Author: admin

  • Edukacja z ciocia 27.

    Edukacja z ciocią 27.

    Zaczęliśmy się pieścić i całować. Krystyna mocno stęskniła się i była bardzo aktywna.

    -”Zajmij się swoją dziewczyną kochanie” szeptała.

    -”Dziś chcę dużo i długo.”

    Miałem już wzwód i naturalnym ruchem ręki zaczęła mnie lekko, delikatnie onanizować. Zacząłem pieścić i całować jej piersi.

    -”Nie wytrzymam już kochany!”

    Szybkim ruchem wsiadła na mnie i nabiła się spokojnie na mój penis.

    -”Oooo taaak! Tak się stęskniłam!”

    Ujeżdżała mnie dość mocno, wbijała paznokcie w moje piersi rysując długie głębokie linie na moim ciele. Chciała spełnienia szybko i bezkompromisowo. Po chwili doszła jęcząc cichutko.

    -”Taaak kochanie! Teraaaaaaz!”

    Upadła na mnie, tuląc swoje ciało w mych objęciach.

    -”O taaaaak!” szeptała cichutko.

    Całowaliśmy się głęboko, a nasze języki z chęcią i rozkoszą rozwijały swe harce. Krystyna zawsze całowała namiętnie i oddawała się temu w uniesieniu. Sprawiało mi to ciągle nieopisaną przyjemność. Zsunęła się wreszcie ze mnie, ułożyła kilka poduszek pod głową, jedną pod plecami na wysokości talii.

    -”Dobrze teraz czy chcesz mnie wyżej…bardziej wygiętą? Chcę, żebyś wchodził bardzo głęboko dzisiaj!”

    Wszedłem między jej rozłożone uda.

    -”Tak chyba będzie dobrze Krysiu” oceniałem jej rozstaw bioder.

    -”Zaraz zobaczymy” szepnęła ”Wejdź kochanie!”

    Zbliżyłem moją nabrzmiałą pałę do wejścia pochwy i pchnąłem. Była rozwarta i mokra. Jednym płynnym ruchem znalazłem się w jej wnętrzu. Jęknęła z aprobatą przyjęcia w cipce mojego kutasa.

    -”Nie spiesz się…proszę…”

    -“Tak ciociu!”

    Zacząłem ją powoli dymać. Przerwała mi po kilku ruchach.

    -“Poczekaj…za nisko…” podłożyła jeszcze jedną dużą poduszkę pod plecy, poprawiła poduszki pod głową.

    -“Teraz mam biodra lepiej wygięte…teraz będzie ci wygodniej wchodzić we mnie głębiej. No dawaj kochany!” szeptała.

    Zacząłem ją jechać. Faktycznie, wygięcie bioder i całej talii spowodowało zupełnie inny kąt wejścia penisa w jej szparkę. Patrzyła mi w oczy, gdy szepnęła:

    -”Nie spiesz się…Sprawdzimy dzisiaj, ile razy dasz radę, dobrze?”

    -”Jasne ciociu…się będę starał…”

    -”Wiem kochanie” śmiała się cichutko ”wiem.”

    Ruchałem powoli, ale ciśnienie nieubłaganie już dawało znać, że to nie potrwa długo.

    -”Rozładuj się…nooooo kochany.”

    -”Krysiu wciąż mogę…?”

    Spojrzała na mnie uważnie…chwilę milczała wpatrując się we mnie…

    -”Wiem, że tego  chcesz…” szeptała…”Możesz cały czas…nie bój się…mówiłam ci już…zawsze będziesz mógł do końca…we mnie…i teraz…i w przyszłości…kiedy i jeśli będziesz tylko chciał.”

    Pocałowałem ją…

    -”Cudowna jesteś!”

    -”Wiem kochanie…dla ciebie…tylko dla ciebie…” zauważyłem smutek w jej oczach.

    -”Jestem taka szczęśliwa z tobą” szepnęła.

    Orgazm nadszedł z dużą eksplozją w jej gorącą chętną cipkę. Jęknąłem, gdy całe moje ciało naprężyło się. Eksplodowałem silnym wytryskiem w jej szparę. Przytuliła mnie mocno.

    -”Daj mi wszystko!”

    Po 5-tym wtrysku zwolniłem lekko.

    -”Dobrze już?” szeptała.

    -”O taaaak!”

    -”Dobrze…a teraz już powoli kochanie…musisz troszkę popracować na tej dojrzałej dupci…rozepchaj swoją dziewczynkę…wchodź głęboko…do końca…do samego dna cipki.”

    Znowu zacząłem dymać rozpychając ją na boki. Objęła mnie nogami i okroczyła na plecach.

    -”Włóż ręce pod pupę i dobij do dna” szeptała.

    Byliśmy teraz jak jedno ciało, świetnie i ciasno zakleszczeni w doskonałej harmonii aktu seksualnego. Posuwałem jej rozwartą bruzdę powoli, Krystyna cicho pojękując poddawała się pchnięciom moich bioder.

    -”Jest idealnie Mareczku…ruchaj, ile chcesz…czuję cię tak głęboko…”

    -”Ciociu…?” Patrzyłem jej w oczy…

    -”Tak kochanie!”

    Wiedziała…

    -”Taaak, do końca!” uśmiechała się.

    Spuściłem się w nią znowu, teraz już spokojniej, ale i tak potężnym spustem w jej wnętrze. Drapała mnie paznokciami po plecach i po tyłku, jeszcze bardziej mnie podniecając, gdy dochodziłem. Znowu całowaliśmy się i pieściliśmy języczkami.

    -”Jest mi tak dobrze pod tobą…nie wyjmuj!” prosiła cichutko…

    -”Chcę jeszcze…” po chwili znów zacząłem ją jechać…

    -”O taaaak kochanie!” jęczała…”jeszcze…chcę jeszcze…jesteś cudowny!”

    Teraz trwało to dłuższą chwilkę…Krystyna orgazmowała spokojnie, cichutko, mocniej tylko wtulając się we mnie i głębiej wbijając swe pazurki  w moje półdupki, silniej je dociskając do swego łona…

    -”O taaaaak kochanyyyy! Jedź tę bruzdę, mocniej i głębiej…jeśli chcesz!”

    Miała cały czas orgazm i chciała teraz ostrej jazdy.

    -”Wyruchaj mnie teraz! Mocno! Głęboko!”

    Podniecony jej słowami, zacząlem orać jej szparę…mocno długimi, potężnymi pchnięciami…zaczęła głośno stękać.

    -”O taaaak! Dokładnie taaaaak! Jesteś tak dużyyyyy!”

    Po chwili doszedłem ponownie, wlewając strumień spermy do jej wnętrza. Wpatrywała się we mnie intensywnie, kręcąc w konwulsjach głową…

    -”Jeszcze kochanie…jeszcze!”

    Nie przestałem…rżnąłem ją dalej…zaczęła niesamowicie pracować biodrami…

    -”Posiądź mnie! posiądź to cipsko!” jęczała.

    Znowu doszedłem…zamknęła oczy poddając się rozkoszy, gdy świeża dawka nasienia zalewała jej macicę…

    -“O taaaak kochanie…” wystrzeliwszy ostatni spust dopiero nieco ochłonąłem.

    -“Ciociu?…Krysiu?…” spojrzała na mnie…

    -“Nooooo kochany?”

    -“Jesteś fantastyczna!” uśmiechała się.

    -“Kochany jesteś! Dziękuję ci skarbie!” potem już lżejszym tonem zaczęliśmy po cichu rozmawiać…

    -“Nadal niezła dupa co? Jest co poruchać?”

    -“O tak! Jest mi tak dobrze w twojej cipce!”

    -“No myślę! Niejeden facet by chciał mnie przelecieć…” uśmiechała się…”Mam ciągle różne oferty…wiesz jak to jest, jak się pracuje z wygłodniałymi samcami…” śmiała się…

    -“Nie sądzę, aby któryś mógł mnie tak zaspokoić jak ty…” przyglądała mi się.

    -“Cieszę się, że w końcu do tego doszło między nami” szepnęła.

    -“Ja też Krysiu!”

    Będąc nadal w niej, poczułem kolejny wzwód…penis był gotowy do następnej rundy. Zacząłem ją delikatnie posuwać.

    -“Już? Gotowy?”

    -“Tak Krysiu!”

    -“Yhhmmm to dawaj mały! Pocipciaj sobie!”

    Ruchałem powoli.

    -“Tak dobrze?”

    -“Tak kochanie!” spojrzała mi głęboko w oczy.

    -“Wiesz, że możesz wszystko co chcesz” szeptała.

    -“Wiem Krysiu…jesteś cudowną ciocią…dziękuję ci!”

    -“Przestań głuptasie! Noooo ruchaj ruchaj swoją ciotkę! Jest tak przyjemnie!”

    Zaczęła znowu dochodzić, orgazm zaczął wstrząsać jej ciałem.

    -“Taaaak kochany! Dokładnie taaak!”

    Szczytowała spokojnie, po cichu, czasem lekko pojękując, rozkoszując się każdą sekundą uniesienia, każdym pchnięciem kutasa. Poczułem nadchodzący orgazm…ona też…spojrzała mi w oczy, lekko kiwnęła głową potwierdzając gotowość przyjęcia nowej fali młodzieńczej spermy.

    -“Ładuj…do pełna…” szepnęła w końcu.

    Spust poszedł głęboko w jej macicę…wlewałem dwa…trzy…cztery wtryski. Docisnęła mój tyłek silniej do swej cipki, przytrzymując głęboko wbitymi tymi jej długimi paznokciami…

    -“Wlej wszystko malutki…” szeptała.

    -“Nie wychodź jeszcze…” przyglądała mi się…

    -“Dasz radę jeszcze raz swojej dziewczynie?” szeptała cichutko z uśmiechem.

    Roześmiałem się też cichutko.

    -“No przecież wiesz!”

    -“Wiem Mareczku! i za to cię kocham!”

    Wiedziałem, czego oczekiwała. Zacząłem ją mocno jechać…wchodziłem na wyższe obroty, by po chwili ją najzwyczajniej jebać i stosunek przemienił się w zwykły dziki akt rozładowania napięcia i osiągnięcia rozkoszy seksualnej. Rżnąłem jak furiat. Młody samiec zaspokajał swoją dojrzałą samicę! Ujeżdżałem ją mocno i głęboko. Jęczała teraz już nieprzerwanie.

    -“Jezuuuuuu! Mareczkuuuuuu! Jak mi dobrzeeeee! Ruchaj kochany! Mocnieeeeej! Jeszczeeeeee!”

    Doszedłem wreszcie potężnym wytryskiem w jej rozwartą, mokrą, gorącą dziurę. Piszczała teraz już ciszej…

    -“Taaaak! Napełnij mnieeeee!”

    Zlałem świeży ładunek nasienia. Powoli wytracałem szybkość i impuls. Wreszcie zsunąłem się z ciotki. Leżeliśmy teraz obok siebie wtuleni, całując, gładząc i pieszcząc nasze ciała. Krystyna zaczęła łagodnym głosem…

    -“Widzę i wiem, że dużo możesz…to o testowaniu to tak mi się wymsknęło…” przyglądała mi się…

    -“Chcę, żebyś dziś w nocy naprawdę pospał i odpoczął…dobrze?”

    -“Postaram się Krysiu.”

    -“Ehh ty narwańcu!” uśmiechnęła się.

    -“Marek! Naprawdę! Proszę cię! Jutro jak Bogusia przyjedzie…wiesz…ona już próbowała się umawiać trochę, ale jakoś do niczego nigdy nie doszło. Na zewnątrz może i wygląda pewnie…sam widziałeś…elegancka laska…ale to delikatna i bardzo skromna dziewczyna…”

    Przyglądała mi się.

    -“Już się zorientowałeś, że dziewczyny zrobiły ci opinię ogiera…zależy mi, abyś zrobił na niej dobre wrażenie, w sensie…no wiesz…nie tylko rżnięcie jak króliki, tylko żeby to było miłe przeżycie dla niej…no i dla ciebie oczywiście…” kontynuowała…

    -“Bo widzisz…te moje wszystkie przyjaciółki, to starsze niewyżyte dupy, co potrzebują po prostu dobrego kutasa, żeby je od czasu do czasu dobrze zerżnął…a zarówno Monika jak i Bogusia to…inna kategoria kobiet…ruchanko też im się przyda, ale one potrzebują bardziej uczucia, sympatii, potwierdzenia własnej wartości…”

    -“Ciociu…” powiedziałem cicho…”teraz jak już wiem, w co mnie wciągnęłaś” uśmiechnąłem się “to staram się robić tak jak mówisz…”

    -“Nooo wiem kochanie…zauważyłam…szybko się nauczyłeś wielu rzeczy…i za to ci dziękuję że mnie słuchasz.”

    -“Tak jak mówię…gówniarz jesteś i chcesz się tylko wyprztykać i to jest normalne u młodych chłopców, ale kobieta potrzebuje też trochę ciepła, uczucia, przyjaźni…rozumiesz kochanie?”

    -“Tak Krysiu…postaram się” powiedziałem poważnie.

    Patrzyła na mnie.

    -“Wiem skarbie…i za to cię kocham!…choć taki trochę narwany to ty jednak jesteś”  uśmiechnęła się.

    -“To co? śpimy? umowa stoi?”

    -“Tak Krysiu!”

    -“Nooo chyba, że już naprawdę nie będziesz mógł wytrzymać…no to wiesz…” uśmiechnęła się.

    Mimo, że na dworze było jeszcze jasno, ledwie 10-ta wieczorem, to wtuleni w siebie spokojnie zasnęliśmy. Spało mi się nadzwyczaj dobrze i przyjemnie…okno w sypialni na górze zostawiliśmy otwarte. Nawet jak się kochaliśmy z ciotką, to ona zawsze szczytowała spokojnie, w ciszy, więc nie było obawy, żeby najbliższy sąsiad usłyszał jakieś odgłosy aktywności seksualnych.

    Obudziłem się chyba dopiero koło 4-tej, gdy zaczynało już świtać. Krystyna jak prawie zawsze, gdy byliśmy sami, spała leżąc na wpół ciałem na mnie, wtulona i obejmująca mój kark. Cała naga i to jej cudownie kształtne ciało napędzało tylko moją zdolność wyobraźni. Kutas oczywiście dawał mi ciągle do zrozumienia, co mam robić. Nie mogłem się opanować. Szybko przekręciłem ją na plecy i wszedłem między jej uda. Cipka była mokra, rozwarta i kapała moją spermą.

    Pchnąłem delikatnie, ale i tak obudziła się od razu. Spojrzała na mnie tym swoim pięknym uśmiechem.

    -“No tak…wiedziałam…” szepnęła cichutko…

    -“No dawaj już…zaruchaj sobie…”

    Zacząłem mocno i szybko jechać cioteczkę. Jęczała cichutko…

    -“Narwaniec jesteś” śmiała się…”Cipciaj cipciaj…pieprzony gówniarzu…” szeptała bez złości…”rozładuj się…”

    Doszedłem szybko…poczuła…kiwnęła tylko głową…wystrzeliłem fontannę nasienia w jej gorącą szparkę…ruchałem dalej…wiedziała, że jednorazowe spełnienie to dla mnie za mało. Okroczyła mnie nogami.

    -“Teraz kochanie!” dała sygnał do głębokiej penetracji i mocnego rżnięcia.

    Ujeżdżałem ją szybko i intensywnie. Doszedłem znowu, aż jęknęła głośno, gdy wbijałem się w jej szparę ostatnimi potężnymi pchnięciami, pompując ładunek nasienia. Wytracałem pęd w miarę napełniania jej bruzdy spermą. Leżeliśmy chwilę, relaksując się. Pocałowała mnie, pogładziła po plecach, poklepała po tyłku…

    -“No już…prześpij się trochę…”

    Zasnęliśmy.

    Była już prawie 10-ta, gdy obudziłem się. Krystyny nie było w łóżku. Poszedłem wziąć prysznic. Pała stała jak torpeda, ale na myśl o Bogusi, udało mi się opanować. Zszedłem do kuchni. Krystyna przywitała mnie uśmiechem.

    -“Noooo wyspałeś się…odpocząleś trochę?” spytała.

    -“Tak…czuję się bardzo dobrze!” odparłem.

    Była w szlafroku…spojrzała na mój wzwód okryty ręcznikiem.

    -“Mowy nie ma kochany!” roześmiała się wymownie.

    -“Dostałeś cipki w nocy!”

    Podeszła i pocałowała mnie.

    -“Wiesz, że my dziewczyny spotykamy się…Bogusia jest świetna w łóżku…bardzo ciepła… taka milusińska…” mrugnęła…”musisz poczekać…Warto!…”

    -“Dawaj, zjedz coś na śniadanie!  Pomożesz mi potem z obiadem…jest trochę do przygotowania. Bogusia będzie o 1-ej…to żebyśmy zdążyli się trochę ubrać… golasie…” roześmiała się.

    Do 12-ej mieliśmy już wszystko przygotowane.

    C.D.N. 28.

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    Mi Riam

    Proszę o sensowne komentarze i konstruktywną krytykę… a nie trollowanie.

    Nie podoba się – nie czytaj!

    Jest tyle innych kategorii, że każdy znajdzie coś dla siebie. 

    Pozdrawiam tych, którym się podoba.

  • Poskromienie niewolnicy

    Z aukcji niewolników wracałem wzbogacony o podpitą i podnieconą Luizę oraz nieco przechodzoną, ale uległą Ewę.

    Obie zostały po aukcji oznakowane, wymyte, założono im obroże z GPS, ubrano w krótkie satynowe szlafroczki i szpilki; osobiście dopilnowałem, żeby żadnej z nich nie założono majtek ani biustonoszy (nie przewidywałem, aby były im potrzebne); sprawdziłem jeszcze ich stan (testy ciążowe na wszelki wypadek, stan uzębienia itd) i kazałem wsiadać do samochodu.

    Luiza usiadła z przodu, rozwaliła się na fotelu, położyła nogi na desce rozdzielczej, pociągnęła piwa z flaszki i beknęła głośno.

    Uśmiechnąłem się do niej i rzuciłem przez ramię:

    —  Pokaż cipę !

    Spojrzała na mnie ze złym uśmieszkiem i powoli podniosła szlafroczek, demonstrując  wygoloną cipkę z cudownymi, ciemnymi fałdkami. Miała piękne, szczupłe nogi, wąskie w kostkach. Brązowooka blondynka z niezłymi piersiami, wąska w talii, jeszcze młoda, ledwo po trzydziestce, niezła lafirynda, niezły materiał do pieprzenia.

    Wyciągnąłem rękę i sięgnąłem jej cipy. Była już mokra i ciepła. Ta sytuacja, nowa dla niej, podniecała ją. Właśnie zaczynała odkrywać w sobie uległą kurwę i była chyba na początku drogi. Westchnęła i rozsunęła szerzej nogi, ułatwiając moim palcom penetrację. Wkrótce wsunęły się do środka. Była w miarę wąska, ale bez przesady. Trzy palce w niej się mieściły bez problemu, gdybym się postarał i gdyby była wcześniej ruchana, być może weszłaby pięść.

    Zacząłem posuwać w przód i w tył, kciukiem masując łechtaczkę. Oczywiście, nie ułatwiało to koncentracji na drodze, ale na szczęście ruch nie był duży.

    Luiza przymknęła oczy, zsunęła się niżej i zaczęła poruszać biodrami. Wkrótce jej oddech stał się szybszy i zaczęła cicho pojękiwać. Szlafrok zsunął jej się z ramienia, odsłaniając pierś, za którą się chwyciła i zaczęła masować. Językiem oblizywała usta.

    Ewa przyglądała się temu w milczeniu z tylnego siedzenia.

    Możecie nie pamiętać, ale Luiza jedyna na aukcji nie była niewolnicą. Pracowała, jako teamleaderka w domu aukcyjnym dostarczającym niewolnice w celu zaspokajania wszelkich potrzeb bogatych nabywców. Najpierw sama zajmowała się handlem żywym towarem sprzedając dziewczyny do burdeli, aż któregoś dnia podwinęła jej się noga, narobiła długów i uciekła przed wierzycielami w niewolę.

    Słowem – sama się sprzedała. Teraz byłem jej pierwszym panem a ona była kompletnie niewytresowana i nieustawiona. Pała sterczała mi od dłuższego czasu. Nie mogłem się doczekać aż dojadę do domu i zajmę się nią.

    Natomiast Ewa – no cóż … Była na aukcji najstarsza, liczyła sobie 43 lata, co jak na cykl użytkowania niewolnicy było bardzo dużo. Miała zrobione zęby i biust, ale nie da się ukryć, że już nie taki jędrny jak u młodszych konkurentek. Nie była gruba. Powiedziałbym, że była raczej krągła, mocnej budowy, nogi miała całkiem niezłe, brzuch też.

    Spodobała mi się jej twarz: nieco pomięta, z lekko zaznaczonymi  pierwszymi zmarszczkami w kącikach szarych oczu i duże, mięsiste usta nadające jej wulgarnego wyglądu. Po jej twarzy widać było, że z niejednego fiuta piła spermę. Miała rozpuszczone luźno, kasztanowe, długie, lekko kręcone włosy przytykane pasemkami pierwszej siwizny. Stopy nieduże, kształtne, nieco żylaste.  Była w obiegu od 25 lat, trzykrotnie rodziła. Przychodziło to jej z łatwością.

    Przechodziła przez dziewięciu właścicieli a przez ostatnie 10 lat najpierw używano jej do filmów porno o zabarwieniu S/M a potem oddano do burdelu, gdzie brał ją, kto chciał. Jej ciało miało parę małych blizn, niektórych zakrytych tatuażami; miała też przekłute sutki i srom.

    Dlaczego ją kupiłem? Bo doświadczone niewolnice są lepsze od młodych dziewczyn, które dopiero muszą się nauczyć fachu. Ponadto są lojalne: wiedzą, że ich pozycja jest słaba.

    Wreszcie zajechaliśmy pod dom. Dziewczyny wysiadły i stukając obcasami szybkim krokiem podążyły za mną. Nie zabrałem ich od razu do sypialni. Od razu w hallu, przy otwartych drzwiach i zaciekawionej służbie podszedłem do niej i jednym szarpnięciem zerwałem z niej szlafroczek. Nie szarpała się. Patrzyła mi zachęcająco w oczy. Ujrzałem białe ramiona i nieduże gruszkowate piersi, z czerwonymi obwódkami wokół sterczących już sutków. Spod cienkiej skóry prześwitywały żyłki.

    Na brzuchu miała pieprzyk, meszek i jeden – dwa rozstępy pod pępkiem. A w pępku kolczyk. Cipa – jak już pisałem dokładnie ogolona, wargi sromowe ciemne. Uda wąskie, nie schodziły się w kroku, kolana nieco spiczaste, kształtne łydki, nad kostką u nogi przechodziły widoczne żyły. Stopy drobne, nieco żylaste. Paznokcie u nóg niewymalowane.

    Rozstawiła szerzej nogi, wsadziła sobie palce w cipę i odezwała głośno:

    — Ktoś mnie tu w końcu wyjebie, czy będziecie się tylko gapić?

    Po czym wyjęła palec z cipy i oblizała go.

    „Dziwka” — pomyślałem – „Dobrze zainwestowany pieniądz”

    Podszedłem do niej, wziąłem ją za kark, odwróciłem, rzuciłem na fortepian, kopniakiem rozstawiłem jej nogi. Zrozumiała od razu, o co mi chodzi, opuściła głowę, oparła się o fortepian i wypięła dupę.

    Zawołałem kamerdynera: — Wypróbuj ją pierwszy.

    Kamerdyner skinął głową, wyjął chuja i bez żadnej gry wstępnej złapał nieszczęsną Luizę za biodra i zapakował go w jej cipę po same jaja aż krzyknęła.

    Ruchał ją mocno jakiś czas, po czym zapytał przekrzykując jęki niewolnicy (Luiza była dość głośna):

     —Pan życzy sobie abym się w nią spuścił ?

    — Tak, możesz się spuścić w tej dziwce.

    — Kurwa, przestańcie już pierdolić i niech się wreszcie ktoś we mnie spuści !— wrzasnęła rozsierdzona i podniecona Luiza.

    Ewa stała w kącie i patrzyła. Wiedziała, że jest zużyta, przechodzona i że nie będzie służyć długo. Czekała cierpliwie na swoją kolej, aż ktoś ją zerżnie, ale na razie cała uwaga była skupiona na Luizie i nikt nie zwracał na nią uwagi.

    Kamerdyner stęknął, a po chwili po białych udach Luizy pociekła strużka białej, gęstej cieczy. Schował kutasa w spodnie, skłonił się godnie i oddalił powolnym krokiem.

    Luiza wyprostowała się, odwróciła, oparła łokciami o fortepian i wyszczerzyła zęby — Ty , dobre to było — zachichotała, ścierając dłonią spermę z ud i oblizując palce.

    Skinąłem na Ewę –

    — Wyliż ją do czysta — rozkazałem.

    Ewa skinęła posłusznie głową, podeszła powoli do Luizy, kucnęła przed nią, wyciągnęła język i wsadziła go jej w cipę. Luiza zamruczała i nadstawiła się. Ewa powoli, metodycznie, bez emocji, ale starannie przystąpiła do jej wylizywania. Podejrzewam, że gdyby to był psi kutas, robiłaby to z taką samą dokładnością. Język – jak się okazało – miała dość długi i szeroki. Wszystko, co zlizała połykała, więc kazałem jej podać szklankę wody – nie z sympatii dla niej, ale żeby miała mokry język. Suchym mogłaby podrażnić Luizę.

    Po skończeniu z cipą, zabrała się za wewnętrzną stronę ud. Stopniowo schodziła coraz niżej, wypinając się do mnie coraz bardziej. Może i była zużyta, ale znała się na robocie.

    Luiza już ledwo trzymała się z podniecenia na nogach, znowu jęczała z rozkoszy.

    Wszystko działo się na oczach zgromadzonej służby.

    Kiedy Ewa skończyła, wstała i  skłoniła się w moją stronę:

    — Czy mój Pan jest zadowolony?

    Pomyślałem, że Ewa, doświadczona niewolnica może mi się przydać nie tylko do pieprzenia, ale i do ustawiania Luizy.   

    Skinąłem na obie, żeby poszły za mną. Ewa ruszyła pierwsza; Luiza zostawiła szlafrok w hallu na posadzce i w samych szpilkach ruszyła za nami posłusznie.

    W sypialni obie kobiety rozejrzały się ciekawie; Ewa stanęła w kącie posłusznie czekając na rozkazy, ale za to Luiza bez oporów usiadła na łóżku, założyła nogę na nogę i kiwając stopą zażądała papierosa.

    Nie umknęło mojej uwagi, że przez twarz Ewy przemknął grymas oburzenia. Podniosła w zdziwieniu brwi i spojrzała na mnie. Odwzajemniłem spojrzenie.

    Luiza zauważyła to i na chwilę przystopowała. W sypialni nikt nie palił, byłem zaciekawiony i rozbawiony, podałem jej paczkę fajek. Wyjęła jedną, zapaliła, zaciągnęła się, wydmuchała dym.

    — Słuchaj —rzekła w końcu. Nie wiem jak ty, ale ja byłam w tej branży przez długi okres czasu. Jestem ciut starsza niż myślisz. Podrobiłam papiery, żeby dostać za siebie lepszą cenę.

    Miałem już dość paplaniny tej flądry, bezustannego tykania mnie i jej szarogęszenia. Pora było z tym skończyć i zacząć ją ustawiać. Spojrzałem na Ewę i głową wskazałem jej Luizę. Ewa – jako wytrwana, doświadczona sucz, która przed chwilą dobrze zrozumiała moje spojrzenie, podeszła do niewolnicy, wyjęła jej papierosa z ust i dwa razy na odlew strzeliła ją po pysku otwartą dłonią.

    Luiza zamilkła, górna warga zaczęła puchnąć a na policzku pojawił się szybko rosnący siniak.

    — Widzę, że nie rozumiesz zasad dziwko — spokojnie zaczęła jej tłumaczyć Ewa. Mówisz tylko wtedy, gdy Pan ci pozwoli —w tym miejscu chwyciła Luizę za włosy i mocno szarpnęła, aż ta wrzasnęła — poza tym nie wolno ci do nikogo mówić per „ty”. Chyba, że do innej niewolnicy. I masz słuchać — dla pewności jeszcze raz trzasnęła ją w twarz, aż Luizie odskoczyła głowa a w oczach pojawiły się łzy. — Rozumiesz, czy mam coś powtórzyć? —Zakończyła groźnie, zerkając na mnie.

    – Na wszelki wypadek powtórzę, żeby ci było łatwiej zapamiętać – wycedziła Ewa, trzymając Luizę za włosy i odchylając jej głowę mocno do tyłu – siadasz jak ci pozwolą usiąść, wstajesz jak ci każą wstać. Dupę nadstawiasz na rozkaz – rozumiesz?

    Luiza oblizując puchnącą wargę kiwnęła, że rozumie.

    Uznałem, że zrobiła swoją robotę i wystarczy. Wskazałem jej dłonią miejsce na podłodze, Ewa posłusznie odstąpiła od Luizy i usiadła ze skrzyżowanymi nogami.

    Luiza siedziała na łóżku jak sparaliżowana. Chyba zaczęło coś do niej docierać. Popchnąłem ją, upadła na plecy; kolanem rozchyliłem jej nogi, wyjąłem pałę i uwaliłem się na niej. Wkrótce byłem w niej i zacząłem ją ruchać. Rozchyliła szerzej nogi a ja ugryzłem ją w spuchniętą wargę aż krzyknęła z bólu. Wiła się jęcząc pod moimi mocnymi pchnięciami. Nie mam małego kutasa, więc czułem jak napiera na ścianki jej macicy. Uniosłem się na jednej ręce a drugą zacisnąłem jej na gardle, żeby się nie miotała. Leżała spokojnie, z trudem łapiąc oddech a ja ją pieprzyłem. Nie doszedłem do końca. Wyjąłem kutasa, przerzuciłem Luizę na brzuch. Zrozumiała, co zamierzam, próbowała ścisnąć pośladki. Na próżno. Pośliniłem palec, natarłem jej odbyt.

    — Proszę, nie, nigdy tego nie robiłam, Panie — błagała.

    Przyłożyłem kutasa do jej tyłka i z rozmachem wbiłem go bez gumy. Była ciasna, sucha. Mój kutas wchodził ciężko, z oporem. Musiałem pchać z całej siły. Krzyknęła przeraźliwie. Chwyciłem ją za włosy, podciągnąłem głowę do góry. Pieprzyłem mocno. Jej krzyk przeszedł w szloch.

    Specjalnie przeciągałem całą sytuację, którą obserwowała z uznaniem Ewa.

    Jeszcze i tym razem nie spuściłem się w Luizę.

    Wyjąłem kutasa, ponownie chwyciłem ją za włosy, powlokłem  wrzeszczącą i opierającą się do łazienki, wrzuciłem ją pod prysznic. Skuliła się kącie, zasłaniając bezbronna rękami. Zacząłem na nią sikać. Oblałem jej włosy, twarz, cycki. Kiedy skończyłem, zawołałem Ewę.

    — Co  myślisz?

    Popatrzyła na nią krytycznie:

    — Chyba jej na dzisiaj wystarczy — wkrótce zobaczymy czy czegoś się nauczyła. Ale było to konieczne. Inaczej weszłaby Ci Mój Panie na głowę.

    A do skulonej Luizy rzuciła:

    — Umyj się i czekaj.

    Wyszliśmy do sypialni. Ewa uklęknęła przede mną, zadarła głowę do góry i patrząc mi w oczy zapytała:

    — Czy Mój Pan pozwoli sobie obciągnąć? Chcę służyć. Będę szmatą, zdzirą. Kurwą. Wiąż mnie mój Panie. Kup mi klatkę. Rób ze mną Panie wszystko, co chcesz. Naprawdę wszystko. Można mnie oznakować. Dać wulgarne imię. Oddawać do jebania, zapładniać. mogę być toaletą. Ja jestem od spełniania zachcianek.

    — Wysuń język – rozkazałem, przerywając ten słowotok. Posłusznie otworzyła usta, wysunęła długi, szeroki i mokry język. Pochyliłem się. Liznąłem go. Odwzajemniła się. Wpiłem się w jej usta, chwyciłem jej język zębami a potem wessałem go do swoich ust. Znała tę zabawę. Jej język w moich ustach wyczyniał cuda a usta miała szerokie, grube i ciepłe. Teraz ona zaczęła ciągnąć i ssać mój język jakby to był kutas a ona robiła laskę. Znała się na rzeczy i angażowała się. Zależało jej.

    Wysunęła język i czekała. Zrozumiałem. Pochyliłem się i powoli spuściłem na niego swoją ślinę. Oblizała się, połknęła, zakręciła tyłkiem jak suka i usiadła na piętach, czekając rozkazów. Była od mnie kilkanaście lat starsza i całkowicie uległa. Podniosłem ją za brodę, posłusznie wstała. Piersi miała lekko zwisające, ale nie obwisłe, duże brodawki. Chwyciłem ją za obie piersi.

    – Mocniej – poprosiła.

    Zacisnąłem z całej siły. Krzyknęła, ale nie wyrywała się. Patrzyła mi w oczy, kiedy zaciskałem palce na jej miękkich, zużytych piersiach a potem, kiedy ciągnąłem sutki.
    Brzuch też miała miękki, ale nie wystający zbytnio. Biodra szerokie, dość spory tyłek. Wiedziałem, że będzie wchodziło się w nią lekko, bez wysiłku, czy to w cipę, czy w odbyt. Włosy można jej ufarbować, może każę ją wytatuować. W sumie niezła z niej sztuka.
     Chwyciłem ją za włosy, sprowadziłem do siadu. Wsunąłem jej do pyska kutasa. Objęła go swoimi suczymi ustami i zaczęła ssać, ciągnąć, lizać, siorbać. Brała naprawdę głęboko. Nie puszczałem uchwytu. Trzymając ją za włosy, nadawałem tempo ruchom głowy niewolnicy. Wkrótce cała jej broda i piersi były pokryte śluzem i śliną. Charczała, kiedy się spuściłem jej w gardło. Połknęła wszystko i opadła na pięty, patrząc wyczekująco.

    Z łazienki wysunęła się cichutko naga, świeżo wymyta Luiza i usiadła na piętach obok Ewy:

    — Przepraszam Panie za moje zachowanie. Już wiem, co mam robić. Czy mi wybaczysz, czy chcesz mnie jakoś jeszcze ukarać? — Pierwsza lekcja nie poszła w las.

    Jeszcze się obiema dziwkami będę mógł nieraz pobawić.

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    Andrzej Nowak
  • Dosyc tej nudy

    Codzienność i monotonia może człowieka wykończyć. Praca – dom i tak w kółko. Jestem zwykłą kurą domową a zawodowo… cóż… od dwóch lat pracuje w kancelarii prawnej. Jestem adwokatem. Tak naprawdę nic ciekawego. Ciągle jakieś awantury małżeńskie lub sport i majątek. W domu nic ciekawego mnie nie spotka. Mąż pijak, córka w wieku awanturniczym. Ostatnio przyłapałam ją jak zupełnie naga klęczy przed chudym jak patyk jegomościu, z milionem tatuaży na całym ciele i ssie mu pałę. Nie mam pojęcia, co ona w nim widzi, za to on powinien wiedzieć, że Marta nie ma jeszcze skończonych osiemnastu lat. Powinnam zrobić dziką awanturę a mimo to stałam o patrzyłam jak jej młode usta pochłaniają słusznych rozmiarów kutasa. Aż mi się mokro w majtkach zrobiło. Odwróciłam się na pięcie i wróciłam do swojego pokoju. Niestety spał tam Roman a w pokoju unosił się smród alkoholu. Wyszłam z domu zabierając psa na spacer. Spacerowałam wokół kępy drzew gdzie nasza sunia lubi pobiegać. Przysiadłam na konarze, pies merdając ogonem obwąchiwał wszystko, co się dało. W tym momencie przypomniała mi się scena z pokoju córki. Na nowo poczułam wilgoć w kroku. Rozejrzałam się i stwierdzając brak kogokolwiek zaczęłam macać sobie pierś przez bluzkę. Wieki tego nie czułam. Już dawno zapomniałam jak przyjemne jest podniecenie. Mocno zacisnęłam nogi, gdy wsadzając rękę pod bluzkę uszczypnęłam sutek. Nie mogłam się powstrzymać i uszczypnęłam się jeszcze raz pozwalając by fala rozkoszy przeszywała moje ciało. Berta dalej radośnie biegała, co i raz oglądając się na mnie. Strużka śluzu powoli spływała po udzie a w głowie kręciło mi się. Walczyłam by nie zdradzić swojego zachowania. Przecież ktoś mógł mnie widzieć. Kilka minut zajęło mi przyjście do siebie. Zabrałam psa i wróciłam do domu. Roman nie podniósł się z łóżka. Głośno chrapał. Córka siedziała w swoim pokoju. Po kolesiu nie było śladu. Nawet nie chciało mi się z nią porozmawiać. Stwierdziwszy, że nikt nie okupuje łazienki postanowiłam ją zająć na dłużej. Tak naprawdę to moja spragniona cipka zadecydowała o długiej kąpieli. Kąpieli, podczas której będę mogła doprowadzić się do stanu wrzenia. Wręcz nie mogłam się tego doczekać. Pies nakarmiony, rzuciłam koc na sofę w salonie (bo przecież nie pójdę spać do starego) i zamknęłam się w łazience. Woda powoli leciała do wanny a ja już w niej siedziałam. Niespiesznie zaczęłam znowu szczypać sutki. Drżenie całego ciała oznajmiło, że to jest to, czego potrzebuję. Szczypałam i ciągnęłam piersi, co sprawiało mi ogromną przyjemność a nawet nie dotknęłam (celowo) cipki. Czułam jak robię się tam mokra, ale odwlekałam dotknięcia łechtaczki. Przed oczami miałam widok kutasa w ustach córki. Zazdrościłam jej tego w tej chwili. Włożyłam dwa palce do ust i ssałam je mocno niczym rasową dziwką kutasa. Podniecenie rosło z każdą chwilą. Cipka mi pulsowała a ja własnymi palcami gwałciłam usta wkładając je coraz głębiej. Mało nie pogryzłam ich, gdy orgazm zaczął rzucać moim ciałem. To było coś fantastycznego. Jak bardzo trzeba być spragnioną by doprowadzić się do orgazmu nie dotykając krocza. Palce ociekały moją śliną i nawet przez chwilę żałowałam, że nie mam w ustach spermy. Prawie czułam jej smak. Musiałam chwilę odpocząć, ale nie miałam zamiaru kończyć tej zabawy. Spragniona cipka doczekała się dotyku. Nie miałam ochoty na delikatne pieszczoty. Czułam, że potrzebuje brutalnego traktowania jej jakbym chciała ją ukarać za bezczynność tyle lat. Wystawiłam jedną nogę za krawędź wanny tworząc sobie swobodny do niej dostęp i uderzyłam ją mocno. Jęknęłam zaciskając usta drugą ręką. Mięśnie mi momentalnie się skurczyły z bólu, ale czułam jak bardzo mi się to podoba. Zdzieliłam się jeszcze raz i jeszcze raz. Łechtaczka poczerwieniała i zrobiła się tkliwa. Dopiero teraz zaczęłam ją masować, co sprawiło, że już po paru ruchach moje ciało zaczęło się naprężać zwiastując nadchodzący orgazm. I to jaki. Pięta zaczęła uderzać o wannę powodując hałas. Całe moje ciało się trzęsło. Trwało to kilkanaście sekund i było mi naprawdę bardzo dobrze. Odsapnęłam by emocje opadły i zaczęłam się myć. Wyszłam z wanny i spojrzałam w lustro. Stała tam kobieta po dobrym rżnięciu. Oczy rozbiegane, czerwone usta i sterczące sutki. Kobieta, która w cale nie ma dosyć. Kobieta, która pragnie by ją przelecieć jak dziwkę, która z największą przyjemnością przyjmie w każdy swój otworek kutasa i zliże spermę z niego a jak trzeba będzie to z pokorą nastawi twarz by na nią się spuścić. Przykrywając się kocem na sofie nie mogłam przestać o tym myśleć. W domu zapanował spokój. Chrapanie Romana i muzyka z pokoju córki przełamywało ciszę.

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    Barbara Kawa
  • Edukacja z ciocia 25.

    Edukcja z ciocią 25.

    Myliśmy się razem pod prysznicem, odświeżając się. Monika przywarła mocniej do mnie.

    -”Tylko ty mnie możesz mieć…nikt inny! Kocham cię!”

    Mamuśki uśmiechnęły się.

    -”To samo tyczy nas wszystkie! Tylko ty możesz nas rżnąć, Mareczku!”

    Całowaliśmy się i pieściliśmy.

    -“Noooo dziewczyny!” Krystyna uśmiechnęła się…”gotowe na następną rundę?”

    Monika szybko zareagowała…

    -“Nieeeeee?! Poważnieeeeee ciociu! Teraz to jaja sobie ze mnie robicie?!”

    Bożena z Krystyną spojrzały na nią…

    -“Wygląda ci to na żart?” pokazując na mojego już stojącego penisa.

    Monika aż zaniemówiła.

    -”Jezuuuuu Marek?!”

    -”Chodźmy” szepnęła Krystyna ”szkoda, żeby się tak marnował…No chodź córuniu…” uśmiechała się… to wasza noc…” pocałowała ją…” no chodź…nie daj czekać swojemu kochankowi!”

    -”Ciociuuuuuu?! Przecież już się kochamy ponad pół dnia!”

    -”Chodź, chodź…malutka” szeptała cicho ”Nie narzekaj córcia…Wszystkie przez to przeszłyśmy…No chodź, chodź…kochanie. Pomożemy ci…jak chcesz troszkę odpocząć i pospać…dostanie nasze cipki prawda siostra?”

    -”Jasne! Młody musi dużo ćwiczyć…”

    Roześmiały się. Znowu wylądowaliśmy wszyscy w łóżku. Monika nadal nie dowierzała.

    -”To kiedy wy kurwa śpicie ciociu?!”

    -“W przerwach między ruchankami!” zaśmiała się Krystyna.

    Już trzymała mój penis w ręku, lekko onanizując mnie.

    -“Nooooo córcia?! Chyba nie dasz mu czekać?”

    -“Jezuuuuuuu kochanie! Mogę do buzi?” spojrzała mi w oczy.

    -“Możesz wszystko Monisiu!” szepnąłem.

    -“Jezuuuuuu! Jest znowu ogromny!”

    -“Noooo! Ale muszę cię pochwalić córuniu! Brałaś już go całego w cipkę, bez problemu” szeptała Krystyna.

    -“Marek wchodził już w ciebie do końca, do samego dna, tak jak w nasze duże dojrzałe cipy. A przecież ty jeszcze nie rodziłaś, więc jest naprawdę dobrze. Mogę cię zapewnić, że dałaś mu dużo przyjemności. Już cię rozepchał i rozciągnęłaś się. Teraz naprawdę możecie czerpać ogromną przyjemność z seksu. No dawaj malutka! Ssij go ! Nie daj mu czekać!”

    -“Dzięki ciociu! Nie byłam pewna, czy mu dobrze daję!”

    -“Dajesz świetnie! Prawda Mareczku?!”

    -“Monisiu” szepnąłem “było cudownie “Nawet nie wiesz ile razy doszedłem w tobie!”

    -“A ile?” uśmiechnęła się.

    Bożena roześmiała się…

    -“Nie chcesz wiedzieć!…Dużo razy córuniu!”

    -“Tak myślałam, bo aż mi się lało po nogach w łazience!”

    Zaczęła od razu głęboko ciągnąć…brała po same jaja, aż nie mogłem uwierzyć.

    -“Nooooo córcia!” pochwaliła ją Krystyna “świetnie…głęboko…bardzo dobrze!”

    Bożena przyglądała się.

    -“Zaskakujesz mnie córeczko!” śmiała się.

    -“Dobrze?” szepnęła Monika pytająco.

    -“Świetnie mała! Obciągnij swojego kochanka!”

    Ssała i ciągnęła cudownie. Dochodziłem. Słowa były niepotrzebne. Złapałem ją rękami za głowę i mocno docisnąłem do mego łona. Nie wyrwała się, nie protestowała…chciała przyjąć swego kochanka głęboko w gardło. Mamuśki przytaknęły szeptem.

    -“Teraz go spuść do gardła…z połykiem…głęboko.”

    Wystrzeliłem w jej usta. Łykała spokojnie przygotowana na dużą dawkę nasienia, nawet nie zakrztusiła się. Po prostu połknęła cały ładunek. Byłem szczęśliwy.

    -“Cudownie Monisiu!”

    -“Taaaak? Dobrze było? Tak chcesz?!”

    -“Tak kochanie!”

    Monika przytuliła się do mnie całując mnie.

    -“Starałam się” szepnęła cicho…znowu płakała.

    -“Monisiu?”

    -“Jezuuuu Marek! Kocham cię!” szlochała cichutko.

    -“Już dobrze? Czy chcesz jeszcze cipki?”

    Wpatrywałem się w nią z uśmiechem. Zrozumiała!

    -“O matko! Jesteś niemożliwy!”

    -“Przygotujemy ci go córeczko!” i cioteczki zgrabnie zabrały się razem za obciąganie.

    Rozmawiały szeptem…

    -“widzisz martwiłaś się…niech ją jeszcze przeleci…nie miała faceta jak my przez 10 lat…niech mają przyjemność…niech da jej odpocząć…przespać się trochę…zgłupiałaś?…przecież wiesz, że gówniarz będzie ruchał całą noc!…no tak…siostra…my mu damy dupy, to dziewczyna pośpi trochę…noooo…patrz…kurwa mać…znowu mu stoi!…niech ją jeszcze przeleci i idziemy spać…” i tak sobie szczebiotały moje mamuśki.

    Ja już z potężnym wzwodem wciągnąłem Monikę na siebie.

    -“Nooo chodź kochanie…daj mi tej swojej cudownej cipki.”

    -“Mareeeek! Myślałam, że już śpimy!” szepnęła.

    -“Taaaak kochanie! Już zaraz śpimy…zaraz za chwilę…” już mi siadła dziurką na wyprężonego kutasa.

    -“O jezuuuuu! Nie masz dość?!”

    -“Nie…jeszcze nie! Tak cię pragnę! Usiądź głęboko!”

    -“Bożeeee, ale duży znowu jesteś!”

    -“Ale wchodzę już cały?”

    -“Tak wariacie!” tak sobie szeptaliśmy, a cioteczki trochę nas pieściły, trochę same się lizały i zaspokajały.

    Monika leżąc na mnie wtuliła się mocno.

    -“Tak ci cipką zrobię dobrze, co?”

    -“Tak Monisiu…ujeżdżaj mnie powoli, żebyś i ty doszła!”

    -“Kochany jesteś!”

    Trzymałem ją za tę kształtną pupę.

    -“Jezuuuuu jaka ty zgrabna i śliczna jesteś!”

    -“Przestań proszę…bo się peszę…naprawdę…” szeptała całując mnie głęboko.

    Ruchała się powoli, aż zaczęła dochodzić.

    -“Mareczkuuuuuu zaraz dojdę. O matkooooo!”

    Jęczała cichutko.

    -“Juuuuuż kochany! Jezuuuuuuu!”

    Tym razem wystrzeliła na mokro. Nadal jechała cipką mojego penisa.

    -“Jak dobrzeeeee kochanieeeeee!”

    Cioteczki szybko dołączyły do jej uniesienia.

    -“Taaaaaak córunia…dobrze malutka…przyjemnie?”

    -“Jezuuuuu ciociu! Jeszcze jak! Tak mi dobrze! Ma tak rozkosznego kutasa!”

    -“Noooo widzisz! Teraz spuść go kochanie…” szeptały “zaspokój swego kochanka.”

    -“Tak mamo!”

    Zaczęła mnie intensywniej ujeżdżać.

    -“Tak dobrze kochanie?”

    -“Taaaaak Monisiu…zaraz dojdę…już zaraz…Tak!”

    -“Napompuj mnie! Całą…do pełna…chcę całą twoją spermę w cipce!”

    Przytuliłem ją mocno całując.

    -“Taaaaak! Kochanie! Wszystko!”

    Lałem do jej wnętrza lekkim strumieniem. Monika patrzyła mi w oczy.

    -“Dobrze ci było we mnie?”

    -“Tak kochanie! Fantastycznie!”

    Powoli zwalnialiśmy układając się do snu, splątani i wtuleni wszyscy w siebie. Dochodziła północ…zasnęliśmy.

    Obudziłem się…oczywiście pała stoi…dopiero 01.40…ogarnąłem z uśmiechem śpiące dziewczyny…któraś musi iść na pierwszy ogień…Monika wtulona w Krystynę, a Bożena z nogą na mnie z odsłoniętą szparą. Wybór był prosty…musiałem się rozładować. Uniosłem Bożeny udo wyżej, aby mieć lepsze wejście, ale poczuła moje manewry i obudziła się.

    Spojrzała na mnie…spojrzała na dziewczyny wtulone w siebie. Położyła palec na moich ustach, bym był cicho i sprawnym ruchem wciągnęła mnie na dupę. Rozłożyła uda podnosząc nogi w górę, okroczyła mnie tak jak lubię. Dojrzałe cipsko gotowe było do przyjęcia swojego ruchacza, gotowe do jebanka! Rękami docisnęła moje półdupki do swego łona. Jednym pchnięciem wszedłem od razu całym kutasem w jej rozwartą, gorącą, mokrą, chętną grotę. Patrzyła mi w oczy, kiwnęła głową gotowa do jazdy pod swoim młodym ogierem.

    Zacząlem ruchać dość szybko, aby się szybko spełnić. Dosłownie po kilkunastu może pchnięciach, doszedłem. Przyglądała mi się z uśmiechem, jak wstrzykiwałem fontanny spermy w jej spragnioną dziurę. Wszystko w absolutnej ciszy. Ruchałem dalej. Potrzebowałem jeszcze. Wiedziala. Trzymała mnie mocno w uścisku. Włożyłem ręce pod jej wielką dupcię, dymałem dalej…zaczęliśmy się całować, gdy ujeżdżałem jej dojrzałe cipsko. Po chwili znów eksplodowałem głęboko do jej wnętrza, pompowałem strumienie spermy dochodząc do samego dna macicy. Patrzyła mi w oczy. Mimo wytrysku czuła w sobie mój nadal naprężony penis.

    Wiedziała że to nie koniec. Znowu ją ruchałem, teraz już powoli, aż zaczęła dochodzić. Jęknęła raz…cicho…po czym szybko jedną ręką zakryła sobie usta, by nie krzyczeć. Zaspokajałem ją…orgazmowała, mocno pracując biodrami. Było mi rozkosznie w tej mokrej, rozruchanej przeze mnie cipie. Szczytowała, a ja zacząlem ją mocniej rżnąć. Teraz trwało to dość długo, zanim doszedłem. Rozkosz ponownie wypełniła całe moje ciało orającego tę jej rozwartą bruzdę. Wlewałem moje nasienie kilkoma spustami. Wreszcie opadłem na nią rozluźniony i rozładowany. Bożena pogłaskała mnie po głowie, poklepała ręką po pośladkach. Patrzyła mi w oczy, uśmiechając się. Kiwnęła głową pytając niemo, czy mi już starczy, czy chcę jeszcze. Kiwnąłem potwierdzająco, że już jestem zaspokojony. Cały akt w absolutnej ciszy. Przytuliła mnie do swoich wielkich piersi. Spojrzeliśmy na Monikę i Krystynę. Bożena potaknęła głową. Obie smacznie spały. Po chwili i my spaliśmy.

    Była 02.40, gdy znowu wzwód nie dał mi spać. Sytuacja w łóżku lekko się zmieniła. Bożena zruchana i napełniona smacznie spała. Monika teraz wtulona leżała do połowy na mnie. Krystyna odwrócona do nas plecami spała na boku zwinięta w kłębek. Uśmiechnąłem się. Wybór kobiety sam mi się narzucał. Podciągnąłem udo Moniki wyżej na moje piersi, odsłaniając jej krocze i wytrymowaną cipkę. Spojrzałem na jej śpiącą twarz. Nadal nie mogłem uwierzyć. Krystyna, Bożena i Dorota to naprawdę piękne kobiety, ale Monika…to zjawiskowość. Nie mogłem uwierzyć, że ktoś może być tak olśniewająco piękny, mieć taką niespotykaną urodę, a ja miałem to szczęście kochać się z tą śliczną boginią.

    Złapałem rękami za jej pupę i manewrując biodrami mój naprężony nabrzmiały i spragniony penis znalazł się przy wejściu do jej muszelki. Pchnąłem delikatnie. Była bardzo mokra i śliska od wyciekającej po ostatnim napełnieniu spermy. O dziwo…wszedłem dość miękko i bez oporów. Monika spała nadal, zarzuciła tylko chyba nieświadomie na mnie rękę. Zacząłem ją delikatnie ruchać, ale dość szybko by się rozładować. Westchnęła cicho ale…nie obudziła się. Doszedłem momentalnie po kilkunastu pchnięciach. Wystrzeliłem całą moją rozkosz do wnętrza jej dziurki. Jęknęła cichutko. Ruchałem dalej, teraz już spokojniej i wolniej…jezuuuu…znowu dochodziłem w tej przepięknej dziewczynie. Zlałem kolejny ładunek w jej szparkę. Chyba chciała się we śnie przekręcić, ale przytrzymałem ją i jej ciało zaakceptowało tę na wpół leżącą na mnie pozycję. Mogłem ruchać dalej. Teraz już bardzo powoli rozkoszowałem się rżnięciem jej cipci. Przyglądałem się jej idealnemu ciału. Perfekcja!

    Czemu, uderzyła mnie myśl, taka piękna dziewczyna nie ma chłopaka? A ja gówniarz 17-to letni, pieprzony małolat, zostałem przez nią zaakceptowany i nie przeszkadza jej to, że się kochamy? Poruszyła się znowu, gdy doszedłem w niej po raz kolejny. Wpompowałem w nią strumień nasienia, gdy Krystyna przekręciła się na drugi bok twarzą do nas. Poczuła chyba moje ruchy…otworzyła oczy i przyglądała nam się przez chwilę. Nasze spojrzenia spotkały się.

    -“Jezuuuuuu Mareeeek!” szepnęła cichutko.

    Spojrzała na Monikę…” śpi?”

    -“Hhmmmm” przytaknąlem.

    -“Jezuuuuu ty wariacie” śmiała się…szeptaliśmy cichutko.

    -“Daj jej pospać!”

    Ogarnęła sytuację…

    -“Zruchałeś już ją?”

    Przytaknąlem głową…”3 razy” uśmiechnąłem się.

    -“O matkooooooo! Mareeeek! Ty cholero jedna!” śmiała się.

    -“Pomóż mi!”

    Zsunęliśmy Monikę ze mnie na stronę Bożeny…córcia szybko przytuliła się do mamy. Krystyna kiwnęła na mnie.

    -“Chodź tu gówniarzu!”

    Patrzyła mi w oczy, oboje wiedzieliśmy, czego chcemy.

    Ciotka szepnęła:

    -“Tylko cicho!”

    I zaczęła mnie całować, rozkładając nogi, wciągnęła mnie między uda. Już w nią wchodziłem moim niewyżytym, nabrzmiałym kutasem. Szybko zarzuciła nogi na moje plecy, złapała rękami moje pośladki i docisnęła mnie do swojego łona.

    -“Twoja dziewczyna też się stęskniła i chce, żebyś ją dobrze wyruchał!” szeptała.

    -“Mocno, długo i głęboko!” pracując mocno językiem w moich ustach.

    -“Tak bardzo stęskniłam się za moim mężczyzną!”

    Zacząłem ją delikatnie i powoli ujeżdżać. Poddawała mi się w całkowitej ciszy. To już mieliśmy z ciocią perfekcyjnie dopracowane. Od wielu dni kochaliśmy się bez zbędnych słów. Nasze ciała doskonale zgrywały się podczas każdego aktu seksualnego. Doszedłem po chwili pompując spermę w jej gorącą, spragnioną, rozwartą i mokrą, dojrzałą ciotczyną cipę. Przyglądała mi się jak spuszczałem w nią mój ładunek. Ruchałem dalej…zaczęła mocno pracować biodrami. Poczułem skurcze jej ciała, docisnęła mój tyłek mocniej rękami. Szczytowała patrząc mi w oczy…znowu całowaliśmy się głęboko. Wciąż patrzyła mi w oczy, intensywnie, pytająco. Znalem już to spojrzenie.

    Chciała jeszcze. Chciała więcej. Chciała być ruchana. Wyposzczona, spragniona miłości cipa, desperacko chciała porządnego rżnięcia. Jechałem ją cały czas. Pieściła, gładziła mnie, całowała. Potrzebowała seksu w tej samej mierze co ja, spragniony i niewyżyty gówniarz. Ruchałem ją i ruchałem…znowu doszedłem. Spuściłem się w moją cudowną ciocię. Patrzyła znowu tym błagalnym wzrokiem. Wlałem resztkę nasienia głęboko do dna jej macicy. Znowu miała dreszcze. Znowu szczytowała…spokojnie, powoli, po cichu. Ruchałem dalej, czując jak zaciska i rozluźnia szparkę, chcąc dać mi maksymalną przyjemność. Rżnąłem i rżnąłem teraz już naprawdę bardzo długo. Była cierpliwa…czekała spokojnie, aż jej mężczyzna spełni się w jej wnętrzu. Wreszcie doszedłem prawie nie czując już kutasa. Spermy też chyba niewiele już zostało do wytrysku. Przytuliła mnie, spojrzala w oczy, pocałowala…poklepała mnie po tyłku…

    -“śpij już kochanie!” szepnęła uśmiechając się.

    Zasnęliśmy dobrze zrelaksowani.

    Potężny wzwód obudził mnie…04.20…zaczynało świtać. Moje trzy dziewczyny spokojnie spały. Nastąpiła lekka roszada w łóżku. Prawdę mówiąc to nawet nie wiem, jak to się praktycznie stało. Bożena teraz spała wtulona w Krystynę po jednej stronie, potem Monika w środku zwinięta w kłębek, a ja nagle ze środka łóżka znalazłem się na krawędzi.

    Ale ze stojącym narządem miałem za to teraz wolne dojście do Moniki. Szybko wszedłem na nią, kolanami rozszerzyłem jej uda otwierając drogę penisowi do jej szparki. Naparłem najpierw delikatnie, potem trochę mocniej. Poruszyła się, ale wciąż spała. Wszedłem spokojnie głębiej. Była mokra i śliska od wyciekającej spermy. Pchnąłem dużo mocniej i wszedłem prawie całym członkiem. Znowu poruszyła się i jęknęła. Była taka piękna. Już bez zbędnej zwłoki zacząłem ją mocno ruchać wbijając się coraz głębiej. Jęknęła otwierając oczy. Chwilę przytomniała, gdy zrozumiała wreszcie, że jest po prostu rżnięta.

    -“Mareeeeeek! Jezuuuuuuu!”

    -“Jaka ty jesteś śliczna!” wyszeptałem i ruchałem dalej.

    Zrozumiała i poddała się swojemu samcowi.

    -“Matkooooo! Znowu chcesz cipki?! Mareeeeeeek! Kochanyyyyyyy!”

    Jechałem ją już chwilę, gdy poczułem nadchodzący orgazm.

    -“Monisiu!”

    Patrzyła mi w oczy. Zrozumiała. Skinęła głową i spuściłem się w nią kilkoma wytryskami. Pompowałem jej cipcię z ogromną ulgą. Podłożyłem ręce pod jej cudowną dupcię. Uniosła szybko nogi i objęła ścisło całując mnie. Ruchałem dalej. Spojrzała w bok…cioteczki nadal spały wtulone w siebie. Zacząłem w nią mocniej i głębiej wchodzić. Zaczęła dochodzić. Już nie mogła wytrzymać być cicho i zaczęła jęczeć. Po chwili szczytowała jęcząc, by zaraz zacząć już głośno orgazmować.

    Bożena ocknęła się i trąciła Krystynę.

    -”Siostra patrz” szeptała “dzieciaki już trenują.”

    Krystyna szybko ogarnęła sytuację. Roześmiały się już całkiem rozbudzone.

    -“Znowu gówniarz rżnie!”

    Szybko przysunęły się do nas i zaczęły obie nas pieścić i całować szepcząc:

    -“Pospałaś trochę córuniu?…bo Mareczek był dosyć aktywny jak zawsze…”

    -“Jak? kiedy ciociu?”

    -“Noooo zruchał mnie kilka razy…”

    Bożena wtrąciła się…

    -“Mnie też, jak obie spałyście” śmiała się.

    -“Cooooo?”

    Monika jęczała podczas rżnięcia, ale też była ciekawa.

    -“Wyruchałeś mamę?”

    -“Jasne! nawet kilka razy!”

    -“Nooooo! Lał we mnie, raz za razem.”

    -“Nieeee poważnie mamo?!”

    -“Chcieliśmy dać ci pospać i odpocząć.”

    Krystyna śmiała się…

    -“Ciebie też wyruchał ciociu?!”

    -“Tak, ale trochę inaczej córcia” śmiała się.

    -“Najpierw zerżnął ciebie 3 razy…”

    -“Cooooooo?!” Monika niedowierzała…”kiedy?!”

    -“Jak spałaś córcia! A potem cię ułożyliśmy do snu i mnie dupę zerżnął kilka razy! A teraz znowu jedzie ciebie!”

    Monika patrzyła na mnie.

    -“Mareeeeek! Poważnie?!”

    -“Tak kochanie! Przepraszam, ale tak smacznie i spokojnie spałaś” mruczałem cicho…

    -“Nie no kochany! Chyba bym czuła?!”

    Krystyna  śmiała się. Zobacz, ile ci spermy wpompowa,ł to uwierzysz!”

    -“Ja pierdzielę! Marek!”

    -“Noooo tak! A teraz znowu cię mam Moniczko!”

    -“Ty wariacie! Ty niewyżytku!” zaczęła się śmiać.

    -“Mówiłam ci” śmiała się Bożena.

    -“Pieprzony, niewyżyty gówniarz! No ruchaj już, ruchaj moją córcię, ty napaleńcu!”

    Dochodziłem. Spojrzały po mnie śmiejąc się. Monika miała ogromne oczy z niedowierzania…

    -“To ile razy było?!”

    Mamuśki rozbawione rechotały.

    -“Córciu, kto by tam liczył, ile razy się spuścił…rżnie gówniarz na okrągło!”

    Dochodziłem. Pchnąłem mocno i głęboko w Monikę i wystrzeliłem potężny ładunek nasienia. Zalewałem ją raz za razem.

    -“Mareeeeek! Bożeeeeeee! Znowuuuuuuuuu?!”

    Chwilka zatrzymania i znowu dymałem…teraz już wolniej. Monika zaczęła dochodzić.

    -“Taaaak kochanieeeee! Właśnie taaaaak! Dobrze mi znowuuuuuu!”

    Jęczała i poddawała się moim pchnięciom.

    -“Mareeeeeeek! O matkooooooo!”

    Szczytowała wreszcie mokrym wytryskiem.

    -“Jezuuuuuuuuuu! Jak dobrzeeeeeeee!”

    Nadal poruszałem się w niej, już nieco wolniej. Przeżywała swój orgazm. Przyglądała mi się z uśmiechem.

    -“Jest mi tak dobrze kochany!” szeptała “Jesteś fantastyczny!”

    Zaczęliśmy całować się, cioteczki szybko dołączyły i teraz wszyscy mizialiśmy i pieściliśmy się. Nadal byłem w Monice. Poczułem znowu wzwód. Zacząłem ją znowu posuwać. Spojrzała na mnie zaskoczona.

    -“Jezuuuuu! Mareeeeek! Znowuuuuu?!”

    -“Jeszcze troszkę Monisiu…jesteś taka mokra i gorąca…”

    -“O matkooooooo!” wykrzyknęła prawie…potem już ciszej…

    -“Chcesz jeszcze cipki?”

    -“Taaaaaak kochanie! Cały czas” wyszepałem.

    Mamuśki śmiały się cicho…

    -“Rozumiesz teraz, córcia?”

    -“Jezuuuuuuu! Myślałam naprawdę, że sobie ze mnie żartujecie, żeby mnie podniecić, czy co ale…”patrzyła mi w oczy z uśmiechem…

    -“Ty naprawdę jesteś niemożliwy!”

    -“Noooo dawaj gówniarzu!” szeptała Bożena “Zerżnij moją córunię, powoli, mocno i głęboko.”

    -“Mamoooooo!” wykrzyknęła Monika “rżnie mnie przecież cały czas!”

    -“No i…?” Krystyna szepnęła “źle ci jest córuniu? Nigdy się tak nie kochałaś…” zamyśliła się…”ani żadna z nas.”

    Monika odszepnęła cichutko…

    -“Taaaaak ciociu! Masz rację…Jest mega cudownie…”

    -“No ruchaj ją, ruchaj kochanie” szepnęła Bożena.

    Zacząłem mocniej i intensywniej wbijać się w jej cipcię. Teraz już przyjmowała mnie całego, cudownie, do samego dna, bez słowa protestu…chciala dać rozkosz swojemu kochankowi.

    -“Taaaaak! Kochanieeeee! Wejdź jak najgłębiej! Do końca! Tak bardzo chcę cię zaspokoić!”

    -“Jesteś cudowna Monisiu! Masz cudowną cipkę!”

    -“Mareeeeeek!” zaczęła płakać.

    Rżnąłem ją już ostro. Mamuśki pieściły i całowały nas.

    -“Dogódź jej kochanie…” szeptały…”nigdy nie miała takiego kochanka…zaspokój ją skarbie…jesteś kochany…patrz jak córcia przeżywa…jak jej dobrze…”

    Monika już głośno płakała…cioteczki pieściły i pocieszały ją.

    -“Dobrze malutka co?…córuniu…dobrze cię rucha małolat?…no kochanie…zaraz dojdzie…znowu cię napełni córuniu…cipka będzie zaraz pełna jego młodej spermy…”

    Spojrzały na mnie…

    -“Już córuś…już dochodzi…”

    -“Spuść się w nią…napełnij ją…”

    Monika płakała z zamkniętymi oczami, gdy wystrzeliłem w nią kolejny ładunek. Pompowałem chwilę, zalewając jej dziurkę do pełna…

    -“Jezuuuuuuu! Mareeeeeek!”

    Ona też nagle zaczęła szczytować.

    -“Aaaaaaahhhhhhh! O matkooooooo! Znowuuuuuu dochodzęęęęęęę! Ooooooooohhhhhhhhhh!”

    Przeżywała orgazm, wciąż płacząc. Krystyna przyglądała mi się w napięciu pytającym wzrokiem. Bożena też szybko załapała…szepnęła do Moniki…

    -“Jeszcze cię chce…”

    Znowu zacząłem powolne dymanko…Monika otworzyła oczy, wpatrywała się we mnie…

    -“Mareeeeek! Jezuuuuuuuuuu! Ile ty możeeeeesz?!”

    Krystyna uśmiechnęła się…szeptała Monice do ucha…

    -“Podobasz mu się córcia…jesteś teraz jego suczką…tak jak my! Prawda siostra?”

    -“Marek! Poważnie! Jeszcze chcesz cipki?!”

    Znowu zaczęła płakać…

    -“O tak kochanie!” szepnąłem cicho…Tak! Chcę twojej cipki kochanie!”

    -“O mamuniuuuuuu!”

    Ruchałem…rżnąłem tę cudowną dziewczynę. Ruchanko zmieniło się w ostre oranie Moniki. Jęczała i płakała…mamuśki ją pocieszały i pieściły. Krystyna była nieubłaganie fantastyczna…szeptała i potakiwała głową.

    -“Jeszcze…rżnij ją…mocniej…głębiej…zaruchaj ją…” dopingowała mnie niesamowicie.

    Monika w końcu opadła bezwładnie, gdy wreszcie dochodziłem. Wystrzeliłem do jej wnętrza spokojnie…sperma płynęła już słabym strumieniem, ale uczucie spełniena i rozkosz zalewające moje ciało były niesamowite. Cioteczki głaskały i całowały Monikę.

    -“Nooo juuuuż malutka…no juuuuż…odpocznij…pośpij trochę…”

    W końcu wszyscy razem, wtuleni, po kilku minutach zasnęliśmy.

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    Mi Riam

    Z pozdrowieniem dla @ Tomek.Matysiak:

    Krytyka jest w porządku, jeśli jest konstruktywna. Samo określenie „kicz” nic mi nie daje – jeśli masz konkretne uwagi, chętnie je przeczytam.

  • Edukacja z ciocia 24.

    Edukacja z ciocią 24.

    Opłukaliśmy się wszyscy szybko pod prysznicem i odświeżeni wróciliśmy do łóżka.

    -”Monisiu” odezwała się Krystyna “to co? Chcesz popatrzeć, jak mu robimy głębokie gardło?”

    -“O taaaaak! Też chcę go tak zaspokoić!”

    -“No jasne córeczko. Marek oprzyj się o oparcie łóżka.”

    Podały mi kilka poduszek…

    -“a cioteczki się tobą zajmą.”

    Ułożyły się przy moich udach.

    -“Córcia! Ty w środku…potrenujemy razem.”

    Krystyna z Bożeną zaczęły mi lizać góra-dół kutasa. Monika dołączyła się. Niesamowite! Miałem robionego loda na trzy języczki. Po chwili i Krystyna, i Bożena zaczęly brać mojego członka coraz głębiej, zmieniając się przy obciąganiu.

    -!Widzisz mała…” uczyły Monikę…”teraz delikatnie mama bierze głębiej…teraz ja…”

    Krystyna pchnęła całego w usta…

    -“widzisz?…delikatnie kochanie i powoli…coraz głębiej…sama poczujesz, kiedy możesz głębiej, a kiedy nie…jak się twoje gardło przyzwyczai to weźmiesz głęboko…to tylko troszkę treningu…niektóre umieją…inne nigdy się nie nauczą…ale Bożena mówiła, że już ci się prawie udało…no dawaj…spróbuj…no…dobrze…coraz lepiej.”

    Monika faktycznie brala już prawie całego do buzi.

    -“O taaaak! Monisiu! Cudownie!” jęczałem.

    Nie trwało to zbyt długo, gdy doprowadziła mnie do orgazmu.

    -“Juuuuż kochanie!”

    -“Połknij córeczko…tak jak wcześniej!” szeptała Bożena.

    Spuściłem ładunek spermy głęboko w jej gardło. Teraz już przyjęła wytrysk bez problemu.

    -“Połknij!” szepnęła Krystyna “Połknij do ostatniej kropelki maleńka.”

    Monika miała łzy w oczach. Spojrzała na mnie płacząc.

    -“Tak bardzo chcę cię zaspokoić!”

    Przytuliliśmy się wszyscy razem. Było fantastycznie.

    -“Nooooo córuś! Juuuż dobrze! Ładnie mu zrobiłaś i głęboko!”

    -“Taaaak?” ucieszyła się.

    -“Marek?!”

    -“Jasne! było ekstra!”

    Monika westchnęła.

    -“Cieszę się! Ja w przeciwieństwie do Marka nie mam z kim ćwiczyć!”

    Zasmuciła się niemal płacząc.

    -“Tak córeczko…wiem…wiem. No juuuuż kochanie juuuuuż, nie płacz skarbie. Jeszcze mamy trzy tygodnie!” uśmiechnęły się cioteczki.

    Pieściliśmy i całowaliśmy się wszyscy.

    -“A teraz córeczko jeszcze raz” szepnęła Krystyna.

    -“Weź do buzi. Teraz sama mu zrobisz.”

    Monika szybko zeszła w dół i ułożyła się między moimi udami. Wzięła mój penis w usta i zaczęła ssać.

    -“Powoli…” instruowały ją cioteczki…”nie spiesz się…bierz od razu najgłębiej…ile możesz, bo jak mu potem stanie i będzie bardzo duży to już gardło będzie otwarte i nie poczujesz różnicy…”

    Monika pracowicie obciągała nabrzmiewającego już kutasa…Cioteczki siedziały teraz po bokach obserwując i pieszcząc ją.

    -“Dobrze córcia” szeptała Bożena.

    -“Noooo w porządku teraz już?” szepnęła Krystyna, widząc że Monika połyka już całego kutasa.

    -“Tak ciociu” odpowiedziała szybko “teraz już tak!” i ssała dalej.

    Było mi cudownie.

    -“Widzisz córcia, już bierzesz całego!” ucieszyła się Bożena.

    Po chwili dochodziłem znowu. Brała kutasa naprawdę do końca po same jaja.

    -“Jezuuuuuu! Monisiuuuuu!”

    -“Już dochodzi!” szepnęła Krysia.

    -“Teraz połknij swojego kochanka, ty mała suczko! Wszystko głęboko w gardło!”

    -“Yyyhhhmmm!” jęknęła przytakując głową.

    Wystrzeliłem. Teraz Monika przyjęła cały ładunek w kilku salwach bez problemu. Patrzyła mi w oczy, gdy połknęła wszystko. Łzy pojawiły jej się w oczach.

    -“Nooooo mała! Brawo!”

    Roześmiały się cioteczki.

    -“Tak ma to wyglądać!” pochwaliła Krystyna.

    -“Dobrze postarałam się kochanie?” spytała mnie Monika cicho.

    -“Byłaś fantastyczna Monisiu!”

    Przytuliliśmy się razem, pieszcząc i całując siebie nawzajem. Po dłuższej chwili…

    -“No jak Mareczku się czujesz?” spytała Krystyna puszczając mi oczko.

    -“Spoko ciociu!”

    Wiedziałem co ma na myśli. Chciała się upewnić, że dam radę teraz porządnie przeorać trzy bruzdy. Wzięła mnie ręką za członka.

    -“Zobaczmy” uśmiechnęła się “czy nasz chłopak już zregenerował się.”

    Bożena spojrzała na mnie, mrugając wzrokiem na Monikę.

    -“Czeka cię dużo pracy kochanie!”

    -“Wiem ciociu…będę się starał!”

    Roześmiały się.

    -“Tak tak…tylko nas nie zaruchaj narwańcu!”

    Kutas już stał. Bożena ułożyła się szybko na plecach na środku łóżka.

    -“Przeleć najpierw cioteczki, a później…masz Moniczkę resztę nocy…tak Krysiu?!”

    -“Jasne! To ich pierwsza noc razem! Niech się pocipciają!”

    Monika uśmiechnęła się.

    -“Och dziękuję wam!”

    Roześmiały się. Krystyna szepnęła cicho.

    -“Ty jeszcze córcia chyba nie wiesz, co cię czeka!”

    -“No co? Przecież już mnie rżnął…”

    -“Dobra, dobra, pogadamy rano!” śmiały się.

    Bożena już z rozłożoną szparą czekała na mnie.

    -“Teraz patrz mała” szepnęła Krystyna “jak ci zeżnie mamusię!”

    Zająłem pozycję między udami Bożeny, wymierzyłem i jednym potężnym pchnięciem wbiłem się w nią.

    -“Mareeeeeek!” krzyknęła “Jezuuuuuuuu!”

    -“Patrz córcia!” szeptała Krystyna.

    -“Teraz będzie jechał Bożenę!”

    Zacząłem mocno ruchać. Wziąłem ją rękami pod jej wielką dupcię, ona momentalnie okroczyła mnie nogami i rękami, docisnęła mój tyłek do swego łona.

    -“O taaaaak ciociu! Wiesz jak lubię!”

    Monika i Krystyna zajęły miejsca po bokach dotykając, pieszcząc i całując nas.

    -“Jedziesz synek!” szeptała Krystyna.

    -“Wyruchaj jej to spragnione, dojrzałe piździsko!”

    Bożena jęczała w rytmie moich pchnięć biodrami.

    -“Bożeeee! Mareeeeek! Matkoooooo! Jaki duży jesteś!”

    -“Leeeeeeż cioteczko!” rżnąłem i rżnąłem, aż zaczęła krzyczeć.

    -“Dobrze jej!” szeptała Krystyna do Moniki “Zaraz jej dogodzi!”

    Bożena zaczęła dochodzić.

    -“Juuuuuuuż! Mareeeeek! Jezuuuuuuuu! Syneeeeek!”

    Piszczała pode mną.

    -“O taaaaaaaak kochanyyyyyyy! Matkoooooooo!”

    Jęczała i wiła się, aż zaczęła zwalniać. Poczułem, że zaraz dojdę. Zacząłem wbijać się w jej cipę, aż przesuwałem ją na łóżku. Krystyna patrzyła szepcząc z Moniką…

    -“Jezuuuuuu ciociu, ale mocno ją dyma!…nooooo…zaraz spuści się w twoją mamę…widzisz dobrze…tak…cały wychodzi i wchodzi…bożeeee…ale ma dużego…no…zobacz jak dobrze Bożenie jak penetruje ją do samego dna macicy…już dochodzi…patrz…teraz…”

    Eksplodowałem w Bożenę, która ciągle jęczała…

    -“zalał jej dziurę…patrz…wypływa sperma…ale ma tego dużo!”

    Monika nie mogła wyjść z podziwu. Chiałem jeszcze. Krystyna wiedziała, widząc mój penis wciąż naprężony i wbijający się w Bożenę.

    -“Teraz ja mu dam cipki siostra…niech się rozładuje.”

    Szybko cioteczki się zamieniły miejscami. Wszedłem na Krystynę i jednym pchnięciem nadziałem ją na kutasa. Jęknęła.

    -“Spokojnie kochanie!”

    Zacząłem ujeżdżać jej szparę.

    -“Taaaaak kochanie! Zaspokój się.”

    Przyspieszyłem. Krystynie zrobiło się od razu dobrze.

    -“Taaaak skarbie! O taaaak! Jak dobrzeeee! Do końca malutki! Do samego dna! Juuuuuuż! Aaaaaaaaaaaa!”

    Szczytowała.

    -“Jezuuuuuu! Mareczkuuuuu!”

    Monika patrzyła wielkimi oczami!

    -“Jezuuuuuu, ale ją rżnie!” szeptała do matki.

    -“Noooo! Dobrze rucha, co córeczko?!”

    -“O rany mamo! I tak ją rżnie od tygodnia?!”

    -“Nooooo! Dzień i noc! Rucha ją cały czas!”

    -“O jezuuuuuuu!”

    -“Zobacz, jak Krystyna dobrze wygląda i jest szczęśliwa!”

    -“Nooooo rzeczywiście, wygląda ekstra!”

    Znowu dochodziłem. Poprawiłem tylko chwyt rękami, dobiłem mocniej i trysnąłem fontannę do jej wnętrza.

    -“Patrz curuś! Napełnia swoją wlasną ciotkę, swoją chrzestną tą młodą spermą.”

    -“Ojeju mamo! Cały czas pompuje w nią!”

    -“Tak kochanie!”

    -“Ile ty tego masz Marek?!” roześmiały się wszystkie.

    Opadłem na łóżko, a dziewczyny zaczęły mnie pieścić. Bożena wstała z łóżka.

    -“Przyniosę coś do picia, bo strasznie duszno…” i zeszła do kuchni.

    Po chwili przyniosła wodę i jakiś napój zmieszany w karafce.

    -“Wypijmy trochę, bo się udusimy. Zresztą chodźmy lepiej pod prysznic, opłukać i ochłodzić się.”

    Szybko wyskoczyliśmy z łóżka, kierując się do łazienki. Po chwili znowu byliśmy w łóżku. Cioteczki popatrzyły na Monikę…

    -“No córcia” szepnęła Krystyna “jest twój…pokochajcie się.To wasza noc!”

    -“Jesteś kochana!” szeptała Monika.

    Bożena uśmiechnęła się z Krystyną.

    -“Chodź siostra, wyliż mnie.”

    -“Jasne!”

    -“Jak chcesz kochanie?” spytała mnie Monika.

    Krystyna uprzedziła moją odpowiedź.

    -“Zacznij od loda, ale delikatnie, żebyś go nie spuściła…po prostu postaw mu pałę…o resztę już się nie martw!” uśmiechnęła się mrugnąwszy do mnie.

    Wiedziałem.To ma być niezapomniana noc dla Moniki i mam się naprawdę dobrze postarać.

    -“Monisiu, wejdź na mnie na 69, to ja też będę jadł twoją muszelkę!”

    -“Tak kochanie!”

    Szybko się przekręciła i ułożyła się dupcią na mojej twarzy. Zacząlem ją lizać, gdy niespodziewanie poczułem na wpół stojącego już kutasa wchodzącego bardzo głęboko w jej gardło! Monika wzięła całego od razu!

    -“Aaaaahhhhh!” wymamrotałem.

    Cioteczki pieściły się nawzajem i nas.

    -“Noooooo córcia!” Krystyna szepnęła z podziwem.

    -“Nieźle, nieźle! Nauka nie poszła w las.”

    -“Tak ciociu!” wymamrotała z mym członkiem w ustach.

    Po chwili już był dobrze naprężony. Mógłbym ją jeszcze długo lizać, ale chciałem też posiąść jej cudowną ścisłą szparkę.

    -“Monisiu! Juuuuuż!”

    -“Jak chcesz?”

    -“Tak jak miałem mamuśki, chcesz?”

    -”Tak kochany! Chcę też ci dać cipki tak głęboko jak one!”

    Krystyna uśmiechnęła się.

    -”Dobrze, dobrze córuchna! Do odważnych świat należy!”

    Przekręciłem ją na plecy, zająłem miejsce między jej udami. Mamuśki usadowiły się po obu stronach.

    -”Rozłórzmy ją bardziej!”

    Rozszerzyły ją i trzymały za łydki. szeptały…

    -”Marek!…Delikatnie!…” kiwnąłem głową…”powoli synek!…”

    Monika była mokra, gorąca i rozwarta. Wszedłem delikatnie. O dziwo przyjęła mnie dosyć spokojnie. Pchnąlem drugi raz głębiej. Teraz krzyknęła.

    -”Mareeeeek! Duży jesteś!”

    Jeszcze raz pchnąlem…jęknęła. Spojrzałem na Bożenę, potem Krysię. Kiwnęła głową. Spojrzałem w oczy Moniki.

    -”Jesteś gotowa kochanie na ruchanko? Chcesz, żebym cię mocno zerżnął?!”

    Spojrzała trochę ze strachem w oczach, pocałowała mnie, objęła i wtuliła mocno… szepnęła ledwie dosłyszalnie:

    -“Taaaaak! Gotowa! Wyruchaj mnie jak swoją sukę! Chcę tego! Zrób ze mną, co zechcesz! Jestem cała twoja!”

    Cofnąłem się, sprężyłem całe ciało i potężnym ruchem bioder wbiłem się w nią. Krzyknęła głośno.

    -“Jezuuuuuuu! Mareeeeeek!”

    -“Nooooo już malutka!” cioteczki przyszły z pocieszeniem.

    -“Juuuuż wszedł w ciebie! Już go masz!”

    -“Jesteś bardzo duży!”

    Ruszyłem kilka razy, czułem że wchodzę już lepiej.

    -“Rozruchaj ją. Zaraz mała się przyzwyczai!”

    Zacząłem rozpychać ją na boki, tak jak uczyła mnie Krystyna. Jęczała cały czas.

    -“Jesteś taki duży!”

    Wziąłem ją rękami za dupcię, delikatnie uniosła nogi.

    -“Trzymaj w górze” szepnęła Krystyna “i teraz owiń na jego plecach. Rozłóż szerzej biodra. Wpuść go w siebie. Otwórz się dla swojego ruchacza córeczko. Daj mu wejść głęboko.”

    Monika trzymała mnie teraz zakleszczonymi stopami na moich plecach.

    -“Dobrze Monisiu? nie za mocno?”

    -“Nie…już dobrze. Czuję jak się rozpychasz.”

    Zacząłem ją jechać…spokojnie…powoli. O dziwo, wchodziłem coraz głębiej. Monika jęczała, ale już przyjmowała mnie bez problemu. Cioteczki pieściły jej piersi i całowały się razem.

    -“Zaczyna mi być naprawdę przyjemnie” wyszeptała “Cudownie mnie ruchasz kochany!”

    -“Tak dobrze?”

    -“Taaaak! Teraz już tak!”

    Czułem zbliżający się orgazm.

    -“Monisiu?!”

    -“Tak! Czuję cię! Dojdź! We mnie kochanie!”

    Pchnąłem mocniej, jęknęła tylko i spuściłem się w jej cipkę…raz…drugi…trzeci wytrysk.

    -“Kochany!”

    Całowaliśmy się.

    -“Wszystko ci wlał córuniu?” Bożena pieściła ją.

    -“Taaaak! Przyjęłam wszystko!”

    -“Grzeczna dziewczynka!” pochwaliła Krystyna.

    Czułem wzwód cały czas w tej przepięknej dziewczynie. Zacząłem ją ponownie delikatnie posuwać.

    -“Dobrze? Nie za mocno Monisiu?” szepnąłem.

    -“Nie kochanie, jest mi tak dobrze! Nie przerywaj! Pocipciaj sobie proszę kochanie! Chcę ci dobrze dać cipki, chcę ci dać przyjemność!”

    -“Dajesz mi cały czas! Jesteś przepiękna, cudowna, kochana!”

    -“Kochany jesteś” szeptała.

    Ruchałem powoli i po chwili zaczęła dochodzić.

    -“Mareeeek! Jest mi tak dobrzeeeeee! O matkoooooo! Kochanie! Dochodzęęęęęęę! Jeszczeeeeee! Nie przerywaj proszęęęęęęę! Jezuuuuuuu Mareczkuuuuuuu! Jest cudownieeeeeee!”

    Cioteczki pieściły ją, uśmiechając się z aprobatą. Szeptały:

    -“Dobrze jej…szczytuje mała…świetnie ją zaspokaja…spokojnie i powoli…”

    Monika cichutko jęczała. Posuwałem ją powoli. Pomyślałem, że nie ważne, ile razy dojdę czy nie. Chciałem rozkoszować się jej cudownym całem, dawać jej przyjemność jak najdłużej. Jechałem ją powoli…znowu dochodziła…spokojnie, w ciszy, lekko wzdychała i jęczała mimo, że wchodziłem w nią całym już kutasem.

    -“O taaaak kochanie! Jak dobrzeeeeee Mareczkuuuuu! Tak mi dobrzeeeeee!”

    Cioteczki dopingowały nas…Szeptały:

    -“Dobrze synek…powoli…spokojnie…” Bożena szepnęła mi do ucha:

    -“Jesteś wspaniały…Monika jest bardzo wrażliwa i delikatna…dziękuję ci kochany…ona bardzo potrzebuje spokoju i deikatności…sam widzisz jak się ciągle wzrusza.”

    -“Tak ciociu…będę uważał.”

    -“Wiem kochanie, dziękuję ci.”

    Nie przestawałem, poruszałem się powoli. Po chwili Monika znowu szczytowała.

    -“Jezuuuuuu Marek kochanieeeeee! Znowu mam! Dochodzęęęęęę! Juuuuuż! Matkooooooo! Kochany jesteeeeeeś! Bożeeeeeee!”

    Miała orgazm cały czas, gdy poczułem dreszcze i po prostu doszedłem w jej dziurce. Poczuła mój orgazm.

    -“Znowuuuuu?”

    -“Tak Monisiu! Jesteś cudowna!”

    Zwolniłem i leżałem na niej chwilę. Nadal mnie mocno ściskała nogami, mocno wtulona we mnie.

    -“Jezuuuuu Mareeeek! Znowu mam! O matkoooooo!”

    Dochodziła znowu! Nie…źle mówię…orgazmowała właściwie cały czas, ciszej lub głośniej! Zacząłem ją znowu posuwać. Jęczała z zamkniętymi oczami.

    -“Mareeeeek! Jezuuuuuuuu!”

    Ruchałem spokojnie, wchodząc w nią do samego dna. Przyjmowała mnie całego swoją już rozepchaną i rozciągniętą cipką. Pracowała biodrami zgrywając ruchy z moimi pchnięciami. Mamuśki całowały, lizały i pieściły się same chwilami, gdy zatracały się w rozkoszy i zapominały o nas. Rżnąc Monikę przyglądałem się ich ciałom, jak zrobiły sobie 69 i lizały i ssały swe duże owłosione szpary. Teraz zrozumiałem, że dziewczyny rzeczywiście nie potrzebują faceta. Jechałem Monikę powoli, gdy znowu szczytowała głośniej jęcząc.

    -“Mareeeeeeeczkuuuuuuuuu!” szeptała “Mój kochaaaaanyyyyyy!”

    Wtulona mocno we mnie, przeżywała swoją kulminację.

    -“Jak mi dobrzeeeeee! Kochanieeeeee!”

    Po chwili znowu doszedłem. Wystrzeliłem do jej gorącego wnętrza. Poczuła. Otworzyła oczy na chwilę.

    -“Jezuuuuuu Marek! Znowuuuuu?!”

    -“Jesteś taka piękna Monisiu!”

    Wpatrywała się we mnie intensywnie.

    -“Kocham cię!” szepnęła “Marek! Kocham cię!” zaczęła znowu płakać.

    Przytuliłem ją mocniej i zacząłem ją znowu powoli jechać.

    -“Kocham cię Moniczko!” wyszeptałem.

    Ruchałem naprawdę powoli. Płakała cichutko poddając się ruchom moich bioder.

    -“Kochaj mnie! Kochaj się ze mną! Chcę jeszcze! Chcę cały czas!”

    -“Ja też Monisiu! Ja też!”

    Znowu dochodziła.

    -“Bożeeeeee kochanieeeeee! Znowuuuuu mam! O mamuniuuuuuu! Jak mi dobrzeeeeee! Jeszczeeeeeee kochanieeeeee! Mareeeeeeeeczkuuuuuuuu!”

    Szczytowała cudownie, spokojnie, powoli, roztapiała się w rozkoszy. Jej ciałem targały spazmy. Cioteczki uśmiechały się.

    Krystyna szeptała mi do ucha:

    -“Jestem dumna z ciebie kochany!”

    Bożena dodała.

    -“Jesteś świetnym kochankiem Mareczku!”

    -“Dziękuję ciociu…staram się!”

    Teraz już bez śmiechów Bożena powiedziała poważnie.

    -“Dajesz nam wszystkim masę przyjemności kochany!”

    Monika orgazmowała nieprzerwanie. Poczułem przypływ nowej energii. Zacząłem szybciej i mocniej ją posuwać. Krystyna zauważyła, że teraz będzie ostro.

    -“Tak!” skinęła głową.

    -“Teraz ją dobrze wyruchaj! Dogódź tej małej cipce! Zaspokój małą!”

    Zacząlem mocno rżnąć. Doszedłem w niej. Jechałem dalej. Monika otworzyła oczy i wpatrywała się we mnie.

    -“O jezuuuuuu Marek?!”

    Czuła mój wytrysk cipce. Jęczała cicho.

    -“Jeszcze chcesz cipki?!” spytała szeptem lekko zszokowana “Jeszcze ci się chce?!”

    -“Taaaaaak! Teraz cię będę miał do końca! Do samego dna! Zarucham cię!”

    -“Mareeeeek! Matkoooooooo!”

    Mamuśki szybko załapały, że teraz będzie ostra jazda. Znowu były po bokach dopingując mnie.

    -“Zerżnij teraz małą! Niech wie, co to porządny kutas! Jedziesz ją młody! Mocno i głęboko!”

    Znowu wystrzeliłem w Monikę.

    -“Bożeeeeeee! Kochanieeeeee!”

    Wszedłem na obroty. Przestałem czuć kutasa. Rżnąlem i rnąlem. Monika zaczęła teraz głośno jęczeć i stękać. Wbijałem się do samego dna macicy.

    -“Jesteś ogromny!” zaczęła płakać “Mareeeeeek! Nie rozerwij mnieeeeeee! Proszęęęęęęę! Błagaaaaaaam! Kochanieeeeee! Błagaaaaaaam!”

    Rżnąlem już jak szalony. Ona piszczała i głośno krzyczała. Krystyna patrzyła z satysfakcją.

    Cioteczki szeptały…

    -“patrz siostra, ale ją rżnie…teraz jej dogodzi…nareszcie ktoś ją dobrze wyrucha…tak…potrzebowała tego…dobrego ruchacza…takiego seksu…ależ ją ujeżdża…tylko patrz siostra…jezuuuuu, ale w nią wchodzi…patrz…po same jaja…córcia bierze już całego…ale jedzie…Marek!  Mocniej i głębiej. Zerżnij tę małą cipkę!”

    Eksplodowałem znowu.

    -“Aaaaaahhhhhhh!”

    Kolejny strumień nasienia pompowałem w Monikę.

    -“Jeszcze! Marek! Co jest kurwa mać?! Jeszcze! To ma być ogień!” Krystyna była bezwzględna.

    -“Ogień kurwa mówię! Słyszysz gówniarzu! Zaruchaj tę małą pizdę! Masz ją ruchać!”

    Znowu zacząłem bez opamiętania, wpadłem w trans ruchania. Monika już się nie odzywała, czasem tylko jęknęła i stęknęła. Za to Krystyna była nieugięta.

    -“Ruchaj tę małą suczkę! Jest twoja!”

    Bożena wpatrywała się wielkimi oczami. Cioteczki szeptały…

    -“Jezuuuu siostra!…on ją zajebie…nie bój się…przyda jej się takie porządne ruchanie…poczuje córcia dobrego kutasa…Marek jest świetny…zobacz jak małej dobrze…”

    Monika już tylko cichutko pojękiwała. Rżnąłem tę przepiękną dziewczynę bez opamiętania. Szczytowała cały czas…W końcu wypuściła mnie z objęcia i opadła bezwładnie na łóżko…ja pierdolę…zemdlała…leżała bez ruchu…przestraszyłem się najpierw…

    Bożena wystraszyła się…

    -“Jezuuuuu córeczko?!”

    Krystyna szybko uspokoiła ją…

    -“W porządku siostra!…Po prostu zemdlała z rozkoszy…też tak miałam!…tak mi dogadzał, że zemdlałam z rozkoszy…”

    -“Jezuuuuu synek!” Bożena wyglądała na zaniepokojoną…

    -“Oooooo! patrz siostra!…już się budzi!…”

    Monika oprzytomniała po chwili…

    -“No widzisz…już dobrze…po prostu przeżywa swoją rozkosz…”

    Bożena szepnęła.

    -“Marek matkooooo synek! daj jej odpocząć…proszę, kochany?!”

    -“Juuuuż Bożenko! Juuuuż dochodzę! Aaaaahhhhhh!”

    Zlałem się w jej szparkę…jeszcze kilka skurczy kutasa…zastygłem i opadłem na Monikę. Całowałem ją…ześliznąłem się z niej…mamuśki szybko zajęły się córeczką…

    -“Monisiu…dziecko…” szeptały na zmianę…”córcia?…”

    Monika leżała z przymkniętymi oczami.

    -“Przepraszam ciociu!” szepnąlem do Bożeny…”Nie chciałem jej zrobić krzywdy, ale jest taka cudowna!”

    -“Cicho głuptasie…wiem…kochanie…wiem…cudownie ją zaspokoiłeś…nie spodziewałam się, że można zemdleć w czasie stosunku…”

    -“Wierz mi siostra” Krystyna pogłaskała Bożenę “że można! Też mnie tak zerżnął. Gówniarz jest niemożliwy!”

    -“Nooooo wiem…ale żeby aż tak?!”

    -“Noooooo!…”

    -“Monisiu?…” zaczęły ją głaskać…”córcia?”

    Monika otworzyła oczy…

    -“Jak się czujesz?”

    -“C-c-co się dzieje?”

    -“Jak się czujesz?”

    -“Cooo? Aaaaa w porządku…a co?…Co jest?”

    -“Dobrze ci?!”

    -“Tak…fantastycznie!”

    -“To dobrze!” ucieszyły się.

    -“Córciu…zemdlałaś z rozkoszy!”

    -“Coooooo?”

    -“Noooooo! Tak cię rżnął, że zemdlałaś z rozkoszy!”

    -“Kurcze…poważnie?!”

    -“Tak mała! Musiało ci być tak rozkosznie!”

    -“Nooooo…chyba tak…nie wiem…czuję się fantastycznie tylko chyba…nie czuję cipki…wogóle nie czuję cipki…”

    -“Jezuuuuu Mareeeeek! Chcesz mnie zaruchać?!” w końcu uśmiechnęła się.

    -“Przepraszam Monisiu, ale jesteś taka cudowna cipka!”

    -“Jezuuuuu kochanie!”

    Przytuliliśmy się razem.

    -“Odpocznijmy trochę” rzuciła Krystyna.

    -“Myślałyście, że Marek nie da rady trzem dupom, a on nas mało nie zaruchał…przynajmniej Monikę…”

    -“Nie mogę wciąż  uwierzyć!” Bożena dalej była lekko zszokowana.

    -“Dopiero 11-ta i młody jeszcze chyba nie skończył” Krystyna śmiała się.

    Monika spojrzała na nią.

    -“Ty chyba żartujesz ciociu! Jak to nie skończył?! Ruchał mnie ponad godzinę!”

    -“Marek! Jeszcze chcesz cipki?!”

    -“Nooooo ciągle mi się chce…” szepnąlem…”przecież wiecie.”

    -“Ja pierdolę!”

    -“Chodźcie pod prysznic! bo noc jeszcze długa!” śmiała się Krystyna widząc Moniki niedowierzające spojrzenie.

    -“Tak, tak, córcia! życie jest ciężkie, ale może być też przyjemne!”

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    Mi Riam

    Z pozdrowieniem dla @Tomek.Matysiak:

    Rozumiem, że to nie w Twoim guście. Każdy ma inne preferencje, więc możesz po prostu nie czytać.

  • Edukacja z ciocia 26.

    Edukacja z ciocią 26.

    Spaliśmy dosyć długo…nooo może nie wszyscy. Gdy obudziłem się koło 11-ej…obok mnie tylko Monika spokojnie i głęboko spała zwinięta w kłębek z rękami między nogami. Nakryłem ją delikatnie kołdrą. Wziąłem prysznic, oczywiście miałem wzwód, ale pomyślałem, że może kutas zaraz opadnie, założyłem przywiezione przez Krystynę świeże ciuchy i zszedłem na dół do kuchni. Drzwi na taras były otwarte…moje mamuśki rozmawiały żywiołowo przy śniadaniu. Zauważyły mnie…

    -”Nooooo chodź kochany!”

    Roześmiały się.

    -”Zjesz coś?” spytała Bożena…

    -”Za chwilę może ciociu…”

    -”Siadaj…weź sobie herbaty czy kawy…Monisia jeszcze śpi?”

    -”Tak!”

    -”To dobrze! Daj jej pospać trochę…”

    -”O jezuuuuuu synek!”

    Teraz Bożena zauważyła wybrzuszenie w szortach.

    -”Stoi ci znowu?!”

    -”Nie znowu ciociu, tylko zawsze rano” odparłem spokojnie.

    Krystyna spojrzała na Bożenę pytając spokojnie:

    -”Obciągniesz mu czy ja mam?”

    -”Jezuuuuuu jesteście oboje niemożliwi!” roześmiała się Bożena…

    -”Ale nie tutaj! Chodź do środka!” złapała mnie za rękę i pociągnęła do kuchni…popchnęła mnie na krzesło ściągając szorty…

    -”Masz szczęście, że ciocia rozumie twoje potrzeby!”

    Wzięła mój wyprężony penis do ust i zaczęła mocno i głęboko  intensywnie ssać.

    -”Tak dobrzeeeee?!”

    Przytaknąłem.

    -”O tak Bożenko! Właśnie tak!”

    Krystyna spokojnie piła kawę na tarasie, zaczęła przeglądać telefon. Doszedłem po chwili. Patrzyła mi tylko w oczy kiedy…Wiedziałem, że mogę…właściwie w naszych relacjach nie musiałem o nic pytać…dziewczyny pozwalały mi już na wszystko…wystrzeliłem w jej usta potężną dawkę nasienia…łykała spust za spustem. Oblizała potem kutasa i przeciągnęła językiem po wargach jakby sprawdzając, czy nie pozostały na nich resztki spermy. Mój członek nadal stał.

    -”Bożeeeeee! Chcesz jeszcze?! Chcesz cipki?!”

    Nie odpowiedziałem, bo Bożena już mnie ciągnęła za rękę.

    -”Chodź na sofę!”

    W salonie szybko ułożyła się i rozłożyła szeroko nogi. Uśmiechała się.

    -”Ciocia zawsze gotowa dla ciebie!”

    Wszedłem w nią jednym mocnym pchnięciem. Jęknęła cicho.

    -”Noooo ruchaj kochanie!” szepnęła ”Zerżnij moją spragnioną cipę!”

    -”O taaaak Bożenko!”

    Zacząłem ją mocno ujeżdżać, wbijając się głęboko do samego dna macicy. Okroczyła mnie nogami i pozwalała mi się wyżyć.

    -”O taaaak kochanie! Oraj tę bruzdę! Mocniej! Głębiej! Dogódź sobie!”

    Doszedłem po chwili wlewając strumień spermy w jej dojrzałą dziurę.

    -”Taaaak skarbie! Do pełna!”

    Cipciałem jeszcze chwilę, gdy penis znowu zesztywniał mi. Bożena patrzyła mi w oczy. Wiedziała.

    -”Dawaj!” szepnęła.

    Teraz ruchałem nieco dłużej, ale nieubłagany orgazm i tak nadszedł. Pompowałem cały ładunek w jej gorącą rozwartą cipę. Zaczęliśmy się całować.

    -”Nooo już lepiej?” uśmiechnęła się Bożena.

    -”O tak! dzięki ciociu!”

    Poklepała mnie po tyłku.

    -”Przestań głuptasie! Mnie też jest przyjemnie, jak mnie rżniesz! Chodźmy już!”

    Wyszliśmy do Krystyny, która spokojnie popatrzyla na nas i bez cienia zaskoczenia stwierdziła raczej niż spytała.

    -”Ruchaliście się?”

    Bożena roześmiała się.

    -”Marek! Ty jesteś naprawdę niewyżyty!”

    -”Przepraszam ciociu…nie mogę się przy was opanować. Ciągle chcę się z wami kochać!”

    Roześmiały się obie…

    -”Znaczy jeszcze dobre dupy jesteśmy!”

    -“Jesteście fantastyczne!”

    -“Noooo synek! Pocipciałeś trochę w nocy?! Jak widzisz Monika niezwyczajna takiej orki…”

    -“No tak…przepraszam ciociu…Mogę o coś zapytać?…” spojrzały na mnie uważnie…

    -“Nooooo?…”

    -“Monika jest przepiękna, zgrabna, fajnie się z nią gada…Dlaczego nie ma chłopaka, czy męża już?…” spojrzały po sobie…

    -“Masz rację kochanie…” Bożena zaczęła…”Monika ma bardzo dobre wykształcenie, dobrze płatną pracę, nie wywyższa się, ale ceni się, jest samowystarczalna…jak sam mówisz jest naprawdę bardzo ładna…”

    Krystyna przerwała jej…

    -“Bo widzisz Mareczku…Monisia to najwyższa liga…i faceci po prostu nie mają śmiałości do niej nawet zagadać.”

    -“Poza tym” dodała Bożena “jak miała 18-19 lat miała tam jakiegoś dupka, jednego i drugiego i się widocznie zraziła…jak człowiek jest młody to widzi świat trochę innymi oczami. A ona bardzo chce mieć rodzinę dzieci…no wiesz.. A ty jesteś miły, dobrze wychowany…cóż…spodobałeś jej się…ale to bardzo delikatna dziewczyna, mówiłam ci…Poza tym wyposzczona jak my i taki ogier przypasował jej…tak jak pasujesz nam kochanie.”

    Patrzyły na mnie intensywnie, wreszcie Krystyna powiedziała:

    -”Myślę, że i dla ciebie, i dla niej będą to niezapomniane wakacje” uśmiechnęły się.

    Dokończyliśmy już w ciszy śniadanie, gdy w drzwiach zjawiła się Monika.

    -”Dzieńdoberek!”

    Prosto spod prysznica, odświeżona w białej luźnej bluzce i czarnych stringach z długim końskim kucykiem, na boso, wyszła na luzie do nas na taras. Wyglądała zjawiskowo.

    -”Zjesz coś córcia?” spytała Bożena.

    Monika podeszła do mnie, usiadła mi na kolanach, objęła za głowę i głęboko pocałowała mnie.

    -”Chyba nie mamo…” uśmiechnęła się…”chyba żyję miłością.”

    -”Jesteś niesamowity!” szepnęła.

    -”Noooo żebyś wiedziała!” obie cioteczki wybuchnęły śmiechem.

    Monika patrzyła na mnie i na nie pytającym wzrokiem. Krystyna nie wytrzymała.

    -”Właśnie skończył ruchać ci mamusię…” powiedziała spokojnie.

    -”Mareeeeek!” Monika roześmiała się.

    -”Tak długo spałaś, a mnie…”

    -”…a jemu zawsze stoi z rana” dokończyły mamuśki ze śmiechem.

    -”No zjedz coś córeczko!”

    W końcu i Monika wzięła się za jedzenie. Rozmawialiśmy trochę. Krystyna zagadnęła szybko Monikę.

    -”No co córcia? Masz jakieś przemyślenia?”

    Monika najpierw nic nie mówiła popijając herbatę. Przyglądała mi się.

    -”Nie wiem naprawdę ciociu co powiedzieć…było niesamowicie!”

    -”Zadowolona?”

    -”W życiu nie miałam takiego seksu! Jest mi tak dobrze tylko…cipki nie czuję!” roześmiała się.

    -“Warto było przyjechać?”

    -“O ranyyyyy! Taaaaaaak!”

    -“Kochane moje” odezwała się Krystyna “możemy jeszcze trochę zostać, ale obiecałam Markowi zakupy, no i dostałam mesa. Muszę na chwilę wpaść do firmy, przejrzeć jakieś papiery i zatwierdzić.”

    -“Ciociu?…” Monika spojrzała błagalnie na Krystynę…

    -”Tak córcia…wiem…umówimy się. Jeszcze pocipciacie sobie…obiecuję…nie martw się! Jeszcze go zerżniesz!”

    -” Kochana jesteś! Tylko kto tu kurcze kogo rżnie?!” roześmieliśmy się wszyscy.

    Dochodziło już południe, gdy zaczęliśmy się zbierać. Bożena zagadnęła Krystynę:

    -”To wiesz, tak jak ustaliłyśmy” i puściła do niej oczko.

    Nie uszło to uwadze Moniki.

    -“Eeej! Co wy kombinujecie?”

    Krystyna odparła:

    -“Nieee…nic takiego córciu…ale jak Marek ma sobie trochę pocipciać, to musimy to jakoś planować, jakiś grafik…no coś jakoś tak…Dorota już się upomina, wy byście chciały…”

    -“Nooo fakt…”przerwała Bożena…”inne też by chciały pochodzić pod takim ogierem! A jeszcze nie poznał wszyskich dziewczyn!”

    -“Noooo! więc tak co trzy dni ruchanko dla każdej chyba będzie sprawiedliwie! Bo i niektóre noce!”

    -“Też tak myślę!” przytaknęła Bożena.

    Już w samochodzie…

    -“Podjedziemy szybko do firmy, czy chcesz na zakupy najpierw?”

    -“To do firmy chyba Krysiu, to już będziesz miała z głowy.”

    -“Też tak myślę. Zobaczysz i poznasz mój zespół. Nie wszyscy są, bo urlopy ale…” spojrzała na mnie z uśmiechem…”kogoś tam poznasz.”

    W firmie ciotki było kilku facetów i kobiet w dosyć mieszanym wieku.

    -”Potrzebuję trochę czasu Mareczku. Chcesz obejrzeć, co i jak robimy?”

    -“Jasne ciociu, przecież nigdy tu nie byłem.”

    -“No rzeczywiście, zapomniałam.”

    Weszliśmy do jej gabinetu, po drodze przedstawiła mnie kilku pracownikom. Zadzwoniła do kogoś.

    -“Przyjdź kochanie na chwilę, dobrze?”

    Krystyna usiadła przy biurku i zaczęła przeglądać jakieś papiery i inną korespondencję. Po chwili weszła do gabinetu jakaś kobieta.

    -”Ooo jesteś! To mój siostrzeniec! chrześniak!” powiedziała dumnie.

    -”A to moja asystentka, moja prawa ręka. Poznajcie się!”

    -“Dzień dobry pani! Marek!”

    -“Miło cię poznać! Bogusia!”

    Od razu załapałem, że ciocia bardzo o mnie dba…jeśli wiecie co mam na myśli! Piękna, zgrabna, ekstra ubrana laska, w bordowej skórzanej spódniczce do kolan, biała bluzka z dużym dekoltem, oczywiście szpilki, ciemnobrązowe, duży biust, duża dupcia, szerokie biodra, piękna opalona twarz, ciemne włosy do ramion, chyba młodsza jak ciotka, ale jak już mówiłem, nie umiem określić wieku kobiety…no co mam dalej pisać?!

    Mamuśka…seks bomba! po prostu. Przywitała się delikatnie, dłużej przytrzymując moją rękę, niż to było konieczne. Przyglądała mi się bystrym wzrokiem.

    -”Jak tam wakacje u cioci?”

    -”Dziękuję, fajnie tu u was.”

    -“Kochana, oprowadź Marka, pokaż mu czym się zajmujemy…ja potrzebuję chwilę tutaj.”

    -“Jasne Krysiu! Tam masz wszystkie papiery, przygotowałam ci już.”

    -“Dzięki złociutka!”

    Krystyna wymieniła spojrzenie z Bogusią, mrugnęły do siebie. Byłem faktycznie dumny z siebie, że nagle zacząłem zauważać te drobne subtelne znaki kobiety wymieniały między sobą.

    -“Idziemy?” powiedziała Bogusia i wystrzeliła przodem.

    Szedłem za nią nie mogąc oderwać wzroku od jej zgrabnej figury, jej dużej dupci ściśniętej na maksa w obcisłą skórę. Szła posuwistym krokiem, cudownie kołysząc tymi szerokimi biodrami i napinając dobrze ukształtowane łydki przy każdym kroku. Zajęło nam trochę czasu ogarnąć firmę ciotki. Bogusia zerkała na mnie całkiem otwarcie bez żenady, a ja ukradkiem na nią, gdy nie patrzyła. Gdy coś pokazywała, czy objaśniała, patrzyła mi intensywnie w oczy. Po mniej więcej godzinie wracaliśmy korytarzem do biura Krystyny. Nadal trzymałem się za nią, obcinając ją od tyłu i podziwiając jej duże kształtne pośladki.

    W pewnej chwili zatrzymała się i odwróciła do mnie tak, że prawie wpadłem na jej ogromne piersi…uśmiechnęła się patrząc mi głęboko w oczy.

    Zapytała…

    -”Podobało ci się to co ci pokazałam?”…dwuznacznie.

    -“Jak już obejrzałeś wszystko” nadal uśmiechała się “to możemy chyba iść już razem obok siebie?”

    Zrozumiałem, że doskonale wiedziała, co robiłem. Przysunęła się do mnie bliżej…cudownie pachniała świetnymi perfumami…

    -”I nie mów do mnie pani cały czas…” szepnęła…”jeszcze taka stara dupa nie jestem” pogładziła mnie delikatnie po przedramieniu…

    -”Bogusia po prostu!”

    -”Noo tak jasne! Bogusia!”

    -”Nooo widzisz!”

    Doszliśmy do gabinetu ciotki.

    -”Już kończę Mareczku! Jeszcze sekundę kochany!”

    Spojrzała na mnie i na Bogusię.

    -”Noooo pokazałaś mu wszystko złociutka?”

    Ta uśmiechnęła się.

    -”Jestem pewna Krysiu, że Marek obejrzał bardzo dokładnie wszystko to co chciał!”

    Spojrzały na siebie porozumiewawczo, subtelnie uśmiechając się. Krystyna uporządkowała papiery.

    -“To my lecimy kochana! Obiecałam Markowi zakupy.”

    -“No tak, tak. To do zobaczenia Mareczku!”

    Hah…znałem już to powiedzenie od Bożeny! Czyżby…?! Hmmmm!

    -“Dzięki za oprowadzenie Bogusiu!”

    Już mnie ciotka porwała…

    -“No chodź, żebyśmy zdążyli obejść parę sklepów.”

    Zaczęliśmy obchód miasta. Krystyna w sklepie z bielizną wybrała jakiś czerwony i fioletowy zestaw negliżu.

    -“Podoba ci się?” szepnęła.

    -“Ekstra wyglądasz ciociu!”

    -“Yhhhmmmm! To dla ciebie kochanie!” szepnęła.

    Przy kasie spytała szybko

    -“Mariola ma wolne dzisiaj?”

    -“Nie, nie, musiała wyjść wcześniej, mamie zakupy zrobić.”

    -“Aaa no tak, zapomniałam” odparła ciotka.

    Łaziliśmy trochę po sklepach, dochodząc wreszcie do tego ze spodniami.

    -“Tutaj widziałeś te jeansy czy w innym?”

    -“Tutaj Krysiu!”

    -“Fajnie, że tutaj!” spojrzała na mnie tajemniczo “To chodź!”

    Po wejściu, podeszła do nas jakaś młoda blond siksa z pytaniem, czy w czymś pomóc.

    -“Popatrzymy na razie” odparła szybko Krystyna, widząc kompletną dezaprobatę na mojej twarzy.

    Szepnęła cicho śmiejąc się:

    -“Wiem, wiem, kochany…nie ma na czym oka zawiesić…”z satysfakcją.

    Wreszcie znaleźliśmy trzy pary spodni, które przypadły mi do gustu.

    -“Przymierz!”

    Wszedłem do kabiny, żeby zmierzyć. Krystyna zajrzała.

    -“No jak?”

    -“Nooo te są fajne i te też, tylko trochę za duże.”

    -“Poczekaj, zobaczę czy mają mniejszy rozmiar.”

    Słyszałem jak rozmawiała z blondasem. Po chwili wróciła.

    -“Nooo zobacz!”

    Jeansy leżały idealnie. Przebrałem się.

    -“To co? weźmiemy te dwie pary?”

    -“Ciociu?!”

    -“Przestań! Ja płacę głuptasie! Podziękujesz wieczorem!” puściła oczko.

    Podeszliśmy do kasy, blondas przyjęła zapłatę, gdy usłyszeliśmy jakiś głos.

    -“Krysiu!”

    -“Ewuniu!”

    Przez sklep szybkim krokiem zbliżała się elegancka kobieta. Pierwsze co zauważyłem, to szare spodnie i wargi jej cipki wpijające się w materiał. Chyba już po tym tygodniu tylko cipkę miałem w głowie! Ciotka pocałowała się z nią.

    -“To mój siostrzeniec!” przedstawiła mnie.

    -“Dzień dobry! Marek!”

    -“Witam cię! Ewa!”

    -“Uzupełniamy garderobę, bo młody wpadł na weekend, a nagle zostaje cały miesiąc.”

    -“Yhhhmmm słyszałam!” przytaknęła.

    -“Znalazłeś coś odpowiedniego?”

    -“Tak proszę pani!”

    Przyglądała mi się z zainteresowaniem. Teraz wreszcie ja też mogłem jej się przyjrzeć. Piękna twarz, ciemne włosy do ramion. Elegancka czerwona bluza z dużym wycięciem, trzymająca ogromny biust, opadająca delikatnie i seksownie poza biodra na spodnie. W tym samym odcieniu czerwieni, szpilki. Szerokie biodra i duża dupcia, którą przyciąłem dopiero później, jak stanęła trochę bokiem rozmawiając z ciotką. Seksowna bomba mamuśka!

    -“Będziemy lecieć kochana, bo trochę nam się zeszło dzisiaj!”

    -“Tak, tak, słyszałam, że ostatnio jesteś bardzo zajęta Krysiu!”

    -“No tak…trochę!”

    Spojrzały po sobie, uśmiechając się.

    -“No cóż…to nie zatrzymuję! Miło było cię poznać chłopcze!” uśmiechnęła się Ewa.

    -“Miłego dnia życzę!” odpowiedziałem grzecznie.

    -“Do zobaczenia Marku!”

    Kurcze! znowu! Poszliśmy do samochodu. W domu Krystyna poprosiła o pomoc i szybko ogarnęliśmy kolację. Jedliśmy przyglądając się sobie. Krystyna uśmiechała się.

    -“Nooooo?! Nie będę ci już robić niespodzianek…wiesz już co jest grane, prawda?”

    -“Domyślam się ciociu!”

    Przyglądała mi się…

    -“Podobały ci się? Wiesz, że możesz je przelecieć prawda?”

    -“Tak ciociu! Piękne mamuśki! Jesteś niesamowita!”

    -“To słuchaj! Bogusia 45 lat, wdowa, mąż zmarł młodo w wypadku. Ciężko to przeszła. Od 20 lat nie miała faceta, dzieci nie mieli. Przyjęłam ją do firmy, bo po jego śmierci było jej dość ciężko. Nikt! Marek nikt! w firmie nie wie, jaka jest moja i jej relacja. I niech tak zostanie!”

    -”Natomiast Ewa to rozwódka, 55 lat, ale jak widziałeś, wygląda dużo młodziej, troje dorosłych dzieci. Nie miała faceta chyba już ze 20 lat.  Musimy kochanie tylko coś dzisiaj przećwiczyć. Zobaczysz niewyżytku, będzie fajnie…no i twoja dziewczyna stęskniła się za tobą…więc wiesz, co cię czeka wieczorem” roześmiała się.

    -”Jutro sobota…weekend. Już mesowalam Bogusię. Chciała wpaść na kolację, ale poposiłam, żeby wpadła na obiad, a potem…no wiesz zresztą…żebyś miał trochę więcej czasu…” uśmiechnęła się.

    -“Bo pracuje w poniedziałek. Dlatego mam plan na dziś wieczór. Musimy wiedzieć, czy dasz radę, czy lepiej żebyś z jeden dzień odpoczął. Ewa ma wolne w poniedziałek, więc moglibyśmy do niej podjechać w niedzielę. Ale jakbyś czuł się zmęczony, to przełożymy. Co sądzisz? Bo wtedy to byśmy wpadli do Dorotki.”

    -”Jasne Krysiu! Ty planujesz, a ja się będę starał!” roześmieliśmy się.

    -”Kochany jesteś! Sprzątamy szybko i prysznic! Bo mnie już coś strasznie swędzi!”

    Migiem sprzątneliśmy po kolacji. Potem szybki prysznic, bo choć miałem wzwód, Krystyna stanowczo powiedziała nie.

    -”Musimy coś przećwiczyć…potem możesz mnie mieć całą noc, dobrze kochany?”

    -”Jasne ciociu!”

    I o 7-ej już wylądowaliśmy w łóżku.

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    Mi Riam

    Z pozdrowieniem dla @ Tomek.Matysiak:

    Rozumiem, że to nie w Twoim guście. Każdy ma inne preferencje – jeśli Ci się nie podoba, po prostu nie czytaj.

    Wszystkie “kicze” wykasowane. Miłego dnia “trollu”.

  • Malzenstwo i nowa przyjaciolka.

    Prowadzę z mężem małą firmę. A raczej on prowadzi, ja trochę pomagam, ale więcej czasu spędzam w domu. Przez to nie dzieje się między nami tak dobrze jak powinno. Problemy firmowe znacząco odcisnęły piętno na naszym wspólnym życiu. Wiadomo, pandemia. Nie kochamy się już tak często jak kiedyś. Namiętność spadła znacząco. Seks stał się czynnością rutynową, przy tym niejednokronie tak rzadką, że nawet trudno powiedzieć, iż nadal ze sobą współżyjemy. Bojąc się zranić jego uczucia, a sobie utraty poczucia bezpieczeństwa, niezbyt często poruszałam z nim ten temat. Pomimo tego, że czułam się nieusatysfakcjonowana i że chciałybym być darzona większą uwagą, czułością i atencją. A mój mąż jakby zapadał w seksualny letarg. Po zdobyciu, oswojeniu i udomowieniu przestał dostrzegać, że ja wciąż mam silne potrzeby seksualne. Często wydaje mi się, że seks stał się naszym obowiązkiem, a nie przyjemnością. Jak już do czegoś dochodzi to robimy to automatycznie i bez polotu. „Miałaś orgazm?“, „Dobrze ci było?“. Takie pytanie kiedyś były raczej nie na miejscu, a teraz? Postanowiliśmy to zmienić. Rozmawialiśmy o tej sytuacji dużo i czasami głośno. Doszliśmy do wspólnego wniosku, że nasz związek zaczyna być zagrożony, ponieważ osiągnął etap błogiego zadowolenia z rutynowego pożycia. Współżycie trwa nadal, ale straciło sporo na swej atrakcyjności. Przeminęły te czasy, gdy mąż zaraz po powrocie do domu zrywał ze mnie sukienkę, gdy ukradkiem wsuwał dłoń pod moją spódnicę, a ja ściskałam jego członek siedząc w taksówce. Już nie kochamy się zaraz po powrocie z zakupów, pośród pakunków i toreb. Zarówno ja, jak i mąż zauważyliśmy, że brakuje nam tego dawnego, trochę zapomnianego dreszczyku seksualnych emocji. A przecież kariera zawodowa i seks w żadnym razie nie wykluczają się. Powinny się raczej uzupełniać. Jaki jest sens posiadania pięknego domu i sporych dochodów, jeśli się nie ma kochającego, a raczej namiętnie kochającego, partnera, by się z nim tym wszystkim dzielić? Chcieliśmy odmienić swe życie seksualne poprzez obudzenie namiętności na nowo. Zawsze miałam przeświadczenie, że mężczyzna powinien zabiegać o to, by znać się na seksie i być seksualnie sprawnym, ponieważ każda kobieta zasługuje na maksimum satysfakcji, jaką mężczyzna może jej zapewnić. Obecnie kobiety wiedzą o seksie znacznie więcej niż kiedykolwiek i nie trzeba im mówić, do czego mają prawo. A mają prawo do odpowiedniego pobudzania, ekscytującego i pełnego polotu współżycia oraz pełnego zaspokojenia seksualnego. Poza tym, seks powinien być nieprzyzwoity i wywoływać dreszcz niebezpieczeństwa.

    Stwierdziliśmy, że trzeba poszukać kogoś, kto chociaż trochę zdejmie z niego, z nas obowiązków firmowych, abyśmy mogli poświęcić więcej czasu na odbudowanie swojego związku. Długo szukaliśmy odpowiedniej osoby. Aż któregoś dnia Paweł wrócił z pracy i powiedział, że zatrudnił nową pracownicę. Niedawno się rozwiodła, przeprowadziła się do naszego miasta, aby zacząć nowe życie. Była wolna i samotna, i szukała nowej pracy, nowych wyzwań i być może nowych przyjaciół.

    Zaproponowałam, by ją kiedyś zaprosił do nas na kolację. Najpierw się trochę krzywił się i wydziwiał, ale potem powiedział: „ok”. Często przesiadywałam w domu całe dnie w samotności, nie mając, do kogo otworzyć ust, i trochę marzyłam o nowych znajomościach.

    Kiedy Laura zjawiła się u nas, moja pierwsza reakcja była niezbyt miła, raczej negatywna. Wydawała mi się zbyt ostentacyjna. Jednak sprawdziło się powiedzenie: “nie oceniaj książki po okładce”. Im więcej mówiła, tym bardziej ją lubiłam, a pod koniec wieczoru tak sobie przypadłyśmy do gustu, że Paweł ledwo zdołał wtrącić jakieś słówko.

    Laura była drobna, ciemnowłosa i bardzo piękna. Była do tego bardzo żywiołowa, mnóstwo się śmiała. W jej towarzystwie, rozmawiając z nią, człowiek od razu czuł się lepiej. Zorientowałam się, że Pawłowi też się podoba. Nie dziwiłam się, jak już wspomniałam, była atrakcyjna i piękna. Spoglądał często w jej kierunku, było widać, że cieszy go jej obecność.  Miała na sobie bluzkę z dużym dekoltem i kiedy sięgając po półmiski, pochylała się nad stołem widziałam, jak wpatrywał się w przedziałek jej biustu.

    Kiedy poszła do domu, oboje zgodnie stwierdziliśmy, że jest świetna i że się nam podoba. A potem w łóżku był naprawdę namiętny. Wcześniej sam mnie rozebrał, czego nie robił od lat, i kochał się ze mną tak jak dawniej. Po wszystkim powiedziałam:

    – Powinniśmy częściej zapraszać Laurę, jeśli aż tak cię roznamiętnia.

    – No, jest ładna, co w tym złego? — zapytał.

    – Nic, masz rację, ja też uważam, że jest nie tylko ładna, ale i seksowna. I mądra. Ma w sobie to coś.

    Nie chciałam dalej ciągnąć tego tematu. Kiedy Paweł musiał wyjechać na trzydniową konferencję, zajęłam jego miejsce w biurze. Pracowałyśmy wspólnie z Laurą, rozmawiałyśmy w chwilach przerwy od klientów. Zbliżyłyśmy się do siebie. Kiedy poprosiłam Laurę, żeby mi dotrzymała towarzystwa podczas nieobecności męża zgodziła się natychmiast. Świetnie się bawiłyśmy. Pojechałyśmy na zakupy, a po powrocie do domu otworzyłyśmy butelkę wina. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz tyle się uśmiałam, co wtedy. Powiedziałam Laurze, że jest bardzo piękna i że Pawłowi też się podoba. Laura stwierdziła, że mój mąż jest bardzo atrakcyjny i że mam szczęście, mając takiego męża. Wino rozwiązywało nasze języki, mój w szczególności. Powiedziałam jej, że w naszym małżeństwie nie dzieje się za dobrze i że prawie w ogóle nie uprawiamy seksu. Dodałam, że po jej ostatnim u nas pobycie Paweł był tak namiętny w łóżku, jak dawno nie był. Powiedziałam, że to chyba była jej zasługa. Podziękowała za ten komplement. Dodała także, nie może uwierzyć, że tak mało seksu jest pomiędzy nami. Uznała to za obłędne, bo jej były mąż chciał się z nią kochać noc w noc, a gdy kiedykolwiek odmówiła, bił ją.

    – Kazał mi chodzić po mieszkaniu bez majtek. Żeby, jak tylko zechce, mógł wsadzić rękę pod moją spódnicę. Traktował mnie jak zwierzę, stworzone dla jego przyjemności. Czasami nazywał mnie swoim „zwierzątkiem“ i kazał czołgać się na czworakach, żeby mógł mnie posiąść w pozycji od tyłu. Laura powiedziała także, że jej mąż zawsze spotykał się z innymi kobietami, a kilka razy zastała go w ich domu w łóżku z inną. Kiedy się skarżyła, on tylko mówił:

    – Bardzo proszę, możesz się przyłączyć… nikt ci nie broni.

    Powiedziała także, że raz, kiedy była lekko wstawiona i bardzo wściekła, faktycznie przyjęła jego propozycję, rozebrała się i weszła do ich łóżka.

    Wypite wcześniej wino zadziałało. Rozwiązało mój język całkowicie. Niespodziewanie głośno uznałam to za coś seksownego i interesującego. Spytałam ją, co robili razem, we trójkę. Powiedziała, że ona całowała się z tamtą, pieściła jej piersi, a potem wzięła ją oralnie, podczas gdy ona brała oralnie męża Laury.

    – Ach! — powiedziałam. — Ja nigdy nie mogłabym uprawiać seksu z kobietą.

    Na co Laura powiedziała:

    – Byłabyś zdumiona, to jest zupełnie inaczej, niż myślisz. Na przykład, czy całowałaś się kiedyś z inną kobietą… całowałaś ją tak naprawdę?

    Powiedziałam, że oczywiście, że nie. A Laura siedząc tuż przy mnie na kanapie, odwróciła się, objęła mnie i pocałowała. Bardzo łagodnie, nie przymuszała mnie. Poczułam zapach jej perfum i smak jej szminki. Przeczesała dłońmi moje włosy, a potem lekko otworzyła usta i wsunęła język do moich ust. Była pierwszą osobą, z którą tak się całowałam od ślubu z Pawłem, a już na pewno pierwszą kobietą, z którą tak się całowałam. Nie wiedziałam, co myśleć. A Laura nadal mnie całowała, raz za razem, i już po chwili odwzajemniałam jej pocałunki i też wsunęłam język w jej usta. Byłam bardzo podniecona, chciałam więcej i więcej, i żeby to się nigdy nie skończyło. Alkohol wyraźnie pomagał nam w tej chwili. Laura rozpięła mi bluzkę i przez stanik dotykała moich piersi. Wciąż myślałam, że to coś niewłaściwego, bo nie jestem lesbijką. A ona musiała zgadnąć, o czym myślę, bo spytała:

    – Tylko, dlatego, że seks z inną kobietą sprawia ci przyjemność, nie stajesz się lesbijką, prawda? Żeby być lesbijką, trzeba to czuć w sobie, a to, co jest na zewnątrz, to jest seks.

    Miała na sobie luźny biały sweterek. Ściągnęła go przez głowę, a potem zdjęła biustonosz. Wcześniej nie miałam pojęcia, jakie ma piękne piersi. Duże, ale bardzo sprężyste i kształtne, z bardzo szerokimi brodawkami. Przytrzymując piersi rękoma, powiedziała:

    – Proszę, dotknij ich.

    Więc dotknęłam. Były w dotyku cudowne: ciepłe, ciężkie i mięciutkie. Laura rozpięła mój biustonosz i zdjęła go, więc teraz też miałam nagie piersi. Przytuliła się do mnie i nasze piersi się zetknęły. Znowu pocałowała mnie w usta, a potem w szyję, po ramionach i wokół piersi. Jedną pierś chwyciła obiema rękoma i koniuszkiem języka lizała brodawkę, tak szybko, jakbym widziała skrzydła kolibra spijającego nektar z kwiatu. Potem przeniosła się na drugą pierś. Nikt jeszcze nigdy tak nie lizał moich brodawek. Nawet Paweł. Zaczęłam się czuć, jakby miał nastąpić orgazm, od samego pieszczenia piersi, w ogóle nie będąc przez Laurę dotykana w żadnym innym miejscu.

     Laura powiedziała:

    – Chodź, coś ci pokażę.

    Postawiła mnie przed sobą i rozpięła mi dżinsy. Trochę się przeraziłam, ale ona mnie znowu pocałowała i powiedziała:

     – Przekonasz się, że ci się to bardzo spodoba… a jeśli nie, w każdej chwili możemy przerwać.

    To chyba przemówiło do mnie najbardziej, bo mężczyźni nigdy nic takiego nie mówią, oni zwyczajnie zakładają, że będzie ci się podobać, więc tym gorzej dla ciebie, jeśli ci się nie podoba. Laura całkiem ściągnęła mi dżinsy, a następnie majtki. Posadziła mnie z powrotem na kanapie i szybko zdjęła swoje spodnie. Pod nimi miała białe, przejrzyste majtki. Zobaczyłam, że w ogóle nie ma włosków łonowych, tylko całkiem goły srom. Całowała mnie. Całowała moje piersi, a potem wodziła językiem na szlaku od mego brzucha do bocznych powierzchni ud. Potem lizała wewnątrz ud, od kolan do sromu. Czułam, jak jej długie włosy łaskoczą moje uda. Potem poczułam, jak jej palce rozchylają mi wargi sromowe, a później poczułam koniuszek języka na mojej łechtaczce. Najlżejsze muśnięcia, takie coś, co zawsze doprowadza do szaleństwa. To jest tak smakowite, że musisz mieć więcej, lecz kiedy usiłujesz zdobyć więcej, wszystko przepada.

    Zatopiłam dłonie w pięknych, długich włosach Laury, głaskałam jej uszy i policzki. Zamknęłam oczy i dałam się ponieść wrażeniom. Ach, jaki Laura miała sprawny język!!! Było mi wszystko jedno, czy to robi mężczyzna, czy kobieta, czy przybysz z innej planety. Czułam tylko ten ciepły i mokry język powoli muskający moją łechtaczkę, a potem niżej, wejście do cipki. Laura lizała wokół niego, a nawet sam czubek języka trochę wsunęła do środka. Potem lizała przedsionek pochwy. Wzdrygnęłam się, a ona powiedziała: „ciii“ i jedną rękę położyła mi na lewej piersi, zaczęła ją masować i delikatnie okręcać moją brodawkę. Całowała mi srom, a język wsuwał się do środka pochwy i lizał jej ścianki. Umiała tak pięknie całować i lizać, że nie do wiary. Potem wróciła na łechtaczkę i teraz już pobudzała mnie na serio. Nikt, ale to nikt przedtem mnie tak nie lizał. Byłam taka wilgotna, że na kanapie zrobiła się mokra plama. Mimo to Laura nie przerywała. Nadal lizała coraz szybciej, aż wydawało mi się, że w pokoju się kompletnie ściemniło.

    Powiedziała mi potem, że podczas orgazmu krzyczałam głośno, ale ja siebie nie słyszałam. Pamiętam jak cała podskakiwałam, i pamiętam, że jej język nadal muskał mnie jeszcze długo po orgazmie, a ja wciąż od tego miałam skurcze. Otworzyłam oczy i spojrzałam, w samą porę, by zobaczyć, jak Laura wkłada dwa palce do mojej pochwy, a następnie wyjmuje je i oblizuje.

     – Smakujesz wybornie — powiedziała.

    Po czym zdjęła majtki i położyła się na mnie, tak, że jej nagi srom znalazł się tuż przed moim nosem. Długo wpatrywałam się w niego, bardziej z ciekawości niż czegokolwiek innego. Niezbyt często ma się okazję z bliska obejrzeć srom innej kobiety. Laura miała dość ciemne wargi sromowe, bo miała ciemniejszą karnację, ale wewnątrz pochwa była jaskraworóżowa i połyskiwała od soków, tak samo jak moja.

     – Możesz dotknąć, jeśli chcesz — zachęciła.

    Nie sugerowała mi, że muszę, jak czynią to mężczyźni, domagający się, by zająć się ich penisem. Laura popatrzyła na mnie i uśmiechnęła się, a jej uśmiech był po prostu piękny. Pochylała się nade mną, jej piersi wisiały nad moim brzuchem, a gdy się poruszała, brodawki ocierały się o niego. Wyciągnęłam rękę i delikatnie, koniuszkiem palca, wodziłam między nogami Laury, od odbytu do łechtaczki.

     – To jest miłe — szepnęła.

    I rzeczywiście jej cipka była miła, cała wilgotna, mokra, pulchna, jakby przecięty na połówki jakiś owoc. Nie mogłam uwierzyć, że to robię, że w taki sposób dotykam inną kobietę, ale byłam tak podekscytowana, że chyba zwyczajnie zablokowałam wszystkie swoje zahamowania. Obiema rękoma rozchyliłam jej srom. Wielka kropla przejrzystego soku kapnęła mi na klatkę piersiową. Rozwarłam pochwę szerzej i zajrzałam do środka. Miała piękną barwę, cała połyskiwała różowo, miała piękny kształt. Czułam się tak, jakby Laura powierzyła mi cudowną tajemnicę.

    Ona nie nalegała na nic, nic nie mówiła, lecz uniosłam głowę i pocałowałam jej srom. Oblizałam usta i poczułam smak jej soku, taki dziwny… jakby sok owocowy z solą i domieszką miodu. Polizałam jeszcze raz, i jeszcze, i jeszcze. Nie mogłam się nasycić. Tak się podnieciłam, że przywarłam do jej nagiego, wilgotnego sromu całą twarzą, z nosem prosto w pochwie. Miałam soki Laury na całej brodzie, nawet rzęsy mi się od nich sklejały. Wciąż ją lizałam. Miała wzwiedzioną łechtaczkę, coraz bardziej obrzmiałą i większą. Laura zaczęła się trząść, dyszeć ciężko. Była zlana potem, jej piersi się kołysały, a ja sięgając od spodu, w każdą dłoń chwyciłam jedną, wielką pierś i ściskałam, wbijałam w nie paznokcie i pociągałam brodawki. Jednocześnie nieprzerwanie lizałam łechtaczkę i przedsionek pochwy. Ani przez chwilę nie myślałam, że to, co robię, jest złe albo nienaturalne. Nie kochałam Laury, nie byłam w niej zakochana, lecz cieszyłyśmy się naszymi ciałami i wzajemnie ekscytowałyśmy seksem, a choć tak się złożyło, że robiłyśmy to my, dwie kobiety, zamiast mężczyzna z kobietą, to czy miało to jakiekolwiek znaczenie?

    Uwielbiałam ją lizać, to było takie inne i takie podniecające. Zanurzyłam palec w jej pochwie, żeby go zwilżyć, a potem wolno wkręciłam go w jej odbyt. Paweł robił ze mną takie rzeczy, kiedy się dawno temu kochaliśmy i wtedy bardzo to lubiłam, ale ostatni raz robił to ze mną przed pięcioma albo sześcioma laty. Przypomniałam to sobie i po prostu chciałam zobaczyć, jak to odbierze Laura. Lizałam jej łechtaczkę, a tuż przede mną, zaledwie o kilka centymetrów, w jej odbycie tkwił mój palec, aż po knykieć. Za każdym razem, gdy go wyciskała, za każdym razem, gdy jej odbyt się zwierał, widziałam to w najdrobniejszych szczegółach. Zdumiało mnie to, że Laura nie miała jednego jedynego włoska, nawet wokół odbytu. Była kompletnie wygolona do czysta, jakby była „bardziej naga od nagiej“.

    Miała orgazm, cała była wilgotna. Z jej pochwy leciało, jakby zrobiła siusiu, choć wcale nie siusiała. Miałam pełne usta jej soków, połykałam je i nie czułam nic, tylko słodkawą wodę. A Laura pochyliła się do przodu i trzęsła się jeszcze dość długo. Nie mogła przestać się trząść, nie wiem ile to trwało, długo. Położyłam się na wznak na kanapie i czułam się bardzo dziwnie, myśląc: „właśnie uprawiałam seks z kobietą!“. A Laura odwróciła się, przytuliła mnie i trzymając w objęciach, pocałowała. Sięgnęła ręką między swe nogi i zwilżyła dłoń własnymi sokami. Masowała nimi moje piersi i pociągała brodawki, aż się zrobiły sztywne, a potem także je ssała. Usiadła na mnie okrakiem, z szeroko rozsuniętymi nogami i po kolei przyciskała moje piersi do swojej wilgotnej pochwy, masując brodawkami swoją łechtaczkę. Obie piersi miałam wysmarowane jej sokami, a ona robiła mi masaż, jakby używała oliwki do masażu.

    Chyba mogłybyśmy tak się kochać godzinami. Uwielbiałam dotyk jej ciała, miękkość jej skóry i piersi. Uwielbiałam smak jej soków i uwielbiałam jej delikatność. Laura muskała mnie jak motyl, całowała mnie jak anioł. Trwałyśmy w swych objęciach dobre pół godziny, bez zbędnych słów. Potem ona usiadła i rozsunęła mi nogi bardzo szeroko, opuściła głowę między nie i lizała. Powiedziała:

    – Chcę zabrać ze sobą do domu ten świetny smak.

    Kilka kolejnych dni dużo i długo rozmawiałyśmy przez telefon. Częściej zaglądałam też do firmy, spędzałyśmy dużo czasu rozmawiając, jeśli nie było klientów. Paweł czasami spoglądał na te nasze rozmowy.

    – Widzę, że bardzo się zbliżyłyście – powiedział któregoś wieczoru w domu.

    – Żebyś wiedział. Polubiłyśmy się – odpowiedziałam.

    Potem znowu miał jakiś krótki wyjazd, a my w tym czasie spiskowałyśmy trochę. Wpadłyśmy na szatański plan. Plan związany oczywiście z Pawłem. Dogadywałyśmy szczegóły i czekałyśmy niespokojnie na jego powrót. Same ciekawe, co z tego planu wyjdzie. Kilka dni po powrocie Pawła, zaprosiłam Laurę do nas na kolację. Paweł oczywiście nie miał nic przeciwko temu. W połowie wieczoru zadzwonił umówiony przeze mnie kolega, po to tylko żeby oznajmić, iż jest gospodarzem domu Laury i że w jej mieszkaniu pękła rura. Paweł dżentelmeńsko z miejsca zaproponował, żeby Laura została u nas na noc.

    Kolacja była wspaniała, z mnóstwem wina. Nie sądzę, by mąż podejrzewał, że wcześniej coś było między mną a Laurą, ale atmosfera była dość naelektryzowana, bo już byłyśmy podekscytowane tym, co zamierzałyśmy zrobić. Kiedy przeniosłyśmy talerze do kuchni, Laura pocałowała mnie i przez sukienkę ścisnęła mi piersi. Ja też dotknęłam jej biustu. Miała dzisiaj na sobie body ze sporym wycięciem, a ja byłam bardzo śmiała i wsunęłam rękę pod spód, żeby pocierać jej brodawki.

    Po kolacji długo siedzieliśmy, popijając wino, rozmawiając i słuchając muzyki. Laura siedziała bardzo blisko Pawła. Mówiąc, wciąż dotykała jego rękę, a kiedy dolewała sobie wina, pochylała się tak, że jej biust ocierał się o jego ramię. Widziałam, że bardzo mu się to podoba i co dziwne, zamiast czuć zazdrość, jak zawsze, gdy ładna dziewczyna leciała na niego, tym razem czułam raczej podniecenie, bo wiedziałam, że na mnie też czeka ewentualny seks z Laurą. Wszystko zależało od zachowania Pawła. Dlatego też obie z Laurą podekscytowane siedziałyśmy obok niego, spoglądałyśmy na siebie i wymieniałyśmy dwuznaczne spojrzenia. Nie umknęły mu oczywiście te nasze spojrzenia. Spoglądał czasami podejrzliwie na nas obie. Obie miałyśmy nadzieję, że nie zawiedziemy się, że Paweł podejmie naszą grę. Wypity alkohol nie dość, że poprawił nasz humor to jeszcze wprawiał w bardziej niż zwykle otwartą atmosferę. Czuć było w powietrzu naerotyzowaną aurę otaczająca naszą trójkę.

    Kiedy mieliśmy iść spać, puściliśmy Laurę pierwszą do łazienki, a ja pożyczyłam jej swoją koszulę nocną. Zdążyłyśmy ją wcześniej przygotować. A była taka, że sztuką byłoby przez nią niczego nie dostrzec z atrybutów kobiecości. Poszłam się rozebrać do sypialni, a Laura, ubrana w tą moją koszulę, w ramach podziękowania i na dobranoc pocałowała Pawła. I to jak!!! sądząc po odgłosie, który do mnie dotarł. Zresztą, tak właśnie to zaplanowałyśmy.

    Położyłam się z Pawłem do łóżka. Widziałam, ze jest podekscytowany zaistniałą sytuacją. Już był mocno podniecony, z potężną erekcją, gotowy położyć się na mnie i przystąpić do rzeczy bez jakiejkolwiek gry wstępnej. Leżałam obok niego i trzymałam w dłoni jego nabrzmiałą męskość, poruszałam delikatnie dłonią, kiedy właśnie w tym momencie zapukała Laura i spytała, czy mogę jej pożyczyć zmywacz do paznokci. Paweł nieco niezadowolony spojrzał w moja stronę. Przestałam go pieścić. Nakrył nas mocniej kołdrą, a ja zaprosiłam Laurę. Weszła do sypialni, usiadła na skraju łóżka, co wcześniej między sobą uzgodniłyśmy, i zaczęła mówić o tym, jaki udany był wspólny wieczór. Paweł niespokojnie leżał na plecach, a ja w tym czasie szukałam zmywacza w sypialnianej toaletce. A Laura opowiadała jak szczęśliwa jest, że nas spotkała. Jak jest zadowolona z pracy u nas. Jak cieszy się, że pozwoliliśmy u nas przenocować, w zaistniałej sytuacji. Usiadłam obok Pawła podając jej buteleczkę płynu. Obie rozmawiałyśmy coraz dłużej, a Paweł leżał z niepokojem spoglądając na nas. Doskonale wiedziałam, że jest mu ciężko ukryć erekcję. Walczył ze sobą, jednak ani moja wcześniejsza delikatna ręczna robótka, ani tym bardziej strój Laury nie pozwalał mu uspokoić podniecenia. I wcale tego nie chciałyśmy. Realizowałyśmy przecież nasz plan. Kręcił się niespokojnie, próbował zmienić pozycję na taką, która zarówno ukryje jego wzwód, jak i pozwoli na zerkanie w stronę Laury. Cały czas trzymałyśmy z Laurą buteleczkę w naszych dłoniach. Pochylając się nade mną Laura odsłaniała mocno wycięty dekolt. Piersi swobodnie podrygiwały pod zwiewnym materiałem i spoglądającemu w jej kierunku Pawłowi dawały wyraźny obraz ich kształtu i wielkości. I jeszcze raz powiedziała patrząc na nas:

     – Dziękuję wam obojgu za tak wspaniały i udany wieczór.

     – On wcale nie musi się już skończyć, prawda? – odpowiedziałam.

    Raz kozie śmierć, spojrzałam na męża, odsuwając kołdrę lekko na bok i spytałam:

    – Może się do nas przyłączysz?

    A potem ściągnęłam kołdrę do końca i pokazałam erekcję męża Laurze. To był moment krytyczny i serce waliło mi jak młotem. Paweł wyglądał, jakby nie wierzył w to, co widzi. Leżał, nie poruszywszy się ani na centymetr. Kutas prężył się okazale, nieznacznie kołysząc się poruszany przechodzącymi przez niego lekkimi skurczami.

    – Nie masz nic przeciwko, kochanie, prawda? — spytałam, a on tylko spojrzał na mnie oczyma szerokimi jak spodki i potrząsnął głową.

    Laura obeszła łóżko dookoła i położyła się obok niego. Przytuliła się i powiedziała:

     – Tu jest przytulnie, naprawdę.

    Myślałam, że Paweł z miejsca będzie miał orgazm. Przytuliłam się do niego z drugiego boku, pocałowałam go i zwichrzyłam mu włosy. Laura też zaczęła go całować, a potem pochyliła się nad nim, żeby pocałować mnie. Tuż przed jego nosem urządziłyśmy pokaz bardzo erotycznego całowania z użyciem języka, oblizywałyśmy sobie usta i wsysałyśmy wargi, i jedna drugiej wsuwała język do ust. Sięgnęłam ręką między nogi Pawła i położyłam dłoń na jego jądrach. Były pomarszczone i napięte, a penis stał jak kołek w płocie. Nie odważyłam się go pocierać, bo wiedziałam, że miałby wytrysk o wiele za szybko i zabawa by się za wcześnie dla całej naszej trójki skończyła.

    Laura spojrzała w moja stronę. Przyzwalająco potaknęłam głową. Sięgnęła ręką w stronę kutasa. Delikatnie wodziła po trzonie palcami, a potem obie zaczęłyśmy pieścić mu jądra. Byliśmy wszyscy tak podnieceni, że z trudem łapaliśmy oddech. Laura uklęknęła i przez głowę ściągnęła nocną koszulę. Kiedy pokazały się jej nagie piersi, Pawła nie trzeba było zachęcać, by je wziął w swe dłonie. Ściskał je, pieścił i całował brodawki. Ja też zdjęłam koszulę i położyłam się na Pawle, obejmując Laurę ramieniem. Uwielbiam dotykać jej nagie ciało i czuć, jak jej piersi przywierają do moich. Całowaliśmy się i dotykaliśmy wszędzie, a mąż cały czas głaskał i całował na zmianę nas obie. Razem z Laurą zsunęłyśmy się niżej. Pochylałyśmy się nad nim. Paweł chwycił w dłoń i dotknął moją brodawkę nabrzmiałym kutasem, a potem dotknął nim brodawkę Laury. Później przytrzymywał nasze piersi i powoli pocierał naszymi brodawkami. Umieścił kutasa pomiędzy naszymi piersiami i ścisnąwszy je posuwał nasze cycki. Jeszcze nigdy nie czułam czegoś podobnego, one dosłownie mrowiły. Laura tak długo się kręciła na łóżku, aż w końcu klęczała między moimi udami i szeroko je rozsunęła.

    Powiedziała do Pawła:

    – Przytrzymaj szeroko.

    Paweł uklęknął przy mnie, pocałował mnie, pocałował moje piersi. Usiadł tak, że plecami leżałam na jego torsie, a potem sięgnął i palcami rozchylił mi wargi sromowe.

     Laura zawołała:

    – Szerzej!!!

    Więc tak je odciągnął, że wszystko było widać. Szeroko, zapraszająco otwarte wejście do mojej pochwy. Laura pochyliła się do przodu i samym koniuszkiem języka muskała moją łechtaczkę i delikatnie lizała mi pochwę. Kiedy oderwała usta od mojej cipki spytała Piotra:

    –Spróbujesz?

    Zamienili się miejscami. Leżałam na plecach, Laura przytrzymywała, a on lizał, lizał jak jeszcze nigdy do tej pory. Laura tak się nade mną pochylała, że jej kołyszące się piersi ocierały się o mnie. Lekko uniosłam głowę i w otwarte usta chwyciłam jej sztywną brodawkę. Paweł wciąż mnie lizał i zanim się zorientowałam, już miałam orgazm. Jeszcze nigdy nie dostarczył mi takich doznań. Przytuliłam się do niego i pocałowałam. Miałam poczucie, że coś naprawdę fantastycznego zaszło między nami. Chciałam go poczuć w sobie.

    Sięgnęłam na nocny stolik po prezerwatywę. Z mężem w ogóle ich nie używamy, ale byłoby nie fair wobec Laury, gdyby Paweł jej nie założył. Podałam ją Laurze. Położył się na wznak, podczas gdy ja trzymałam mu palik, a Laura rozpakowywała prezerwatywę. Przytrzymała ją w zębach i ustami zrolowała w dół trzonu. Słyszałam o takim sposobie, ale nigdy nie widziałam, jak robi to kobieta. Była w tym taka dobra, że zrobiła to jednym gładkim ruchem, a potem długo go ssała, zanim podniosła znowu głowę. Usiadłam okrakiem na biodrach Pawła, a Laura wprowadziła jego palik w moją pochwę. Cały czas pocierała i pieściła moje wargi sromowe i łechtaczkę, poszturchiwała też palcem moje pośladki. Paweł zaczął się wpychać we mnie. Był bardzo podniecony i nie chciał nic innego, jak tylko bardzo mocno i szybko mnie przelecieć. Ale Laura chwyciła go za jądra i przystopowała go. Wbiła paznokcie w jego mosznę, a on aż krzyknął, choć go to podniecało, i masowała mu pal za każdym razem, kiedy go ze mnie wysuwał. Kilka dobrych minut trwał we mnie.

    Potem przyszła jej kolej. Położyła się na wznak i uniosła nogi, tak by mógł w nią wejść z boku. Paweł zmienił prezerwatywę na nową. Ja rozwarłam w tym czasie jej wargi sromowe i pomogłam wsunąć mu się do środka. Widok był niewiarygodny. Członek mojego męża w pochwie innej kobiety, wsuwa się i wysuwa. Laura zaczęła palcami muskać swoją łechtaczkę, lecz ja odsunęłam jej palce, pochyliłam się nad nią i zaczęłam ją lizać moim językiem. Wodziłam nim aż do pochwy, wokół penisa Pawła, lizałam to miejsce styku. Laura zaczęła jęczeć, a ja lizałam jej łechtaczkę jeszcze szybciej. Jedną ręką trzymałam jądra męża, kulając je między palcami, a drugą ręką bawiłam się lewą brodawką Laury. Oboje szczytowali niemal jednocześnie. Laura trzęsła się bez końca i wydawało mi się, że nigdy nie przestanie. Paweł wczepił się w moje włosy. Wyjęłam jego pal z pochwy Laury. Prezerwatywa była pełna jego nasienia. Ściągnęłam ją i wcierałam w niego jego własną spermę. Jego pal zaczął na nowo pęcznieć, zwłaszcza, kiedy Laura robiła to samo, i wkrótce był tak sztywny, że mogłam na nim usiąść i długo, niespiesznie go ujeżdżać. W tym czasie Paweł i Laura całowali się, a on bawił się jej piersiami. Nie miał drugiego wytrysku, ale to był cudownie relaksujący koniec wieczoru.

    Nie spaliśmy razem, łóżko mamy za małe, a poza tym było tak gorąco. Nigdy więcej nie powtórzyliśmy trójkąta. Laura poznała niedługo później jednego z kolegów Pawła i zaczęła się z nim spotykać. Czasami spotykamy się we czwórkę, ale bez erotycznych aluzji.

    My wciąż wspominamy tamten trójkąt, czasami myślę o nim sama i nic nie mówię Pawłowi. Ja wspominam spotkanie z Laurą. Innymi razy rozmawiamy na ten temat i to nas podnieca.

    Zdecydowanie stanowiło to punkt zwrotny w naszym życiu seksualnym, bo oboje zobaczyliśmy, że jesteśmy erotycznie atrakcyjni dla innych, i oboje zobaczyliśmy, że istnieją tysiące różnych sposobów na szałowy seks.

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    Ewa mężatka
  • Wieczorny seans w kinie.

    Od jakiegoś czasu coraz częściej nachodziły mnie fantazje o tym, aby oddać się grupie facetów. Taki gang-bang na pełną skalę gdzie byłabym porządnie wyruchana i nakarmiona spermą. Uznałam, że najszybciej spełnię swoje pragnienia w kinie porno gdzie zawsze było kilkunastu facetów do dyspozycji.

    W sobotni wieczór wystroiłam się i wymalowałam jak kurwa i pojechałam do kina. W kasie siedział przystojny ochroniarz, u którego kupiłam bilet i weszłam na salę. W półmroku rozświetlanym nieco światłem z ekranu, na którym facet ruchał cycatą blondynkę obciągając jednocześnie dwóm innym pały, widziałam, że jest około 20 osób. Usiadłam w rzędzie, w którym siedziało dwóch facetów i zaczęłam się rozglądać po sali. Większość siedziała samotnie, ale było też kilka par siedzących obok siebie.  Facet, który siedział kilka miejsc ode mnie masował swoje krocze i kiedy usiadłam spojrzał w moją stronę. Wyraźnie go zainteresowałam, bo spoglądał co chwilę w moim kierunku. Czułam jego wzrok i postanowiłam go nieco sprowokować. Wstałam, podciągnęłam obcisłą spódniczkę i patrząc na niego zdjęłam majtki. Byłam już zdrowo napalona i mój kutas zamknięty w klatce wyglądał jakby miał zaraz przecisnąć się przez otwory. Usiadłam i sama zaczęłam się pieścić patrząc w jego stronę. Gość w końcu nie wytrzymał i przesiadł się  na fotel obok, rozpinając jednocześnie rozporek. Wyjął swojego chuja, wziął moją dłoń i położył ją na swoim sprzęcie.
    „Podoba ci się?” – Zapytał cicho.
    „Jest śliczny i apetyczny” – odparłam szeptem.
    Byłam ciekawa jak dużo spermy ma w swoich jądrach. Uwielbiam, kiedy facet ma obfite wytryski. Oglądaliśmy film chwilę w milczeniu, ja pieściłam jego kutasa a on gładził moje uda i klatkę z moim napęczniałym chujem.
    „Mam ochotę na zbiorowe ruchanie dziś wieczorem, będziesz musiał podzielić się mną z innymi” – szepnęłam mu do ucha.
    W milczeniu skinął głową i zmrużył oczy , iedy pochyliłam się nad jego kroczem i wzięłam do ust główkę jego twardziela. Smakował wyśmienicie. Obciągałam mu dłuższą chwilę starając się brać go jak najgłębiej żeby nacieszyć się wspaniałym smakiem i zapachem sterczącej pały. Kiedy podniosłam głowę okazało się, że wokół nas usiadło już kilku widzów, którzy wyraźnie woleli oglądanie naszej zabawy od akcji na ekranie. Kilku panów masowało swoje krocza a inni bezceremonialnie bawili się swoimi chujami wyjętymi z rozporków. Nie przerywając obciągania położyłam dłoń na kroczu faceta, który stał za oparciami naszych foteli. Czułam przez spodnie, że to niezły okaz. Był już twardy a jego właściciel zaczął głęboko oddychać. Na chwilę wyjęłam kutasa z ust i z uśmiechem powiedziałam.
    „Kto ma dziś ochotę na loda i ruchanko mojej dupki niech się nie krępuje. Jestem tu po to żeby spełnić wasze wyuzdane perwersje i swoje pragnienie zbiorowego rżnięcia. Możecie mnie używać jak tylko zapragniecie”.
    Film akurat się skończył i zaproponowałam abyśmy przeszli do darkroom-u.
    „Będzie nam wygodniej” – powiedziałam.
    Szłam przodem z podciągniętą spódniczką trzymając w jednej ręce swoje majtki i torebkę a drugą prowadziłam za rękę swojego sąsiada, pozostali panowie szli za nami ze swoimi sterczącymi pałami na wierzchu. Weszliśmy do pokoiku oświetlonego różowo-czerwonym światłem. Pod ścianą stała duża kanapa z oparciem, leżało na niej kilka poduszek a na ekranie telewizora wiszącego na ścianie, dwa wielkie czarne „naganiacze” penetrowały drobnego femboya. Wraz ze mną weszło dziewięciu panów. Stanęłam na środku i zaproponowałam, aby panowie zdjęli swoje ubranka i stanęli wokół mnie.
    „Możecie ze mną robić, co tylko zapragniecie, ale największą rozkosz sprawicie mi spuszczając się w moich ustach. Chcę być dzisiaj porządnie wyruchana i nakarmiona waszym nasieniem” – powiedziałam z uśmiechem.
    Kucnęłam i po kolei witałam się z każdym kutasem. Miały cudowny zapach i chwilę ssałam każdego i pieściłam ich jądra. Niektóre lekko zalatywały charakterystycznym zapachem, świadczącym o tym, że facet niedawno się spuścił a resztki spermy zostały pod napletkiem.
    To było jak sen i nie do końca docierało do mnie, że za chwilę oddam się dziewięciu napalonym ogierom i będę mogła poczuć w sobie każdego z dziewięciu kutasów i skosztuję dziewięć wytrysków męskiego nektaru.
    W międzyczasie panowie przesunęli kanapę na środek pokoju. Uklęknęłam na niej i oparłam ramiona na oparciu. Dzięki temu mogli wygodnie podsuwać mi swoje pały do obciągania a moja wypięta dupa była wystawiona tak żeby wygodnie mogli mnie ruchać.
    „Zapraszam, kto ma ochotę”, powiedziałam a jeden z panów od razu przyłożył swojego kutasa do mojego odbytu. Przed wyjściem wstrzyknęłam sobie chyba z pół buteleczki lubrykantu i moja dupka była śliska jak cipka młodej, podnieconej nimfomanki. Nie jestem w stanie wymienić różnych rozkosznych kombinacji, w jakich mnie obrabiali. Momentami ssałam po trzy kutasy na raz, czując jednocześnie jak partnerzy zmieniają się w mojej dupce. Jeden z panów usiadł obok mnie i rozkazującym tonem powiedział, wskakuj dziwko. Z ochotą nadziałam na jego sporego penisa „na jeźdzca”, a pan, który mnie do tej pory penetrował, przyłożył do mojej dziury swojego kutasa. Po niewielkim nacisku wśliznął się do środka i teraz dwa kutasy jednocześnie ruchały moje dupsko rozciągając je do granic możliwości. Panowie złapali wspólny rytm i miałam wrażenie, że ruchają mnie potężną maczugą dając mi cudowne doznania. Zmieniali się, co kilka minut i grzmocili mnie chyba we wszystkich możliwych kombinacjach. Kilkukrotnie przesiadałam się na kutasy kolejnych partnerów. Jedni penetrowali mnie nieśpiesznie a inni ostro ruchali, aż do granicy rozkosznego bólu. Po dwudziestu minutach, pierwsi panowie nabrali już ochoty na opróżnienie swoich jąder. Podchodzili po kolei wkładali mi swoje chuje do ust i waląc konia zalewali moje usta kolejnymi porcjami pysznej spermy. Miały różne smaki, słodkie, gorzkie ale wszystkie smakowały wyśmienicie i czułam unoszący się w powietrzu aromat męskiego nasienia. Na koniec został jeden facet, który chyba był sex-maratończykiem i wyraźnie nie miał jeszcze ochoty na finał.  Po kilku minutach ujeżdżania jego słodziaka powiedział:
    „Mam dla ciebie suko na koniec coś specjalnego. Wypnij się, chcę zobaczyć, jakie są twoje możliwości”.
    Byłam ciekawa, co chce zrobić, posłusznie się wypięłam i po chwili poczułam, że zaczyna wciskać swoją dłoń do mojego odbytu. Nie śpieszył się pozwalając, aby zwieracz poddawał się powoli. Często fistuję się silikonową dłonią, ale miała ona wielkość raczej drobnej dłoni. Tym razem miałam poczuć dużą, męską dłoń.  Miarowo i delikatnie wsuwał ją, za każdym pchnięciem nieco głębiej, dzięki czemu czułam tylko delikatny i rozkoszny ból rozszerzanego coraz mocniej zwieracza. Musiał mieć doświadczenie, bo idealnie mnie rozciągał. Ogarniało mnie fantastyczne uczucie wypełnienia i sapiąc z rozkoszy jęknęłam tylko:
    „Jesteś cudowny”.
    „Podoba ci się?”. Spytał.
    „Tak, pragnę tego, chcę poczuć twoją dłoń całą” wyszeptałam.
    Moje podniecenie narastało z każdym pchnięciem. Miałam wrażenie, że jego dłoń wchodzi niemalże cała i po kilku kolejnych ruchach poczułam jak mój zwieracz zsuwa się już na jego nadgarstek. Płynnie wysunął ją dając zwieraczowi rozciągnąć się do maksimum i wsunął ją ponownie. Kilkunastokrotnie wsadzał ją aż byłam rozciągnięta na tyle, że mógł to powtarzać coraz szybciej. Wypełniał mnie maksymalnie i wywołało to u mnie falę rozkoszy taką, że zdążyłam tylko szepnąć:
    „Zaraz się spuszczę”.
    Zdążył podłożyć dłoń pod mojego uwięzionego chuja i w tym momencie trysnęłam kilka razy przez otworek w klatce. Nie wyciągając swojej dłoni z mojego odbytu, podsunął mi dłoń pełną mojej spermy i rozkazującym tonem powiedział – wyliż to. Z ochotą spełniłam jego żądanie a on ćwiczył moją dziurę jeszcze kilka minut, po czym wyjął dłoń i dał do oblizania.
    „Dałeś mi wielką rozkosz, jak chcesz żebym Ci się odwdzięczyła” zapytałam.
    „Obciągnij mi porządnie z połykiem i daj swój numer telefonu” powiedział wesoło.
    Posłusznie uklęknęłam przed nim i kilka minut obciągałam mu pałę zgodnie z jego życzeniem. Nagrodził mnie przepyszną i dużą porcją swojego nasienia. Dokładnie wyssałam go do ostatniej kropelki i do czysta wylizałam mu penisa i jądra. Po wszystkim podyktowałam mu swój numer i zaproponowałam żeby został moim osobistym trenerem fistingu.  Zgodził się bez namysłu, po czym ubrał i wyszedł.

    Wychodząc z kina natknęłam się na biletera-ochroniarza. Wyglądało to tak jakby czekał na mnie. „Myślałem, że nigdy nie skończycie” powiedział. „Niezła suka z ciebie, widziałem wszystko na monitoringu. Dałaś radę tylu facetom, nieźle. Formalnie powinnaś dopłacić za skorzystanie z darkroom-u ale mam dla ciebie propozycję suko. Usunę te nagrania z monitoringu, ale ty za to zrobisz mi tak dobrze jak zrobiłaś temu facetowi na końcu”.  
    Bez namysłu się zgodziłam i pomyślałam, w końcu, dlaczego miałabym nie obsłużyć tego wieczoru jeszcze jednego chuja tym bardziej, że facet był przystojny.
    „Jak chcesz żebym cię obsłużyła? Na stojąco czy chcesz usiąść?” Szepnęłam mu do ucha lubieżnym głosem.
    Oparł się tyłem o krawędź biurka a ja kucnęłam przed nim, rozpięłam pasek jego spodni, zamek rozporka  i zsunęłam jego spodnie na kolana. Poczułam od razu słodki zapach jego kutasa, którego zapewne sobie wymasował oglądając nas na monitorze. Pomacałam jego penisa i klejnoty przez materiał bokserek. Był spory, ale ruchały mnie już nie raz większe, miał za to jądra dużo większe od innych. Ściągnęłam mu bokserki,  delikatnie wzięłam w dłoń jego chuja i lubieżnie przeciągnęłam językiem kilka razy po jego słodziaku i mosznie. Ściągając ustami napletek poczułam zapach i smak spermy. Ten facet również musiał niedawno się spuścić i pod napletkiem została odrobinka nektarku. Westchnął i objął dłońmi moją głowę. Nie wciskał mi go na siłę, ale pozwolił na to żebym obciągała mu swoim rytmem przyspieszając powoli ruchy. Lubię robić loda w ten sposób, bo obejmując trzon penisa wargami, mogę jednocześnie drażnić językiem żołądź i wędzidełko. Mogę też swobodnie pieścić jedną dłonią klejnoty a drugą podszczypywać delikatnie sutki faceta. Jego oddech stawał się coraz głębszy i wyczułam w końcu delikatne skurcze mięśni jego krocza. To zapowiadało zbliżający się orgazm i wytrysk spermy, na który tak czekałam. Jego krocze pracowało coraz wyraźniej i w końcu kilkukrotnie mocno docisnął moją głowę. Każdy strzał spermy lądował niemal w gardle i musiałam szybko przełykać żeby się nie zachłysnąć. Ostatnie strzały wykonał wycofując się nieco i wylądowały na języku i w ustach. Jego sperma miała zdecydowanie najlepszy smak ze wszystkich tego wieczoru. Miała konsystencję i delikatny smak budyniu waniliowego. Dłuższą chwilę delektowałam się nim nie wypuszczając główki z ust i wysysając ostatnie kropelki jego nasienia. Kiedy uspokoił swój oddech stwierdził, że mam do tego talent i zapytał czy nie miałabym ochoty zarobić wykorzystując swoje umiejętności.
    „Mam kolegę , właściciela agencji towarzyskiej. Dobrze traktuje swoje dziwki, jeżeli są posłuszne i chętne do pracy. Mógłbym ciebie mu polecić. Jeżeli chcesz zostaw mi swój numer. Przekażę mu i opowiem, co nieco o twoich wyczynach” – powiedział z uśmiechem.
    Po chwili zastanowienia również i jemu dałam swój numer.

    Do domu wracałam bez majtek, spełniona jak nigdy, wspominając te cudowne chwile. Czułam jak resztki lubrykantu wypływają ze mnie i ściekają po udach a w ustach czułam cały czas smak koktajlu nasienia moich wszystkich partnerów i swojego. Ostre rżnięcie i jedenaście porcji spermy sprawiło, że tego wieczoru  nie jadłam już kolacji i po dotarciu do domu i szybkiej kąpieli momentalnie zasnęłam.

     

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    Marzena Trans

    Marzę o takim wieczorze spędzonym w kinie. 😉

  • U Chrzestnej – Trwanie

    Wróciłam z tamtego wyjazdu, poprzednich wakacji inna. Może nikt tego nie widział na pierwszy rzut oka, ale w środku… coś się przesunęło, coś we mnie dojrzało, utwardziło się, jakby nabrało pewności, że ta miłość nasza miłość, nie była chwilą, nie była słabością. Była prawdą.
    Każdy dzień po powrocie z weekendów i ferii wydawał się zbyt głośny, zbyt obcy, zbyt nie-mój. Rozmawiałam z ludźmi, śmiałam się, uczyłam, ale każda minuta bez cioci była jakby niepełna. Nawet zdjęcia na telefonie, których nigdy nie powinnam była robić, dawały mi tylko ulotne pocieszenie.
    Aż w końcu… coś we mnie się obudziło. Nie tęsknota, bo ta była ze mną cały czas, ale decyzja.
    Nie chciałam żyć tylko wspomnieniem. Nie chciałam, by nasza bliskość została zamknięta w tamtych gorących wieczorach, w cichym chwilach, w dotyku skóry. Chciałam życia. Prawdziwego, wspólnego z moją chrzestną. Nawet, jeśli miało być ukryte przed światem.

    Zaczęłam planować. Sprawdzać możliwości dalszej edukacji w Jeleniej Górze Wszak otwierała się szansa, bo kończyłam gimnazjum i mogłam wybrać szkołę średnią u podnóży Karkonoszy. Potrzebne były dokumenty, zgoda rodziców, uzasadnienie, a ja byłam gotowa wszystko to przygotować. Rozmawiałam z rodzicami, argumentując, że mniejsze miasto, spokojniejsze otoczenie, bliżej przyrody i rytmu, który mnie nie przeraża… będzie lepsze dla mojej psychiki, mojej nauki, mojego rozwoju.
    Rodzice byli zaskoczeni, ale nie podejrzliwi. Nigdy nie byli szczególnie obecni pozwalali mi na niezależność, choć rzadko interesowali się moim wnętrzem. Przyjęli, więc moje wyjaśnienia za wystarczające. Widzieli, że jestem zdeterminowana, że mam plan i nie wycofam się.
    To ciocia była przy mnie, gdy miałam pierwszy poważny kryzys. To ona trzymała mnie za rękę, gdy nie wiedziałam, kim naprawdę jestem. Nie oceniała. Przyjmowała wszystko całą mnie, nawet wtedy, gdy sama nie potrafiłam siebie przyjąć, a gdy pierwszy raz poczułam do niej coś więcej  coś, co z początku wydawało się nie na miejscu, a później po prostu prawdziwe to też była ona, która poprowadziła mnie przez to uczucie z delikatnością i czułością. To ona, z tym spokojem, który miała tylko dla mnie, uchyliła drzwi do świata, o którym bałam się nawet pomyśleć.

    Kiedy wszystko zostało zatwierdzone, gimnazjum skończone, podania złożone, w moich dłoniach znalazły się dokumenty, które zmieniały bieg mojego życia. I wtedy nadszedł moment, by powiedzieć jej. Czułam i wiedziała, że wchodziłam w nową fazę dojrzewania, tę mentalną. Miałam szesnaście lat, całe życie przede mną, ale czułam się gotowa. Dojrzała przez to, co czułam do niej. Nie była to gra, nie było w tym ani kropli naiwności. Była odpowiedzialność, wybór, głęboka świadomość konsekwencji i miłość.
    Nie zapomnę jej twarzy, kiedy tego dnia stanęłam z walizką w drzwiach jej domu. Przyjechałam na wakacje, jak było planowane. Wiedziała jednak, że coś się zbliża, ale nie przypuszczała, że aż tak szybko, aż tak odważnie. Otworzyła drzwi, w szarym swetrze, z herbatą w dłoniach… a jej oczy nagle zgasły i zapaliły się na nowo w jednej chwili.
    — Przeniosłam się — powiedziałam cicho. — Zamieszkam z Tobą, jeśli tylko mnie przyjmiesz.
    Nie odpowiedziała od razu. Postawiła filiżankę na komodzie i bez słowa objęła mnie, jakby bała się, że to sen. A potem jej szept tuż przy moim uchu:
    — Wiesz, że mówiłam, że to kiedyś się skończy… ale serce nie zawsze zna logikę i chyba właśnie się cieszę bardziej niż powinnam.
    Tamten moment nie był ekstazą. Nie był wybuchem. Był cichy, dojrzały, spokojny. Jak coś, co przeszło próbę czasu i tęsknoty. Nasz romans nie był już tylko romansem. Przemienił się w coś większego, głębszego. Związek. Nasz mały, zamknięty świat, ukryty przed wzrokiem innych, ale jakże prawdziwy.

    Wspólne życie dopiero miało się zacząć. I obie wiedziałyśmy, że czeka nas więcej chwil czułości, więcej wątpliwości, więcej ukrywania i może… także bólu, ale na ten moment byłyśmy razem, a to było wszystko, czego potrzebowałam.
    Wspólne życie zaczęło się cicho, niemal niezauważenie, jakbyśmy tylko kontynuowały coś, co od dawna było naturalne. Nie było rewolucji, nie było zmian na pokaz. Była codzienność ciepła, czuła i nasza.
    Poranki były naszym małym rytuałem. Wstawałam pierwsza, zazwyczaj nie z budzikiem, ale z potrzebą, by chwilę wcześniej czuć jej obecność. Leżałam wtedy wtulona w jej plecy, wdychając zapach skóry jeszcze rozgrzanej snem. Czasami nie ruszałam się wcale. Innym razem wymykałam się do kuchni, by przygotować kawę, parzyłam ją tak, jak lubiła: mocną, czarną, z odrobiną cynamonu.
    Zasiadałyśmy przy małym stole pod oknem, często jeszcze w piżamach, a czasem nago lub w samej bieliźnie, z rozczochranymi włosami i miękkimi spojrzeniami. Nie zawsze mówiłyśmy dużo. Czasem wystarczył dotyk dłoni na nadgarstku, przeciągnięcie palca po ramieniu, uśmiech.
    Lubiłyśmy wspólne gotowanie. To był nasz teatr i nasza zabawa. Mąka na policzku, przypadkowe klejenie się do siebie, chichot, gdy coś wykipiało lub przypaliło się lekko z powodu zbyt długiego pocałunku. Z czasem wcale nie chodziło o efekt końcowy. Liczył się proces. Liczyło się to, że robiłyśmy coś razem. Nawet, jeśli to było tylko wspólne obieranie ziemniaków w rytmie ulubionej muzyki.
    Często wychodziłyśmy na spacery. Jelenia Góra była miejscem, gdzie łatwo było zniknąć. Szeptałyśmy do siebie na szlakach, trzymając się za ręce wtedy, gdy nikt nie patrzył, albo i wtedy, gdy patrzył ktoś obcy, kogo spojrzenie nic nie znaczyło. Potrafiłyśmy iść godzinami, z termosami w plecaku, z przemoczoną kurtką i zmęczeniem w nogach, ale z uśmiechem, który mówił więcej niż słowa.
    Wieczory bywały różne. Czasem wspólna książka, głowa na kolanach, delikatne przeciąganie palców przez włosy. Czasem film, przerwany w połowie przez czułość, przez potrzebę bycia bliżej, a czasem po prostu muzyka i taniec po ciemku w kuchni. Światła lodówki, nasze bose stopy na chłodnej podłodze, nasze ramiona splecione.
    Bywały też wspólne prysznice. Z początku ostrożne, jakbyśmy nie chciały naruszyć tej intymności, pomimo, że nie miała już przed nami tajemnic, ale która była tak krucha i świeża w nowej codzienności. Potem coraz pewniejsze, pełne śmiechu, ciepłej piany i subtelnych dotyków, które nie zawsze musiały prowadzić do czegoś więcej. Czasem wystarczyło czuć siebie nawzajem. Po prostu być razem. W ciele i w oddechu.
    Noce… były dla nas jak schronienie. Kiedy zamykały się drzwi sypialni, cały świat znikał. Leżałyśmy razem, oplecione jak winorośl, szukając ciepła skóry, oddechu, spojrzenia. Kochałyśmy się, kiedy czułyśmy, że to ten moment, czasem zmysłowo, czasem namiętnie, a czasem tylko przez dotyk, przez ciche “jestem”, wypowiedziane ustami na brzuchu drugiej. Miłość była dopełnieniem, nie koniecznością. Wyrazem bliskości, nie spełnieniem obowiązku. W niej nie było pośpiechu, nie było przymusu, tylko potrzeba, by znów być jednością, na sposób, który nie musiał być głośny.
    Ten dom był pełen ciepła, choć nie przesadnie udekorowany. Kwiaty w wazonach. Koc na kanapie. Zapach wanilii z kominka zapachowego i nasze ślady na podłodze, na filiżankach, na pościeli.
    Żyłyśmy jak dwie kobiety, które się kochają. Nie jak chrześnica i chrzestna. Nie jak ktoś, kto powinien i ktoś, kto nie powinien, ale jak dwie dusze, które wybrały siebie w świecie pełnym wymagań i granic.
    Wiedziałyśmy, że nie każdy zrozumiałby tę historię, lecz to nie przeszkadzało nam żyć jej kolejnymi rozdziałami.
    ***
    Popołudniowe słońce leniwie osiadało na koronach drzew, malując liście złotem i miękkim pomarańczem. Las nad Bobrem pachniał latem suchą trawą, żywicą, ostatnimi rozgrzanymi promieniami sierpniowego dnia. Słychać było ciche brzęczenie owadów, śpiew ptaków i delikatne szemranie rzeki gdzieś dalej, za gęstwiną.
    Szłam powoli leśną ścieżką, rozglądając się czujnie między drzewami. Moje różowe trampki lekko skrzypiały na igliwiu, a ramiączka czarnego topu uwypuklającego dekolt opadały swobodnie na ramiona. Plecak lekko podskakiwał na plecach, miałam w nim koc, butelkę z wodą, trochę drobiazgów… i nadzieję, że za chwilę ją zobaczę.
    Ale nie było jej.
    Miała być już tutaj. Wiedziała, jak bardzo tęskniłam za naszymi chwilami sam na sam, z dala od czujnych spojrzeń i codziennego szumu. Może się spóźniła. A może… znowu się droczy.
    – Ciociu? – zawołałam w przestrzeń, świadoma, że może słyszeć. – Gdzie jesteś?
    Cisza odpowiedziała mi tylko szelestem liści. Westchnęłam i sięgnęłam po telefon. W chwili, gdy wybrałam numer, z lewej strony, zza niskiego jałowca, poruszyła się znajoma sylwetka. Serce mi zadrżało.
    Wyszła powoli spomiędzy drzew  dżinsowe szorty, różowy, lekki sweterek zapięty niedbale na dwa guziki, spod którego przez chwilę mignęły nagie piersi. Uśmiechała się figlarnie, jakby była dumna ze swojego ukrywania się. Stała tam w złotym świetle lasu, z rozwianymi włosami i spojrzeniem, które znałam tylko ja.
    – Tak się ukrywasz, że prawie przestałam wierzyć, że tu jesteś – rzuciłam z udawaną irytacją, choć w głosie zabrzmiała radość i ulga.
    – A jednak znalazłaś mnie, skarbie – odparła miękko, otwierając ramiona.
    Podbiegłam do niej bez wahania. Wtuliłam się w jej ciało, poczułam zapach jej skóry, znajomy, ciepły, kojący. Pocałowałam ją, czując pod palcami delikatny materiał sweterka i pod nim ciepło, które znałam już tak dobrze.
    Nie musiałyśmy mówić nic więcej.
    Szłyśmy potem razem przez las, trzymając się za ręce. Ścieżka prowadziła w stronę rzeki, w miejsce, które znałyśmy już dobrze, nasze małe schronienie. Tam, pod rozłożystym bukiem, rozkładałyśmy koc, siadałyśmy naprzeciwko siebie i patrzyłyśmy na siebie tak, jakby świat wokół przestawał istnieć.
    Była przy mnie. Mimo wszystkiego. Mimo obaw, mimo słów, które kiedyś wypowiedziała, wierząc, że to musi się skończyć, a jednak to, co nas łączyło, przetrwało i kwitło. Nie, jako chwilowy kaprys, lecz coś, co dojrzewało w codzienności: w śniadaniach przy kuchennym stole, w porannym zapachu kawy, w śmiechu podczas obierania ziemniaków, w ciszy dzielonej podczas czytania wieczorem, gdy nasze stopy splatały się pod kocem.
    Nasze życie razem było prawdziwe, nasycone czułością i codziennością, w której każda noc kończyła się splecionymi ramionami i szeptem “dobranoc, kochanie”, a każda intymność była świętem bliskości, wyrażeniem miłości, nie tylko pożądania.
    Tego dnia, w tym lesie, wiedziałam jedno: wszystko, co najważniejsze, już miałam.

    Zeszłyśmy z leśnej ścieżki, skręcając w dobrze nam znany wąski przesmyk między drzewami. Tuż przy wodzie, w zacienionym miejscu, gdzie korony sosen rozchylały się, wpuszczając ciepłe, miękkie światło, zatrzymałyśmy się.
    Szmer Bobru niósł się spokojnie, jakby szeptał nam błogosławieństwo. Trawa była jeszcze ciepła od słońca, a wiatr ledwo poruszał liście. W tej ciszy i w tym pięknie, świat zdawał się łagodniejszy, a czas bardziej cierpliwy.
    Stanęłam przy jednym z drzew, dotykając dłonią jego szorstkiej kory. Spojrzałam przez ramię, wiedząc, że stoi za mną. Przez ułamek sekundy nie ruszała się, widziałam to kątem oka, a potem zrobiła krok.
    Podeszła cicho. Czułam jej obecność zanim dotknęła mnie dłońmi. Położyła je delikatnie na moich biodrach, jakby pytała, czy może. Nie musiała. Oparłam się plecami o pień, czując jego chłód kontrastujący z ciepłem jej ciała, gdy się do mnie zbliżyła.
    – Skarbie… – wyszeptała cicho, tak blisko, że jej oddech otulił moją skórę.
    Uniosłam głowę, nasze spojrzenia spotkały się, pełne tej samej pewności i pragnienia, ale też czegoś więcej. Tego, co dojrzewało między nami od miesięcy, tęsknoty, wzruszenia, poczucia, że to, co nas łączy, jest czymś głębszym niż można ubrać w słowa.
    Delikatnie ujęła moją twarz, muskając kciukiem policzek. Pochyliła się, a jej usta otarły się o moje z taką czułością, jakby w tym jednym pocałunku chciała zamknąć wszystko: miłość, tęsknotę, radość ze spotkania i to, że byłyśmy tu – razem, mimo wszystkiego.
    Nieśpiesznie pogłębiła pocałunek. Odpowiedziałam z zamkniętymi oczami, z sercem bijącym miarowo, z dłonią wsuniętą pod jej sweterek, gdzie czułam rytm jej oddechu. Pocałunki były ciche i miękkie, jak liście poruszane letnim wiatrem, przerywane tylko westchnieniem, muśnięciem nosa, gestem dłoni przesuwającej się po plecach.
    Nie rozmawiałyśmy. Nie trzeba było.
    Czasem najbardziej intymne chwile nie potrzebują słów. Potrzebują obecności. Bliskości. Tego, że jedna osoba patrzy na drugą jak na swój bezpieczny świat, a tamta odpowiada spojrzeniem mówiącym: „Jestem tu. Zawsze.”
    Słońce chyliło się ku zachodowi, a my stałyśmy w półcieniu lasu, splecione ramionami i czułością, która była większa niż ciało, silniejsza niż wątpliwości. Nasza miłość była cicha, dojrzała i prawdziwa, a fizyczność jedynie delikatnym, dyskretnym potwierdzeniem tego, co czułyśmy każdą komórką ciała.
    Trzymała mnie tak, jakby nie chciała już nigdy puścić i dobrze, bo ja nie zamierzałam się oddalać ani o krok. Jej dłonie przesunęły się po mojej talii, aż w końcu jeden płynny ruch sprawił, że mój top zsunął się z ramion. Zadrżałam, czując na skórze ciepło powietrza i jej wzrok. Ale nie wstydziłam się. Byłam przy niej bezpieczna.
    Znów się całowałyśmy głęboko, namiętnie, powoli. Moje ręce powędrowały ku jej sweterkowi, rozpinałam guziki z czułą premedytacją, chłonąc widok odsłaniającej się skóry. Kiedy jej ubranie również opadło w trawę, zostałyśmy w samych dżinsowych szortach, tak blisko siebie, tak prawdziwe. Dotykałyśmy się spojrzeniem i dłonią, westchnieniem i pocałunkiem. Było w tym coś nieziemsko miękkiego, kruchego i jednocześnie niewiarygodnie silnego.
    Oparłam się wygodniej o drzewo, a ciocia uniosła moje dłonie ponad głowę i przytrzymała je delikatnie, całując mnie z taką czułością, jakby każda sekunda była świętem. Całowała nieśpiesznie, zmysłowo, jakby każdą chwilę chciała smakować, celebrować, zapamiętać. Nasze języki tańczyły w zgodnym rytmie, ciała przylgnęły do siebie, a ja czułam, jak całym sobą w niej tonę. Nie było już nic poza nami żadnych ścieżek, żadnych myśli, tylko smak jej ust i ciepło, które płynęło między nami jak rzeka. Nasze oddechy mieszały się w jednym rytmie, splotły się nie tylko w ciałach, ale przede wszystkim w emocjach. W tej chwili nie było świata, nie było tajemnic ani obaw, tylko miłość, która w nas pulsowała i cicho rozkwitała z każdym kolejnym pocałunkiem, z każdym westchnieniem, z każdym spojrzeniem pomiędzy jednym muśnięciem ust, a kolejnym.
    Kochałam ją. Nie tylko wtedy, gdy byłyśmy razem nad rzeką czy przy kuchennym blacie, nie tylko w pocałunkach i dotyku. Kochałam ją, gdy milczała., gdy śmiała się do siebie, gdy znikała na chwilę, by znów mnie znaleźć.
    W tej chwili, tam, przy drzewie, w końcówce lata wiedziałam, że wszystko, co było dotąd, prowadziło nas właśnie tutaj.
    Byłyśmy tylko my i las. Ten moment, który stał się ciszą w hałasie świata jedynym, co naprawdę istniało. Czułam korę drzewa chłodną za plecami i jej ciepłe dłonie na moich bokach. Oddychałyśmy głęboko, równo, jakby nasze oddechy tańczyły w jednym rytmie.
    Usta cioci nie opuszczały moich, miękkie, uparte, namiętne. Całowała mnie, jakby czas się złożył tylko do tej jednej chwili. Potem poczułam jej dłoń, jak niespiesznie, prawie leniwie, ale z precyzją znaną tylko jej, wsunęła się pod materiał moich szortów. Zadrżałam cała. Serce zabiło mi szybciej, a powietrze zaciągnęłam tak, jakby chciałam zatrzymać w sobie to westchnienie, które jednak wyrwało się nieproszone i prawdziwe.
    Poczułam ciocię… przez cienką tkaninę mojej bielizny, czułą, delikatną, ale zdecydowaną. Palce cioci poruszały się wolno, z wyczuciem, z tą znajomością mojego ciała, która mówiła więcej niż tysiąc słów. Zamknęłam oczy, wtulona w jej szyję, zostawiając na niej ciche drżenie. Była ze mną nie tylko fizycznie, ale całkowicie. Obecna, skupiona.
    W pewnej chwili jej dłoń się wycofała, ale tylko po to, by zsunąć ze mnie szorty i bieliznę. Nie śpieszyła się. Jakby każdy ruch był częścią rytuału. Pocałunki cioci zsunęły się niżej, wędrowały po mojej szyi, obojczykach, piersiach, znów spotykając się z moim spojrzeniem, zanim znów się zanurzyła we mnie dłonią, ciepłem, czułością.
    Dotykała mnie z miłością, tak czule, jakby każdy gest miał swoją melodię. Jej dłoń poruszała się wolno, zataczając miękkie kręgi, które rozbudzały mnie coraz bardziej. Nie było pośpiechu. Była tylko bliskość – i to uczucie, które płynęło od niej do mnie i z powrotem, w bezgłośnym wyznaniu.
    Objęłam ciocię ramionami, przyciągając jeszcze bliżej, a moje ciało zaczęło odpowiadać jej ciału coraz bardziej świadome, coraz bardziej spragnione, ale spokojne. Bo z nią zawsze byłam spokojna. Nawet, kiedy drżałam pod jej dotykiem.
    Tam, przy drzewie, pod późnoletnim słońcem, oddychałyśmy sobą, pozwalając, by nasze uczucie znów odnalazło swoją fizyczną melodię nie, jako kaprys ciała, ale jako pieśń tego, co między nami od dawna rosło i co wciąż się nie kończyło.
    Chciałam jej tak bardzo, że sama zsunęłam z jej bioder szorty, powoli, niemal ceremonialnie – pozwalając im opaść niczym ostatni cień między nami. Gdy przyciągnęłam ciocię bliżej, obejmując za pośladki, poczułam, że jesteśmy już nie dwoma kobietami, ale jednym, spokojnym pulsem wśród drzew, jednym biciem serca zatopionym w zapachu słońca i kory.
    Nie trzeba było słów, nasze dłonie mówiły za nas, nasze usta prowadziły dialog, który nie potrzebował dźwięku. Miłość między nami nie była wybuchem, była ciepłem rozlewającym się od środka, jak strumień światła wczesnym rankiem, prawdziwa, ukryta przed światem, a jednocześnie bardziej realna niż cokolwiek.
    Byłyśmy razem chrzestna i jej córka chrzestna, splecione, zrozumiane, nasycone.
    Moje palce, z lekkością niemal nabożną, odnalazły brzeg jej bielizny i zsunęły ją w dół, powoli, jakby rozplątywały wers z długiego wiersza. Ciocia uniosła biodra się odruchowo nieśmiało, a jednocześnie świadomie, jakby chciały przyjąć ten gest w całej jego intymności.
    Nasze dłonie, nie spiesząc się, odnalazły nawzajem siebie, najpierw ostrożnie, potem pewniej badając miękką, wilgotną przestrzeń, w której pulsowała prawda. Ruchy były koliste, jakby każda z nas próbowała zatoczyć krąg wokół istoty tej drugiej, nie tylko cielesnej, ale tej głębszej, ukrytej pod skórą i oddechem.
    Oddychałyśmy coraz ciężej, a mimo to wszystko działo się jakby w zwolnionym tempie w rytmie liści poruszanych wiatrem, w rytmie naszych spojrzeń, które nie odrywały się od siebie nawet na moment. Całowałyśmy się między tymi gestami łagodnie, z rozchylonymi ustami, jakby pocałunki były wodą potrzebną do życia, a języki znów opowiadały to, czego nie da się powiedzieć słowami.
    Była we mnie czułość, która drżała na granicy ekstazy, nie gwałtowna, lecz rozciągnięta jak aksamitna nitka przyjemności, prowadzona jej dotykiem. Gdy zataczała koła na mojej skórze, moje biodra odpowiadały bezwiednym ruchem, jakby natura sama pisała dla nas melodię.
    Złączyłyśmy się całkiem ciałem, zapachem, mokrym szeptem, który rozpraszał się w powietrzu. Dłoń cioci we mnie, moja w niej, dwa lustra odbijające ten sam płomień. Drżałyśmy razem, przyciągając się wolną ręką za plecy, za kark, jakby każda z nas nie chciała by choć centymetr pozostał samotny.
    I gdy przyszło spełnienie ciche, miękkie, łkające w gardle, było bardziej jak rozświetlenie niż wybuch. Jakby nasze ciała po prostu rozpuściły się w sobie, jakbyśmy już nie miały początku ani końca. Tylko ciepło. Tylko drżenie, tylko spojrzenie, które mówiło: jestem z tobą – tu, teraz, zawsze.
    Las zamilkł na moment, jakby oddał hołd temu, co wydarzyło się między nami.
    Zamknęłam oczy, wtulona w jej ramiona, i wiedziałam, że oto wydarzyła się miłość. Nie ta krzycząca z dachu świata, lecz ta ukryta pod skórą, wyśniona, znaleziona w cieniu drzewa, w miejscu, gdzie nawet słońce musiało szeptać.

    Kiedy nasze ciała nasyciły się pierwszą falą zjednoczenia, ciocia poprowadziła mnie za rękę do koca rozpostartego tuż obok drzewa. Jego kolor przypominał rozgrzane wino, a napis „I kiss better than cook” połyskiwał figlarnie w ostatnim świetle dnia. Uśmiechnęłam się, nim poczułam, jak jej dłonie znów obejmują mnie z tyłu ciepłe, pewne, znajome.
    Położyła mnie z miękkością, jakby układała najcenniejszy przedmiot, nie po to, by mnie posiadać, lecz by mnie otulić, a potem sama się ułożyła nade mną, przy mnie, wokół mnie, ciałem i duszą. Nasza nagość nie była już tylko odsłonięciem skóry, ale całkowitym rozchyleniem serc. Leżałyśmy splecione, piersiami muskając się w rytmie naszych oddechów, udami zsuniętymi jak płatki tej samej róży.
    Ocierałyśmy się o siebie z delikatnością, która drżała gdzieś między niebem a ziemią, ciała, drżące jeszcze od wcześniejszych doznań, odnajdywały w tym nowym tańcu rytm głębszy, bardziej miękki. To nie było już pragnienie, to była celebracja. Jakbyśmy pisały do siebie listy językami i dłoniami, każdą literę zapisując na ciele drugiej z nabożną precyzją.
    Jej usta odnajdywały moje bez końca raz wolno, raz z nagłą, namiętną pewnością, jakby chciała skosztować każdej wersji mnie. Między pocałunkami patrzyłyśmy sobie w oczy; jej źrenice błyszczały jak nocna tafla jeziora, spokojne, a jednak głębokie. Czasem otwierała usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale wystarczało spojrzenie. W nim było wszystko i czułość, i zmysłowość, i ta spokojna pewność: „jesteś moja, a ja jestem twoja”.
    Objęłam ją nogami, ramionami, całą sobą, jakby chciałam wchłonąć ją do środka, zatrzymać w sobie na zawsze. Każdy nasz ruch był falą miękką, ciepłą, powolną i razem dryfowałyśmy na tym morzu przyjemności, zanurzone aż po oddech.
    Jej biodra poruszały się wolno, z taką wprawą i łagodnością, że moja skóra paliła się nie od ognia, ale od światła, które rozlewała między nami. I znów nasze ciała odpowiedziały drżeniem, napięciem, westchnieniem głębszym niż wszystko inne.
    W tym splocie nie było początku ani końca. Byłyśmy tylko my kobiety, kochanki, istoty nasycone miłością tak cichą, że świat musiał zamilknąć, by ją usłyszeć.
    Jej usta, jeszcze wilgotne od pocałunków, nie odsunęły się ode mnie na długo. Po chwili znów poczułam ich ciepło tym razem na obojczyku, gdzie złożyła pocałunek tak miękki, że aż zadrżałam. Jakby całowała miejsce, w którym moje ciało łączy się z oddechem.
    Ciocia zsunęła się niżej, zostawiając ślad ust na mojej skórze jak zapiski w sekretnym dzienniku. Gdy dotknęła piersi najpierw ustami, potem językiem, powoli, z namysłem oddech wyrwał mi się z gardła bez pozwolenia. Drażniła mnie, lizała z czułością niemal medytacyjną, a jej dłoń spoczywała na moim biodrze jak kotwica, jak przypomnienie, że jestem tu, bezpieczna.
    Czułam, jak każdy dotyk wnika głębiej niż powierzchnia, jakby jej język znał alfabet mojego ciała lepiej niż ja sama. Moje piersi unosiły się ku niej mimowolnie, jakby szukały tej bliskości, która koi i rozpala jednocześnie.
    Kiedy znów zaczęła wędrować wyżej, po mojej szyi, za uchem, aż do kącika ust, całując mnie raz jeszcze, słodko i wilgotno myślałam, że to już wszystko, ale jej ciało powoli zsuwało się w dół, znów, tym razem jeszcze niżej przez brzuch, gdzie zostawiła kilka krótkich pocałunków, aż dotarła między moje uda.
    Rozchyliłam je dla niej z odruchem pełnym ufności bez wstydu, bez zahamowania. Moje palce wplotły się w jej włosy, gdy poczułam ciepło jej oddechu tuż przy miejscu, które już dawno stało się wilgotne od samej obecności.
    A potem dotknęła mnie językiem z czułością, jakby chciała powiedzieć: „znam cię”. Każdy jej ruch był miękkim zaklęciem, zataczającym kręgi między moimi drżącymi biodrami. Ciało odpowiedziało bez zawahania uniesieniem, szarpnięciem oddechu, stłumionym jękiem, który znalazł się gdzieś między liśćmi i snem.
    Nie spieszyła się. Pieściła mnie tak, jak się pieści coś świętego z głową wtuloną w moje uda, z językiem, który nie tylko dawał rozkosz, ale składał obietnicę, że tu, między jej ustami a moją skórą, istnieje tylko prawda.
    Byłam miękka. Rozpływałam się. Cała istniałam tylko w miejscu, gdzie jej język spotykał moje drżenie. Drżałam nie od pożądania, ale od tego, że ktoś mnie tak widzi aż do rdzenia.
    Cioci język był teraz jak fala ciepła, rytmiczna, powracająca z niesłabnącą uwagą, za każdym razem głębiej, bliżej rdzenia mnie samej. Nie zatracała się w pędzie, przeciwnie była w tym jakaś przejmująca cierpliwość, jakby każda sekunda tej pieszczoty była osobnym wyznaniem.
    Utrzymywała kontakt wzrokowy, patrzyła na mnie spod rozchylonych ud, a jej spojrzenie niosło w sobie coś więcej niż zmysłowość coś czułego, niemal opiekuńczego, jakby chciała być przy mnie nie tylko w ekstazie, ale i w kruchości, która jej towarzyszy.
    Jedną dłonią objęła moją pierś, ściskając ją miękko, powoli, jakby znała rytm mojego ciała na pamięć. Drugą splotła z moją dłonią, tak zwyczajnie, tak czule palec po palcu, a to połączenie było dla mnie bardziej intymne niż nagość.
    Moje ciało unosiło się jak liść na wodzie. Każdy ruch jej języka sprawiał, że biodra drgały delikatnie, a oddech przerywał się na krawędziach mruknięć i westchnień, które wypełniały powietrze między nami.
    – Nie przestawaj… – wyszeptałam, ledwie słyszalnie, choć ona i tak już znała moje potrzeby, zanim zdążyły stać się słowami.
    Była pasją i czułością naraz. Potrafiła rozpalać i koić jednocześnie. Czułam, jak zbliżam się do brzegu powoli, nieuchronnie, z każdą pieszczotą głębiej, intensywniej. Falowałam pod ciocią jak ziemia rozgrzana słońcem, jakby to, co między moimi udami, było miejscem, gdzie skupia się cały wszechświat.
    Pochyliłam głowę, by jeszcze raz odnaleźć ciocię, jej oczy, i wtedy to przyszło nie jak eksplozja, ale jak rozkwit. Przypływ, który zalał mnie od środka, rozlewając się ciepłem po każdej komórce. Drżałam, a jednocześnie czułam się nieruchoma jakby świat się zatrzymał, by uszanować ten moment.
    Ciocia została tam, między moimi udami, przez chwilę dłużej nie po to, by więcej brać, ale by domknąć ten taniec z łagodnością. Potem uniosła się, złożyła pocałunek na moim biodrze, a potem kolejny, wyżej, aż wróciła do mnie całym sobą.
    Gdy znów poczułam jej ciało przy moim, wilgotne, ciepłe, oszołomione, objęłam ją tak mocno, jakbym chciała w niej zamieszkać.
    Leżałyśmy tak w ciszy, a w niej było wszystko. Oddechy się wyrównały, palce wciąż splecione, nasze serca bijące w rytmie jednej pieszczoty, która się nie skończyła, lecz została w nas – jak echo, jak światło na powiekach po zamknięciu oczu.
    Leżałyśmy wtulone w siebie, splecione jak dwie gałęzie jednego drzewa, które przez lata rosły ku sobie, aż w końcu zetknęły się czułym muśnięciem kory. Moje ciało, wciąż drżące od ostatnich nut tamtej melodii, teraz stawało się instrumentem nowego, cichszego tonu tego, który brzmi tylko wtedy, gdy wszystko inne milknie.
    Słuchałam cioci oddechu, tak jak ona mojego. Cichy, spokojny, coraz głębszy jakby wszystko we mnie znajdowało echo w niej. Szeptała coś półgłosem, urwane słowa między pocałunkami, których już nie potrafiłam rozdzielić: które były moje, które jej. Czułam ciepło jej pleców, smak skóry pod ustami, ten moment, w którym nic nie musiało być nazwane, bo każda cząstka nas mówiła za siebie.
    Powoli przesunęłam się za nią, układając się jak cień, blisko, z czułością, którą chciałam podarować całym ciałem. Otuliłam ciocię ramieniem, dłoń ułożyłam pod jej piersiami, a potem bez pośpiechu, prowadził mnie rytm jej westchnienia. Sięgnęłam niżej, między jej uda. Delikatnie, z miękkim wyczuciem, zatoczyłam pierwszy krąg opuszkami, jakbym malowała coś tylko dla niej.
    Ciocia drgnęła lekko, a zaraz potem sięgnęła dłonią do tyłu, odnalazła moją twarz i przyciągnęła ją do siebie. Jej palce wplotły się w moje włosy, złożyła je na moim karku, przytrzymując mnie blisko. Czułam, jak się otwiera, jak jej ciało mówi mi „tak” nie w słowach, tylko w ciepłocie, w drżeniu, w tym, jak miękko wtulała się we mnie z każdą chwilą.
    Była piękna w tej uległości, w tej pewności, że jestem tu po to, by ją rozumieć bez pytania. Gładziłam ją dalej, cicho, cierpliwie, a między nami nie było już nic prócz oddechu, dotyku i czułości rozlewającej się z palców aż po serce.
    Ciało cioci zaczęło odpowiadać z coraz większą wyrazistością. Najpierw w drobnym poruszeniu bioder, potem w dźwiękach, które były półwestchnięciem, półbłaganiem miękkie, ledwie słyszalne, ale gęste od znaczeń. Czułam, jak rozkwita mi w dłoniach, jak każdy dotyk staje się zaproszeniem do kolejnego.
    Moje palce tańczyły zgodnie z rytmem jej reakcji, najpierw powoli, leniwie, zataczając koła jak po tafli wody tuż przed zmierzchem, ale kiedy poczułam, jak się napina, jak biodra szukają mnie śmielej, przyspieszyłam, nieznacznie, jakbyśmy grały w muzykę, której melodia płynie spod skóry.
    Mój policzek dotykał jej karku. Czasem muskałam go ustami. Czułam jej zapach, lekko słony od napięcia, znajomy i obezwładniający. Dłoń, którą trzymała moją głowę, wplotła się mocniej w moje włosy, zacisnęła delikatnie, jakby nie chciała mnie wypuścić ani na chwilę i nie chciałam. Cała byłam dla niej, dla mojej ukochanej, dla mojej cioci.  
    Jej piersi poruszały się coraz gwałtowniej pod moim ramieniem. Drżała, oddech rwał się już nieskładnie, a ja z każdym muśnięciem, każdym kręgiem, który rysowałam między jej udami zbliżałam ją do granicy, za którą nie ma słów. Była miękka i mokra, otwarta na mnie jak najgłębsze zaufanie. Nie chciałam niczego więcej niż być dla niej teraz, dłonią, ramieniem, oddechem, pocałunkiem za uchem i szeptem, który mówił bezgłośnie: „jestem tu, kochana ciociu… już”.
    Moje ruchy znów zwolniły, tylko na moment, by zaraz przyspieszyć, dokładnie tak, jak ciocia tego potrzebowała. Wtedy zadrżała, cała, jak struna naciągnięta do granic, której nikt prócz mnie nie mógł dotknąć tak… jakby wiedział.
    Biodra cioci uniosły się ku mojej dłoni, jakby sama skóra wiedziała, gdzie chce być dotknięta. Już się nie wahała, nie hamowała, płynęła cała ku temu napięciu, które narastało w niej i we mnie. Ja także byłam rozedrgana, zlana czułością, skupiona jak nigdy. Słyszałam cioci, jej oddech rwał się w urywanych falach, a palce zaciskały się w moich włosach, jakby tylko to mogło ją utrzymać przy powierzchni.
    Czułam, jak narasta miękko, głęboko, jakby w cioci coś się rozpinało, rozświetlało od środka i wtedy, gdy już całkiem się otworzyła, gdy całe jej ciało napięło się w milczącym wołaniu przyszła. Drżenie, rozkołysany jęk, który ucichł w mojej szyi. Rozpadła się na moje palce, cicho, pięknie, jak fala uderzająca o brzeg, która jednak nie niszczy tylko zostawia ślady.
    Nie ruszałam się przez chwilę. Pozwoliłam jej oddychać. Byłam tuż przy niej, policzkiem przy jej karku, dłoń jeszcze lekko spoczywała między jej udami, już tylko, jako ciepły ślad obecności, ale nie chciałam, żeby to się kończyło.
    Wciąż była rozgrzana, otwarta, pulsująca. Gdy delikatnie pogładziłam jej biodro, spojrzała na mnie przez ramię spojrzeniem, w którym było zaproszenie, uśmiech i coś więcej: to ciche „teraz ja”, które nie musiało być wypowiedziane.
    Uniosła się powoli, z gracją i ufnością, która mnie wzruszyła do głębi. Ciało cioci, piękne i dojrzałe, wypięło się w rytmie serca, gotowe dawać i przyjmować. Klęczała na czworakach, oparta o dłonie, z włosami spływającymi na ramiona, jakby ofiarowywała się nie tylko mnie, ale całemu światu, a może tylko tej chwili.
    Ujęłam jej biodra, ostrożnie, z czcią. Moje dłonie objęły jej pośladki, napięte i rozpalone, a ja nachyliłam się, by złożyć pocałunek nieśmiały na początku, ledwie dotyk, potem śmielszy, wilgotny, językiem odnajdujący wszystko to, co w niej było najtkliwsze. Ciało cioci zareagowało natychmiast drgnięciem, które przeszło przez nią jak fala.
    Z każdym kolejnym ruchem stawałam się dla niej całkowicie oddana, skupiona, oddychająca jej rytmem. Język pieścił moją ciocię z miękką precyzją, raz łagodnie, raz z większym naciskiem, zawsze w odpowiedzi na jej oddech, na ruch bioder, na ciche jęknięcie. Była dla mnie jak muzyka, a ja grałam ją najczulej, jak umiałam. Z każdą sekundą wiedziałam więcej o niej, o sobie, o tym, jak bardzo może znaczyć jedno spojrzenie przez ramię, jeden westchniony szept: „nie przestawaj…”
    Byłyśmy tylko my. Las wokół trwał w milczeniu szlachetnym, czuwającym. Gdzieś w oddali szumiała rzeka, spokojna i głęboka, jak nasze ciała. Liście nad nami poruszał lekki wiatr, a ja miałam wrażenie, że to sam las zapisuje tę chwilę w swoim pamiętniku, zapamiętując nasze imiona szeptane między pocałunkami, nasze ciała splecione w namiętności, która nie potrzebowała słów.
    Kochałam ją wtedy tak bardzo nie tylko przez dotyk, ale przez oddanie, a ciocia przyjmowała to wszystko, drżąc, wypowiadając moje imię bezgłośnie, na ustach, których nie widziałam, ale które czułam pod każdą warstwą skóry i wiedziałam, że ten moment zostanie z nami na zawsze.
    Moje usta nie ustawały w pracy, język zataczał miękkie kręgi, raz szybciej, raz głębiej, w rytmie ciała, które wiło się pode mną z rozkoszy. Jej biodra poruszały się niespokojnie, jakby nie mogły zdecydować, czy uciec przed tą przyjemnością, czy całkowicie się jej poddać. Jęki, które z niej wydobywały się półgłosem, były jak śpiew urwany, niekontrolowany, święty. Oddechy płytkie, rwane… jakby nie mogła zaczerpnąć powietrza, które ja jej odbierałam ustami, a jednocześnie oddawałam – pieszczotą, oddaniem, rytmem.
    W pewnym momencie jej ciało zatrzymało się na ułamek sekundy w napięciu, jakby niepewne, czy to już…Potem eksplozja. Zadrżała cała, spazmatycznie, głęboko, bez żadnej kontroli, jakby to nie ona rządziła ciałem, ale ono nią. Zgięła ręce, osunęła się na koc, ciężko, z cichym jękiem ulgi, który był bardziej wyznaniem niż dźwiękiem.
    Nie odeszłam. Ucałowałam jej pośladki. Najpierw z czułością, potem z drobnym, figlarnym przygryzieniem. Tak, jakby te pocałunki miały w sobie balsam, który koi, pieści i jednocześnie przypomina: „jestem tu, jeszcze, nadal twoja”. Wędrowałam w górę, niespiesznie po kręgosłupie, po karku, po szyi, zatrzymując się, by musnąć każdy centymetr skóry, którą znałam już prawie na pamięć.
    Aż dotarłam do jej twarzy. Ciocia odwróciła głowę i spojrzała na mnie jej oczy były zasnute mgłą błogości, ale w tym spojrzeniu było coś więcej: wdzięczność, miłość, która nie potrzebowała słów. Pocałowałam ją powoli, głęboko. Usta na ustach. Język miękki, nienatarczywy, kojący. Nasze oddechy splatały się znowu, ale teraz nie w napięciu, a w tym spokojnym rozpuszczeniu po wszystkim.
    Te pocałunki nie były już zapowiedzią. Były dziękczynieniem, celebracją, ciszą po burzy i obietnicą, że to, co między nami, nie kończy się w żadnym drżeniu ciała, ale trwa, dojrzewa, zakorzenia się głębiej. jak las, który nas otulał, jak rzeka, która nas słyszała, jak my zaklęte w tej jednej, prawdziwej miłości pomiędzy siostrzenicą i ciocią.  
    Delikatnie, niemal niezauważalnie, zaczęłam ją odwracać. Moje ciało prowadziło, jej ciało poddawało się w półśnie rozkoszy. Ciocia leżała teraz przede mną, twarzą do mnie, z lekko przymkniętymi oczami. Jej policzki były zaróżowione, usta wilgotne od oddechu. Uśmiechnęła się do mnie sennie, a ja kontynuowałam pocałunkiem krótkim, miękkim, ale z obietnicą.

    Leżałyśmy jeszcze chwilę wtulone, otulone ciszą i zapachem letniego lasu, który pachniał miłością. Jej oddech był spokojny, ciepły, łagodnie muskający moje ramię. Głaskałam ją leniwie po plecach, ona bawiła się kosmykiem moich włosów, jakby chciała zapamiętać każdy ich skręt. Byłyśmy tylko my — dwie kobiety, dwa ciała, dwa serca, które już nie potrzebowały słów, by mówić o tym, co działo się między nami.
    A jednak szept się pojawił. Delikatny, jak motyl, który siada na dłoni.
    — Kocham Cię — powiedziała, prawie bezgłośnie, ale usłyszałam to sercem.
    — Ja Ciebie też ciociu— odpowiedziałam, i w tym jednym zdaniu było wszystko: zaufanie, czułość, podziw, spokój.
    Chwilę później podniosłyśmy się, nieśpiesznie, jakby ciało nie chciało jeszcze wypuszczać ciepła tamtej bliskości. Ujęłyśmy się za ręce i podeszłyśmy do brzegu, gdzie przed nami otwierał się widok na rzekę i park po drugiej stronie. Widziałam spacerujących ludzi, dalekich, niemal nierzeczywistych, jakby należeli do innego świata. Tego, który właśnie zostawiłyśmy za sobą.
    My byłyśmy jeszcze w tym lesie. W tej chwili. W sobie.
    Nie bałyśmy się, że ktoś nas zauważy pomimo ukrywania się przed światem. Może, dlatego, że to nie był wstydliwy sekret, ale miłość ta prawdziwa, spokojna i pewna, a może dlatego, że miałyśmy siebie, a to wystarczało, by czuć się bezpiecznie.
    Pochyliłyśmy się do siebie i pocałowałyśmy czule, łagodnie, tak jakby nasze usta znały tylko ten jeden rytm, a potem języki zatańczyły powoli, z wrażliwą namiętnością, jak dwa listki poruszane tym samym letnim wiatrem. Cały las był świadkiem naszego pocałunku. Skryty, a jednak pełen światła.
    Miłość trwała w spojrzeniach, w splecionych palcach, w cichym „tu i teraz”, które należało tylko do nas.
    — Kocham Cię, ciociu — wyszeptałam, patrząc jej w oczy tak, jakby właśnie tam chciała zobaczyć całą przyszłość.
    W moim głosie nie było już cienia wahania. Tylko pewność, czułość, i to miękkie drżenie, które przychodzi wtedy, gdy wypowiadane słowa naprawdę mają znaczenie.
    Uśmiechnęła się, a w mojej piersi rozlało się ciepło, jak światło, które rozprasza mrok.
    — A ja Ciebie, skarbie. Tak bardzo. — Ujęła moją twarz w dłonie. — Każdego dnia bardziej.
    Przytuliłam się do niej, opierając głowę o moje ramię, jakbym chciała się tam schronić, albo może — jakby już nigdy nie musiała się chować, a przecież wciąż musiałyśmy przed światem, przed rodziną. przed tymi wszystkimi oczami, które nie zrozumiałyby, że miłość może mieć różne twarze, a ta nasza jest jedną z najprawdziwszych.
    Ale tutaj, w tej ciszy, byłyśmy bezpieczne. Miałyśmy siebie, i to wystarczało.
    — Czasem wciąż nie wierzę, że to się dzieje naprawdę — szepnęłam, muskając opuszkiem palca jej nadgarstek. — Że przeprowadziłam się tutaj do Ciebie, że mamy wspólny dom, że… możemy po prostu być, nawet, jeśli tylko dla siebie.
    — Możemy — odpowiedziała. — I będziemy. Bo to, co mamy, nie potrzebuje zgody świata. Wystarcza, że mamy siebie.
    Jeszcze chwilę leżałyśmy tak, nagie, splecione, wciąż na kocu, z policzkami przytulonymi do wzajemnego spokoju. Położyłyśmy się zaraz po tym, jak zeszłyśmy z brzegu ciało przy ciele, otulone nie tylko skórą, ale i tą miękką ciszą, która zostaje po miłości.
    Las pachniał coraz mocniej zielenią i cieniem, słońce chyliło się ku zachodowi, a na jego ostatnich promieniach tańczyły drobinki kurzu i pyłu, jakby świat sam chciał nas błogosławić ciszą.
    W końcu podniosłyśmy się nieśpiesznie, jakbyśmy nie chciały jeszcze wypuścić ciepła tej chwili. Ubrałyśmy się powoli, w milczeniu, pomagając sobie nawzajem z czułością, gdzie każdy guzik, każda fałda materiału była kolejnym gestem troski.
    Poprawiłyśmy ubrania, otrzepałyśmy koc z traw i liści, a potem złożyłyśmy go razem, śmiejąc się cicho z jakiejś maleńkiej niesubordynowanej gałązki, która zaplątała się w jego róg.
    Szłyśmy powoli, spacerując leśną ścieżką wśród wysokich sosen i cieni, które wydłużały się coraz bardziej. Trzymałyśmy się za ręce oraz nasze ramiona, co chwila ocierały się o siebie lekko wystarczająco, by czuć obecność tej drugiej, tej najbliższej.
    Z lasu wyszłyśmy prosto na aleję lipową, gdzie liście szeleściły cicho pod naszymi krokami. Minęłyśmy kilka osób, pary, rowerzystów, dzieci z lodami, ale dla mnie cały świat zlał się w tło, jak obraz malowany na zbyt dużym płótnie, bo wszystko, co naprawdę się liczyło, szło właśnie obok mnie. Spokojnym krokiem, z uśmiechem w kąciku ust.
    W domu powitała nas cisza i znajome ciepło. Zdjęłyśmy buty, wrzuciłyśmy koc do prania, zostawiłyśmy torbę z kanapkami na kuchennym blacie. Herbata z rana wciąż stała w czajniku, wystygła, zapomniana, jak echo tamtego poranka, który już przeminął.
    W łazience rozbrzmiał szum wody, cichy i kojący, a potem zapach balsamu, który znałam tylko ze skóry cioci. Wymieniłyśmy się spojrzeniami, krótkimi uśmiechami, tymi, które nie potrzebowały słów. Przebrałyśmy się w miękkie domowe ubrania, i nagle wszystko znów było takie zwyczajne, a zarazem zupełnie wyjątkowe.
    Wieczór przyszedł cicho, z lampą zapaloną nad stołem, z herbatą już gorącą i z kanapą, która czekała, jakby wiedziała, że dziś znowu na niej zasiądziemy razem, blisko.
    Zasłoniłam zasłony. Ciocia włączyła ulubioną składankę. Świat się zamknął, cicho i łagodnie, a nasza codzienność… pachniała spokojem.
    Chociaż na zewnątrz mógł istnieć cały inny świat,  ten pełen zasad, osądów i konieczności tutaj, w naszym domu, każda chwila była jak pocałunek. Delikatna, pełna znaczenia.
    Miłość trwała.
    I była dokładnie taka, jaką chciałyśmy ją mieć.

    Wieczór był cichy, pełen złota gasnącego dnia i zapachu herbaty, która już dawno wystygła. Siedziała na kanapie, a ja leżałam z głową opartą na jej udach, wtulona w miękki koc i w ciepło jej dłoni. Jej palce sunęły leniwie po moich włosach, jakby znały każdy ich skręt na pamięć. Te pieszczoty były ciche, nieśpieszne, niosły w sobie coś więcej niż dotyk coś, co rozumiały tylko serca.
    Patrzyłam w sufit, ale myślami byłam właśnie tam przy niej, w niej.
    — Wiesz… — odezwała się cicho, ledwie poruszając wargami, przesuwając palcami po mojej skroni — długo myślałam, że nie mogę tego przyjąć. Że nie wolno mi… być szczęśliwą Twoim kosztem. Bałam się, że marnuję Ci życie.
    Zamknęłam oczy, a na jej twarzy znikąd pojawił się cień — cień jakiegoś wspomnienia, jakiegoś kiedyś, które już nie miało władzy nad naszym teraz.
    — A ja… — odpowiedziałam równie cicho — nie wyobrażałam sobie życia bez Ciebie. To nie był koszt,  to był wybór. Najlepszy w moim życiu.
    Pochyliła się i pocałowała mnie w czoło. Chciała, żeby ten gest powiedział jej wszystko to, czego nie umiała ubrać w słowa.
    — Twoja miłość była tak silna… że dała nam dom. Dała nam szansę żyć razem. I jestem za to wdzięczna, każdego dnia, bo nigdy wcześniej nie czułam się tak… prawdziwa. Tak spokojna.
    Złapała moją dłoń i przycisnęła do swojego policzka. Milczałam chwilę, a potem, z tym lekkim drżeniem w głosie tym, które nie miało nic wspólnego z niepewnością, tylko z emocją szepnęłam:
    — Wiem, ciociu… — powiedziałam z tym drżeniem, które nie było niepewnością, tylko emocją. — Kocham Cię i nie wiem, jak udało mi się przekonać rodziców, że chcę tu być, że Jelenia Góra to mój wybór, ale się udało. Na szczęście… wciąż nie wiedzą. I może kiedyś… może nie będą musieli. Bo to, co mamy, wystarcza. Wystarczasz Ty…
    Nie odpowiedziała od razu. Ale jej oczy mówiły wszystko. Nadal głaskała moje włosy, a ja wtulałam się w nią jeszcze mocniej. Jakby to, co prawdziwe, można było objąć ramionami i już nigdy nie puścić.
    — Gdy popołudniami lub wieczorem wracasz do domu ze spacerów… — powiedziała po chwili, cicho, jakby mówiąc to bardziej do siebie niż do mnie — i słyszę Twój klucz w zamku… coś we mnie się uspokaja. Tak jakby świat stawał się prostszy, choć przecież taki nie jest, lecz kiedy jesteś… wszystko inne przestaje mieć znaczenie.
    Podniosłam wzrok. Spojrzała na mnie z tym swoim czułym uśmiechem, którego nie trzeba było rozumieć — wystarczyło go poczuć.
    — Dla mnie dom… to Ty — szepnęłam, głaszcząc jej policzek. — Nie adres, nie ściany. Ty. Tylko Ty.
    Pocałowała mnie w czoło, a ja znów wtuliłam się w nią cała, bez reszty.
    W tle tykał cicho zegar. Błękitna lampka czajnika w kuchni migała jak świetlik, a ja… czułam, że każda rzecz w tym domu przestała być zwykła, odkąd byłyśmy razem. Nawet cisza miała teraz swoją melodię. Delikatną. Naszą.
    Wieczór trwał. Spokojny, cichy, prawdziwy i w całości nasz.

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    Iva Lions
  • Zapomniana Noc, Niezapomniany Poranek

    Obudziłam się w miękkiej pościeli, pachnącej czymś domowym może lawendą, może ziołowym płynem do płukania, nie wiem. Światło sączyło się przez zasłony, łagodnie, jakby nie chciało mnie przestraszyć. Tylko że… nie znałam tej sypialni, a już na pewno nie pamiętałam, bym miała w szafie flanelową koszulę w kratę, zbyt dużą i stanowczo nie moją. Pachniała obco, ale przyjemnie. Trochę jak… bezpieczeństwo.
    Coś z tyłu głowy szumiało nie, nie tylko echo wczorajszych drinków. To był raczej mętny kalejdoskop śmiechów, muzyki, rozmów i ciepła. Dużo ciepła. Czułam się… spełniona. Zaspokojona w taki sposób, który zazwyczaj oznacza jedno: było dobrze, bardzo dobrze.

    Usłyszałam wodę. Prysznic.
    Uśmiechnęłam się do siebie, domyślając się, że tajemniczy on klubowy Apollo, który zawrócił mi w głowie już się budzi i może warto go zaskoczyć. W końcu, skoro już jestem u niego… czemu nie pójść o krok dalej?
    Delikatnie uchyliłam drzwi do łazienki, gotowa na powitanie pełne flirtu i półsłówek.
    A tam…
    Nie chłopak.
    Dziewczyna.
    Ciało jak z reklamy balsamu smukłe, jędrne, zalotnie kapiące wodą. Kasztanowe włosy przyklejone do szyi i ramion, twarz wyjęta z marzeń, których nie chciałam się przyznać nawet przed sobą.
    Spojrzała na mnie zaskoczona, ale z uśmiechem.
    – Hej
    Zamarłam w progu, w tej męskiej flaneli, która nagle wydawała się jakby… zbyt symboliczna.
    – Co Ty tutaj robisz? – Zapytałam
    – To… ja chyba powinnam o to zapytać – próbowałam się uśmiechnąć.
    – Fakt… to nie moje mieszkanie, prawda? – odparłam
    Dziewczyna zakręciła wodę. Bez pośpiechu. Zupełnie jakby wiedziała coś, czego ja nie wiedziałam, albo nie pamiętałam.
    – Jak się czujesz? – zapytała łagodnie. – Dobrze spałaś?
    Wzruszyłam ramionami, lekko rozkojarzona i zawstydzona własnym brakiem pamięci.
    – Wiesz… chyba tak. Tylko… – zawahałam się. – Czy my… to znaczy… nie powinien być tu jakiś chłopak?
    Uniosła brwi, wyraźnie rozbawiona.
    – Chłopak? – powtórzyła z uśmiechem. – Kochana, to moje mieszkanie, a my spędziłyśmy noc razem. Ty i ja.
    Wtedy dopiero dotarło do mnie, że to nie żart, że ten błysk w jej oczach i moje rozpalone ciało z rana nie były przypadkiem, a jednak… coś się nie zgadzało.
    – Ale… ja nic nie pamiętam – przyznałam, wciąż próbując zebrać myśli. – To znaczy… lubię dziewczyny. Lubię też chłopaków. Jestem… no, biseksualna i nie przeszłabym obok ciebie obojętnie – dodałam, nie kłamiąc ani trochę. – Ale… jak do tego doszło?
    Dziewczyna – czy ja znałam jej imię? – oparła się o blat, sięgając po ręcznik.
    – Piłaś dużo – powiedziała spokojnie. – A potem urządziłaś sobie małą eskapadę po barach. Wróciłaś z kwiatkiem skradzionym z doniczki w jednej knajpie i teorią, że jesteśmy „bratnimi duszami z Wenus”.
    Pokręciłam głową z niedowierzaniem, ale jednocześnie… coś we mnie zadrżało.
    – Tylko że ja naprawdę czuję się… jak po nocy z facetem. Znaczy… – poprawiłam się szybko – konkretnie, fizycznie. Rozumiesz?
    Na to ona tylko uśmiechnęła się tajemniczo i jakby mimochodem uniosła z półki coś czarnego, lśniącego, z paskami.
    – Poznaj swojego księcia z bajki – mrugnęła. – Twój „chłopak” miał na imię StrapOn i był bardzo zaangażowany.
    Zaniemówiłam, a potem, ku własnemu zdziwieniu, zaczęłam się śmiać. Najpierw cicho, potem coraz głośniej, aż musiałam złapać się framugi drzwi, żeby nie usiąść na podłodze.
    – To… wiele wyjaśnia – przyznałam, bawiąc się nieco nerwowo brzegiem koszuli. – Choć niewiele pamiętam z tej nocy, to… może mogłabyś mi przypomnieć? Wiesz, tak… edukacyjnie?
    Spojrzała na mnie z tym samym błyskiem, który pewnie rozpalił mnie wczoraj. Tylko teraz czułam to bardziej świadomie.
    – A więc jednak heteryczka z sumieniem – powiedziała z figlarnym uśmiechem. – Zaskakująco pokorna jak na wulkan emocji.
    Zrobiłam krok w jej stronę, czując jak w tej flaneli, męskiej, a przecież teraz dziwnie intymnej biło mi serce trochę szybciej.
    – Tylko błagam – dodałam, zerkając na nią spod grzywki – nie zaczynaj od doniczkowego kwiatka.

    Usiadłam na blacie, chłodnym i gładkim pod udami, ale wszystko we mnie było rozpalone. Zadrżałam lekko, bardziej z niecierpliwego oczekiwania niż z temperatury. Czułam, że to, co miało się wydarzyć, już od dawna tliło się między nami, jak iskra pod popiołem.
    Dziewczyna, piękność spod prysznica, sen, który okazał się rzeczywistością podeszła bliżej. Jej ciało wciąż wilgotne, a skóra błyszcząca, jakby jeszcze nie zapomniała wody.
    – Olimpia – powiedziała, niemal szeptem, jakby to imię było zaklęciem. – Mam na imię Olimpia.
    Zanim zdążyłam coś odpowiedzieć, nachyliła się i pocałowała mnie. Na początku czule, niemal nieśmiało, jakby sprawdzała, czy chcę, czy pozwalam. Odpowiedziałam bez zawahania.
    Jej usta smakowały wodą i czymś jeszcze może jaśminem, może namiętnością z poprzedniej nocy.
    Pocałunek stał się głębszy. Głód narastał w nas obu, jak przypływ, którego nie da się zatrzymać. Jej dłonie znalazły drogę do moich bioder, a potem zaczęły wędrować w górę, zatrzymując się tylko po to, by odpiąć jeden guzik koszuli, potem drugi… aż w końcu materiał spłynął ze mnie jak niepotrzebne już niedopowiedzenie.
    Drżałam lekko, może z emocji, może z czułości.
    Jej dłonie były jak muzyka grana na mojej skórze. Nieporadne nie były, raczej nienasycone.
    Palce dotknęły piersi, a ja odchyliłam głowę do tyłu, zamknęłam oczy, świat zwęził się do zmysłów.
    Potem… potem zeszła niżej.
    Pomiędzy nami było ciepło. Wrzenie. Nieprzyzwoicie piękna intymność.
    Jej dłoń odnalazła miejsce, którego nie trzeba było wskazywać, ciało mówiło za mnie.
    – Chciałam cię już wtedy – wyszeptała. – Ale teraz… chcesz, żebym ci przypomniała wszystko?
    Nie umiałam odpowiedzieć. Tylko skinęłam głową.
    Bo prawda była prosta: nie pamiętałam nocy, ale każdą jej sekundę teraz chciałam zapisać na nowo. Świadomie z nią.
    Z Olimpią.
    Jej dłoń poruszała się najpierw delikatnie, z kolistą cierpliwością, jakby malowała na mojej skórze znaki, które zna tylko ona. Nie było pośpiechu była pewność i czułość, w której gubiłam oddech, ale z każdą chwilą rytm narastał, stawał się bardziej stanowczy, jakby Olimpia czytała nie tylko moje ciało, ale i myśli pragnienie, które tłukło mi się gdzieś między brzuchem a sercem, domagało się spełnienia.
    Oddychałam szybciej. Każdy jej ruch był jak błysk światła pod zamkniętymi powiekami.
    Wpiłam się w jej usta z nagłą zachłannością, już nie mogąc dłużej być tylko bierną nutą w tym cichym koncercie.
    Jej wargi były gorące, język niespieszny, ale czujny tańczył z moim, igrał, rozbudzał.
    Oparłam dłonie na jej plecach, potem wsunęłam palce we włosy. Chciałam ją mieć bliżej. Całą.
    Ciało zadrżało mi w rytmie jej pieszczot, jakby każdy dotyk był echem czegoś znanego i upragnionego zarazem. Nie umiałam myśleć, nie chciałam.
    Byłam dźwiękiem. Odruchową, płynną odpowiedzią na każdą falę, którą mi przynosiła.
    A ona…
    Ona przyspieszała, jakby wiedziała, że jestem tuż na granicy tej cudownie ciepłej, miękkiej krawędzi, za którą nie ma już słów.
    Zamruczałam coś bezładnie między pocałunkami, zagubiona w niej, w sobie, w wszystkim, co było teraz.
    Bo teraz było wszystkim.
    – Szybciej… – wyszeptałam między urwanymi pocałunkami, jakby powietrze było zbyt gęste, by składać z niego pełne zdania. – Proszę… Olimpia…
    Moje słowa były bardziej dźwiękiem niż mową, bardziej jękiem niż prośbą, a jednak nie umknęły jej uwadze.
    Poczułam, jak jej usta zatrzymały się przy mojej szyi, a potem słodko zsuwały się w dół, zostawiając za sobą wilgotne ślady czułości i ognia. Jej oddech był tuż nad moim sercem, nad każdą drgającą częścią mnie.
    Poczułam, jak jej dłoń wsunęła się głębiej, bardziej śmiało, jakby rozchylała mnie delikatnie od środka, odnajdując drogę, której sama już nie potrafiłam wskazać, a jednak tak bardzo jej potrzebowałam.
    Jej palce poruszały się we mnie z rytmem, który był równocześnie czuły i zdecydowany jak fala niosąca wszystko, co kruche i rozpalone.
    Zadrżałam, oplatając ją nogami, przyciągając jeszcze bliżej jakby mogła wejść we mnie cała, z każdą myślą, każdym tchnieniem.
    Olimpia oddychała przy moim uchu, szepcząc imię, czasem tylko westchnienie, czasem ciche „tak, tak, już…”, które koiło i podsycało zarazem.
    Czułam, jak rytm jej dłoni splatał się z moim ciałem, jakby była we mnie nie tylko fizycznie, ale jako muzyka, która zna moje nuty lepiej niż ja sama.
    Każdy ruch był bardziej intensywny, bardziej niecierpliwy, bardziej mój.
    W mojej piersi coś narastało z każdym kolejnym przesunięciem, z każdym draśnięciem od wewnątrz. Pragnienie zaczęło się przelewać, nie w słowach, bo nie umiałam już mówić tylko w jękach, krótkich, łapczywych westchnieniach, w które wplatałam jej imię.
    – Olimpia… – urwałam się, bo nie potrafiłam więcej.
    Czułam, jak zbliżałam się do krawędzi tej cudownej, zawieszonej między oddechem, a ciszą. Tej, na której świat się kurczy do jednej jedynej prawdy: do niej.
    Olimpia nie przestawała. Znała mnie, albo zgadywała z intuicją ciała, z uważnością kochanki.
    Aż w końcu…
    Pękłam.
    Nie gwałtownie, nie dramatycznie, raczej jak rozkwit, jak eksplozja światła pod zamkniętymi powiekami, jak fala ciepła, która ogarnęła mnie całą i zostawiła lekką, bezwładną, niemal senną.
    Oparłam głowę na jej ramieniu, z policzkiem przy jej skórze, rozdygotana, mokra od łez albo potu nie wiedziałam już.
    Ona tylko przytuliła mnie mocniej, jej palce łagodnie wycofały się, a usta złożyły pocałunek na moim czole.
    Nie musiała nic mówić. Ja też nie.
    W tej ciszy było wszystko.

    Olimpia zsunęła mnie z blatu, płynnie, pewnie, jakby dokładnie wiedziała, czego teraz potrzebuję, a może czego sama zapragnęła. Obróciła mnie delikatnie, plecami do siebie, a potem uklękła tuż za mną, z czułością, która miała w sobie coś z oddania, ale i z głodu.
    Jedną nogę oparłam o chłodny marmur blatu. Czułam się odsłonięta w rozchyleniu. Otwarta i dla niej, i dla siebie, a kiedy jej język dotknął mnie tam, gdzie tęsknota zagnieździła się najmocniej, moje ciało zadrżało tak głęboko, jakby samo przypominało sobie coś, czego rozum jeszcze nie objął.
    To nie był zwykły dotyk, to była rozmowa szeptana między biodrami, drżąca między udami, w rytmie, który znała tylko ona i który z każdą chwilą przyspieszał, zagarniając mnie w siebie.
    Zatrzymałam wzrok na lustrze przede mną.
    Zobaczyłam odbicie, własne ciało, napięte i rozpalone, i siebie… ulegającą. Usta miałam rozchylone, oddech płytki, skóra błyszczała w miękkim świetle poranka.
    Zawstydzenie?
    Nie.
    Zachwyt.
    Patrzyłam na siebie, jakby to było coś więcej niż odbicie, jakby ta kobieta w lustrze była dowodem na to, że można się zgubić i odnaleźć jednocześnie.
    Pochyliłam się nieznacznie i… dotknęłam własnych ust.
    Potem je pocałowałam delikatnie, z czułością, jakbym chciała sobie podziękować, albo przeprosić za wszystko, co dotąd od siebie oddalałam.
    Tymczasem język Olimpii zataczał na nowo swoje kręgi, śmielszy, bardziej łapczywy. Jej dłonie obejmowały moje biodra, czasem zacieśniając uchwyt, gdy ciało reagowało silniej, a reagowało.
    Byłam jej i swoim własnym lustrem.
    Czułam, jak fala narasta znowu, ale ta była inna. Nie miała w sobie już tylko potrzeby, miała też ulgę, ukojenie, oddanie.
    Ciało zaczęło drżeć, jakby każdy nerw tańczył. Ciepło rozlało się po mnie miękko, powoli, ale bez odwrotu.
    Wypowiedziałam jej imię w połowie oddechu, w połowie jęku i wtedy pękłam drugi raz.
    Może piękniej niż za pierwszym.

    Długo stałam tak, oparta o blat, z głową opuszczoną, cicho oddychając, podczas gdy Olimpia wtuliła twarz w moje plecy i całowała skórę pod linią kręgosłupa.
    – Chyba zapamiętam ten poranek… – powiedziałam, niepewna, czy słyszy.
    Odpowiedziała pocałunkiem, który nie potrzebował słów.

    Olimpia bez słowa ujęła moją dłoń i zaprowadziła mnie w stronę sypialni. Jej krok był pewny, ale spojrzenie miękkie, jakby sama nie była do końca pewna, czy to, co się wydarza, to sen czy rzeczywistość.
    Położyła mnie na łóżku z taką delikatnością, jakby układała jedwab na jedwabiu. Potem pochyliła się nade mną i złączyła nasze usta najpierw czułym, leniwym pocałunkiem, który jednak szybko zgubił ostrożność, przekształcając się w zachłanne poszukiwanie nas siebie nawzajem.
    Ciała ocierały się o siebie jak dwa fragmenty tego samego oddechu. Dłonie błądziły raz subtelnie, jak pióra niesione przez wiatr, raz gwałtowniej, jakby próbowały odnaleźć zgubione wspomnienie z poprzedniej nocy.
    Olimpia przesuwała się po mnie ustami od szyi, przez obojczyki, zatrzymując się przy piersiach, całując je z uważnością, która sprawiała, że każda komórka mojego ciała otwierała się na nowo.
    Czułam jej język pod linią żeber, potem niżej, aż do miejsca, gdzie moje pragnienie już nie kryło się za słowami, ale zanim zdążyła mnie w pełni posmakować, zatrzymałam ją.
    Zatrzymałam nie dlatego, że nie chciałam, lecz dlatego, że… teraz to ja pragnęłam być tą, która daje.
    Spojrzałam jej w oczy i delikatnym ruchem przewróciłam ją na plecy.
    Zaskoczenie ustąpiło uśmiechowi.
    Pochyliłam się nad nią i zaczęłam całować powoli, wyczuwając każdy oddech, każde drgnięcie jej ciała, każdy moment, w którym stawała się jeszcze bardziej miękka, jeszcze bardziej otwarta.
    Od jej ust, przez szyję, aż po linię piersi moje usta odkrywały ją tak, jak odkrywa się tajemnicę, której nie chce się rozwiązać, a jedynie chłonąć jej złożoność.
    Jej skóra smakowała ciepłem, pachniała snem i jeszcze niesłabnącym porankiem.
    Zatrzymałam się przy pępku, przelotnie musnęłam językiem i spojrzałam na nią spod przymkniętych powiek. Oddychała głęboko, a jej dłoń dotknęła mojej głowy z tym lekkim napięciem, które mówiło więcej niż słowa: „nie przestawaj” i nie przestawałam.
    Zeszłam niżej, między jej uda i tam już nie było przestrzeni na niepewność. Tylko na zmysły.
    Olimpia odchyliła głowę i westchnęła cicho, jakby nie oddychała powietrzem, ale samym pragnieniem. Jej ciało poruszało się w moim rytmie, a jęk, który wymknął się z jej ust, był najpiękniejszą odpowiedzią, jaką mogłam dostać.
    Była pod moimi ustami, otwarta, rozedrgana, cudownie prawdziwa.
    Kiedy poczułam, jak drżała pod moimi pocałunkami, jak zastygała w napięciu, jakby każda fala rozkoszy była kolejnym błyskiem na jej skórze zamknęłam oczy i pozwoliłam, by jej uniesienie stało się moim.
    Tego poranka już na pewno nie zapomnę.
    Olimpia była blisko jej oddech, coraz urywany, ciepły i drżący, rozbrzmiewał wśród naszych splecionych ciał. Czułam, jak napięcie rozlewało się pod moimi ustami, jakby w niej coś się rozpinało, gotowe do rozkwitu…
    …i nagle, bez słowa, przerwała.
    Zaskoczona spojrzałam w górę, ale w jej oczach nie było niepewności tylko to roziskrzone „teraz ja”, które mówiło więcej niż cała rozmowa. Pocałowała mnie z miękkością, która na moment uśpiła płomień, by zaraz potem obrócić mnie na plecy.
    Jej ciało było nad moim, a usta przez krótką chwilę całowały mnie z taką łagodnością, jakby chciały mi podziękować, zanim znów zawładną pragnieniem.
    Potem podniosła się i z powolnością, która sama w sobie była pieszczotą usiadła na mojej twarzy.
    Nie było już przestrzeni między nami.
    Jej uda otuliły moją głowę, a jedwabista miękkość kobiecości spoczęła na moich ustach jak obietnica.
    Sabina, ja wessałam ją z czułością, którą chciałam zapamiętać na całe ciało.
    Była rozkosznie gorąca, drżąca, wilgotna od pożądania, które niosłyśmy razem.
    Pochyliła się do przodu, nasze dłonie odnalazły się bez szukania mocno się chwyciłyśmy, jakby tylko ten uścisk mógł nas uziemić w rzeczywistości.
    Oddawała się rytmowi moich ust, a jej biodra zaczęły poruszać się w tempie intuicyjnym, miękkim, coraz głębszym, coraz bardziej bezwstydnym w swoim pięknie.
    Widziałam jej twarz w półcieniu głowa odchylona do tyłu, usta rozchylone, włosy opadające kaskadą.
    Oddychała przez moje imię.
    Była piękna. Była teraz moja.
    Z każdą chwilą coraz mniej powściągliwa, coraz bardziej prawdziwa, aż w końcu zadrżała w całym ciele, niemal bezgłośnie, jakby rozkosz była modlitwą, którą wypowiada się tylko w środku.
    Zatrzymałam się dopiero, kiedy jej dłoń ścisnęła moją nieco mocniej, a potem… tylko cisza i nasze splecione palce, które wciąż trzymały się tak, jakby żadna z nas nie chciała puścić.
    Jej ruchy były jak taniec, biodra Olimpii unosiły się i opadały z naturalną, płynną gracją, jakby jej ciało znało tę melodię od zawsze. Każde drgnienie było odpowiedzią na mój dotyk, każda fala echem mojego języka, który pieścił ją z uwagą i oddaniem, jakby każda sekunda była niepowtarzalna.
    Między nami nie było już ciszy, była muzyka. Cicha, urywana symfonia oddechów, pomruków, westchnień, coraz bardziej rozedrganych.
    Jej biodra falowały w rytmie, który prowadziły moje usta, a ja odnalazłam w tym ruchu wspólny język, język ciała, który nie potrzebował słów.
    Olimpia przechylała głowę, zamykała oczy, a na jej wargach tańczył cichy szept jakby mówiła coś do siebie, do mnie, do nieba. Ciało miała napięte, drżące, jakby miała eksplodować w każdym momencie, lecz zamiast tego przedłużała rozkosz, zawieszona między pragnieniem a spełnieniem.
    Jej dłonie wplatały się w moje włosy, delikatnie, błagalnie, i czułam, że prowadziła mnie, choć w istocie to ja ją prowadziłam tam, gdzie kończą się słowa.
    W pewnej chwili jej biodra zaczęły poruszać się szybciej, mocniej, bardziej stanowczo, jakby fala, którą tak długo niosłyśmy wspólnie, miała się wreszcie rozbić o brzeg.
    Jej jęki stały się bardziej miękkie, urywane, jak śpiew bez melodii, ale pełen treści.
    Jej ciało pięknie się poddało bezwstydnie, z ufnością i pasją, którą czułam aż do końców palców.
    I w końcu… nadeszło.
    Fala przeszła przez nią jak rozbłysk biodra zadrżały, dłoń ścisnęła moją, a z jej ust wydobył się dźwięk cichy, głęboki, i tak czysty, że mogłabym przysiąc, iż słyszałam w nim echo swojego imienia, a potem  zatrzymanie, jak ostatni takt przed ciszą, jak świt po nocy, jak uśmiech, który nie potrzebuje słów.

    Deszcz wciąż stukał o parapet, jakby znał rytm naszego ciała. Leżałyśmy wtulone, jej usta dotykały moich tak delikatnie, jakby mogły się jeszcze zgubić w ich kształcie. Całowałyśmy się niespiesznie, z czułością, która nie potrzebowała już żadnego pośpiechu, ale wiedziałam obie wiedziałyśmy, że to jeszcze nie był koniec.

    Olimpia sięgnęła do szuflady przy łóżku. Wiedziałam, co tam znajdzie. Przeniosła to z łazienki wcześniej, niby od niechcenia, jakby mimochodem, a przecież z wyczuciem czasu niemal scenicznym.
    Spojrzała na mnie. Nic nie powiedziała, ale ten wzrok był pytaniem. Odpowiedziałam uśmiechem i lekkim skinieniem spokojnym, przyjmującym.
    Patrzyłam, jak zakładała uprząż  z precyzją, z gracją, jakby zapinała ozdobny pas do sukni balowej. Usiadłam naprzeciw niej, naga, otwarta. Podeszłam bliżej i bez słowa pochyliłam się, by pocałować to przedłużenie jej pragnienia gładkie, chłodne, a jednocześnie pełne obietnicy.
    Nie śpieszyłam się. Każdy ruch języka był świadomy. Każde muśnięcie ust jak pocałunek w miejscach, które zwykle pozostają ukryte. Wiedziałam, że patrzy na mnie. Czułam, jak jej ciało reaguje, choć nie dotykam go bezpośrednio.
    Była w tym jakaś dziwna intymność to, jak głaskałam pragnienie ukryte w przedmiocie, jak pieściłam nie tyle ją fizycznie, co emocjonalnie.
    Podniosłam wzrok. Jej oczy były ciemne, rozświetlone czymś, co przypominało czułość i ogień jednocześnie. Uśmiechnęłam się. Oblizałam wargi spokojnie, bez kokieterii. Tylko z cichym uznaniem: dla niej, dla chwili, dla siebie samej, która się tej chwili poddaje. Wtedy wiedziałam, to nie była tylko kontynuacja nocy, to był poranek, który miał smakować długo, jak dobrze opowiedziana historia, jak wspomnienie, które nie blaknie.

    Odwróciłam się bez słowa. To był gest pełen zgody i zaufania. Uklękłam na miękkiej pościeli, dłonie oparłam o materac, czując pod palcami jego chłodny jedwab. Moje ciało było otwarte na nią, na to, co miało nadejść, na wspomnienie, które dopiero miało się zapisać we mnie głęboko, jak list pisany na skórze.
    Poczułam jej dłonie na biodrach ciepłe, zdecydowane, a jednocześnie tak ostrożne, jakby czytały mnie palcami. Przysunęła się za mnie i przez moment zatrzymała. Jej oddech spływał mi po plecach, a potem nisko, niżej… jak czuły szept, aż wbiła się we mnie StrapOnem.
    Kiedy zaczęła się poruszać, to nie był pośpiech. To była muzyka pulsujący rytm dwóch ciał, które odnalazły wspólny język bez słów. Moje ciało samo podjęło ten taniec, wygięte lekko, z biodrami szukającymi jej w każdej fali ruchu. Była uważna. Czuła. Dostosowywała się do mnie, jakby znała mój alfabet przyjemności, jakby potrafiła odczytać drżenie moich mięśni zanim jeszcze przemówiło językiem westchnień.
    Trzymała mnie mocno, a zarazem z czułością tak, jak trzyma się coś kruchego, czego nie chce się zgubić.
    Oparłam głowę o ramię, uchylając usta, przez które wydobywały się dźwięki nieskładne, nieme słowa, zduszone jęki, których nie próbowałam już zatrzymać. Każdy z nich był odpowiedzią, potwierdzeniem, że jestem tu, że jestem cała zanurzona w niej, w nas.
    Nasze ciała falowały jednym rytmem, jak fale, co wracają do brzegu raz z impetem, raz z czułą tęsknotą.
    W pewnym momencie Olimpia pochyliła się nade mną, jej pierś dotknęła moich pleców. Czułam, jak jej pocałunki przesuwały się po moim karku, aż do ucha, gdzie wyszeptała coś, czego nie zrozumiałam, ale nie musiałam. Ton jej głosu sam był zmysłowym wyznaniem.
    Zamknęłam oczy. Pozwoliłam sobie dryfować w tej fali, w tym ogniu, który tlił się pod skórą i z każdą chwilą stawał się silniejszy, głębszy. Nie tylko cielesny.
    To była chwila, w której nie istniało nic poza nami. Ruchy jej bioder, delikatna siła, z jaką we mnie wnikała, szelest pościeli, bicie serca wszystko to zlewało się w jedną, powolną kulminację.
    Nie walczyłam z nią. Nie wstrzymywałam oddechu. Przyjęłam ją tak, jak przyjmuje się dar, który nie musi być nazwany, by był prawdziwy.
    Kiedy fala wreszcie mnie uniosła… pozwoliłam jej mnie zabrać. Całą. Bez reszty.
    Poczułam, jak jej palce wsuwały się we włosy, pewnie, ale bez szarpania, raczej jakby wskazywała mi drogę, której i tak nie chciałam z niej zbaczać. Ten subtelny gest, to pociągnięcie, sprawiło, że zadrżałam nie tylko z zaskoczenia, lecz z czegoś głębszego uległości, która nie była słabością, ale świadomym oddaniem.
    Pochyliła się ku mnie, a potem delikatnie, nie przerywając rytmu, pokierowała moim ciałem. Zmieniłyśmy pozycję jak tancerki, nie rozplątując się ze wspólnego rytmu. Olimpia usiadła na podwiniętych nogach, klęcząc, a ja… ja opadłam na jej uda, przysiadając, jakby właśnie to miejsce było mi pisane. Poczułam, jak obejmowała mnie mocno. Jedno ramię oplatające moją talię, drugie sunące ku piersiom, które w jej dłoniach zdawały się jeszcze wrażliwsze, jeszcze bardziej moje.
    Znalazłyśmy nowy rytm. Głębszy, bardziej zdecydowany. Wznosiłam się i opadałam na niej, jej spojrzenie wbite we mnie było tak intensywne, że momentami czułam, jakby pieściło mnie równie mocno jak jej dłonie. Nasze ciała współbrzmiały jak instrumenty rezonowały, przenikały się, szukały wspólnego tonu.
    Jęknęłam, bezwiednie, cicho, jakby z wnętrza mnie wydobył się głos, który zna tylko ona. Czułam, jak drżałam. Moje ciało wiło się w jej objęciach, nie z bólu, nie z niepewności, z rozkoszy tak silnej, że niemal ją śniłam, choć byłam przecież całkowicie przytomna, obecna w każdej sekundzie.
    Każdy ruch moich bioder był odpowiedzią na jej dłoń, na ten nieskończenie subtelny nacisk na piersi, na ciepło jej oddechu przy moim uchu, na ten szept bez słów. Gubiłam rytm i zaraz na nowo go odnajdywałam, bo to było jak taniec nie do końca kontrolowany, ale płynący z głębi.
    Byłyśmy jednością w ruchu, w dźwięku, w drżeniu skóry, w spłyconym oddechu. W moich policzkach tętniło ciepło, po karku spływały pojedyncze krople potu, a w środku… ogień. Taki, który nie parzy, ale stapia z nią, na niej.
    Nie wiem, jak długo trwała ta chwila, straciłam poczucie czasu, w zamian zyskując coś bardziej realnego: czystą, fizyczną ekstazę połączoną z czymś jeszcze głębszym. Jakby moje serce nauczyło się bić w jej rytmie.
    Olimpia opadła na plecy, jakby unosiła się na fali, która właśnie rozbiła się o brzeg. Wciągnęła mnie ze sobą nie gwałtownie, lecz z tym magnetyzmem, którego nie da się opisać inaczej niż potrzebą bliskości. Moje biodra wciąż poruszały się miarowo, instynktownie, jakby ciało samo pamiętało melodię, której końcówka już była tuż tuż, ale wciąż nie chciało wybrzmieć ostatnim dźwiękiem.
    Ujeżdżałam ją na StrapOnie… a może to bardziej ja byłam ujeżdżana przez falę, która narastała we mnie z każdym głębokim zanurzeniem. Czułam ją przez zabawkę w każdym włóknie, pulsującą rytmem, rozlewającą się błogością, coraz bardziej intensywną. Olimpia patrzyła na mnie z dołu, oczy miała przymglone, roziskrzone, jej dłonie wciąż oplatały moje biodra, prowadziły mnie, ale już nie w rytmie, tylko w ekstazie, której nie dało się zatrzymać, a potem… przyszła.
    Nie jedna, nie cicha. Fala za falą, wstrząsy rozkoszy przebiegające przez moje ciało, jakby ziemia pod moją skórą drżała. Drgawki, skurcze przyjemności, spazm, który nie był końcem, tylko początkiem kolejnej fali. Zacisnęłam powieki, a moje usta wydały z siebie dźwięk nie krzyk, nie szept coś pośrodku, jakby dusza właśnie przeszła przez ciało.

    Upadłam na nią, cała w drżeniach. Jej ramiona otuliły mnie natychmiast. Przytuliłam twarz do jej szyi i próbowałam złapać oddech, który uciekał z moich płuc z każdym pocałunkiem, jaki zostawiała na moim czole, policzku, ustach.
    Zegar przestał istnieć. Zostało tylko bicie naszych serc zsynchronizowane, głębokie, spowolnione. Czułam ją całą, jej zapach, ciepło, wilgotny dotyk czoła, które oparła o moje. Jej palce głaskały moje plecy powoli, jakby rysowała po mnie zapamiętane ścieżki, a ja… ja po raz pierwszy od bardzo dawna czułam się tam, gdzie powinnam być.
    Nasze usta spotykały się w miękkich, długich pocałunkach nie łapczywych, lecz czułych, pełnych tego, co zostało po burzy. Ciepła, zaufania, świadomości, że wszystko wydarzyło się naprawdę.

    Leżałyśmy splecione nogi, dłonie, oddechy. Całe. Kompletne. Ukołysane tą nocą, która zaczęła się niepewnością, a kończyła czymś, czego nawet nie potrafiłam jeszcze nazwać, ale czułam to pod skórą. W spojrzeniu Olimpii i w smaku jej ust, które z każdą chwilą stawały się dla mnie coraz bardziej znajome.

    – Nie mogę się Tobą nasycić – wyszeptałam, muskając czubkiem nosa jej linię żuchwy. Moje palce zataczały leniwe kręgi na jej plecach, a usta odnajdywały na nowo smak jej skóry, teraz cieplejszej, pachnącej snem i potem.
    Olimpia uśmiechnęła się z półprzymkniętymi oczami, jedną dłonią głaszcząc mój kark.
    – To dobrze. Bo ja jeszcze nie skończyłam – odpowiedziała z takim spokojem, że aż przeszedł mnie dreszcz.
    Jej dłoń przesunęła się po moim udzie, wolno, z intencją. Nasze nogi znów splatały się, jakby instynktownie szukały rytmu tego jedynego, który prowadził do ostatniego ognia.
    – Chodź tu… bliżej – powiedziała cicho, pociągając mnie ku sobie. Nasze ciała zsunęły się niżej po łóżku, aż dotknęłyśmy się miejscem, które drżało jeszcze od wspomnień poprzednich chwil.
    Pocałowała mnie. Najpierw miękko, jakby chciała uspokoić, ale już po chwili nasze usta tańczyły razem, a oddechy przyspieszyły, tworząc tło dla jęków, które przemykały między wargami.
    – Czujesz to? – zapytała, muskając moją skroń.
    – Całą sobą – odpowiedziałam, szczerze, bez wstydu. – Pragnę cię. Wciąż.
    Olimpia wsunęła dłoń pod moje udo i uniosła mnie nieco, przysuwając bliżej. Gdy nasze uda się zetknęły, poczułam znajome napięcie drgające gdzieś w rdzeniu kręgosłupa. Ułożyłyśmy się naprzeciw, nasze ciała w lustrzanym odbiciu kolana zgięte, uda splecione, a kobiecość dotykała kobiecości.
    Z początku było powoli, jak taniec, który zna się od zawsze. Ruch za ruchem, spojrzenie za spojrzeniemn a potem… tempo zaczęło rosnąć. Jak fala, która najpierw łagodnie podmywa piasek, by w kolejnej chwili runąć z całą siłą.
    – Sabina… – jęknęła cicho, drżąc pod moimi ruchami.
    – Mów do mnie – poprosiłam zachłannie, czując jak nasze wnętrza rezonują.
    – Jesteś cudowna… jesteś piękna…jesteś seksowna.
    W naszych ruchach było już wszystko, zachłanność, oddanie, pragnienie, które pulsowało między udami. Pocierałyśmy się, prowadzone tym samym ogniem, tym samym dźwiękiem, który stawał się coraz głośniejszy, jęki, westchnienia, krótkie, rwane słowa, a w końcu już tylko imię.
    – Olimpia… – wyszeptałam, tracąc twardość głosu. – Nie przestawaj… jeszcze trochę…
    Nasze uda spotykały się w rytmie, ciało w ciało, aż granice się zatarły. Byłyśmy jedną drżącą falą. Ja na niej, ona na mnie aż do samego szczytu, kiedy rozkosz rozlała się we mnie szeroko, głęboko, bez końca.
    Złapałam ją za rękę. Ścisnęłam mocno, gdy fala przeszła przez moje ciało z taką intensywnością, że aż zaparło mi dech. Olimpia też krzyknęła cicho, nieco niżej, w gardle, jakby echo mojej ekstazy przetoczyło się przez nią z równą siłą.
    Upadłyśmy z powrotem, splątane, bez słów, tylko z oddechem, który stopniowo wracał. Jej czoło oparło się o moje. Uśmiechnęłyśmy się w milczeniu i wtedy pojęłam, ta noc, te pocałunki, to wspólne tętno… nic nie było tylko ciałem.
    To było serce i coś, co w nim zaczynało się rodzić.

    Leżałyśmy jeszcze przez długi czas splątane, rozgrzane, pachnące sobą nawzajem. Dotyk nie przestawał płynąć, tylko zmieniał rytm: z zachłannego na miękki, z burzliwego na kołyszący, jakby nasze ciała syte, ale niespełnione chciały wciąż pamiętać.
    Moje usta odnalazły zagłębienie tuż przy obojczyku Olimpii. Jej dłoń błądziła po moich plecach, rysując delikatne wzory paznokciem, raz po raz wracając do punktu tuż nad kręgosłupem, który zawsze drżał, gdy go dotykała.
    – To było… – zaczęłam, ale nie dokończyłam.
    – Wiem – odpowiedziała cicho, całując mnie w skroń. – I też chcę jeszcze. Ale może… za godzinę?
    Zaśmiałam się miękko, wtulając twarz w jej szyję.
    – Zgoda. Godzina przerwy. Może pół.
    – Umowa, pani niecierpliwa. – Jej głos miał w sobie to zaspane ciepło, które miękko osiada między żebrami.
    Jeszcze przez chwilę leżałyśmy w milczeniu, aż w końcu przewróciłam się na plecy i przeciągnęłam leniwie, jak kot.
    – Mamy kawę? – zapytałam, unosząc jedną powiekę.
    – Mamy też chleb i jajka, ale nie wiem, czy pozwolę ci wstać.
    – Możesz mnie zaciągnąć do kuchni, lecz tylko w flaneli.
    Uśmiechnęła się, przewróciła na bok i podniosła. Wsunęła na siebie swoją szaro-białą koszulę lekko za dużą, z załamanym kołnierzem i drobnymi guzikami, które zapięła tylko do połowy. Rękawy miała podwinięte niedbale. Wyglądała jakby wyjęta z jakiegoś snu o północnych lasach.
    Podała mi moją błękitno-białą, z miękkiej bawełny. Gdy ją założyłam, pachniała jeszcze wczorajszym deszczem i… nią.
    W kuchni było cicho. Słońce przemykało przez firankę, rysując pasy światła na blacie. Olimpia stała przy kuchence, z lekko zmierzwionymi włosami i z półuśmiechem, który nie znikał nawet wtedy, gdy próbowała nie przypalić jajecznicy.
    – Wyglądasz, jakbyś miała właśnie powiedzieć coś bardzo romantycznego. – Podeszłam do niej, obejmując ją od tyłu.
    – Myślałam raczej o soli – zaśmiała się, sięgając po przyprawę – ale mogę być romantyczna.
    Odwróciła się, stając twarzą w twarz.
    – Powtórzymy to. Tyle razy, ile zechcesz. Ale każda noc będzie inna.
    – A poranki? – zapytałam, muskając jej usta.
    – Poranki będą takie same.
    – W jakim sensie?
    – Ciepła flanela, ciepłe dłonie i ciepła kawa. Tyle wystarczy.
    Usiadłyśmy przy stole z rozczochranymi głowami, bez stanika, z bosymi stopami zahaczającymi się pod blatem. Jadłyśmy niespiesznie, uśmiechając się nad tostami, dzieląc się dżemem i wspominając momenty, w których straciłyśmy oddech czasem dosłownie, czasem metaforycznie.
    – A gdyby tak… zostać dziś w domu? – zapytała.
    – A gdyby tak zostać w tym łóżku do wieczora? – odpowiedziałam pytaniem.
    – I powtórzyć wszystko?
    – Od pocałunków aż po śniadanie. W nieskończoność.
    Zgasiłyśmy światło w kuchni nieco później, wracając znów do tej pościeli, która znała już nasze imiona wyszeptane, wyjęczane, wyszeptane znów.
    Kiedy zgasły wszystkie słowa, zostały tylko dłonie i ta flanela oraz ona.

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    Iva Lions