Nasz pierwszy raz cz. 2

Przetarliśmy brzuchy i klatki chusteczkami, śmiejąc się cicho z tego lepkiego bałaganu, który zrobiliśmy. Ale nawet po tym, gdy już byliśmy czyści, nie przestaliśmy się dotykać. Wtuliliśmy się w siebie, moje ramię pod jego głową, jego dłoń na mojej klatce piersiowej. Nasze nogi wciąż splątane, skóra przy skórze. Zapach naszego seksu i potu unosił się w powietrzu, mieszając się z zapachem pościeli i naszych ciał.

– Jesteś niesamowity – wyszeptał Michał, jego usta muskały moje obojczyk. Jego palce rysowały leniwe wzorki na moim boku.

– Ty jesteś niesamowity – odparłem, odwzajemniając pieszczotę, przesuwając dłoń w dół po jego gładkim plecach, aż do miękkiego zakończenia kręgosłupa, gdzie zaczynała się jego piękna, jędrna pupa.

Dotykanie go, całkowicie nagiego, po tym wszystkim, co się stało… to była czysta rozkosz. Uczucie absolutnego zaufania, bliskości i przynależności.

Pocałunki były powolne, głębokie, pełne czułości, bez pośpiechu. Badaliśmy nawzajem swoje usta, języki, zęby. Moja dłoń wędrowała po jego ramionach, klatce piersiowej, brzuchu. Dotykałem delikatnie jego sutków, czując, jak stają twarde pod moimi opuszkami, wywołując u niego ciche jęki. Głaskałem jego uda, wewnętrzną stronę, gdzie skóra była najdelikatniejsza. Każdy nowy centymetr jego ciała był odkryciem, każdy dreszcz, jaki wywoływałem moim dotykiem, napełniał mnie dumą i jeszcze większym pożądaniem.

Nie wiem jak długo trwały te nasze pieszczoty i pocałunki, ale trwało to na tyle długo, że nasze penisy zaczęły wracać do życia.  Najpierw poczułem, jak jego kutas, miękko spoczywający na moim udzie, zaczyna nabierać twardości. Prawie w tym samym momencie mój własny fiut, ułożony między naszymi brzuchami, odpowiedział tym samym. Podniecenie, podsycane każdym pocałunkiem, każdym dotykiem, każdym wspomnieniem tego, co przed chwilą przeżyliśmy.

– Chcę… znów. Chcę go mieć w ustach. – Moja dłoń zsunęła się niżej, obejmując jego już w połowie twardego kutasa. Delikatnie go masując, czułem, jak rośnie, wypełniając moją dłoń, stając się twardy i gorący.

– Dobrze – odparł.

To było zaproszenie. Zacząłem schodzić w dół jego ciała. Całowałem jego szyję, wgłębienie między obojczykami, każdy z sutków, zatrzymując się dłużej, by ssać i delikatnie gryźć, wywołując u niego głośniejsze jęki i drżenie ciała. Moje usta wędrowały dalej, wzdłuż linii żeber, po płaskim brzuchu, badając miękkie zagłębienie pępka. Całowałem jego biodra, wewnętrzną stronę ud, gdzie skóra była aksamitna i niezwykle wrażliwa. On wił się pod moimi pocałunkami, stękał, jego palce wczepiły się w prześcieradło.

I wreszcie dotarłem tam. Do podstawy jego teraz już w pełni twardego, pięknego kutasa. Uniósł biodra, jakby błagając o więcej. Złożyłem delikatny pocałunek na samej nasadzie, tuż nad workiem mosznowym, czując, jak drży. Potem kolejny, nieco wyżej. I jeszcze jeden, na samym trzonie. Wreszcie, bez pośpiechu, objąłem wargami jego główkę. Tym razem nie było zaskoczenia, tylko głęboki jęk rozkoszy.

Smakował nieco inaczej niż za pierwszym razem. Delikatnie słonawy, znajomy posmak spermy i potu zmieszał się z czystym smakiem jego skóry. To były resztki jego wcześniejszego wytrysku, ślady naszej namiętności sprzed chwili. Ten intymny, jego smak nie był nieprzyjemny – wręcz przeciwnie, działał jak podkręcenie gazu w moim podnieceniu. Potęgował uczucie bliskości, fizycznego połączenia. Ssałem mocniej, głębiej, chcąc wydobyć więcej tego smaku, który był esencją jego rozkoszy.

Tym razem moje oralne pieszczoty trwały dużo dłużej niż za pierwszym razem. Po dwóch orgazmach, jakie już dzisiaj przeżył, jego ciało potrzebowało więcej czasu. Nie spieszyłem się. Rozkoszowałem się każdą chwilą. Jego kutas był twardy jak stal, ale aksamitnie gładki na języku. Obejmowałem go ustami, wciągałem głęboko, pozwalając sobie poczuć każdy centymetr – pulsujące żyły, kształt żołędzia, wrażliwe wędzidełko. Mój język pracował z precyzją i uwagą.

– Czuję… że zaraz… znów… – Wyjęczał po kilku minutach mojej zabawy z jego sprzętem.  

Uśmiechnąłem się wewnętrznie, ale nie zwolniłem. Moim pragnieniem było, by znowu doszedł w moich ustach, chciałem znowu poczuć jak moje usta wypełnia nasienie mojego ukochanego chłopaka. Tak też się stało, Michał wygiął się w rozkoszy a moje usta ponownie wypełniła, znajoma już, ciepła wydzielina. Połykałem nie przerywając obciągania.   

Gdy jego ostatnie drżenie rozkoszy ucichło, a moje usta uwolniły jego wilgotnego, pulsującego kutasa, Michał leżał przede mną całkowicie rozluźniony, oddychając głęboko, z zamkniętymi oczami i lekkim uśmiechem na ustach. Położyłem głowę na jego brzuchu, słuchając bicia jego serca, które powoli wracało do normy. Czułem się spełniony, że dałem mu tyle przyjemności, ale w mojej głowie i ciele buzowała już nowa, głębsza potrzeba. Podniosłem się, by położyć obok niego. Jego oczy otworzyły się, niebieskie i spokojne.

– Kochanie… – zacząłem cicho, głaszcząc jego policzek.

– Jest… jest coś jeszcze. Coś, czego bardzo pragnę. Ale tylko, jeśli ty też będziesz chciał. I tylko, jeśli będziesz gotowy.

Spojrzał na mnie uważnie, wyczuwając powagę w moim głosie.

– Co?

– Chcę… chcę wejść w ciebie – wyznałem, czując, jak krew napływa mi do twarzy, ale utrzymując kontakt wzrokowy.

Jego oczy rozszerzyły się nieznacznie. Widziałem błyskawiczny przelot myśli: fascynację, ciekawość, ale też lęk.

– W… w dupę? – zapytał cicho.

– Boję się… że to może boleć? Słyszałem, że…

– Pewnie tak – przyznałem szczerze.

– Ale obiecuję, że będę bardzo, bardzo powolny. I delikatny. A przede wszystkim… jeśli w jakimkolwiek momencie zechcesz przestać, powiesz ‘stop’, to ja natychmiast się zatrzymam. Natychmiast, Michał. Twoje ‘nie’ albo ‘stop’ to dla mnie świętość. Obiecuję. – Moje spojrzenie było poważne, pełne determinacji, by go nie skrzywdzić.

Michał patrzył na mnie długo, w milczeniu. Widziałem, jak waży moje słowa, jak mierzy się ze swoim strachem i ciekawością. W końcu wziął głęboki oddech i kiwnął głową, niepewnie, ale stanowczo.

– Okej” – wyszeptał.

– Ufam ci. Chcę… chcę spróbować. Z tobą.

Ulga i wdzięczność, które poczułem, były ogromne. Pocałowałem go mocno.

– Dziękuję ci. Będę delikatny. Obiecuję.

 Wiedziałem, że kluczem jest maksymalne rozluźnienie i przygotowanie. Pomogłem mu się położyć na brzuchu, podkładając poduszkę pod biodra, by jego pośladki były uniesione i dostępne. Sam ukląkłem między jego rozchylonymi nogami. Widok jego nagich, jędrnych pośladków i ukrytego między nimi ciemnego, różowego oczka był nieziemsko podniecający, ale też nakładał na mnie ogromną odpowiedzialność.

– Zrelaksuj się – szepnąłem, kładąc dłonie na jego pośladkach, delikatnie je rozchylając.

– Najpierw… najpierw cię pocałuję. Tam.

Pochyliłem się. Pierwszy pocałunek złożyłem nie na pośladku, ale na dolnej części jego pleców, tuż nad szczeliną. Czułem, jak drgnął. Potem kolejny pocałunek, niżej. I jeszcze niżej. Wreszcie moje usta dotknęły miękkiej skóry tuż przy jego odbycie. Słyszałem jego ostry wdech.

– Kamil…! – wydusił, ale nie protestował. Jego mięśnie były napięte.

– Rozluźnij się – mruknąłem, a potem… działałem.

Mój język, płaski i wilgotny, powiódł szerokim ruchem wzdłuż jego szczeliny, od góry do dołu, omiatając wrażliwą skórę wokół samego wejścia. Michał wydał cichy jęk, a jego ciało lekko zadrżało.

Powtórzyłem ruch, wolniej, bardziej świadomie, skupiając się na samym zewnętrznym pierścieniu mięśni. Był niesamowicie miękki i gorący. Czułem jego zapach – intymny, czysty, zmieszany z naszym potem. Zacząłem okrążać językiem samo wejście, delikatnymi, pulsującymi ruchami, naciskając, ale nie próbując jeszcze wnikać. Słyszałem, jak jego oddech przyspiesza, jak jęczy cicho w poduszkę. Jego mięśnie powoli, powoli zaczynały się rozluźniać pod wpływem tej niezwykle intymnej pieszczoty.

Zwiększyłem nacisk. Mój język stał się bardziej punktowy, bardziej natarczywy. Zacząłem lizać bezpośrednio wokół samego, ciasnego otworu, rozgrzewając i nawilżając go. W końcu, gdy poczułem, że jego ciało jest bardziej podatne, język wślizgnął się do środka. Tylko na centymetr, może dwa. Ciepło, ciasnota, niesamowita intymność tego miejsca… Michał wydał głęboki, drżący jęk i wbił palce w prześcieradło. Pracowałem językiem, delikatnie penetrując, masując wewnętrzne mięśnie, przygotowując je na coś większego.

Gdy uznałem, że jest gotowy, odsunąłem twarz od jego dupci. Nawilżyłem śliną  swojego twardego jak skała fiuta, który aż pulsował z niecierpliwości. Moje serce waliło jak młot.

Ukląkłem między jego nogami, uniosłem jego biodra wyżej. Jego rozchylone pośladki odsłaniały rozluźnione, wilgotne wejście.

– Jesteś gotowy? – spytałem, głos mi drżał.

– Tak… – odparł, odwracając głowę, by spojrzeć mi w oczy. Jego spojrzenie było pełne zaufania.

Powoli, z najwyższą ostrożnością, jaką kiedykolwiek okazałem, przyłożyłem czubek swojego penisa do jego wejścia. Nacisnąłem bardzo delikatnie. Poczułem opór, ale mniejszy niż przy palcu.

– Oddychaj, rozluźnij się – Szepnąłem

Wykonał głęboki wdech i wydech. I wtedy, w tym momencie rozluźnienia, czubek mojego kutasa przeskoczył przez zewnętrzny pierścień mięśni i znalazł się w środku. Ciasnota i gorąco, które mnie otoczyły, były nie do opisania. Niesamowite. Michał wydał ostry, zduszony jęk.

– Boli? – zapytałem natychmiast, zatrzymując się, choć każda komórka mojego ciała krzyczała, by pchać głębiej.

– Tak… ale… nie przerywaj – wyjąkał, oddychając szybko.

To był najtrudniejszy moment w moim życiu. Powstrzymać instynkt, by zanurzyć się w tym rajskim uścisku. Posuwałem się milimetr po milimetrze, dając mu czas na przyzwyczajenie się do każdego fragmentu mojej długości. Słuchałem każdego jego oddechu, każdego stęku. Czułem, jak jego wewnętrzne mięśnie kurczą się i rozluźniają wokół mnie.

– Wszystko w porządku? – pytałem, co kilka centymetrów.

– Tak… tak

– Jesteś taki ciasny… – wyszeptałem, zachwycony tym, jak jego ciało obejmowało mnie. Ciasnota jego dupy była niesamowita, każdy ruch sprawiał, że czułem się jakbym był wtapiany w niego, jakby nasze ciała były stworzone do tego, by być razem.

Kiedy byłem już w nim całkowicie, zatrzymałem się, pozwalając mu odetchnąć. Jego dłoń sięgnęła do mojej, splatając nasze palce w ciasnym uścisku. Następnie zacząłem się poruszać, powoli, rytmicznie, jakbyśmy tańczyli do muzyki, której nikt inny nie słyszał.
Każdy ruch był uważny, pełen troski o jego reakcje. Gdy jego oddech przyspieszał, zwalniałem, pozwalając mu nadążyć. Gdy jego mięśnie napinały się, zatrzymywałem się, czekając, aż znów się rozluźnią. Później wsuwałem się głębiej, wycofywałem się nieco dalej, znajdując rytm.

W końcu poczułem, jak napięcie w moim ciele osiąga punkt kulminacyjny. Czułem, jak fala rozkoszy przepływa przez mnie, od stóp do głów, jakbym tracił kontrolę nad każdym mięśniem. Moje ruchy stały się szybsze, bardziej intensywne, a ja poczułem, jak moje ciało przygotowuje się do finału.
Zaciągnąłem go mocno do siebie, wbijając się w niego głęboko, mocno, i pozwoliłem, by fala orgazmu, potężniejsza niż wszystkie poprzednie, zmiotła mnie z powierzchni ziemi. Wydałem ryk, wytryskując głęboko w jego ciepłe, ciasne wnętrze, czując jednocześnie, jak jego ciało drga pod moim.

Gdy z niego wyszedłem położyłem się obok niego przytulając go.

Leżeliśmy tak przez jakiś czas, nieruchomi, oddychając w tym samym ciężkim rytmie. Moje serce waliło jak młot, jego podobnie.

– Kochanie… – wyszeptałem w końcu, głos miałem zduszony, ochrypły od krzyków. Moje usta przywarły do jego spoconego czoła, składając tam delikatny, drżący pocałunek.

– Wszystko… w porządku? Nie bolało… za bardzo?
Jego oczy były przymknięte, usta rozchylone, na policzkach wciąż płonął rumieniec. Po chwili otworzył oczy – niebieskie, pełne zmęczenia, ale i niezgłębionego spokoju.

– Trochę… na początku – przyznał szczerze, jego głos był cichy

– Ale potem… potem… Fakt,  że tobie było dobrze i to, że byłeś we mnie, że byliśmy połączeni. To wszystko sprawiało, że mimo bólu chciałem by to trwało.

Ulgę i falę czułości, które we mnie zalały, trudno było opisać. Przytuliłem go mocniej.

– Kocham cię  – wyjąkałem, czując, jak łzy napływają mi do oczu.

– Tak bardzo, Michał. Dziękuję ci. Za zaufanie. Za… za to, że jesteś.

– Ja ciebie też kocham – Pocałował mnie – powoli, głęboko, pieszczotliwie. Pocałunek smakował solą naszego potu, słodyczą naszego zmęczenia i nieskończoną czułością.

Leżeliśmy tak, przytuleni, całując się leniwie, bez pośpiechu, wymieniając ciche słowa miłości i podziwu. Moje dłonie wędrowały po jego plecach, czując każdy kręg, każdą bliznę po młodzieńczym trądziku, każdy centymetr tej cudownej skóry, która teraz była moja do odkrywania. Jego dłonie błądziły po mojej klatce piersiowej, ramionach, szyi. Byliśmy nadzy, lepcy, zmęczeni, ale absolutnie szczęśliwi.

W końcu zapadła cisza, słodka i ciężka od emocji i fizycznego wyczerpania. Czułem, jak jego oddech stopniowo się wyrównuje, jak ciało wiotczeje w moich ramionach. Słońce, które wcześniej tak pięknie oświetlało naszą miłość, teraz kładło się na nas ciepłymi, popołudniowymi plamami. Zmęczenie po emocjach i fizycznym wysiłku aktu zaczynało brać górę.

I tak zasnął. W moich ramionach. Nagi, ufny, całkowicie oddany. Jego oddech był miarowy i ciepły na mojej szyi. Patrzyłem na niego – na jego rozchylone usta, długie rzęsy rzucające cienie na policzki, rozczochrane jasne włosy – i czułem, jak coś w mojej piersi rozkwita. Miłość. Ochrona. Odpowiedzialność. I niezniszczalna pewność, że to, co między nami, było najprawdziwszym i najcenniejszym skarbem, jaki mogłem kiedykolwiek zdobyć. W moim łóżku, z moim Michałem bezpiecznie śpiącym na moim sercu, świat był doskonały. I wiedziałem, że zrobimy wszystko, by chronić tę doskonałość, bez względu na to, co przyniesie przyszłość.

Czas płynął nieubłaganie. Cień za oknem wydłużał się, a złote popołudnie zmieniało w ciepły, purpurowy zmierzch. Michał spał w moich ramionach głęboko, spokojnie, jego oddech miarowy na mojej skórze. Każda minuta była skarbem, każdy uderzenie jego serca przy moim – błogosławieństwem. Ale wiedziałem, co nadchodzi. Rodzice. Powrót. Koniec naszej bańki.

– Michał… – szepnąłem delikatnie, gładząc jego policzek.

– Mich… musimy wstawać.
Jego niebieskie oczy otworzyły się powoli, mgliste ze snu. Przez chwilę wyglądał na zagubionego, ale gdy zobaczył moją twarz, uśmiechnął się, ten słodki, nieśmiały uśmiech, który kochałem nad życie. Przytulił się mocniej.
– Nie chcę… – zamamrotał, chowając twarz na mojej szyi.

– Jeszcze chwilę. Tylko chwilę.
– Wiem, kochanie. Ja też nie chcę. – Przyciągnąłem go, całując w czoło, w nos, w usta. Każdy pocałunek był gorzki, bo wiedziałem, że to ostatnie dzisiejszego dnia.

Wstanie z łóżka było fizycznym bólem. Oderwanie mojej skóry od jego, pomoc mu w ubraniu, gdy był jeszcze rozleniwiony i lekko obolały.  Patrzyłem, jak poprawia koszulkę, jak naciąga jeansy, jak jego palce drżą lekko przy pasku.

Gdy stanął w przedpokoju, gotowy do wyjścia, nie mogłem się powstrzymać. Przyciągnąłem go do siebie ostatni raz, przygwoździłem do drzwi i zanurzyłem się w pocałunku, który był pełen rozpaczy, pożądania i obietnicy. Jego ręce wpiły się w moje włosy, odpowiadając z równą intensywnością.

Wtedy Michał spojrzał na mnie, a w jego oczach pojawiła się dziwna zaduma.

– Wiesz… czasem o tym myślę. O tamtej imprezie  Bartka. – Zawahał się.

– Miałem wtedy iść do Tomka. Kolegi z klasy. Gdybym poszedł… to byśmy się… to by się nie wydarzyło. Nie pocałowałbyś mnie w kuchni. Nie byłoby… tego wszystkiego – Wzruszył ramionami, jakby sam był zdziwiony tą myślą.
Zamarłem. Potem złapałem go za ramiona, może trochę za mocno, patrząc mu prosto w oczy.

– Nie. Nie mów tak  – Mój głos był ostrzejszy, niż zamierzałem.

– To nie był przypadek, Michał. To nie była… kwestia tego, czy byłeś w kuchni, czy nie – Pociągnąłem go z powrotem do siebie, obejmując.

– Prędzej czy później i tak bym cię zobaczył. Naprawdę zobaczył. Tak jak teraz. I zakochałbym się. Tak samo mocno. Tylko… może trochę później. Ale na pewno by się stało. Jesteś… nie do przeoczenia.
Uśmiechnął się, a w jego oczach pojawiły się łzy. Łzy ulgi? Szczęścia?

– Głupi jesteś – wyszeptał, przytulając się mocno.

– Ale kocham cię za to.
– Ja ciebie też. Idź już  – Otworzyłem drzwi, zerkając na pustąklatkę schodową.

– Do zobaczenia wkrótce.
– Do zobaczenia, Kamil – Wyszedł, rzucając mi ostatnie, pełne tęsknoty spojrzenie, zanim zniknął.

Drzwi zamknęły się z cichym kliknięciem. Samotność, która nagle wypełniła mieszkanie, była głośniejsza niż wszystkie nasze jęki i śmiechy z całego dnia. Oparłem się czołem o chłodne drewno drzwi. Miał rację. Gdyby nie impreza… Ale ja też miałem rację. To musiało się stać. On i ja. Jak siła wyższa.

Epilog

Pół roku. Pół roku ukrywania się, kłamstw, krótkich spotkań za garażami, wymyków do pustych pokoi, szeptów pełnych miłości i strachu. Pół roku życia w dwóch światach. W końcu nie wytrzymaliśmy. Miłość była silniejsza niż strach. Postanowiliśmy powiedzieć prawdę.
Rodzice Michała przyjęli to… źle. Ojciec milczał. Matka płakała – cicho, ale uparcie i  mówiąc ciągle, że to choroba. Ale byli dobrymi ludźmi. Po tygodniach napiętej ciszy, po cichych rozmowach, po tym, jak widzieli, że Michał jest szczęśliwszy niż kiedykolwiek (choć ukradkiem), zaczęli powoli akceptować. Nie entuzjastycznie, nie bez oporów, ale przestali udawać, że nie widzą. Pozwalali mu przychodzić do mnie. To było coś.

Natomiast moi rodzice mnie zaskoczyli. Nie obyło się bez trudnych rozmów, ale koniec końców zaakceptowali nasz związek i nawet nas wspierali.

Bartek… Bartek nie wybaczył. Był pełny zdrady, gniewu i obrzydzenia, którego nie potrafił (albo nie chciał) ukryć. Przyjaźń, która przetrwała naprawdę wiele – pękła jak cienki lód. Strata brata (bo takim był dla mnie Bartek) była raną, która długo się goiła.

Mimo wszystko… byliśmy razem. Prawdziwi. Nie musieliśmy już chować się w ciemnych kątach. Mogliśmy trzymać się za ręce w moim domu. Mogliśmy całować w drzwiach pokoju, gdy rodzice udawali, że nie widzą. Przetrwaliśmy, pierwsze dorosłe decyzje, presję świata.

Kochaliśmy się intensywnie, namiętnie, czasem desperacko, przez trzy piękne, trudne, kształtujące lata. Nasza miłość była jak żywioł – potrafiła ogrzać do białości i spalić do fundamentów. Uczyliśmy się siebie, życia, dorosłości… razem.

Rozstaliśmy się w burzliwych okolicznościach. Nie z braku miłości, ale przez zdarzenia, których można było uniknąć, których ja mogłem uniknąć.  To bolesne, skomplikowane zakończenie… to już jednak temat na inną historię. Historię nie mniej prawdziwą, nie mniej intensywną, ale zupełnie inną od tej pierwszej, czystej miłości, która zaczęła się od pocałunku w kuchni.

 Bez względu na to, co przyniosło życie później, Michał na zawsze będzie moją pierwszą, prawdziwą, szaloną i największą miłością. A ta sobota kiedy przeżyliśmy nasz pierwszy raz – jednym z najlepszych dni mojego życia.

KONIEC.

 

Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

Han Solo

Ostatnia część opowiadani. 

Mam nadzieję, że się podobało.

Zapraszam do komentowania. 

Comments

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *