Las śmierdział mokrą ziemią i żywicą. Zimno już wchodziło pod dresy, ale ja i tak się pociłem – pod pachami, na karku, między łopatkami. Marek szedł przodem, szeroki jak szafa, a ja patrzyłem mu w plecy i wiedziałem, że za chwilę znowu zrobię to, co obiecałem sobie, że już nigdy więcej nie zrobię. A jednak szedłem.
Zatrzymał się przy tej wielkiej, omszałej kłodzie. Usiadł na niej okrakiem, rozstawił nogi jak na paradzie i bez słowa rozpiął pasek. Rozsunął rozporek, odchylił gumkę bokserek i wyjął go. Już nie był całkiem miękki. Gruby, ciężki, z tą jedną siną żyłą, która zawsze mnie hipnotyzowała. Poczułem, jak mi ślina napływa do ust, zanim jeszcze zdążyłem pomyśleć.
– Klęknij – powiedział cicho.
Opadłem na kolana. Mech był lodowaty i wilgotny, od razu przemoczyło mi spodnie. Kolana zapadły się w mchu, a ja patrzyłem na niego z dołu – na ten kutas, który powoli twardniał tylko od samego patrzenia. Marek złapał się u nasady i uniósł go trochę, żebym lepiej widział różową, już mokrą główkę.
– Otwórz usta. Szeroko.
Rozchyliłem wargi tak szeroko, aż zabolały kąciki. Poczułem zapach – mydło, lekki pot, męskość. Wsunął się powoli. Najpierw sama główka, gładka i gorąca, potem kilka centymetrów więcej. Język odruchowo się podwinął, próbowałem go objąć, ssać, ale on był za gruby. Kątem oka widziałem, jak patrzy na mnie z góry.
– Głębiej. Sam dasz radę.
Zamknąłem oczy i pchnąłem głowę do przodu. Poczułem, jak mi się gardło zaciska, jak główka wbija się w tylną ścianę, jak trzon rozciąga mi usta do granic. Zakrztusiłem się od razu, łzy same poleciały. On nie cofnął się. Złapał mnie za włosy – mocno, ale nie brutalnie – i zaczął powoli poruszać biodrami.
Oddychaj nosem, powtarzałem sobie w głowie. Oddychaj nosem. Ale każdy wdech był płytki, charczący. Ślina spływała mi po brodzie, kapała na mech, na jego jądra. On przyspieszył. Wchodził głębiej, wychodził prawie do końca, dawał mi sekundę na oddech i znowu wbijał się na całą długość. Za każdym razem, gdy myślałem, że zaraz się udławię, cofał się o centymetr.
W pewnym momencie złapał mnie obiema rękami za głowę i po prostu wcisnął się do oporu. Cały. Nos przycisnął mi się do podbrzusza, włosy łonowe łaskotały wargi. Nie mogłem oddychać. Gardło pulsowało wokół niego, oczy lały się strumieniami, ręce same złapały go za uda, palce wbijały się w materiał spodni. Trzymał mnie tak długo – dziesięć sekund? piętnaście? – aż w końcu powoli się wycofał. Kutas wysunął się z mokrym plaśnięciem, cały obślizgły moją śliną.
Łapałem powietrze jak topielec. Kaszlałem, charczałem, ale nie odsuwałem się. On złapał mnie pod brodę, uniósł moją twarz.
– Pokaż język.
Wysunąłem go najdalej jak potrafiłem – mokry, czerwony, drżący. Położył na nim kutasa i zaczął nim przesuwać – w lewo, w prawo, smarując mi policzki, nos, brodę. Czułem się jak jego własność. Jak coś, co właśnie używa.
– Liż.
Zamknąłem usta na boku trzonu, ssałem, lizałem żyłę, zszedłem niżej. Wziąłem jedno jądro do ust – ciepłe, ciężkie – delikatnie possałem, potem drugie. Słyszałem, jak oddycha ciężko, jak ręka znowu zaciska się na moich włosach.
– Wracaj na główkę. Mocno ssij. Chcę to słyszeć.
Wróciłem na czubek. Zamknąłem wargi tuż za żołędzią i zacząłem ssać – mocno, rytmicznie, aż policzki mi się zapadały. Jedną ręką masowałem trzon, drugą ściskałem worek. Czułem, jak mu pulsuje w ustach, jak robi się jeszcze twardszy.
Zaczął cicho kląć.
– Kurwa… mały… jeszcze… jeszcze trochę…
Nagle złapał mnie obiema rękami za głowę i zaczął pieprzyć mi usta. Szybko. Płytko. Mocno. Kutas wchodził i wychodził z mokrym, obscenicznie głośnym plaśnięciem. Nie nadążałem oddychać. Charczałem, charczałem, aż w końcu zamarł, wcisnął się najgłębiej jak potrafił i zaczął spuszczać się prosto do mojego gardła.
Gorące, gęste uderzenia. Jedno, drugie, trzecie. Przełykałem odruchowo, ale i tak wyciekało mi kącikami ust, spływało po brodzie, kapało na bluzę. Trząsł się cały, biodra mu drgały, wydawał z siebie te niskie, zwierzęce pomruki. Trwało to wieki.
W końcu puścił. Opadłem na pupę, dysząc jak po biegu. Twarz miałem całą w ślinie, spermie i łzach. On patrzył na mnie z góry, kutas wciąż półtwardy, lśniący.
– Otwórz usta. Pokaż.
Rozchyliłem wargi. Język biały, oblepiony resztkami. Uśmiechnął się – krzywo, zadowolony.
– Dobra robota.
Wyciągnął rękę, pomógł mi wstać. Kolana miałem zdrętwiałe, nogi się trzęsły. Poprawił spodnie, zapiął rozporek.
– Idziemy dalej czy chcesz jeszcze raz?
Przełknąłem resztki jego smaku. Otarłem usta rękawem. Spojrzałem mu prosto w oczy.
– Jeszcze raz.
Uniósł brew. Potem się roześmiał – krótko, chrapliwie.
– No proszę… mały się rozkręca.
I poszedł w stronę samochodu, a ja ruszyłem za nim – z mokrymi kolanami, z jego smakiem wciąż na języku i z twardym jak skała fiutem w dresach.
Marek zatrzymał się nagle, jakby coś mu przyszło do głowy w połowie kroku. Odwrócił się powoli. Patrzył na mnie tak, że czułem ten wzrok na sutkach, na brzuchu, na kutasie – zanim jeszcze dotknął.
– Zdejmuj wszystko – powiedział niskim, spokojnym głosem. – Do ostatniej nitki. Ubrania do plecaka.
Ręce mi się trzęsły tak mocno, że ledwo złapałem za brzeg bluzy. Ściągnąłem ją jednym szarpnięciem – zimne powietrze uderzyło w rozgrzaną skórę jak mokry ręcznik. Sutki stwardniały natychmiast, aż zabolały od nagłego napięcia. Zdjąłem koszulkę – materiał zahaczył o sutki, szarpnął nimi boleśnie, zanim puścił. Piersi i brzuch pokryły się gęsią skórką w ułamku sekundy.
Buty zsunąłem szybko, skarpetki też – stopy dotknęły mchu i igieł, zimno wbiło się w podeszwy jak tysiąc drobnych szpilek. Dresy zsunąłem razem z bokserkami – materiał zsunął się po udach, zahaczył na chwilę o sterczącego kutasa, pociągnął go w dół, aż syknąłem przez zęby. Kutas odbił się z plaśnięciem o brzuch, zostawiając wilgotną smugę.
Stałem nagi. Całkowicie. Zimno owiewało każdy centymetr – pachwiny, wewnętrzną stronę ud, rowek między pośladkami, nawet czubek napletka, który się cofnął od chłodu, odsłaniając mokrą, wrażliwą żołądź. Jądra podciągnęły się tak mocno, że bolały.
Marek wziął plecak, zarzucił go sobie na ramię, a potem zrobił krok w moją stronę. Nie mówił nic. Po prostu wyciągnął prawą rękę i zamknął dłoń na moim kutasie – całą, mocno, od nasady po sam czubek. Jego palce były szorstkie, ciepłe, lekko wilgotne od potu. Zacisnął je i powoli przesunął w górę – skóra na trzonie przesunęła się razem z dłonią, napletek zsunął się całkowicie, odsłaniając żołądź, która zapulsowała boleśnie od nagłego tarcia.
Westchnąłem głośno, kolana ugięły mi się minimalnie.
Drugą ręką złapał moje jądra – nie delikatnie, ale zdecydowanie. Palce objęły je od spodu, kciuk i palec wskazujący zacisnęły się tuż nad nimi, lekko pociągnęły w dół. Czułem, jak skóra worka się napręża, jak jądra próbują uciec w górę, a on nie pozwala – trzyma je mocno, ugniata powoli, jakby ważył ich ciężar. Kciukiem prawej dłoni zaczął masować sam czubek kutasa – okrężnymi ruchami, powoli, z lekkim naciskiem. Każde okrążenie wysyłało iskry wzdłuż całego trzonu, aż do kręgosłupa.
Splunął mi nagle prosto na żołądź – ciepła, gęsta ślina spłynęła leniwie w dół, po rowku, po trzonie, aż do nasady. Rozsmarował ją całą dłonią – teraz ślizgało się idealnie, mokro, głośno. Zaczął mnie powoli masturbować – długie, powolne ruchy od nasady aż po sam czubek, za każdym razem zaciskając mocniej tuż pod żołędzią, tam gdzie skóra jest najcieńsza i najbardziej unerwiona. Czułem każdy odcisk jego palców, każdy szew na skórze dłoni, każdy paznokieć, który lekko drapał przy cofaniu.
Lewą ręką nadal bawił się moimi jajami – raz ściskał je mocno, aż bolało słodko, raz delikatnie masował opuszkami palców miejsce tuż za nimi, tam gdzie skóra jest tak cienka, że prawie prześwituje. Palcem środkowym lewej dłoni zaczął zataczać małe kółka wokół odbytu – nie wchodził, tylko drażnił wejście, naciskał lekko, okrążał, a ja odruchowo napinałem mięśnie, próbując go wciągnąć głębiej, choć on tego nie robił.
Przyspieszył prawą dłonią. Teraz ruchy były szybsze, ale wciąż kontrolowane – ściskał mocniej przy każdym pociągnięciu w górę, rozluźniał przy cofaniu. Kutas ślizgał się w jego pięści z mokrym, obscenicznie głośnym plaśnięciem. Czułem, jak wilgoć spływa mi po udach wewnętrznych, jak jądra podskakują w jego lewej dłoni przy każdym ruchu.
Nagle zacisnął obie dłonie mocniej – prawą na trzonie, lewą na jajach – i pociągnął mnie lekko do przodu, jakby chciał sprawdzić, jak bardzo jestem posłuszny. Kolana ugięły mi się całkowicie, oparłem się dłońmi o jego klatkę piersiową. Sutki otarły się o szorstki materiał jego kurtki – twarde, obolałe, przeszył mnie prąd.
Puścił mnie nagle. Całkowicie. Kutas podskoczył w powietrzu, czerwony, nabrzmiały, lśniący od śliny i preejakulatu, pulsujący boleśnie. Żołądź była tak napięta, że każdy podmuch wiatru sprawiał, że bolała jak po uderzeniu. Stałem z rozstawionymi nogami, dysząc, z rękami opartymi o kolana, próbując złapać oddech.
Marek spojrzał na mnie z góry.
– Idziemy – powiedział jakby nigdy nic.
Zawrócił i ruszył ścieżką. Plecak z moimi ubraniami kołysał mu się na ramieniu.
Ruszyłem za nim – nagi, z kutasem sterczącym sztywno przed sobą, z wilgocią spływającą po wewnętrznej stronie ud, z sutkami twardymi jak kamyki, z jądrami obolałymi od jego uścisku. Każdy krok sprawiał, że fiut obijał mi się o uda, zimne powietrze smagało odsłoniętą żołądź, a ja czułem, jak pośladki mi drżą, jak skóra na całym ciele płonie od chłodu i podniecenia jednocześnie.
Szliśmy przez las coraz szybciej – ja nagi, z kutasem wciąż półtwardym po tej zabawie, który obijał mi się o uda przy każdym kroku, a zimno gryzło w skórę jak tysiąc drobnych igieł. Marek przodem, z moim plecakiem na ramieniu, jakby to był zwykły spacer. W końcu wyszliśmy na skraj, na żwirowy parking – pusty, tylko jego stary SUV stał pod drzewami, w cieniu. Słońce już zachodziło, powietrze zrobiło się cięższe, zimniejsze.
Zatrzymał się przy aucie, otworzył tylne drzwi od strony pasażera.
– Połóż plecak na siedzeniu – rzucił krótko, podając mi go.
Wziąłem plecak, nachyliłem się do wnętrza – musiałem wypiąć tyłek, żeby dosięgnąć dalej, bo drzwi były szeroko otwarte. Skóra na plecach napięła mi się od chłodu, sutki znowu stwardniały, a jądra podciągnęły się od podmuchu wiatru. Właśnie kładłem plecak na skórzanej kanapie, kiedy nagle poczułem jego dłonie na moich pośladkach – obie naraz, duże, szorstkie, ciepłe w porównaniu do mojej zimnej skóry. Złapał je mocno, palce wbiły się w miękkie mięso, tuż przy rowku, i rozsunął lekko, jakby chciał mnie otworzyć na oścież.
Syknąłem zaskoczony, ale nie wyprostowałem się – stałem tak, pochylony, z rękami opartymi o siedzenie, tyłkiem wypiętym w jego stronę. Jego palce zacisnęły się mocniej, ugniatały pośladki jak ciasto – kciuki wślizgnęły się w rowek, naciskały na wejście, nie wchodząc, tylko drażniąc skórę wokół, okrążając je powoli, z lekkim naciskiem. Czułem każdy odcisk jego palców, każdy paznokieć, który lekko drapał po napiętej skórze. Zimno kontrastowało z ciepłem jego dłoni – to było jak prąd, który przechodził przez całe ciało, aż do czubka kutasa, który znowu zaczął twardnieć.
Jedną ręką puścił pośladek i przesunął dłoń niżej – złapał moje jądra od tyłu, między udami. Palce objęły je delikatnie, ale zdecydowanie, pociągnęły w dół, ugniotły lekko, jakby chciał je wydłużyć. Kciukiem zaczął masować miejsce tuż za nimi, tam gdzie skóra jest najcieńsza – okrężne ruchy, coraz mocniejsze, aż poczułem, jak ciśnienie rośnie w środku. Drugą ręką nadal trzymał pośladek, palec wskazujący wślizgnął się w rowek głębiej, nacisnął na wejście – nie wchodził, tylko pchał lekko, rytmicznie, jakby testował opór.
Westchnąłem głośno, biodra same zaczęły mi się ruszać do tyłu, szukać więcej. On to wyczuł – puścił jądra i złapał mojego kutasa od dołu, całą dłonią. Trzon był już twardy jak skała, żołądź napięta, mokra od nowej kropli. Zacisnął palce mocno wokół nasady i powoli przesunął w górę – skóra przesunęła się z trzaskiem, napletek zsunął całkowicie, a kciukiem rozsmarował wilgoć po całej główce. Każdy ruch był powolny, precyzyjny – czułbym nawet jego puls przez skórę. Przyspieszył lekko, ale wciąż kontrolowanie – w górę i w dół, za każdym razem zaciskając mocniej pod żołędzią, tam gdzie nerwy są jak żywe druty.
Lewą ręką wrócił do pośladków – rozsunął je szerzej, kciuk wcisnął się w wejście, tym razem głębiej, na centymetr, dwa, i zaczął kręcić delikatnie, masując ścianki od środka. To było za dużo – ciśnienie w brzuchu narosło jak fala, kutasa zaczęło palić od wewnątrz. Sapnąłem, napiąłem mięśnie, próbując wytrzymać, ale on nie przestał – masturbował mnie szybciej, mokro, głośno, a palec w środku kręcił się rytmicznie, naciskając na prostą.
Wybuchło nagle – orgazm uderzył jak grom, kutasa wygięło w jego dłoni, a sperma wystrzeliła prosto na siedzenie, na plecak, na podłogę auta. Fale przechodziły przez całe ciało, jądra pulsowały boleśnie, pośladki zaciskały się wokół jego palca. Drżałem cały, kolana ugięły mi się, oparłem się łokciami o kanapę, dysząc jak po maratonie. On nie puścił – dopompował resztki, ściskając trzon mocno, aż ostatnia kropla wyciekła.
Nie dał mi chwili na oddech. Poczułem, jak jego kutas – już twardy, gorący – ociera się o moje pośladki. Najpierw główka – gładka, mokra – przesunęła się po rowku, w górę i w dół, smarując mnie swoją wilgocią. Potem cały trzon – ciężki, pulsujący – przycisnął się między pośladki, wcisnął w rowek, i zaczął ocierać rytmicznie, w przód i w tył. Czułem każdą żyłę na nim, każdy puls, jak skóra ślizga się po mojej, jak główka zahacza o wejście przy każdym pchnięciu. Jego biodra kleiły się do moich, ręce wróciły na pośladki, ściskały je mocno, rozsuwały, żeby lepiej się wcisnąć.
– Jeszcze nie kończymy – mruknął nisko, a jego oddech palił mi kark.
Jego kutas ślizgał się między moimi pośladkami jak gorący, ciężki wałek – powoli, z premedytacją, każdy centymetr trzonu ocierał się o napiętą skórę rowka. Główka, mokra i napięta, za każdym pchnięciem zahaczała o wejście, naciskała na zwieracz, rozciągała go minimalnie, ale nie wchodziła – tylko drażniła, obiecywała, a potem cofała się. Czułem pulsowanie żył na jego fiucie, czuję, jak bije mu serce przez skórę, jak każde pchnięcie bioder sprawia, że moje jądra podskakują lekko, wciąż obolałe po orgazmie.
Ręce miał wbite w moje pośladki – palce głęboko w mięso, rozchylał mnie szerzej przy każdym ruchu do przodu, jakby chciał, żebym czuł się całkowicie otwarty. Kciuki wciskały się w rowek, rozciągały skórę wokół wejścia, a ja mimowolnie napinałem mięśnie, próbując go wciągnąć głębiej. On to wyczuwał – za każdym razem, gdy się zaciskałem, pchał mocniej, główka wbijała się centymetr głębiej, rozciągała mnie boleśnie-słodko, a potem wycofywał się prawie całkowicie, zostawiając tylko czubek wciśnięty.
– Oddychaj – warknął mi do ucha, a jego oddech parzył kark. – Oddychaj głęboko, bo zaraz wejdę do końca.
Zacisnąłem zęby. Biodra same ruszyły do tyłu, szukając więcej. On złapał mnie mocniej za biodra – palce wbiły się w kości biodrowe, przytrzymał mnie nieruchomo i jednym płynnym, powolnym ruchem wcisnął się głębiej. Główka minęła opór, trzon zaczął wypełniać mnie od środka – gruby, gorący, rozciągający ścianki na całą szerokość. Poczułem każdy milimetr: jak skóra na jego kutasie ślizga się po mojej, jak pulsuje w rytm jego serca, jak żyła na spodzie trzonu ociera się o prostatę przy każdym centymetrze.
Westchnąłem głośno, prawie jęknąłem – głos mi się załamał. On zatrzymał się na chwilę, cały we mnie, biodra przyciśnięte do moich pośladków, jądra dotykały moich. Czułem jego ciepło w środku, ciężar, wypełnienie. Potem zaczął się wycofywać – bardzo powoli, centymetr po centymetrze, aż sama główka została w środku, rozciągając wejście do granic. Znowu pchnął – tym razem mocniej, głębiej, aż uderzył biodrami o moje z plaśnięciem.
Zaczął pieprzyć mnie rytmicznie, miarowo. Każde pchnięcie wchodziło do oporu, każde wycofanie zostawiało mnie pustego i spragnionego. Ręce miał na moich biodrach, palce wbite tak mocno, że wiedziałem, że zostaną siniaki. Jedna dłoń przesunęła się do przodu – złapał mojego kutasa, który znowu twardniał, wciąż wrażliwy po orgazmie. Zacisnął palce wokół trzonu i zaczął mnie masturbować w tym samym rytmie, co pieprzył – mocno, mokro, głośno.
Czułem wszystko naraz: jego kutasa w środku, rozciągającego mnie, wypełniającego do granic; jego dłoń na moim fiucie, ściskającą żołądź przy każdym pchnięciu; zimne powietrze na nagiej skórze, kontrastujące z gorącem w środku; zapach jego potu, mojej śliny, spermy, żywicy z lasu.
Przyspieszył. Pchnięcia stały się krótsze, mocniejsze, brutalniejsze. Biodra uderzały o moje pośladki z mokrym plaśnięciem, jądra obijały się o moje. Jego oddech stał się chrapliwy, urywany.
– Kurwa… mały… jesteś taki ciasny… – wysapał mi do ucha.
Złapał mnie za włosy, odchylił głowę do tyłu, a drugą ręką nadal mnie walił – szybko, mocno, kciukiem masując rowek pod żołędzią. Czułem, jak zbliża się drugi orgazm – tym razem głębszy, inny, jakby cały brzuch się skręcał. On też był blisko – kutas w środku zaczął pulsować mocniej, grubiał jeszcze bardziej, wypełniał mnie całkowicie.
Wcisnął się najgłębiej jak potrafił i zamarł. Poczułem pierwsze gorące uderzenie – sperma wystrzeliła we mnie, fala za falą, wypełniając mnie od środka. Jednocześnie jego dłoń zacisnęła się na moim kutasie mocniej i to wystarczyło – doszedłem drugi raz, prawie bez spermy, tylko suchy, bolesny skurcz, który przeszył mnie od czubka palców u stóp do czubka głowy. Drżałem cały, mięśnie zaciskały się wokół niego, wyciskając resztki.
Trzymał mnie tak jeszcze chwilę – głęboko we mnie, ręka na moim fiucie, oddech na karku.
W końcu powoli się wycofał. Poczułem pustkę, ciepło jego spermy spływające po wewnętrznej stronie uda. Puścił mnie, oparłem się o siedzenie, nogi miałem jak z waty.
Odwrócił mnie powoli, spojrzał mi w oczy. Uśmiechnął się – krzywo, zadowolony.
– Wsiadaj do środka. Jedziemy do mnie.
Wsunąłem się na tylne siedzenie, nagi, lepki, drżący. On zamknął drzwi, usiadł za kierownicą. Silnik zawarczał.
I ruszyliśmy – ja z tyłu, z jego smakiem w ustach, z jego spermą w środku, z sercem walącym jak oszalałe.
Leave a Reply