Burak cukrowy

Dzwonek, zawieszony nad framugą drzwi, żegna mnie tym samym dźwiękiem, którym zostałem przywitany, wchodząc do wiejskiego sklepiku. Czuję na plecach wzrok sprzedawczyni, która jeszcze chwilę temu oponowała przed sprzedaniem mi papierosów. Powodem miał być mój młody wygląd, chociaż bądźmy szczerzy – jak często zdarza się, że nastolatek błąka się z turystycznym plecakiem na plecach, zapakowanym po brzegi? Sam, bez żadnego towarzystwa, w miasteczku z 3 domami na krzyż, pośrodku absolutnie niczego.

Gdy tylko cienka powierzchnia zdartego trampka dotyka rozgrzanego asfaltu już wiem, że na nic zdałyby się teraz fajki, nawet, gdybym je miał. W jednej sekundzie włosy, wraz ze strugami deszczu, spływają mi po czole.

– Kurwa – zagryzam w zębach przekleństwo. – Tylko tego mi brakowało.

Równie mokrą dłonią ścieram wodospad z twarzy, próbując dostrzec coś przez ścianę deszczu. Powrót do sklepu nie wchodzi w grę. Nie chcę, żeby kasjerka poświęciła mi więcej myśli niż to, że jestem gówniarzem, który próbował kupić szluga. Sytuacja nie pozostawia mi innej opcji, niż realizowanie pierwotnego planu – wyjść na drogę i iść tak daleko, jak jestem w stanie, a gdy się zmęczę – rozbić namiot i przeczekać.

Biorę głębszy oddech, próbując delektować się jedyną pozytywną rzeczą tego dnia. Zapach rozgrzanego asfaltu, gwałtownie chłodzonego narowistym deszczem, pieści moje nozdrza. Ma w sobie coś, co daje poczucie spokoju. Kojąco znajomy, ułatwia oszukanie swojego mózgu, zaniepokojonego ostatnimi wydarzeniami i wiążącym się z nimi poczuciem niepewności.

Do głównej drogi, którą w dzień przemierzają setki samochodów wiozących turystów na wakacje, docieram szybko. Teraz, jak na złość, ulica wydaje się być wymarła, jakby wszyscy, poza mną oczywiście, zapoznali się z prognozą pogody i odpuścili sobie wycieczki. Znów klnę pod nosem czując, jak mokry materiał przykleja mi się do skóry. Najgorsze uczucie na świecie.

Chce mi się płakać. Nie chcę rozklejać się nad swoją niedolą, ale przepełnia mnie bezsilność, zmęczenie i poczucie, że jestem w absolutnej, życiowej dupie.

Woda z kałuży ochlapuje mnie, gdy obok przejeżdża duże, czarne auto. Żwir, pryskający spod kół, boleśnie kłuje mnie w łydkę. Zaskoczony próbuję opanować drżenie nóg, jednak na niewiele się to zdaje. Staw skokowy wykręca się nienaturalnie, a ciężki, turystyczny plecak ciągnie mnie w dół. Przed wpadnięciem do rowu i przeturlaniem się przez chaszcze, ratuje mnie biało czerwony pachołek uliczny. Łapię się w ostatniej chwili i ląduję na kolanie. Piecze, jakby kazano mi klęknąć na rozżarzonych węglach.

– Kurwa – przeklinam w duchu pajaca drogowego i wtedy zauważam błysk czerwonych świateł stopu. – Kurwa – powtarzam, uświadamiając sobie, że zdecydowanie wolałbym, by odjechał i nie widział mojej porażki.

Porażką nie jest sam upadek, ale całe wiadro bezsilności, które niebo wylewa mi na głowę wraz z narowistą burzą. Jest jeden, jedyny plus tej sytuacji – w tym deszczu nikt nie zauważy moich łez. Nie mam możliwości dłużej trzymać ich pod powiekami. Resztkę samozaparcia poświęcam na oparciu się o drążek i powstanie z klęczek.

Dociskający mnie do ziemi plecak wnet staje się lekki, jakby pomagające Królewnie Śnieżce ptaszki przyleciały wesprzeć mnie w mozolnej wędrówce do odzyskania pewności siebie.

To jednak niefruwające stworzonka, a wielka jak bochen chleba dłoń kierowcy, unosi mój bagaż z gracją, jakby mój bagaż był wypchany kulkami papieru.

– Wszystko okej? – melodyjnie głęboki głos wyrywa mnie z bajkowej krainy.

Gwałtownie mrugam, oczyszczając rzęsy z kropel i wędruję wzrokiem wyżej, przez pokryte tatuażami, potężne ramię, przemokniętą do suchej nitki, podwiniętą pod łokciem koszulę, aż do okolonej kilkudniowym zarostem twarzy.

Jest piękna.

Czyżbym jednak był w bajce i wyśniony książę o głębokim spojrzeniu właśnie przybył mi na ratunek?

A może to moja skołatana psychika podpowiada mi nierealny scenariusz, bo prawdą jest, że rzęsisty deszcz utrudnia mi dokładne zapoznanie się z rysami stojącego przede mną mężczyzny. Mogę być pewny jedynie jego zatroskanej miny. Brwi ma ściągnięte do siebie tak bardzo, że nad oczami powstała mu jedna, pozioma kreska.

– T-tak, przepraszam – stękam piskliwym głosem i próbuję stanąć na równych nogach. To niewykonalne. Ból w kostce sprawia, że znów się chwieję. Tym razem jednak nie zdążam dosięgnąć ratującego życie pachołka, bo silne ramiona łapią mnie w ułamku sekundy.

– To ja przepraszam, jechałem jak wariat. Nie myślałem, że w taką pogodę ktoś będzie szedł poboczem – mówi łagodnie.

Spodziewałem się raczej gruboskórnego, kłótliwego typa, z którym przyjdzie mi stoczyć potyczkę o to, że szedłem złą stroną jezdni, nie mam odblasków, albo inne o inne duperele, o których w stanie wzburzenia nie pomyślałem, a które miałyby sprawić, że wezmę na siebie całą winę za zaistniałą sytuację.

– Nie ma sprawy, dam sobie radę – rzucam w odpowiedzi, bo nie wiem, co innego mogę dodać, by mnie zostawił. Wcale nie jestem pewien, czy dam. Właściwie, to najchętniej sturlałbym się do rowu i odpuścił absolutnie wszystko.

– Z tą kostką? – rzuca z uśmiechem. – Powinienem wezwać pogotowie…

– Nie trzeba – odmawiam szybko. Może zbyt szybko, choć wydaje mi się, jakby rozluźnił uścisk na myśl, że nie chcę karetki. Takie zawiadomienie mogłoby uruchomić też policję i całą procedurę związaną z odszkodowaniami. Nie wie, bo skąd ma wiedzieć, że jedyny powód, dla którego nie chcę takiej pomocy jest to, że koniecznością byłoby okazanie swojego dowodu osobistego. A tego nie chcę robić.

– To może podwiozę cię gdzieś? Dokąd idziesz? – delikatnie popycha mnie w stronę swojego samochodu. Nie opieram się. Nie mam jak. Jestem zbyt słaby, a puchnąca kostka boli, gdy tylko próbuję na niej stanąć.

Milczę, nie znając odpowiedzi. Nie wiem, dokąd idę. Przed siebie, daleko z tego zapiździałego miasteczka, w którym nie czekało na mnie nic prócz nienawiści.

– Wiszę ci przysługę, więc nawet, jeśli to jest daleko, to nadłożę drogi – próbuje mnie przekonać. – Nie bój się, naprawdę nie chciałem ci zrobić krzywdy – dodaje.

– Szedłem przed siebie – wyduszam w końcu, nie znajdując pomysłu na nic lepszego.

– Wycieczka na dziko? – nie widzę, ale czuję, jak obraca głowę i lustruje przytroczony do plecaka namiot i karimatę.

– Tak, chciałem zaszaleć – wzruszam ramionami, jakby było to zupełnie spotykanym pomysłem na spędzenie czasu.

– Wsiądźmy, żeby nie zmoknąć i zastanowimy się, co robić – proponuje, ale zatrzymuje się przed bagażnikiem, którego wcale nie otwiera. – Zrób sobie zdjęcie rejestracji, żebyś wiedział, że nie mam złych zamiarów – proponuje.

– Nie trzeba – odmawiam, ale nie ze względu na to, że nie chcę. Wręcz przeciwnie. To dobry pomysł i doceniam jego podejście, ale wstydzę się, zwyczajnie wstydzę się wyciągnąć swój telefon, który nie ma opcji aparatu. To stara, klawiaturowa cegła, z szalonych udogodnień mająca jedynie latarkę.

Wzrusza ramionami, nie próbując się więcej ze mną patyczkować i wdusza przycisk w kluczyku do auta, a klapa bagażnika unosi się automatycznie. Przesuwa siatki z zakupami i wrzuca doń mój plecak.

Uświadamiam sobie, że to nie może być turysta. Miejscowy, wracający z zakupów? Prędzej.

Nie mam siły tego analizować, gdy opadam na miękki fotel pasażera, zapinam się pasami, a nieznajomy uruchamia podgrzewanie fotela. Dopiero teraz uświadamiam sobie jak jest mi zimno. Przemoknięte ubranie porządnie wychładza mój organizm i jeśli nie znajdę ciepłego noclegu, pewnie dopadnie mnie przeziębienie. I to w środku upalnego lata!

– Skoro miałeś nocować w lesie, to może… – mówi, przesuwając palcami po dotykowym ekranie na kokpicie samochodu. Włącza mapę i wyznacza drogę do celu, do którego najwyraźniej miał jechać. – Mam chatkę w górach, całkiem niedaleko. Jeśli tak mogę się odwdzięczyć za… – nie wie jak nazwać zaistniałą sytuację. Wypadek? Nie potrącił mnie. To splot przypadkowych wydarzeń, w którym bardziej widzę go, jako wybawiciela, niż sprawcę.

– Jeśli nie będę przeszkadzał – zgadzam się niemal od razu, choć nieśmiało. Naprawdę nie mam obecnie lepszej opcji. Prawdę mówiąc, to nie mam żadnej innej opcji, bo umówmy się – spanie w rowie i liczenie na cudowne właściwości samo-naprawcze mojego organizmu, to absurdalnie głupi scenariusz.

– Pewnie – uśmiecha się i gasi światła alarmowe, które dotąd błyskały w deszczu. Włącza się do ruchu, z każdą chwilą nabierając pewności siebie, a ja znajduję w sobie odwagę, by spojrzeć na jego profil. Uświadamiam sobie, że to nie bajka. Koleś jest cholernie przystojny, przynajmniej z perspektywy pasażera. Gdy jednak obraca głowę w moją stronę, unikam jego wzroku. – Jak masz na imię? – pyta, a w jego głosie słyszę wesołość, jakby bycie panem sytuacji było mu na rękę.

– Ba… Bartek – w pierwszym odruchu zapominam o przełknięciu śliny.

– Kuba – podaje mi prawą rękę, chcąc się przywitać, ale jestem tak skrępowany, że nie zdążam wykonać żadnego ruchu. Jakby zniecierpliwiony, nie odwracając spojrzenia od jezdni, kładzie mi tę dłoń na kolanie.

Powinienem czuć się nieswojo, ale czuję narastające ciepło w podbrzuszu. Chcę, żeby ten dotyk trwał jak najdłużej. Uszy płoną mi czerwienią.

– Gorąco tutaj – wzdycham, przygotowując sobie wymówkę dla podniecenia. Wcale nie jest mi zbyt gorąco.

– Naprawdę? – marszczy brwi. – Fotel dopiero się rozgrzewa – wskazuje palcem na migającą ikonkę, wskazującą poziom temperatury.

Zagryzam wargi, gdy jego dłoń odrywa się od mojej skóry, pozostawiając po sobie jedynie zwód.

– Nie, nie za gorąco, po prostu… ciepło i różnica temperatur… – tłumaczę się niezgrabnie wskazując na swoją twarz. – Od razu robię się czerwony, jak burak – tym razem chwytam jego wzrok, gdy zerka na mnie.

– Faktycznie, od razu wyglądasz jak buraczek – śmieje się, już całkiem rozluźniony. – Cukrowy – dodaje pod nosem, jakbym miał tego nie usłyszeć. Ale słyszę i sam uśmiecham się pod nosem.

– Dzięki – chcę, żeby wiedział, że usłyszałem. Mięśnie między łopatkami rozluźniają się, a ja czuję się swobodniej. Opieram głowę o zagłówek, patrzę na drogę, którą samochód połyka płynnie z przyjemnym szumem.

Zapada cisza, przerywana regularnym piskiem wycieraczek, zrzucających hektolitry wody z przedniej szyby. Przymykam oczy chcąc cieszyć się momentem ukojenia, kiedy nie muszę myśleć o tym, co dalej.

Co sobie myśli? Czy dobrze odebrałem jego komplement? A może źle usłyszałem i zaraz przyjdzie mi ponieść karę za tę chwilową pewność siebie?

Pozostawiam powieki półprzymknięte nawet wtedy, gdy jego prawa dłoń wraca na moje kolano. Nie nachalnie. Nie przesuwa się wyżej. Co najwyżej jego mały palec próbuje wedrzeć się pod brzeg moich krótkich spodenek.

Staram się nie zwariować. Nie oddychać szybciej, choć serce przyspiesza w sekundę i łomocze próbując rozerwać klatkę piersiową. Nie potrafię jedynie okiełznać koniuszków warg, unoszących się do góry.

Widzi moją zrelaksowaną minę. Wie, że nie śpię. Wie, że się uśmiecham. I dopiero to zachęca jego dłoń do wędrówki w górę mojego uda.

Chwytam go za nadgarstek dopiero, gdy opuszek najmniejszego palca dociera niebezpiecznie blisko pachwiny.

– Przepraszam – chce wyrwać swoją dłoń, ale ja przytrzymuję ją na miejscu.

– Skręć tutaj – mówię, wskazując zjazd w leśną drogę.

Nie dopytuje. Natychmiast wrzuca kierunkowskaz, redukuje prędkość do dwójki i wjeżdża we wskazane miejsce.

– Zatrzymaj się – żądam.

– Nie chciałem… – zaczyna się tłumaczyć zaniepokojony moją reakcją, myśląc chyba, że wysiądę z auta i ucieknę, a potem osądzę go o molestowanie.

Ja jednak nie mam takiego planu. Opieram się o podłokietnik między nami, unoszę lekko i całuję pełne usta obramowane ciemnym zarostem.

Pierwszy raz w życiu całuję mężczyznę. Pierwszy raz robię to ja, sam z siebie, chętny i napalony odrobiną czułości, którą mi zaoferował.

Łokieć mi drży, nie pod ciężarem, musząc podtrzymywać całe moje ciało, ale z niepewności, czy dobrze robię. W końcu może wyrzucić mnie z auta i zostanę sam w miejscu niewiele lepszym od rowu, w którym się poznaliśmy.

On jednak oddaje pocałunek, lekko twardymi z podniecenia ustami, drapiąc mnie zarostem. Ta krótka chwila rozgrzewa mnie bardziej niż fotel.

Błądzę dłonią po jego klatce piersiowej. Mokra koszula przykleiła mu się do ciała. Opieram się o jego pierś czując we wnętrzu swojej dłoni twardniejący sutek. To rozpala mnie jeszcze bardziej, jednak nie mam siły dłużej opierać się na jednej ręce i opadam na swoje siedzenie. Nie chcę, żeby to się skończyło i Kuba chyba czyta w moich myślach, bo przejmuje inicjatywę i teraz on napiera na mnie.

Dźwięk rozpinanego rozporka sprawia, że w mojej głowie wybuchają endorfiny. Tak bardzo pragnę go zaspokoić, tak bardzo mam ochotę spróbować jego penisa, że wszystkie lęki szepczące, że nigdy tego nie robiłem, że nie umiem, że się nie nadaję, odchodzą na bok.

Nasze usta w końcu się rozdzielają, by on mógł unieść lekko biodra i zsunąć spodnie, umożliwiając mi dostęp do swojego krocza. Patrzę mu w oczy. Ma ciemne, spokojne spojrzenie, w których kryje się władczość, trzymana jednak na wodzy w obliczu dzisiejszych wydarzeń. Ja za to przygryzam wargę i w głowie powtarzam jedynie niemą prośbę. Nie, nie prośbę. Błaganie o to, żeby wypełnił sobą moje usta, żeby użył ich do zaspokojenia rosnącego napięcia.

Nieśmiało wyciągam dłoń, przesuwam po jego udzie, a on bezceremonialnie kładzie ją sobie na napiętych bokserkach.

Zaskakuje mnie równoczesna miękkość i twardość jego męskości. Nie jest jak na pornosach, gdzie pała stoi sztywno już od samego początku. Nie peszy mnie to jednak, z przyjemnością dotykam opuszkami palców jego jąder. Słyszę szybszy oddech.

– Nigdy tego nie robiłem – szeptam, patrząc w jego oczy błagalnie. Niech mi pozwoli, niech nie przestraszy się…

Na jego twarzy pojawia się uśmiech, lekko zdziwiony, lecz jakby… zachęcony?

Wielka dłoń łapie mnie za kark i zmusza, bym pochylił się nad krokiem.

Natychmiast językiem przesuwam po materiale bokserek. Szorstkim i niezbyt przyjemnym, ale nie przeszkadza mi to. Nie chcę, żeby się rozmyślił, więc ustami pochłaniam jego przyrodzenie, a dłonią chwytam za gumkę bokserek i ciągnę je w dół. W ustach zamykam główkę penisa, gdy tylko ta wychyla sponad materiału bielizny i wciągam go do ust głębiej i głębiej, aż wypełnia mi całe usta.

Penis twardnieje mi w ustach i jest to najprzyjemniejsze doznanie, które miałem okazję doświadczyć w życiu. To, że mu się podoba, że pęcznieje przeze mnie, że to ja sprawiam, że żyłki go okalające zaczynają pulsować… Słyszę jego jęk, gdy w palcach poznaję teksturę jego jąder. Usta ślizgają się na mokrym kutasie i kilkukrotnie próbuję połknąć go całego. Jest zbyt duży, lub mi brak umiejętności.

Wielkie dłonie łapią mnie za głowę. Palce wplatają się w mokre włosy, unieruchamiając moją głowę. Kuba zaczyna poruszać biodrami, wypełniając moje usta raz po raz. Językiem staram się dosięgnąć żołędzia i choć nie do końca mi to wychodzi, to przy okazji pieszczę jego penisa, poznając po raz pierwszy w życiu jak twarde może być coś, co jeszcze chwilę temu miało konsystencję starego banana. Coraz głośniejsze westchnięcia sprawiają, że jestem jeszcze bardziej podniecony.

Dochodzimy razem, choć Kuba nie wie, co dzieje się w moich spodniach.

On, wygięty do tyłu, z twarzą w stronę podsufitki, ja mocno trzymany przez jego łapska, z penisem po same jaja utkwionym w ustach. O, wydając z siebie mruczące jęki, od których wibruje mu umięśniona klatka piersiowa, ja – krztusząc się i charcząc. On, ładujący w moje gardło potężny ładunek spermy, ja, ze śliną i śluzem kapiącym mi z rozchylonych warg i mokrą stróżką wędrującą między udami.

On opada na fotel, wzdychając jeszcze, a ja, patrząc na niego usłużnie ze łzami w kącikach ust, przełykam grzecznie całą otrzymaną dobroć, zabieram się za zlizywanie z jego przyrodzenia pozostawionych resztek.

Wzdryga się. Nie z nieprzyjemności, po prostu jego penis jest dodatkowo wrażliwy po potężnym orgazmie. Nie każe mi przestać. Zaciska jedną dłoń na podłokietniku, drugą na klamce drzwi i wzdycha, a ja, dokładnie, liźnięcie, po liznięciu, sprzątam po sobie. Jestem zachłanny, chcę go dla siebie i najchętniej nie wypuszczałbym tego pięknego penisa z ust. W końcu łapię główkę wargami i językiem pieszczę ujście cewki, jakbym chciał spić każdą kroplę. Materiał tapicerki zgrzyta pod jego paznokciami.

Chwyta mnie za włosy i odciąga od siebie.

Przerażony już chcę przepraszać, gdy on lewą ręką łapie swojego kutasa i kilkoma sprawnymi ruchami doprowadza się do kolejnego orgazmu. Tym razem sperma trafia mnie w twarz, oblepia usta, nos, policzek i kawałek brody.

Trzymając moją głowę w tej samej pozycji, Kuba nachyla się nade mną i patrzy prosto w oczy. Nie mogę uciec, w moich oczach mieni się jedynie uległość. Za to jego twarz jest pewna siebie, zdecydowana.

– Lubisz takie zabawy? – pyta. Usta mam sklejone nim, więc patrzę tylko błagalnie w ciemne oczy. – Jesteś bezpańską suką, która szuka sobie pana na ulicy? Pytam się kurwo – potrząsa moją głową, niemal wyrywając mi cebulki włosów.

W końcu rozchylam wargi i końcówką języka zlizuję odrobinę spermy.

– Tak – przyznaję, choć nie jest to do końca prawdą. Moja historia jest zupełnie inna, niż szukanie sobie pana, seksualnego mastera, czy w ogóle osoby, z którą chciałbym iść do łóżka. Jednak teraz, w tej pozycji, pragnę się poddać, być usłużnym, tylko po to, by poczęstował mnie jeszcze swoim płynem. Podniecenie pali moje wnętrze, jego wzrok pozbawia człowieczeństwa i teraz właśnie czuję się rzeczą, której mógłby używać dowoli i według własnego uznania. Zabawką, zlewką na spermę, jego własną suką.

– Świetnie, w takim razie – odsuwa mi włosy z czoła, zamacza palec w spermie klejącej się do mojej twarzy i nad oczami zaczyna malować litery. – S-U-K-A – dyktuje, a mnie w środku ściska podniecenie. Gdy otwieram usta ze zdziwienia, na moim języku ląduje jego ślina. Splunął na mnie. I zrobił to w taki sposób… – Nie waż się zmywać tego tak długo jak ci nie pozwolę – mówi w końcu i puszcza moje włosy.

Upokorzony cofam się na swoje miejsce, a Kuba wciąga spodnie, chowając miękkiego penisa, na którego jeszcze nie przeszła mi ochota, w bokserki.

Napięcie opada ze mnie po kilku głębszych oddechach. Patrzę w szybę przed sobą, wciąż zalewaną obfitym deszczem, niewidzącym wzrokiem. Im spokojniejszy się robię tym bardziej nie rozumiem, co to było. Dotąd otoczony poczuciem bezpieczeństwa teraz nie bardzo wiem w jakie gówno właśnie się wpakowałem.

Z twarzy Kuby znika ostrość. Zaskakuje mnie łagodnym pocałunkiem.

– Hej, nie bój się. To tylko zabawa – puszcza mi oczko. – To było super, a ja… cóż, lubię takie słodkie buraki cukrowe – przygląda się ozdobie na moim czole – ale bądź posłusznym psem i daj radość swojemu panu.

Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

Kuba Skibidi

Comments

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *