieściła własną pierś. Zaklęte w wiecznej ekstazie.
Z Yslenną porozumiewałyśmy się myślami. Odczuwałyśmy własne podniecenie, planowałyśmy, co zrobimy, gdy wreszcie się uwolnimy. Na razie jednak czekały na nas niezliczone wścibskie dłonie, obmacujące nasze obnażone, zamrożone w marmurze ciała.
Jeśli o mnie chodzi, to możemy tak tkwić jeszcze wieki.
Leave a Reply