Godzina za duzo

Niebo było ciemniejsze niż zwykle, a deszcz rozmywał światła lotniska.  

Lot do Mediolanu — odwołany. Przepadł jak reszta moich planów. Czekała mnie noc w lotniskowym hotelu, szarym molochu ze szkła i plastiku, który pachniał klimatyzacją i zmęczeniem podróżnych.  

Nie planowałem tej przerwy. Nie planowałem Jej.  

Zobaczyłem ją przy recepcji. Miała duży, miękki szal przewieszony przez ramię i włosy związane w luźny kok,
z którego wymykało się kilka kosmyków. Jej głos był spokojny, ale zmęczony, trochę zachrypnięty — jakby od długiej rozmowy albo śmiechu.  

Nie wyglądała na typową turystkę. Raczej jak ktoś, kto wie, jak wygląda samotność w podróży.  

Spojrzała na mnie na chwilę. Krótkie, celowe spojrzenie. Jakby chciała upewnić się, że zauważyłem, że ona zauważyła mnie.  

Odebrałem swój klucz. Pokój 411.  

Winda była powolna. Przypadek sprawił, że staliśmy w niej razem.  

— Też utknąłeś? — powiedziała, uśmiechając się krótko.  

— Na własne życzenie — odpowiedziałem. — A może los pomyślał, że trzeba mi coś pokazać.  

Zaśmiała się. Cicho, ale szczerze.  

Jej pokój był naprzeciwko mojego. 410. Drzwi zatrzasnęły się jednocześnie.  

Nie minęło nawet piętnaście minut, gdy usłyszałem delikatne pukanie. Otworzyłem. Stała boso, w za dużej bluzie, bez makijażu, z dwiema minibutelkami whisky z minibaru.  

— Nie lubię pić sama — powiedziała.  

Nie powiedziałem ani słowa. Tylko się odsunąłem.  

Usiadła na łóżku, podała mi jedną z butelek. Usiadłem obok, nie za blisko. Jeszcze nie.  

— Mam na imię Sylwia — powiedziała po pierwszym łyku.  

— Szymon.  

Nie pytaliśmy o więcej. To nie była noc na życiowe opowieści. To była noc… przypadkowa. I przez to – prawdziwa.  

Rozmawialiśmy o bzdurach. O lotach. O filmach w samolotach. O tym, jak dziwnie pachnie pościel w hotelach.  

A potem zamilkliśmy.  

Sylwia odwróciła się lekko i spojrzała mi w oczy. Jej twarz była blisko. Czułem zapach whisky zmieszany z lawendą szamponu.  

— Znasz ten moment, kiedy wiesz, że coś się wydarzy, ale nie wiesz jeszcze jak bardzo? — zapytała cicho.  

— Teraz? — odpowiedziałem pytaniem.  

— Teraz — skinęła głową.  

Pocałowała mnie. Bez nerwów. Powoli. Z przekonaniem.  

Jej dłonie wsunęły się pod mój T-shirt, badając napięcie mięśni, jakby chciała wiedzieć, czy też jestem spięty tak samo jak ona. Podniosłem ją delikatnie i usiadłem wyżej na łóżku, sadzając ją okrakiem na moich udach.  

Jej ciało dopasowało się do mojego, idealnie. Każdy ruch, każde przesunięcie bioder, każdy oddech w moim uchu podsycał coś, co zaczynało się we mnie rozpalać już w windzie.  

Zsunąłem z niej bluzę. Pod spodem była naga. Piersi miała miękkie, idealnie ciepłe, reagujące na każdy mój dotyk. Usta rozchyliły się, kiedy musnąłem językiem jej sutki.  

— Nie śpiesz się — szepnęła.  

I się nie śpieszyłem.  

Byliśmy dla siebie tylko teraz. Ciała odkrywały się z każdą minutą bardziej, jakby chciały nadrobić cały brak czułości z ostatnich lat.  

Zsunęła ze mnie spodnie, a potem bieliznę. Przesunęła się lekko niżej, z uśmiechem i pewnością. Jej język był ciepły, miękki, dokładny. Czułem, jak tracę zmysły, ale jeszcze nie pozwoliłem sobie puścić kontroli.  

Podniosłem ją znów ku sobie, odwróciłem, położyłem na plecach.  

Jej uda rozchyliły się, jakby czekały na ten moment od dawna.  

Wszedłem w nią powoli. A ona wplotła palce w moje włosy i przymknęła oczy.  

— Właśnie tak — wyszeptała. — Tak chcę zostać zapamiętana.  

Poruszaliśmy się razem, coraz szybciej, potem znów wolniej. Graliśmy na jednym instrumencie. I oboje znaliśmy melodię.  

Kiedy doszliśmy — razem — cisza była pełna. Nie musieliśmy mówić nic. Ciała wszystko powiedziały za nas.  

Sylwia uniosła się lekko, spojrzała na mnie z tym swoim nieodgadnionym uśmiechem.  

— Nie lubię zasypiać, kiedy jestem spocona — mruknęła.

— Chodź razem ze mną pod prysznic.  

Pociągnęła mnie za rękę, wstała naga i bezwstydnie przeszła do łazienki. Szklane drzwi kabiny zaparowały od razu, a dźwięk spływającej wody odbił się echem od kafelków.  

Dołączyłem do niej po chwili.  

Stała odwrócona tyłem, z wodą spływającą po plecach, aż po krągłe pośladki. Jej mokre włosy przykleiły się do karku. Moje dłonie objęły ją w talii, a usta zaczęły pieścić szyję.  

Oparła się dłońmi o ścianę. Oddech jej przyspieszył natychmiast.  

— Jeszcze nie miałam cię tak… — szepnęła.  

Wsunąłem dłoń między jej uda. Była gotowa. Nawet bardziej niż wcześniej. I wilgotna nie tylko od wody.  

Pochyliłem się, całując ją między łopatkami, jednocześnie wchodząc w nią od tyłu — powoli, ale pewnie. Jej jęk odbił się od ścian łazienki jak muzyka.  

Złapałem ją za biodra, prowadząc nasze ruchy. Woda oblewała nas oboje — jej piersi, moje uda, nasze splecione ciała.  

Sylwia podniosła głowę, zamknęła oczy. Kołysała biodrami w rytmie, który sam narzucałem. Czułem, jak jej ciało drży — cicho, intensywnie, bez potrzeby krzyku.  

— Tak… właśnie tak — wyjęczała cicho, opierając czoło o szkło.  

Miałem nad nią pełną kontrolę. Ale to ona dyktowała emocje.  

Zbliżaliśmy się do końca, czując siebie do granic. Jej wnętrze ściskało mnie mocniej z każdym ruchem. Woda przestała istnieć. Czas również.  

Kiedy doszliśmy razem, nie było nic prócz ciszy, z której wypływała ulga. Prawdziwa. Głęboka.  

Sylwia odwróciła się, spojrzała mi w oczy, oparła głowę na moim ramieniu.  

— Teraz mogę spać — powiedziała cicho.  

Otuliła się ręcznikiem, pocałowała mnie jeszcze raz — dłużej, czulej niż wcześniej.  

Zasnęła wtulona we mnie. A ja nie wiedziałem, czy to był sen, czy przypadek. Czy prezent od losu, czy kara za to, że zawsze chcę więcej.  

Rano — już jej nie było.  

Na szafce leżała karteczka:  

„Lepiej zapamiętać jedną godzinę za dużo — niż całe życie za mało.”
Sylwia

I nic więcej.  

Wyszedłem z hotelu jak ktoś, kto był w innym świecie.  

Od tamtej nocy… nie piję whisky.  
Bo zawsze smakuje jak ona.

Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

James_

Comments

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *