Była już prawie ósma wieczorem, a autokar wciąż stał na parkingu przy hali sportowej. Większość klasy dawno się rozeszła po zawodach, zostaliśmy tylko my troje: ja, Kaja i pan Mirek, który miał nas odwieźć do miasta, ale najpierw „muszę jeszcze chwilę poczekać na panią wuefistkę, która gdzieś poleciała po protokół”.
Kaja siedziała w ostatniej kanapie, ja obok niej. Pachniała jak zawsze – słodki dezodorant zmieszany z lekkim potem po całym dniu w hali. Milczeliśmy, patrząc jak za oknem robi się coraz ciemniej.
Nagle pochyliła się do mnie i szepnęła prosto do ucha, bardzo cicho:
– Wiesz, że od dłuższego czasu mam mokro, jak tylko pomyślę o tym, żeby cię uśpić?
Zamarłem. Spojrzałem na nią – oczy błyszczały, usta lekko rozchylone, ten charakterystyczny uśmieszek, który zawsze zwiastował, że zaraz zrobi coś bardzo złego.
– Co ty pierdolisz… – zacząłem, ale już czułem, jak prawa ręka Kaji wślizguje mi się pod kurtkę, a lewa wyciąga z kieszeni bluzy małą, ciemną szmatkę złożoną w kostkę.
– Ciii… – położyła mi palec na ustach. – Będzie przyjemnie. Obiecuję.
Zanim zdążyłem się naprawdę szarpnąć, poczułem zimną, mokrą tkaninę na nosie i ustach. Zapach był ostry, chemiczny, trochę słodkawy – klasyczny chloroform z tanich filmów, tylko że prawdziwy. Cholernie skuteczny.
Zacząłem się wyrywać, ale ona była szybsza i silniejsza, niż ktokolwiek by przypuszczał. Objęła mnie od tyłu ramieniem jak w dźwigni, drugą ręką przyciskała szmatkę z całej siły. Wciągnąłem pierwszy haust – i świat momentalnie zrobił się miękki na brzegach.
– Już, już… kochany… śpij… – szeptała mi prosto do ucha, głos słodki jak trucizna. – Tak ładnie się rozluźniasz… czuję, jak miękną ci mięśnie…
Drugi wdech, trzeci. Głowa opada mi do tyłu na oparcie. Ręce opadają bezwładnie na siedzenie. Czuję jeszcze, jak palce Kaji wędrują mi po klatce, rozpinają guzik spodni, ale to już jest bardzo daleko, jak przez watę.
Ostatnie, co zarejestrowałem świadomie, to jej gorący oddech na mojej szyi i cichy śmiech:
– Śpij grzecznie… jak będziesz spał, to cię zerżnę tak, że nawet nie będziesz wiedział, ile razy doszedłeś…
A potem ciemność. Ciepła, ciężka, przyjemna ciemność.
Kiedy się ocknąłem, autokar stał już pod blokiem. Światła w środku były zgaszone, tylko latarnia z ulicy rzucała blade pomarańczowe smugi przez szyby.
Kaja siedziała obok, poprawiała włosy i uśmiechała się jak aniołek.
– No cześć, śpiochu – powiedziała niewinnie. – Zasnąłeś jak kamień. Nawet nie drgnąłeś, jak cię zapinałam w pasy.
Spojrzałem w dół. Spodnie zapięte, koszulka wygnieciona, ale wszystko niby w porządku.
Tylko że czułem to.
To charakterystyczne, lepkie uczucie między udami. Wrażenie, że ktoś mnie bardzo, bardzo długo i bardzo dokładnie używał. I ten zapach – jej zapach zmieszany z czymś jeszcze bardziej intymnym.
– Kaja… – wychrypiałem.
– Hm? – uniosła brew.
– Ty… serio to zrobiłaś?
Przechyliła głowę, uśmiechnęła się szeroko i szepnęła:
– A jak myślisz, dlaczego zabrałam aż dwie fiolki?
Potem wstała, poprawiła spódniczkę, rzuciła mi całusa w powietrzu i wysiadła, zostawiając mnie samego w ciemnym autokarze z mokrymi slipami i kompletnie rozjebanym mózgiem.
Do dzisiaj nie wiem, ile razy mnie przeleciała, kiedy byłem nieprzytomny.
Ale za każdym razem, kiedy widzę, że wyciąga z kieszeni chusteczkę higieniczną i coś nią przemywa… serce mi przyspiesza.
Bo wiem, że następnym razem może nie być już tak grzeczna.
I cholera, wcale nie chcę, żeby była.
Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!
moje autorstwo gdy chcecie koontynujacje to piszcie
na portalach usa szaleją za mną 😀
Leave a Reply