Ubrana wyłącznie w szlafrok stałam pośrodku szklarni, przyglądając się wszystkim zgromadzonym z rosnącym niepokojem w sercu. Nie mogłam uwierzyć, że to się dzieje naprawdę… Starałam się nie spoglądać w wielkiej donicy, wokół której przestrzeń pozostawała pusta pomimo panującego w szklarni ścisku.
– …wiemy, że są niezmiernie rzadkie i występują wyłącznie w lasach tropikalnych, w odizolowanych rejonach – nieopodal do tłumu przemawiała pani profesor Hilary Mavison, błyskając skrytymi za okrągłymi okularami oczami. Blond włosy miała spięte w elegancki kok na czubku głowy, pod narzuconym na ramiona kitlem widniała biała koszula i obcisła, czarna spódnica. – Ten okaz jest jedynym, który udało się sprowadzić do ogrodu botanicznego, dzięki wysiłkom…
Rzuciłam kątem oka na rzeczony okaz w wielkiej, brązowej donicy. Miał wielkie, trójkątne liście, które rosły jedynie u podstawy, otaczając koroną grupę ni to gałęzi, ni to pnączy pośrodku. Dookoła stały tabliczki z ostrzeżeniami.
Zadrżałam ponownie. Bałam się, choć to była tylko głupia roślina.
Wydawała się nie tyle obumarła, co podupadła, jakby przeniesienie jej tutaj z naturalnego środowiska jej nie służyło. Nie wyglądała na coś, co może budzić lęk. Wiedziałam jednak, że prawda jest zgoła inna.
– … natomiast to, co wyróżnia ją od innych roślin mięsożernych, to że właściwie nie żywi się mięsem. Łapie ofiarę, z reguły ssaka, i za pomocą nieznanych nam jeszcze procesów przepoczwarza jego ciało, tkanki zwierzęce, na roślinne, tworząc swego rodzaju hybrydę zwierzęcia i rośliny.
Pani profesor zdawała się niespeszona kamerami i tłumem. Świetnie wykorzystywała swoje pięć minut; w końcu nie na co dzień botanik może znaleźć się na pierwszych stronach gazet i zapisać trwale na kartach historii.
– Odkąd ten okaz pojawił się u nas i zaaklimatyzował, próbowaliśmy podsunąć mu różne zwierzęta. Niestety, bez skutku. Pozostała nam ostatnia próba. Otóż wiodąca hipoteza mówi, że roślina gustuje w naczelnych, a zwłaszcza… ludziach.
Zatrzęsłam się, czując na sobie natarczywe spojrzenia zgromadzonych oraz wycelowane obiektywy kamer. To było o mnie. Na szczęście nikt nie prosił mnie o wypowiedź. Pani profesor kontynuowała niewzruszonym tonem, poprawiwszy okulary na nosie.
– Oczywiście takie rozwiązanie, ze względu na swój aspekt moralny, zostało najpierw wnikliwie przedyskutowane przez środowiska naukowe. Spieszę zarazem uspokoić głosy oburzonych i zaniepokojonych: nie dojdzie tu do morderstwa.
Profesor zrobiła efektowną pauzę, poprawiła ukradkiem swój kok na szczycie głowy. Odchrząknęła, uciszając szemrzący tłum.
– Dane zebrane z badań nad dziko żyjącymi okazami każą sugerować, że w złapanym zwierzęciu nie całkiem zamiera aktywność neuronów, być może pozostają one w jakiś sposób świadome. Podkreślam to jeszcze raz, drodzy państwo, kafeia nie zabija swej zdobyczy, lecz tworzy z nią jeden, hybrydowy organizm. To proces z pogranicza symbiozy i pasożytnictwa, na który nauka nie ma jeszcze nazwy. Przejdźmy jednak do meritum. Dnia dzisiejszego spróbujemy sprawić, by widoczna za moimi plecami kafeia połączyła się z tą oto ochotniczką. I nie ukrywam tego, co państwo zapewne wiedzą. Carmen, jako moja córka, doskonale rozumie, na co się pisze.
Stanęła za mną i położyła mi dłonie na barkach. Cała uwaga skupiła się na mnie. Znów wszyscy spoglądali w moją stronę. Zacisnęłam kurczowo dłonie na połach szlafroka, boleśnie świadoma, że nic pod nim nie mam. Jeden ruch i jestem goła.
A swoją rolę może i rozumiałam. Mimo wszystko czułam się dziwnie z faktem, że oddaje mnie, swoją własną córkę w roli królika doświadczalnego, składa mnie na ołtarzu nauki, byleby dokonać skoku w swojej karierze. Na dobrą sprawę nie wiedziałam, co mnie czeka. Nikt nie wiedział.
Nikt nie był dotąd świadkiem tego, jak kafeia łapie i łączy się ze swoją ofiarą. Czy czekał mnie ból, podniecenie? Kafeia wkłada w pnącza w różne otwory ciała, możliwym więc było, że zostanę zgwałcona przez tę demoniczną roślinę na oczach kamer.
Cóż, a już na pewno wszyscy zobaczą mnie nago. Jeśli eksperyment się powiedzie, to moje gołe ciało, zjednoczone z rośliną, nie tylko będzie tu do zobaczenia, ale i trafi do podręczników. Profesor Mavison, nie przestając mnie obejmować od tyłu, odpowiedziała jeszcze na kilka pytań.
– …jak już mówiłam, możemy jedynie zgadywać, jak przebiega dokładnie cały proces. Jeśli nam się powiedzie, dokonamy przełomu. To… jeżeli nie ma więcej pytań, to myślę, że nie ma sensu dłużej zwlekać.
Miałam ochotę zapaść się pod ziemię! Patrzyli na mnie wyczekująco, jakby chcieli przebić wzrokiem materiał mojego szlafroka. Nie miałam na sobie nic więcej! Nawet butów czy biżuterii. Mavison nachyliła się ku mnie. Wzdrygnęłam się, gdy jej oddech owiał mój policzek.
– Carmen, kochanie. To jest ten moment. Zrzuć, proszę, swój szlafrok.
Jej aksamitny głos zniweczył cały mój opór. Nie chciała dla mnie źle, a ja się przecież zgodziłam.
– D-dobrze – odparłam posłusznie, boleśnie świadoma, że to jedne z ostatnich słów, jakie będzie mi dane wyrzec.
Dziennikarze prześcigali się, by zdobyć jak najlepsze ujęcia. A ja z kolei walczyłam z trzęsącymi się dłońmi. Nie chodziło tylko o tę diabelną roślinę; do tej pory nago widziało mnie raptem parę osób, a tu miałam rozebrać się nie tylko przed tłumem osób (z którymi tłoczyłam się w szklarni) ale i przed tysiącami, jeśli nie milionami widzów przed ekranami.
Mimo wątpliwości moralnych, mimo nagości, mimo potencjalnie brutalnych scen, większość telewizji zdecydowało się transmitować na żywo, przedstawiając całość jako materiał edukacyjny. Niezależnie więc od dalszych wydarzeń, widok mojego gołego ciała pójdzie w świat.
Rozpięłam pasek, świadoma nieuchronności mojego obnażenia. Profesor Mavison chwyciła mój szlafrok i zdjęła go z moich ramion, po czym podała stojącemu obok asystentowi. Uszczypnęła lekko moją pupę, aż podskoczyłam komicznie.
– Grzeczna dziewczynka – szepnęła mi na ucho.
Stałam przed nimi całkiem golutka: drobna blondyneczka o malutkich pośladkach i nieznacznych piersiach, za to wielkich, niebieskich oczach i przestraszonym spojrzeniu na okrągłej, dziewczęcej buzi. Przeszyła mnie fala wstydu i poniżenia. Odebrano mi godność, a nawet wybór, bo przecież ona nie wybaczyłaby mi, gdybym odmówiła.
Obróciłam się i spojrzałam w jej oczy, niebieskie jak moje.
– Nie zawiedź mnie córeczko – przemówiła do mnie po raz ostatni.
Na oczach kamer objęła moje nagie ciało i pocałowała usta. Symboliczna scena: pani naukowiec oddaje swoją córkę w imię nauki.
– S-spróbuję – przyznałam.
Głos uwiązł mi w gardle. Przerażały mnie kamery, nagość, kafeia. A ona puściła tylko do mnie oko, jak gdybym szła się zabawić na imprezę.
– Nie pożałujesz. Pamiętaj, że jeśli ci się uda, to nazwiemy tę kafeię twoim imieniem: Carmen. A teraz idź.
Pogoniła mnie klapsem na goły tyłek i skierowała w stronę pustej przestrzeni wokół kafei. Pani profesor odeszła na bok, postukując przy tym obcasami. Zostałam sama przed kafeią. Odetchnęłam ciężko. Kamery śledziły moje powolne kroki, jak naga szłam ku roślinie.
Starałam się oddychać miarowo; niebezpieczeństwo nieprzewidzianych reakcji sprawiło, że nie podano mi żadnych leków uspokajających. Przez ostatnie tygodnie ćwiczyłam za to intensywnie medytację i jogę, a także gimnastykę. Na rozkaz profesor Mavison musiałam dziennie spędzać po kilka godzin związana w niewygodnych pozycjach. Nie miałam pojęcia, czy to wystarczy.
Wpatrzyłam się w dwa grube pnącza pośrodku, zielony i brązowy, z przerażeniem domyślając się ich przeznaczenia. Otaczały go cieńsze, długie zielone pędy oraz rozłożyste liście. Stałam o krok od kafei, mając ją na wyciągnięcie ręki.
Zapomniałam o kamerach filmujących mój goły tyłek. Groza bycia tak blisko tej diabelskiej rośliny przerażała mnie na wskroś i sprawiała, że wszystko inne stawało się błahe, nieistotne. Trwałam tak, uwięziona między ludźmi a nią.
– … podejrzewa się więc, że pierwsze kilka lat roślina rozrasta się i zbiera zapas energii, by zastawić pułapkę na ofiarę. Niewykluczone, że kafeia ma tylko jedną szansę na pochwycenie ofiary i przemianę w zwierzęco-roślinną hybrydę. To tłumaczyłoby rzadkość tego gatunku. Carmen, kochanie, zbliż się jeszcze trochę.
Niechętnie wykonałam polecenie, stając tuż przy donicy, której krawędź miałam gdzieś na wysokości kolan. Czyżby… czyżby te pędy poruszyły się? Drżałam niekontrolowanie, marząc znów o tym, by znaleźć się gdzie indziej.
Ale ucieczka równała się konfrontacji z tłumem i kamerami. A ja byłam golusieńka. Wątpiłam, że odzyskam swój szlafrok. Myśl, że już nigdy nie będę mieć na sobie ubrania doprowadzała mnie niemal do omdlenia.
Prawie pisnęłam, gdy jeden z cieńszych i krótszych pędów musnął moją dłoń, jakby na powitanie. Widownia za mną także to dostrzegła, sądząc po zaskoczonych sapnięciach. Wcześniej kafeia nie była zbyt ruchliwa.
– I mamy pierwszy kontakt! Jak sugerowałam w swoich pracach, cienkie, zielone pędy mają za zadanie pochwycenie ofiary. Lecz kafeia polega wyłącznie na zasadzce, nie wabi w żaden sposób swych ofiar. Raczej polega na tym, by zwierzę same w nią weszło, nie rozpoznając zagrożenia w poszyciu. Świetnie sobie radzisz, córeczko – pochwaliła mnie, chociaż nic nie zrobiłam. – Wejdź na doniczkę, tylko nie połam liści. Ta roślina jest bezcenna!
W przeciwieństwie do mojego życia, stwierdziłam gorzko w myślach. Ale teraz nie było odwrotu. Zresztą… Sama fascynowałam się kafeią i nieraz oglądałam z wypiekami na twarzy zdjęcia zrobione dzikim okazom: zielone sylwetki, wygięte w dziwnych pozach i oplecione pędami, jak gdyby natura bawiła się w bondage.
Nawet kiedy mój udział w eksperymencie został przypieczętowany zgodą komisji etycznej, nie potrafiłam wyobrazić sobie, że i ja tak skończę. Nawet kiedy podczas przygotowania pozwalałam się wiązać w uwłaczających pozach, cierpły moje kończyny i drętwiały mięśnie, to wizja stania się ofiarą kafei wydawała się nierealna i absurdalna. Polubiłam za to wiązanie.
Wlazłam bosymi stopami na donicę, odnajdując skrawek wolnej przestrzeni. Pędy chyba uniosły się, a jeden nawet otarł o moją kostkę, ale oprócz tego nic się nie działo. Stałam tylko nagusieńka w blasku kamer przy rzadkiej roślinie.
– Zostań tam! Ta kafeia dużo przeszła. To jest jej ostania szansa. Może jednak potrzebować chwili, by zdecydować się na pochwycenie ofiary. Carmen, dotknij pnia. To ten gruby, brązowy pęd. Pogładź go; wyobraź sobie, że to penis. Proszę się nie śmiać! – fuknęła pani profesor, zachowując śmiertelną powagę.
Mi wcale nie było do śmiechu. Dotknęłam posłusznie brązowego pędu, wyczuwając pod palcami chropowatą tkankę i wypustki. Jeśli to miał być penis, to był na tyle długi, że mógłby wejść moim tyłkiem, a wyjść ustami. Co zresztą też widziałam na zdjęciach zrobionych w terenie. Mój żołądek skręcał się na samo wspomnienie.
Póki co jednak kafeia, choć wyraźnie pobudzona i poruszająca cieńszymi, zielonymi pędami, nie wykonała żadnego ruchu, aby mnie pochwycić.
Uspokoiłam oddech, przechodząc w coś w rodzaju transu. Pozostawało czekać. Kafeia poruszała się ciągle, łaskotała moje nogi. A profesor Mavison ciągle wyjaśniała cały proces, na ile mogła wobec szczątkowej wiedzy, oraz uspokajała zniecierpliwiony tłum.
– Potrzeba czasu. Ruchy, które obecnie obserwujemy, to i tak prawdziwa sensacja.
Minął pełen napięcia kwadrans. Zaczęłam odzyskiwać nadzieję. Ta kafeia jest chyba stracona, nie pochwyci już żadnej ofiary. Może zaraz każą mi wrócić, oddadzą szlafrok. Dziennikarze niecierpliwili się; póki co nagrywali małą, gołą dziewczynę, która stała w donicy obok rośliny, i miała w dodatku drobne ciało i znikomy biust. Żaden materiał do telewizji.
Ktoś zaraz straci cierpliwość i podda się. Nie mogę stać tu wiecznie, nawet jeśli mój trening medytacji zdał rezultat i trwałam niewzruszona, wpatrzona w główne pnącza, brązowy i zielony. Zaraz każą mi zejść, a potem…
Stało się to w ułamku sekundy. Dostrzegłam tylko zielony błysk pędów i w następnej chwili oglądałam już szklany sufit, wisząc brzuchem do góry. Wydałam z siebie cienki, rozpaczliwy pisk.
– Niesamowite. Niesamowite! To przełomowy moment – piała z zachwytu profesor Mavison. – Udało się! Dziękuję, córeczko!
Ja z kolei starałam się pojąć swoją pozycję. Kafeia pochwyciła moje nadgarstki i kostki, wyginając kończyny ku sobie, zaś mój tułów w łuk, prawie że pod kątem prostym. Stąd zalecano joga, gimnastyka i bondage; moje ciało musiało stać się elastyczne do granic możliwości. I tak jęknęłam z bólu. Kafeia trzymała mnie w diablo niewygodnej pozycji. I to już naprawdę był koniec. A może początek?
– Carmen, nie szarp się! – upomniała mnie pani profesor. – Kafeia dopiero łapie uchwyt! Proszę zostać na miejscach, nie przeszkadzajmy roślinie. To przełom, proszę państwa!
Tymczasem kafeia nie próżnowała i nie wyglądało na to, by zamieszenie dookoła w jakikolwiek sposób jej przeszkadzało. Kolejne pędy unieruchomiły moje ręce i nogi, niektóre owinęły się wokół talii, jeden nawet wokół szyi.
Wkrótce poczułam, że nie mogę się poruszyć choćby na centymetr. Kafeia trzymała mocno; może nie na tyle, by zmiażdżyć mi kości czy udusić, ale uniemożliwiała wszelkie próby szarpania się. Pragnęłam wyć z bezsilności.
Wisiałam nieruchomo, wygięta w majestatyczny łuk, golutka i pokonana. Wcześniejsza nerwowość i znudzenie tłumu przerodziły się w dziką fascynację. Zwróciłam ku nim twarz w ostatnim akcie rozpaczy.
– Błagam, ja nie chcę. Uwolnijcie mnie!
To był pierwszy atak paniki. Ostry ton mojej… pani profesor sprowadził mnie na ziemię (nie dosłownie, rzecz jasna).
– Carmen, zgodziłaś się. Przechodzisz właśnie do historii. Opisz nam, co czujesz. Póki jeszcze możesz.
W międzyczasie ktoś przypomniał o rozwiązaniach prawnych tym nielicznym, którzy pragnęli mi pomóc. Ich protesty szybko uciszono. Każdy chciał zobaczyć na żywo, czy możliwa jest hybryda człowieka i rośliny. Naga, pochwycona przez tę przeklętą roślinę, nie mogłam liczyć na ratunek z żadnej strony.
– Boli! – krzyczałam. – Nie mogę się ruszyć.
– Nie bój się, wkrótce ustanie. Wszystkie badania wskazują wyraźnie na to, że ofiary nie cierpiały, a wręcz przeciwnie.
Badania na znalezionych, hybrydowych okazach sugerowały, że jeśli zwierzę cokolwiek czuje jeszcze lub zachowuje świadomość, to przeżywa uczucie ekscytacji, ekstazy. Niektórzy podejrzewali nawet, że dochodzi do wielokrotnych orgazmów. Zwłaszcza biorąc pod uwagę, gdzie szły główne pnącza.
Przeszły mnie ciarki. Najgorsze przede mną. Lub najlepsze, o ile choć ziarno prawdy tkwiło w teoriach o ekscytacji i orgazmach. Do tej pory jednak nie wyobrażałam sobie doświadczania tego na oczy tylu ludzi i kamer.
Główne pnącza, u nasady grubsze od moich chudziutkich ud, ruszały się pode mną, ocierały w okolicach krocza. Jakby szukały miejsca.
– Teraz kafeia nie będzie się spieszyć. Ofiara jest pochwycona i ten niebywały manewr musiał kosztować roślinę wiele energii. Trudno ocenić, ile zajmie mu wprowadzenie głównych pnączy. Trzymajmy kciuki, aby to się udało.
Przełknęłam ślinę. Na dobre czy na złe sytuacja znów uspokoiła się, jedynie tym razem wisiałam wygięta w łuk, bezbronna, unieruchomiona, wydana na łaskę tej przedziwnej rośliny, której nawet do końca nie rozumieliśmy.
Potrzeba było kolejnego kwadransa, bym poczuła, że kafeia przechodzi do kolejnego etapu, potwierdzając przypuszczenia naukowców.
– Brązowy pęd zajmie jej łono – znów usłyszałam wyjaśnienia. – Tam zacznie najpewniej proces przemiany i wykorzysta układ rozrodczy do swych celów. Stąd też kafeia preferuje samice.
Przerażał mnie fakt, że gruby pęd miał wejść w moją kobiecość niczym roślinna karykatura penisa i tam, zamiast nasienia, zagnieździć się w mojej macicy i zacząć zmieniać mnie na swoją modłę. Czułam go już na udzie. Zbliżał się nieuchronnie. I nie tylko on.
– Zielony pęd z kolei, jak podejrzewa się, pełni rolę jeszcze bardziej fascynującą. Wchodząc przez odbyt, opanuje cały układ pokarmowy i opuszcza ciało ustami. Najpewniej jeszcze dziś ujrzymy tę przemianę.
Jęknęłam, gdy po chwili pędy zaczęły penetrować moje krocze, obie dziurki naraz.
– Opisz, jak się czujesz! Mów do nas, Carmen!
– Ja… Jakby mi ktoś coś włożył. To… Podniecające.
Naprawdę to powiedziałam? Sama nie mogłam uwierzyć. Bałam się kolejnego ataku paniki, ale nagle było mi wszystko jedno. Przeszył mnie dreszcz, tylko nie strachu, lecz ekscytacji.
– Naprawdę? – zainteresowała się profesor Mavison. – Czy to coś na kształt gry wstępnej? Tak to widzisz?
Jak mogła mi zadawać takie pytania, jęknęłam w duchu. Gra wstępna, dobre sobie. Miałam wrażenie, jakby dwóch chłopców weszło we mnie naraz i to w dodatku kiedy wisiałam związana w powietrzu… I na oczach wszystkich. Poczułam narastającą falę podniecenia, której nie zatrzymał strach czy poczucie poniżenia.
– Trochę jak dwa penisy… – przyznałam, nie zwracając uwagi na kamery. – Ale wchodzą bardzo powoli, są suche i chropowate. I duże, bardzo duże. Och!
– I sprawiają ci przyjemność? Jak seks? Wiem, córeczko, że nie jesteś dziewicą. Myślisz, że mogłabyś od tego doznać orgazmu?
Nie czułam już wstydu, moja sfera intymna stała się publiczna. Odebrano mi godność. Byłam jedynie ofiarą nauki. I ofiarą… Nie… Partnerką kafei?
– Tak, tak… Aaa! – krzyknęłam, bowiem pędy posuwały się dalej. – Jejku, one wchodzą coraz głębiej.
Oba znajdowały się już jakieś kilkanaście centymetrów w głąb mojego drobnego ciała, pewnie więcej. Osiągały granicę, do jakiej dotarłam z chłopakami i bawiąc się samemu. Brązowy pęd w łonie, który bezpardonowo wszedł w moją skromną kobiecość, dotarł już tak daleko, że wybrzuszył lekko podbrzusze.
– Czuję… Jakby odrętwienie?
– Czy to hamuje podniecenie?
– Nie, wręcz je potęguje! – Dlaczego opowiadałam o tym wszystkim? – Czuję go wyraźnie, ale mogę nic zrobić. Ałaa! Mój tyłek!
Tymczasem drugi, zielony i równie gruby pęd, penetrował moje pośladki. Bardzo głęboko. Zawyłam, czując, jak rozrywa mi odbytnicę. Lecz nie mogłam się ruszyć, choć wszystko doskonale czułam.
– Boli! Boli!
– I wciąż odczuwasz podniecenie? – dopytywała profesor Mavison. Asystent obok niej robił gorączkowe notatki.
– Ooo tak!
Przypominało to perwersyjny seks z dwójką facetów, których penisy są tak długie, że nie kończą się, tylko wchodzą i wchodzą. A ja, zniewolona tak ekstremalnym doznaniem, relacjonowałam swoje przeżycia, nie przebierając w słowach.
– To fascynujące. Kafeia niewątpliwie paraliżuje ofiarę, ale nie znieczula. Pozwala jej wszystko odczuwać i zachować świadomość, może nawet w pewien sposób narkotyzuje, by spotęgować doznania. Mogę się założyć, że w krótkim czasie zobaczymy orgazm u Carmen. Zobaczcie, jak się czerwieni, jaką rozkosz sprawia jej kafeia.
Niestety miała rację. Kafeia nie potrzebowała gry wstępnej i rzeczywiście robiła coś takiego, że wariowałam z podniecenia. Te dwa pędy były cudne. Przerażało mnie jedynie, jak poczuje się już po szczytowaniu.
Na razie bez oporów relacjonowałam wszystko na głos, choć oddychało mi się coraz trudniej.
– On… jakby coś wlewa we mnie! W moją macicę!
– Istotnie. To początek procesu. Kafeia zajmuje drogi rodne. Czy czujesz odrętwienie w podbrzuszu?
– Trochę… Czuję, jak on rusza się we mnie. Aaaa!
Wydałam z siebie skowytu, gdy pęd poruszył się we mnie. Byłam zupełnie bezbronna, związana i sparaliżowana. Kafeia brała sobie moje ciało we władanie. Mój świat wypełnił ból i poniżenie. Oraz niewyobrażalne podniecenie.
Przez kilkanaście kolejnych minut panowała cisza, wypełniona tylko moimi jękami, stęknięciami i tak dalej. Wszyscy obserwowali urzeczeni, jak kafeia penetruje swoimi pędami moje golutkie ciało.
Wreszcie doznałam orgazmu, wydając przy tym głośny, przeciągły okrzyk, w którym brzmiało też cierpienie i rozpacz. Nikt chyba nie miał wątpliwości, że nie udawałam. To był krzyk zwierzęcia – suki, nie kobiety.
Czułam w sobie oba pnącza, w tym jeden już chyba gdzieś w moich jelitach i to było… Cudowne. W miarę jak kafeia przejmowała mnie, godziłam się coraz bardziej z moim losem. Ból co prawda nie znikał, za to stawał się… rozkoszny.
– Szczytowałaś? Jak oceniasz doznania?
– Dziesięć na dziesięć! – krzyknęłam bez wahania. – Żaden penis tak nie potrafi.
O dziwo, nikt się nie zaśmiał, choć nie tak dawno bawiły ich podobne porównania. Zerknęłam ukradkiem na tłum, na którego twarzach przerażenie mieszało się z fascynacją.
– Wyczuwasz je w sobie? – dopytywała profesor Mavison, cała czerwona na twarz. Trudno powiedzieć, czy tak działał na nią sukces jej wieloletnich starań, czy też seksualne doznania własnej córki.
– Tak, tak, one…
Urwałam i zawyłam przeciągle, choć miałam już zdarte gardło. Czułam w sobie pędy i to jak. Mimo orgazmu napięcie nie znikało. Owszem, podczas masturbacji w szczególnie samotne wieczory zdarzały mi się czasem wielokrotne orgazmy, ale to przerastało wszystko. Ledwo doszłam, a chciałam jeszcze. I jeszcze. Pnącza nagrodziły moją uległość przyjemnym skurczem.
– Pnącza zagnieździły się na dobre i podejrzewamy, że wyjęcie ich teraz było równie niebezpieczne dla kafei, co i naszej ochotniczki…
– Nie róbcie tego! – krzyknęłam odruchowo.
Czułam, jak łączą się z moimi wnętrznościami. Teraz można je było wyrwać tylko razem z nimi. Zresztą nie chciałam już, by przestały, chciałam więcej, by penetrowały mnie dalej. Nie liczyły się kamery i życie, które utraciłam. Orgazm, jaki dała mi kafeia, był najbardziej niesamowitym w moim życiu.
Podczas gdy zielone pnącze pełzło przez moje jelita, pani profesor tłumaczyła strategię kafei.
– Tak jak podejrzewaliśmy, wykorzystuje układ nerwowy i rozrodczy ofiary przeciw niej. Wręcz je hakuje, można by rzec. Pochwycona zdobycz przestaje czuć strach, jej mózg jest bombardowany doznaniami natury seksualnej, która nie słabną, jak to zwykle bywa z dopaminą. Ofiara nie myśli już o niczym innym, jedynie o penetrujących ją pnączach…
Nieprawda! Myślałam o innych rzeczach, ale miałam je w tyłku. To znaczy nie obchodziły mnie już, bo w tyłku miałam wielkie grube pnącze i raczej nie pomieściłabym tam nic innego. Nie powiedziałam jednak tego na głos, bo paraliż szedł w górę i ledwie brałam oddech.
W międzyczasie nadszedł kolejny orgazm. Wyłam i jęczałam znów, gwałcona przez pnącza. Nie wiem, czy to właściwe słowo. Z jednej strony kafeia nie dawała mi wyboru, z drugiej uczucie było tak wspaniałe, że z rozkoszą oddawałam się roślinie, a fakt, że nie miałam żadnej drogi ucieczki, tylko dodatkowo mnie nakręcał. Kafeia nie pytała o moje słowo bezpieczeństwa.
– Carmen… Możesz jeszcze mówić?
– T-tak, ale z trudem – przyznałam.
– Więc kafeia znajduje się blisko przełyku. Wkrótce dotrze do płuc i serca. Jeśli chcesz coś jeszcze powiedzieć, to masz zapewne ostatnią okazję.
– To najwspanialsze i zarazem najstraszniejsze, czego w życiu doświadczyłam! – z trudem artykułowałam słowa, patrząc prosto w kamery. Potem przeniosłam wzrok na profesor Mavison. Zniknął cały mój żal do niej. – Czy możemy się pożegnać?
Pani profesor popatrzyła skonsternowana na kafeię. Wyglądało na to, że wszystko szło dobrze i nic już nie zatrzyma rośliny. Wykonała krok ku mnie, idąc przez zastrzeżoną strefę. Byłam tak wygięta, że moja głowa zwisała w dół, widziałam więc jej uśmiech do góry nogami.
– Jesteś fantastyczna, Carmen. Dziękuję ci za to, że zgodziłaś się na ten eksperyment. Podjęłaś niesamowite ryzyko. I… Ty nigdzie nie odchodzisz. Zmieniasz się, a ja będę przy tobie, opiekując się i badając, ciebie i kafeię. Was.
– K-kocham cię – szepnęłam.
– Kocham cię, córeczko.
Wymieniłyśmy kolejny pocałunek. Długi, namiętny, lesbijski pocałunek na oczach kamer. Incest nie miał znaczenia wobec tego, co robiła kafeia. Ale ja myślałam już tylko o niej. O jej pnączach.
– Teraz już nic nie mów.
Palcem trąciła moje wargi i cofnęła się. Po jakimś czasie nadszedł kolejny orgazm. I kolejny. Gubiłam powoli rachubę, związana i penetrowana przez pnącza. Moje golutkie ciało poddawało się, wszelkie instynkty zabijało podniecenie.
Zdziwiłam się, czując coś w przełyku. Nadszedł finalny akt. Zielone pnącze wychodziło moimi ustami.
Tłum zelżał, zostali naukowcy, kamery nagrywające na żywo, ale większość odeszła. Ile można patrzeć na gołą, związaną dziewczynę, która doznaje orgazmu za orgazmem i nie ma dość? Ja sama straciłam rachubę przy dziesiątym. Zastanawiałam się, czy ktoś przed kamerami masturbuje się do tego, usiłuje dotrzymać mi tempa.
– To niesamowite. – Głos profesor Mavison docierał do mnie jakby z oddali. Mimo to trwała wiernie krok ode mnie. Porzuciła kitel i rozpięła kilka guzików koszuli, jakby i było jej gorąco. A może chciała tylko wyglądać atrakcyjnie na historycznych fotografiach. – Nie spodziewałam się, że kafeia będzie powodować aż tak silne doznania. Carmen szczytuje regularnie co kwadrans. Jak w zegarku! Cokolwiek roślina uczyniła z jej układem nerwowym, sprawiło, że wszystkie impulsy skupiają się na podnieceniu, podczas gdy reszta wygasa. Powoli przestaje być człowiekiem.
Faktycznie, może i czułam wszystko, ale miałam świadomość, że moje organy i mięśnie opanowuje kafeia. Zmysły będą trwać jeszcze trochę, ale i one znikną. O ruchu nie było mowy. Nie mogłam nawet mrugnąć, a moje oczy nawilżał ciągle jakiś śluz, powodujący zielone kontury przy patrzeniu. Umysł także się poddawał. Były tylko myśli o związaniu, pnączach i orgazmach.
Traciłam rozeznanie w rzeczywistości. Kafeia, jej zielone pnącza i ja, golutka blondynka, stawałyśmy się jednością.
*
Nie wiedziałam już, która jest godzina i w ogóle zaczęłam zapominać, jak to jest być osobą. Wiedziałam jedynie, że wiszę związana w tej samej pozycji, a pnącze z moich ust wystaje na kilkanaście centymetrów i ma coś czerwonego na szczycie. W dodatku mrowiło mnie pod skórą. Póki co jednak zdawało się, że zachowuję kolor skóry i nic innego się nie dzieje.
– Hej, kochanie. Pewnie straciłaś rachubę, ale to trzeci dzień. – Pani profesor podeszła do mnie. – Kafeia zakończyła pierwszy etap i wszystko wskazuje na to, że roślina przejęła wszystkie procesy w twoim ciele i nimi koordynuje. Dostarcza ci też składników odżywczych i przemienia dalej twe ciało. Choć monitorujemy to już tylko po twojej aktywności mózgu, ale widzimy, że jeszcze odbierasz bodźce i myślisz… I dostajesz orgazmów. Proces zwolnił z jednego co kwadrans na początku do jednego co dwie godziny… co nie zmienia faktu, że muszą być szalenie przyjemne. Prawda?
Dwanaście orgazmów na dobę. I wciąż miałam ochotę na więcej. Bez znaczenia był czas czy świat zewnętrzny. Nie mogłam się nudzić, bo nie umiałam myśleć o niczym innym. Kafeia zabijała powoli mój umysł.
– Zobacz, tak teraz wyglądasz.
Pokazała zdjęcie, jaki mi zrobiono. Widziałam nagą, drobną blondyneczkę w uchwycie pnączy, które obwiązywały jej nogi, ręce, talię oraz szyję. Dwa grube pnącze wchodziły w jej tyłek i waginę. Miała szeroko rozwarte, zielone oczy. Nie tylko same tęczówki, ale całe były jednolicie zielone.
– Widzisz to czerwone? Kafeia… Ty… Wy! Będziecie miały kwiatek.
Gdybym mogła, mruknęłabym ze zrozumieniem. Może nawet ucieszyłabym się. Kafeia odzywała się w moich wnętrznościach. Nieustannie penetrowane odbyt i wagina wypełniały sensacje. Nadchodził kolejny orgazm.
Przyglądała mi się, dzięki monitorującym mnie urządzeniom widziała, że znajduję się w apogeum rozkoszy. Strach i wstyd zostały wycięte z mojego umysłu. Profesor Mavison przyglądała mi się uwagą i wodziła opuszkami palców po obnażonej skórze. Przeżywała orgazm razem ze mną, choć chyba rozczarował ją nieco fakt, że jej dotyk i obecność nie zmieniły nic na wykresach.
Mnie już oglądać i macać ktokolwiek, miałam to gdzieś.
Potem z asystentką badały moje malutkie piersi. Czułam w nich bolesne szarpanie od jakiegoś czasu. Piekły zwłaszcza sutki. I nie chodziło tylko o przyjemność. Kafeia miała jakieś zamiary wobec mego skromnego biustu.
*
Piątego dnia sutki eksplodowały niewyobrażalnym bólem i jak się dowiedziałam, pojawiły się tam pączki. Wyglądało na to, że z kafeią będziemy miały trzy kwiatki.
Traciłam powoli poczucie z rzeczywistością, a pani profesor wyjaśniła mi, że moje organy najpewniej nie przypominają już ludzkich, choć od zewnątrz nie było widać wielu zmian.
Z kafeią utworzyłyśmy bliską parę. Zaczynałam odczuwać jej pnącza i resztę rośliny, która nie dotykała mnie czy nie tkwiła we mnie. Każdy orgazm przeżywałam jak stosunek z wieloletnim kochankiem, a nie rośliną, która też zdawała się czerpać z tego przyjemność.
Mimo to orgazmów było mniej, przychodziły co około sześć godzin (według wyliczeń naukowców, bo ja dawno temu zapomniałam, co to czas). Łaknęłam ich niczym najgorsza dziwka. Chciałam, by przychodziły co chwilę. Choć fakt, nie nudziłam się już jak człowiek i wiedziałam, że to ostatnie dni, gdy myślę jak zwierzę.
Siódmego dnia zakwitłyśmy i się dostałam kolejne zdjęcie. Od poprzedniego różniło się jedynie trzema kwiatami; jeden wychodził z moich ust, dwa wyrastały z sutków. Oprócz tego pnącza oplatające mnie wrastały w skórę. Byłyśmy nierozdzielne.
*
Kafeia chyba jakoś odbierała moje myśli i pragnienia, bo dała się przekonać do większej liczby orgazmów. Raz dziennie wchodziłyśmy w tryb, w którym szczytowałam raz za razem, a badacze łapali się za głowy, widząc te skoki.
– Widzę, że dobrze się bawicie. – powiedziała wtedy pani profesor, podziwiając moje kwiaty. – Ale wiedz, że kafeia przeszła do następnej fazy. Jeszcze trochę i staniecie się kompletną hybrydą…
Za moją milczącą zgodą przyłączyła się do nas pewnego razu. Wygoniła ze szklarni dziennikarzy i cały swój zespół. Rzadko byłyśmy same z kafeią podczas dnia, gdy odwiedzało nas tysiące osób. Tym razem była tylko profesor Mavison.
Rozebrała się do naga i siadła na taborecie przed nami. Kiedy weszłyśmy w tryb szaleńczych orgazmów. Masturbowała się razem z nami za pomocą wibratora i choć starała się ze wszystkich, to nie miała szans za mną nadążyć. Wreszcie i ona doszła wspólnie ze mną, co widziała na wykresie, ale ja miałam już za sobą kilkanaście orgazmów.
*
Nadszedł dzień, że przestałam odczuwać orgazmy. Raczej było tak, że jeszcze aktywna część mózgu w nocy odpoczywała, w dzień zaś znajdowała się w stanie permanentnej ekstazy.
Mówiono mi, że to odczyty podobne do tego, co widziano u dzikich okazów i oznaczało to, że przemiana dokonała się. Rozkosz była stanem, nie doznaniem. Jednocześnie podobno całe moje ciało robiło się zielone, nawet włosy. Ale coraz mniej docierało do mnie z doniesień, przekazywanych mi codziennie przez profesor Mavison.
Wreszcie moje ciało zdobyło się na ostatni ruch. Oczy zaczęły się domykać, coś mówiono, ale ja traciłam i słuch. Nie umierałam jednak. Ja i kafeia stawałyśmy się jednością w pełnym tego słowa znaczeniu.
*
Profesor Hilary Mavison patrzyła z fascynacją na zielone, golutkie ciało, stanowiące całość z rośliną. Dwa tygodnie, tyle potrzebowała kafeia.
Zamarła w tym samym łuku, do którego roślina zgięła ją pierwszego dnia. Pnącza oplotły ręce i nogi, wczepiając się w skórę, z ust i piersi wychodziły czerwone kwiaty. Oprócz nich cała była zielona; ani skóra, ani włosy, nie zachowały dawnego koloru. Pozostały jedynie zgrabne, dziewczęce kształty, uwiecznione w nagiej, zielonej rzeźbie.
Głaszcząc czule szmaragdową skórę, w dotyku podobną bardziej do łodygi rośliny, profesor nie czuła żalu. Wiedziała, że to co, czym niegdyś była Carmen, czuło teraz tylko i wyłącznie rozkosz związaną z oplatającymi ją i penetrującymi pnączami.
Leave a Reply