Blog

  • Kolezanka Mamy

    Dzień był dziwnie cichy, choć za oknem tętniło życie. Maj niby powinien być lekki, słoneczny, ale niebo miało w sobie coś z października ciężkie chmury i to przygaszone światło, które lubię najbardziej, bo w takim świetle łatwiej się oddycha i łatwiej patrzy na nią, na Klaudię.

    Zawsze siadała przy oknie z kubkiem zielonej herbaty. Tego dnia miała na sobie turkusową sukienkę tę, w której wygląda jak… nie wiem, jak coś między królową a bohaterką smutnego filmu, którego końca nigdy nie chcę znać. Lubiłam, jak w niej wyglądała, lubiłam, że udawała, że ten kolor coś zmienia.
    Klaudia… Dla wszystkich była po prostu koleżanką mojej mamy, dla mnie kimś znacznie ważniejszym. Mama, Bogna, poznała ją jeszcze na studiach, kiedy Klaudia była na niższym roku socjologii. Zbliżyły się wtedy do siebie na dobre, a z biegiem lat ta relacja tylko dojrzewała. Widują się do dziś regularnie, czasem częściej niż niektóre siostry. Klaudia była przy mamie w ważnych momentach życia, także wtedy, gdy na świecie pojawiłam się ja. Dorastałam z myślą, że to taka trochę ciocia niby nie z rodziny, ale bliższa niż niejedna krewna.
    Z czasem nasza relacja zaczęła wymykać się prostym definicjom. Najpierw były rozmowy o rzeczach, o których z mamą jakoś trudniej. Szkoła, emocje, chłopcy… potem też o tym, czego się w sobie boję. Klaudia słuchała inaczej. Była obecna. Pomagała mi w historii, w życiu i w głowie.

    Wszystko zaczęło się zmieniać po jej wypadku samochodowym, niezbyt groźnym w papierach, ale wystarczająco poważnym, by przez kilka miesięcy chodziła o kulach. Już była sprawna, porusza się normalnie, ale wiem, że ból nadal w niej siedzi, nie tylko ten fizyczny. Czasem widać to w jej ruchach, częściej w oczach, jakby coś ciągle ważyło za dużo. Mama wspierała ją, oczywiście, ale to ja zaczęłam do niej zaglądać częściej. Z własnej potrzeby, nie z obowiązku. Chciałam, żeby znów się uśmiechała, choćby tym swoim półuśmiechem, który niczego nie obiecuje, a jednak daje wszystko. Zbliżyłyśmy się. Bardziej, niż powinnyśmy? Nie wiem. Wiem tylko, że przy niej czułam się spokojna, piękna. Dostrzegana i może to właśnie mnie przeraża najbardziej.
    Nie wiem, co czuła Klaudia. Wiem, że była samotna, że miała kiedyś długi związek na studiach, ale potem już tylko epizody czasem z facetami, czasem z kobietami, że seks z kobietą opisywała kiedyś jako coś bardziej namiętnego i że dziś żyła sama z herbatą, książkami i pracą konsultingową, która raz ją pochłania, a raz nudzi. Miała 37 lat i spojrzenie, w którym można się zgubić.
    Ja miałam 17 lat. Byłam brunetką, szczupłą, może trochę pogubioną. Z mamą miałam dobry kontakt, ale to Klaudia zna moje cienie. Tylko przed nią się otwierałam. Miałam jedną dziewczynę, trochę bardziej przyjaciółkę niż partnerkę. Kilka pocałunków, żadnych deklaracji. Pragnienia, które chowałam głęboko, bo przecież mama nie zrozumie. Ona lubiła świat prosty, poukładany, a ja byłam skomplikowana.
    Z Klaudią to wszystko jest zawieszone między troską a pragnieniem, między zaufaniem a czymś, czego nie potrafię jeszcze nazwać, ale kiedy patrzyłam, jak siadała przy oknie w swojej turkusowej sukience z kubkiem zielonej herbaty… wiedziałam, że moje serce nie pytało, co wolno.

    Weszłam bez pytania, jak zawsze. Zostawiłam za sobą deszczowe popołudnie i całe to zamieszanie, które wciąż dźwięczy mi w głowie. Krótkie szorty, bluza z kapturem byle wygodnie. Byle szybciej do niej.
    – Hej, ciociu – powiedziałam cicho. – Mam ochotę na twoją herbatę i twoją ciszę.
    Uśmiechnęła się. Tak, jak tylko ona potrafi  bez przesady, bez wymuszonej wesołości. Po prostu lekko, ciepło. Jakby coś we mnie rozumiała.
    – Masz szczęście. Jedno i drugie mam w nadmiarze.
    Usiadłam przy jej nogach, na podłodze, blisko. Tak blisko, że czułam ciepło jej skóry przez cienki materiał sukienki. Moje ramię musnęło jej kolano. Nie cofnęłam się. Nie chciałam. Chciałam być blisko. Nawet jeśli wciąż nie wiedziałam, co to dokładnie znaczy.
    – Źle się dziś czuję – mruknęłam. – Głowa mi pęka, a w środku… burza. Nie wiem, czy przez pogodę, czy przez życie.
    Nie odpowiedziała. Nie musiała. Złapała moją dłoń i położyła na swojej. Tak po prostu. I ta cisza, która między nami zapadła, była bardziej znacząca niż tysiące słów.
    Zamknęłam oczy. Oparłam głowę o jej łydkę. Czułam, jak oddycha, jak cicho porusza się w fotelu, jak pachnie jej herbata i skóra i coś jeszcze. Coś, co było we mnie od dawna, ale dopiero teraz zaczynało mieć kształt. Może tęsknota. Może głód bliskości. Może pragnienie, którego wciąż się bałam.
    – Naprawdę boli cię głowa? – zapytała.
    Kiwnęłam głową.
    – Z tyłu… tu. – Dotknęłam karku. – Taki pulsujący ból. Jakby napięcie. Jakby wszystko się tam zebrało.
    Zaoferowała pomoc. Jej głos był miękki. Intymny. Taki, od którego serce bije szybciej.
    – Zaufam ci – wyszeptałam. I znów zamknęłam oczy.
    Jej dłonie były delikatne, a zarazem pewne. Czułam ich ciepło, gdy dotykała karku, potem ramion. Masaż był spokojny, rytmiczny. Każdy ruch przynosił ulgę, ale też coś więcej – coś, co rozlewało się pod skórą jak ciepło, jak dreszcz. Zadrżałam.
    – Masz napięcie w całych ramionach – powiedziała, a jej głos był tak blisko, że poczułam go gdzieś między żebrami.
    – Mhm… Twoje dłonie mają magię – wymruczałam. To wymsknęło się samo. Jak wszystko, co przy niej się dzieje.
    Otworzyłam oczy i spojrzałam na nią z dołu. Była piękna w tym świetle – łagodna, skupiona, inna niż wszyscy. Silna w swojej cichej kruchości.
    – Jesteś taka ciepła… I silna, mimo wszystko.
    Nie odpowiedziała. Ale w jej spojrzeniu było coś, co sprawiło, że chciałam zostać tam na zawsze.
    – Dziękuję, ciociu… – powiedziałam, choć to słowo już nie pasowało. Brzmiało jak maska, która zaczyna spadać.
    Pocałowała mnie w czoło. Delikatnie. Jakby to był znak. Jakby coś we mnie pobłogosławiła.
    Później siedziałyśmy razem, owinięte kocem, milcząc. Moja głowa była lżejsza, ale serce – cięższe. Jakby dotyk ułożył moje myśli, ale rozbudził coś, czego nie potrafiłam jeszcze nazwać.
    Zaproponowała herbatę, a ja się sprzeciwiłam. Nie lubię, gdy wszystko robi za mnie. Gdy widzi mnie tylko jako kogoś, kogo trzeba chronić. Chcę, żeby widziała mnie naprawdę.
    W kuchni było cicho. Trochę zbyt cicho. Ustawiałam kubki, sięgałam po torebki z herbatą. Zwykłe gesty. Ale w mojej głowie buzowało.
    W końcu zapytałam. Głupio. Prosto.
    – Klaudia… myślałaś kiedyś, że są ludzie, którzy cię widzą? Tak… naprawdę?
    Zamarła. Ja też.
    Ale potem odwróciła się do mnie. Spokojnie. I powiedziała, że tak. Że rzadko. Ale tak.
    – Ja… czasem się boję, że patrzę na kogoś za bardzo – wyszeptałam. – Że to, co czuję… to nie to, co powinnam.
    Trzymałam kubek kurczowo. Jakby mógł mnie uratować.
    Podeszła. Dotknęła mojego ramienia. Ciepło, miękko.
    – To, co czujesz, nie jest złe tylko dlatego, że jest inne – powiedziała. – Serce nie zna słowa „powinno”.
    Nie wiem, czy wtedy zaczęłam płakać. Ale coś we mnie pękło. I coś się otworzyło.
    – Dobrze, że jesteś – wyszeptałam.
    – Ty też.
    Wróciłyśmy do salonu. Usiadłyśmy razem, ramieniem przy ramieniu. Jej dłoń była obok mojej. Nasze palce się musnęły.
    Nie cofnęła ich. Nie trzeba było mówić więcej. Nie tego dnia, ale coś się wydarzyło. Cicho. Prawdziwie.

    Siedziałyśmy obok siebie na kanapie, a ja czułam, jak moje serce bije o sekundę za szybko. W kubku parowała herbata, jaśminowy zapach unosił się wokół nas, jakby próbował ukoić moje myśli, ale to nie działało. Klaudia była tak blisko. Tak ciepła. Tak prawdziwa. I choć milczałyśmy, ja czułam, jak z każdą sekundą opadają między nami kolejne warstwy.
    Jej dłoń leżała tuż przy mojej. W pewnym momencie delikatnie się dotknęłyśmy zupełnie naturalnie, niechcący, ale żadna z nas nie cofnęła ręki. Wręcz przeciwnie. Ten dotyk, tak zwykły, a jednak… rozedrgał coś we mnie. W gardle poczułam znajome napięcie – jakbym zaraz miała powiedzieć coś, czego nigdy nie wypowiedziałam.
    – Chcesz zostać na noc? – zapytała cicho, patrząc gdzieś w przestrzeń, nie na mnie.
    Zamrugałam, zanim odpowiedziałam.
    – Tak – powiedziałam tylko.
    I już wiedziałam, że to nie będzie taka zwykła noc.
    Później było wszystko tak… miękko znajome. Przebrałam się w krótkie spodenki i bawełniany top, jak zawsze, gdy u niej zostawałam. Pomogłam jej w łazience, zresztą jak zwykle, ale dziś moje dłonie wydawały się bardziej świadome. Widziałam ją wcześniej tak wiele razy… a jednak teraz widziałam ją inaczej. Piękną, kruchą i silną jednocześnie.
    Kiedy przyszłam do salonu, siedziała już pod kocem. Miałam wrażenie, że czeka na mnie nie na film, nie na towarzystwo. Na mnie.
    Usiadłam obok i oparłam głowę o jej ramię.
    – Wiesz… – zaczęłam, patrząc gdzieś w ekran telewizora, gdzie cicho leciał stary film, którego żadna z nas tak naprawdę nie oglądała – …czasem się zastanawiam, czy nie jestem jakaś inna.
    – Każdy czasem się tak czuje – odpowiedziała spokojnie.
    – Nie, ja… chodzi o to, że… ludzie myślą, że jestem pewna siebie, a ja… ja się czasem cholernie boję. Tego, co czuję. Tego, że mogę coś zniszczyć.
    Milczała przez chwilę. Czułam jej ciepły oddech gdzieś przy moim czole.
    – Co mogłabyś zniszczyć? – zapytała spokojnie.
    Odwróciłam głowę. Spojrzałam na nią blisko, bardzo blisko. Moje usta były już tylko kilka centymetrów od jej twarzy.
    – To – wyszeptałam. – Nas.
    Jej oczy lekko się rozszerzyły. Zadrżała. Może z emocji, może z tego, że pierwszy raz wypowiedziałam to na głos.
    Nie pocałowałam jej, jeszcze nie, ale pozwoliłam sobie patrzeć tak długo, jak tylko mogłam.
    Czułam, jak między nami rośnie napięcie ciepłe, niespieszne, pełne tęsknoty. Cień wyznania padł dziś wieczorem. Niezaprzeczalnie i był piękny.

    Siedziałyśmy przytulone, a film płynął obok nas jak szum spokojnego potoku niby obecny, ale nieistotny. Moje słowa te wypowiedziane chwilę temu nadal wisiały w powietrzu. „To. Nas.”. Czułam je na skórze, w brzuchu, w sercu, jak echo, które nie chce zniknąć. Klaudia nic nie powiedziała, ale nie musiała. Jej dłoń przesunęła się wzdłuż mojej i lekko zacisnęła palce na moich. Jej kciuk poruszał się powoli, delikatnie, jakby badała każdy centymetr mojej dłoni gest, który nie był już tylko czuły. Był świadomy.
    Nie patrzyłyśmy sobie w oczy. To byłoby zbyt wiele. Za dużo prawdy, ale nasze ciała już mówiły. O czułości, o bliskości, która rosła poza słowami.
    W pewnym momencie film się skończył. Ekran przygasł, a cisza zalała pokój jak fala.
    – Idziemy spać? – zapytała szeptem, a ja tylko skinęłam głową.
    Zawsze spałam w pokoju gościnnym, tuż obok. Ale tej nocy… nic nie było takie jak wcześniej.
    Obudziłam się nagle. Zegarek na komodzie pokazywał trzecią w nocy. W domu było cicho, ale coś mnie wyrwało ze snu. Może to było westchnienie. Może moje imię wypowiedziane cicho, jak modlitwa. Nasłuchiwałam przez chwilę, z bijącym sercem.
    Znowu. Cichy jęk. Nie bólu, nie fizycznego zmęczenia. Raczej duszy.
    Wstałam powoli, wciąż w tym samym miękkim topie i szortach, stopy bose. Przeszłam na palcach przez korytarz. Drzwi do jej sypialni były lekko uchylone. Zobaczyłam ją leżała na plecach, jej czoło było zmarszczone, dłonie nerwowo zaciśnięte w pościeli.
    Zawahałam się tylko przez moment. Zapukałam delikatnie, jakby to miało znaczenie.
    – Klaudia? – wyszeptałam.
    Otworzyła oczy, trochę zdezorientowana, trochę zawstydzona.
    – Sara… obudziłam cię?
    Pokręciłam głową, wchodząc do środka.
    – Nie spałam dobrze… słyszałam, że chyba też nie śpisz najlepiej.
    Uśmiechnęła się słabo, zmęczona.
    – Miałam dziwny sen. Trochę… zbyt realny.
    – Może potrzebujesz towarzystwa? – zapytałam ostrożnie. – Tylko rozmowy.
    Skinęła powoli głową. Przesunęła się na łóżku, robiąc mi miejsce.
    Usiadłam przy niej, potem się położyłam nie blisko, jeszcze nie.
    – Chcesz powiedzieć, co ci się śniło?
    – To nie sen. To uczucia z którymi… nie potrafię sobie poradzić. Może nie powinnam ci mówić… ale czasem mam wrażenie, że tonę w tym wszystkim, że nie wiem, czy to, co czuję, jest dobre, czy złe, że się gubię.
    Spojrzała na mnie. Jej oczy były szkliste od emocji.
    – I wtedy jesteś ty. Zawsze ty. A ja czuję, że mogę oddychać.
    Moje serce biło jak szalone. Widziałam w niej coś kruchego, nagiego, pięknego i wiedziałam, że nie chcę jej tego mówić. Chciałam jej to pokazać.
    Zbliżyłam się do niej. Powoli, z ogromną ostrożnością. Moja dłoń dotknęła jej policzka. Czułam ciepło jej skóry. Przysunęłam się jeszcze bliżej.
    – Nie musisz nic mówić – wyszeptałam. – Ja też nie.
    I wtedy… delikatnie musnęłam ustami kącik jej ust. Powoli, jakby każda sekunda miała znaczenie.
    Czułam, jak zadrżała. Jej oddech przyspieszył, ale nie odsunęła się. Przeciwnie. Przymknęła oczy, jakby ten gest mój dotyk, mój pocałunek był dokładnie tym, czego potrzebowała. Moje usta zatrzymały się przy jej policzku, nieśmiałe, rozedrgane, nasłuchujące reakcji.
    Poczułam, jak jej dłoń powoli unosi się i dotyka mojej talii niepewnie, ale czule. Otworzyłam oczy i zobaczyłam, że ona również na mnie patrzy. Między nami była tylko cisza. Cicha, gęsta od emocji.
    Pocałowałam ją ponownie tym razem bliżej ust. I znowu. Bardziej śmiało. Czułam, jak jej usta lekko się poruszają, jak odwzajemniają. Były miękkie, ciepłe, drżące jak ja.
    – Sara… – wyszeptała w końcu, jej głos ledwo się przebił przez szept naszej bliskości. – Nie wiem, czy to dobrze.
    – Ale czy tego chcesz? – zapytałam, ledwo dosłyszalnie, z twarzą blisko jej twarzy, a palcami wplątanymi w delikatne pasma jej włosów.
    Nie odpowiedziała od razu. Tylko wciągnęła powietrze i przymknęła oczy, a potem jej usta dotknęły moich – już bez wahania, bez pytania.
    Pocałunek był inny. Głębszy. Powolny, jakbyśmy razem szukały siebie, układały się w tej nowej przestrzeni. Nie było pośpiechu, nie było lęku. Tylko potrzeba bycia blisko. Potrzeba, która od miesięcy drgała pod skórą.
    Leżałyśmy przy sobie, twarz przy twarzy, oddech przy oddechu. Moja dłoń spoczęła na jej boku, a jej palce przesunęły się po moim ramieniu.
    – Nie bój się, Klaudia – szepnęłam. – Jestem tu. Naprawdę.
    W odpowiedzi przytuliła mnie, przyciągając jeszcze bliżej. Nasze ciała splotły się w ciszy nocy wciąż ostrożnie, wciąż z szacunkiem, ale już bez wątpliwości. Nie potrzebowałyśmy słów, tylko dotyku, tylko obecności i tak, wtulone w siebie, pozwoliłyśmy, by ta noc stała się czymś, czego żadna z nas nie zapomni.
    Jej dłonie delikatnie przesunęły się po moich plecach, jakby chciała się upewnić, że naprawdę tu jestem, że to się dzieje, że nie jest sama. Nie mówiłyśmy już nic. Moje serce waliło jak oszalałe, ale jej dotyk koił każdy mój lęk.
    Podniosłam lekko głowę, by spojrzeć jej w oczy. Jej spojrzenie było miękkie, zamglone, ale wciąż pełne niepewności i pragnienia.
    – Chcę ci pokazać… jak bardzo jesteś dla mnie ważna wyszeptałam, ledwo słyszalnie.
    Zadrżała. Nie wiem, czy bardziej od emocji, czy mojego głosu, a może wszystkiego naraz.
    Moje usta znów odnalazły jej usta. Ten pocałunek był spokojny, głęboki i niosący wszystko, czego nie umiałam powiedzieć słowami. Pocałunki przesunęły się ku jej szyi, a potem znów wróciły do ust.
    Czułam pod palcami ciepło jej skóry, jej oddech, jej dreszcz. Moja dłoń przesunęła się po jej biodrze, nieśmiało, czule. Chciałam być blisko tak, jak nigdy wcześniej. Chciałam, żeby poczuła, że jest kochana. Że ktoś ją pragnie nie mimo, a właśnie z tym wszystkim, co w niej kruche i silne zarazem.
    Klaudia wciągnęła głęboko powietrze, zamykając oczy, kiedy moje usta delikatnie dotknęły jej obojczyka. Jej ciało było pod moim, spokojne, czekające. Nasze ruchy były ostrożne, jakbyśmy dopiero uczyły się siebie nawzajem, a jednocześnie jakbyśmy już od dawna wiedziały, jak bardzo chcemy być razem.
    Jej ręka wplątała się w moje włosy, przyciągając mnie bliżej.
    – Sara… – szepnęła z lekkim drżeniem. – To wszystko… to nie jest sen, prawda?
    Uniosłam się lekko, nasze twarze znów znalazły się naprzeciwko siebie. Pogładziłam kciukiem jej policzek.
    – Nie. To ja. To ty. To my – odpowiedziałam cicho. – I chcę być przy tobie. Tak naprawdę.
    Pocałunek, który nastąpił potem, był już zupełnie inny  namiętny, łaknący, ale jednocześnie niesamowicie czuły. Jej dłonie nie wahały się już tak bardzo. Moje ciało dopasowało się do jej, jakbyśmy od zawsze były dla siebie stworzone.
    Kiedy znalazłyśmy się jeszcze bliżej bez słów, bez barier wszystko stało się tylko o nas. O tej nocy. O miłości, która wymykała się regułom.
    Leżałyśmy w ciszy. Głowy tuż obok siebie, nasze oddechy zaczęły się synchronizować, jakbyśmy przez chwilę miały jedno serce, jedno tempo. Czułam pod skórą ciepło jej ciała, jej zapach… wszystko, co znajome, a jednocześnie nowe.
    Klaudia nie mówiła nic, ale jej dłoń lekko spoczęła na mojej, zaciskając ją z delikatnością, której nigdy nie doświadczyłam. Pocałunki ucichły, ich echo pozostało we mnie jak blizna po czymś pięknym.
    W końcu zamknęłam oczy, wtulona w jej ramię, czując się bezpieczna, spokojna. Czułam bicie jej serca. Czułam, że nie jestem sama.
    Zasnęłyśmy tak splecione bardziej emocjami niż ciałem.

    Poranek był cichy. Promienie słońca wpadały przez półprzymknięte żaluzje, rysując złote smugi na pościeli. Otworzyłam oczy pierwsza. Klaudia jeszcze spała, oddech miała spokojny, prawie dziecięcy. Przez chwilę tylko patrzyłam, chłonąc każdy detal  linię jej ust, cień rzęs na policzku, miękkość twarzy, którą tak rzadko widywałam bez maski dorosłości.
    Nie chciałam jej budzić, ale kiedy poruszyłam się lekko, jej powieki drgnęły.
    – Hej – wyszeptałam, prawie ze wstydem, jakbym obawiała się, że to wszystko okaże się snem.
    Otworzyła oczy. Patrzyła na mnie długo, jakby układała sobie rzeczywistość na nowo.
    – Jesteś jeszcze tutaj – powiedziała cicho. – Myślałam, że to…
    – Nie. Nie uciekam – przerwałam, zanim dokończyła. – Zostałam.
    Uśmiechnęła się, krótko, ledwo widocznie, ale prawdziwie.
    – Dziękuję – szepnęła i odwróciła wzrok, jakby nagle poczuła się zbyt odkryta.
    Siedziałyśmy potem w kuchni przy herbacie. Milczenie nie było niezręczne raczej pełne znaczeń, które jeszcze nie miały formy. Miałam na sobie jej za duży sweter. Ona ciepły szlafrok.
    – Dobrze mi było z tobą wczoraj – powiedziała cicho, patrząc na swoją filiżankę. – Po prostu… Dobrze.
    – Mnie także – odpowiedziałam i uśmiechnęłam się delikatnie.
    Nasze oczy się spotkały i to było wszystko, co mogłyśmy na razie powiedzieć.

    Drzwi mojego mieszkania zamknęły się za mną z cichym kliknięciem, a ja oparłam się plecami o zimne drewno, wypuszczając powietrze, jakbym dopiero teraz mogła naprawdę odetchnąć. Czułam się… inaczej. Nie potrafiłam jeszcze nazwać tego uczucia, ale wiedziałam jedno to, co wydarzyło się z Klaudią, nie było przypadkiem i nie było tylko chwilą słabości.

    Kilka dni minęło w półśnie. Ona wróciła do siebie, ja do swojego rytmu uczelnia, praca, życie, ale myśli biegały własnymi ścieżkami.
    Wymieniałyśmy wiadomości. Bezpieczne, krótkie, ale miały podtekst, który czułam całą sobą. Jej “dobranoc” o późnej porze, moje “jak się dziś czujesz” rano, emotki, które nigdy wcześniej się nie pojawiały ciepłe, miękkie, nieśmiałe. Każde powiadomienie wywoływało we mnie napięcie, radość, ale też niepokój.
    Usiadłam na łóżku z kubkiem gorącej kawy, przeglądając powiadomienia w telefonie i wtedy przypomniałam sobie o weselu.
    Basia, moja znajoma z podwórka, która była już na drugim roku studiów, zawsze miała w sobie coś rozbrajającego była zabawna, trochę szalona, ale bardzo lojalna. Byłyśmy ze sobą w kontakcie, a ona, jako jedna z nielicznych, zaprosiła mnie z osobą towarzyszącą. Termin był coraz bliżej, a ja jeszcze nie odpowiedziałam.
    Wcześniej myślałam, że po prostu pójdę sama, albo chłopakiem czy kolegą, ale teraz…
    Spojrzałam na ekran, na jej imię: Klaudia. Czekało na górze listy konwersacji.
    Pomyślałam o niej tam w tej sukience, przy białych lampionach, tańczącej wśród obcych ludzi. Może lekko niepewna, może z tym subtelnym uśmiechem, który robił mi coś dziwnego z sercem.
    Złapałam telefon.
    Napisałam:
    „Hej, pamiętasz, jak wspominałam o weselu znajomej? ??”
    Chciałam dopisać coś więcej, ale nagle straciłam pewność. Wysłałam tylko to. Poczekałam chwilę.
    „No jasne, coś tam mówiłaś. Coś się zmieniło?” – odpisała po chwili.
    Zawahałam się, ale potem palce same napisały:
    „Zastanawiałam się, czy nie chciałabyś iść ze mną. Jako moja osoba towarzysząca. Jeśli miałabyś ochotę…”
    Trzy kropki. Czekałam. Serce waliło mi jak oszalałe.
    Kiedy pojawiła się odpowiedź, czułam, jak miękną mi kolana:
    „Ty serio? Chciałabym. Bardzo, jeśli to nie będzie dla ciebie dziwne.”
    Uśmiechnęłam się do ekranu. W tej jednej chwili wszystko się rozjaśniło.
    „Dziwne? Nie. Chyba właśnie bardzo… naturalne.”

    Od tamtej wiadomości wszystko stało się… inne. Nie nazwane, ale wyczuwalne w każdym geście, każdym spojrzeniu. Przez kolejne dni, a potem tygodnie, żyłam jakby na dwóch poziomach. Jeden to był ten zwykły szkoła, praca, rytuały, drugi cichy, pulsujący pod skórą należał do niej.
    Spotykałyśmy się częściej, bez specjalnych powodów. Czasem wieczorem szłam do niej z butelką wina i czymś słodkim, innym razem przyjeżdżałam po prostu posiedzieć na tarasie z kubkiem herbaty. Lubiłam obserwować, jak się rusza powoli, z większą ostrożnością, jakby ciało jeszcze nie do końca jej ufało po tym, co przeszło. Mimo to z każdym dniem była pewniejsza, silniejsza, ale wciąż była w niej ta kruchość i to chyba ona mnie tak przyciągała.
    Spacerowałyśmy, czasem w ciszy, czasem rozmawiając o niczym i o wszystkim. Nie musiałyśmy się spieszyć. Była bliskość ciepło dłoni, które przypadkiem się stykały, a potem już nie odsuwały. Delikatne pocałunki nieśmiałe, jakby wypowiadane szeptem. Czułam, jak wciąga mnie to powoli, ale nie chciałam się bronić. I ona też nie próbowała. To było nasze jeszcze niezdefiniowane, ale już bardzo realne.
    Czas mijał w napiętym oczekiwaniu, a wesele zbliżało się jak punkt kulminacyjny czegoś, co od dawna dojrzewało między nami. Wciąż nie nazywałyśmy tego związkiem. Może z ostrożności, może z lęku, że słowa wszystko popsują. Ale kiedy patrzyła na mnie z bliska, z tą swoją miękką, spokojną uwagą – wiedziałam, że jesteśmy gdzieś pośrodku czegoś ważnego.

    Obudziłam się wcześnie, zanim jeszcze alarm zdążył pisnąć. Promienie słońca przesączały się przez żaluzje, tańcząc na pościeli jak złote nitki. Przeciągnęłam się, przeciągając chwilę spokoju, ale myśli i tak były szybsze niż poranna kawa. Wesele.
    Dziś.
    Westchnęłam i spojrzałam na sukienkę wiszącą na drzwiach szafy. Wiśniowa, miękka, opinająca sylwetkę, ale z klasą. Kobieca. Trochę bardziej odważna, niż zwykle bym wybrała, ale dzisiaj nie chciałam być zwykła. Chciałam być zapamiętana dla niej.
    Klaudia miała podjechać po mnie około czternastej. Napisała jeszcze w nocy, że czeka na ten dzień, ale dodała też, że trochę się denerwuje. Uśmiechnęłam się do wspomnienia tej wiadomości. Było w niej coś rozczulającego. Ta silna, dorosła kobieta – i to ledwo widoczne drżenie między słowami.
    Czas płynął szybciej niż zwykle. Makijaż. Włosy rozpuszczone, lekko pofalowane, z połyskiem. Czułam się dobrze. Czułam się… ładnie, ale to nie było najważniejsze. Ważne było, jak się czułam w środku, jakbym czekała na coś, co może zmienić wszystko.
    Dźwięk domofonu wyrwał mnie z myśli. Spojrzałam na zegarek, była punktualna.
    Zbiegłam na dół i kiedy ją zobaczyłam, zaparło mi dech.
    Klaudia wysiadła z samochodu w granatowej sukience do połowy uda, z lekkim rozcięciem i krótkim rękawem, który odsłaniał elegancko zarysowane ramiona oraz w pończochach i eleganckich szpilkach, które ubrała pierwszy raz od wypadku. Włosy miała spięte w niski, swobodny kucyk z kosmykami włosów opadającymi po obu stronach twarzy, a wokół szyi cienki łańcuszek, który błysnął w słońcu.
    Patrzyła na mnie tak, jakby coś zatrzymało jej oddech i ja chyba też przez chwilę nie mogłam oddychać.
    – Wyglądasz… pięknie – powiedziała w końcu cicho, z tym uśmiechem, który już znałam. Trochę zawstydzony, ale prawdziwy.
    – Ty też – odpowiedziałam równie cicho. – Mam ochotę cię pocałować, ale boję się rozmazać szminkę.
    Roześmiała się. Ta jej miękka, niska barwa.
    – To może… później?
    – Może – odparłam, wsiadając do samochodu, ale wiedziałam, że później będzie dzisiaj miało zupełnie inny smak.

    Sala była piękna – elegancka, w stonowanych kolorach, z miękkim światłem i pachnącymi kwiatami. Basia uśmiechnęła się do mnie szeroko, gdy nas zobaczyła razem, a potem spojrzała znacząco na Klaudię.
    – Ty musisz być Klaudia – powiedziała z rozbawieniem. – Już wiem, czemu Sara odmówiła Radkowi.
    Zarumieniłam się. Klaudia tylko uniosła lekko brew i odpowiedziała z klasą:
    – Obawiam się, że nie mogę konkurować z Radkiem, ale zrobię wszystko, żeby Sara dobrze się dziś bawiła.
    O Boże.
    Nie wiem, czy to sposób, w jaki to powiedziała, czy to, jak na mnie wtedy spojrzała, ale moje kolana stały się miękkie jak wata.
    Wieczór mijał w ciepłym, trochę szampańskim rytmie. Rozmawiałyśmy z ludźmi, tańczyłyśmy – najpierw w grupie, potem w duecie. Przy którejś wolnej piosence Klaudia objęła mnie w talii i przyciągnęła delikatnie, pytając wzrokiem, czy może. Kiwnęłam głową. Przylgnęłam do niej. Moje policzki dotykały jej szyi, pachniała cytrusowym perfumami i czymś bardziej miękkim, ciepłym, jak dom.
    W tym objęciu świat trochę zniknął. Została tylko muzyka, ciepło, zapach skóry i bicie serca jej serca i ja. Zamknęłam oczy i poczułam, jak opiera policzek o moją skroń.
    – Dziękuję, że mnie zabrałaś – wyszeptała.
    – A ja… że przyszłaś.

    Sala stopniowo napełniała się muzyką, śmiechem, zapachem jedzenia i mieszaniną perfum. Kryształowe kieliszki odbijały światło żyrandoli, obrusy były idealnie gładkie, a kwiaty na stołach pachniały wiosennie choć był środek lata.
    Nie liczyło się jednak nic z tych detali.
    Bo od chwili, gdy weszłyśmy razem, czułam się tak, jakby czas zaczął biec osobnym torem. Wszystko wokół było lekkim, kolorowym tłem, a najostrzejszym obrazem była Klaudia. Jej uśmiech. Jej spojrzenia. Jej dłonie, które dotykały mnie tylko w niepozornych gestach: gdy poprawiała mi ramiączko sukienki, gdy podała kieliszek, gdy wzięła mnie za rękę, prowadząc na parkiet.
    Tańce były wirujące, swobodne, czasem pełne śmiechu, a czasem tak ciche, że aż drżałam od tego milczenia. Zbliżenie bioder. Przesuwające się palce. Splot ramion przy wolnych utworach. Jej dłoń na moich plecach – ciepła, pewna, a jednocześnie uważna, jakby bała się zrobić zbyt wiele.
    Rozmawiałyśmy z ludźmi śmiała się z moimi koleżankami, zyskała sympatię ich partnerów, odpowiadała z wdziękiem na pytania o naszą znajomość. Odpowiadałyśmy unisono, śmiejąc się, wymieniając spojrzenia, które mówiły więcej niż słowa.
    – To twoja… – zapytała Basia, gdy zostałyśmy na chwilę same. Jej ton był miękki, nieoceniający.
    – Jeszcze nie – odpowiedziałam cicho, pozwalając sobie na szczerość. – Ale może.
    Spojrzała na mnie z ciepłym zrozumieniem i dotknęła lekko mojego ramienia.

    Z każdą kolejną godziną stawałam się coraz bardziej świadoma jej obecności. Dotyku materiału jej sukienki, zapachu perfum, sposobu, w jaki patrzyła, gdy sądziła, że nie widzę. Jej usta lśniły w przygaszonym świetle. Skóra na szyi miała kolor śmietankowy, z drobnymi pieprzykami, które kusiły mnie myślą, że mogłabym je poznać z bliska. Nie chciałam, żeby to się kończyło, ale kończyło się. Powoli, jak piosenka, która już brzmi ciszej, chociaż nikt jeszcze nie wyłączył muzyki.

    Wracałyśmy w ciszy, obie zmęczone, ale przepełnione czymś gorącym i drżącym. Jej dłoń spoczywała na moim udzie, w geście zupełnie zwyczajnym… ale ja czułam, jak prąd przebiega mi po kręgosłupie. Patrzyłyśmy przed siebie, ale światła mijanych latarni zostawiały na jej twarzy cień i blask, który kusił, by się pochylić i dotknąć, poczuć.

    W domu było cicho. Odpinałyśmy buty, śmiejąc się szeptem. Podeszłyśmy do kuchni napić się wody. Rozpuszczone włosy, rozpięty guzik sukienki. Wszystko było powolne, intymne. Wystarczyło jedno spojrzenie.
    – Chodź – powiedziała cicho. – Tylko na chwilę.
    I poszłam do jej pokoju, do jej łóżka.
    Nie rozmawiałyśmy. Ramiona znalazły drogę do siebie jakby od zawsze tam należały. Jej dłoń na moich plecach. Moje usta przy jej szyi. Pocałowałam ją powoli, delikatnie. Ona odpowiedziała.
    Pocałunki były spokojne, ciepłe, łagodne. Jakbyśmy bały się cokolwiek zburzyć. Nie było w nich pośpiechu, ani odwagi sięgnąć dalej. Tylko pragnienie bycia blisko, uczciwie i czule. Nasze oddechy splatały się, a potem z czasem stawały się coraz wolniejsze.

    Wciąż je czułam coraz głębsze, pewniejsze, bardziej świadome. Klaudia przysunęła się do mnie bliżej, tak że nasze uda się zetknęły. Jej palce błądziły powoli wzdłuż moich pleców, jakby chciała zapamiętać kształt każdej kości, każdej krzywizny, każdego miejsca, w którym napinała mi się skóra.
    Wsunęłam dłoń w jej włosy. Miękkie, ciepłe, pachnące delikatnie szamponem i jej – zapachem, który znałam już z bliskości poranków i objęć, ale teraz zdawał się intensywniejszy, bardziej osobisty.
    Klaudia jęknęła cicho w pocałunku, gdy musnęłam jej dolną wargę zębami. Było w tym coś niewinnego, a jednocześnie tak namiętnego, że serce zaczęło mi bić mocniej. Cała moja świadomość przesunęła się z myśli w ciało.
    Gdy położyłam dłoń na jej biodrze, nie cofnęła się. Wręcz przeciwnie jej ręka zsunęła się na mój bok, a potem niżej, na linię uda. Każdy jej ruch był miękki, powolny, ale zdecydowany. Nikt tu się nie spieszył. Nie było niecierpliwości. Tylko uważność.
    Dotykałyśmy się przez materiał sukienek, najpierw ostrożnie, potem z coraz większym zaufaniem. Nasze oddechy przyspieszyły. Otworzyłam oczy i spojrzałam na nią też patrzyła. Jej spojrzenie było jak ogień: czuły, rozedrgany, głęboki. Nie trzeba było żadnych słów.
    – Sara… – szepnęła, a ja zamknęłam jej usta kolejnym pocałunkiem, cichym i miękkim.
    Jej palce zsunęły się na moją szyję, potem w dół, zatrzymując się na piersi. Przesunęła się lekko nade mną, jakby pytała mnie spojrzeniem, czy może… a ja odpowiedziałam ciałem. Westchnieniem. Uniesieniem bioder. Drżeniem.
    Materiał sukienek między nami był barierą tylko przez chwilę. Kiedy powoli się ich pozbyłyśmy, robiłyśmy to z czułością i podziwem, jakbyśmy rozpakowywały siebie nawzajem nieśpiesznie, z zachwytem. Dotykałam jej ciała z miękką ciekawością, ona zaś pieściła mnie z czułością, której się nie spodziewałam.
    Skóra na skórze. Splot nóg. Ciepło jej brzucha przy moim. Pocałunki na obojczyku, szyi, piersi. Dłonie sunące od karku po biodra, jakby chciały objąć całą mnie. Każdy szept, każdy oddech, każde westchnienie budowało między nami coś nieodwracalnego.
    A kiedy w końcu zatonęłyśmy w sobie, nie było już miejsca na niepewność. Była tylko miękkość naszych ciał, rytm oddechów, drżenie wspólnego napięcia, które narastało i opadało jak fale.
    Nie szukałam tego wieczoru potwierdzenia. Nie potrzebowałam deklaracji., tylko jej, tylko tej chwili.

    Klęczałyśmy naprzeciwko siebie, z podwiniętymi nogami na łóżku, blisko tak, że czułam ciepło bijące z jej ciała, zanim jeszcze dotknęły mnie jej dłonie.
    Zsunęłyśmy z ramion sukienki, powoli, z niemal ceremonialną czułością. Materiał zsunął się po naszych sylwetkach jak woda, zostawiając nas w samej bieliźnie ja naga prawie całkowicie, ona w pończochach, które dodawały jej czegoś niepokojąco pięknego. Zatrzymałam wzrok na niej. Była jak sen utkany z ciszy, z miękkiego światła i skrywanego drżenia.
    Jej palce dotknęły mojego policzka, a potem znów całowałyśmy się, dłużej, głębiej, z wolna, jakby nasze języki tańczyły ze sobą w rytmie, którego nie da się opisać słowami,  tylko czuć.
    Każdy pocałunek był jak kolejna nuta w melodii, której nie chciałyśmy przerywać. Czas przestał mieć znaczenie. Było tylko to: smak jej ust, jedwab skóry, rytmiczne pulsowanie bliskości.
    Objęłyśmy się ramionami, splecione, oddychające w tym samym tempie. Jej dłonie sunęły po moich plecach jak aksamitne muśnięcia wiatru. Moje wędrowały po jej ramionach, barkach, talii odkrywały ją nieśpiesznie, jakby chciały nauczyć się jej na pamięć.
    Pochyliłam się do przodu i złożyłam pocałunek na jej szyi, tuż pod uchem. Westchnęła cicho, przesuwając dłonie na moją talię. Nasze ciała zbliżyły się jeszcze bardziej już bez lęku, tylko z rosnącą pewnością i głodem bliskości. Nie potrzebowałyśmy słów. Wszystko było już wypowiedziane w spojrzeniach i drżeniu ust.
    Klaudia przysunęła się bliżej, tak że czułam jej uda przy swoich. Pocałowała mnie pod brodą, potem niżej jej usta zostawiały ślady czułości na mojej skórze, a ja niemal rozpływałam się w tym dotyku. Delikatność z jaką mnie odkrywała, sprawiała, że nie czułam się naga, czułam się… widziana.
    Chciałam, by czuła to samo., by wiedziała, że każdy mój gest jest odpowiedzią, że to nie tylko pragnienie, ale coś głębszego, coś, co narastało we mnie od miesięcy, choć może dopiero teraz zaczynałam to rozumieć. Objęłam ją, zanurzyłam się w niej całkowicie, wtulając się w ciepło jej skóry, w puls serca przy moim policzku. Nasze oddechy przyspieszały, splatały się, jakby szukały wspólnego rytmu.
    Wszystko było miękkie. Światło, cisza, ciało.
    I kiedy wreszcie przestałyśmy się całować tylko ustami, a zaczęłyśmy całować się gestami, oddechem i bliskością, wiedziałam, że nie ma już powrotu, że weszłyśmy razem w przestrzeń, gdzie nie było już niedopowiedzeń. Tylko czułość i ogień, splecione w jednym oddechu.
    Nie odrywałyśmy od siebie ust. Całowałyśmy się tak, jakby świat miał się zaraz skończyć łapczywie, bez wahania, z pragnieniem, które już dawno przestało być tylko niewinnym szeptem pod skórą. To było coś więcej. Coś, co nie potrzebowało już zgody, tylko obecności.
    Jej dłonie błądziły po moim ciele, nieśpieszne, ale świadome. Czasem ujmowały moją szyję, innym razem wsunęły się w moje włosy, muskając je z taką delikatnością, jakby były jedwabnym materiałem, który należało najpierw poznać, a dopiero potem objąć. Czułam się w tych gestach… piękna chciana. Bezbronna i bezpieczna jednocześnie.
    Odwzajemniałam wszystko. Moje palce sunęły po jej talii, zatrzymywały się na kręgosłupie, zataczały kręgi na plecach. Ciała reagowały na każdy najlżejszy dotyk,  jakbyśmy obie były zbudowane z wrażliwości.
    W pewnej chwili zupełnie naturalnie, jakby to wszystko było zapisane w naszych gestach już wcześniej nasze dłonie uniosły się do ramion i zaczęły zsuwać ramiączka staników. Trochę przypadkiem, trochę z czułą intencją. Spojrzałyśmy na siebie przez ułamek sekundy. W jej oczach zobaczyłam nie tylko pragnienie, ale ciepło. Pewność.
    To ona pierwsza zsunęła mój stanik do końca zgrabnym ruchem, wprawnie, niemal z uśmiechem, który nie dotarł do ust, ale istniał gdzieś w spojrzeniu. Jej palce rozpięły zamek z tyłu z taką lekkością, że przez moment nie byłam pewna, czy to się wydarzyło naprawdę, ale biustonosz opadł między nas, a moje ciało zadrżało nie z chłodu, lecz z nagłego uświadomienia, jak bardzo jej pragnę.
    Ona także zsunęła swój równie spokojnie, nie przerywając pocałunków, jakby ten ruch był tylko kolejnym akordem w naszej symfonii i kiedy znalazłyśmy się naprzeciw siebie tak… otwarte, odarte z warstw, a jednak jakby silniejsze, odważyłyśmy się dotknąć siebie pełniej.
    Jej dłoń przesunęła się po moim boku, potem objęła mnie za talię i przyciągnęła bliżej. Nasze nagie piersi dotknęły się w tej bliskości ciepło jej skóry, miękkość, lekkość oddechu na mojej szyi wszystko to sprawiło, że świat się zacieśnił do tego jednego momentu.
    Nie było nic więcej, tylko my. W ruchach, które były jednocześnie nieśmiałe i pełne odwagi.
    W pocałunkach, które błądziły teraz niżej, coraz niżej, ale zawsze z szacunkiem, jakbyśmy się modliły do siebie nawzajem. W dłoniach, które odkrywały więcej, ale nigdy nie zrywały jedynie rozplątywały delikatne nici zrozumienia. Każdy oddech, każde westchnienie, każda sekunda była jak okruch wieczności. a ja czułam, że z każdą chwilą traciłam grunt, ale nie wpadałam, a leciałam wprost w nią.
    Jej usta nieśpiesznie zsuwały się niżej, zostawiając na mojej skórze ślad, który nie znikał. To nie były pocałunki, to były wersy. Każdy z nich zapisywał się pod moją skórą jak linijka poezji, której nie trzeba rozumieć, by czuć ją całym sobą.
    Zatrzymała się na moich piersiach. Nie spieszyła się, jakby sama droga była ważniejsza niż cel. Najpierw tylko delikatne muśnięcia ust, jakby próbowała zapamiętać ich kształt. Potem czułe, miękkie, ciepłe pocałunki, w których było wszystko: zachwyt, respekt, oddanie.
    Kiedy objęła je ustami z taką delikatnością, jakby trzymała wargami płatek kwiatu  westchnęłam cicho, nie mogąc już zatrzymać oddechu. Moje ciało uniosło się ku niej odruchowo, pragnąc więcej, czując więcej.
    Pieszczota była miękka jak jedwab, a jednak wywoływała we mnie burzę. Czułam, jak język kreśli na mnie figury, których nie rozpoznawałam, ale które mówiły prawdę o moim pragnieniu.
    To nie była tylko namiętność, to była łagodna adoracja. Dotyk i ciepło, które mówiły: „jesteś piękna”.
    Zamknęłam oczy i oddałam się temu, co robiła ze mną – z moim ciałem, z moim sercem, z każdą najczulszą cząstką. Ruchy mojego ciała odpowiadały na jej dotyk jak na muzykę – drgały, wyginały się, oddychały jej imieniem.
    Chciałam, żeby ta chwila trwała wiecznie. Chciałam się w niej zgubić i choć wciąż nie wypowiedziałyśmy żadnego słowa, czułam, że rozmawiamy ze sobą najpiękniejszym z języków językiem skóry, oddechu i bliskości, której nic już nie mogło zatrzymać.
    Wszystko działo się bez słów, jakby nasze ciała znały ten taniec wcześniej niż my same. W jakiś naturalny, instynktowny sposób znalazłam się przed nią, klęcząc z podwiniętymi nogami, czując jej oddech tuż za sobą, jej dłonie opatulające mnie jak miękki, ciepły szal. Klaudia objęła mnie od tyłu, wtulając się w mój kręgosłup, jakby od zawsze miała pasować właśnie w ten kształt, mój kark, moje ramiona, moje łopatki.
    Czułam jej piersi, delikatnie przylegające do moich pleców, i każdy ich ruch, każdy oddech, rozbrzmiewał we mnie jak echo.
    Pochyliła się, powoli, czule, i zaczęła całować moją szyję – najpierw z drżącym zawahaniem, jakby badała moje granice, a potem śmielej, z czułością, która rozlewała się po mojej skórze niczym miód. Każdy pocałunek był ciepłym odciskiem jej obecności, subtelnym zapewnieniem, że jestem tu bezpieczna.
    Jej dłonie, jakby niezależne od myśli, wędrowały. Jedna uniosła się i otuliła moje piersi z taką delikatnością, jakby trzymała w dłoni coś kruchego i drogocennego. Jej palce muskały skórę z czułością, która wywoływała we mnie dreszcze. Druga dłoń zsunęła się powoli niżej, między moje uda, prowadząc mnie w stronę, której pragnęłam, choć nie śmiałam wyrazić tego na głos.
    Zamknęłam oczy. Nie oddychałam, tylko słuchałam swojego ciała, jej dotyku, wspólnego rytmu.
    Odchyliłam głowę do tyłu, opierając ją o jej ramię, pozwalając sobie odpłynąć. Usta Klaudii odnalazły moje w półobrocie, drżące, wilgotne, naglące. Całowała mnie, jakby jutro miało nie nadejść.
    Czułam, jak cała płonę, jak napięcie drga w każdym mięśniu, jak tęsknota za nią tym bardziej fizyczna, im głębiej osadzona w duszy – otwiera mnie, łagodnie i bez reszty.
    Nie chciałam nic mówić, tylko czuć, być blisko. Kochać ją bez pośpiechu, bez lęku, bez planu. Kochać ją tak, jakby nasze ciała były jednym szeptem.
    Jej dłoń wsunęła się pod materiał moich fig, tak naturalnie, jakby znała drogę do mnie od zawsze. Pieszczota była delikatna, pełna czułości nieśpieszna, świadoma, jakby każde muśnięcie było osobnym wersami wiersza, który pisałyśmy ciałem.
    Zadrżałam, szepcząc jej imię bezgłośnie, i całowałam ją z narastającą siłą, głębiej, dłużej, wpijając się w jej usta z pragnieniem, które nie było już tylko fizyczne. Czułam w sobie coś więcej, coś, co nie chciało już znać granic.
    Klaudia oderwała się na moment, spojrzała mi w oczy i zaczęła zsuwać moje figi z taką łagodnością, że miałam wrażenie, iż każda sekunda trwa wieczność. Materiał opadł wzdłuż ud, aż zsunął się całkowicie, a wraz z nim zniknęły ostatnie ślady niepewności.
    Prowadzona czułym gestem, położyłam się na plecach, zanurzając w miękkość pościeli. Ona chwyciła mnie za nogi z czułością i przesunęła mnie głębiej na łóżko, jakby chciała mnie objąć całą przestrzenią. Po chwili była już nade mną jej ciało spłynęło na moje z lekkością, która nie miała w sobie ciężaru, tylko bliskość.
    Nasze usta odnalazły się ponownie, znów i znów,  jakby nie potrafiły się rozstać. Długie pocałunki, miękkie i namiętne, splatały nasze oddechy, aż trudno było rozróżnić, gdzie kończę się ja, a zaczyna ona.
    Objęłam ją z całym zaufaniem, które mogłam jej dać. Moje dłonie błądziły po jej plecach, głaskały, sunęły wzdłuż kręgosłupa jak melodia po strunach. Nasze ciała zaczęły się ocierać skóra o skórę, piersi o piersi, biodra o biodra pulsujące, drgające od wspólnego pragnienia.
    Z każdym ruchem namiętność rosła, jakby rozniecały w nas ogień, którego już nie dało się ugasić. Nie było w tym nic brutalnego tylko fala ciepła, która zalewała nas od środka, rozświetlała spojrzenia i dłonie.
    Wspólnie tworzyłyśmy miłość. Nie tylko zmysłami, ale sobą. Bez planu, bez obron, bez wstydu.
    A ja…
    W tamtym momencie zrozumiałam, że rodzi się we mnie coś większego niż pożądanie. Coś, co miało zostać.
    Miłość.
    Miłość, która przyszła cicho, a teraz mówiła pełnym głosem poprzez dotyk, pocałunki, bliskość i to nieuchwytne tak, które brzmiało we mnie każdą cząstką ciała.
    Czułam, jak moje ciało reaguje na każdą pieszczotę Klaudii, jakby znała mnie lepiej niż ja sama. Jej usta otulały moje piersi z taką czułością, że miałam wrażenie, że czas przestaje płynąć. Każdy jej ruch był spokojny, uważny, jakby tworzyła mnie na nowo. Kiedy całowała mnie tam… miałam wrażenie, że oddycham po raz pierwszy.
    Instynktownie unosiłam biodra, potem znów opadałam, jakby coś we mnie tańczyło, tańczyło z jej ustami, językiem, dłońmi. Kiedy spojrzałam na nią, na tę twarz skupioną na mnie z zachwytem  chciałam ją przyciągnąć, zatrzymać, zatracić się z nią bez końca. Spojrzałam na nią błagalnie, a ona… zrozumiała. Bez słów.
    Zsunęła się ku mnie, nachylając się tak, że mogłam znów poczuć jej piersi miękkie, ciepłe, tak bliskie. Ujęłam je dłońmi, jakby były czymś delikatnym, drogocennym. Całowałam je z zachwytem, tak jak wcześniej robiła to ze mną. Smakowała jak czułość.
    Ale moje ciało wciąż wołało. Byłam cała napięta, rozedrgana, czekająca. Kiedy znów zaczęła schodzić niżej, dotykać moich ud… czułam, jak mięknę w jej dłoniach. Rozchyliłam nogi, w geście pełnego zaufania, otwierając się przed nią – przed kobietą, która widziała mnie bardziej niż ktokolwiek wcześniej.
    Kiedy poczułam jej język… świat się rozmazał. Wszystko było nią. Jej ciepłem, jej rytmem, jej obecnością. Pieściła mnie jak modlitwę – powoli, dokładnie, z uważnością, która łamała granice między przyjemnością a uczuciem. Mój oddech przyspieszył, dźwięki same wydobywały się z gardła, cicho, drżąco.
    Nie chciałam, żeby to się kończyło. Chciałam trwać w tym uniesieniu, w jej ramionach, ustach, we wszystkim co niosła sobą, bo to już nie była tylko namiętność. To była miłość, której jeszcze nie umiałam wypowiedzieć.
    Pieszczoty Klaudii przybrały nowy rytm głębszy, pewniejszy, niesiony rosnącym ogniem, który rozpalał mnie od środka. Jej usta, język, oddech — wszystko we mnie tańczyło pod ich wpływem. Czułam się rozpuszczona, miękka, jednocześnie napięta jak struna. Nie potrafiłam być bierna. Moje dłonie same odnalazły jej włosy, wplątały się w nie, przyciągając ją bliżej, głębiej, jakby to mogło zatrzymać czas.
    Druga ręka błądziła w chaosie zmysłów raz obejmowałam własną pierś, jakby pragnąc dopełnić to, czego doznawałam, raz wznosiłam ją nad głowę, innym razem zaciskałam na pościeli, szukając kotwicy, by nie odpłynąć za daleko. Byłam już tylko ciałem, oddechem, drżeniem.
    Klaudia pieściła mnie z oddaniem, w którym było coś więcej niż tylko namiętność. Była w tym pasja, precyzja i serce. Czułam to. Czułam ją całą. Każde muśnięcie języka niosło jakąś opowieść, obietnicę, czułość. Wnikała we mnie nie tylko fizycznie — była we mnie myślą, uczuciem, czymś cichym i potężnym zarazem.
    Zamknęłam oczy i pozwoliłam się temu unosić. Było w tym coś świętego, jakbyśmy tworzyły nową wersję siebie. Wspólną. Nie było słów. Nie były potrzebne.
    Kiedy przyszła ekstaza, rozlała się po mnie falą niemal nierealną, jakby moje ciało i dusza rozświetliły się od środka, a granice mnie samej zniknęły na chwilę w absolutnej bliskości z nią. Z Klaudią. Moim szeptem. Moją pieszczotą. Moim pragnieniem.
    Objęła mnie potem cała sobą, przywarła do mnie skórą, piersiami, drżącym oddechem. Jej usta wróciły do moich piersi, całując je z czułością niemal rozmodloną, jakby pragnęła zapamiętać ich kształt na zawsze. Jej biodra przesunęły się niżej, czułam miękki nacisk jej krocza na moje udo, czułam, jak i w niej narasta napięcie, które musiało znaleźć swój gest, swój dźwięk, swój rozkwit.
    Oderwała się ode mnie na chwilę. Jej spojrzenie było spokojne i skupione aż w nim zadrżałam. Sięgnęła do boków i zsunęła z siebie figi, gestem wolnym, niemal teatralnym w swojej ciszy, pozostając jedynie w pończochach, które jeszcze bardziej podkreślały kruchość i siłę jej ciała.
    A potem… obróciła się, powoli, świadomie, zmysłowo. Uklękła, opierając się dłońmi o łóżko, wypinając biodra z całkowitą ufnością. Była w tym prowokacja i oddanie. Zaproszenie i odsłonięcie. Niewypowiedziana prośba i wyraźna odpowiedź.
    Wiedziałam, co czynić. Wiedziałam, co dla niej znaczy ten gest i czym ja mogę dla niej być, jeśli tylko zechce. Dotknęłam jej dłoni, a potem przesunęłam się ku niej, sercem na dłoni, ustami na skórze, całą sobą dla niej.
    Zadrżałam, widząc ją tak odsłoniętą, otwartą, zapraszającą piękną w sposób, który poruszał coś głębokiego we mnie. Dotknęłam jej ud opuszkami, najpierw nieśmiało, potem pewniej, wyżej. Przysunęłam się, całując jej kobiecość z czułością, która nie znała wstydu z podziwem, który mieszał się z pożądaniem. Chciałam, by poczuła się adorowana, a nie tylko spragniona. Żeby wiedziała, że każda jej część była dla mnie świętem.
    Po chwili usta ustąpiły miejsca dłoniom. Delikatnie, powoli, wsunęłam w nią palce, tak, jakby to była przestrzeń, do której miałam klucz od zawsze. Jej ciało natychmiast odpowiedziało  westchnieniem, ruchem, drżeniem. Klaudia zgięła się lekko, uniosła biodra, jakby chciała mnie przyjąć głębiej, bardziej. Moja druga dłoń sięgnęła w górę, do jej koralika tak go nazwałam w myślach, bo był jak błyszczący punkt napięcia, jak źrenica w oku nocy. Pieściłam go, najpierw delikatnie, potem z wyczuciem rytmu, którego uczyło mnie jej ciało.
    Czułam, jak rośnie pod moimi palcami. Jak zbiera się w niej ogień cichy, duszny, piękny. Byłam jednocześnie muzykiem i instrumentem, czując, jak przez nas przepływa jedna melodia – napięcie, które pulsowało między nami, jakbyśmy wspólnie pisały wiersz, którego koniec miał nadejść z krzykiem milczenia.
    Jej imię na moich ustach, smak jej skóry na moich palcach, to, jak drżała było we mnie coś więcej niż tylko pożądanie. Było uwielbienie. Było oddanie.
    Ciało Klaudii drgało pod moimi dłońmi raz jak napięta struna, raz jak fala łagodnej burzy. Jej oddech gubił się w moich myślach, zamieniał w krótkie, urywane dźwięki… najpierw szept

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    Iva Lions
  • Francuska Namietnosc

    Nigdy nie lubiłam września. Zawsze pachniał za szybko kończącym się latem i początkiem obowiązków. Ale tego popołudnia, siedząc na kanapie w moim pokoju, miał w sobie coś miękkiego, ciepłego. Hania była obok blisko, jakby cały dzień tylko na to czekała.
    Miałyśmy jeszcze na sobie mundurki, śnieżnobiałe koszule z miękkimi kołnierzykami jeszcze lekko pogniecione po całym dniu, dodawały nam jakiejś niespodziewanej intymności, czerwone spódniczki w kratę, które opinały się na udach, i długie białe skarpetki, zsunięte lekko w połowie łydki. W tych strojach czułyśmy się trochę jak bohaterki jakiegoś filmu trochę dziecinne, trochę dorosłe. W zawieszeniu.

    Hania opowiadała o Francji o ciepłych wieczorach, o języku, który płynął jak muzyka. Jej głos był miękki, a dłoń… Dłoń już od kilku minut spoczywała na moim udzie, leniwie zataczając kółka opuszkami palców. Jej dotyk był delikatny, ale świadomy. Czułam, jak przeszywa mnie dreszcz, jakby każda cząstka mnie czekała na coś więcej, nie wiedząc jeszcze, czym to „więcej” miałoby być.
    – I co? – zapytałam z uśmiechem, wpatrując się w jej ciemne oczy. – Tylko opowieści? Żadnych przygód?
    Uśmiechnęła się półgębkiem. – Była jedna dziewczyna… Francuzka. Trochę starsza. Powiedziała, że nauczy mnie całować.
    Zamarłam na sekundę, potem roześmiałam się cicho, zaskoczona i zaintrygowana jednocześnie.
    – Czyli prawdziwa Francuzka dawała ci lekcje francuskiego pocałunku?
    Skinęła głową, a jej spojrzenie zrobiło się bardziej błyszczące, z nutą prowokacji. – Tak.
    Uniosłam kolano, podciągnęłam je pod brodę, jakby mimowolnie szukając oparcia w sobie. Czułam się zarazem odważna i onieśmielona.
    – Opowiadaj mi wszystko – powiedziałam, ale moje serce zabiło szybciej, jakby już znało odpowiedź.
    – Mogę ci pokazać… zamiast opowiadać.
    Zamarłyśmy. Świat wokół zwolnił, jakby nawet zegar na ścianie wstrzymał swój ruch.
    – Ale wszystko? – szepnęłam, zbyt cicho, by brzmiało to naprawdę, ale wystarczająco, by zrozumiała.
    – Tak – odparła.
    W tedy po prostu się pochyliła. Nasze usta spotkały się delikatnie, z początku jak piórko muskające taflę wody. Nieśmiały szept dotyku, który stopniowo zmieniał się w taniec, zmysłowy, pełen ciekawości, ale wciąż miękki i nieśpieszny. Pocałunek był miękki jak jedwabny szalik przesuwający się po ramieniu powolny, badawczy, jakby każda sekunda była kroplą miodu rozlewającą się po języku Jej wargi znały rytm, którego ja dopiero się uczyłam, ale już czułam, że chcę go zapamiętać całą sobą.
    Nie był to tylko pocałunek. To była opowieść o pragnieniu, o odkrywaniu siebie nawzajem. Każdy jej ruch mówił: „zaufaj mi”, ja ufałam i chciałam więcej.

    Nie śpieszyłyśmy się. Smakowałyśmy siebie nawzajem, jakbyśmy dopiero uczyły się alfabetu nowego języka dotyku, oddechu, westchnień.
    Jej palce spoczęły na mojej szyi, sunęły w dół, jakby znały drogę, której ja dopiero zaczynałam się domyślać. Moje dłonie zawisły zawstydzone w powietrzu, aż w końcu odnalazły jej talię i przylgnęły, jakby czekały na ten moment od zawsze.

    Nie wiem, kiedy dokładnie przestałam myśleć, a zaczęłam po prostu czuć. Może w chwili, gdy jej wargi otuliły moje z taką miękkością, jakby całowały mnie nie pierwszy raz, ale za każdym razem na nowo. Może wtedy, gdy dotyk języków przestał być tylko ciekawym gestem, a stał się szeptem wypowiedzianym bez słów.
    Było w tym coś powolnego, rozważnego jakbyśmy razem, na ślepo, próbowały rozszyfrować własne serca. Jej język pieścił mój z delikatnością piórka niesionego wiatrem. Nieśpiesznie, z rozmysłem, sunął wśród drżących granic, oplatał, zatrzymywał się, tylko po to, by znów wrócić bliżej, mocniej, bardziej świadomie.
    Czułam, jak cały świat kurczy się do smaku jej ust, do rytmu naszych oddechów, do tego dziwnego, elektrycznego drżenia między łopatkami, które rozchodziło się niżej, wolno i głęboko. Gdy ssała mój język, robiła to z taką czułością, że aż przymknęłam oczy, dając się porwać tej chwili, jakbyśmy wirowały razem w jakimś bezdźwięcznym tańcu, który znałyśmy tylko my dwie.
    Jej język był miękki, odrobinę niecierpliwy, jakby chciał rozplatać każdą moją myśl i wplatać w nią swój smak. Gdy dotknęła mnie głębiej, poczułam dreszcz, który przeszył mnie aż do końcówek palców. Pieściła mnie delikatnie, najpierw badając każdy mój ruch, każdy opór, każde drżenie. Ssała mój język, powoli, z wprawą, której się nie spodziewałam, aż nasze oddechy zlały się w jedno ciepło.

    Czułam, jak świat wokół stawał się odległy. Zostawała tylko ona i ten cichy, niespieszny taniec naszych ust, języków, pragnień. Jej smak był jak słodkie wino, którego nie potrafiłam się napić do końca, bo każdy łyk rodził we mnie jeszcze większe pragnienie. Była w tym chwila subtelnej walki i poddania, ja oddawałam się temu pocałunkowi z całą łapczywością, z jaką chłonie się ciepło w zimny wieczór.
    Nie chciałam, by to się kończyło. Nie chciałam niczego innego.
    To był taniec zmysłów. Bez muzyki, bez kroków, a jednak każdy ruch był wyczuty, zestrojony z tą ciszą, która między nami nagle nabrała znaczenia.
    Jej dłoń wciąż na moim udzie nie poruszyła się ani o centymetr, a mimo to wydawało się, że płonie. W tym bezruchu była obietnica. Cierpliwa, pełna spokoju jakby mówiła, że nigdzie się nie spieszymy, że wszystko dopiero się zaczyna.
    Wtedy zrozumiałam, że Hania nie tylko uczyła się we Francji ona wróciła z czymś więcej niż doświadczeniem. Z wrażliwością, z uważnością, z umiejętnością sprawiania, że jeden pocałunek potrafi opowiedzieć historię, której wcześniej w sobie nie znałam.
    Nasze usta znów się spotkały, łagodnie, głębiej niż za pierwszym razem. Już bez nieśmiałości, ale też bez pośpiechu, jakbyśmy zapominały o tym, że byłyśmy w mundurkach, w moim pokoju, że to nie dopiero wrzesień, a jeszcze środek lata, jakby nic innego nie miało znaczenia tylko my. Nasze wargi nasze języki i ciepło, które rozlewało się po mnie jak miód.

    Między pocałunkami były chwile ciszy. Ale to nie była zwykła cisza, to było coś bardziej gęstego, utkane z naszych spojrzeń, muśnięć i oddechów. Czasami nasze usta rozdzielały się tylko na sekundę, by mogły przemówić szeptem, jakby każde słowo było tajemnicą przekazywaną z serca do serca.
    – Cudownie smakujesz – wymknęło mi się na wydechu, zanim jeszcze zdążyłam pomyśleć, czy powinnam to powiedzieć, ale przecież wszystko w niej smakowało jak coś, co chciało się zapamiętać.
    Uśmiechnęła się, z tym błyskiem w oczach, który nosiła jak ozdobę i wtedy zapytała, równie cicho, prawie dotykając ustami moich:
    – Wiesz, co się wydarzyło potem z Francuzką?
    Spojrzałam na nią z uśmiechem, który chyba powiedział więcej niż słowa.
    – Pokażesz?
    – Oczywiście, że tak.
    Zanurzyłyśmy się z powrotem w pocałunku, głębszym niż wcześniej, bardziej świadomym. Tańczyłyśmy językami w rytmie, którego żadna z nas nie narzucała, a który obie intuicyjnie czułyśmy. W tym splocie nie było już tylko ciekawości była tam radość, ciepło i coś, co przypominało początek czegoś ważnego.
    Gdy wreszcie oderwała się ode mnie na moment, była rozpromieniona.
    – Całujesz lepiej niż Francuzka.
    Roześmiałam się cicho, trochę zawstydzona, trochę oczarowana.
    – Naprawdę?
    – Naprawdę  – Jej dłoń pogładziła moje udo delikatnie, jakby wciąż nie mogła uwierzyć, że jestem tu, tak blisko.
    – Ktoś Cię uczył tego wcześniej? – zapytała, wodząc opuszkami palców po mojej talii.
    – Tylko Ty.
    Nie wiem, co bardziej mnie rozgrzało te słowa, czy sposób, w jaki je wypowiadałyśmy z prostotą, bez zawahania. Jakby to, co się działo, było zupełnie naturalne.
    – Jestem dobrą nauczycielką? – zapytała, muskając jej dolną wargę czubkiem języka.
    – A ja dobrą uczennicą? – odpowiedziałam figlarnie, a nasze uśmiechy znów stopiły się w pocałunku, który smakował jak wspólne odkrycie.
    Każdy dotyk, każdy szept, każda pauza między oddechami mówiły nam, że chcemy być tu teraz razem. Nie jako uczennica i nauczycielka, nie jako koleżanki z klasy. Po prostu… jako my. W tym momencie. W tej chwili, która zaczynała się jak niewinna historia, a powoli przeradzała się w coś, czego żadna z nas jeszcze nie nazwała, ale obie czułyśmy pod skórą.
    Jej palce, delikatne i pewne zarazem, dotknęły pierwszego guzika mojej koszuli. Ten gest prosty, niemal codzienny nagle zyskał zupełnie nowe znaczenie. Poczułam, jakby czas znów się zatrzymał, jakbyśmy właśnie przekraczały granicę, której wcześniej nie nazywałyśmy, choć intuicyjnie do niej zmierzałyśmy.
    Uśmiechnęłam się cicho, ciepło, zachęcona dotykiem i jej obecnością.
    – Pokażesz mi… co robiła Ci ta Francuzka dalej? – wyszeptałam, nie odrywając od niej wzroku.
    Odpowiedziała gestem z gracją rozpięła guziki mojej koszuli, jeden po drugim, jakby otwierała skrzynkę z czymś kruchym i cennym. Gdy materiał rozsunął się, odsłaniając moją skórę i czułość piersi, zbliżyła się jeszcze bardziej, niemal szeptem uderzając powietrze:
    – A kto powiedział, że to ona?
    Zaskoczyła mnie i zachwyciła. Uśmiechałam się szelmowsko, a w moim ciele rozlewała się fala przyjemnego ciepła.
    – Pokaż mi wszystko… rób ze mną, co chcesz. – szeptałam, chwytając ją za kark, przyciągając do siebie w kolejnym, pełnym głodu pocałunku.
    Potem opierałam się o boczne oparcie kanap rozluźniona, ufna, otwarta, patrząc na nią z dołu, jakby była czymś więcej niż koleżanką, jakby była zjawą z moich snów, która nagle ożyła.
    A Hania… była delikatna uważna. Cała zamieniła się w dotyk. W jej oczach było skupienie, a w ruchach czułość, której nie potrafiłam opisać słowami. Jej usta zaczęły kreślić na mojej skórze mapę czułości od obojczyków aż po krągłości piersi, które pieściła pocałunkami jak najczulszym listem, który można napisać tylko ustami.
    To nie była zachłanność, to była adoracja. Powolna, pełna szacunku i zachwytu. Czułam się… piękna. Nie tylko przez jej spojrzenie, ale przez to, jak mnie dotykała. Jakby znała mnie od dawna, a jednocześnie odkrywała dopiero teraz.
    Każdy jej pocałunek przypominał muśnięcie skrzydeł motyla najpierw nieśmiały, potem coraz śmielszy, aż skóra na moim brzuchu zaczęła drżeć z napięcia, z oczekiwania. Gdy dotarła do piersi i zatrzymała się tam, całując je miękko, powoli, niemal sennie westchnęłam cicho, zamykając oczy.
    Wtedy zrozumiałam, że żadna opowieść o Francuzce nie mogłaby się równać z tym, co czułam teraz, bo tu nie chodziło o doświadczenie. Chodziło o nas, o tę chwilę, o tę zmysłową lekcję, w której obie grałyśmy główne role z sercem, z uśmiechem, z całym ciałem.
    Czułam, jak moje ciało powoli się otwierało, jakby każda jego część budziła się z letargu. Dreszcz przetoczył się przez moje plecy, nieśmiały, ale rozkosznie głęboki, kiedy jej usta znów odnalazły moje. Koszula zsunęła się z ramion, lekko, miękko, jakby sama wyczuła moment. Zatrzymała się przy łokciach, otulając mnie jeszcze trochę zawstydzoną, ale już nie cofającą się.
    Hania wróciła do moich ust, a ja przyjęłam jej pocałunek tak, jak przyjmuje się ciepło po długim chłodzie całą sobą. Jej dłoń delikatnie ujęła moją pierś, tak pewnie, a zarazem z jakimś cichym namaszczeniem, które sprawiło, że moje ciało drgnęło, reagując instynktownie szybciej, cieplej, głębiej.
    Odgarnięcie włosów z szyi ten prosty, niemal opiekuńczy gest był dla mnie jak dotyk w miejscu, które od dawna tęskniło za uwagą, a potem jej usta ciepłe, łagodne zaczęły kreślić pocałunki na mojej szyi. Wolno. Punkt po punkcie, jakby znała mapę mojej wrażliwości lepiej niż ja sama.
    – Robisz to… wspaniale – szepnęłam, nie mogąc powstrzymać tych słów. Nie dlatego, że chciałam ją pochwalić, ale dlatego, że nie sposób było ich nie wypowiedzieć. Każda cząstka mnie drgała od środka, jakby pod palcami miała nuty, a ona grała na mnie bez nut, czując jedynie pulsujący rytm.
    Wróciła niżej. Jej usta znów odnalazły moje piersi tym razem z większym skupieniem, z głębszym oddaniem. Czułam jej język na moich sutkach, miękki i ciepły, przesuwający się powoli, zmysłowo, między pocałunkami. Czasem lekko zasysała, czasem tylko muskała, a ja… oddychałam szybciej, głębiej, jakby każde westchnienie było odpowiedzią, której nie da się wypowiedzieć.

    Zamknęłam oczy, czując, jak cały świat znikał. Zostawała tylko ta chwila, ten dotyk, ten rytm, a w nim ja, drżąca, głodna, rozpromieniona. Jej dłoń zsunęła się niżej wolno, z taką gracją, jakby przesuwała się po jedwabiu, nie po mojej spódniczce. Zatrzymała się między moimi udami, a ja automatycznie rozchyliłam kolana odrobinę szerzej, czując pod palcami jej delikatne, pulsujące dotknięcia. Materiał dzielił nas jeszcze, ale ciepło było prawdziwe, obecne, narastające jak fala, która dopiero miała się rozlać.
    Złapałam ją za twarz, łagodnie, z głodem, który miał już w sobie pewność i przyciągnęłam do pocałunku, jakbyśmy wciąż nie powiedziały sobie dość. Nasze usta zderzyły się znów w cichym wybuchu czułości i pożądania.
    – Jesteś perfekcyjna – wyszeptałam między pocałunkami, czując, jak moje ciało drżało z wdzięczności, że jest tu… ze mną… taka.
    Jej spojrzenie roziskrzone, pytające, ale już znające odpowiedź.
    – Dlaczego studiujemy, kiedy możemy iść dalej? – zapytała szeptem, muskając moje ucho oddechem, który zaparł mi dech.
    Uśmiechnęłam się, łapiąc ją za dłoń.
    – Lepiej… podążajmy dalej. Prowadź.
    Potem jej słowa, figlarne i miękkie:
    – Do mojego francuskiego pocałunku… potrzebuję innych warg.
    Poczułam, jak ciepło przeszywa mnie od środka. Odpowiedziałam spojrzeniem, które nie potrzebowało już słów, ale Hania i tak zrozumiała. Uśmiechnęła się cicho, porozumiewawczo, z błyskiem.
    – Pójdziemy do sypialni? Położyć się wygodnie?
    Zaśmiałam się półgłosem, całując ją jeszcze raz, wolniej, z miękkością, która mówiła wszystko.
    – Jeszcze się pytasz?

    Wstałyśmy, nasze palce splotły się naturalnie, jakby robiły to od lat. Poprowadziłam ją przez mój pokój znajomy, a nagle jakby nowy, przesycony zapachem naszych emocji. Gdy drzwi sypialni się zamknęły, nie było już powrotu, ale też… żadnej potrzeby wracania.

    Położyłam Hanię na łóżku z czułością, jakby była prezentem, który mogłam rozpakowywać tylko pocałunkami, a potem ułożyłam się przy niej, nasze ciała znów splotły się w jedność ustami, dłońmi, spojrzeniem. Całowałyśmy się długo. Czasem głęboko i zachłannie, innym razem lekko, jakby każda z nas chciała zostawić na drugiej ślad oddechu. Moje palce błądziły po jej talii, biodrach, szyi… a ona odpowiadała każdym ruchem, każdym westchnieniem, jakbyśmy razem pisały historię, która nie potrzebowała słów.
    Jej ciało otulało się moim jak sen miękko, świadomie, z zaufaniem, które czułam w każdej sekundzie tej nocy. Całowałyśmy się długo, aż pragnienie przerodziło się w coś więcej niż chęć bycia dotykaną. Chciałam dotykać, chciałam poczuć ją całą.
    Oderwałam się od jej ust na chwilę i spojrzałam jej prosto w oczy.
    – Obiecałaś mi coś pokazać… – zaczęłam cicho, muskając czubkiem nosa jej policzek – ale ja też chcę mieć trochę inicjatywy i… zobaczyć Ciebie.
    Nie odpowiedziała słowami, tylko spojrzeniem otwartym, miękkim, ze zgodą i uśmiechem ukrytym w kąciku warg. Usiadłam powoli i uniosłam lekko poły jej koszuli. Guziki ustępowały jeden po drugim, aż materiał rozchylił się, odsłaniając piersi pełne, ciepłe, śliczne w swoim naturalnym drżeniu. Była jak z obrazu, a zarazem tak ludzka, tak bliska.
    – Jaka jesteś piękna… – wyszeptałam, jakby te słowa mogły ją otulić delikatniej niż jakikolwiek dotyk.
    Jej koszula zsunęła się z ramion do łokci lekko, jak mgła zsuwająca się z porannego wzgórza. Pochyliłam się i całowałam jej skórę najpierw z uwagą, potem coraz łapczywiej, z pragnieniem, które wyrosło ze środka mnie. Moje dłonie objęły jej pierś najpierw ostrożnie, jakby sprawdzały, czy to się naprawdę dzieje, potem z większą odwagą, czułością, która nie potrzebowała słów. Czułam jej oddech pod palcami, jej ciche westchnienie, gdy ustami musnęłam najwrażliwsze miejsce i tam zatrzymałam się dłużej, jakby czas nagle przyspieszył i zwolnił jednocześnie.
    W jej oczach nie było niepewności, tylko oddanie, a w moim sercu? Mieszanka podziwu, pragnienia i wdzięczności, że mogłam nie tylko czuć się kochana, ale też kochać w tym dotyku, w tym pocałunku, w tej chwili, która miała smak kobiecości i czegoś znacznie głębszego.
    Pochyliłam się nad nią, pozwalając, by moje usta same odnalazły drogę nieśpiesznie, z uważnością, jakby każde muśnięcie było aktem poznania, a każde westchnienie odpowiedzią. Całowałam jej piersi raz jedną, raz drugą miękko, naprzemiennie, z językiem tańczącym leniwie wśród czułych sutków i  wrażliwych krągłości. Potem znów wracałam do dekoltu, muskając skórę drobnymi pocałunkami, jakby zasiewałam na niej swoje imię.
    Czułam, jak jej ciało reagowało najpierw lekkim uniesieniem klatki piersiowej, potem oddechem, który stawał się coraz głębszy, a zarazem urywany, jakby sama walczyła między chęcią zatrzymania tej chwili, a pragnieniem więcej.
    Delikatne, ciche stęknięcia wymykały się z jej ust nieśmiałe, pełne napięcia i przyjemności, jakby wstydziły się własnej nagości, ja chłonęłam je jak muzykę, która powstała tylko dla mnie.
    Moja dłoń wędrowała powoli wzdłuż jej uda ciepła, pewna, a jednocześnie miękka, sunęła jak wieczorny powiew po rozgrzanej skórze. Gdy dotarła do granicy spódniczki, nie zawahała się zanurzyła się pod nią płynnie, niemal niedosłownie, jak cień, który nie rzuca cienia.
    Oparłam czoło o jej brzuch i zamknęłam oczy, gdy palce odnalazły kobiecość ukrytą jeszcze pod delikatnym materiałem bielizny. Zaczęłam masować ją powoli, okrężnie, z niemal czcią przez tkaninę, która wilgotniała pod wpływem ciepła i drżenia.
    Czułam pod palcami jej napięcie, jej puls, jej odpowiedź, jakby mówiła do mnie cała sobą, bez jednego słowa, a ja… słuchałam. Całowałam jej szyję powoli, z przerwami, jakby każda jej część miała swoją historię do opowiedzenia. Jej skóra była ciepła, pachniała czymś znajomym i bezpiecznym, a ja mogłam zatracić się w tym zapachu bez końca, ale w pewnym momencie oderwałam się od niej i spojrzałam w oczy.
    Nasze spojrzenia spotkały się bez słów i już wiedziały. Czułam, jak napięcie między nami gęstniało, jakby powietrze przestało wystarczać. W jednej chwili znów sięgnęłyśmy po siebie pocałunek był nagły, łapczywy, bez żadnych masek, pełen spragnionej namiętności. Nasze usta splatały się głęboko, języki tańczyły z pragnieniem, które już nie chciało być powstrzymywane.
    Moja dłoń, dotąd łagodna i nieśmiała, stała się odważniejsza. Przesuwała się z rozmysłem po jej ciele, aż znów dotarła do skrawka materiału ukrywającego jej najczulsze miejsce. Czułam pod opuszkami nie tylko ciepło, ale i drżenie, które narastało z każdą sekundą.
    Zatrzymałam się na chwilę. Moje usta ledwie oderwały się od jej warg, a mój głos był ledwie szeptem.
    – Chcesz… zobaczyć moje inne wargi? – zapytałam, bardziej oddychając niż mówiąc.
    Jej wzrok nie odsunął się ani na moment. W jej oczach była odpowiedź, zanim ją wypowiedziała, ale jednak usłyszałam ją  miękką, cichą, pełną zgody i pożądania:
    – Pokaż mi.
    Znów byłyśmy w ruchu, ale tym razem już nie tylko usta i dłonie mówiły za nas. To było coś więcej niż gra, to był taniec, w którym obie oddawałyśmy się sobie bez lęku, bez udawania. Każdy gest miał znaczenie, każdy oddech prowadził nas dalej, a cisza pomiędzy nimi była najbardziej wymowna.
    Położyłam się na miękkim łóżku, otulona jeszcze drgającym ciepłem z naszych pocałunków. Hania zsunęła się z brzegu i klęknęła przy nim, z tą swoją czułą pewnością, która sprawiała, że cały świat przestawał istnieć. Podniosłam się lekko, oparłam na łokciach chciałam ją widzieć. Każdy gest, każdy cień na jej twarzy. Każdą zmianę w oddechu.
    Unosząc delikatnie spódniczkę, odsłoniłam skrawek siebie. Zatrzymałam się przy biodrach, pokazując cienki materiał majtek, które zdawały się już ledwie symboliczne wilgotne od naszych spojrzeń, dotyków i słów. Spojrzałam jej głęboko w oczy, z uśmiechem w kąciku ust.
    – Pomożesz mi je zdjąć? – zapytałam, miękko, prawie szeptem.
    Jej spojrzenie odpowiedziało, zanim zrobiła choćby krok. Mierzyłyśmy się wzrokiem  długo, bez pośpiechu. Uśmiechy błądziły po naszych twarzach, pełne napięcia, pełne obietnic.
    – To, co widzę…ta wilgoć – zaczęła, dotykając delikatnie materiału opuszkami palców – to efekt naszej rozmowy ciał… piękny, naturalny…
    Jej słowa otuliły mnie ciepłem. Czułam się widziana. Chciana. Wzięłam głębszy oddech, ledwie zauważalnie drgnęłam biodrami w jej stronę.
    – To wszystko… od Ciebie…tak mnie rozpalasz – wyszeptałam – od tego, jak mnie dotykasz, jak patrzysz, jak mówisz.
    Wtedy, z taką gracją, jakby to było zdejmowanie ostatniej zasłony z obrazu, jej dłonie powoli zsunęły materiał z moich bioder. Czułam, jak każdy centymetr odkrywanego ciała drży pod jej dotykiem, nie ze wstydu, ale z tej cudownej mieszaniny ekscytacji i zaufania.
    Jej usta były jak muśnięcia skrzydeł motyla, delikatne, czułe, rozgrzane pragnieniem, ale niespieszne, jakby Hania chciała zapamiętać każdą sekundę. Czułam, jak moje ciało otwierało się przed nią jak nocny kwiat, powoli i z drżeniem, Gdy jej pocałunki pełzały po wewnętrznej stronie moich ud, a każdy z nich niósł w sobie obietnicę czegoś więcej, odchyliłam głowę i przymknęłam oczy, nie chcąc stracić niczego z tego, co czułam ani szeptu skóry, ani tego subtelnego napięcia, które rozlewało się we mnie jak ciepłe światło. Jedna moja noga spoczywała na podłodze, druga, oparta o krawędź łóżka, otwierała przestrzeń między nami, jakby wszystko we mnie mówiło: „Jestem gotowa. Dla Ciebie. Z Tobą.”
    Czułam jej oddech, najpierw na udzie, potem bliżej… aż dotknęła mnie tam, gdzie tęsknota była najczystsza, inne wargi, które były całe wilgotne. To nie był gest, to było wyznanie tak delikatne, że aż nierzeczywiste, jakby moje ciało przestało być tylko ciałem, a stało się pejzażem, po którym jej usta rysowały wiersze. Nie potrzebowałyśmy słów. Tylko spojrzeń, cichych westchnień, rytmu oddechów, które splatały się w jedną melodię naszą. To, co czułam, nie było jedynie fizyczne. To była obecność. Czułość tak głęboka, że każda jej pieszczota zdawała się mówić: „Widzę Cię. Czuję Cię. Chcę być tu z Tobą.”
    Delikatnie uniosłam się na łokciach, by jej nie utracić z oczu. Patrzyła na mnie spod rzęs, uśmiechając się z figlarnym błyskiem, czułam, że zna mnie lepiej niż ktokolwiek, a jednak wciąż uczyłyśmy się siebie nawzajem. Krok po kroku. Dotyk po dotyku.
    Nie było już nic poza tym pokojem, poza tym łóżkiem, poza nami. Wszystko inne przestało mieć znaczenie.
    Jej usta tańczyły na mojej kobiecości raz powolne, raz głodne, ale zawsze czułe, jakby każda pieszczota była listem pisanym językiem na mojej skórze. Hania wiedziała, jak dotykać, jak smakować, jak zatrzymać czas w jednym pocałunku. Czułam się w jej objęciach nie tylko pożądana, ale… wysłuchana. Czytała mnie palcami i ustami, odczytując emocje ukryte głębiej niż słowa.
    Moje ciało, z początku drżące jak struna, teraz falowało w rytmie wyznaczanym przez jej oddech i czułość. Fala za falą, oddech za oddechem. Wszystko we mnie poddawało się temu nurtowi. Wciągał mnie w niego bez oporu.
    To, co robiła, nie było tylko pieszczotą było sztuką. Uczyła mnie na nowo znaczenia ciała. Znaczenia kobiecości. „Francuska miłość”. Ten zwrot wydawał się zbyt prosty dla tego, co działo się między nami, bo w tym, jak Hania całowała i smakowała każdy skrawek mnie, było coś duchowego, coś, co przekraczało granice samej przyjemności.

    Byłam w pełni naga nie tylko z ciała, ale i z emocji, a ona… była przy mnie. Zawsze w odpowiednim miejscu, zawsze z tym samym skupieniem, jakby cały świat zawęził się do nas dwóch. W moim wnętrzu rodziło się światło, które pulsowało z każdą jej pieszczotą, a ja nie chciałam już nic więcej, tylko zostać w tej chwili, z nią, do końca. Nie umiałam już powstrzymać dźwięków, które rodziły się gdzieś we mnie. Jęki wyrwały się spomiędzy moich ust, bezwstydnie i pięknie, jakby śpiewały o każdej chwili, którą dawała mi Hania. Podciągnęłam nogi na łóżko, jedną opierając o jej plecy, by czuć ją bliżej, mocniej. Ciało samo domagało się więcej bardziej, głębiej, niecierpliwiej.
    Ona… ona wiedziała. Nie musiała pytać. Każdy jej gest był jak odpowiedź, jakby czytała mnie bez słów, bez cienia wątpliwości. Płonęłam pod jej ustami, drżałam przy każdym subtelnym dotyku, a kiedy język zataczał kolejne kręgi, moje uda same zaciskały się w odruchu ekstazy nie z oporu, lecz z rozkoszy tak intensywnej, że nie mieściła się we mnie inaczej. Czułam, jak moje ciało wije się pod nią, prowadzone tym rytmem, który ona narzucała z tak naturalną czułością. Fala po fali ogarniało mnie ciepło niemal nierealne, jakby świat poza nami przestał istnieć. Wszystko było teraz: jej usta, mój oddech, nasze sploty i dreszcze, które podnosiły się z głębi i rozkwitały we mnie jak ogień.
    Wtedy… przyszło to. Światło w środku. Błysk spełnienia. Cichy krzyk pomiędzy oddechami. Moje uda objęły ją mocniej, jakby chciały zatrzymać tę chwilę nie pozwolić jej zniknąć. Trwałam, roztrzęsiona i szczęśliwa, całkowicie oddana, cała w niej.

    Kiedy oddech powoli powracał do rytmu, a moje ciało wciąż brzmiało echem tamtej fali, uniosłam delikatnie jej twarz. Spojrzałam w oczy Hani, błyszczące i czułe, jakby odbijały moją własną ekstazę. Ujęłam jej policzki w dłonie i przyciągnęłam ku sobie, całując łapczywie, wdzięcznie, z głębi serca. To nie był tylko pocałunek to była odpowiedź, wyznanie i podziękowanie splecione w jedno.
    Chciałam ją objąć całą. Moje dłonie wędrowały niespokojnie, nienasycone, jakby pragnęły zapamiętać każdą krzywiznę jej ciała. Pieściłam palcami linię jej pleców, dotykałam piersi, zatrzymywałam się na szyi, którą obsypywałam pocałunkami czułymi, miękkimi jak szept. Chciałam, by czuła to, co ja przed chwilą. Chciałam oddać jej ten sam zachwyt, to samo zatracenie, tę samą bezgraniczną bliskość. Byłyśmy tylko my ciała splecione, oddechy zsynchronizowane, serca, które biły wspólnym rytmem, jakby przez chwilę czas płynął tylko dla nas. Nasze pocałunki były długie, głębokie, nieskończone, jakby każda z nas pragnęła drugiej bardziej z każdą chwilą. Smak jej ust wciąż we mnie dojrzewał, a głód bliskości nie malał, tylko narastał piękny, łagodny głód duszy i ciała.
    Hania, z rozbrajającą gracją, pozbawiła mnie reszty ubrań. Spódniczka opadła z cichym szelestem na pościel, pozostawiając mnie w samych białych skarpetkach,  jakby odrobina niewinności miała kontrastować z rozkosznym ogniem, który już w nas płonął. Jej dłonie były jak aksamit pewne, czułe i naturalne.
    Odwzajemniłam gest, delikatnie zsuwając z niej bluzkę i koszulę, z podziwem odkrywając jej piękno. Zostały tylko jej majtki, które na razie postanowiłam zostawić, jakby ta ostatnia warstwa była obietnicą jeszcze głębszej gry. Uśmiechałyśmy się do siebie pełne zadowolenia, podniecenia, tej dziecięcej radości z intymnej bliskości, która staje się zabawą i wyznaniem.
    Nagle poczułam przypływ figlarnej odwagi. Wciągnęłam ją do siebie, z lekkim impetem obróciłam i rzuciłam na miękkość pościeli delikatnie, z uśmiechem, z pasją.
    — Teraz ja muszę pokazać ci, czego nauczyłam się od ciebie — szepnęłam, pochylając się nad nią z mieszaniną wdzięczności i głodu.
    Spojrzała na mnie zaskoczona i rozbawiona, a jej oczy błyszczały jak dwie rozgrzane perły w półmroku. Moje usta odnalazły jej szyję, a dłonie powędrowały ścieżką, którą znałam już nie tylko z ciała, ale i z intuicji. Chciałam ją celebrować. Chciałam, by poczuła się jak najpiękniejsza melodia, którą gram ustami i czułością.
    — A uczysz się szybko? — zapytała półgłosem, gdy muskałam opuszkami jej biodro.
    — Myślę, że tak… — odparłam z uśmiechem, który bardziej należał do jej oczu niż do ust. Uwielbiałam ten wyraz pewności i zaciekawienia w jej spojrzeniu, jakby oddawała mi się w zaufaniu, a zarazem gotowa była na figlarną wymianę ról.
    Pocałowałam ją głęboko, powoli, smakując ten moment nie tyle jej usta, co napięcie pomiędzy nimi. Palcami przesunęłam po jej boku, potem po brzuchu, aż wreszcie dotknęłam materiału bielizny, który skrywał jej kobiecość ciepły, delikatny, już lekko wilgotny od naszych pocałunków i czułości.
    — Czuję, jak pięknie się uczysz — szepnęła, gdy zmysłowo muskałam wnętrze jej uda.
    Nie odpowiedziała słowami, tylko westchnieniem, które było bardziej poezją niż dźwiękiem. Zanurzyłam się powoli między jej udami, jakby chciałam odnaleźć nie tylko ciało, ale i wszystkie niewypowiedziane pragnienia, które w niej dojrzewały. Jej nogi otworzyły się dla mnie jak zaproszenie, a ja podjęłam je z pokorą i radością, całując wewnętrzną stronę ud, sunąc powoli, jak malarka, która nie chce się spieszyć z najważniejszym pociągnięciem pędzla.
    Materiał majtek pod palcami stawał się jedynie cienką granicą pomiędzy tym, co zewnętrzne, a tym, co już prawie wspólne. Dotykałam jej lekko, z czułością, jakby każdy gest miał znaczenie większe niż same słowa. Jej dłoń wsunęła się w moje włosy, a ciało zadrżało pod wpływem zmysłowego oczekiwania.
    Pochyliłam się nad nią, pozwalając sobie na powolną, czułą pieszczotę przez delikatny materiał jej bielizny. Czułam pod językiem ciepło i pulsujący rytm, jakby jej ciało odpowiadało na każdy mój ruch, każde muśnięcie. Było w tym coś nieopisanie intymnego, jakbyśmy rozmawiały bez słów, językiem ukrytym głębiej niż zmysły.
    Hania zadrżała, a jej głowa odchyliła się w tył, jakby chciała oddać się całkowicie tej chwili, temu, co pomiędzy nami rosło. Jej biodra poruszyły się nieznacznie, subtelnie jak zaproszenie, jak odpowiedź, której nie musiałam się domyślać.
    Z wdziękiem, z czułością niemal rytualną, zdjęłam z niej ten ostatni kawałek materiału, pozwalając mu opaść na bok, jakby sam ustępował miejsca czemuś głębszemu, prawdziwszemu. Przez krótką chwilę trwałam w zachwycie nie tylko nad jej ciałem, które było piękne jak linia melodii, lecz nad tym, jak się przede mną otwierała ufnie, spokojnie, jakby wiedziała, że w moich dłoniach i na moich ustach może być tylko bezpieczna.

    Pocałowałam ją znów najpierw miękko, delikatnie, potem z coraz większą pasją, pozwalając językowi zatopić się w jej rozkoszy, w pulsującej odpowiedzi jej ciała. Smakowała jak pragnienie i spełnienie jednocześnie. Jej oddech przyspieszał, stawał się urywany, a palce zacisnęły się na pościeli. Cała była jak pieśń, którą chciałam grać do ostatniego akordu niespiesznie, z uwagą i skupieniem.
    Każdy ruch, każde westchnienie było teraz opowieścią o zaufaniu, o kobiecości, o tym, jak pięknie jest być razem w tym rytmie. Czułam jej drżenie, jak każdy mój gest staje się dla niej impulsem, który rozchodzi się falą przez całe ciało, jakbyśmy były jednym oddechem, jednym pragnieniem. Mój język krążył powoli, rytmicznie, raz po raz odnajdując miejsca, które sprawiały, że westchnienia Hani stawały się głębsze, bardziej urywane, jakby z trudem mieściły się w jej piersi.
    Była piękna w tej chwili, cała napięta od doznań, a zarazem miękka, rozkołysana wewnętrznym rytmem. Przez ułamek sekundy uniosłam wzrok nasze spojrzenia się spotkały, jakby chciała powiedzieć mi bez słów, że ufa, że chce więcej, że się poddaje.
    Z delikatnością, niemal w szepcie dotyku, sięgnęłam głębiej. Moje palce, rozgrzane, zanurzyły się w niej powoli, czule, bez pośpiechu. Była miękka i rozpalona, wilgotna jak poranna mgła nad jeziorami, pulsująca jak serce w zakochanym ciele. Hania jęknęła cicho, głowa znów odchyliła się w tył, a jej biodra wyszły naprzeciw mojemu dotykowi, prowadząc, zachęcając, błagając niemal. Moje ruchy były pewne, ale czułe bardziej tańczyłam w niej niż działałam, pozwalając jej samej prowadzić mnie przez ścieżki przyjemności, które znała tylko ona.
    W jej dźwiękach była ekstaza, ale i wdzięczność. Czas przestał płynąć, a świat zewnętrzny zamilkł. Zostały tylko nasze ciała i serca, splecione w tej chwili, której nie dało się wypowiedzieć słowami
    Wyraźnie czułam, jak jej ciało unosiło się i opadało, jak moje ruchy wpisywały się w wewnętrzny rytm, który narastał w niej z każdą sekundą. Byłyśmy jak dwie melodie nakładające się na siebie. Delikatna pieśń pragnienia i namiętności, której refrenem stały się jej westchnienia, urwane, coraz bardziej nieskładne.

    Dostosowywałam się do niej, do tej muzyki drżących bioder, do subtelnych napięć jej mięśni, do szeptów wypowiadanych bezgłośnie na jej ustach. Moje palce poruszały się pewniej, głębiej, dokładniej, lecz nie traciły wdzięku. Chciałam, by każda chwila była jak taniec zmysłowy, miękki, pełen oddania.
    Jej ciało falowało pod moimi dłońmi, pod językiem, jakby ocean wewnętrznych doznań nie mieścił się już w granicach skóry. Przez ułamek sekundy objęła mnie nogami, mocno, jakby nie chciała pozwolić tej chwili uciec, jakby pragnęła zatrzymać mnie w sobie całkowicie, bez reszty.
    Potem ten moment, kiedy napięcie pęka. Jak cicho rwąca się struna, jak światło wybuchające za powiekami. Jej ciało uniosło się w łuku, a dźwięk, który z niej wypłynął, był czystym zachwytem. Poczułam, jak w jej wnętrzu rozlewała się fala ciepła, pełna, spazmatyczna, a zarazem spokojna, jakby wszystko w niej nagle wróciło na swoje miejsce.
    Nie przestawałam. Jeszcze przez chwilę pozostałam blisko niej, żeby ten taniec dokończyć szeptem, nie krzykiem, żeby złożyć pocałunek na zakończeniu melodii, której nigdy nie chciałam kończyć.

    Uniosła dłoń i przyłożyłam palce do ust Hani, muskając opuszkami jej wargi jeszcze ciepłe od tego, jak przed chwilą prowadziły mnie przez jej rozkosz, które jeszcze chwilę wcześniej były językiem intymnej rozmowy w jej rozgrzanym wnętrzu. Ujęła je delikatnie, z uśmiechem, jakby chciała zatrzymać tę chwilę w sobie na dłużej, przedłużając w sobie smak przed chwilą doznanej rozkoszy.. Było w tym coś wzruszająco czułego, jakby odwdzięczała się za dotyk samym sobą.
    Pocałunkiem ruszyłam w górę od miękkiego brzucha, przez zmysłową krzywiznę piersi, po linię szyi, aż dotarłam do jej ust. Zatrzymałam się tuż przed nimi, ledwie muskając je oddechem.
    – To było cudowne – szepnęłam.
    – Bardzo cudowne – zaśmiała się, przymykając oczy z tym jej figlarnym błyskiem, który tak kochałam.
    Ułożyłam się na niej, wtulając się jak w najbezpieczniejsze miejsce na świecie. Jej ciało było miękkie, ciepłe, znajome nasze piersi splotły się w czułym uścisku, a uda otuliły siebie nawzajem jak skrzydła w locie.
    – Gdzie Ty się tego nauczyłaś? – zapytała z udawaną powagą, obejmując mnie i pozwalając dłoniom zjechać po moich plecach, niżej… tam, gdzie reaguję zawsze pierwsza.
    Zaśmiałam się cicho, nachylając się do jej ucha:
    – Mówiłam Ci… miałam bardzo inspirujące wakacje.
    Wtedy znów złączyłyśmy się w pocałunku. Długim, nieśpiesznym. Takim, który pachnie wdzięcznością. Próbowałyśmy się sobą nasycić, ale wiedziałam, że to niemożliwe nie po tym, co się wydarzyło. Każdy jej dotyk, każda pieszczota zostawiła we mnie ślad, a ja nie chciałam ich zmazywać.

    Byłyśmy jak dwa oddechy splecione w jeden miękkie, ciepłe, pulsujące tą samą melodią potrzeby. Pragnienie nie malało, przeciwnie nabrzmiewało w nas jak światło tuż przed wschodem. Czułam, jak Hania poruszała się bliżej, delikatnie, a jednak z tą odwagą, która już nie potrzebuje pytań. Oczy jej błyszczały lekko, jakby w nich odbijał się mój własny głód.
    Nasze dłonie odnalazły siebie nawzajem, nie tylko w geście, ale w rytmie. Powolne, koliste pieszczoty, jakbyśmy kreśliły na własnym ciele mapy pożądania, każda linia prowadząca w głąb siebie i ku sobie. Płynnie, bez słów, nasze ciała ułożyły się w nowy kształt, jakby natura sama podpowiedziała nam, że w tej chwili nie ma góry ani dołu, tylko nieskończona pętla wzajemnej rozkoszy.
    Zamknęłam oczy, gdy poczułam jej oddech bliżej, a potem dotyk tak znajomy, a jednocześnie odkrywany od nowa, jak struna, która wybrzmiewa tylko w odpowiednich dłoniach. Moje ciało drżało w rytmie jej języka, a ja, w tym samym czasie, zanurzałam się w niej, słuchając jej oddechów, czułych westchnień, drobnych napięć, które rozszerzały się pod moimi ustami jak kręgi na wodzie.
    Nie potrzebowałyśmy słów. Cały język miłości był w naszych gestach. Cała bliskość w dreszczach, które nadchodziły falami. Jej smak mieszał się z moim własnym drżeniem, a nasze ciała splecione w ten wirujący taniec, były jak lustrzane odbicia namiętności.
    Trwałyśmy w tej harmonii długo, jakby czas przestał płynąć. Każdy ruch był modlitwą złożoną z czułościn, każde westchnienie nutą w pieśni, którą znałyśmy tylko my.
    Potem, w tej najcichszej chwili ciszy pełnej wibracji, kiedy ciało jeszcze pamięta, a dusza wciąż drga. Spojrzałyśmy na siebie. Uśmiechy wypłynęły z nas miękko, bezgłośnie. W moim spojrzeniu było podziękowanie, w jej uczucie, którą czytałam całym sobą.
    Czułam, jak wir, w którym się znalazłyśmy, nabiera tempa jakby nasze ciała porozumiewały się poza świadomością, odnajdując wspólny rytm, który pulsował coraz śmielej. Każdy ruch, każda pieszczota była jak dopisanie kolejnej nuty do melodii, która wypełniała nas od środka. Oddychałyśmy sobą, napędzane wzajemnym pragnieniem, które zamiast maleć, rosło aż stało się niemal namacalne.
    Ciepło między nami gęstniało, nabierało koloru i dźwięku, jakby świat zewnętrzny przestał istnieć. Tylko my splecione jak lśniące wstęgi w tańcu, który prowadził nas coraz wyżej. Ruchy stawały się odważniejsze, głębsze, pewniejsze, a w ich rytmie drżała nuta ekstazy, która narastała nie gwałtownie, lecz jak świt rozlewający się po niebie.
    Aż wreszcie przyszło to, co nieuchronne, jak rozkwit ostatniego płatka róży, który nie potrzebuje oklasków, by być doskonały. Cała ja rozchylona w tej jednej chwili oddałam się temu, co między nami tak naturalnie wyrosło. Czułam, jak falujemy razem, bez granic i imion, wolne.

    Hania opadła na bok, a ja jeszcze przez chwilę czułam w palcach ciepło jej skóry, pulsowanie bliskości. Wybuchłyśmy śmiechem miękko, bezgłośnie niemal, jakbyśmy bały się zbudzić samą magię tego popołudnia. Odwróciłam się półbokiem, wtuliłam w nią, nasze nogi splecione jak gałązki w letnim wianku. Czułam jej zapach w przestrzeni między nami słodki, znajomy, intymny.
    Nasze usta odnajdywały się znowu, w pocałunkach miękkich jak jedwabna pościel. Przeciągałyśmy tę chwilę – smakowałyśmy ją powoli, z wdzięcznością.
    – To była zabawa – szepnęłam, muskając jej policzek czubkiem nosa.
    – Nigdy nie miałam bardziej szczęśliwych wakacji – dodałam cicho, jakby ten szept miał uchronić naszą tajemnicę przed światem.
    Uśmiechnęła się do mnie, tym swoim delikatnym, ciepłym uśmiechem, który rozbrajał mnie od środka.
    – Ja też – powiedziała. – I chyba lepszego początku semestru nie mogłam sobie wymarzyć.
    Milczałyśmy, ale ta cisza nie była pusta. Była pełna nasycona pocałunkami, spojrzeniami, dotykiem, który nie musiał już niczego udowadniać, tylko być.
    Jeszcze raz się pocałowałyśmy głęboko, spokojnie, jakbyśmy wiedziały, że czas się na moment zatrzymał tylko dla nas. Wtuliłam się w nią, zamknęłam oczy. Leżałyśmy tak nagie, rozgrzane, spokojne. Myśl o rodzicach, którzy mogli wrócić w każdej chwili, była gdzieś daleko. Nieistotna. To był nasz czas, nasz letni sen. Czuły i prawdziwy.

    Obudziłyśmy się dopiero wtedy, gdy niebo za oknem przybrało głęboki odcień błękitu, ten krótki moment między dniem a nocą, kiedy świat przez chwilę wydaje się nierzeczywisty. Hania leżała obok mnie spokojna, z półuśmiechem na ustach, a jej dłoń spoczywała lekko na moim biodrze. Zsunęłam się z niej niechętnie, by sięgnąć po wodę i spojrzałam na zegar. Siódma wieczorem. Zbyt późno, by to był tylko popołudniowy sen.
    – Wiesz, że mogliby już być w domu? – wyszeptałam, jakby mówiąc to głośno mogłam cofnąć czas.
    Hania przeciągnęła się i tylko uśmiechnęła, nie otwierając oczu. Pocałowałam ją w czoło i wtuliłam się z powrotem, ale coś we mnie zaczęło drżeć niepokój, że ta nasza bańka intymności zaraz pęknie.
    Minęły może dwie minuty, może pięć, a może tylko jedna  gdy usłyszałam ciche, ale stanowcze pukanie do drzwi. Zamarłyśmy. Nie odpowiedziałam. Może odejdzie, pomyślałam, może uzna, że śpię.
    – Sabinko? – głos mamy, zmęczony, łagodny. – Jesteś?
    Milczałam. Hania napięła ciało, patrząc na mnie z pytaniem w oczach.
    Chwila ciszy i wtedy zbyt szybko, zbyt pewnie klamka opadła. Drzwi się uchyliły.
    Wszystko wydarzyło się nagle, jakby czas przyspieszył. Ja i Hania nagie, przykryte tylko lekko narzuconym kocem, nasze ciała jeszcze ciepłe od popołudnia. Mama stanęła w drzwiach. Zobaczyła nas. Zatrzymała się.
    W tej jednej sekundzie zawisło wszystko – nasze oddechy, przeszłość, przyszłość, bezpieczeństwo i wstyd. Czułam, jak w mojej piersi coś się kurczy, jakby świat właśnie zaczął się rozsypywać w drobny pył, ale mama… nie krzyknęła. Nie zareagowała gwałtownie, tylko zamarła, jej spojrzenie zatrzymało się gdzieś między mną a Hanią. Widziałam w jej oczach zaskoczenie, może smutek, ale też coś jeszcze, jakby próbowała zrozumieć, jakby szukała słów, których nikt nigdy jej nie dał.
    – Przepraszam… – powiedziała tylko, cicho. I zamknęła drzwi.
    Cisza, która potem zapadła, nie była już tą spokojną, bezpieczną ciszą z przedpołudnia. Była napięta. Inna.
    Hania ścisnęła moją dłoń.
    – Sabina…?
    Nie odpowiedziałam od razu. Czułam, jak przez moje gardło przetacza się fala wstydu, strachu, a pod tym wszystkim dziwne, ciche poczucie ulgi, bo już nic nie było ukryte. Byłyśmy.
    Ubierałyśmy się powoli, wciąż jeszcze otulone ciepłem poprzednich chwil. Hania założyła swoją bluzkę tyłem naprzód i obie wybuchłyśmy cichym śmiechem, tym lekkim, rozbrajającym, który rozprasza napięcie. W jej oczach wciąż była namiętność, ale teraz dołączyła do niej troska.
    – Dasz radę? – zapytała, gładząc moje ramię opuszkami palców.
    – Muszę – uśmiechnęłam się i pocałowałam ją ostatni raz, długo, miękko, ze wszystkim, co jeszcze zostało niewypowiedziane.

    Odprowadziłam ją do drzwi. Jeszcze chwilę trzymałyśmy się za dłonie, zanim odeszła, zerkając przez ramię, jakby nie chciała znikać. Ja też nie chciałam, żeby znikała, ale wiedziałam, że teraz muszę zejść na dół. Zebrać się w sobie. Oddychać spokojnie.
    Zeszłam po schodach na bosaka, z bijącym sercem. Mama siedziała przy kuchennym stole, z kubkiem herbaty w dłoniach. Kiedy weszłam, podniosła na mnie wzrok. Spodziewałam się chłodu, spięcia… ale zobaczyłam coś zupełnie innego. Jej usta wygięły się w delikatnym uśmiechu nieironicznym, nie zaskoczonym, tylko… ciepłym.
    – Hej, kochanie – powiedziała cicho, jakby nie chciała spłoszyć tej chwili.
    Usiadłam naprzeciwko, niepewna, czy powinnam mówić pierwsza, ale mama mnie uprzedziła.
    – Nie musisz się tłumaczyć – powiedziała po chwili ciszy, z tą swoją łagodnością, która przypominała czasem kołdrę w zimowy wieczór. – Wiem, że czasem uczymy się siebie przez bliskość. I… nie widzę w tym nic złego. Wiesz?
    Patrzyłam na nią zdziwiona, może trochę z niedowierzaniem. Jej spojrzenie było spokojne, dojrzałe. Bez oceny. Tylko obecność.
    – Po prostu… – zawahała się na moment – chciałabym, żebyś zawsze czuła się bezpieczna. Ze sobą. I z tym, co czujesz. Żebyś nie musiała się wstydzić miłości, pragnienia… bliskości.
    Zacisnęłam palce na kubku z herbatą, którą mi podała. W gardle drgnęło mi coś, co przypominało wzruszenie.
    – Mamo… ja się trochę bałam.
    – Wiem. Ja też bym się bała, na Twoim miejscu, ale jesteś moją córką i najważniejsze dla mnie jest to, byś była sobą. Bez względu na to, co to znaczy.
    W tej jednej chwili coś we mnie się rozluźniło. Jakby ktoś zdjął z ramion płaszcz, którego ciężaru nie byłam wcześniej świadoma. Uśmiechnęłam się, delikatnie, od wewnątrz.
    – Dziękuję – wyszeptałam.
    – A ona? – spytała po chwili, z ciepłą ciekawością w głosie. – Hania?
    Poczułam, jak policzki lekko mi się rumienią.
    – Jest… cudowna.
    Mama tylko kiwnęła głową i upiła łyk herbaty.
    – Wiesz, że tata kiedyś też powiedział, że gdyby nie był mężczyzną, to pewnie by się zakochał w mojej przyjaciółce z liceum?
    Zachichotałam. To był dokładnie ten rodzaj puenty, jakiej potrzebowałam lekki, serdeczny, akceptujący.

    Przez resztę wieczoru, choć wciąż krążyło we mnie napięcie, z każdym słowem, z każdym gestem, czułam, że nie jestem sama. Ani ze sobą, ani z tym, kim jestem.

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    Iva Lions
  • Uwiedziona Przez Nianie VI: Ferie

    Dominika pojechała z Julkiem w góry trzy dni temu. Zasłużyli na ten czas śnieg, szkoła nart, wesołe śmiechy i zabawa, a ja zostałam w domu, by pozamykać kilka spraw w pracy. Planowałam dołączyć do nich lada dzień. Tylko że… już dziś tęsknota miała mnie w garści.
    Rozmawiałyśmy chwilę przez telefon. Opowiadała mi, jak Julek zachwyca się stokiem, jak dumnie stawia pierwsze kroki na nartach. Śmiała się cicho, szeptem, żeby go nie obudzić. Jej głos był ciepły, miękki jak koc, który właśnie otulał moje ramiona. Oparłam się wygodniej na kanapie. Sweter zsunął mi się nieco z ramienia, palce wędrowały bezwiednie po udzie, tuż nad krawędzią pończochy.
    – Tęsknię – powiedziała nagle.
    – Ja też. Bardziej, niż potrafię ubrać w słowa – odpowiedziałam cicho.
    Było w tej ciszy po naszych słowach coś gęstego, pełnego. Czułam ją obok siebie, choć dzieliły nas kilometry. Chciałam jej dotyku, jej oddechu przy mojej szyi, jej ciepła, które znałam już tak dobrze.
    Rozmawiałyśmy jeszcze chwilę, ale wiedziałam, że zaraz będzie musiała kończyć. W tle słyszałam miękkie dziecięce chrapanie. Uśmiechnęłam się przez tęsknotę.

    Gdy połączenie się zakończyło, zostałam sama w ciszy wieczoru, przy delikatnym świetle lampki, w samym sweterku, pończochach i grubych skarpetkach do kolan, które kiedyś kupiłyśmy razem na jarmarku świątecznym.
    Tęsknota była nie tylko emocją. Była głodem, pragnieniem, czymś więcej niż ciałem bo przecież to, co między nami, nigdy nie było tylko fizycznością. Delikatnie przesunęłam palce w dół, pod materiałem swetra, pozwalając sobie na wspomnienia. Każde muśnięcie wyobraźni przypominało mi ją jej pocałunki, jej dłonie, jej spojrzenie, które rozbierało mnie ze wstydu i lęku.
    Zamknęłam oczy. Moje własne dotykające palce, z początku niepewne, zaczęły poruszać się z większą świadomością. Wiedziały, czego mi brakowało. Każdy oddech niósł imię, każda iskra pod skórą przypominała noc, kiedy Dominika całowała mnie między słowami, prowadziła bez słów.
    Cisza stała się sprzymierzeńcem. Niosła szeptane „kocham”, czułe „brakuje mi cię”, ciche „wróć do mnie”. Kiedy w końcu pozwoliłam sobie dojść tam, gdzie prowadziła mnie myśl o niej, uśmiechnęłam się przez wilgotne rzęsy nie ze wstydu, a z czułości, bo nawet na odległość… potrafiła być blisko.
    Byłam już tylko oddechem ciepłym, niespiesznym, jakby zawieszonym w ciszy pomiędzy dźwiękami. Palce wciąż trzymały ciepło po rozmowie, po Twoim głosie, który jeszcze dźwięczał mi w głowie. Zamknęłam oczy. Czułam swoje ciało jak nieczęsto świadomie, czule, bez pośpiechu. Opuszki przesuwały się po mojej skórze wolno, jakby chciały zapamiętać ją na nowo. Zsunęłam dłoń spod koca, powoli unosząc sweter. Jego miękka dzianina zsunęła się z jednego ramienia, a potem zsunęła niżej, zostawiając piersi w półcieniu, rozgrzane oddechem i myślą o mojej żonie.
    Zawahałam się, lecz tylko na moment nie z niepewności, ale z potrzeby, by dać sobie prawo do delikatności. Moje palce zsunęły się na jedno z najczulszych miejsc. Poddałam się dotykowi z zamkniętymi oczami, cicho wzdychając, gdy kciuk zatoczył krąg wokół napiętego wierzchołka.
    Drugą dłonią delikatnie objęłam własną talię, przesuwając się w dół, po aksamicie ud. Pończochy, jeszcze wilgotne od ciepła, lekko szeleściły pod palcami. Czułam, jak drżenie budzi się powoli, najpierw w brzuchu, potem niżej, jak fala, która nie pyta o zgodę, a jedynie daje przestrzeń na to, by czuć.  
    Wiedziałam, że była daleko, a mimo to każda pieszczota była jak jej wspomnienie, jakbyś to Ty poruszała moje dłonie, jakby jej szept prowadził mnie w tej ciszy, w tej potrzebie, która była bardziej z tęsknoty niż z pożądania. Oddychałam głośniej, głębiej, ale wciąż z tą samą miękkością, która nie potrzebowała gwałtowności tylko bliskości, tylko jej, nawet w wyobrażeniu.
    Nie wiem, ile czasu minęło, odkąd odłożyłam telefon. Minuty stały się ciche jak śnieg za oknem. Miękkie, rozciągnięte, bez ciężaru, tylko moje ciało wciąż było pełne mojej żony. Tęskniłam… inaczej niż zazwyczaj. Nie z bólem, nie z żalem. Tęskniłam z głębi skóry, z miejsc, które znały tylko dotyk Dominiki.
    Moja dłoń zsunęła się znów w dół nieśpiesznie, bez planu, jakby sama szukała tego, czego brakowało, a brakowało mi mojej ukochanej. Tego ciepła, które zostawiała na mojej szyi, gdy przytulała się z tyłu. Tego, jak całowała mnie w ramię, zanim jeszcze zdążę się poruszyć. Dotknęłam siebie tam, gdzie pragnienie staje się ciche i gęste, gdzie oddech przerywa się w połowie, a ciało woła ciszej niż słowa. Przeciągnęłam palcem wzdłuż własnej kobiecości,  delikatnie, z rosnącą pewnością. Byłam już rozgrzana, otwarta, miękka, jak zawsze dla niej.
    W myślach widziałam dłonie Dominiki, jakby moje były tylko przedłużeniem jej. Prowadziły mnie, ale i słuchały tej potrzeby, która pulsowała między pragnieniem a wspomnieniem.
    Lewą dłonią objęłam pierś. Czułam, jak napina się pod moim dotykiem, jak jędrnieje w odpowiedzi na każdy ruch kciuka. Westchnienie wyrwało mi się z gardła, bezgłośne niemal, lecz pełne.
    Nie mówiłam nic, tylko oddychałam. Powoli. Wszystko było dla niej. Moje ciało, rozgrzane jej nieobecnością. Moje palce, które chciały być nią. Moja tęsknota najczulsza z modlitw.
    Zamknęłam oczy.
    Wciąż miałam przed sobą moją żonę może nie w kształcie ciała, ale w całej tej miękkiej obecności, która zostaje, gdy drzwi się zamkną, a dusza nie chce przestać dotykać. W moim wnętrzu niosłam echo jej głosu, miękki śmiech i to przeciągnięte “kocham”, które zawsze mówiła, gdy myśli że już zasypiam.
    Palce znów odnalazły drogę  pewniejsze, spokojniejsze. Gładziłam się lekko, u podstawy brzucha, tam, gdzie ciepło zbiera się jak mgła o poranku. Zsunęłam się niżej, rozchylając się dla niej z czułością, z uwagą, jakbym odkrywała skarb, który znałam od zawsze, a jednak za każdym razem był nowy.
    Opuszkiem dotknęłam swojego koralika tak nazwałam go kiedyś, w myślach, kiedy opowiadałaś mi o swojej pierwszej pieszczocie. Ten maleńki punkt światła, który potrafił rozlać się po całym ciele jak rozgrzane wino.
    Pocierałam go powoli, okrężnie, ledwo muskając, jakby każde zbliżenie dłoni do niego było pocałunkiem. Oddech przyspieszył, ale ciało nie chciało się spieszyć. Pragnęłam trwać w tej tęsknocie jeszcze trochę dłużej.
    Lewą dłonią wróciłam do piersi zamknęłam ją w dłoni, odczuwając jej ciężar i napięcie, jakby odpowiadała na każdy mój szept pod skórą. Kciukiem drażniłam sutek, który stwardniał niemal natychmiast, jakby czekał na Twój dotyk.
    Gdy palce prawej dłoni przeszły po wilgotnej linii, niżej, aż do wnętrza, westchnęłam głębiej. Weszłam w siebie powoli, z czułością, z tą samą miękkością, z jaką przyjmuję ją, gdy kładzie się za mną w nocy.
    Byłam rozgrzana, miękka, spragniona. Wypełniłam się sobą… ale tak naprawdę Tobą.
    Palce poruszały się szybciej, nie gwałtownie, nie zachłannie, ale z pewnością, która narastała w rytmie oddechu. Ciało przyjmowało każde muśnięcie jak przypomnienie, że istnieje, że czekało, że tęskniło.
    Ruchy stały się głębsze, wilgoć ułatwiała każdy gest, a napięcie narastało pod skórą jak napięta struna. Łechtaczka pulsowała w rytmie serca, każdy okrężny ruch wywoływał dreszcz, który przebiegał aż do karku i pleców.
    Piersi, drażnione drugą dłonią, stały się cięższe, pełniejsze. Sutki stwardniały jeszcze bardziej, czułe jak otwarte usta. Miękkie ściśnięcie, muśnięcie opuszkami, delikatne pociągnięcie wszystko rezonowało, wszystko iskrzyło. Każde westchnienie niosło się w ciszy pokoju jak echo intymności.
    W głowie przemykały obrazy jej biodra, jej dłonie, jej zapach, gdy przeczesuje włosy po kąpieli. Jakby każda część ciała przypominała sobie teraz inny dotyk, inną noc, inną drżącą chwilę, która nie przeminęła, tylko przetrwała we wspomnieniu.
    Czułam jak moje wnętrze kurczy się i otwiera, w rytmie pieszczot, jakbym grała na własnym instrumencie znanym i ukochanym, a jednak za każdym razem świeżym. Pragnienie pulsowało w udach, w brzuchu, w gardle, nie do końca głośne, ale nie do zignorowania.
    Byłam ogniem, ale tym udomowionym płomieniem świecy w sypialni. Rozświetlałam siebie od środka. Intensywność rosła z każdym ruchem, ciało zaczynało drżeć w ramionach, w kolanach, w kręgosłupie. Przestrzeń wokół zniknęła, została tylko muzyka oddechu, rytmiczne szmery palców i ciepło, które rosło jak fala.
    Czułam, jak moje ciało staje się lekkie, jakby każda komórka zanurzała się w miękkim półśnie, nie oderwaniu, lecz zawieszeniu. Dłonie nadal poruszały się płynnie, już nie szukały, one wiedziały. Wiedziały, gdzie dotknąć, gdzie zostać dłużej, gdzie przelotem zostawić oddech skóry.
    Wnętrze pulsowało niecierpliwe, rozgrzane, wilgotne od pragnienia, które nie rodziło się w nocy, ale dojrzewało dniami. Z każdą myślą o niej, z każdym wspomnieniem zapachu jej szyi, jej ramion, jej śmiechu nad kubkiem herbaty.
    Palce zatapiały się we mnie coraz głębiej, łagodnie, jakby ciało otwierało się z wdzięcznością.
    Mój krzyk nie był głośny. Był cichy, wypowiedziany tylko ustami bez głosu, drżącym „Boże…”, które zniknęło gdzieś między jękiem a wdechem. Piersi pod dłonią były teraz jak rozkwitłe kwiaty wrażliwe, gotowe, otwarte. Miękkie, spragnione czułości, jakby od zawsze stworzone do tego dotyku i nagle wszystko, wszystko stało się jednością. Oddech, tętno, ruch, wspomnienie.
    Poczułam, jak fala rozlewa się we mnie ciepła, gęsta, rozświetlająca. Fala, która zaczęła się w biodrach, ale dotarła wszędzie. Do karku, do dłoni, do podstawy czaszki.
    To było jak wydech po bardzo długim dniu, jak uścisk po rozłące. Trwało to chwilę może wieczność. Ciało zatrzęsło się jak podmuch wiatru wśród liści.
    Potem zostało tylko ciche drżenie i ona jej obraz pod powiekami. Jej głos w moim uchu, choć telefonu już dawno nie trzymałam, jej obecność, która mimo odległości była tu ze mną, we mnie.
    Zwinęłam się w kłębek, otulona sweterkiem, jakby chroniąc jeszcze przez moment ciepło, które we mnie tliło. Nie potrzebowałam nic więcej, bo należałam do niej i do siebie. W tej kolejności.

    Po chwili spełnienia leżałam jeszcze chwilę nieruchomo, z twarzą wtuloną w miękki sweter i ciepło otulającą mnie kołdrę. Byłam cała sobą, z nią, w sobie. Odpływałam powoli w stan, w którym ciało mówiło tylko „dziękuję” za to, że jest i wtedy usłyszałam dzwonek do drzwi.
    Otworzyłam oczy, zdezorientowana. Kto…? Zerknęłam na godzinę. Potarłam twarz dłonią i sięgnęłam po figi leżące gdzieś obok, naciągając je na siebie. Nie miałam siły się przebierać,  zresztą, nie było potrzeby. Sweter sięgał mi do połowy uda, pończochy trzymały się jeszcze na udach, a skarpetki w czarno-białe paski kończyły się tuż pod kolanami. Przez wizjer zajrzałam — i parsknęłam śmiechem.
    – Cześć, siostrzyczko – powiedziała Magda z szerokim uśmiechem, gdy tylko otworzyłam drzwi.
    – Cześć… – mruknęłam i gestem zaprosiłam ją do środka. – Trochę… z zaskoczenia.
    – Widzę, że nie w porę – rzuciła z szelmowskim błyskiem w oku. – Ale to nie pierwszy raz, co?
    – Jestem sama – odparłam, zamykając za nią drzwi. – Dominika z Julkiem na zimowisku.
    – Domyśliłam się. Ale wiesz co? Znam ten wyraz twarzy. Pamiętam czasy, jak byłaś nastolatką i jeszcze odkrywałaś siebie… Zawsze po wszystkim miałaś takie nieobecne spojrzenie i policzki lekko zaróżowione.
    – Ech, Magda… – zaśmiałam się, przewracając oczami, ale nie zaprzeczyłam.
    – Czyli Dominiki nie ma, a Ty sobie… dogadzasz? – rzuciła z teatralnie poważną miną, po czym obie wybuchłyśmy śmiechem.
    – No co, tęsknię za nią – wzruszyłam ramionami, uśmiechając się z rozbrajającą szczerością.
    – Widzę. Promieniejesz – mruknęła, siadając przy stole.  
    – Miło, że wpadłaś. Coś się stało?
    – Nie, nic takiego. Po prostu… chciałam odwiedzić siostrę. Zobaczyć, jak się trzymasz i zapytać, czy macie jakieś plany na ostatni weekend ferii. Bo wiem, że Dominika z Julkiem wracają za kilka dni, a my z Jarkiem myśleliśmy, że może byśmy coś zrobili razem z dzieciakami.
    – Czemu nie? – skinęłam głową, stawiając wodę na herbatę. – Pogadam z Dominiką, jak wrócimy.
    Usiadłam naprzeciw niej, poprawiając sweter na udach. Znałyśmy się jak własne kieszenie, nie musiałam niczego udawać. Magda upiła łyk gorącego naparu i westchnęła.
    – Dobrze tu u ciebie. Cicho. Aż trochę zazdroszczę.
    – Przypomnij mi, żeby ci wypożyczyć moje dziecko na weekend. Od razu zatęsknisz za wrzaskiem i bałaganem – uśmiechnęłam się z przymrużeniem oka.
    – Ale wtedy nie będę miała takich uroczych scen w drzwiach – rzuciła z uśmiechem i zerknięciem na mój niedbały strój.
    – No, no – zaśmiałam się – zachowaj je w tajemnicy, albo przynajmniej nie opowiadaj mamie.
    – Obiecuję. Ale może narysuję sobie scenkę w głowie – zażartowała i stuknęłyśmy się filiżankami.
    Spędziłyśmy jeszcze chwilę razem. Rozmawiałyśmy o dzieciach, o planach, o pracy. Magda opowiedziała kilka zabawnych historii z ostatniego tygodnia, a ja w końcu włożyłam dres i rozplątałam włosy, które ciągle jeszcze pachniały snem i nią.
    Gdy wychodziła, przytuliła mnie mocno.
    – Tęsknię za naszymi pogaduchami. Fajnie było.
    – Wpadnij częściej. Nawet nie w porę – odparłam, a ona tylko porozumiewawczo mrugnęła.
    Zamknęłam drzwi, oparłam się o nie i jeszcze przez chwilę czułam, że dom był pełen ciepła. Spełnienia. I siostrzanej bliskości.

    Zamknęłam drzwi, przez chwilę opierając się o nie plecami. Wciąż czułam zapach herbaty, brzmienie jej śmiechu, ten znajomy rytm rozmowy, który znałyśmy tylko my dwie, jakbyśmy mówiły językiem zarezerwowanym wyłącznie dla sióstr.
    Miła niespodzianka. Magda zawsze była dla mnie kimś więcej niż tylko siostrą. Kiedyś powierniczką sekretów z dzieciństwa. Później kimś, kto bez słów rozpoznaje, co kryje się za spojrzeniem. Zawsze blisko, nawet gdy świat dzielił nas obowiązkami, dziećmi, życiem i dziś w drzwiach, z uśmiechem, który znałam od zawsze przypomniała mi, że nie jestem sama.
    Zwinęłam się na kanapie, podciągając nogi pod siebie. Cisza znów należała do mnie.
    Sięgnęłam po telefon, odblokowałam ekran. Bez dłuższego namysłu napisałam do Dominiki:
    „Dobranoc. Kocham Cię :*”**” i wysłałam.
    Potem zgasiłam światło i zostałam tylko z tym, co prawdziwe z czułością, która potrafi przetrwać każdą odległość i z pewnością, że należę do niej, do nas, do siebie.
    ***
    To były trzy dwa dni… a jednak czułam, jakby czas celowo zwolnił, chcąc mnie wystawić na próbę. Sprawy zawodowe przedłużyły mój wyjazd, choć sercem byłam już tam wśród śnieżnych dolin, w cieple ich obecności, w zapachu dziecięcego szamponu Julka i skóry Dominiki. Każdy kilometr przybliżał mnie do nich i do tej niewypowiedzianej ulgi, jaką niesie powrót do domu.
    Gdy dotarłam, nie zdążyłam jeszcze dobrze otworzyć drzwi, a już poczułam na szyi ramiona Julka. Skarb. Osiem lat, a tyle w nim było życia i energii, że mógłby zasilić małe miasteczko. Paplał wszystko naraz: o stoku, o tym, że „prawie zjechał z czarnej”, o instruktorze, który „na pewno był kiedyś ninja”, i o Dominice, która „się śmiała, że będzie miał zakwasy”.
    Potem… była ona, Dominika, moja żona. Czułam to objęcie w kościach, w oddechu, w mięśniach, które w jednej sekundzie puściły napięcie. Zatrzymałam się w tej chwili, wtulona w jej szyję, łapiąc zapach, który kojarzył mi się z bezpieczeństwem.
    Popołudnie i wieczór minęły nam we trójkę. Porwałyśmy Julka na przepustkę z zimowiska na jedno popołudnie. Śmiech, bitwa na śnieżki, zmarznięte palce, herbata parząca usta. Julek stawał się senny  i odprowadziłyśmy go do ośrodka, a potem wróciłyśmy do pensjonatu, który był blisko i czekał nas jeszcze czas tylko we dwie.  
    Siedziałyśmy razem na miękkim kocu, rozłożonym niedbale na kanapie, w sweterkach, dżinsach, z lampką czerwonego wina. Moje palce błądziły po jej dłoni i obrączce, nasze ciała delikatnie do siebie przylgnięte. Czułam, jak jej rytm powoli synchronizuje się z moim.
    – Opowiedz mi – szepnęłam, unosząc głowę, żeby spojrzeć jej w oczy – jak było tutaj beze mnie?
    Spojrzała na mnie z tym swoim ciepłym półuśmiechem.
    – Stok był świetny, Julek zjeżdżał jak szalony. Tylko… tęsknił.
    Poczułam ukłucie wzruszenia. Takie ciche, ciepłe.
    – A Ty? – zapytałam cicho.
    – Ja też. Bardzo.
    Zawisła między nami miękka cisza. A potem, trochę z przekorą, trochę z zawstydzeniem, pozwoliłam sobie na wyznanie.
    – Tak bardzo mi Ciebie brakowało, żono… że aż musiałam się… ratować sama. – Uśmiechnęłam się figlarnie, czując, jak policzki lekko mi płoną. – Wiesz, leżałam sama, w Twoim swetrze… i… cóż. Pomagałam sobie, wyobrażając sobie Ciebie.
    Dominika uniosła brwi i zachichotała cicho.
    – Tak bardzo?
    – Tak bardzo – powtórzyłam z udawaną powagą, muskając nosem jej szyję. – Gdybyś słyszała, jak Twoje imię brzmiało w moich szeptach… Czułam się trochę jak nastolatka, nie jak stateczna żona, kobieta po . Ale nic nie mogłam na to poradzić.
    Przyciągnęła mnie bliżej, jej ręka zatrzymała się na moim biodrze. Wtuliłam się w nią mocniej.
    – Nadrobimy – wyszeptała cicho, niemal muskając moje ucho. – Ale nie od razu. Najpierw chcę po prostu być z Tobą. Słuchać Cię. Pić wino. Czuć, że wróciłaś.
    – Tylko nie za długo – odpowiedziałam, całując ją w kącik ust. – Bo ja naprawdę tęskniłam. Fizycznie. Głęboko.
    Uśmiechnęła się, cicho, łagodnie, z tym spojrzeniem, które znałam już na pamięć i wtedy poczułam, że już nigdzie nie muszę iść, że wszystko, czego mi brakowało, miałam właśnie tutaj w jej dłoni, w tej chwili, w tym oddechu, który znów był wspólny.  

    Jej skóra była ciepła. Pachniała domem, bezpiecznym miejscem, do którego wracałam myślami, gdy dni ciągnęły się zbyt długo. Wtulona w nią, przylegając do jej boku, chłonęłam każdy fragment obecności, jak spragniona ziemia chłonie pierwszy wiosenny deszcz.
    Nasze rozmowy przycichły. Zostały tylko szepty, półuśmiechy, łagodne muśnięcia palcami po nadgarstkach, karku, udzie pod kocem. Te ciche gesty, które rozpoznawałyśmy bez słów. Tęsknota miała swoją własną melodię pełną miękkich akordów oddechu i powolnego przyspieszenia pulsu.
    Zsunęłam twarz ku jej szyi, całując najpierw delikatnie, prawie nieśmiało, jakbym uczyła się jej na nowo. Poczułam, jak poruszyła się lekko, jakby zachęcając, bym nie przerywała. Jej dłoń przesunęła się po moich plecach, potem zatrzymała się na biodrze. Ciepło i ciężar tego dotyku przywracały mnie do świata, w którym istniałyśmy tylko my dwie żony, dwie tęsknoty, jedno pragnienie. Zsunęłam dłoń z jej ramienia na bok i dalej pod miękki splot jej swetra. Palce natrafiły na skórę, ciepłą i gładką, drżącą lekko pod moim dotykiem. Nie rozbierałam jej gwałtownie. To była powolna celebracja obecności szept materiału zsuwanego z ramion, cichy oddech między jednym pocałunkiem a drugim, jakby czas nas wreszcie dogonił i chciał podarować nam każdą sekundę tej nocy.
    Kiedy nasze swetry wreszcie opadły na podłogę, a ciała odnalazły się jeszcze bliżej, jej wzrok spotkał mój i wtedy wszystko ucichło myśli, przeszłość, zmęczenie. Była tylko ona. Tylko my. Jej piersi, skryte pod koronką stanika, unosiły się miarowo. Ujęłam jedną z nich dłonią, głaszcząc kciukiem kontur przez materiał, a ona cicho westchnęła. Ten dźwięk utkwił mi gdzieś między sercem a gardłem. Był jak odpowiedź na moje własne potrzeby, które tylko czekały, by znów wypłynąć na powierzchnię.
    Jej usta znalazły moje, a pocałunki miękkie, gorące, nabrzmiałe uczuciem stały się językiem, który mówił za nas. Każdy dotyk był jak słowo, każde westchnienie wyznaniem. Moje ciało, wciąż ubrane w dżinsy, zdawało się wołać o więcej, o bliskość, o to jedyne spełnienie, którego żadna samotna noc nie była w stanie dać. Wtedy, gdy jej dłoń powoli wsunęła się pod materiał moich spodni, a ja uniosłam biodra, by ułatwić jej drogę, poczułam… że wróciłam naprawdę. Nie tylko fizycznie, ale we wszystkim, czym byłam jej żoną, jej kochanką, jej sobą.
    To wszystko działo się jak we śnie utkanym z ciepła i miękkości. Dominika pochyliła się nade mną, a jej usta odnalazły moje z głodem, którego nie trzeba było tłumaczyć. Nasze ciała, nadal częściowo ubrane, splatały się w rytmie oddechu, w rytmie serc, które jakby od dawna czekały na to jedno spotkanie.
    Całowałyśmy się długo, niespiesznie, a jednocześnie z narastającą intensywnością, jakby pocałunki mogły nadrobić wszystko, co zostało utracone przez te dni rozłąki. Jej usta co chwilę zbaczały z kursu na moją szyję, obojczyk, w zagłębienie pod linią szczęki. Czułam, jak ciepło rozlewa się pod skórą, jak każda z tych pieszczot zostawiała ślad niewidoczny, ale głęboki.
    W pewnym momencie jej dłoń zsunęła się niżej i zaczęła wędrować po moich biodrach, najpierw tylko muskając materiał dżinsów, potem zatrzymując się na nim z wyczuwalną pewnością. Dotykała mnie tam przez tkaninę, przez warstwę, która tylko potęgowała napięcie i wtedy nasze pocałunki zmiękły i jednocześnie pogłębiły się, nabierając ciężaru tęsknoty, która nie potrzebowała słów.
    Odpowiadałam na każdy jej ruch całym ciałem, bezwiednie unosząc biodra, jakby moje ciało znało ten gest od lat, jakby należał do naszej wspólnej pamięci. Wciągnęłam powietrze, czując pod palcami miękką tkaninę jej bluzki i ciepło pod nią, a moje uda delikatnie się napięły, jakby chciały przyjąć więcej tej bliskości, tej obecności, której tak długo mi brakowało. Jej pocałunki wracały do moich ust, potem znów opadały w dół, jakby w nieskończonej pętli pragnienia i czułości. Nie musiałyśmy się spieszyć. Wiedziałyśmy, że ta noc należy do nas. Cała. Cała i nic nie musiałyśmy już sobie wyobrażać.
    Unosiłyśmy się na moment, obie na kolanach, splecione ramionami, całując się łapczywie, a jednocześnie z czymś niezwykle miękkim pod spodem jakby każda pieszczota była nie tylko pragnieniem, ale też czułym potwierdzeniem, że jesteśmy tu i teraz, razem.
    Pochyliłam się lekko, obejmując Dominikę w talii i sunęłam dłonią na jej plecy. Nasze oddechy splatały się w powietrzu, kiedy zsunęłam z niej stanik, powoli, z uważnością, jakby każda sekunda była świętem. Jej piersi odsłoniły się przede mną jak coś najpiękniejszego, co mogło mi być dane nie w swojej nagości, lecz w zaufaniu, w oddaniu.
    Pocałowałam ją tuż pod obojczykiem, potem niżej, smakując ciepło jej skóry. Gdy moje usta dotknęły piersi, poczułam, jak ciało Dominiki lekko drgnęło. Jej palce zacisnęły się na moich ramionach, a oddech na chwilę przyspieszył. Pieszczota językiem była powolna, niemal nabożna. Znałam każdy kontur, a mimo to odkrywałam go na nowo, jakby zmysły zapamiętały więcej niż pamięć.
    Skupiałam się na wrażliwych punktach czasem delikatnie przygryzałam, czując pod palcami subtelne napięcie, które rozchodziło się po jej plecach jak fala. Zadrżała, cicho westchnęła, a ja odnalazłam w tym dźwięku echo naszej tęsknoty z ostatnich dni. Moje dłonie gładziły jej plecy, przesuwały się po krzywiźnie bioder, aż znów wtuliłyśmy się w siebie, jakby nie istniał świat poza tą chwilą ciepłą, rozciągniętą w czasie, pełną wzajemnego ukojenia.  
    Unosiłyśmy się na moment, obie na kolanach, splecione ramionami, całując się łapczywie, a jednocześnie z czymś niezwykle miękkim pod spodem — jakby każda pieszczota była nie tylko pragnieniem, ale też czułym potwierdzeniem, że jesteśmy tu i teraz, razem.
    Pochyliłam się lekko, obejmując Dominikę w talii i zsunęłam dłonie pod jej sweter. Nasze oddechy splatały się w powietrzu, kiedy zsunęłam z niej stanik, powoli, z uważnością, jakby każda sekunda była świętem. Jej piersi odsłoniły się przede mną jak coś najpiękniejszego, co mogło mi być dane nie w swojej nagości, lecz w zaufaniu, w oddaniu.
    Pocałowałam ją tuż pod obojczykiem, potem niżej, smakując ciepło jej skóry. Gdy moje usta dotknęły piersi, poczułam, jak ciało Dominiki lekko drgnęło. Jej palce zacisnęły się na moich ramionach, a oddech na chwilę przyspieszył. Pieszczota językiem była powolna, niemal nabożna. Znałam każdy kontur, a mimo to odkrywałam go na nowo, jakby zmysły zapamiętały więcej niż pamięć.
    Skupiałam się na wrażliwych sutkach czasem delikatnie przygryzałam, czując pod palcami subtelne napięcie, które rozchodziło się po jej plecach jak fala. Zadrżała, cicho westchnęła, a ja odnalazłam w tym dźwięku echo naszej tęsknoty z ostatnich dni. Moje dłonie gładziły jej plecy, przesuwały się po krzywiźnie bioder, aż znów wtuliłyśmy się w siebie, jakby nie istniał świat poza tą chwilą ciepłą, rozciągniętą w czasie, pełną wzajemnego ukojenia.
    Rozpięłam pasek i powoli odsunęłam zamek. Ten cichy dźwięk, ten gest… był jak zaproszenie, którego nie trzeba było wypowiadać. Dominika zrozumiała bez słów. Jej dłoń wsunęła się pod materiał moich dżinsów, pod delikatność koronki, która już nie była barierą, a jedynie ramą dla dotyku.
    Pocałunki nie ustały — przeciwnie. Stały się głębsze, bardziej niecierpliwe. Między nimi, kiedy tylko potrafiłam odnaleźć oddech, szeptałam z rozedrganym sercem:
    — Tego potrzebowałam skarbie… tak bardzo Ciebie pragnęłam…
    Uśmiechnęła się wtedy, czule i z tą swoją przekorną czułością, którą kochałam najmocniej. Coś odpowiedziała półgłosem może słowo, może westchnienie, nie do końca pamiętam, bo to, co robiła jej dłoń, pochłaniało mnie całą. Każdy jej ruch był jak fala miękka, ale pełna siły, narastająca. Moje biodra reagowały same, instynktownie, jakby jej dotyk był jedynym językiem, który ciało chciało mówić. Mruczałam. Cicho. Półświadomie, a jednak wszystko we mnie wołało o więcej, o bliskość, o nią.
    Dominika uniosła się nade mną z gracją, a jej biodra zaczęły powoli poruszać się w rytmie, który zdawał się wypływać z samego środka pragnienia. Czułam, jak jej ciało ociera się o moje udo dżins o dżins, ciepło o ciepło, a mimo warstw między nami, napięcie było niemal namacalne. Patrzyła na mnie z góry, z półuśmiechem, ale też z czymś więcej z oddaniem, z pewnością, z ogniem, który tylko ja potrafiłam w niej rozniecać. Podniosła ramiona, zarzuciła włosy do tyłu i została w tej pozie, jakby chciała, żebym się nią nasyciła. Jej ciało falowało zmysłowo, jakby tańczyło tylko dla mnie.
    Nie odrywając od niej spojrzenia, rozpięłam powoli jej pasek. Metaliczny stuk sprzączki odbił się w mojej głowie jak echo czegoś większego czegoś, co zaraz miało się wydarzyć. Pomału rozsunęłam zamek, centymetr po centymetrze, i poczułam, jak w moich dłoniach rozluźnia się napięcie materiału. Nie spieszyłam się. Chciałam celebrować każdą chwilę tej ciszy między nami, wypełnionej oddechem, dotykiem i tą zmysłową obietnicą, która nie potrzebowała żadnych słów.
    Uniosłam się lekko, wspierając na łokciu, by znów znaleźć się bliżej jej piersi tak dobrze znanych, a przecież w tej chwili jakby na nowo odkrywanych. Musnęłam je najpierw ustami, niemal nieśmiało, a potem pozwoliłam sobie na więcej ciepło warg, języka, lekkie muśnięcia, które sprawiały, że oddychała szybciej. Gdy objęłam jedną dłonią jej pierś, czułam, jak drży pod moim dotykiem. Była taka piękna, rozchylona pode mną, z głową odchyloną nieco do tyłu, z oczami, w których tliło się to znajome, palące pragnienie. Pochyliłam się nad nią jeszcze niżej. Ułożyłam ją delikatnie na plecach, niemal z nabożnością, jakby była cennym darem, który chcę przyjąć z wdzięcznością i podziwem. Usta wędrowały powoli od piersi w dół, przez gładką linię brzucha, aż do miękkiego wgłębienia przy pępku. Każdy centymetr jej skóry był dla mnie osobną opowieścią, a ja chciałam poznać każdą z nich do końca. Milimetr po milimetrze. Czułam pod palcami jej ciepło, słyszałam przyspieszony oddech, a mimo to nie śpieszyłam się czerpałam z tej chwili tak wiele. Czasem wracałam do jej ust, bo żadne inne nie smakowały tak znajomo, a przecież zawsze od nowa. Szukałam ich jak schronienia, jak źródła, z którego chciałam pić. Nasze pocałunki były już bardziej gorące, głębsze, bardziej zachłanne i tak prawdziwe. Dominika była tu, przy mnie, cała i ja też cała. Zsunęłam z niej dżinsy z pieszczotliwą cierpliwością, centymetr po centymetrze odsłaniając skórę, którą tak bardzo kochałam całować. Gdy delikatnie zsunęłam również koronkowe figi, uniosła ręce nad głowę i wplotła palce we włosy spojrzała na mnie z takim ogniem w oczach, że aż na moment zaparło mi dech. Była piękna, wolna i otwarta, a ja zaszczycona, że mogłam właśnie ją taką widzieć i czuć.
    Pochyliłam się między jej udami, ale nie od razu sięgnęłam celu pieściłam wewnętrzną stronę uda ustami, ledwie muskając skórę, zmysłowo, powoli, jakbym tkała z napięcia cienką, drgającą nić. Czułam, jak jej ciało reaguje, jak oddech się pogłębia, a biodra poruszają niemal niezauważalnie w moją stronę. Dopiero wtedy, gdy całe napięcie skupiło się w powietrzu między nami, zbliżyłam się tam, gdzie krył się jej skarb ten najbardziej intymny, najprawdziwiej kobiecy.
    Jej dłoń wsunęła się w moje włosy, czułam jej ciepło na karku, prowadzące, lecz czułe. Drugą pozostawiła przy sobie, zaciskając ją na własnym brzuchu. Nie trzeba było słów. Była tylko nasza bliskość. Pieściłam ją z oddaniem i spokojem, który był pełen czułości, ale i pasji. Tak właśnie chciałam ją kochać całą sobą. Bez pośpiechu, z uważnością, z tą znaną tylko nam ciszą, która mówi więcej niż wszystkie słowa razem wzięte.
    Ciało mojej żony unosiło się pod moimi ustami niczym falujące jezioro w świetle księżyca napięte, drżące, oddychające we własnym rytmie. Z każdym moim dotykiem stawało się bardziej rozedrgane, bardziej świadome, bardziej żywe. Jej dłoń odnalazła własną pierś, jakby musiała dopełnić dotyk, jakby potrzeba bliskości rozlała się po całej jej skórze.
    Byłam skupiona, całkowicie oddana tej jednej chwili. Każdy gest, każdy ruch moich ust, języka i dłoni był pełen troski i namiętności, płynących z miłości, nie tylko z pragnienia. Delikatnie wsunęłam palec w rozpalone wnętrze, ciepłe i drżące jak tajemnica, której byłam powierniczką. Jej biodra odpowiedziały natychmiast ruchem, westchnieniem, dreszczem, który przeszedł przez jej ciało niczym impuls.
    Oddychała coraz szybciej, głębiej, jej dźwięki stawały się cichą melodią, szeptanym wyznaniem przyjemności. Trwałam tam obecna w niej i dla niej, jakby świat wokół przestał istnieć, a została tylko ona i ta noc.
    Czułam, jak jej ciało zbliża się do krawędzi, jak napięcie w niej wzbiera z każdą chwilą pod moimi ustami, między moimi palcami. Jej biodra tańczyły w rytmie, który nie potrzebował muzyki, tylko dotyku. Była jak ocean przed przypływem, falująca, gorąca, bezbronna w swoim pięknie. Moje ruchy stawały się pewniejsze, szybsze, choć wciąż pełne czułości, a potem zadrżała cała jakby coś ją przeszło od środka, cicho, głęboko, poruszając najintymniejsze struny. Jej oddech urwał się w jednym zawieszeniu, po czym rozlał się dźwiękiem przez pokój pół szeptem, pół jękiem, tak pięknie ludzkim, tak prawdziwym. Zatrzymałam się dopiero, gdy poczułam, że przeszła przez nią fala, jak letnia burza. Osunęła się miękko w pościel, wciąż rozgrzana, łagodnie rozedrgana, jakby oddała się nocy całą sobą.
    Wsunęłam się ku niej, pocałowałam najpierw delikatnie, niemal kojąco, jak się całuje powieki, gdy ktoś śni. A potem mocniej, łapczywiej, jakby ta chwila nie mogła się skończyć, jakbym chciała wypić z jej ust echo tego, co właśnie się wydarzyło. Czułam, że jesteśmy jednym ciałem, w oddechu, w tej intymnej ciszy po burzy.
    Jej usta błądziły po mojej szyi, najpierw delikatnie, jakby znaczyła mnie oddechem, potem z większą śmiałością, aż poczułam, jak zaczyna się unosić. Złapałam jej spojrzenie było intensywne, rozpalone, pełne zmysłowego skupienia. Dominika zsunęła się w dół, zdejmując ze mnie dżinsy i cieniutkie koronki, z gracją i uważnością, która przyprawiała mnie o dreszcze. Nie powiedziała ani słowa, nie musiała. Wróciła do mnie, położyła się na moim ciele naga, piękna, miękka w dotyku, a zarazem silna w swojej bliskości. Nasze skóry zetknęły się całkowicie, tak jakbyśmy wreszcie zdjęły z siebie ostatnie warstwy nie tylko ubrań, ale i odległości.
    Pocałunek był głęboki, zachłanny, pełen wszystkiego, co nagromadziło się przez ten czas rozłąki tęsknoty, potrzeby, miłości. Nasze ciała poruszały się jedno na drugim w harmonii, która nie potrzebowała słów. Ocierałyśmy się o siebie powoli, namiętnie, z każdym ruchem głębiej wtapiając się w siebie nawzajem, aż granica między „ja” i „ty” zniknęła została tylko „my”.
    Czułam, jak jej usta zaczynają wędrować w dół z każdą chwilą coraz niżej, coraz bardziej świadomie. Pocałunki Dominiki były jak ciepły deszcz w środku zimy czuły, miękki, nieunikniony. Kiedy dotknęła wewnętrznej strony moich ud, instynktownie i łagodnie je rozchyliłam, otwierając się przed nią tak naturalnie, jakby to był taniec, który tańczymy od zawsze.
    Zamknęłam oczy, kiedy poczułam jej język delikatny, niespieszny, oddany. Moje ciało odpowiedziało westchnieniem, cichym, głębokim, ledwie słyszalnym, a jednak dla nas obu wymownym. Jej ruchy były skupione, precyzyjne, a jednocześnie pełne uczucia. Wiedziała, jak mnie dotykać z czułością, nie pośpiechem, jakby smakowała mnie duszą, nie tylko ustami.
    Czasem otwierała oczy i szukała mojego spojrzenia, a kiedy nasze wzroki się spotykały, miałam wrażenie, że cały świat zwalnia, zapada się w naszym rytmie. Trzymałam się poduszek, zaciskając palce w materiał jak kotwice, tylko to powstrzymywało mnie przed całkowitym odpłynięciem. Jej język i usta grały na mnie symfonię, pasję, miłość, tęsknotę. Wszystko, co między nami niewypowiedziane mówiła tym, jak mnie pieściła.
    Poczułam, jak jej dłoń staje się odważniejsza dopełniała czułość ust czymś głębszym, bardziej intymnym. Jej palec, zanurzony we mnie z taką delikatnością, jakby chciała nie tylko dotknąć, ale i poznać każdy mój fragment, współgrał z językiem, który krążył z oddaniem wokół najczulszego miejsca.
    To było jak muzyka spójna, zmysłowa kompozycja, która wypełniała mnie od środka i prowadziła ciało w miękkim, coraz silniejszym rytmie. Zadrżałam, czując, jak narasta we mnie fala ciepła, nieunikniona, kochana.
    Z moich ust wyrwało się westchnienie, ledwie kontrolowane:
    — O Boże… Domi… kocham Cię…
    Nie mogłam tego zatrzymać, ani słów, ani drżenia bioder, ani łez wzruszenia, które nagle zebrały się pod powiekami. Czułam się jak otulona światłem, jakbym rozpływała się w niej nie tylko ciałem, ale całym istnieniem.
    Fala uniesienia narastała we mnie, cicho i nieubłaganie, aż zmiotła wszystko, co cielesne i przyziemne. Moje ciało zaczęło falować w spazmatycznym rytmie, jakby pulsowało melodią granej wyłącznie dla nas pieśni. Każdy mięsień, każda tkanka, każdy nerw współbrzmiał z nią w ekstazie i kiedy fala przeszła przez moje wnętrze, zostawiając mnie rozedrganą i rozluźnioną, przez chwilę nie byłam w stanie nic powiedzieć tylko trwać. W błogości, w rozedrganym zawieszeniu.
    Dominika nie odsunęła się. Powracała do mnie ustami, pocałunek po pocałunku, składając je jak pieczęcie wdzięczności na moim brzuchu, piersiach, szyi… aż dotarła do ust. Tam zatopiłyśmy się w sobie ponownie, w ogniście tańczących językach, które nie potrzebowały przewodnika same znały drogę. Leżała na mnie, nasze ciała były ciepłe, nagie, otulone sobą i splecione dotykiem.
    Palce błądziły powoli, świadomie po linii pleców, bioder, ramion. Ocierałyśmy się o siebie, nie ze zmysłowego głodu, lecz z potrzeby trwania w tej bliskości, z potrzeby kochania.
    — Naprawdę byłaś… spragniona — wyszeptała Dominika, uśmiechając się lekko, muskając moje usta.
    Otworzyłam oczy i spojrzałam na nią spod półprzymkniętych powiek. Moja dłoń spoczęła na jej policzku.
    — Ciebie… zawsze.
    Uśmiech zmienił się w rozczulenie. Znowu mnie pocałowała, a potem jeszcze raz i jeszcze.
    — Nawet nie wiesz, jak bardzo tęskniłam za tym spojrzeniem — szepnęła, przesuwając opuszkiem po moim łuku brwiowym.
    — I za twoim ciepłem… tym, jak potrafisz mnie zbudować z samych gestów.
    — I za tobą całkowicie… — dodałam cicho. — Tylko ty umiesz tak dotknąć mnie w środku… naprawdę.
    Nie było już potrzeby mówić więcej. Tylko szept, dotyk i oddech. Otulające ciała. I pewność, że ta noc — jak każda nasza — nie była tylko fizyczna. Była miłością, która miała swoje imię.
    Po wszystkim wsunęłyśmy się pod kołdrę, wtulone w siebie jak dwie części tej samej całości. Dominika objęła mnie od tyłu, a ja ułożyłam się do niej w najbezpieczniejszej z pozycji — na łyżeczkę. Czułam jeszcze ciepło jej ust na skórze, ciężar jej dłoni na biodrze i oddech, który powoli się wyrównywał, aż w końcu obie odpłynęłyśmy w sen. Cichy, spokojny, wspólny.
    ***
    Kolejne dni mijały nam w rytmie ferii, które okazały się nie tylko wytchnieniem, ale i formą czułej codzienności. Julek całkowicie wsiąknął w swoje zimowisko uczył się jazdy na nartach, bawił z dziećmi, a my z Dominiką nie wchodziłyśmy mu w paradę. Dawałyśmy mu przestrzeń, siebie zostawiając tylko dla nas.
    W ciągu dnia jeździłyśmy razem na nartach, czasem wybierałyśmy się na długie, śnieżne spacery po cichych leśnych ścieżkach, gdzie rozmowy spowalniały, a dłonie odnajdywały się bez słów. Wieczorami wracałyśmy do naszej bazy, do ciepła, do siebie. Celebrowałyśmy każdą chwilę te z kubkiem gorącej herbaty, z książką, z pocałunkiem, z czułym spojrzeniem przez ramię. To nie były wielkie wydarzenia, ale każda z tych chwil miała wagę.
    Zima narzucała styl, ale nie odbierała kobiecości. Najczęściej nosiłam dżinsy, które jak to Dominika uwielbiała podkreślać „leżały na mnie jak druga skóra”. Uwielbiała, gdy podchodziła za mną i obejmowała mnie w talii, muskając dłonią biodro przez materiał, ale gdy tylko była okazja, pozwalałam sobie na coś bardziej zmysłowego grubsze pończochy, sukienki, wysokie kozaki na szpilkach. Z uśmiechem łapałam jej spojrzenia, które mówiły więcej niż słowa.
    Dominika, jak zwykle, stawiała na wygodę sportowe legginsy, miękkie swetry, czasem dziewczęce sukienki z grubymi rajstopami. Była piękna w swojej prostocie, w tej niewymuszonej kobiecości, która zawsze mnie przyciągała. Miałyśmy dla siebie czas i przestrzeń. Ciało, serce, oddech. Żyłyśmy w naszej zimowej baśni, bez pośpiechu, bez planu. Po prostu razem.

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    Iva Lions
  • Wspomnienie Upojnego Wieczoru: Autostopowiczka

    Był ciepły wrześniowy weekend, wybrałam się do Wrocławia na spotkanie z przyjaciółkami. Ostatni raz w tym mieście byłam trzy miesiące wcześniej, gdy odwoziłam młodą dziewczynę, z którą przeżyłam swój pierwszy raz z kobietą, zdradzając w ten sposób męża. Myśli zmierzające ku stolicy Dolnego Śląska, nie mogły uniknąć wspomnień z tej cudownej nocy w motelu, której doznałam, i na samą retrospekcję odczuwałam przyjemny dreszcz.  
    Ubrana w pomarańczowy top, odsłaniający delikatnie pępek  i czarną, dżinsową spódniczkę oraz skórzane kozaki do kolan na szpilkach udałam się do Wrocławia. Przed wyjściem z domu uprzedziłam męża, że mogę nie wrócić na noc i aby się o mnie nie martwił.

    Umówiłam się na spotkanie z przyjaciółkami w centrum miasta. Spacerowałyśmy ulicami wokół rynku Wrocławia, ciesząc się chwilą wolnego czasu i słoneczną pogodą. Atmosfera była radosna, wypełniona śmiechem i rozmową. Zatrzymywałyśmy się od czasu do czasu zaciekawione tym co przykuwało naszą uwagę przed witrynami sklepów.

    Po pewnym czasie postanowiłyśmy przerwać spacer i zająć miejsce w jednej z kawiarni, by zrelaksować się przy filiżance kawy.
    W kawiarni panowała przyjemna atmosfera, która miała duże okna wychodzącym na ruchliwą ulicę. Klimat był idealny na leniwe popołudnie z przyjaciółkami.  Znalezienie wolnego stolika na tarasie umożliwiło nam, cieszenie się ciepłym powietrzem i widokiem mijających ludzi. Kiedy zamówiłyśmy kawę, spojrzałam wokół, zastanawiając się, czy przypadkiem nie spotkam kogoś znajomego.  
    Nie wierzyłam w to co się stało, lecz napotkałam ją, Gosię – dziewczynę, z którą przeżyłam swój pierwszy romans. Moje serce gwałtownie przyspieszyło, gdy spojrzała na znajomą twarz w tłumie. Oba ich światy zderzyły się, wywołując wspomnienia, które wydawały się być nie tak odległe i zarazem tak bliskie.
    Gosia, zauważając mnie, również zareagowała, choć utrzymywała pozory niewiedzy przed resztą kawiarnianego towarzystwa. Nasze spojrzenia spotkały się, przekazując sobie ukryte znaczenie, które tylko my obie znałyśmy.  
    – Wszystko w porządku? – zapytała Magda, zauważając moją chwilową nieobecność myślami.
    – Tak, tak, wszystko w porządku – odpowiedziałam szybko, starając się przywołać na twarz uśmiech.
    Gosia podeszła do naszego stolika, żeby przyjąć zamówienia. Jej twarz była profesjonalna, ale w jej oczach widziałam coś więcej – coś, co przypominało nasze wspólne chwile.
    – Dzień dobry, co podać? – zapytała, starając się brzmieć neutralnie.
    – Poprosimy trzy kawy i dwa kawałki sernika – odpowiedziała Ania, nie zauważając napięcia między mną, a Gosią.
    Kiedy Gosia odeszła, by zrealizować nasze zamówienie, czułam, że muszę z nią porozmawiać. Nasze spotkanie było zbyt przypadkowe, by mogło być ignorowane. Przez resztę czasu w kawiarni trudno było mi skupić się na rozmowie z przyjaciółkami. Myśli ciągle wracały do Gosi. Przypominały mi się chwile spędzone razem w motelu, intensywne emocje i dreszcz ekscytacji, który towarzyszył każdemu naszemu spotkaniu.  
    Gdy przyszła pora na rachunek, zamierzałam wykorzystać ten moment, postanowiłam działać. Wstałam i podeszłam do Gosi, która stała przy barze, przygotowując kolejne zamówienia. Zobaczyła mnie unosząc wzrok i uśmiechając się lekko , gdy zbliżyłam się do lady odezwała się już do mnie nieformalnie.
    –  Cześć – odpowiedziała, unosząc wzrok i uśmiechając się lekko. – Nie spodziewałam się, że cię tu spotkam, ale nie ukrywam, że dzięki temu jest mi miło
    – Mnie również Gosiu, wybacz że Cię nie przedstawiłam znajomym
    – Nic się nie stało, rozumiem
    – Długo tu pracujesz? – w ferworze emocji i przeciągając właściwe pytanie wyrwało mi się taka głupota. Gosia jednak właściwie zareagowała
    – Krótko, ale chyba nie podeszłaś do mnie aby wypytywać o długość moje pracy?
    – Masz rację…  
    Przygryzłam wargę, obie wiedziałyśmy dlaczego podeszłam do niej. Chciałam coś dodać, ale sama nie potrafiłam znaleźć właściwych. Gosia widząc moje małe zmieszanie, dotknęła mojej ręki i sama wyszła z inicjatywą
    – Słuchaj, kończę o 22. Jeżeli zechcesz, spotkajmy się tutaj o 22:45 – dała mi karteczkę z miejscem spotkania – Będę czekać tam na Ciebie
    Popatrzyłam na nią zaintrygowaniem nie dając jednoznacznej odpowiedzi na jej propozycję. Schowałam karteczkę i wróciłam do stolika. Moje myśli były rozproszone, a serce biło szybciej na myśl o wieczornym spotkaniu. Ania i Magda koleżanki, które były siostrami nie zauważyły mojego zamyślenia, zajęte własną rozmową i cieszeniem się chwilą.

    Czas do 22:45 dłużył się niemiłosiernie. Po opuszczeniu kawiarni spacerowałam z przyjaciółkami jeszcze przez jakiś czas, ale moje myśli wciąż krążyły wokół nadchodzącego spotkania. W końcu pożegnałam się z nimi, tłumacząc, że muszę jeszcze załatwić coś na mieście i ruszyłam w stronę miejsca, które Gosia wskazała na karteczce.

    Dotarłam na miejsce kilka minut przed czasem, czując mieszankę niepokoju i ekscytacji. Miejsce spotkania okazało się być w totalnej głuszy na wysokim wzgórzu nad rzeką ukryte w cieniu wieczornego zmierzchu, idealnym na spokojną rozmowę. Delikatna bryza niosła zapach letnich kwiatów, a cisza nocnej przyrody tylko podkreślała ich obecność. Zgodnie z informacją na karteczce, weszłam na sam szczyt wzgórza. Było to piękne miejsce z widokiem na cały Wrocław nocą oraz będące w blasku gwiazdy, który migotał światłami. Wkrótce zobaczyłam Gosię, która szła w moim kierunku. Jej uśmiech był ciepły i serdeczny, a ja poczułam, jak moje napięcie zaczyna się rozpraszać. Miała na sobie dopasowany, czarny t-shirt z krótkim rękawem oraz flanelę, które subtelnie podkreślały jej sylwetkę. Prosta, minimalistyczna koszulka nadawała jej eleganckiego, a jednocześnie swobodnego wyglądu. Do tego dobrała obcisłe, czarne jeansy, które idealnie przylegały do jej figury, dodając jej pewności siebie.
    Jej włosy, w ciepłym odcieniu brązu, miękko opadały na ramiona, lekko wycieniowane i lśniące w blasku gwiazd i księżyca. Naturalny makijaż delikatnie podkreślał jej oczy, a na ustach widniał subtelny, różowy odcień. Na nadgarstku miała prostą, czarną gumkę drobny, codzienny akcent, który dodawał jej uroku.
    Otoczone romantyczną atmosferą wieczoru, znalazłyśmy się blisko siebie.
    – Cześć – powiedziała, gdy się zbliżyła powiedziała – Cieszę się, że przyszłaś. – Jej głos był ciepły, lecz wyczułam w nim nutę niepewności
    – Cześć – odpowiedziałam, starając się brzmieć pewnie, choć serce waliło mi jak szalone – Też się cieszę.
    Gosia, emanując delikatnością i zdecydowaniem, podeszła bliżej mnie. Jej dłoń dotknęła dłoni, a następnie przesunęła się po jej ramieniu, prowadząc delikatnie moją dłoń na swój policzek. Role się teraz odwrócił
    – Cieszę się, że zdecydowałaś się jednak przyjść – powiedziała cicho, a w jej oczach czaiła się nadzieja.
    – Nie mogłam o Tobie zapomnieć – przyznałam, choć słowa ledwo przeszły mi przez usta, wtedy Gosia zaczęła się do mnie przybliżać, próbując mnie pocałować, lecz wstrzymałam jej zapęd ręką i słowami -Poczekaj…mam męża – wyszeptałam, a moje spojrzenie uciekło gdzieś w bok w chwili nagłej refleksji. Dlaczego teraz, wcześniej nie przeszkadzało aby ją uwieść…
    – Myślisz, że nie dostrzegłam obrączki na Twoim palcu za pierwszym razem – zapytała spokojnie, choć w jej głosie słychać było delikatną nutę bólu
    – Nie wiem co ja tu robię… – odparłam, czując, jak emocje zaczynają mnie przytłaczać.
    – To czemu przyszłaś? – Jej spojrzenie stało się bardziej przenikliwe
    – Bo…
    – No? – próbowała wymusić dokończenie odpowiedzi, jej głos drżał od napięcia
    – Bo ja też nie mogę o Tobie zapomnieć… – – wyszeptałam w końcu, a moje oczy spotkały się z jej.
    – I co zamierzasz? – zapytała cicho, robiąc ponownie krok w moją stronę.
    Gdy rozmowa stawała się coraz bardziej intymna, między nami narastało napięcie, które w końcu przerodziło się w gesty czułości.
    Gosia, pełna determinacji, podeszła blisko mnie, serce zaczęło mi bić mocniej, gdy tylko poczułam bliskość młodej dziewczyny. Oświetlone blaskiem księżyca, nasze spojrzenia spotkały się na dłuższą chwilę, a Gosia delikatnie złapała mnie za rękę.
    Ciepło jej dłoni było jak obietnica i wsparcie. Nasze ręce splecione ze sobą, jakby odzwierciedlały  połączenie na poziomie głębszym niż tylko fizyczne. Spojrzałam w oczy Gosi, odnajdując w nich mocne oparcie i zrozumienie, co utwierdzało mnie jeszcze bardziej, że tego chciałam. Gosia uśmiechnęła się lekko.  
    – Czujesz to samo, co ja? – spytała, , a w jej głosie brzmiała nadzieja, ale i obawa przed odpowiedzią.
    Uśmiechnęłam się w odpowiedzi  
    – Tak, czuję. To jakbyśmy znów odkrywały siebie nawzajem.
    Długo trzymałyśmy się za ręce, jakby w tej chwili skoncentrowały całą swoją uwagę na sobie nawzajem. Dźwięki przyrody towarzyszyły im niczym muzyka w tle, podkreślając magiczną atmosferę tego momentu.
    – Myślę, że to miejsce zasługuje na nowy rozdział w naszym romansie. Chcesz go odnowić ze mną? – powiedziała to delikatnym tonem, a jej spojrzenie stało się jeszcze bardziej intensywne.
    Powiedziała to delikatnym tonem. Przełknęłam ślinę na jej bezpośrednie pytanie, czując jak przeszły po moim ciele dreszcze. Po chwili uśmiechnęłam się z radością
    – Tak, chcę….
    To było jak potężne zobowiązanie, zaznaczone ich połączonymi dłońmi w blasku księżycowego światła. To był jak nowy początek. Rozpoczynałyśmy nowy etap, wierząc, że wzgórze, które było świadkiem naszej historii, przyniesie jeszcze wiele pięknych chwil.
    Nagle Gosia sięgnęła po plecak, który miała przy sobie. Z zaskoczeniem obserwowałam, jak wyjmuje z niego duży, miękki koc. Spojrzałam na nią pytająco, a ona tylko uśmiechnęła się łagodnie.
    – Pomyślałam, że może będziemy chciały tu trochę zostać – powiedziała szelmowsko i zgrywając nieświadomą resztę wypadków, rozkładając koc na trawie. – Chcę, żeby ten moment był wyjątkowy.
    Byłam pod wrażeniem jej przygotowania i troski. Jej oczy błyszczały w blasku księżyca, a ja poczułam, jak wzbiera we mnie fala czułości. Bez słowa usiadłyśmy razem na kocu, otulone nocnym powietrzem. Nasze dłonie znów się splotły, a serca biły w jednym rytmie.
    Dotknęła mojej ręki zbliżając powoli twarz . Muskała ustami mojej skóry na twarzy,  czułam jak zaczynało się robić gorąco a podniecenie we mnie zbierać. Kolejne sekundy sprawiały, że ekscytujące emocje porywały mnie. Rozum i myśl o rodzinie podpowiadały abym dalej nie brnęła, lecz tak bardzo chciałam przeżyć to po raz kolejny z nią. Szeptała mi ducha
    – Wiem, że tego chcesz
    Zamarłam na chwilę, próbując poskromić lawinę emocji. Serce biło jak oszalałe, a myśli wirowały w głowie, przeplatając się z obrazami przeszłości. Moje ciało mówiło jedno, rozum coś zupełnie innego. Gdzieś w głębi wiedziałam, że to niebezpieczne, że ten krok może zmienić wszystko, co zbudowałam przez lata. Rodzina, codzienność, rutyna  to wszystko wisiało na włosku, ale wtedy spojrzałam w jej oczy. Pełne ciepła, przenikliwe, jakby widziały mnie całą, moje obawy, pragnienia, lęki. Jej uśmiech był delikatny, ale wystarczający, by podsycić ogień, który już dawno się we mnie tlił.
    – To nie takie proste – szepnęłam, ale moja pewność siebie słabła z każdą sekundą.
    – Nic, co warte jest przeżycia, nie jest proste – odparła, a jej dłoń przesunęła się na moją szyję. Zatrzymała się tam na chwilę, jakby dając mi czas, by zdecydować, czy chcę to przerwać, czy pozwolić, by wszystko, co miało się wydarzyć, po prostu się stało.
    Nie odpowiedziałam. Nie musiałam. Chwila przeciągała się w nieskończoność, a jednocześnie była tak intensywna, że czas zdawał się nie istnieć. W końcu nie wytrzymałam. Moje dłonie same z siebie powędrowały ku niej, przyciągając ją bliżej. Jej usta znalazły moje, a świat na moment przestał mieć znaczenie.
    Nie było już rozumu. Nie było wątpliwości. Była tylko ona i ta chwila – jedyna, która wydawała się prawdziwa. Wszystko, co niewypowiedziane, znalazło ujście w jednym pocałunku, pełnym emocji i wzajemnego zrozumienia. Jej usta były miękkie, a pocałunek powolny, jakby chciała się nim delektować, badając każdą emocję, którą w sobie nosiłyśmy. Jej dłonie przesunęły się po mojej talii, zbliżając mnie jeszcze bardziej, aż nasze ciała niemalże stopiły się w jedność. Czułam ciepło jej skóry, czułam każdy jej oddech, który odbijał się od mojej szyi.
    – Jesteś taka piękna – wyszeptała, odrywając się na moment od moich ust. Jej głos drżał, ale w oczach widać było determinację.
    Jej dłonie przesunęły się w górę, zatrzymując się na moich ramionach. Tam, przez chwilę, trwała w zawieszeniu, jakby chcąc upewnić się, że obie tego chcemy. Kiedy odpowiedziałam jej lekkim skinieniem i delikatnym uśmiechem, który zrodził się mimo chaosu w mojej głowie, poczułam, jak jej dotyk staje się śmielszy.
    Zaczęła pieścić moją skórę delikatnie, czułym ruchem, jakby chciała zapamiętać każdy centymetr mojego ciała. Jej palce powoli wędrowały wzdłuż mojej talii, odkrywając to, co dla innych było zakryte. Przy każdej pieszczocie, czułam falę ciepła rozchodzącą się po moim ciele.
    Nasze usta znów się spotkały , tym razem bardziej łapczywie, bardziej namiętnie. Gosia przesunęła dłonią po moim karku, a potem wplotła palce w moje włosy, ciągnąc mnie bliżej siebie. Jej dotyk był intensywny, ale pełen troski, jakby bała się mnie zranić. Czułam, jak każda moja wątpliwość rozpływa się w tej chwili. Mój świat, tak długo zbudowany na stabilności i rutynie, teraz zniknął, zastąpiony przez jej bliskość, przez emocje, które we mnie budziła.
    – Daj mi prowadzić tym razem – wyszeptała, a jej usta przesunęły się wzdłuż mojej szyi. Każdy pocałunek był jak eksplozja nowych emocji. Jej dłonie badały moje ciało, znajdując drogę tam, gdzie nikt wcześniej nie sięgał z taką czułością i uwagą.
    Oddałam się tej chwili, zapominając o wszystkim innym. Czułam, jak jej dłonie delikatnie przesuwają się po mojej skórze, jak ciepło jej ciała przenika mnie i wypełnia każdą pustkę, którą dotąd nosiłam w sobie.
    Księżyc nadal oświetlał naszą scenerię, a dźwięki przyrody w tle zdawały się tylko podkreślać magię tej chwili. Nasze oddechy splatały się w jedną melodię, a nasze dłonie odkrywały siebie nawzajem z zachwytem i szacunkiem.
    – Jesteś moim marzeniem, które nigdy nie zniknęło – wyszeptała Gosia, patrząc mi prosto w oczy. Jej głos był cichy, niemal jak modlitwa, ale pełen przekonania.
    Wtedy zrozumiałam, że ta chwila była czymś więcej niż tylko chwilowym uniesieniem. Była czymś prawdziwym, czymś, co zmieniało wszystko, czym byłam i czym mogłam się stać.
    Pocałowałam ją jeszcze raz, wkładając w ten pocałunek wszystkie emocje, których nie potrafiłam wyrazić słowami. W tym pocałunku znalazły się tęsknota, nadzieja i czułość wszystko, co czułam wobec niej i wobec tej chwili, która wydawała się wieczności
    Gosia spojrzała na mnie z uśmiechem, który był mieszanką pewności siebie i delikatności. Jej dłonie spoczęły na moich biodrach, jakby chciała zatrzymać mnie na zawsze w tej chwili. Poczułam, jak jej palce zaczynają powoli przesuwać się w górę, badając fakturę mojej dżinsowej kurtki.
    – Pozwól mi… – wyszeptała, delikatnie zsuwając kurtkę z moich ramion. Jej ruchy były powolne, jakby chciała, by każda sekunda trwała jak najdłużej. Ciepłe powietrze otuliło moją skórę, a ja czułam, jak każdy dotyk budzi we mnie nową falę emocji.
    Jej dłonie przeszły na mój top, zatrzymując się na chwilę na jego dolnej krawędzi. Spojrzała mi w oczy, jakby szukała pozwolenia, a kiedy lekko skinęłam głową, powoli uniosła materiał, odsłaniając moje piersi. Jej palce musnęły mój pępek, a ja czułam, jak moje serce przyspiesza z każdym jej gestem.
    – Jesteś tak piękna… – wyszeptała, pochylając się, by pocałować mnie w miejsce, gdzie przed chwilą znajdował się mój top. Jej usta były ciepłe, a pocałunki delikatne, jakby chciała zapamiętać każdy centymetr mojej skóry.
    Z kolei moje dłonie wędrowały do niej, badając miękkość jej flanelowej koszuli. Jej materiał był ciepły i przyjemny w dotyku, ale ja chciałam poczuć ją bliżej, bardziej. Powoli zaczęłam rozpinać resztę guzików jej koszuli, jeden po drugim, po chwili zdjęłam jej bluzkę odsłaniając jej smukłą sylwetkę.
    Kiedy koszula opadła na ziemię, moje palce przesunęły się po jej ramionach, podążając wzdłuż linii jej obojczyka. Jej skóra była gładka, a jej oddech stawał się coraz głębszy, gdy tylko moje dłonie wędrowały niżej.
    – Ewa… – wyszeptała moje imię, jej głos drżał, ale w jej oczach widziałam, jak bardzo chciała kontynuować tę chwilę.
    Zsunęłam dłonie na jej talię, delikatnie chwytając za materiał jej dżinsów. Powoli rozpięłam guzik i zsunęłam suwak, pozwalając, by obcisłe spodnie z jej pomocą ściągnąć na ziemię. Leżała teraz przede mną naga, piękna i pewna siebie, a ja czułam, jak moje serce wypełnia się zachwytem.
    Gosia spojrzała na mnie i pochyliła się, chwytając za moją dżinsową spódniczkę. Jej dłonie były ciepłe, a ich dotyk stanowczy, ale czuły. Zsunęła materiał, odkrywając więcej mojego ciała pozostawiając kozaki na szpilkach na moich nogach. Każdy jej gest był pełen uwagi i troski, jakby chciała celebrować każdą chwilę, każdy ruch.
    Kiedy obie siedziałyśmy blisko siebie, świat wokół przestał istnieć. Byłyśmy tylko my, splecione w objęciach, z blaskiem księżyca odbijającym się od naszych ciał. Jej dłonie spoczęły na mojej talii, a ja przesunęłam dłonie na jej kark, przyciągając ją bliżej.
    – Nigdy nie czułam się tak, jak teraz – wyznałam cicho, a moje słowa były jak echo moich uczuć.
    – Ja też, Ewa. Ty jesteś dla mnie wszystkim, czego potrzebuję – odpowiedziała, a jej głos był przepełniony emocjami.
    Zbliżyła się jeszcze bardziej, otaczając mnie swoimi ramionami. Nasze ciała poruszały się w harmonii, jakbyśmy od zawsze znały ten rytm. Każdy dotyk, każdy szept i każdy pocałunek były jak obietnica – obietnica, że ta chwila jest tylko nasza i nikt nie może jej odebrać.
    W tej intymnej ciszy, otoczone jedynie dźwiękami natury, odkrywałyśmy siebie nawzajem, nie spiesząc się, nie omijając żadnego szczegółu. Była w tym magia i głębia, jakiej nie doświadczyłam nigdy wcześniej.  
    Gosia spojrzała na mnie, a jej oczy błyszczały w blasku księżyca, jakby cała noc była tylko dla nas. Nasze ubrania leżały rozrzucone wokół nas. Było w tym coś pierwotnego i niesamowicie pięknego – połączenie natury z naszą bliskością.
    – Ewa… – wyszeptała, a jej głos był ciepły i pełen pasji.
    Nie odpowiedziałam słowami, zamiast tego przyciągnęłam ją bliżej, pozwalając naszym ciałom zetknąć się w pełni. Jej ciepło było niczym otulający koc w chłodną noc. Czułam, jak jej dłonie przesuwają się po moich plecach, badając każdy fragment skóry. Leżałyśmy naprzeciw siebie, nasze ciała owinięte jedynie ciepłem, które roztaczałyśmy wokół. Jej skóra była jedwabiście gładka, pachnąca delikatną mieszanką kwiatów i czegoś, co było po prostu Gosią. Moje palce przesuwały się powoli po jej nagich piersiach, badając każdy centymetr ich miękkości. Były ciepłe, a ich subtelny ciężar w moich dłoniach sprawiał, że czułam się odurzona bliskością.
    Gosia westchnęła cicho, jej ciało lekko drgnęło pod moim dotykiem. Kciukami zataczałam delikatne kręgi wokół jej sutków, które stawały się coraz bardziej wrażliwe. Patrzyłam, jak jej klatka piersiowa unosi się w równym, głębokim rytmie, jakby każde muśnięcie wywoływało nową falę przyjemności.
    Nachyliłam się, czując ciepło bijące od jej skóry. Moje usta odnalazły jej pierś, a język powoli przesunął się po jej sutku. Był twardy i czuły na każdy ruch. Pocałunki, które zostawiałam, były wilgotne, czułe i pełne pragnienia. Delikatnie ssałam, smakując ją, podczas gdy moje dłonie wciąż pieściły drugą pierś ugniatały ją lekko, badając jej krągłość i miękkość.
    Gosia zacisnęła palce na moich włosach, jej oddechy stawały się coraz bardziej urywane. Każde westchnienie, każde drżenie jej ciała było dla mnie zachętą, by nie przestawać. Czułam, jak pragnienie między nami narastało, jak każde moje dotknięcie zostawiało ślad na jej skórze, roztapiając ją pod wpływem czułości i namiętności.
    – Jesteś taka piękna – wyszeptałam między pocałunkami, a moje usta wciąż nie przestawały pieścić jej ciała. Przesunęłam językiem wokół jej sutka, a potem delikatnie go ujęłam, czując, jak kolejna fala przyjemności przebiega przez Gosię. Jej biodra uniosły się lekko, jakby pragnęły więcej, a ja z radością spełniałam jej nieme prośby.
    Czas przestał mieć znaczenie. Byłyśmy tylko my splecione w rozkoszy, oddane sobie całkowicie. Każde muśnięcie moich ust, każdy dotyk dłoni mówił więcej niż słowa. Byłyśmy jednością, zanurzoną w ciepłym, nieskończonym morzu pożądania.
    Gosia delikatnie przeciągnęła palcami po moim policzku, jej dotyk był jak muśnięcie ciepłego wiatru. Przez chwilę po prostu patrzyła na mnie, a w jej oczach widziałam pragnienie, ale też coś więcej — czułość, której nie musiała wypowiadać.
    — Teraz moja kolej — wyszeptała, jej głos był niski, przesycony namiętnością.
    Jej dłoń powoli zsunęła się z mojej twarzy, wędrując wzdłuż szyi, aż do obojczyka, gdzie zatrzymała się na moment, jakby chciała zapamiętać każdy fragment mojej skóry. Drżałam pod tym dotykiem, zupełnie oddana chwili.
    Gosia nachyliła się nade mną, a jej usta odnalazły moją szyję. Czułam ciepło jej oddechu, gdy delikatnie całowała mnie, zostawiając na skórze wilgotne ślady. Każdy pocałunek był coraz śmielszy, a jej dłonie nie pozostawały w bezruchu. Powoli przesuwała nimi wzdłuż moich ramion, aż dotarła do piersi, których krągłość zamknęła w swoich dłoniach.
    Z westchnieniem przymknęłam oczy, pozwalając, by moje ciało zanurzyło się w przyjemności. Jej palce subtelnie badały moją skórę, zataczając leniwe kręgi wokół sutków, które szybko stwardniały pod jej pieszczotami. Każde muśnięcie, każdy delikatny nacisk wywoływał we mnie falę gorąca.
    — Tak… — wyrwało mi się cicho, gdy jej usta znalazły się tuż przy mojej piersi.
    Gosia nie spieszyła się. Jej język powoli przesunął się wokół sutka, drażniąc go czułymi pieszczotami. Zassała go delikatnie, a ja poczułam, jak przez moje ciało przebiegł dreszcz rozkoszy. Jej dłonie pieściły mnie, ugniatając moją drugą pierś, raz po raz muskając opuszkami palców wrażliwą skórę.
    — Chcę, żebyś czuła to, co ja przed chwilą — wyszeptała, jej głos był niemal melodyjny, nasycony pożądaniem.
    Jej usta na przemian całowały i pieściły mnie językiem. Raz były delikatne, by za chwilę stawać się bardziej zdecydowane. Czułam, jak przyjemność wzbiera we mnie coraz bardziej, jak moje ciało reaguje na każdy jej ruch. Moje palce zagłębiły się w jej włosach, zachęcając ją, prosząc o więcej.
    — Gosia… — westchnęłam, a jej imię wydostało się spomiędzy moich ust jak cicha prośba.
    Jej usta nie ustawały w pieszczotach, jakby chciała zatrzymać mnie w tej chwili na zawsze. Każdy pocałunek i dotyk przypominał mi, że należę do niej ,choćby tylko na tę noc. W naszych spojrzeniach było wszystko, czego potrzebowałyśmy. Pragnienie, oddanie i zrozumienie i kiedy czułam, że mogłabym zatracić się w tej rozkoszy bez końca, Gosia uniosła głowę, spoglądając na mnie z uśmiechem. Jej dłoń wciąż pieściła moją pierś, a oczy błyszczały satysfakcją, widząc moje rozkoszne poddanie. Byłam jej i obie to wiedziałyśmy.

    Nasze spojrzenia spotkały się na nowo, a w jej oczach widziałam ciepło i pragnienie. Jej usta, wilgotne i lekko rozchylone, wprost zapraszały do kolejnego pocałunku. Bez wahania pochyliłam się, zamykając nas w tej namiętnej chwili.
    Nasze języki odnalazły się w powolnym tańcu, pełnym tęsknoty i chęci posiadania siebie nawzajem. Smak Gosi był słodki, a jej wargi miękkie, oddające się moim bez oporu. Dłonie wędrowały po naszych ciałach, bez pośpiechu, jakby każda sekunda tego dotyku była czymś, co chciałyśmy zapamiętać na zawsze.
    Delikatnie przesunęłam się nad nią, pozwalając, by moje ciało przycisnęło jej rozgrzaną skórę. Nasze oddechy splatały się, a pocałunek stawał się coraz głębszy. Czułam, jak Gosia oddaje mi się w pełni, bez żadnych zahamowań.
    W końcu oderwałam się od jej ust, pozostawiając na nich wilgotny ślad. Spojrzałam na nią z uśmiechem, a ona, wciąż lekko oszołomiona, odwzajemniła mi spojrzenie.
    — Przekonajmy się, jak dobrze smakujesz — wyszeptałam tuż przy jej uchu, muskając płatek delikatnym pocałunkiem.
    Złapałam ją za biodra i powoli obróciłam na brzuch. Jej skóra, gładka i rozgrzana, zachwycała mnie w każdym detalu. Delikatny ruch sprawił, że jej włosy rozsypały się na kocu a plecy uniosły się w lekkim napięciu.
    Nachyliłam się nad nią, czując zapach jej skóry — mieszankę ciepła, lekkiego potu i słodkiego aromatu jej ulubionych perfum. Moje usta musnęły jej kark, zostawiając tam wilgotny ślad. Przesunęłam językiem wzdłuż linii jej szyi, aż poczułam, jak drży pod moim dotykiem.
    — Mmm… — wydobyło się z jej ust, a ja poczułam, jak pragnienie w niej rośnie.
    Moje pocałunki schodziły coraz niżej, sunąc wzdłuż kręgosłupa. Każdy centymetr jej pleców był dla mnie jak pole do odkrywania. Czułam jej przyspieszony oddech i ciche westchnienia, gdy moje usta zostawiały ślad czułości na jej skórze.
    Nie spieszyłam się. Każdy pocałunek był przemyślany, pełen namiętności, lecz jednocześnie czuły. Dłonie wędrowały wzdłuż jej boków, delikatnie sunąc po linii talii, aż dotarły do jej bioder.
    Gosia poruszyła się lekko, jakby chciała więcej, a ja uśmiechnęłam się, wiedząc, jak bardzo mnie pragnie. Moje usta kontynuowały swoją podróż, aż w końcu dotarłam do jej dolnej części pleców. Czułam ciepło jej ciała i słyszałam jej urywany oddech. Przez chwilę zatrzymałam się, muskając jej skórę koniuszkiem języka, smakując ją i rozkoszując się jej reakcjami.
    W końcu moje wargi dotarły do jej pośladków. Były jędrne, idealne w swoim kształcie, aż kusiły, by je pieścić. Pocałowałam je delikatnie, jakby składając cichy hołd jej pięknu. Język przesunął się po miękkiej skórze, pozostawiając za sobą ślad wilgoci.
    Gosia westchnęła głośniej, wyginając plecy w lekkim łuku, zachęcając mnie do dalszych pieszczot. Moje dłonie powędrowały na jej biodra, delikatnie zaciskając palce, podczas gdy moje usta kontynuowały swoją namiętną grę. Delikatnie przesuwam swoje usta po wewnętrznych udach Gosi, zbliżając się coraz bardziej do jej mokrego i gorącego centrum. Językiem eksploruję każdy zakamarek, delikatnie pieszcząc jej wargi sromowe. Czułam, jak jej ciało reaguje na moje pieszczoty, a jej oddech staje się coraz bardziej przyspieszony.
    Skupiając się na jej najbardziej wrażliwych miejscach. Moje ruchy był powolne i zmysłowe, a język subtelnie poruszał się po śliniących wargach, eksplorując każdy zakamarek. Gosia reagowała coraz bardziej wyraziście, jej oddech staje się szybszy, a ciało bardziej napięte w oczekiwaniu na kolejne pieszczoty Moje dłonie wędrują po jej ciele, dotykając delikatnie piersi, brzucha, ud. Głaskałam ją, eksplorując każdy centymetr skóry, a moje usta kontynuują swoją pracę między jej nogami. Stymulowałam jej łechtaczkę językiem, poruszając się wokół niej w zmysłowym tańcu. Moje ruchy były powolne i zmysłowe, gdy ssałam i lizałam jej kobiecość. Skupiałam się językiem na wrażliwym punkcie. Czułam, jak jej podniecenie rośnie, a ona coraz głośniej jęczy.  
    Po chwili zaczęłam wsuwać palec do środka jej płonącej jak lawa pochwy, sprawdzając, jak bardzo jest mokra i gotowa na mnie. Moje palce przesuwały się w górę i w dół, wznosząc falę przyjemności w jej ciele. Głębiej i szybciej poruszałam się w niej, a jej jęki stawały się coraz głośniejsze, a jej ciało drżało w odpowiedzi na moje pieszczoty. Moje palce poruszały się wewnątrz niej, badając każdy zakamarek i stymulując jej punkt G.
    Gosia głośno jęczała, gdy zbliżała się do orgazmu. Jej ciało drżało i kurczyło się wokół moich palców, a jej sokami obficie mnie nawadniała. Kontynuuję pieszczoty, doprowadzając ją do szczytu rozkoszy, zanim powoli wycofałam moje palce i usta.
    Gosia patrzyła na mnie z zachwytem w oczach, a ja wiedziałam, że teraz była jej kolej, aby mnie zaspokoić. Powoli przesuwałam się na kocu, rozchylając nogi i kusząc ją swoim mokrym i gotowym ciałem. Gosia uśmiechała się na mój widok i zaczyna schylać się nade mną.
    Jej oczy lśniły pożądaniem, a usta są lekko rozchylone od ciągłych jęków. Gosia wzięła moje ręce i położyła je nad moją głową, a następnie nachyliła się nad moim ciałem. Jej usta wylądowały na moich piersiach, całując je i ssąc z namiętnością.
    Moje biodra podskoczyły, próbując spotkać się z jej ciałem i wzmocnić tę niesamowitą falę przyjemności. Gosia jednak trzymała mnie w ryzach, unosząc się na rękach, aby uniknąć mojego kontaktu. Jej ruchy są kontrolowane i powolne, a jej usta nadal pracowały na mojej skórze, zostawiając po sobie ślady pożądania.
    Nagle poczułam, jak jej dłoń opuszczała się między moimi nogami. Jej palce delikatnie wędrowały po moich fałdach, odkrywając moją wilgotność. Gosia patrzyła mi prosto w oczy, podniecając mnie swoim spojrzeniem, a jej palce coraz bardziej zbliżały się do mojej łechtaczki.
    Wreszcie dotknęła mnie i jękłam z rozkoszy. Jej dotyk był delikatny i precyzyjny, skupiający się na najbardziej wrażliwym miejscu. Moje biodra unosiły się do góry, próbując zwiększyć kontakt, ale Gosia trzymała mnie w miejscu, nie pozwalając mi na to.
    Gosia, zdeterminowana i pełna namiętności, kontynuowała swoją podróż po moim ciele. Jej usta, niczym delikatne pióro, malowały ścieżkę pożądania, prowadząc mnie w głąb rozkoszy. Odczuwałam każdy jej dotyk, każdą delikatną pieszczotę, która budziła we mnie pożądanie i sprawiała, że moje ciało reagowała z nieskrywaną ekscytacją.
    Jej język, niczym płomień, spalał moje wargi sromowe, pozostawiając za sobą ślad gorącego pożądania. Czułam, jak moja łechtaczka, wrażliwa i gotowa na eksplozję rozkoszy, reagowała na jej dotyk. Gosia, z gracją i zmysłem, skupiała się na tym małym punkcie, liżąc i ssąc go z niesamowitą precyzją.
    W tym momencie moje ciało drży, a oddech przyspiesza. Jęczę cicho, oddając się jej pieszczotom. Gosia, z uśmiechem na ustach, wie, że zbliża się do celu. Jej palce, które wcześniej eksplorowały moje wnętrze, teraz delikatnie dotykają mojego punktu G, stymulując go z niesamowitą umiejętnością.
    Czułam, jak moje mięśnie kurczyły się w rytm jej dotyku. Jęczałam głośniej, a moje ciało stawało się napięte, gotowe na eksplozję. Gosia, z pewnym siebie uśmiechem, przyspieszała swoje ruchy, wiedząc, że byłam na skraju orgazmu. Jej palce poruszały się w rytm moich jęków, a ja oddawałam się tej rozkoszy bez oporów. Wreszcie, w kulminacyjnym momencie, moje ciało eksplodowało w orgazmie. Jęczałam głośno, a moje mięśnie kurczyły się z niesamowitą siłą
    Jej pieszczoty stawały się coraz bardziej intensywne i szybkie, a ja zbliżałam  się do krawędzi orgazmu. Jęczę głośno i kręcę się pod jej dotykiem, odczuwając falę przyjemności, która rozprzestrzenia się po moim ciele. Moje nogi drżały, a ciało trzęsło się w ekstazie.
    Gosia kontynuowała swoje pieszczoty, nie pozwalając mi na spadek po orgazmie. Jej dotyk był niesamowicie intensywny i precyzyjny, a ja traciłam kontrolę nad swoim ciałem. W końcu nie wytrzymałam i eksplodowałam w niesamowitym, kolejnym orgazmie, który wstrząsał mną przez długie chwile. Odczuwałam falę po fali rozkoszy, a moje ciało drżało z ekscytacji. Gosia, z uśmiechem triumfu, patrzyła na mnie, widząc moją ekstazę.  

    Gosia nie odsunęła się od razu. Jej dłoń, jeszcze przed chwilą tak bezlitośnie precyzyjna, teraz trwała na mojej skórze z miękkością, jakby dotykała porannej mgły. Pochyliła się nade mną, muskając ustami moją szyję ciepło, czule, bez pośpiechu. Każdy pocałunek był jak ukojenie, jak delikatna kołysanka dla mojego drżącego ciała.
    Oddychałam głęboko, próbując złapać rytm, który gdzieś po drodze się zagubił. Moje ciało jeszcze pulsowało resztkami rozkoszy, a jednocześnie szukało spokoju, jak fala, która opadła, ale wciąż wracała echem do brzegu. Gosia objęła mnie ramieniem, wtulając się we mnie w całkowitej nagości, bez wstydu, bez słów. Nasze ciała splecione były w harmonii nie tylko fizycznej, ale głębszej, jakby rozumiały się bez słów, jakby znały się od zawsze.
    Pocałowała mnie w czoło, potem w kącik ust. Ten gest był jak pieczęć nie triumfu, lecz czułości. Dotykała mnie z troską, jakby chciała z każdej komórki mojej skóry zetrzeć napięcie, zostawiając tylko miękkość i bliskość.
    – Jesteś piękna, gdy się zatracasz – szepnęła, a ja poczułam, jak ciepło jej słów osiada mi pod skórą.
    Nie odpowiedziałam. Ułożyłam głowę na jej ramieniu i pozwoliłam sobie milczeć. W tej chwili nie było potrzeby mówić niczego, wszystko działo się w dotyku, w rytmie naszych oddechów, w tym lekkim drżeniu, które jeszcze nie opuściło mojego ciała.
    Zamknęłam oczy. Jej palce powoli rysowały na moich plecach, brzuchu i talii niewidzialne znaki – uspokajające, czułe, niespieszne. Czas zwolnił, a ja zanurzyłam się w tej ciszy, w tej miękkiej, kobiecej obecności. Czułam się bezpieczna, nie tylko spełniona, ukochana.

    Leżałyśmy nagie na miękkiej trawie, na wzgórzu, miałyśmy dłonie splecione jak nasze ciała i obie utkwiłyśmy wzrok w gwiazdach. Atmosfera była nasycona romantyzmem, a spokój nocnego krajobrazu przenikał każdy zakamarek naszych doznań.
    Uśmiechając się rzucam po chwili ciszy
    –  To miejsce jest niesamowite, Gosiu. Skąd je znasz, bo trochę daleko od Twojego miejsca zamieszkania?
    Gosia spoglądała dalej w niebo
    – To taki mój sekretny azyl wieczorno-nocnymi porami. Odkryłam je, gdy potrzebowałam chwili oddechu od codzienności i zrobiłam sobie długą przejażdżkę rowerem po mieście. Wtedy postanowiłam, że kiedyś zabiorę tu kogoś ważnego dla mnie, kto odbił piętno w moim życiu.
    Delikatnie głaskałam ręką włosy Gosi. Wydawała mi się taka piękna, taka wyjątkowa, wyrwana z marzenia. Czułam się przy niej tak wspaniale.  Ta chwila była tym, czego potrzebowałam od kiedy pierwszy raz natrafiłam na Gosię parę miesięcy wcześniej. Zatracałam się w niej zapominając o bożym świecie.
    – Cieszę się, że jestem tą osobą. To miejsce jest magiczne .Czuje się tutaj jak w innej rzeczywistości. Dziękuję Ci, że mnie tutaj zabrałaś.
    Pocałowałam ją w policzek, na co Gosia się obróciła uśmiechając się  
    – Tak, to jest jak inny świat. Wtedy, kiedy patrzysz w gwiazdy i miasto nocą, zdajesz sobie sprawę, jak wielki jest ten kosmos i jak malutką częścią jesteśmy tego wszystkiego.”
    – Dziękuję, że mnie tu zaprowadziłaś.  
    – Chciałam, żebyś zobaczyła to miejsce takie, jakie jest dla mnie. Teraz jest także pełne wspomnień z Tobą
    Chwila milczenia zawisła w powietrzu, tylko szelest trawy i daleki świergot nocnych ptaków przerywał ciszę. Zanurzone w tej romantycznej chwili, czułyśmy, jak nasze emocje nabrały innej rangi, a to wyjątkowe miejsce stawało się naszym wspólnym azylem, w które miało przechować kolejne najpiękniejsze wspomnienia.
    Gosia uniósłszy delikatnie swoją dłoń, głaskała mnie po poliku, spoglądając głęboko w oczy. Noc była spokojna, a jedynymi świadkami tego magicznego momentu były gwiazdy migoczące na nocnym niebie i światła latarni miejskich. Zbliżyłam się do Gosi, łapiąc ją mocniej za dłoń. Bez zbędnego słowa, nasze spojrzenia zaczęły się stapiać, a atmosfera nasycona była nie tylko bliskością, ale także nieśmiałym pragnieniem. Głębokie westchnienie było jedynym dźwiękiem przed chwilą, gdy nasze usta złączyły się w delikatnym pocałunku. To było jak spełnienie pragnienia, które tkwiło w nich od dłuższego czasu. Gwiazdy świeciły nad nami, jakby błogosławiły ten moment. Pocałunek był jak połączenie naszych uczuć. Znów zatraciłyśmy się w bliskości, ściskając się jeszcze mocniej. Na wzgórzu czas płynął inaczej, a gwiazdy, jakby skinęły na nasze namiętne doznania. Pocałunek trwał, aż obie nie usnęłyśmy wtulone w siebie i zasnęłyśmy pod gołym niebem.  

    Sen nie trwał długo, gdyż obudziło rześkie powietrze i obie uznałyśmy, że czas się zbierać w cieplejsze miejsce. Pojechałyśmy do mieszkania Gosi i tam poszłyśmy spać, gdzie nasz sen splotły wspólne marzenia i ciepło naszej bliskości. Każda chwila tej nocy była jak zapisany w sercu sekret, który nosiłyśmy w sobie, pragnąc, by nigdy nie zniknął. Tam zasnęłyśmy naprawdę splecione, otulone kocem i tym, co wydarzyło się między nami. Sen przyszedł szybko, miękki i spokojny, niosąc ze sobą wspólne marzenia, które zagnieździły się w nas jak szeptane sekrety.
    Leżałam wtulona w Gosię, obejmując ją lekko, z czołem opartym o jej kark. Czułam ciepło jej skóry i miękki rytm oddechu, który uspokajał mnie bardziej niż jakiekolwiek słowa. Moje ciało powoli łagodniało, ale myśli nie chciały zamilknąć. W ciszy, która nastała po wszystkim, pojawiły się pytania. Nie krzyczały. Były ciche, jak drobny deszcz w duszy, sączące się przez szczeliny, których wcześniej nie zauważałam.
    Zamknęłam oczy i zobaczyłam dom. Mojego męża w kuchni, parzącego poranną kawę bez słowa, jak zawsze. Syna wbiegające do pokoju z tym znajomym „mamo!”, które miało w sobie cały świat, świat, który zbudowałam, którego byłam częścią i który był częścią mnie.
    A jednak…
    Myśl o tamtej nocy nie chciała mnie opuścić. Tej sprzed trzech miesięcy. Motel na obrzeżach. Zapach jaśminowego płynu do kąpieli. Drżenie, którego nie potrafiłam nazwać. Gosia. Wtedy sądziłam, że to jednorazowe, że wrócę do Ostrowa, a ona zostanie we Wrocławiu i że ta odległość będzie wystarczającą granicą. Że uda mi się zamknąć to gdzieś głęboko, na klucz, ale życie lubi być przekorne.
    Miałam powody, aby przyjeżdżać do Wrocławia. Niby do koleżanek, niby na chwilę, niby dla siebie, aż przez przypadek spotkałam ją…piękną osiemnastoletnią dziewczynę i teraz, tu, kiedy dotykałam jej skóry, kiedy nasze oddechy mieszały się w ciemności, wiedziałam coś, czego wcześniej bałam się nazwać. To nie był koniec. To mógł być początek. Nie byłam już pewna, czy chcę to zatrzymać.
    Moje życie jest poukładane, ma rytm, ma sens, ale moje serce… ono od miesięcy budzi się dopiero przy niej. Pragnie tej kobiecej czułości, tej ciszy między słowami, tego, jak Gosia patrzy na mnie  bez oceny, bez roszczeń, jakby widziała mnie prawdziwą.
    Zamknęłam oczy mocniej. Jeszcze nie podejmowałam decyzji. Jeszcze trwałam zawieszona między światami tym, który znam i tym, którego się boję, ale który mnie pociąga, ale coś już było we mnie inne, bo Gosia… Gosia nie była tylko wspomnieniem. Była pytaniem, czułym, cichym, ale coraz trudniejszym do przemilczenia.

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    Iva Lions
  • Noc Na Zyczenie

    Ludzie myślą, że jeśli jesteś młoda, ładna i sprzedajesz seks, to musiałaś gdzieś się po drodze potknąć, a ja się nie potknęłam, ja weszłam w to z otwartymi oczami trochę z ciekawości, trochę z buntu, trochę z potrzeby sprawczości.

    Mam 25 lat, nazywam się Lena, a właściwie Jelena, pochodzę z Serbii, ale w Polsce mieszkam od sześciu lat. Blond włosy, naturalne serio ciało, o które dbam jak o narzędzie pracy: miękkie tam, gdzie trzeba, twarde tam, gdzie musi. Nie jestem wyłącznie ciałem. Czasem jestem lustrem, czasem snem, a czasem testem odwagi. Tego dnia dostałam zlecenie inne niż zwykle.  

    Michał czekał na mnie w hotelowym lobby. Kiedy podszedł, wyglądał raczej jak ktoś, kto za chwilę wygłosi przemówienie, niż jak facet, który właśnie wynajął prostytutkę.  
    – Lena? – zapytał, z lekkim niedowierzaniem. Jakby nie sądził, że naprawdę się pojawię.  
    – We własnej osobie. Ty musisz być Michał. – Skinął głową.  
    Był opanowany, elegancki, ale coś w jego oczach zdradzało napięcie. Może stres. Może podniecenie, albo jedno i drugie. Zmierzyłam go uważnym spojrzeniem, lekko przechylając głowę.
    – Wyglądasz, jakbyś sam nie był pewien, co tu robisz – rzuciłam półżartem, z miękkim uśmiechem. – Czego właściwie oczekujesz? Co miałabym dla ciebie zrobić?
    Na moment zawahał się, jakby ważył każde słowo. Potem uniósł wzrok i powiedział cicho, niemal z nabożną uwagą:
    – Nie dla mnie.
    Zaskoczyło mnie to. Uniosłam brew, ale nie odpowiedziałam od razu.
    – Dla mojej żony – dodał po chwili.
    Zamrugałam lekko, zaskoczona, choć nie speszona. W moim fachu to nie była pierwsza taka propozycja. Zdarzały się pary. Zdarzały się fantazje. Zdarzały się marzenia, do których ktoś potrzebował klucza. Tylko rzadko bywały wypowiedziane z taką delikatnością.
    – A więc to nie ty jesteś głównym bohaterem dzisiejszego wieczoru? – zapytałam z łagodną nutą zaciekawienia.
    – Nie – odparł z ciszą w głosie. – To ma być jej historia. Jej odkrycie. Jej pierwszy raz… z kobietą.
    – Pierwszy? – powtórzyłam powoli, jakby smakując słowo.
    Skinął głową ponownie, znów zerkając na drzwi wyjściowe, jakby spodziewał się, że Iza zaraz stanie w progu.
    – Iza myśli, że szykujemy wieczór tylko dla nas dwojga – powiedział cicho, zerkając na drzwi wyjściowe, jakby bał się, że zaraz z nich wyskoczy. – Pomogłem jej się przygotować. Dałem jej prezent, bieliznę, pas, pończochy, szpilki. Myśli, że to tylko gra wstępna… dla mnie.  
    Przez moment milczałam. W powietrzu unosiła się cisza, gęsta od domysłów. Jego spojrzenie znów spotkało moje z pytaniem, może z prośbą.
    Zamknęłam to wszystko w jednym krótkim uśmiechu.
    – A więc niespodzianka? – uniosłam brwi.  
    – I to jaka. Wino już czeka. Świece, a ja… – przełknął ślinę – zaraz wejdę z tobą do środka. Potem zostawię Was same.  
    – To twoja decyzja?  
    – To jej pragnienie. Kiedyś wspomniała o kobiecie… pół żartem, ale żartem to nie było. Czekała, aż to zignoruję, a ja postanowiłem, że nie.  
    Pokiwałam głową.  
    – Dobrze – powiedziałam. – Potrzebuję pięciu minut. Przebrać się. Wejść w klimat. Zabrałam swoją torebkę i ruszyłam do łazienki w hotelowym apartamencie, który zarezerwował. W środku sięgnęłam po czarno-niebieski komplet bielizny koronka, miękka, ale dobrze skrojona, idealna do kontrastu z pończochami w klasycznej czerni. Pas z cienkimi paskami podkreślał talię. Do tego czarne szpilki z delikatnymi paskami wokół kostek. Na wierzch zarzuciłam obcisłą, krótką, czarną sukienkę kusą, ale z klasą. Poprawiłam makijaż, odświeżyłam usta, rozczesałam blond fale, przetarłam cień na powiekach. W lustrze spojrzałam sobie w oczy. „Gotowa” powiedziałam szeptem. Kiedy wyszłam z łazienki, Michał uniósł brwi.  
    – Wow… – mruknął. – Jeśli ona nie padnie, to ja padnę.  
    – Nie ty dziś jesteś bohaterem – odparłam z półuśmiechem. – Ale rozumiem zazdrość.  

    Szliśmy razem przez miasto do ich mieszkania. Nowy blok, ostatnie piętro, przeszklony salon, miękkie światła. Przez całą drogę nie mówił wiele. Raz tylko mruknął coś pod nosem:  
    – Chyba nie wiedziałem, jak bardzo jej zazdroszczę, aż do teraz.  
    Weszliśmy do ich mieszkania razem. Iza stała przy stole odwrócona tyłem, nalewała czerwone wino do dwóch kieliszków. Miała na sobie czarno-fioletową  koronkową bieliznę, z pasem do pończoch i szpilkami, które wyglądały, jakby mogła w nich tylko stać i to przez ograniczony czas. Jej ciało było pełne napięcia. Jakby grała rolę, nie wiedząc, do jakiej sceny trafiła.
    – Kochanie? – powiedział Michał łagodnie.  
    Odwróciła się. Najpierw zobaczyła jego. Uśmiechnęła się z ulgą, z nadzieją. Spodziewała się pocałunku, a wtedy jej wzrok padł na mnie. Zamarła. Oparłam się lekko o framugę i uśmiechnęłam. Nie zawodowo, ciepło, pewnie, jak ktoś, kto wie, kim jest i po co tu jest.  
    – Iza – powiedział Michał cicho – chciałem spełnić twoje marzenie. Spojrzała na niego, potem na mnie. Szok, niepewność, ale nie zrobiła kroku w tył. Jej oczy zadrżały, i coś się w nich pojawiło. Nie strach. Nie gniew. Ciekawość.
    – Nazywam się Lena – powiedziałam łagodnie. – I jestem tu tylko, jeśli ty tego chcesz. Cisza gęsta jak krem. Iza podeszła do stołu, wzięła kieliszek i podała mi go bez słowa.
    – To za odwagę – powiedziała w końcu, z lekkim, ale pewnym uśmiechem.  
    Iza przez chwilę nie spuszczała ze mnie wzroku. Michał stał obok, wyraźnie oddychając płycej niż zwykle, jakby bał się zakłócić tę dziwną ciszę, która zapanowała. Byliśmy jak trójkąt zamknięty we własnym geometrycznym napięciu.
    – To… naprawdę się dzieje – powiedziała Iza w końcu, bardziej do siebie niż do nas.
    – Tak – odpowiedział Michał. – Ale to twój wieczór. To ty decydujesz.
    Spojrzała na niego. W jej oczach było wszystko: niedowierzanie, ciekawość, wdzięczność i… błysk.
    – A ty? – zapytała, przechylając głowę. – Nie chcesz z nami zostać?
    Zabrzmiało to lekko, filuternie, ale między słowami dało się wyczuć zaproszenie, a może prośbę?
    Michał uśmiechnął się z nutą smutku.
    – Z pokusą się nie walczy – odparł. – Pokusie się kłania i grzecznie wychodzi.
    Iza roześmiała się cicho, z lekkim ukłuciem zaskoczenia. Podeszła do niego, poprawiła mu kołnierzyk, jakby chciała zapamiętać dotyk jego skóry na palcach.
    – Bawcie się dobrze – powiedział, patrząc jeszcze raz na nas obie i wyszedł.

    Drzwi zamknęły się z cichym kliknięciem. Iza nie spojrzała się już za Michałem. Zamiast tego wzięła łyk wina, mały, jakby ostrożny, zrobiłam to samo. Czułam, że musi poczuć się bezpieczna, niepoganiana, nieoceniana, wolna, by zdecydować.
    Podeszłam powoli, zostawiając dystans. Jej zapach unosił się w powietrzu nuty wanilii i czegoś głębszego, jakby cynamon na rozgrzanej skórze. Miała ramiona lekko uniesione, jakby nie była pewna, czy bardziej chce się otworzyć, czy osłonić.
    – To naprawdę mój prezent? – zapytała w końcu, jej głos był niższy, niż się spodziewałam. Zmysłowy, z lekką chrypką. Głos kobiety, która wie, czym jest pragnienie i jak długo można je tłumić.
    – Twój – odpowiedziałam spokojnie. – ale to ty decydujesz, czy go rozpakujesz.
    Spojrzała na mnie uważnie, jakby chciała mnie prześwietlić wzrokiem, zajrzeć głębiej niż skóra, poza uśmiech i lekkość. Milczała przez chwilę, potem postawiła kieliszek na stole. Bardzo powoli podeszła bliżej. Nie dotknęła mnie od razu, tylko stanęła naprzeciwko. Jej oczy były ciemne, lśniące. Nie było w nich wstydu, raczej coś innego. Uważność, oczekiwanie, pragnienie, które nie chciało być nazwane, ale nie zamierzało się ukrywać.
    – Nigdy wcześniej… – zaczęła, ale nie dokończyła.
    – Wiem – powiedziałam łagodnie. – I nie musisz nic mówić. Nie musisz nic robić.
    Zrobiła krok. Maleńki, ale wystarczający, by nasze oddechy zetknęły się gdzieś pośrodku.
    Poczułam ciepło bijące z jej ciała. Bliskość, której nie sposób nauczyć się z podręczników czy filmów. To było prawdziwe. Zbudowane na niepewności, ciekawości i odrobinie odwagi, którą właśnie zaczynała w sobie odkrywać.
    – Jesteś piękna – powiedziałam, nie jak komplement, ale jak fakt. Jak konstatację czegoś oczywistego.
    Uśmiechnęła się nieśmiało i w tym uśmiechu było coś dziewczęcego, coś bardzo kruchego i bardzo kobiecego zarazem. Powoli uniosłam rękę, dając jej czas, by odsunęła się, jeśli zechce. Nie zrobiła tego. Moje palce dotknęły jej ramienia. Skóra pod nimi była ciepła, jedwabista. Jakby stworzona do czułości.
    – Jeśli chcesz, mogę zacząć od opowieści – powiedziałam szeptem. – O kobiecie, która przez całe życie była silna, aż wreszcie pozwoliła sobie być… pożądana.

    Iza zamknęła oczy. Wzięła głęboki oddech. Jej rzęsy zadrżały, a potem, niespiesznie, ułożyła dłoń na mojej. Nie musiałyśmy się spieszyć. Jej dłoń nadal spoczywała na mojej, jakby obie czekały na jeden cichy znak, że to już, że możemy, że to już teraz. Zbliżyłam twarz do niej, bardzo powoli, zostawiając przestrzeń na zawahanie. Nie uciekła. Przeciwnie, lekko uniosła podbródek, jakby chciała mnie spotkać w połowie drogi. Nasze usta zetknęły się delikatnie, nieśmiało, jakby całowały się po raz pierwszy, a przecież całowałyśmy się już nie raz w życiu, tyle że nigdy tak i nie razem. Nigdy kogoś, kto pachnie zaufaniem i nieznanym jednocześnie. To był pocałunek, który oddychał. Lekko się odsunęłyśmy, spojrzałyśmy na siebie i uśmiechnęłyśmy się cicho, z niedowierzaniem, jakbyśmy obie właśnie dotknęły czegoś, czego nie da się opisać słowami.
    – Twoje usta… – szepnęła. – Czuć je jeszcze długo po tym, jak przestajesz całować.
    Zbliżyłam się znowu, tym razem pewniej. Nasze usta spotkały się po raz drugi już nie tak nieśmiało, już z ciekawością, która zaczynała smakować głębiej. Języki zadrżały przy sobie, drażniły się i uciekały, splatały w rytmie, który wyznaczało pragnienie, nie pośpiech. Czasem się zatrzymywałyśmy, by spojrzeć sobie w oczy, by powiedzieć coś bez słów, by oddychać razem. Jakby każda sekunda zyskiwała wagę, jakiej nie miała wcześniej.

    Moja sukienka opadła na podłogę z miękkim szelestem. Czułam jej wzrok, jak głaska moją skórę. Teraz byłam ubrana dokładnie tak jak ona, pas do pończoch, koronkowa bielizna, szpilki. Dwie kobiety, które przestały udawać, że to tylko gra.
    Poprowadziłam ją do łóżka, gdzie zsunęłyśmy się na kolana naprzeciw siebie obie wyprostowane, jakbyśmy tańczyły bez muzyki, unosząc się na fali wspólnego napięcia. Bliskość naszych ciał była niemal namacalna, ciepło, napięcie, oczekiwanie, wszystko pulsowało między nami.
    Pocałunek wrócił, ale już nie cichy, już nie jako pytanie. Stał się odpowiedzią, tańcem ust i języków, które przestały się wahać. Nasze oddechy mieszały się, pulsowały w rytmie, którego nie kontrolowałyśmy. Jej dłonie oplotły moją talię, moje powędrowały ku jej łopatkom. Czułam pod palcami każdy dreszcz, każde westchnienie, każde drżenie mięśni. To nie był pośpiech, to była potrzeba, potrzeba bliskości tak głębokiej, że znikały granice. Ciała jeszcze oddzielne, a już czujące się nawzajem jak swoje. Usta spętane w tańcu, który nie potrzebował choreografii, tylko prawdy.
    Z każdą chwilą było nas mniej. Mniej masek, mniej myśli, mniej kontroli. Zostawały tylko gesty i pragnienie, które rosło z każdym spojrzeniem, każdym dotykiem, każdym milczącym „tak” wypowiedzianym między pocałunkami.
    Nasze pocałunki zlały się w jeden ciągły nurt, czasem łagodny, niemal senny, a czasem rwący, porywczy, jak strumień, który znalazł ujście po długim milczeniu. Dłonie błądziły między nami niespokojnie, jakby próbowały nadrobić stracony czas. Raz zanurzały się we włosach miękkich, splątanych od napięcia, raz obejmowały kark, jakby szukały oparcia w rozkoszy. Dotyk przestawał być kierowany, stawał się instynktem. Palce sunęły po łopatkach, szyi, ramionach. Uczyły się kształtu, tekstury, odpowiedzi skóry.
    Moja ręka wsunęła się pod koronki jej biustonosza, a dłoń Izabeli powędrowała niżej, zaskakująco pewnie, jakby wiedziała, że teraz też może brać, a nie tylko dawać.
    Chciałam być profesjonalna, dobrze wykonać swoją rolę, ale przy niej trudno było pamiętać, gdzie kończy się rola, a zaczyna pragnienie. Iza nie była bierna. Jej ciało mówiło głośno w drżeniach, w lekkich uściskach, w sposobie, w jaki odpowiadała ustami na moje westchnienia. Każdy jej pocałunek był jak znak przestankowy, przemyślany, czuły, czasem prowokujący, zawsze nasycony znaczeniem.
    Czułam, jak moje własne ciało zaczynało się wymykać spod kontroli, jak zamiast kontrolować zmysły zaczęłam w nich tonąć. Nie chciałam się ratować. Chciałam utonąć razem z nią. Nasze uda zetknęły się, napięcie w brzuchu pulsowało z każdym kolejnym dotykiem. Iza uniosła biodra lekko, jakby chciała powiedzieć: „jestem tutaj dla ciebie, dla siebie, dla tej jednej nocy.”
    Pochyliłam się nad nią, całując linię żuchwy, potem szyję, powoli, z precyzją artystki, która wie, że czasem czekanie na rozkosz jest równie pociągające jak sama rozkosz. Czułam jej oddech na własnej skórze, ciepły, drżący, coraz szybszy. Jej dłonie objęły moje pośladki, palce wsunęły się pod pas do pończoch, jakby chciała mnie przyciągnąć jeszcze bliżej, jakby chciała mnie mieć naprawdę.
    Między nami nie było już pytań. Były odpowiedzi zamknięte w każdym muśnięciu, w drgnięciu uda, w nagłym westchnieniu. Oplotłyśmy się nawzajem jak dwie gałęzie tej samej winorośli, nie wiadomo, która pnie się pierwsza, a która prowadzi. Choć ta noc miała swoje granice, czułam, że to, co się między nami działo, wykraczało poza umowę. Było czymś więcej niż aktem, było dotykiem dwóch kobiet, które w tej jednej chwili przestały udawać cokolwiek. Zostały tylko one. Naga prawda w zmysłach.
    Całowałyśmy się nieprzerwanie, jakby usta były jedynym miejscem, przez które mogłyśmy oddychać. Czasem długo, głęboko, czasem krótko, z łobuzerskim błyskiem w oku. Przerwane tylko po to, by spojrzeć, uśmiechnąć się, zamruczeć coś niezrozumiałego wprost do warg, jakby język nie miał już słów, tylko smak i ciepło.
    Zsunęłam pocałunki niżej najpierw na linię żuchwy, potem na szyję, gdzie skóra pulsowała pod moimi ustami. Miękka, ciepła, pachnąca odrobiną wina i nutą, która była tylko jej. Czułam, jak oddech Izy staje się głębszy, ale jednocześnie płytszy, urywany, jakby każda moja pieszczota wywoływała w niej nowy dźwięk i ciszę po nim, która mówiła jeszcze więcej. Wróciłam do ust, jak do domu, z którego nie chce się wychodzić zbyt długo. Potem znów szyja, dekolt, wszystko w rytmie, który same tworzyłyśmy płynnym, falującym, jak taniec w półśnie.
    Delikatnym ruchem, z gracją wyuczoną, ale szczerą, położyłam ją na plecach. Jej ciało ułożyło się miękko na pościeli, a blond włosy, kręcone, pachnące czymś słodkim i kobiecym rozlały się jak atrament po białych poduszkach. Na moment zatrzymałam się, patrząc na nią z góry. Była piękna. Zmysłowo otulona koronką i światłem. Ciało, które mówiło o dojrzałości i sile, ale teraz rozkwitało w uległym rozluźnieniu. Jej dłoń leżała na brzuchu, druga zwisała nad głową bezwładnie, jakby oddała się całkowicie chwili.
    Pocałunkami zaczęłam schodzić niżej. Najpierw między obojczyki, gdzie skóra drżała nieznacznie. Potem niżej przez dekolt, aż do materiału stanika. Nie spieszyłam się. Nie byłam tu po to, by zdobywać. Byłam po to, by dawać.
    Zsunęłam delikatnie ramiączko. Potem drugie. Jakbym rozwiązywała zagadkę, nie ubranie. Palce pieściły koronkę, usta podążały za śladem, który zostawiało napięcie. Kiedy w końcu odsunęłam materiał, piersi Izy odsłoniły się jak tajemnica, którą powierzono tylko mnie. Objęłam jedną z nich dłonią, powoli, czułym gestem, który był bardziej oddaniem niż pragnieniem. Pochyliłam się i zaczęłam całować skórę ciepłą, napiętą, pachnącą nią samą. Językiem zatoczyłam krąg, potem kolejny, aż jej ciało zadrżało pod moim dotykiem. Jej palce zagłębiły się w moje włosy, nie z siłą, ale z wdzięcznością. Jakby mówiła bez słów: „proszę, jeszcze”.
    W tej chwili, w półcieniu sypialni, świat się zatrzymał. Zostały tylko dwie kobiety. Zbyt różne, by się pomylić, zbyt bliskie, by się nie rozpoznać. Jej ciało było jak pejzaż, którego nie chciałam przemierzać pospiesznie. Każda linia, każdy kontur prosił się o uwagę łydki, gładkie i napięte, biodra unoszące się lekko przy każdym moim ruchu, miękko zaokrąglone ramiona, które co chwilę obejmowały mnie bliżej, mocniej, z większym zaufaniem.
    Moja dłoń sunęła powoli raz ledwie muskając jej skórę opuszkami, raz lekko ją drapiąc, zostawiając za sobą ślad, który nie bolał, ale rozbudzał. Od łydki aż po ramię, prowadziłam ją tą wędrówką, czując, jak ciało Izy odpowiadało drobnym drgnięciem, westchnieniem, napięciem mięśni, które nie chciało już skrywać niczego. Moje usta zawiesiły się przy jej piersiach, jakby czas znalazł tam swoje centrum. Otuliłam jedną brodawkę ustami, powoli, ciepło, aż jej ciało napięło się pod moim językiem. Potem drugą, z tą samą czułością i skupieniem, jakby każda zasługiwała na osobne westchnienie, osobne uniesienie bioder, osobny moment zawieszenia między pragnieniem a spełnieniem. To nie był pośpiech, ani rutyna, to było oddanie. Nie musiałam nic udowadniać. Chciałam dawać całą sobą ustami, dłońmi, ciałem, które znało rytm namiętności, ale dziś tańczyło go inaczej miękko z uczuciem, z zachwytem.
    Izabela nie mówiła nic, ale mówiło jej ciało każdą reakcją, każdym gestem. W tym milczeniu było więcej niż w słowach. Była otwarta, obecna, a ja… chłonęłam to, jak spragniona kobieta chłonie pierwszy łyk wody po długim marszu.
    Moje palce ślizgały się po jej boku, śledząc linię żeber, potem znów wracały niżej po udzie, po wewnętrznej stronie, gdzie skóra była cieplejsza, bardziej czujna. Wsunęłam się bliżej, wtulając twarz w jej pierś, łagodnie ssąc, potem całując, jakby chciała, by została tam dłużej i zostałam, dając jej wszystko, co miałam. Bez masek, bez pośpiechu, bez scenariusza. Tylko nasza chwila w bieli i świetle, w gładkiej pościeli i łoskocie serc.
    Oddech Izy stawał się coraz bardziej urywany, gęsty od napięcia, a zarazem miękki, jakby każdy jego fragment prowadził mnie dalej. Był dla mnie drogowskazem bez słów, bez próśb. Język podążał za tym rytmem z niemal nabożną uwagą, koncentrując się na jej sutkach naprzemiennie czułych, drażliwych, chłonących każdy mój ruch z wdziękiem kobiety, która nauczyła się nie tłumić tego, co czuje.
    Objęłam obie jej piersi dłońmi, były pełne, jędrne, wspaniałe w swoim ciężarze i czułości. Moje palce muskały skórę, drażniły z wyczuciem, głaskały z oddaniem, jakby każda linia, każda wypukłość była zasługą, którą należało uczcić. Czułam, jak Iza zaczynała się zatracać, jak pozwala ciału przemówić bez żadnych filtrów. Jej biodra poruszały się nieznacznie pod moimi udami, a palce unosiły się ku moim włosom nie po to, by mnie zatrzymać, ale by dotknąć, odgarnąć, wpleść się w mój gest. Jej dłoń była jak ciepły cień na mojej skórze, czuła, pewna, zapraszająca. Zatracałyśmy się razem. Nie było już „ja” i „ty”. Była tylko ta jedna chwila miękka, wilgotna od szeptów i drżeń, rozpięta między zapachem skóry a smakiem ust.
    Chciałam, by czuła się otulona nie tylko dotykiem, ale tym, co niewidzialne: uwagą, czułością, zgodą na wszystko, co się wydarza. Moje dłonie nie opuszczały jej piersi, usta krążyły wokół brodawek w tańcu skupienia i namiętności, a jej oddech… jej oddech był jak pieśń nieprzewidywalna, drżąca, prawdziwa. W tym całym zawieszeniu, w tej rozciągniętej intymności, czułam, że to już nie tylko spełnienie pragnienia. To było odkrywanie.
    Jej ciało pod moimi ustami stawało się pejzażem coraz bardziej otwartym, coraz śmielszym. Pocałunki schodziły niżej najpierw pod linię piersi, potem na brzuch, gładki, delikatnie napięty, jakby drżał w oczekiwaniu. Zostawiałam na nim wilgotne ślady języka, zakreślając ścieżki, które prowadziły mnie ku centrum jej pragnienia. Każdy centymetr był jak odsłaniana historia nieśpiesznie, z czułością, bez pośpiechu. Całowałam miękką linię między biodrami, dotykając czubkiem języka krawędzi materiału. Jej oddech nagle przyspieszył nie gwałtownie, ale jakby zaskoczony intensywnością tego, co nadchodzi.  
    Kiedy moje usta dotknęły czarnej koronki jej fig, Iza rozchyliła nogi bez słowa, jakby otwierała się nie tylko fizycznie, ale całkowicie. Jej ramiona uniosły się nad głowę, dłonie splątały ze sobą w pościeli, a ciało wygięło lekko w łuk, który tylko zapraszał. Nie potrzebowałam słów. Jej oddech, jej gesty, sposób, w jaki biodra uniosły się lekko ku mnie, wszystko mówiło jasno.
    Moja dłoń powędrowała niżej, gładząc najpierw napięty materiał fig, potem sunąc po udzie, aż do miejsca, gdzie kończyła się manszeta pończochy. Ten kontrast miękka koronka, napięta skóra, był jak dotyk światła na aksamicie. Przesunęłam palcem wzdłuż linii, a potem jednym płynnym ruchem wolnym, niemal teatralnym odsunęłam materiał w bok. Wtedy zobaczyłam ją naprawdę. Kobiecość nie tylko fizyczną, ale całą, otwartą, śmiałą. Prawdziwą, jak zaproszenie, którego nie trzeba wypowiadać.
    Zatrzymałam się na moment. Uniosłam wzrok. Iza spojrzała na mnie spod przymkniętych powiek, jej spojrzenie było jak ciche „tak”, miękkie, pewne, wolne. Pochyliłam się nie po to, by posiąść, ale by złożyć hołd. Moje usta musnęły miejsce, które było sercem jej rozkoszy, jakby chciały powiedzieć: „jesteś piękna, każdą swoją cząstką.” Czułam, jak jej ciało reagowało, jak fala, która unosiła się i opadała pod wpływem wiatru delikatnego, ale nieuchronnego. Byłam tym wiatrem.
    Pochyliłam się z uwagą niemal rytualną, jakby każde muśnięcie języka miało znaczenie większe niż samo ciało. Pieszcząc jej intymność, nie śpieszyłam się tworzyłam rytm powolny, rozciągnięty w czasie jak pierwszy takt nieznanej melodii. Pragnęłam, by poczuła, że nie jestem tu z obowiązku, lecz z zachwytu. Mój język wodził po niej z pełnym skupieniem, zakreślając łuki i linie najpierw własne, intuicyjne, potem coraz bardziej dostrojone do jej ciała, które mówiło do mnie bez słów. Słuchałam jej. Oddech stawał się nieregularny, głębszy, z każdym kolejnym ruchem jakby bliższy granicy, której nie chciała przekroczyć zbyt szybko.
    Ciche westchnienia zaczęły się splatać w ledwie uchwytne jęki, które wypełniały przestrzeń pomiędzy nami jak para ciepła, intymna, niewidzialna, ale obecna. Iza nie mówiła nic, ale mówiło wszystko: napięcie palców, które zaciskały się na prześcieradle… sposób, w jaki dłonie błądziły ku jej piersiom, ujmując je z tęsknotą, jakby chciała dopełnić to, co otrzymywała ode mnie. Była pięknem rozpuszczonym w geście, kobiecością, której nie trzeba było definiować, tylko dotknąć i tak właśnie ją czułam. Moje usta pracowały z oddaniem, nie szukając trofeum, ale zanurzając się w samej chwili. Rytm, który nadawałam, z czasem stawał się wspólny. Czułam, jak jej ciało odpowiadało falami, drżeniem ud, niemym błaganiem, bym nie przestawała. Byłam tam, gdzie chciała mnie mieć. Byłam częścią jej przyjemności i tego, jak pięknie umiała ją przeżywać.
    W którymś momencie mój język przestał być jedynym przewodnikiem. Płynnie, bez zapowiedzi, dołączyłam do niego opuszki palców. Najpierw jeden, potem drugi, delikatnie wsuwając się w nią, jakby otwierała się przede mną nie tylko ciałem, ale i duszą. Jej biodra odpowiedziały instynktownie uniosła jedną nogę, rozchylając się jeszcze bardziej, bezwstydnie i pięknie.
    Była blisko. Czułam to pod językiem, pod dłonią w napięciu jej brzucha, w nagłych, urywanych westchnieniach, które wibrowały w powietrzu jak linia tuż przed zerwaniem i wtedy, jakby chcąc wydłużyć tę chwilę, odsunęłam się lekko i z czułością odwróciłam ją na brzuch. Pomogłam jej przesunąć się na miękką pościel, otulić sobą nową pozycję już bardziej odkrytą, śmielszą. Przy tym geście odpięłam stanik i zsunęłam delikatnie bieliznę, jak zdejmuje się welon z tajemnicy. Jej ciało było teraz już tylko nagie w samych pończochach z pasem, rozświetlone i rozgrzane, gotowe na wszystko.
    Iza uniosła się lekko na przedramionach, subtelnie wypinając biodra. Ruch, który był zaproszeniem i prowokacją. Moje dłonie objęły jej talię, a usta pochyliły się nad krągłością pośladków językiem zatoczyłam linię wzdłuż ich łuku, powoli, niemal z czcią. Czułam, jak drżała pod moim dotykiem. Jak oddech stawał się chropawy, a skóra gęsia. Była piękna w tej odsłonie, naga, ufna, cała w geście rozkoszy. Każdy jej ruch, każde drgnięcie niosło w sobie prośbę, której nie trzeba było wypowiadać.
    Pochyliłam się niżej, prowadząc język powoli, czule, wzdłuż jej rozpalonej kobiecości. Moje usta zastąpiły palce delikatnie, głęboko, z oddaniem. Zanurzałam się w niej bez pośpiechu, pozwalając, by jej ciało otwierało się pode mną jak rozkwitający kwiat. Czułam jej smak, jej drżenie, każdy gest, który mówił więcej niż słowa.
    Była już naga, niemal całkowicie, tylko w pończochach oraz pasem do pończoch z czernią koronki oplatającej jej uda, jakby specjalnie po to, by podkreślić ich miękkość i linię, której nie mogłam przestać podziwiać. Była najpiękniejszym obrazem, jaki kiedykolwiek miałam pod sobą.
    Wciąż czując jej pulsującą bliskość na opuszkach palców, uniosłam się nad nią. Wtuliłam się w jej plecy i ramiona, muskając je ustami, zostawiając ciche pocałunki między łopatkami, za uchem, na karku. Jej skóra była ciepła, pachniała jak coś bezpiecznego i jednocześnie niebezpiecznie pociągającego. Szeptała mi do serca samym oddechem. Moje palce poruszały się w niej w rytm, który ona sama mi podsuwała ciałem, drżeniem bioder, westchnieniem. Była moim przewodnikiem, a ja jej narzędziem uważnym, oddanym, wsłuchanym. Nie było już żadnej granicy między tym, co dawałam, a tym, co brałam. Pragnienie płynęło między nami w obie strony, jak oddech niespieszny, głęboki, piękny.
    Jej ciało poruszało się pod moimi dłońmi coraz szybciej, z coraz większą ufnością, coraz mniej kontrolowane przez myśl prowadzone już wyłącznie przez pragnienie. Penetrowałam ją delikatnie, ale stanowczo, rytmicznie, czując jak jej wnętrze otula mnie z każdą chwilą głębiej. Jej jęki stawały się wyraźniejsze, dźwięczne, jak szept melodii, której uczyłam się na pamięć, aż w pewnym momencie poczułam to drżenie, które zaczyna się gdzieś głęboko, a potem obejmuje wszystko. Iza odchyliła głowę, uniosła biodra, jakby chciała zatrzymać czas… po czym przekręciła się na plecy, dysząc, rozchylona i spełniona, z oczami półprzymkniętymi jak po zbyt pięknym śnie.

    Złożyłam się na niej miękko, pozwalając ciału opaść, wtulając się w nią tak, jakby jej skóra była moim domem. Całowałam ją powoli, uspokajająco, jakby każdy pocałunek był podziękowaniem. Ona objęła mnie ramionami, a potem otuliła mnie także nogami, zacieśniając między nami ten błogi kokon ciepła i bliskości.
    Między pocałunkami szeptałyśmy:
    – Podobało mi się… – wymruczała mi w ucho, jeszcze z oddechem drżącym, ale już pełnym uśmiechu. – Naprawdę…
    – Oj, tak? – spytałam z figlarnym półszeptem, muskając jej policzek.
    – Tak… Ale mam nadzieję, że to jeszcze nie koniec?
    – Oczywiście, że nie – odpowiedziałam cicho, smakując te słowa z taką samą przyjemnością, z jaką smakowałam ją chwilę wcześniej.

    Całowałyśmy się z głodem, który z każdą chwilą stawał się coraz bardziej namiętny, jakby nasze usta chciały wchłonąć siebie nawzajem, bez końca, bez przerwy. Czułam, jak jej palce powoli odnajdywały zapięcie stanika, a potem materiał zsuwał się po moich ramionach z miękkim szelestem. Następne były figi, Iza zdjęła je z taką delikatnością, jakby rozpakowywała prezent, który znała tylko ze snów. Zostałam w samych pończochach i pasie, czułam się naga, ale nie obnażona. Przeciwnie, czułam się piękna, pożądana, wystarczająca.
    Nasze nagie piersi spotkały się w pocałunku tak samo gorącym jak nasze usta. Ocierały się miękko, w rytmie naszych ciał, które nie potrafiły już być oddzielnie. Byłyśmy jednym ruchem, jednym oddechem.
    Potem, jakby prowadził mnie instynkt, obróciłam się, nie przerywając kontaktu, i usiadłam na jej twarzy powoli, z wyczuciem. Moje dłonie spoczęły na jej udach, gdy jej palce ujęły moje biodra, a usta… jej usta stały się źródłem elektrycznych impulsów, które rozchodziły się po mnie z każdą kolejną pieszczotą języka. Westchnęłam głęboko, zamykając oczy. Jej język tańczył we mnie z oddaniem, z głodem i czułością jednocześnie, jakby znał moją mapę i wszystkie punkty, które budzą dreszcz. Język Izy był jak aksamitny płomień, czuły, nienasycony, pełen pasji. Czułam, jak pieściła mnie z oddaniem, jakby chciała wypisać na moim ciele całą swoją tęsknotę, którą dotąd trzymała głęboko w sobie. Każdy ruch jej ust był jak pocałunek w najintymniejsze miejsce mojego jestestwa.
    Fala… tak, błoga fala. To słowo najlepiej oddaje to, co zaczęło we mnie narastać. Rozkosz była jak ciepły przypływ. Zaczynała się nisko, głęboko we mnie, by potem unosić się wyżej, aż do serca, ramion, dłoni, które raz opuszczały się na jej uda, by dotknąć jej skóry, a raz unosiły się w ekstazie nad głowę, gdzie oplatały palcami własne włosy, jakby szukały uchwytu dla tej fali, która mnie zalewała.
    Czasem pochylałam się nad nią, wygięta, czuła, masując opuszkami jej kobiecość, napędzając jej język, oddech, całe ciało aż sama traciłam oddech, gdy na nowo się prostowałam, wibrując z napięcia. Byłam cała dla niej, a ona była cała we mnie. Było w tym coś więcej niż zmysłowość, zaufanie. Przestrzeń między nami nie istniała, tylko drżąca bliskość, zapisana w drganiach brzucha, w stęknięciach i w moim imieniu na jej wargach.
    Zatrzymałam się. Moje ciało odnalazło swoją oś, delikatną równowagę między napięciem a rozluźnieniem. Jedną rękę oparłam na jej podciągniętych kolanach, a drugą, z wdziękiem i pewnością, przerzuciłam za jej plecy, pozwalając palcom wsunąć się w jej włosy miękkie, pachnące, teraz splątane od naszych szeptów i ruchów.
    Język Izy… o bogini, był jak żywioł wirujący, niespokojny, głęboko czujący. Szukał mnie, chłonął, rozpoznawał każdą z moich reakcji z czułością artystki, która wie, jak budować napięcie i rozpalać nim zmysły.
    Moje biodra zaczęły poruszać się w rytmie, którego nie wybrałam. To moje ciało, już dawno rozbudzone, przejęło kontrolę. Falowałam nad nią jak ocean raz cicho, prawie nieruchomo, raz gwałtownie, poddając się jej językowi, który trafiał tam, gdzie najbardziej potrzebowałam, by mnie odnalazła. Była pod moją skórą. Czułam ją w kręgosłupie, w dłoniach, w piersiach, a ja w niej, w każdym oddechu, który wypuszczała, gdy moje palce zaciskały się na jej ramionach. Czułam, że zbliżałam się do brzegu, a kiedy ciało traci słowa, wtedy zaczyna mówić prawdziwie.
    Nie planowałam tego, to było czysto instynktowne, odwróciłam się w pół ruchu, z wdziękiem zanurzyłam znów w niej, siadając okrakiem na jej twarzy, tym razem przodem do niej. Czułam, jak obejmuje moje biodra, jak wtula się w nie całą sobą ustami, językiem, oddechem. Jedną dłonią przytrzymywałam swoje włosy, by nie spadały mi na twarz, drugą oplotłam w jej kosmyki, zanurzając się w niej głębiej, nie tylko ciałem, ale całym sobą.
    Jej język był jak ciepła fala powtarzalna, coraz bardziej rozedrgana, napędzająca we mnie puls. Czułam, jak rytm we mnie narastał, jak biodra coraz mocniej falowały, niezależnie ode mnie, jakby przejęła mnie jakaś wewnętrzna muzyka, której nie dało się już zatrzymać. Zamknęłam oczy, świat zniknął. Tylko ona, jej czułość, jej usta, jej oddanie. Wargi miałam lekko rozchylone, czasem przygryzałam dolną, czasem tylko jęknęłam, krótko, cicho coraz bliżej, coraz głębiej… aż nasze dłonie odnalazły się. Moje splotły się z jej na moich biodrach i wtedy przyszła…Długa, głęboka fala przeszyła mnie od kręgosłupa aż po ramiona, aż po palce splecione z nią. Drżałam. Przeciągły jęk wyrwał się spomiędzy moich ust, miękki i dziki zarazem. Ciało znieruchomiało tylko na moment, żeby potem osunąć się w jej ramiona jak aksamit w dłoniach miękko, spełnione, z wdzięcznością.
    Oddech powoli wracał do rytmu, choć serce wciąż biło mi gdzieś wysoko, tuż pod skórą. Przez chwilę trwałam nad nią bez ruchu, z rozchylonymi ustami i zamglonym wzrokiem, jakbym bała się, że każde drgnienie zbudzi mnie z tego snu.
    Potem cicho, niemal bezszelestnie, zsunęłam się po jej ciele, muskając je udem, brzuchem, piersiami… aż usiadłam na jej nogach, obejmując ją delikatnie. Iza spojrzała na mnie z tym swoim ciepłem, które potrafiło stopić cały świat. Przyciągnęłam ją ku sobie, pozwoliłam się przytulić, a nasze usta odnalazły się znów głęboko, powoli, z wdzięcznością, z łapczywą czułością. Nie było pośpiechu. Tylko nasze splecione oddechy, miękkie drżenie warg, dłoń, która pogładziła kark, i moje ciche westchnienie, które bardziej niż słowa szeptało: „dziękuję ci”.
    Leżałyśmy splecione, wtulone bokiem w siebie, jakby nasze ciała znały się od zawsze. Skóra Izy była ciepła, jedwabista. Przesuwałam po niej dłonią, nie mogąc się nacieszyć tym dotykiem. Nasze uda ocierały się leniwie, piersi delikatnie stykały, a języki w pocałunkach tańczyły miękko, raz śmielej, raz tylko muskały się jak piórka. Czułam jej oddech na swoim policzku, a palce błądziły po moich plecach, zahaczając o pas do pończoch, jakby nie chciała stracić choćby centymetra ze mnie.
    – Nie powiedziałabym, że to twój pierwszy raz z kobietą – szepnęłam między pocałunkami, z uśmiechem, który przetoczył się po jej ustach jak ciepły wiatr.
    Jej spojrzenie było zarazem zawstydzone i rozpalone.
    – Nie sądziłam, że to będzie aż takie… – urwała, wtulając się jeszcze bliżej.
    – Takie? – zapytałam, łapiąc delikatnie zębami jej dolną wargę.
    – Prawdziwe – szepnęła.
    Wtedy zrozumiałam, że to, co wydarzyło się między nami, miało już niewiele wspólnego z grą czy fantazją. To było coś więcej. Coś, co zostaje pod skórą, na długo.
    Leżałyśmy tak jeszcze chwilę, cicho, rozgrzane, leniwe jak kotki w słońcu. Gładziłam opuszkami jej plecy, a ona wzdychała przez nos, wtulona we mnie jakby właśnie tu, między moimi ramionami, znalazła swoje miejsce na ziemi.
    – Lena… – zaczęła i podniosła na mnie spojrzenie roziskrzonych oczu – …powiedz mi szczerze… Ty to tak wszystkich kobiet uczysz oddychać od nowa?
    Uśmiechnęłam się półgębkiem.
    – Tylko te, które naprawdę tego pragną oraz tylko jeśli są tak piękne jak Ty.
    Parsknęła śmiechem i ujęła mój policzek.
    – No to w takim razie… będę musiała poważnie przemyśleć swoją sytuację życiową, bo wiesz, mój mąż… może i miły, ale zdecydowanie nie ma takiego języka. Dosłownie i w przenośni.
    Zaśmiałyśmy się obie szczerze, aż brzuchy nam się poruszyły.
    – A mówiłam mu coś o fantazji z kobietą… – dodała Iza, przeciągając się z rozkoszą – …ale nie uprzedził, że ta kobieta będzie lepsza niż cały jego repertuar przez dziesięć lat.
    – Cóż… – szepnęłam, muskając jej ucho – …powinnaś była przeczytać drobny druk w umowie.
    – A może… – przysunęła się, całując mnie w szyję – …czas napisać zupełnie nowy kontrakt. Wiesz, taki… oparty na języku ciała i wzajemnym uzależnieniu od pończoch.
    – To brzmi jak coś, co z przyjemnością bym podpisała i przypieczętowała… językiem – odparłam figlarnie, a jej śmiech rozlał się po mnie jak miód.
    Wtuliła się we mnie mocniej, muskając mój obojczyk ustami.
    – Kurczę, Lena… chyba naprawdę muszę Cię zatrzymać na dłużej.
    – W takim razie wiedz jedno, Iza… – szepnęłam jej do ucha – …ze mną nie bierzesz rozwodu z rzeczywistością. Tylko podpisujesz nowy rozdział w drżącym rękopisie zmysłów.
    Parsknęła śmiechem, obróciła mnie pod siebie i przytrzymała nadgarstki nad głową.
    – No to piszemy dalej, poetko, ale ostrzegam… teraz moja kolej na wzięcie pióra.
    Leżałyśmy w półmroku, splecione jak dwa listki unoszące się na spokojnej tafli letniego jeziora. Moje usta badały jej ramię, powoli, z namysłem, jakby uczyły się jej od nowa, choć dopiero co poznały ją tak głęboko, a może właśnie dlatego.
    Iza westchnęła cicho, przymykając oczy.
    – Mmm… Jeśli to był prezent od męża, to chyba mu jutro podziękuję. Elegancko, rzecz jasna. Może flaszką koniaku.
    Zaśmiałam się cicho, muskając jej obojczyk.
    – I dołączysz liścik ode mnie: „Panie mężu, dziękuję za cudowny wieczór. Pańska żona była zachwycająca.”?
    – „Zachwycająca” to mało powiedziane – mruknęła, obracając się delikatnie na bok, tak że jej pierś przytuliła się do mojej.  
    – I nie zamierzam tego wieczoru kończyć tylko na jednym akcie – rzuciłam  
    – Ach tak? – uśmiechnęła się, muskając mój policzek czubkiem nosa. – To ile aktów planujesz, pani reżyser?
    – Zobaczymy, jak bardzo aktorka będzie się starać – szepnęłam, przesuwając dłoń po jej biodrze. – Ale czuję, że mamy przed sobą całą noc pełną improwizacji…
    Objęłam ją nogą, przyciągając jeszcze bliżej.
    – Zatem scena jest twoja, Leno, a ja z radością poddam się reżyserii… pod warunkiem, że nie zabraknie bisów.
    Zamiast odpowiedzi pocałowała mnie w kącik ust. Najpierw miękko, potem śmielej. Jej dłoń sunęła po moich plecach z gracją i pewnością, jakby wiedziała dokładnie, gdzie w moim ciele ukryte są guziki od światła.
    – Wiesz, Lena… – szepnęła w moje usta – …chyba całkiem poważnie przemyślę twoją obecność na stałe. Mąż dostanie psa, ja wezmę Ciebie.
    – Mam nadzieję, że nie planujesz mnie trzymać na smyczy?
    – Tylko jeśli ci się to spodoba – odpowiedziała z szelmowskim uśmiechem, który aż rozlał się na mojej skórze jak ciepłe wino.
    Potem jej język znów zatańczył na mojej szyi, a ja odchyliłam głowę, wpuszczając ją w ten znajomy wir. Palce Izy już zsunęły się niżej, badając mnie od nowa, jakby odkrywały nową wersję mnie samej, bardziej miękką, bardziej otwartą.
    – Mamy czas – wyszeptałam. – Mnóstwo czasu i dziś… nikomu go nie oddamy.
    A ja tylko przymknęłam oczy, czując, jak ogień, który dopiero co przygasł, znów zaczyna tańczyć, cicho, chybotliwie… jak knot świecy, którą dopiero co rozpalono od nowa.
    Nie przestawałyśmy się całować miękko, leniwie, jakby czas nie miał znaczenia. Czułam, jak Iza wtula się we mnie, jak jej skóra szuka mojej, a oddech splata się z moim. Moje dłonie, a może jej zaczęły wędrować niżej. Nie wiedziałam, która z nas pierwsza. Wszystko działo się równocześnie, jak w lustrze. Pieściłyśmy się nawzajem… tak naturalnie, tak spokojnie, z rozkoszną pewnością siebie. Czułam jej palce tam, gdzie sama chciałam być dotknięta, moja kobiecość płonęła, tak jak jej i moje palce odnajdywały ją jakby z zamkniętymi oczami. Nasze ciała prowadziły się same, zgodnie z rytmem, z którym jakby znały od dawna.
    Pocałunki nie ustawały raz łagodne, raz głodne, raz z figlarnym uśmiechem w kąciku ust, a między nimi rosło ciepło. Wilgoć i dreszcz, które powracały. Ogień, który znów się rozpalał, jeszcze intensywniej, bo znałyśmy już swoje ścieżki. Ta noc należała do nas. Do mnie i do niej, do naszych oddechów, jęków i szeptów między pieszczotami i do tej cudownej świadomości, że wszystko dopiero się zaczyna.
    Nie wiem, która z nas poruszyła się pierwsza. Może ja, może ona… a może to nasze ciała instynktownie same się ułożyły, jakby znały się od zawsze. Poczułam, jak nasze uda splatają się w jedną linię, gładką, napiętą… pończochy szeleszczące cicho przy każdym ruchu, jakby szeptały naszą tajemnicę. Przeniknęłyśmy się dosłownie i nie tylko zetknięciem, które odebrało mi oddech. Czułam ją… tak blisko, tak ciepło, tak miękko. Zaczęłyśmy się poruszać, szukając wspólnego rytmu. Był we wszystkim, w naszych biodrach, w oddechach, w spojrzeniach. Czułam, jak nasze kobiecości odnajdują się i ocierają ze wzrastającą potrzebą, a nasze uda napinają się i drżą. Byłyśmy splecione jak w tanecznym geście, który nie potrzebował muzyki, tylko siebie nawzajem. Przyciągnęłam ją mocniej, wtuliłam policzek w jej ramię, pocałowałam jej usta namiętnie, głęboko, jakby w tym pocałunku chciałam zawrzeć wszystko: pragnienie, wdzięczność, rozkosz. Nasze ciała falowały i wiły się w tym słodkim napięciu, które narastało z każdą sekundą. Każdy gest, każdy szept, każdy dotyk był jak kropla ognia na rozgrzanej skórze i choć świat za oknem już dawno ucichł, tu w objęciach Izy wszystko dopiero się zaczynało. Nasze ciała odnalazły wspólny rytm… najpierw spokojny, niemal leniwy, jakbyśmy chciały celebrować każdą chwilę styku, każdy dreszcz, każdą nutę rodzącej się rozkoszy. Ruchy były powolne i przemienne, przeplatające się jak fale, raz delikatne, raz gwałtowne, jakby fala przypływu ścierała się z odpływem, ale to nie mogło trwać wiecznie. Pragnienie nie zna cierpliwości. Z każdą sekundą przyspieszałyśmy razem, zsynchronizowane, jak zgrana para tancerek w przedstawieniu bez świadków. Nasze biodra zaczęły poruszać się dynamiczniej, a wilgoć między nami czyniła tarcie jednocześnie bardziej śmiałym i miękkim… Napędzałyśmy się nawzajem jedno jej westchnienie rozpalało mnie, jeden mój drżący oddech pogłębiał jej rytm. Objęłyśmy się mocniej. Czułam jej paznokcie na moich plecach, jej oddech na moim policzku. Nasze usta znów się odnalazły spragnione, głodne, wilgotne. Całowałyśmy się bez tchu, jakby nasze ciała nie potrafiły już istnieć bez tego połączenia. Wtedy to się stało… harmonia, idealne zgranie naszych ciał, jakbyśmy grały na tym samym instrumencie, wydobywając z siebie melodię, której nie da się już zatrzymać. Nasze jęki mieszały się w jedną pieśń urywaną, przyśpieszoną, pełną napięcia i obietnicy. Oddechy stawały się coraz płytsze, krótsze… jakbyśmy obie wstrzymywały powietrze tuż przed skokiem. Skóra iskrzyła od napięcia, a ciało drżało w rytmie, którego nie dało się już zatrzymać. W tym splocie, w tej jedynej chwili… nie było już Leny i Izy. Była tylko fala i my, na jej szczycie.
    Ruchy stawały się coraz bardziej gwałtowne, jakby rytm, który odnalazłyśmy, sam nami kierował, porywał, unosił wysoko ponad wszystko, co ziemskie. Czułam, jak jej ciało pod moim zaczynało się napinać, jak jej oddech urywał się w moim uchu, a język w pospiesznym pocałunku drżał już nie ze zmysłowości, ale z nadchodzącej fali, której żadna z nas nie mogła już powstrzymać. Nasze biodra zderzały się w coraz szybszym tempie, nasze uda splecione w gorącym uścisku pulsowały w jednym rytmie, a wilgoć między nami była jak żywioł nieposkromiona, hojna, płynąca z samego środka pragnienia i nagle…nadeszło. To jedno drżenie, które przebiegło przez moje ciało jak piorun. Spazmatyczna fala, która wyrwała ze mnie cichy, przeciągły jęk… jakby wszystko we mnie, każda cząstka, każda myśl, każdy oddech zatrzymało się na moment tylko po to, by eksplodować w błogiej ekstazie.
    Poczułam, że i ona tam była, tuż przy mnie, ze mną, w tej samej chwili. Nasze ciała falowały w spazmach, jakby objęte tą samą siłą, drżały wciąż splecione, wciąż mokre, wciąż zatracone w sobie nawzajem. W tej jednej sekundzie nie było już nic poza tym, co między nami. Rozkosz jak cisza po burzy i tylko nasze serca biły jeszcze niespokojnie, jakby wciąż nie dowierzały, że ogień potrafi być aż tak łagodny.
    Jeszcze przez chwilę wtulone w siebie, jakby w tym splątaniu ramion i nóg chciałyśmy odnaleźć ciszę po burzy, oddech po rozkoszy. Nasze usta spotkały się raz jeszcze w pocałunku długim, czułym, nasyconym tym wszystkim, co właśnie się wydarzyło. Smakowała jak zachwyt, jak spełnienie.
    – Czas na małą przerwę… – wyszeptałam, muskając nosem jej policzek. – Ale tylko małą, bo mam pewien pomysł…

    Odsunęłam się leniwie, przeciągając jak kotka, i sięgnęłam do torebki leżącej przy fotelu. Mój zawód miał swoje… powiedzmy, praktyczne strony, a moja orientacja jeszcze bardziej.
    Zanurkowałam dłonią w materiał, sięgnęłam głębiej i wyciągnęłam z wnętrza to, co miałam tam od zawsze, jak dobrą wróżbę. Gładkiego, aksamitnego, czarnego straplessa, który zalśnił lekko w świetle lampki nocnej, gdy uniosłam je w górę, obracając się na pięcie w stronę łóżka.
    Spojrzałam na Izę spod rzęs, przechylając głowę, z szelmowskim uśmiechem igrającym w kąciku ust.
    – To która zakłada? – zapytałam filuternie, unosząc brew.
    Iza roześmiała się nisko, przeciągle, z tym swoim ciepłym, trochę bezczelnym błyskiem w oczach, który już zdążyłam polubić. To jednak ja wzięłam sprawy i zabawkę w swoje ręce.
    – Mam ochotę… poczuć cię z każdej strony – szepnęłam, uśmiechając się do Izy z czułą prowokacją, nim jeszcze zdążyła odpowiedzieć.
    Z gracją, nie spiesząc się, wsunęłam w siebie tę czarną, lśniącą zabawkę znaną mi dobrze, prawie jak przedłużenie własnego ciała. Westchnęłam cicho, gdy chłodny dotyk materiału ustępował pod wpływem ciepła, wtapiając się we mnie. W tym geście było coś ceremonialnego, jakbyśmy razem otwierały drzwi do nowej odsłony tej nocy.
    Pocałowałam ją, długo, czule, z ogniem, który znów zaczął się w nas tlić nie spalając już gwałtownie, ale podgrzewając zmysły powoli, głęboko, aż do kości. Potem położyłam się na plecach, lekko rozkładając nogi, by wygodniej ułożyć zabawkę między nimi. Iza uklękła przede mną, zsunęła dłońmi po moich udach, aż dotarła do zabawki. Nachyliła się nad nią, a jej spojrzenie miękkie, głodne, zalotne zatrzymało się na moich oczach. Poczułam dreszcz. Jej oddech był coraz cieplejszy, mój też.
    – Jesteś cudowna – wymruczałam, a moje biodra drgnęły lekko, jakby ciało już chciało jej wyjść naprzeciw.
    Wiedziałam, że ta noc jeszcze się nie skończyła, że miałyśmy przed sobą coś więcej niż tylko kolejne pieszczoty. Miałam wrażenie, że w każdej sekundzie uczymy się siebie na nowo i było w tym coś niesamowicie pięknego.
    Iza nachyliła się nisko, a ja oparłam się wygodnie, unosząc głowę, by patrzeć na nią bez przeszkód. Jej dłonie z czułością objęły zabawkę, jakby to nie był tylko przedmiot, lecz część mnie. Pochyliła się jeszcze bliżej i musnęła ją ustami ostrożnie, powoli, z pewnym rodzajem nabożnej koncentracji, której nie spodziewałabym się po kobiecie, która rzekomo „eksperymentuje”. Oddech zawisł mi w gardle, gdy jej język zaczął pieścić powierzchnię zabawki, jakby badała jej kształt i temperaturę, ale robiła to dla mnie. Dla mojego widoku. Dla reakcji mojego ciała. Odgarnęłam jej włosy z twarzy i za ucho, by widzieć ją wyraźniej i by czuć jej policzek, jej czoło, ciepło skóry. Uczucie miękkiego pasma włosów między palcami było niemal równie podniecające jak to, co widziałam. Iza patrzyła na mnie spod rzęs, z tym swoim spojrzeniem, w którym było wszystko: rozkosz, oddanie i coś jeszcze, coś głębszego, czego nie dało się nazwać, a może po prostu nie chciałam jeszcze próbować. Każdy jej ruch był płynny, świadomy, skupiony. Czułam, jak moje ciało odpowiadało najpierw subtelnie, potem wyraźniej, gdy ciepło rozlewało się wewnątrz mnie coraz szerzej. To, co robiła, nie było tylko grą, to było ofiarowanie. Pieściła tę część mnie tak, jakby była świętością i w tamtej chwili naprawdę zaczęłam wierzyć, że może nią być.
    Iza odwróciła się powoli, z wdziękiem, który zapierał mi dech. Spojrzała przez ramię, jakby upewniając się, że ją podziwiam i nie myliła się. Każdy ruch jej ciała był jak taniec w zwolnionym tempie, świadomy, piękny, pełen kobiecej pewności.  Z gracją osiadła na mnie plecami do mnie, a ja uniosłam się do pozycji półsiedzącej, czując, jak nasze ciała łączyły się w tej jednej chwili, powoli, bez pośpiechu, jakbyśmy świętowały coś, co nie potrzebowało słów. Objęłam ją ramionami, przytulając do siebie, jakby była przedłużeniem mnie samej. Moje dłonie odnalazły jej piersi, ciepłe, drżące od napięcia i przyjemności, które pulsowały tuż pod skórą. Ujęłam je z czułością, badając ich ciężar, kształt, reakcje. Moje usta sunęły po jej plecach, smakując ich gładkość, zapamiętując każdy łuk i napięcie mięśni pod dotykiem.
    Iza zaczęła się poruszać najpierw wolno, jakby testowała rytm, badała własne granice i moje cierpliwe poddanie. Jej biodra unosiły się i opadały, a każde powtórzenie tego ruchu było jak nowa fala, która zaczynała się od jej wnętrza, a kończyła głęboko na straplessie, oddziałowującym we mnie. Oddech Izy przyspieszał, a z każdym kolejnym ruchem nasze ciała splatały się mocniej w dźwiękach, w oddechach, w cichych pomrukach. Nasze skóry rozmawiały językiem, którego nikt inny nie znał. Tylko my. Jej biodra zaczęły poruszać się odważniej, płynniej, jakby ciało samo znało melodię, którą miałyśmy dopiero wspólnie zagrać. Czułam każdy jej ruch, falę gorąca, która szła przez nasze spojone ciała, wnikała we mnie przez dotyk, przez westchnienie, przez drżenie mięśni pod moimi dłońmi.
    Objęłam ją mocniej, zsuwając palce ku jej talii, by poczuć lepiej, jak wiruje, jak wirujemy razem. Moje usta, wciąż przyklejone do jej pleców, składały pocałunki najpierw delikatne, potem śmielsze, coraz bardziej głodne. Smak jej skóry był teraz bardziej int

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    Iva Lions
  • Kilka Lat Po Ukonczeniu Gimnazjum

    Opatuliłam nas delikatnie kołdrą, choć było ciepło. Czasem człowiek nie chce ochrony przed zimnem, tylko przed zniknięciem chwili.  
    Leżałyśmy tak często, ale dzisiaj było inaczej. Może dlatego, że minęły dwa lata bez ucieczek, bez „to nie ma sensu”, bez zostawiania drzwi uchylonych na wszelki wypadek.  

    Wcześniej… bywało różnie. Sześć lat minęło od tamtego pierwszego razu, cichego, niepewnego, który zapoczątkował nasz skryty związek, ukrywany przed moimi rodzicami i całym światem. Od tamtej chwili zaczęłyśmy żyć pomiędzy spotkaniami, a rozstaniami, pragnieniem a rozsądkiem, światłem a cieniem. Przez te lata nie trwałyśmy przy sobie nieprzerwanie. Raz ona znikała, raz ja. Czasem cichutko, czasem z hukiem w obawie przed zburzeniem czegoś kruchego. Raz z żalem, innym razem z gniewem. Potem, po tygodniach lub miesiącach, powracałyśmy, jak fale do brzegu. Zawsze z tym samym pytaniem w oczach, które nie potrzebowało słów: czy jeszcze możemy?
    Joanna próbowała być rozsądna. Udawała, że rozum wie lepiej niż serce. Mówiła, że musi mnie zostawić „dla mojego dobra”. A ja? Ja próbowałam dorosnąć do niej. Za szybko, za bardzo. Popełniłam milion błędów, a jednak ona… zawsze wracała, albo pozwalała mi wrócić.  

    Byłyśmy trudne, niekiedy męczące, ale prawdziwe i może dlatego teraz,  kiedy jej ciało wtulone było w moje, nagie, ciepłe i znajome, czułam wreszcie, że to nie sen, lecz jestem dokładnie tam, gdzie powinnam być, że ona nie jest już tylko wspomnieniem nauczycielki, która kiedyś skradła mi rozsądek, ale kobietą, którą kocham. Teraz miałam 22 lata, licencjat za sobą i przyszłość przed sobą razem z ukochaną.

    Jej powieki drgnęły, westchnęła cicho, przesunęła się odrobinę, a potem otworzyła oczy. Te same ciemne oczy, które kiedyś tak mnie onieśmielały, a teraz koiły.  
    – Już nie śpisz? – mruknęła sennie, chrapliwym głosem, który przyprawiał mnie o dreszcz.  
    – Nie chciałam cię budzić. – Uśmiechnęłam się, gładząc ją po ramieniu. – Wyglądałaś… spokojnie. Joanna przeciągnęła się leniwie, nieśpiesznie, jak kot. Jej pierś uniosła się lekko, odsłaniając linię obojczyka. Nachyliłam się i musnęłam ją ustami, ledwie dotyk, jak oddech.
    – Nadal mnie tak patrzysz, jakbyś miała szesnaście lat – powiedziała cicho.  
    – Bo nadal się w tobie zakochuję. Codziennie od nowa. Jej dłoń powędrowała do mojej talii. Przysunęła się bliżej, oplatając mnie nogą, jakby nie chciała już nigdy puścić.
    – Pamiętasz, jak kiedyś mówiłaś, że to tylko zauroczenie? – spytałam.  
    – Pamiętam oraz jak bardzo się myliłam.  

    Milczałyśmy przez chwilę. W tej ciszy nie było pustki, tylko obecność. Przesunęłam dłonią po jej biodrze, potem po krzywiźnie pleców. Czułam każdy fragment jej skóry, jak mapę, którą zna się na pamięć, ale i tak z przyjemnością odkrywa się na nowo. Joanna zamknęła oczy. Pozwoliła mi prowadzić. Nie trzeba było słów. Nie było gwałtowności, tylko ciepło, zaufanie i coś więcej niż pragnienie. Pocałowałam ją powoli, na policzku, w kąciku ust, przy linii żuchwy. Odpowiedziała miękkim dotykiem dłoni na moich plecach, a  świat zniknął. Zostałyśmy tylko my. Nagość bez wstydu. Bliskość bez wątpliwości. Oddechy zsynchronizowane.
    Jej oddech musnął moją szyję, ciepły i senny, a jednak uważny. Czułam, jak jej palce przesuwały się powoli po moich plecach, jakby nie szukały niczego konkretnego, tylko chciały zapamiętać mnie od nowa.
    Nasze ciała znały się już dobrze, ale tego poranka nie było w tym gestach niczego powtarzalnego. Każdy dotyk był wyborem, nie rutyną. Każde muśnięcie, jak oddech między słowami, których nie trzeba wypowiadać.
    Jej dłoń zatrzymała się w zagłębieniu moich pleców. Leżałyśmy bokiem, splecione, jakbyśmy pasowały do siebie nie tylko kształtem, ale i wspomnieniem. Przesunęłam nosem po jej policzku, potem dotknęłam ustami kącika jej oka. Westchnęła cicho, miękko, jakby coś w niej właśnie się rozpuszczało.
    – Myślałam kiedyś, że uczucie się wypala – wyszeptała.
    – Bo tak bywa – odpowiedziałam, nie odsuwając się nawet o centymetr. – ale może nie to.
    Przyciągnęła mnie bliżej. Jej pierś przywarła do mojej, brzuch do brzucha. Nie było między nami nic prócz skóry i zaufania.

    Czasami pragnienie potrafi krzyczeć, ale to było jak modlitwa. Cicha, spokojna, święta w swojej zwykłości.
    Pocałowała mnie długo, powoli, bez pośpiechu. Jej wargi były ciepłe, znajome, ale dziś inaczej smakowały, jak obietnica, nie tylko wspomnienie.
    Przesunęłam dłonią wzdłuż jej biodra, nie śpiesząc się. Czułam napięcie mięśni, lekkie drżenie nie z chłodu, ale z tej delikatnej niepewności, którą niesie bliskość, kiedy naprawdę się na nią czekało.
    – Kinga… – westchnęła cicho, jakby to imię wypowiadała pierwszy raz, a nie setny.
    – Jestem – odpowiedziałam, wtulona w nią, obecna do ostatniego drżenia rzęs i wtedy naprawdę byłam. Bez przeszłości, bez lęku, bez cienia, który kiedyś padał między nami.
    Tylko my. Miękka biel pościeli, zmieszane oddechy i czułość, ta najprostsza, najtrudniejsza ze wszystkich, która nie musi nic udowadniać.

    Odsłoniłam nas z kołdry, jakby ten gest miał znaczenie większe niż tylko fizyczne, jakbyśmy zdejmowały nie tylko ciepło nocy, ale także resztki ostrożności.
    Światło poranka otulało nasze ciała, miękko, jakby samo chciało być częścią tej chwili. Pocałunki stawały się głębsze, bardziej głodne, ale nie traciły nic ze swojej czułości. Ich rytm narastał, jak fala, która wie, dokąd zmierza, ale wciąż się jeszcze bawi brzegiem.
    Jej dłoń sunęła po moim boku, jakby chciała mnie rozśmieszyć i rozgrzać jednocześnie. Gdy jej palce przypadkiem natrafiły na moje żebra, zaśmiałam się cicho, a ona spojrzała na mnie z udawaną powagą.
    – Myślisz, że ujdzie ci to na sucho? – szepnęła, muskając moje ucho oddechem.
    – Nigdy mi nie uchodzi, ale i tak próbuję – odparłam, łapiąc ją za rękę i prowadząc z powrotem w kierunku, którego domagała się moja skóra.
    Jej uśmiech był półironią, półpragnieniem. Znałyśmy już ten taniec trochę śmiechu, trochę szeptów, drżenie zamiast pośpiechu. Ciała ocierały się o siebie, niecierpliwe, ale jednocześnie czułe jakby chciały się nie tylko dotykać, ale zapamiętać każdą krzywiznę, każdy niuans.
    Nasze biodra poruszały się powoli, w rytmie, który znały tylko one. Palce splatały się między prześcieradłem a ciałem, usta wędrowały od ramienia do obojczyka, a potem znów wracały tam, gdzie wszystko się zaczęło do pocałunków, które smakowały teraz jak zapowiedź lata.
    – Nadal masz ten pieprzyk na biodrze – szepnęła, całując go z uśmiechem.
    – A ty nadal udajesz, że go dopiero odkrywasz – odpowiedziałam, łapiąc ją za podbródek i zatrzymując spojrzenie. – ale niech będzie. Dla ciebie mogę być tajemnicą bez końca.
    Zaniosła się krótkim śmiechem tym, który kochałam najbardziej, tym niekontrolowanym, czystym, który kruszył wszelkie mury i wtedy świat się zsunął do tej jednej chwili, gdzie wszystko było miękkie, ciepłe, mokre od oddechów i wilgotne od pragnienia. Nie było potrzeby przyspieszać. Wszystko było już dokładnie takie, jakie miało być.

    Nie poszłyśmy za daleko, a może właśnie tak daleko, jak tylko można, bez przekraczania granic czułości.
    Między pocałunkiem a uśmiechem, między gestem a westchnieniem, kochałyśmy się nie tylko ciałem, ale tą wspólną historią, która zbudowała nas z ran, powrotów i poranków jak ten.
    Jej pierś była ciepła pod moją dłonią, miękka i znajoma, ale jakby dzisiaj odkrywana od nowa. Gładziłam ją opuszkami, zataczając leniwe kręgi, które stawały się coraz bardziej świadome. Joanna przymknęła oczy i uniosła się lekko, dając mi więcej przestrzeni albo może przyzwolenie.
    Skóra pod moimi ustami smakowała snem i słońcem. Całowałam ją powoli, bez pośpiechu, jakby każda chwila miała trwać nieco dłużej niż poprzednia. Westchnęła cicho, a ja poczułam, jak jej dłoń wędrowała w dół, najpierw po moim brzuchu, potem niżej, z uważnością, jaką ma tylko ktoś, kto zna mapę twojego ciała i wciąż chce ją studiować.
    Zadrżałam, ale nie z zaskoczenia raczej z tego szczególnego rodzaju wzruszenia, które przychodzi, gdy ktoś dotyka cię nie tylko fizycznie, ale tak, jakby w każdej sekundzie mówił: „tu jesteś bezpieczna”.

    Oddychałyśmy głębiej. Ciała powoli przestawały być dwoma coraz bardziej splatały się w jedno, w ruchu, w rytmie, w oddechu.
    Joanna położyła się na mnie z czułą stanowczością, obejmując mnie ramieniem, jej udo przesunęło się między moimi nogami, a potem jakby to wszystko było naturalne jak świt. Wtuliła się we mnie głębiej. Nasze usta znów się odnalazły, ale tym razem inaczej. Głębiej, namiętniej, łapczywie, jakbyśmy obie zapomniały, że świat może mieć jakiekolwiek granice poza tą jedną przestrzenią: tu, my.
    Języki spotkały się w tańcu, który znały i którego pragnęły jednocześnie. Czas się zatarł. Myśli zniknęły. Została tylko fala, która unosiła nas coraz wyżej spokojna, ale nieubłagana.
    Objęłam ją nogami, powoli, mocno, z tym instynktem, który mówi więcej niż słowa. Chciałam, by była blisko. Cała, nie tylko ciałem, ale i oddechem, tym głębokim drżeniem, które znamy tylko wtedy, gdy naprawdę się kogoś kocha.
    Nie mówiłyśmy nic. Nie było potrzeby.
    Tylko pocałunki, raz miękkie, raz zachłanne. Tylko ciała ciepłe, zsynchronizowane. Tylko my nie przeszłość, nie przyszłość, tylko ten jeden, jasny poranek, który pachniał jak dom.
    Joanna nie śpieszyła się. Jej usta, jak natchniony pędzel, muskały moją skórę z czułością, której nie da się pomylić z żadną inną. Każdy pocałunek był jak zapisany znak, delikatny, ale trwały. Spod mojej szyi zsunęła się niżej, powoli, jakby każdy fragment mojego ciała był miejscem wartym zatrzymania się na dłużej.
    Oddychałam głębiej, ciszej. Czułam, jak moje wnętrze odpowiadało na jej dotyk jeszcze zanim do niego docierała. Każdy gest Joanny był jak rozmowa bez słów przejmująco czuła, spokojna, a jednak pełna skrywanego ognia.
    Zatrzymała się przy moich piersiach, jakby znalazła schronienie. Pocałunki zmieniły się w muśnięcia języka ledwie wyczuwalne, a jednak palące. Jej usta tańczyły wokół moich sutków, raz łagodnie, raz bardziej zdecydowanie, aż całe moje ciało zdawało się oddychać tylko dla niej. Zadrżała, nie z zimna, ale z tego napięcia, które narastało powoli, jak rosa w porannej trawie ciche, a nieuniknione.
    Joanna uniosła wzrok, a jej oczy ciemne, zamglone, skupione spotkały się z moimi. Były w nich pytanie i pewność zarazem. Nie potrzebowałam słów, by odpowiedzieć. Moje dłonie wplotły się w jej włosy, nie zatrzymując jej, tylko towarzysząc. Jakbyśmy razem tworzyły melodię, w której nie ma fałszu.
    Powróciła do moich ust, smakując je na nowo, głęboko i z rozkosznym głodem. Nasze języki znów się splotły, jakby rozpoznawały siebie nawzajem z zachłannością, ale też rytmem, który znałyśmy tylko my dwie. To był pocałunek, w którym mieścił się cały świat wspomnienia, obietnice, tęsknota i spełnienie.
    Potem bez słowa, bez zapowiedzi rozpoczęła swój powolny marsz w dół, jakby każdy centymetr mojej skóry był świętem, które trzeba uczcić. Jej oddech był coraz niżej, a moje ciało otwierało się jak pąk nieśpiesznie, ale z nieodpartą siłą.
    Każdy jej ruch był jak oddech sztuki wyważony, nasycony, cierpliwy. Nie było w tym pośpiechu, tylko pasja, która zna swoją wartość. Jej dłoń przesunęła się wzdłuż mojego biodra, aż zatrzymała się tam, gdzie od dawna czekałam na nią świadomie, otwarcie.
    Wtedy świat, który był złożony z szeptów i pocałunków, skupił się w jednym punkcie nie z krzykiem, a z czułością, jakby nic poza nami nie istniało, jakby czas zawiesił się w tkliwej symfonii naszych oddechów.
    Jej usta na mojej kobiecości były jednocześnie delikatne jak piórko i namiętne jak ogień, który nie parzy tylko rozgrzewa do głębi. Joanna pieściła mnie z tą samą uważnością, z jaką dotyka się czegoś świętego z oddaniem i pasją, jakby w każdej chwili chciała powiedzieć: „znam cię, chcę cię, kocham cię:.
    Jej język poruszał się z wyczuciem, wyznaczając rytm, który z każdą chwilą coraz mocniej osadzał się we mnie. Ciało unosiło mi się do niej, miękko, instynktownie, jakby samo wiedziało, że pragnie być bliżej, bardziej, jeszcze. Każdy dotyk rozlewał się we mnie falą powolną, narastającą, nieuchronną.
    Z moich ust wydobywały się ciche, urywane oddechy już nie do końca moje, bo prowadzone przez nią. Gdy spływała językiem w dół, zamykałam oczy, by poczuć wszystko głębiej, a potem otwierałam je znów, by jej nie stracić z pola widzenia. Joanna nie spuszczała ze mnie wzroku. Ten kontakt intensywny, miękki i pewny siebie był jak lina, która trzymała mnie przy niej, gdy wszystko inne zaczynało się rozpuszczać.
    Moje ręce błądziły raz zapierałam się o poduszki za głową, próbując złapać oddech, innym razem wplatałam palce w jej włosy, układałam je na jej głowie z czułością, która nie potrzebowała słów. Chciałam, by wiedziała, że byłam tu całkowicie z nią, dla niej.
    Ona odpowiadała pocałunkami i językiem z moją kobiecością, który raz był miękki i niespieszny, a raz bardziej stanowczy, jakby znał każdą odpowiedź, zanim ją wypowiem. Czasem, nie przerywając rytmu, sięgała dłonią do moich piersi, ściskała je delikatnie, pieściła opuszkami, a ja czułam, że tonęłam w tym wszystkim: w niej, w sobie, w tym, co między nami.
    To był taniec. Nieśpieszny, przejmujący, zsynchronizowany jak oddechy w ciszy i wtedy przyszła fala, nie gwałtowna, nie dzika, raczej jak zorzowe światło, które spływa z nieba: ciche, nieuchronne, rozświetlające wszystko wewnątrz.
    Zamknęłam oczy i pozwoliłam się unosić.
    – Teraz ja… – wyszeptałam, niemal bezgłośnie, z uśmiechem, który był jednocześnie prośbą i obietnicą.

    Joanna uniosła głowę znad mojego ciała, a jej spojrzenie było roziskrzone zaskoczone, a jednocześnie pełne zaufania. Kiedy skinęłam lekko głową, delikatnym gestem wskazując na siebie, zrozumiała. W jej oczach pojawił się cień rozbawienia, ale też coś więcej czuła zgoda, jakby mówiła: „tak, kochana. Tak bardzo chcę”.
    Bez słowa obróciła się, z tą swoją kocią gracją, i po chwili poczułam ciężar jej ciała na sobie lekki, znajomy, czuły. Jej uda otulały mnie jak skrzydła, a ja objęłam je ramionami, przyciągając bliżej. Joanna, wtulona we mnie odwrócona, znów zanurzyła się we mnie, ale teraz równocześnie i ja mogłam zasmakować jej, dotykać, poznawać, odpowiadać ciałem na każde jej westchnienie.
    Byłyśmy teraz jak dwie fale, które spotkały się dokładnie w tym samym momencie, z tą samą siłą.
    Jej zapach był mi znany zmysłowy, kobiecy, czysty i działał na mnie niemal hipnotycznie. Gdy zbliżyłam usta do jej kobiecości, poczułam, jak całe moje wnętrze drży z napięcia i ekscytacji. Moje pocałunki były delikatne, rozważne, próbujące jak dotyk ustami wiatru po tafli jeziora. Jej ciało odpowiedziało natychmiast cichym westchnieniem, napięciem mięśni, pulsującym rytmem.

    Obie oddychałyśmy urywanym rytmem, już nie wiadomo która była początkiem, a która odpowiedzią. Nasze języki każde we wrażliwym miejscu  tańczyły z równą precyzją, z pasją, która nie musiała być gwałtowna, by być silna. Czułam, jak jej biodra lekko drżały, jak przyciągała się do mnie, a ja, w tym samym czasie, rozkładałam się przed nią, otwarta i gotowa nie tylko na rozkosz, ale na dzielenie się nią.
    W tym odwróconym splocie ciał było coś niemal duchowego, jakbyśmy znały nie tylko swoje mapy, ale też potrafiły czytać wzajemnie myśli. Czas przestał płynąć. Byłyśmy zawieszone w oralnych pieszczotach swoich doliny rozkoszy , we wdechach, w rytmie języków, które raz przyspieszały, raz zwalniały, prowadząc nas przez subtelne crescendo.
    Potem przyszło to, co nieuniknione. Fala ciepła, miękka, rozlewająca się, zsynchronizowana jak echo. Drżałyśmy razem, nie wiadomo która pierwsza, która mocniej i może właśnie w tym było piękno, to, że byłyśmy jednocześnie.
    Nie było pośpiechu. Nasze języki wciąż tańczyły cicho, miękko, jakby znały się od zawsze. Bez słów, a jednak wszystko było powiedziane. W moim ciele nie było już przestrzeni na nic innego tylko na nią, na jej smak, na rytm naszych oddechów, które wzajemnie się splatały, przyspieszały i zwalniały, jakbyśmy w jednej chwili dzieliły ten sam puls.
    Czułam, jak jej ciało nad moim napina się i faluje, ale nie gwałtownie. To była ta piękna, cierpliwa przyjemność, która wspinała się po mnie jak świt po cichych wzgórzach. Nie krzykliwa tylko głęboka, rozciągnięta w czasie, świadoma. Czułam ją całą od warg po biodra, z każdą drobną zmianą w jej oddechu, z każdym delikatnym drżeniem ud.
    Zamknęłam oczy. Chciałam czuć bardziej. Każde jej przesunięcie, każdy pocałunek i ten niespieszny, czuły język czasem jak piórko, czasem jak ogień. Kiedy zanurzała się we mnie, odnajdywała mnie tam, gdzie ukrywałam najczulsze miejsca. Szukałam jej, z tą samą czułością. Z tą samą precyzją. Przesuwałam się po niej z uwagą, z miłością, z łaknieniem i widziałam, czułam, jak moje ruchy odbijają się w niej jak lekkie drżenie w udach, jak ciche westchnienie, jak to, że pochyla się głębiej, że poddaje się temu, co jej daję.
    Nasze dłonie też się nie gubiły. Ślizgały się po udach, po plecach, po bokach żeber, jakby prowadziły wzajemnie nasze oddechy. Nie próbowałyśmy niczego wymuszać, tylko nawzajem się otwierałyśmy. Budowałyśmy ten rytm razem jedna przez drugą. Kiedy przyspieszałam, czułam, jak ona odpowiadała, czasem nawet przejmowała inicjatywę, zaskakiwała mnie, sprawiała, że moje biodra unosiły się wyżej, że palce zadrgały mocniej w jej włosach i wtedy ja nie mogłam być obojętna. Odpowiadałam językiem, jeszcze czulej, jeszcze bardziej świadomie, jakbyśmy nawzajem się wciągały w ten krąg bez początku i bez końca.
    W pewnym momencie wyrwał mi się cichy jęk nieplanowany, niekontrolowany, ale niosący w sobie wszystko. Zatrzymała się na ułamek sekundy, jakby chciała upewnić się, że to nie za dużo, ale ja chciałam więcej i ona to poczuła w moim drgnięciu, w palcach na jej karku. Zanurzyła się więc głębiej, powolniej, pewniej w moją kobiecość. Jej język zataczał kręgi tak precyzyjne, tak rozważne, że świat zaczął się we mnie kurczyć do oddechu, do jednego drżącego punktu, do niej.
    Otwierałam się przed nią jak na dnie oceanu wolno, miękko, bez lęku. Z wiarą, że zna każdą moją odpowiedź, zanim zadam pytanie. Czułam się widziana. Czułam się kochana. Nie miało znaczenia, kto prowadzi, bo każda z nas prowadziła i każda była prowadzona.
    To było jak oddychanie wzajemne, wspólne, potrzebne i choć drżenie rosło we mnie coraz bardziej, choć napięcie stawało się nieznośnie piękne, to nadal było w tym coś łagodnego, jakbyśmy obie wiedziały, że szczyt nie musi być eksplozją, że największa ekstaza przychodzi wtedy, gdy nie szukasz jej siłą, tylko się na nią otwierasz. Cicho całą sobą.

    Chwila zatrzymania była jak westchnienie po długim biegu miękka, gorąca, konieczna. Joasia powoli opadła z powrotem na łóżko, a jej ciało, jeszcze drżące, ułożyło się obok mojego, ale nie oddaliła się. Pochyliła się ku mnie, nasze czoła niemal się zetknęły. Oczy miała rozświetlone, jakby jeszcze trwała gdzieś tam, w zawieszeniu między światami. Pocałowała mnie, nieśpiesznie, wilgotno, z czułością, która miała smak wspomnienia tego, co właśnie się wydarzyło i zapowiedź tego, co jeszcze mogło się zdarzyć.
    Objęłam ją za kark, przyciągając bliżej. W tym uścisku było wszystko podziękowanie, zaufanie, pragnienie. Nasze usta odnalazły się znowu, jakby przez chwilę zgubiły rytm tylko po to, by teraz zatańczyć na nowo, jeszcze piękniej, a potem był ten moment rozedrgany, trochę chaotyczny, trochę rozkosznie nieuporządkowany, gdy nasze dłonie zaczęły znowu wędrować po ramionach, po szyi, po piersiach. Głodne, ale nie zachłanne. Czułe.
    Jej palce musnęły mój sutek, jakby go znały od lat, a moje przylgnęły do krzywizny jej talii, do delikatnej skóry pod piersią, która zawsze reagowała najdrobniejszym muśnięciem, a potem, jakby jednym wspólnym ruchem, Joasia położyła się znów na mnie. Czułam każdy centymetr jej nagiego ciała ciężar, ciepło, aksamit napiętej skóry. Ocierałyśmy się o siebie w rytmie, który znały tylko nasze zmysły.
    Zaczęłyśmy znowu całować się długo, głęboko, z głodem, który wcale się nie zmniejszył tylko zmienił odcień. Teraz był bardziej świadomy. Spokojniejszy, ale bardziej intensywny. Języki splatały się w tańcu znów tym cichym, wolnym, hipnotycznym. Czas przestał istnieć. Liczyły się tylko jej usta, które znały mój smak i mój język, który znał jej oddech.
    Nasze ciała poruszały się jak dwie rzeki łączące się w jedną delikatnie, a jednocześnie nieodwołalnie. Dłonie błądziły, już nie z pożądaniem, ale z potrzebą bliskości przytulenia, pogłaskania, zapamiętania faktury skóry. Czułam, jak Joasia wtulała się we mnie coraz mocniej, jak wtapiałyśmy się w siebie bez słów. Nasycone, ale nienasycone. Spełnione i nadal spragnione, ale już nie ciała. Tylko siebie nawzajem.

    W tej chwili ciszy i ciepła byłam tylko jej, a ona moja. Nic więcej nie było potrzebne.
    Zmieniłyśmy pozycję bez słów, po prostu tak, jakby nasze ciała znały już ten ruch, zapamiętały go z innego życia. Leżałyśmy teraz bokiem, splecione, twarzami do siebie. Czoło Joasi muskało moje, a nasze uda stykały się w miękkim napięciu. Ręce przesuwały się leniwie od ramion po plecy, od bioder po szyję. Ciepło skóry wydawało się jeszcze głębsze w tym uścisku, tak jakbyśmy przekazywały sobie nawzajem puls własnego serca.
    Całowałyśmy się wolno, miękko. Usta spotykały się i rozstawały, zostawiając po sobie ciepłe ślady. Każdy pocałunek był jak osobne wyznanie. Oddechy plątały się, czasem przerywane śmiechem tym cichym, niskim, który wypływa z głębokiego szczęścia, a między pocałunkami padały słowa szeptem, prawie nieśmiało, jakbyśmy bały się spłoszyć to, co między nami właśnie tak pięknie dojrzewało.
    – Jaka jesteś piękna… – wymruczałam w kąciku jej ust, muskając ich linię opuszkami palców.
    Odpowiedziała tylko czułym uśmiechem i pocałunkiem w szyję, który sprawił, że aż zamknęłam oczy. Potem szepnęła:
    – Cieszę się, że jesteś ze mną… że jesteś… tu.
    Każde słowo owijało się wokół mnie jak jedwabna wstęga. Czułam, jak coś we mnie miękło, otwierało się jeszcze bardziej. Moja dłoń przesunęła się po jej plecach, gładząc łuk kręgosłupa, aż do biodra, a jej palce zsunęły się na moją pierś lekko, z uwagą, jakby chciała potwierdzić, że naprawdę mnie ma, że to nie sen.
    Między słowami były westchnienia krótkie, ciche, rozedrgane. Zaczynałyśmy znów igrać ze sobą, ale tym razem łagodniej, z tym błogim lenistwem, które przychodzi po spełnieniu, a które wcale nie gasi pragnienia, tylko czyni je głębszym.

    Nasze ciała znów zaczęły się ocierać nie z pośpiechem, lecz z miękką natarczywością. Dotyk prowadził dotyk, oddech odpowiadał oddechowi. To był taniec dwóch dusz, które już się znały, ale ciągle chciały poznawać się bardziej.
    – Kocham cię – powiedziała Joasia cicho, prawie szeptem, jakby mówiła to pierwszy raz, choć wielokrotnie już mówiła.
    Spojrzałam w jej oczy i poczułam, że cały świat mieści się w tym spojrzeniu. Odpowiedziałam bez wahania:
    – Ja ciebie też. Do głębi.
    I całowałyśmy się dalej, aż nasze dłonie znów zatoczyły krąg, prowadząc nas ku sobie nawzajem powoli, z czułością, z pragnieniem, które nie wypalało, tylko ogrzewało.
    Delikatnym ruchem przewróciłam Joasię na plecy. Jej ciało ułożyło się miękko, z całkowitym zaufaniem, a spojrzenie jeszcze przymglone mówiło mi wszystko, co potrzebowałam wiedzieć. Nachyliłam się, całując ją raz jeszcze, krótko, z uśmiechem, jakby na pożegnanie, ale tylko na chwilę.
    Zaczęłam powoli schodzić ustami w dół przez jej szyję, obojczyki, mostek. Każdy pocałunek był zapowiedzią kolejnego, a jej skóra wrażliwa, ciepła, lekko drżąca odpowiadała bez słów. Palcami musnęłam jej udo, a drugą dłonią ujęłam stopę. Przytuliłam ją do policzka na moment, jakby była czymś kruchym i drogocennym, po czym uniosłam ją lekko i przyłożyłam usta do jej wierzchu.
    Całowałam ją powoli, niespiesznie, z mieszaniną czułości i pasji. Z początku miękko opuszkami ust, jakby tylko badając fakturę skóry, a potem odważniej, pozwalając sobie na odrobinę ognia w spojrzeniu. Moje oczy spotkały się z jej patrzyła na mnie z niedowierzaniem i zachwytem. Ten wzrok zapłonął mi w piersi.
    Językiem zatoczyłam mały krąg na jej kostce, potem pozwoliłam sobie na dłuższy pocałunek, tuż przy delikatnym zgięciu. Jej oddech przyspieszył, a uda lekko się napięły wyczuwałam w jej ciele każdą emocję. Cała była muzyką, której uczyłam się dotykiem.
    Nie chodziło o to, by się spieszyć, chciałam, by każdy centymetr jej ciała poczuł, że jest kochany, że jest smakowany tak, jak się smakować powinno z czułością, z szacunkiem, z pragnieniem, które nie bierze, ale obdarowuje.
    Cofnęłam się powoli wzrokiem wędrując po jej ciele, już z wyraźnym zamiarem dalszej podróży, ale wiedziałam, że wszystko musi mieć swój rytm. A ten właśnie rytm wyznaczało nie tylko pragnienie, ale i miłość.
    Nie było już powrotu. W jej spojrzeniu, w rozchyleniu ust, w lekkim napięciu mięśni wszystko mówiło: „tak, jestem twoja”. Z sercem pełnym czułości, postanowiłam odpowiedzieć nie słowami, lecz gestami.
    Zsunęłam się niżej, coraz niżej. Moje pocałunki stały się lżejsze, jakby szeptały coś do skóry. Przeciągnęłam ustami przez wewnętrzną stronę jej ud tam, gdzie pulsowała najczulsza cisza i wtedy poczułam jej dłoń, która bez słowa przesunęła się po moich włosach, jakby chciała mnie zachęcić, poprowadzić dalej. Uśmiechnęłam się lekko, ukryta między jej nogami, i pozwoliłam sobie zatopić się w niej całą sobą.
    Mój język odnalazł ją bezbłędnie jakby prowadziło mnie wspólne napięcie, jakbyśmy obie wiedziały, gdzie zaczyna się muzyka. Z początku tylko muskałam, jakby smakując pierwszy akord tej symfonii. Potem odważniej, pewniej nadając rytm, który czułam w jej biodrach, w drobnych drżeniach jej brzucha. Była jak rozchylony kwiat, jak coś pomiędzy tajemnicą a ekstazą i chciałam, by czuła się w tej chwili piękna, bezpieczna, wybrana.
    Delikatnie uniosłam dłoń, zbliżając ją do jej ust. Palce, wilgotne od jej ciepła, przylgnęły do miękkich warg Asi. Otworzyła je bez wahania, jakby znała ten gest, jakby rozumiała, że to też jest pocałunek, tylko inny, głębszy. Objęła moje palce ustami i zaczęła ssać je powoli, rytmicznie, jakby odbijała w tym ruchu to, co czuła niżej od mojego języka.
    Zadrżałam. To było więcej niż zmysłowość. Było w tym coś niemal mistycznego, jakby nasze ciała prowadziły między sobą dialog poza słowami, poza czasem. Każdy mój ruch spotykał się z odpowiedzią jej ciała delikatnym uniesieniem, westchnieniem, napięciem, które płynnie przechodziło w odprężenie, jak fala i odpływ, jak taniec.
    Nie spieszyłam się. Czułam, jak jej oddech staje się płytszy, szybszy, ale wciąż uważny. Jakbyśmy obie pilnowały, by nie zgubić się w tym ogniu tylko wspólnie płonąć, krok po kroku, gest po geście.
    Jej język obejmował moje palce tak, jak ja obejmowałam ją z pasją i miękkością jednocześnie i wtedy zrozumiałam, że nic nie jest w tej chwili poza nami ani czas, ani świat, ani słowa, tylko ten splot ciał, pragnień, czułości.
    Joasia drżała jeszcze w miękkich spazmach spełnienia, jej ciało było rozluźnione, a jednocześnie wciąż pulsujące od środka. Wtuliłam się w nią, nie chcąc zostawić ani centymetra bez dotyku, bez ciepła. Nasze usta odnalazły się znów łapczywie, zachłannie, jakby nasycenie jeszcze nie przyszło, jakby to właśnie teraz po wszystkim ogień rozżarzył się na nowo, jaśniej i bardziej pierwotnie.
    Pocałunki były głębokie, wilgotne, nasze języki splatały się z pasją, w rytmie, który dyktowały oddechy i potrzeba bycia blisko. Poczułam, jak nasze ciała znów zaczynają się poruszać powoli, lecz coraz pewniej, jakby instynkt sam układał nas w splot, w którym kobiecości zetknęły się najpierw przypadkiem, a potem już świadomie, celowo.
    Było w tym coś dzikiego, a jednak czułego. Przyciskałam się do niej biodrami, pozwalając, by rytm płynął naturalnie, niepowstrzymanie jak fala, która raz po raz uderza o brzeg z coraz większą siłą. Jej uda obejmowały mnie, przyjmując każdy ruch, każdą falę mojego ciała. Czułam, jak Joasia oddycha coraz szybciej, jak unosi się do mnie, jakby nasze wnętrza się wołały, rozumiały bez słów.
    Nasze piersi ocierały się o siebie, sutki napięte, wrażliwe, jakby każdy dotyk był iskrą. Łóżko delikatnie skrzypiało pod nami, ale dźwięk ten nie przeszkadzał był tylko kolejnym potwierdzeniem, że wszystko się dzieje naprawdę, że jesteśmy tu. Razem. Rozpalone, drżące, prawdziwe.
    Joasia oplatała mnie ramionami, raz przyciągając za plecy, raz zacieśniając uchwyt na moich biodrach, jakby chciała mnie zatrzymać w sobie na zawsze. Pochylałam się ku niej z każdym ruchem, z każdym pocałunkiem, nadawałam rytm, czując, jak nasze ciała spotykają się tam, gdzie wszystko jest nagie i szczere.
    Jęki stawały się intensywniejsze, nie głośne, ale głębokie, wypowiadane oddechem, splecione z pocałunkami. Nasze biodra same znajdowały wspólny takt przyspieszający, pełen pasji, ale nie gwałtowny. Czuły. Cały świat zawęził się do jednego rytmu, jednego uścisku, jednego oddechu.
    Byłyśmy jednością. Prawdziwą nie tylko fizycznie, ale w tym wszystkim, co niewidzialne: w pragnieniu, oddaniu, czułości. Każdy kolejny ruch był wyznaniem, każda reakcja odpowiedzią.

    Leżałam wtulona w Joasię, czując jeszcze pod palcami jej drżenie to powolne, miękkie, które przychodzi po burzy, a jednocześnie zapowiada, że to jeszcze nie koniec. Pocałunki, które wymieniałyśmy, miały w sobie coś łapczywego, choć czułego. Nie były już tylko wyrazem namiętności były podziękowaniem, potwierdzeniem, wyznaniem. Całowałam ją raz po raz, zachłannie, jakbym bała się, że mogę zapomnieć smak jej ust. ale nie mogłam, nie chciałam.
    Nasze ciała wciąż ocierały się o siebie nagie, wilgotne, czułe. Czułam jej kobiecość przy mojej, rozgrzaną, pulsującą. Jedno przesunięcie bioder, jeden drobny ruch i obie westchnęłyśmy głębiej. To nie był przypadek, to była potrzeba. Nasze oddechy znów stawały się krótsze, płytsze, głosy z cichych pomruków przeradzały się w jęki. Wpiłam się w jej usta, nie przestając poruszać się rytmicznie. Leżałam na niej, całym ciałem, prowadząc ruch coraz bardziej zdecydowany, coraz bardziej intensywny.
    Czułam, jak jej palce oplatają mnie mocno, to za plecy, to po pośladkach, jakby chciała być jeszcze bliżej, głębiej. Jakbyśmy mogły się w siebie wtulić nie tylko skórą, ale i duszą, a ja też tego chciałam. Każdą komórką ciała czułam, że jesteśmy jednością, że wszystko, co było przedtem, prowadziło do tej właśnie chwili.
    Nasze ciała znały już ten rytm, łóżko skrzypiało, powietrze między nami było ciężkie, gęste od nasycenia, ale to nie była tylko namiętność. To było coś więcej. Gdy znowu poczułam, jak jej ciało zaczynało drżeć, jak oddycha szybciej, jak mięśnie się napinały, nie przyspieszyłam. Prowadziłam nas dokładnie tam, gdzie obie chciałyśmy być. Kiedy dotarłyśmy, niemal jednocześnie, wiedziałam, że nie chodziło o szczyt. Chodziło o podróż, że przeszłyśmy ją razem.
    Zsunęłam się lekko, wtuliłam w nią, zmęczona, ale pełna, spełniona. Całowałam jej szyję, skroń, ramię. Joasia tuliła mnie do siebie, delikatnie, jakby bała się, że mogłabym zniknąć. Wtedy szepnęła:
    — Jesteś wszystkim…Moim skarbem najcenniejszym…
    Nie odpowiedziałam słowami. Tylko westchnęłam cicho i uśmiechnęłam się, bo czułam dokładnie to samo i wiedziałam, że to jeszcze nie koniec, że ten ogień w nas nie zgasł. On tylko przycupnął między pocałunkami, czekając, aż znowu go rozpalimy.
    Zsunęłam się z jej ramion powoli, jakby nie chciałam utracić ani jednego z tych ciepłych punktów styku między nami. Patrzyła na mnie z dołu z tym spojrzeniem, które znałam już tak dobrze, a które za każdym razem rozpalało mnie na nowo. Czułam, jak drży pod moimi dłońmi z oczekiwaniem, gotowością, pragnieniem, które wypełniało powietrze między nami.
    Płynnie przysunęłam się do niej, niemal bezszelestnie, i pozwoliłam ciału znaleźć miejsce nad nią, nad jej ustami, które już wiedziały, czego szukają. To było jak taniec, powolny i pewny. Gdy poczułam dotyk jej języka, przez moje wnętrze przeszła fala ciepła, która rozlała się od bioder aż po kark.
    Zamknęłam oczy, skupiając się tylko na tym, co działo się tam u samego źródła mojej wrażliwości, gdzie Joasia pieściła mnie z niezwykłą uwagą. Jej język był miękki, ciepły, a zarazem precyzyjny jak muśnięcie pędzla po jedwabiu. Raz poruszała się ostrożnie, jakby badając, czy dobrze pamięta mój rytm, a chwilę później śmielej, z pasją, która rozbrzmiewała we mnie niczym dźwięk, którego nie sposób było już uciszyć.
    Oddychałam głębiej, czasem nieregularnie, nie mogąc powstrzymać cichego westchnienia. Czułam się bezpieczna, wystawiona na światło i jednocześnie ukryta w jej objęciach jak tajemnica, której nie trzeba już ukrywać.
    Jej ręce trwały na moich udach, delikatne, lecz stanowcze prowadziły mnie, ale nie wymuszały, a ja pozwalałam sobie na to uniesienie, na to, by być tylko ciałem, tylko oddechem, tylko doznaniem. Czasem otwierałam oczy, by spojrzeć w jej twarz między falą, a falą i widziałam tam skupienie, czułość, oddanie.
    To nie był tylko akt, to był dar, który dawała mi bez słów, a ja przyjmowałam go z całą sobą, pozwalając, by jej język zatapiał się we mnie znów i znów, aż granice między pragnieniem a spełnieniem zaczęły się zacierać.
    Nie potrafiłam już utrzymać dźwięków w sobie,  jęki wypływały ze mnie, cicho, urywanie, jakby moje ciało mówiło własnym głosem. Jej język… był jak ogień i aksamit naraz. Próbowałam pozostać w tej chwili, nie zgubić się w niej za szybko, ale każda sekunda, każdy ruch Joasi przyciągał mnie coraz bliżej granicy.
    Jednak coś we mnie pragnęło nie tylko brać, ale i dawać. Znalazłam jej biodro za sobą, sięgnęłam dłonią, bez zastanowienia, z głębokiego instynktu. Odnalazłam ją miękką, gorącą, pulsującą. Zanurzyłam palce z czułością, a ona odpowiedziała natychmiast westchnieniem, lekkim napięciem całego ciała, drżeniem, które czułam, choć nie widziałam.
    Byłyśmy teraz splecione podwójnym rytmem. Ja z jej smakiem, ciepłem i drżącą rozkoszą na ustach, ona z moją dłonią w sobie, z moim ramieniem opartym na jej udzie, z naszymi ciałami poruszającymi się w harmonii, która nie potrzebowała słów.
    Oddychałyśmy coraz szybciej, czasem synchronicznie, czasem osobno, jakby każda z nas zbliżała się do brzegu własną drogą, a jednak razem. Czułam jej ruchy, jej napięcia, jej zaciskające się palce na moim udzie. Sama też nie mogłam już powstrzymać napierającej fali. Była coraz bliżej, ciepła, intensywna, nie do zatrzymania.
    Potem przyszła kulminacja, która przeszła przez mnie jak rozbłysk światła, spazm ciała i duszy, wybuch i uspokojenie jednocześnie. Chwilę później poczułam, że Joasia również przekracza swoją granicę z dźwiękiem, którego nie da się pomylić z niczym innym, z ruchem bioder, z przywierającym do mojej dłoni ciepłem.
    Byłyśmy jednością. Drżałyśmy razem. Oddychałyśmy razem, a świat w tamtej chwili skurczył się do dwóch ciał splecionych ze sobą i tego, co między nimi już nie wymagało żadnego wyjaśnienia.
    Jeszcze drżałyśmy… nasze ciała, myśli, oddechy wszystko w nas wibrowało, jakby nie potrafiło się jeszcze zatrzymać. Śmiałyśmy się szeptem, łapczywie całując, tarzając się po zmiętej pościeli, jakbyśmy były dwoma zjawami, które nie chcą zniknąć w poranku. Palce błądziły po skórze, przypadkowe muśnięcia znów podsycały ogień, który przecież dopiero co wygasł. aż przyszła ta chwila jakbyśmy obie wiedziały, bez słowa, że to jeszcze nie koniec.  

    Odnalazłyśmy się znów. Nasze biodra, nasze ciała, nasze kobiecości, splecione w cichym, gorącym zrozumieniu. Moje uda wsunęły się między jej, jej biodra uniosły się ku moim i nagle wszystko stało się oczywiste.
    Byłyśmy jak złączone płomienie, ocierające się, ślizgające w rytmie, który narastał sam z siebie. Czułam jej ciepło, napięcie, każdy ruch odbijał się echem w moim wnętrzu. Zbliżyłyśmy się jeszcze bardziej, tak blisko, że już nie wiedziałam, gdzie kończy się ona, a zaczynam ja. Nasze ciała śpiewały wspólną melodię jękami, przyspieszonym oddechem, niespokojnym biciem serc.
    Joasia obejmowała mnie mocno raz ramieniem wokół pleców, raz dłonią przytrzymując moje biodra, jakby chciała mnie nie tylko mieć przy sobie, ale całkowicie zatrzymać w tym momencie. Nasze usta wciąż się odnajdywały wilgotne, łapczywe, drżące. Całowałyśmy się zachłannie, zanurzone w tym ostatnim, dzikim tańcu.
    Ruchy stawały się coraz intensywniejsze, aż niemal bezwiednie wpadłyśmy w ten sam rytm, w którym nie było już miejsca na myśli tylko na odczuwanie. Czułam, jak szczyt znów nadchodzi, nie jak fala, ale jak błyskawica krótka, ostra, rozpalająca nas jednocześnie.
    Potem przyszło zatrzymanie. Zastygłyśmy wtulone, ciężko oddychające, z policzkami przyklejonymi do siebie. Moje dłonie sunęły po jej plecach, jej palce kreśliły coś na moich udach , może słowa, może tylko wspomnienia z tej nocy. Całowałam ją delikatnie, w kącik ust, w skroń, w szyję jakby chciałam powiedzieć: „jestem tu… i zostanę”.
    Joasia przytuliła się do mnie, tak zwyczajnie, bez pożądania z czułością, która była głębsza niż każda namiętność. Byłyśmy zmęczone, rozgrzane, otulone sobą. Milczenie, które zapanowało, nie było puste było pełne wszystkiego, co właśnie między nami się wydarzyło.

    Joasia opadła na mnie z cichym westchnieniem, jakby całe jej ciało szukało schronienia w moim. Otuliłam ją ramionami, a nasze usta znów się odnalazły, tym razem bez łapczywości, bez ognia. Tylko czułość. Miękka, długa, uspokajająca… Całowałyśmy się powoli, jakby czas nie miał już żadnego znaczenia, jakby te pocałunki były naszym sposobem na zasypianie.
    Delikatnie wsunęłam palce w jej włosy i zaczęłam bawić się kosmykami tak bezwiednie, z czułością, której nie musiałam już ukrywać. Czułam, jak jej policzek wtula się w moją szyję, jak oddycha miarowo, a z jej ust wymykają się słowa, półsłowa, szepty…
    – Jesteś piękna…
    Uśmiechnęłam się, czując, jak drży mi serce. Nachyliłam się i musnęłam jej usta, potem policzek, powiekę.
    – Ty też jesteś piękna… najpiękniejsza. Kocham cię…
    – Ja Ciebie też, tak mocno…Dobrze, że jesteś… – odpowiadała głaskając mój policzek i szyję – Pamiętasz tamten pierwszy wieczór na konsultacjach? – szepnęła. – Bałam się, że nigdy więcej nie poczuję się tak blisko kogoś…
    – A ja… że cię stracę – przyznałam. – Ale wróciłaś. Zawsze wracałaś.
    – Bo nigdzie indziej nie umiałam być sobą – wyszeptała, tuląc się mocniej.
    Odpowiadałam tym samym, równie miękko, wplatając wyznania między pocałunki, między oddechy, między muśnięcia dłoni. Byłyśmy tak blisko, że nie potrzebowałyśmy już niczego więcej.
    Przylgnęła do mnie, a ja wtuliłam twarz w jej włosy. Pachniała sobą. Pachniała spokojem. Jeszcze chwila szeptów, przerywanych przeciągłym westchnieniem lub cichym śmiechem. Jeszcze jeden gest, jeszcze jedno “dobranoc” bez słów.

    Zasnęłyśmy na moment, splecione, z nagimi ciałami otulonymi tylko sobą zmęczone, spełnione, bezpieczne.
    Poranek miał przyjść dopiero za chwilę.

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    Iva Lions
  • Sierpniowe Wakacje

    Sierpień miał w sobie coś szczególnego. Morze zawsze pachniało inaczej niż reszta świata, mieszaniną soli, wiatru i wolności. Joasia miała dłuższy urlop, wakacje dawały jej ten luksus, jako nauczycielka, a ja… wzięłam kilka dni wolnego, żeby być tylko z nią. Czułam, że tego właśnie potrzebowałyśmy, wyrwania się z codzienności, z rutyny, z czterech ścian, które czasem stawały się za ciasne dla naszego uczucia.

    Pociąg kołysał, a ja obserwowałam, jak Joasia patrzyła przez okno. Słońce bawiło się w jej włosach, nadając im złote refleksy, a ja nie mogłam oderwać od niej wzroku. Tak jakby każdy kilometr przybliżał mnie nie tylko do morza, ale i do niej samej.
    – Już czuję zapach plaży – uśmiechnęła się nagle, jakby czytając w moich myślach.
    – Ja czuję tylko ciebie – odpowiedziałam półżartem, ale z powagą w oczach, której nie dało się zignorować.
    Jej dłoń odnalazła moją na siedzeniu. Ścisnęłam ją mocno, pewnie, jakby w tym uścisku zawierało się wszystko: obietnica, namiętność, spokój.
    Kiedy dotarłyśmy, pierwsze, co poczułam, to zapach morskiej bryzy. Słychać było mewy. Asia biegła przede mną, śmiejąc się jak dziewczynka, a ja zapatrzona, poczułam, że znów zakochuję się w niej od nowa.

    Zameldowałyśmy się w apartamencie w Kołobrzegu, jasnym, przestronnym, z balkonem wychodzącym na stronę morza. Okna były otwarte, a do środka wpadał zapach słonego powietrza, mieszał się z delikatnym szumem fal i krzykiem mew. Asia od razu podeszła do szyby, oparła się o ramę i wciągnęła głęboko powietrze, jakby chciała się nim nasycić na zapas.
    – Mogłabym tu zostać na zawsze – powiedziała z uśmiechem, a ja patrzyłam na nią i wiedziałam, że nie chodzi o morze.
    Po chwili byłyśmy już na plaży. Słońce łagodnie grzało, nie parzyło, tylko otulało skórę. Piasek był miękki, jasny, ciepły, jakby zapraszał, żeby zrzucić z siebie resztki codzienności i pozwolić sobie na beztroskę. Szłyśmy bosymi stopami, zostawiając za sobą dwa równoległe ślady, które morze powoli zmywało. Asia szła nieco przede mną, włosy rozwiewał wiatr. Co chwilę odwracała się i uśmiechała do mnie tym uśmiechem, od którego wszystko we mnie miękło. Usiadłyśmy na kocu, rozłożyłyśmy owoce i wodę, zwykły piknik, a jednak czułam, że to jedna z najpiękniejszych chwil, jakie mogłyśmy sobie podarować.
    – Pamiętasz, jak sześć lat temu uciekałyśmy przed wszystkimi? – zapytała nagle, rzucając we mnie kawałkiem brzoskwini.
    – Pamiętam. Byłaś wtedy najbardziej uparta i najbardziej piękna, jaką znałam. – złapałam owoc i odgryzłam kawałek, śmiejąc się.

    Rozmowy przetaczały się między nami lekko, jak fale, raz poważne, raz zupełnie drobne, zwyczajne. Patrzyłyśmy na dzieci budujące zamki z piasku, na starsze pary spacerujące brzegiem, a potem na siebie dłużej, ciszej, jakbyśmy wiedziały, że w tych spojrzeniach jest coś, czego żadne słowa nie oddadzą.
    Zanurzyłyśmy się w wodzie, krzycząc, śmiejąc się jak nastolatki, pryskając na siebie, aż nasze ciała drżały nie tylko z chłodu, ale i z radości. Czułam, że właśnie tego potrzebowałyśmy bycia razem, bez murów, bez barier, z otwartym morzem przed nami.  
    Kiedy słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, wróciłyśmy do apartamentu opalone, zmęczone, rozśmiane. Asia położyła się na łóżku, jeszcze w ręczniku, z wilgotnymi włosami rozsypanymi na poduszce. Patrzyłam na nią i wiedziałam, że wieczór przyniesie coś więcej niż tylko odpoczynek.

    Wieczorem Kołobrzeg pachniał smażoną rybą, solą i letnim powietrzem. Słońce już zatonęło, ale niebo wciąż miało w sobie ciepły blask, który odbijał się w witrynach restauracji. Przebrałyśmy się, jakbyśmy chciały zaczarować ten wieczór, trochę dla siebie, trochę dla przechodniów, choć tak naprawdę liczyło się tylko to, co zobaczymy w swoich oczach. Kiedy wyszłam z łazienki w czerwonej spódniczce w kratę, pod którą miałam tylko ciemne rajstopy z otwartym krokiem, białej bluzce i jasnej dżinsowej kurtce oraz czarnych, sznurowanych kozakach sięgających połowy łydki, Asia już czekała. Jej spojrzenie przesunęło się po mnie wolno, jakby chciała zapamiętać każdy detal.
    – Wiesz, że w tej spódniczce wyglądasz jak grzeszna wersja uczennicy? – uniosła brew i uśmiechnęła się zawadiacko.
    Zaśmiałam się, a potem spojrzałam na nią w jej dżinsowej mini, złotych z panterką sandałkach na szpilkach i błękitnym topie, który odrobinę odsłaniał brzuch. Skórzana kurtka dodawała jej drapieżności.
    – A ty… wyglądasz jak dowód na to, że czterdziestka to tylko liczba – odpowiedziałam. – Seksowna, zmysłowa i… moja.
    – Tylko twoja – wyszeptała, podchodząc bliżej. Jej dłoń musnęła moją talię, niby mimochodem. Poczułam dreszcz, który nie miał nic wspólnego z chłodniejszym powiewem od morza.

    Kolacja w jednej z knajpek przy plaży była lekka, pełna śmiechu. Zamówiłyśmy rybę, wino i podgryzałyśmy nawzajem swoje zdania, jakby były najlepszymi przekąskami. Raz na jakiś czas Asia pod stołem dotykała mojej dłoni, przesuwała palcami po nadgarstku. Nie musiała nic mówić – znałam te jej drobne gry.
    – Zauważyłaś, jak się na nas patrzą? – szepnęła w pewnym momencie, nachylając się tak, że poczułam zapach jej perfum.
    – Zazdroszczą mi – odpowiedziałam bez wahania, po czym uniosłam kieliszek. – A ja mam zamiar nie oddać cię nikomu.
    Po kolacji ruszyłyśmy w stronę mola, trzymając się za ręce. Z daleka widać było światła latarni, odbijające się w spokojnej wodzie. Szłyśmy powoli, jakbyśmy chciały przedłużyć każdy krok, każde dotknięcie. Asia splatała nasze palce mocno, a ja czułam, że ta dłoń w mojej dłoni to najpiękniejsze miejsce na świecie.
    – Wiesz, że wyglądasz dziś tak, że mogłabym się w tobie zakochać od nowa? – powiedziała nagle.
    – A ja… już to robię – odpowiedziałam, czując, jak moje słowa unoszą się nad nami, mieszając się z nocnym powietrzem i szumem fal.

    Było już po dwudziestej pierwszej, gdy na końcu mola zauważyłyśmy migoczące światła i błyski reflektorów. Z oddali słychać było muzykę, rytmiczną, pulsującą jak serce lata. Z początku pomyślałyśmy, że to jakiś darmowy koncert, ale im bliżej podchodziłyśmy, tym bardziej stawało się jasne, że to klubowa impreza pod gołym niebem. Głośniki rozbrzmiewały basem, DJ co jakiś czas podgrzewał tłum mikrofonem, a ludzie tańczyli samotni, w parach, w grupach, nawet rodziny z dziećmi, które śmiały się i podskakiwały w rytm muzyki.
    Spojrzałyśmy na siebie i bez słów wiedziałyśmy: to będzie nasz moment. Idealny pretekst, by rozpuścić włosy i dać się ponieść. Wtopiłyśmy się w tańczący tłum, a potem… reszta przestała istnieć. Czułam tylko rytm i jej bliskość. Raz poruszałyśmy się osobno, tuż obok siebie, pozwalając spojrzeniom i uśmiechom prowadzić grę. Innym razem nasze ciała spotykały się przodem, jej dłonie oplatały moją szyję, moje spoczywały na jej talii. Śmiałyśmy się, tańcząc coraz bliżej, jakby muzyka była tylko tłem dla naszych spojrzeń. Odwracałyśmy się też tyłem do siebie, zsynchronizowane, a jednak pełne drobnych podrażnień. Jej biodra muskające moje, jej dłoń przesuwająca się po moim ramieniu, moja odpowiedź w lekkim dotyku, niby przypadkowym. Tłum wokół nas falował, a ja miałam wrażenie, że w tym tańcu powoli oplatamy się sobą, jakbyśmy rysowały niewidzialny krąg, do którego nikt inny nie miał dostępu. To była zabawa, ale też coś więcej. Gra wstępna w rytmie basów i świateł, która rozpalała nasze zmysły. Czułam, jak atmosfera zagęszczała się między nami, jak śmiech mieszał się z pragnieniem. Widziałam w jej oczach błysk, ten sam, który od lat doprowadzał mnie do szaleństwa i wiedziałam, że ta noc nie skończy się na tańcu.
    Jeszcze kilka chwil pozwalałyśmy ciałom tańczyć za nas. Asia przylgnęła do mnie, jej biodra zataczały kręgi w rytm muzyki, a ja w odpowiedzi oplatałam ją ramionami, jakbyśmy obie chciały zatrzymać czas. Światła reflektorów rysowały na jej twarzy blask i cień, sprawiając, że wyglądała jak bohaterka snu. Moje dłonie błądziły po jej plecach, jej palce zahaczały o moje włosy, a nasze spojrzenia rozpalały bardziej niż sam taniec. Byłyśmy jak dwie fale wciągnięte w ten sam prąd i nagle stało się jasne, że muzyka i tłum nie wystarczą, że nie możemy już czekać.

    Wymknęłyśmy się z roztańczonego molo niemal bez słowa, prowadzone niewidzialną nicią napięcia. Przeszłyśmy przez nadmorską promenadę, a potem znalazłyśmy ustronny zakątek parku, skryty w półmroku drzew i odgłosów nocy. Powietrze było ciepłe, pachniało solą i lipą, a serca biły nam szybciej niż basy, które wciąż dochodziły z oddali. Tam zatrzymałyśmy się, jakby już nie było dokąd uciekać przed tym, co w nas płonęło. Jej usta odnalazły moje łapczywe, rozpalone, jakby od dawna wiedziały, że ta chwila przyjdzie. Oplotłyśmy się ramionami, nasze ciała szukały siebie w ciasnym uścisku, w pocałunkach, w oddechach gubionych wśród liści. Byłyśmy spragnione dotyku, bliskości, tego, by zatrzeć granicę między „ja” i „ty”. Nie czekałyśmy na apartament, bo pragnienie nie znało cierpliwości. Noc, park i nasze serca były wszystkim, czego potrzebowałyśmy, by zacząć dawać upust emocjom, które rosły w nas od pierwszego taktu muzyki.

    Asia przyparła mnie plecami do chłodnego pnia drzewa. Czułam, jak jego szorstkość kontrastuje z miękkością jej ciała wtulonego we mnie. Nasze usta spotkały się w pocałunku, który już nie znał umiaru łapczywy, głodny, przerywany westchnieniami. Objęłam ją mocno, a moje ciało samo odnalazło odpowiedź. Uniosłam udo, oplatając nią delikatnie, jakby chciałam jeszcze bardziej wtopić się w jej bliskość. Jej dłoń od razu spoczęła na moim udzie, zatrzymując ten gest, przyciągając mnie do siebie jeszcze silniej. Napięcie narastało jak fala, której nic nie mogło zatrzymać. Każdy ruch, każdy dotyk dodawał żaru. Czułam, jak jej oddech miesza się z moim, jak nasze serca biły w jednym rytmie szybciej, mocniej, tak, że świat wokół zdawał się znikać. Jej usta zaczęły wędrować w dół mojej szyi najpierw nieśmiało, potem coraz śmielej, zmysłowo, z czułością, która paliła mocniej niż ogień. W pewnej chwili poczułam, jak delikatnie podciągała moją bluzkę, a chłodne powietrze dotknęło nagiej skóry. Piersi, uwolnione spod materiału, uniosły się w rytmie coraz głębszych oddechów. Asia musnęła je ustami z taką elegancką zachłannością, że aż wstrzymałam oddech. Jej język pieścił mnie powoli, uważnie, jakby chciała zapamiętać każdy milimetr skóry, każdą reakcję. W głowie kotłowały się myśli.  Co jeśli ktoś przechodzi? Co jeśli nas zobaczą? Zaraz potem przyszła inna: niech zobaczą. Niech zobaczą i zazdroszczą. Zazdroszczą tego, że można kochać tak namiętnie, tak prawdziwie, tak bez reszty.

    Zamknęłam oczy, oddając się całkowicie tym pieszczotom. Wszystko inne przestało istnieć. Liczyła się tylko ona, jej dłonie, jej usta, jej oddech i to, jak potrafiła rozpalić mnie do granic.
    Nasze usta spotkały się ponownie, łapczywie, zachłannie, a zarazem z tą miękkością, która sprawiała, że każda chwila smakowała jak obietnica. Jej język igrał z moim, splatał się i cofał, by znów wrócić. Czułam, jak drżałam w tym pocałunku, jak gubiłam oddech. Wtedy jej dłoń powędrowała niżej pewna, spragniona. Wsunęła się pod brzeg spódniczki, musnęła materiał rajstop, by zaraz potem odszukać miejsce, które drżało już od samego jej spojrzenia. Czułam dotyk na dziurze w kroku odsłaniający kobiecość, tak bliski, że przeszył mnie dreszczem od karku po same palce stóp. Jęknęłam cicho, wplatając palce w jej włosy, jakby to był jedyny sposób, by utrzymać równowagę. Świat wokół przestał istnieć, został tylko rytm naszych oddechów, bicie serca i to, jak umiała mnie odnaleźć tam, gdzie pragnienie było już granicą bólu i rozkoszy. Jej dłoń zaczęła zataczać powolne, koliste kręgi najpierw ostrożnie, niemal drażniąc, jakby badała granice mojej cierpliwości. Każdy ruch rozchodził się we mnie falą gorąca, coraz bardziej nieznośną i upragnioną jednocześnie. Czułam, jak moje biodra same odpowiadały na ten rytm, jak wplątywałam w nią całą sobą od oddechu, przez drżenie ud, po spojrzenie, którym błagałam o jeszcze. Zatrzymała usta na moich, a jej palce nagle odnalazły drogę głębiej. Powietrze wyrwało mi się z piersi w urwanym westchnieniu krótkim, nieposłusznym. Oplotłam ją mocniej, jakbym tylko w niej znajdowała oparcie, a zarazem jakbym bała się, że odsunie się, choć na chwilę.
    Ruchy jej dłoni stały się zdecydowane, śmielsze, ale wciąż pełne tej zmysłowej uważności, która doprowadzała mnie do szaleństwa. Nie mogłam już ukrywać, jak moje ciało odpowiadało, kołysało się w rytm jej pieszczot, coraz szybciej, coraz bardziej bezwstydnie z naturalną, bezwiedną harmonią, jakbyśmy obie tańczyły w takt melodii, którą znały tylko nasze serca. Świat rozmazał się wokół, a jedyną rzeczywistością była ona, jej dotyk, jej zapach, jej oddech na mojej szyi. Kulminacja przyszła nieuchronnie, jak fala, której nie da się zatrzymać. Joasia poruszała dłonią coraz szybciej, a moje ciało poddawało się jej rytmowi, szukając z nią jedności w każdym drgnieniu. Nasze czoła stykały się, oddechy plątały, a usta znajdowały się w pocałunkach, by zaraz rozdzielić się w niemym uniesieniu, by spojrzeć sobie w oczy. Moje usta rozwierały się w niemych westchnieniach, z których wydobywały się ciche krótkie, urwane jęki pomimo prób tłumienia, czasem zagryzałam wargę, by nie oddać się głośnemu krzykowi rozkoszy, aż wreszcie błoga fala ogarnęła mnie całą, przechodząc przez każdy nerw, każdy mięsień, aż po czubki palców. Skurcz, przeciągłe drżenie, ekstaza seria rozkosznych wstrząsów, w których zatraciłam oddech, a świat zniknął, zostawiając tylko nas, splecione w nocnym półmroku. Kulminacja w tym ukrytym zakątku przyszła jak burza nad spokojnym morzem nagle i nieodwołalnie.  Napięcie rosło, rozlewało się falami, aż wreszcie objęło całe moje ciało. Najpierw pojedynczy skurcz, potem następny, a za nimi cała seria drżeń, które niczym błyskawice rozświetlały mój świat od środka. Ekstaza przyszła przeciągle i słodko, pozbawiając mnie tchu jakby nagle zniknęła ziemia pod nogami, a ja zawisłam w błogim bezczasie, trzymając się jedynie ramion Joasi. Każdy wstrząs niósł ze sobą ciepło, które rozchodziło się wzdłuż kręgosłupa i aż po koniuszki palców, zostawiając mnie rozedrganą, ale szczęśliwie bezpieczną w jej objęciach.

    Jeszcze drżałam w ramionach Asi, gdy jej czułe pocałunki koiły mnie niczym delikatne fale, które po sztormie wracają do spokojnego brzegu. Oddychałyśmy w tym samym rytmie, szeptałyśmy urywki słów, które bardziej przypominały westchnienia niż zdania, a jednak niosły w sobie wszystko, co trzeba czułość, wdzięczność, bliskość.

    Po chwili poczułam w sobie narastającą potrzebę odwzajemnienia, oddania jej tej samej rozkoszy, którą przed chwilą ofiarowała mi. Płynnie, niemal instynktownie, obróciłam ją tak, że plecami oparła się o chropowatą korę drzewa. Jej spojrzenie zatrzymało się na mnie z lekkim zaskoczeniem, a zaraz potem z roziskrzoną zgodą.
    Podciągnęłam delikatnie materiał jej spódniczki, pozwalając, by miękko uniosła się ku górze, odsłaniając kształtne pośladki otulone cienką koronką. Moje dłonie z namysłem, powoli, muskały jej krągłości. Najpierw zaledwie głaskały skórę opuszkami, potem odważniej zataczały leniwe kręgi, jakby badały jej linię od nowa. Pochyliłam się ku niej, by objąć wargami jej szyję, obsypać ją pocałunkami od delikatnych, prawie niewinnych, po bardziej zachłanne, które zostawiały po sobie ciepły ślad. Asia westchnęła, a jej ciało lekko się napięło, jakby zapraszało mnie dalej.
    Kiedy obróciłam ją ku drzewu i uniosłam materiał jej spódniczki, poczułam dreszcz ekscytacji, jakby właśnie spełniała się moja od dawna skrywana fantazja. Jej pośladki, odsłonięte i tak bliskie, kusiły mnie miękkością, a zarazem obietnicą czegoś więcej. Moje dłonie pogładziły je powoli, czułym, ale pewnym gestem, a usta odnalazły jej szyję, by zostawić na niej pocałunki pełne namiętnego głodu. Nie mogłam już dłużej czekać. Z drżeniem, a zarazem stanowczością odsunęłam materiał jej stringów. To był moment tak intymny, że aż poczułam zawrót głowy,  jakbym uchylała drzwi do jej najskrytszego ogrodu. Kiedy wsunęłam palce w rozpalone wnętrze Ali, poczułam, jak cała zadrżała. Jej syk, ten krótki, urywany oddech, był dla mnie nagrodą i obietnicą zarazem. Czułam, że odpowiadała na każdy mój ruch, że jej biodra same odnajdywały rytm moich palców, a ja pragnęłam jedynie, by traciła oddech dla mnie, by drżała w moich ramionach i oddawała się tej chwili bez reszty. Jej ciepło, wilgoć i pulsująca rozkosz wypełniały moje palce, a ja miałam wrażenie, że jesteśmy splecione w jedną, drgającą melodię ciał. Objęłam ją mocniej, czując, jak jej ciało poddawało się penetracji  moim pragnieniom. Usta znalazły drogę do jej szyi, pieściły każdy fragment skóry między włosami a obojczykiem, a ja co chwilę przerywałam pocałunki szeptem, który płynął z najgłębszej tęsknoty:
    – Pragnę cię… jesteś cudowna, skarbie…
    Słowa stapiały się z jej przyspieszonym oddechem, z cichymi jękami, które rozsadzały ciszę parku niczym drobne iskry. Moje palce, wsunięte w nią głęboko, poruszały się w rytmie, który nadawało jej ciało falującym, rozpalonym, wijącym się w moich ramionach. Każdy jej ruch biodrami, każde westchnienie było dla mnie jak muzyka, której nie chciałam nigdy przestać słuchać. Czułam, jak powoli zatracała się w tym, jak coraz mocniej napinała mięśnie, jak przyspieszała, jak całe jej ciało poddawało się narastającej ekstazie. Przywarłam do jej ucha, muskając płatek językiem, szepcząc drżącym głosem:
    – Daj mi wszystko… oddaj się…
    Moje palce nabrały intensywności, sunąc szybciej, głębiej, w pełnym oddaniu, aż jej biodra zaczęły drżeć w rytmie nie do zatrzymania. Asia jęknęła głośniej, zaparła się o drzewo, a ja poczułam, jak jej wnętrze pulsowało i zaciskało się na mnie spazmatycznie. Była jak fala, która ogarnia i porywa i wiedziałam, że nic jej teraz nie zatrzyma.
    Obróciła głowę gwałtownie, szukając moich ust, i znalazła je w pocałunku, w którym mieszał się smak jej ekstazy z moją tęsknotą. Jej oddech rwał się między słowami, a mimo to wyszeptała, niemal rozkazując:
    – Kocham cię taką…
    Poczułam, jak kolana uginają się pode mną od siły tego wyznania. Odpowiedziałam pocałunkiem, a potem, z roziskrzonym spojrzeniem, pozwoliłam sobie na figlarny szept:
    – Taką? A jaką jeszcze chciałabyś mnie mieć, hmm?
    Jej oczy pobłyszczały, a ja wiedziałam, że ta gra, spleciona ze szczerością i namiętnością, dopiero się zaczynała.

    Poprawiłyśmy spódniczki i topy, niby odzyskując pozory, ale wystarczyło spojrzeć na nasze dłonie splecione mocno, jakbyśmy bały się, choć na chwilę puścić. Wracałyśmy do apartamentu w milczeniu, niosąc w sobie drżące echo tego, co wydarzyło się pod drzewami. Czułam, jak w nas obydwu wciąż buzowało pragnienie, niedokończone, głodne, łakome dalszego ciągu.
    Ledwie drzwi za nami się zatrzasnęły, Asia odwróciła mnie ku sobie, i nasze usta zderzyły się w zachłannym pocałunku. Plecy znalazły się przy ścianie, a jej ciało naparło na moje, jakby chciała we mnie wniknąć całym ciężarem i oddechem. Pocałunki były szybkie, niespokojne, urywane raz jej wargi na moich, raz moje na jej szyi, raz wplątane w kąciki ust, jakbyśmy nie mogły zdecydować, co smakuje bardziej. Potem, w grze sił i oddania, to ja obróciłam ją w stronę ściany. Zaskoczone westchnienie Asi rozbrzmiało w moich ustach, gdy na moment straciła równowagę i zaraz odnalazła ją znów w moich ramionach, w pocałunku, w którym nie było już granicy między nami i tak przesuwałyśmy się w głąb apartamentu raz ona przyciskała mnie do chłodnej powierzchni, raz ja ją, a nasze pocałunki nie gasły ani na ułamek sekundy. Dłonie stały się tak namiętne jak usta, błądziły po szyi, po talii, wsuwały się we włosy, rozplatając loki i przyciągając nas do siebie jeszcze mocniej. Materiał bluzek, kurtek ustępował zgrabnym, choć pospiesznym ruchom, jakby ubrania były tylko niepotrzebną przeszkodą w drodze do nagiej bliskości. Wkrótce obie zostałyśmy już tylko w spódniczkach i butach. Asia w złoto-panterkowych sandałkach na wysokiej szpilce, ja w czarnych, sznurowanych kozakach sięgających połowy łydki i w cienkich rajstopach. Nasze odbicia w lustrze przy wejściu wyglądały jak dwie bohaterki uwikłane w taniec namiętności. Splątane włosy, rozchylone usta, spojrzenia tak rozpalone, że aż trudno było uwierzyć, iż to wszystko dzieje się naprawdę.
    Między kolejnymi pocałunkami przemykały szeptem słowa, które miały w sobie ciężar i lekkość zarazem wyznania miłości, drżące wyznania pragnienia. „Tak bardzo cię pragnę” – szeptała raz ona, raz ja, a każde z tych zdań stapiało się z namiętnością, którą mówiły nasze ciała. Był moment, gdy czas jakby się zatrzymał. To wtedy, gdy znalazłam się przyparta do ściany, a moje uda otulone były jej bliskością. Wsunęłam swoje udo między nogi Asi, poczułam, jak jej ciało natychmiast odpowiedziało, jak zaczęła ocierać się o mnie, jak oddech wyrwał się z niej gwałtowniejszy, przerywany westchnieniami. Każdy jej ruch napędzał mnie, a ja ją. Nakręcałyśmy się wzajemnie, jakbyśmy istniały tylko w tym jednym rytmie.
    Potem znowu wir obrotów dwa, trzy kroki, które przenosiły nas głębiej w apartament. Raz ona mnie, raz ja ją, a nasze usta nie znały już umiaru. Raz wgryzały się zachłannie w siebie nawzajem, raz błądziły po szyi, po obojczykach, po kształcie piersi wyczuwanym pod cienkim materiałem. Dłonie wtórowały pocałunkom niespokojne, łapczywe, pragnące dotknąć każdej cząstki, jakby chciały zapamiętać kształt skóry na zawsze.
    Świat się wycofał. Byłyśmy tylko my nasze oddechy, nasze pocałunki, nasze szeptane „kocham cię” w przerwach, które same w sobie stawały się muzyką tej chwili. Każdy gest, każde drżenie dłoni i ust mówiło to samo: że istniejemy tylko dla siebie, w tej pasji, która była równie mocna jak miłość. Prowadziłyśmy się spojrzeniami i oddechem, aż wreszcie Asia ustąpiła mojemu pchnięciu. Z gracją ułożyła się na lśniącym drewnianym stole, jakby czekała właśnie tam dla mnie, tylko dla mnie. Pochyliłam się nad nią, nasze usta natychmiast złączyły się w pocałunku, dzikim i łapczywym, a jednak pełnym czułości. Nie chciałam jej wypuścić ani na chwilę. Obejmowałyśmy się nawzajem. Jej ramiona oplatały mnie z siłą, której nie spodziewałam się w tak kruchej chwili, a moje dłonie szalały po jej ciele, gubiąc się w krzywiznach, które znałam już niemal na pamięć, a mimo to odkrywałam je na nowo. Poczułam, jak jej nogi oplatają mnie, zamykając w kręgu, z którego nie było wyjścia, ani ja nie chciałam się wydostać, ani ona pozwolić mi odejść. Moje palce wplątały się w jej włosy, delikatnie przyciągając ją ku sobie. Z pozycji leżącej podniosłam ją, prowadząc do siedzącej, tak, by nasze usta mogły spotkać się jeszcze raz, jeszcze mocniej, jakby bez końca. Całowałam ją łapczywie, zachłannie, a jednak z czułością, która mówiła więcej niż wszystkie słowa. Z ust zsuwałam się na szyję, zostawiając na niej ścieżkę pocałunków, które paliły niczym iskry. Wracałam, co chwila do jej ust, jakby były źródłem, bez którego nie mogłam oddychać. Potem znów szyja, obojczyki, aż wreszcie jej piersi kuszące, poddane moim pocałunkom, ale tylko na moment, bo z każdym westchnieniem Asi pragnęłam wracać z powrotem do jej ust, do źródła naszego wspólnego oddechu. Byłyśmy jak żywioły splecione ze sobą namiętność i czułość, pragnienie i miłość, każde z nich pulsowało w naszych ruchach i pocałunkach, w objęciach, które mówiły jedno: teraz już nic nas nie zatrzyma. Czułam, jak temperatura rosła między nami z każdą sekundą. Nasze oddechy przyspieszały, mieszały się w półszeptach i westchnieniach, a moje usta wędrowały coraz niżej, odnajdując drogę do jej piersi. Pieściłam je najpierw delikatnie, potem z większą pasją, obejmując wargami ich napięte czubki, muskając językiem brodawki i sutki naprzemiennie, jakby chciałam zapamiętać ich smak i drżenie na zawsze. Patrzyłam na nią w tych chwilach na jej twarz rozświetloną uniesieniem, na oczy przymknięte z rozkoszy. Widziałam, jak oddycha coraz szybciej, jak jej ciało reaguje na każdy mój ruch, a jej dłonie wplątują się w moje włosy, przyciągając mnie mocniej, zatrzymując przy sobie. Była w tym zachłanność i czułość zarazem, tak, jakby chciała, bym nigdy nie przestawała. Trwało to długo, aż wreszcie pozwoliłam sobie wrócić wyżej, do jej ust. Nasze pocałunki były gorące, łapczywe, a jednak pełne miłości, jakbyśmy dzieliły jedno serce i jedno tętno. Przytuliłam ją mocno do siebie, oplatając ramionami, a ona odwzajemniała gest tak, że trudno było już rozpoznać, gdzie kończę się ja, a zaczyna ona.

    Nasze usta błądziły, ale też ramiona i szyje znalazły się pod deszczem pocałunków. Całowałyśmy się wszędzie, obejmując w tym ognistym splocie, jakbyśmy chciały stopić się w jedno. Żar w nas płonął coraz mocniej, niosąc obietnicę spełnienia, lecz wciąż pozwalałyśmy mu trwać, napawać się jego ciepłem, podsycać go powoli, cierpliwie, jakbyśmy bały się, że zgaśnie zbyt prędko. Odsunęłyśmy się na moment, jakby po to, by uchwycić w spojrzeniu to, czego same w sobie nie mogłyśmy wypowiedzieć słowami. Patrzyłyśmy sobie w oczy z uśmiechem, a jednak i z tym niegasnącym ogniem, który w nas płonął. Widziałam, jak Asia wyciągała do mnie dłonie i obejmowała moje piersi. Pieściła je miękkimi ruchami, czasem mocniej, czasem tylko muskała, jakby chciała upewnić się, że naprawdę należę do niej. Zadrżałam pod jej dotykiem, a po chwili, nie powstrzymując się już, oparłam na niej całe swoje ciało. Powoli, z ogniem pocałunków i ciężarem oddechu, położyłam ją ponownie na gładkim, chłodnym drewnie stołu. Trzymałam jej twarz w dłoniach, całując zachłannie, tak, że drżała w moich ramionach.
    Moje usta błądziły niżej, znaczyły jej szyję, potem zatrzymywały się przy piersiach. Musnęłam językiem ich napięte czubki, zostając tam dłużej, by napięcie w nas urosło jeszcze mocniej. Jej ciało odpowiadało każdym westchnieniem, a ja czułam, jak cała oddaje się moim pocałunkom.
    Z gracją pozwoliłam językowi sunąć dalej, coraz niżej, przez linię jej brzucha, muskając pępek, a przy tym ani na chwilę nie tracąc kontaktu wzrokowego. Spoglądałyśmy na siebie nieprzerwanie, jakby te spojrzenia były drugą warstwą pieszczoty, tak samo ważną jak dotyk. W jej oczach widziałam błysk mieszaninę czułości, oczekiwania i rozkosznego drżenia, które z każdym moim ruchem stawało się silniejsze.
    Z namaszczeniem przejechałam ustami i dłonią po materiale jej cieniutkich stringów, czując, jak rozgrzane ciało Asi odpowiada na każdy mój gest. Jej biodra uniosły się lekko, a spojrzenie, które posłała mi z góry, przebiło mnie na wskroś – pełne oczekiwania, pełne miłości. Uśmiechnęłam się, pozwalając jej opaść z powrotem na stół, a potem powoli uniosłam jej nogi, delikatnie rozchylając i zsuwając z niej ten niepotrzebny już materiał. Spódniczka dołączyła do bielizny, a jej nagie piękno rozkwitło przede mną bez żadnych przesłon.
    Zanim jednak oddałam się całkowicie pokusie, schyliłam się, by ucałować jej skrzyżowane stopy, muskając pocałunkami także błyszczące złoto-panterkowe szpilki, jakby chciałam uhonorować tę chwilę i jej kobiecość. Potem, unosząc się ponownie, zachłannie pochwyciłam jej usta, wlewając w ten pocałunek całą narastającą we mnie żarliwość. Po chwili zeszłam znów niżej, znacząc pocałunkami drogę przez jej brzuch aż po sam skarb, który czekał na mnie w całej swojej rozświetlonej, wilgotnej krasie. Zatrzymałam się tam, całując z oddaniem, jakby każdy ruch języka był wyznaniem miłości. Asia westchnęła głęboko, jej ciało uniosło się, a dłonie odnalazły moje. Splotłyśmy palce mocno, jakbyśmy obie potrzebowały tego zakotwiczenia. Ona, by dać się ponieść rozkoszy, ja, by czuć jej bliskość nawet wtedy, gdy całym sobą skupiałam się na tym, by podarować jej ekstazę. Jej drżenie, jej oddechy, jej ciche jęki były dla mnie najpiękniejszą muzyką, a ja pieściłam ją ustami z oddaniem, coraz głębiej, coraz bardziej, aż jej ciało zaczęło odpowiadać falą słodkiego napięcia. Mój język wirował na jej kobiecości, w jej wnętrzu z czułością i namiętnością, delektując się jej smakiem niczym boską ambrozją. Palce Asi splecione z moimi raz po raz mocniej się zaciskały, jakby chciała utrzymać mnie jeszcze bliżej siebie, jakby to splecenie dłoni było mostem między jej drżeniem a moim oddaniem. Z jej rozwartych ust wydobywały się oddechy coraz krótsze, głębsze, ubarwione cichymi jękami, które sprawiały, że czułam się częścią jej rozkoszy. Prowadziłam nasze splecione dłonie ku jej piersiom, obejmując je razem, jakbyśmy obie w tym geście dzieliły i radość, i pragnienie.
    Czas płynął, a ja chłonęłam każdy dreszcz, każde napięcie przechodzące przez jej ciało. Kiedy wreszcie uniosłam się, przerywając pieszczotę, to tylko po to, by zawisnąć nad nią w zachłannym pocałunku. Asia uniosła się ku mnie, spragniona moich ust, a jej spojrzenie błagało, bym jej nie opuszczała. Nie mogłam pozwolić, by ten ogień w niej przygasł. Zamiast ust i języka ofiarowałam jej teraz coś innego. Delikatnie wsunęłam wewnątrz niej dwa palce, czując od razu gorące, wilgotne przyjęcie jej ciała. Asia w odpowiedzi wbiła wzrok w moje oczy i lekko przygryzła moją dolną wargę, tak jakby chciała zetrzeć granicę między bólem a rozkoszą, między nami dwiema. Jej ciało drżało w moich ramionach, a ja czułam, że stajemy się jednym rytmem. Oddechy Asi, moje ruchy, nasze splecione dłonie i pocałunki, które co chwila powracały jak zaklęcia. Asia otulała mnie ramionami, jakby pragnęła zatrzymać mnie przy sobie na zawsze. Jej dłoń raz wsuwała się w moje włosy, raz obejmowała szyję, druga zaś delikatnie mnie podpierała, jakby chciała dać mi siebie całą i jednocześnie znaleźć w mojej obecności oparcie. Moje palce poruszały się w niej najpierw powoli, badawczo, jakby chciały nauczyć się rytmu jej oddechów i falowania bioder. Potem przyspieszały, to znów zwalniały, aż w końcu odnalazły jeden, coraz mocniejszy, jednostajny takt. Jej ciało odpowiadało oddechem, coraz szybszym, coraz płytszym, a biodra kołysały się jak w tańcu, który prowadziłam ja, lecz w istocie tworzyłyśmy go wspólnie. Całowałam jej usta, szyję, piersi, a kiedy rytm przybrał na sile, oparłam czoło o jej czoło, by patrzeć w jej oczy i czuć każdą drżącą nutę jej rozkoszy. Jej wargi rozwierały się, wydając z siebie jęki coraz bardziej namiętne, coraz bardziej intensywne. Sama również otwierałam usta, pijąc jej oddechy, czując jak nasze podniecenie stapia się w jedną, błogą falę. Wiedziałam, że jest blisko. Przyspieszyłam, pozwalając, by dreszcz narastał w jej wnętrz, aż nagle jej ciało zadrżało w przeciągłym jęku, uda zacisnęły się na mojej ręce, a jej wnętrze objęło moje palce gwałtownie, jakby pragnęło zatrzymać je w sobie. Rozkosz przetoczyła się przez nią falą, której byłam świadkiem i uczestniczką.

    Pocałowałam ją wtedy kojąco i czule, pozwalając, by napięcie odpłynęło z niej powoli, jak morze cofające się po sztormie. Jej ciało drżało jeszcze delikatnie, a ja tuliłam ją mocno, wdzięczna, że mogłam być tą, która dała jej tę chwilę.
    Między pocałunkami szeptałam do niej drżącym głosem:
    – Kocham cię… jesteś taka piękna, kiedy się oddajesz…
    Joasia odpowiadała natychmiast, z uśmiechem, który miał w sobie zarówno czułość, jak i ogień:
    – A ja kocham ciebie.
    Nasze usta znów spotykały się w krótkich, łapczywych pocałunkach, które raz były delikatne, raz pełne zachłannej tęsknoty. Patrzyłyśmy sobie w oczy, jakby każda chciała upewnić się, że ta druga wciąż tam jest, że płonie tak samo.
    W pewnym momencie Asia uniosła się i z gracją zsunęła ze mnie spódniczkę. Zostałam przed nią jedynie w kozakach na szpilkach, sznurowanych wysoko na łydkach, i w cienkich rajstopach z subtelnym wycięciem, wybranych na takie właśnie chwile, które miały być jednocześnie grą i wyznaniem. Czułam, jak jej spojrzenie obejmowało mnie całą, a każdy centymetr mojej skóry drżał pod tym spojrzeniem bardziej niż pod dotykiem. Wymieniałyśmy uśmiechy, pocałunki, westchnienia, aż w końcu wspięłam się na stół i przysiadłam nad jej twarzą, odwrócona tyłem, tak, że mogłam czuć jej obecność całą sobą. Asia położyła się pod moim ciężarem z lekkością, jakby czekała na ten moment od zawsze. Wiedziałam, że chce mi się odwdzięczyć… lecz nie była to powinność, a pragnienie, czysta potrzeba serca i ciała, bo jej miłość do mnie miała smak oddania i namiętności jednocześnie. Kiedy jej dłonie objęły moje uda, a usta zaczęły pieścić moje najbardziej wrażliwe miejsce przez cienką barierę rajstop, poczułam, że oddawałam się jej bez reszty, w pełnym zaufaniu, w pełnym pragnieniu. Język Asi sunął najpierw powoli, jakby rysował po mnie aksamitne ścieżki, a potem zataczał wiry pełne pasji, smakując mnie z oddaniem. Jej usta i ruchy były jak modlitwa, szczere, skupione, bez reszty poświęcone mojej rozkoszy. Czułam, jak każde jej muśnięcie rozpalała mnie mocniej, jakby ogień w moim wnętrzu wzrastał z każdą sekundą. Pochyliłam się nad jej udami, pragnąc odwzajemnić, choć odrobinę tej czułości. Składałam pocałunki na jej delikatnej skórze, na łukach bioder i wrażliwych miejscach, czując jak drżała pod moim dotykiem, ale to, co czyniła jej usta i język, było jak fala, która unosiła mnie coraz wyżej, aż traciłam dech. Moje ciało falowało w rytmie jej pieszczoty, oddech rwał się coraz krótszy, bardziej urywany. Dłonie zaciskałam na jej udach, jakby szukały oparcia przed tą błogą siłą, która narastała we mnie nieubłaganie. Z moich ust wyrywały się ciche, melodyjne jęki. Drżące, coraz mniej kontrolowane, przypominające muzykę, którą potrafi stworzyć tylko rozkosz. Byłam w niej cała, w jej oddaniu, w jej pasji, w tym, że chciała sprawić, bym rozpłynęła się w ekstazie.
    Fala kulminacyjnego spełnienia wciąż pulsowała w moim ciele, aż w końcu opadłam głową na udach Asi, czując ciepło jej skóry i przyjemny ciężar jej bliskości. Oddech powoli się unormował, a powietrze wokół nas pachniało tym, co tylko mogło powstać, gdy dwie kobiety spotykają się w absolutnej intymności. Po chwili odwróciłam się, kładąc nogę na jej udzie, i uśmiechnęłyśmy się do siebie uśmiechy, które mówiły wszystko bez słów.

    – Wiesz… – szepnęłam, głosem jeszcze miękkim od niedawnej rozkoszy – chyba mogłabym spędzić tak cały dzień… leżeć tu i patrzeć na ciebie.
    Asia uśmiechnęła się figlarnie, ocierając czoło o moje policzki.
    – Ach, naprawdę? – mruknęła. – A ja mogłabym nie ruszać się wcale, tylko słuchać twoich westchnień i udawać, że mam cierpliwość, żeby to wytrzymać.
    Obie wybuchłyśmy cichym, czułym śmiechem, który mieszał się z napięciem naszych ciał. Przeciągnęłam palcami po jej plecach, pozwalając moim dłoniom tańczyć po jej skórze niczym delikatny wietrzyk.
    – Kocham cię… – wyszeptałam, zerkając z lekkim przymrużeniem oka. – Nawet, gdy jesteś najbardziej figlarną diablicą pod słońcem.
    – A ja kocham ciebie… – odpowiedziała Asia, uśmiechając się figlarnie – nawet, gdy jesteś wulkanem, który w każdej chwili może wybuchnąć.
    Nasze pocałunki powoli mieszały się z dotykami, miękkie, a jednocześnie pełne ognia. Leżałyśmy razem, splecione w sposób naturalny, jakby nasze ciała znały każdy rytm drugiego. Wokół nas świat zdawał się zatrzymać. Liczył się tylko oddech, dotyk, uśmiech i lekki, figlarny śmiech, który uciekał z naszych ust.
    – Wiesz… mogłabym się przyzwyczaić – mruknęłam, przysuwając się bliżej. – Do takich chwil… i do ciebie.
    Asia uniosła brew w figlarnym geście.
    – Uważaj, bo jak się przyzwyczaisz… – powiedziała – mogę cię łatwo odzwyczaić… albo przyzwyczaić jeszcze mocniej.
    Znowu wybuchłyśmy cichym śmiechem, a potem zatopiłam się w jej czułych pocałunkach. Pozwoliłam, by nasze ciała i serca mówiły za słowa w tej długiej, spokojnej, namiętnej chwili, pełnej bliskości, śmiechu i subtelnego, figlarnego ciepła.

    Wieczór powoli chylił się ku końcowi. Po wspólnym prysznicu, pachnącym ciepłą wodą i zapachem jej skóry, wróciłyśmy do sypialni, gdzie każdy gest był pełen czułości. Leżałyśmy nagie, splecione w miękkim świetle lampki, wymieniając się pocałunkami i lekkimi pieszczotami, aż sen powoli nas ogarnął. Znalazłyśmy ukojenie w objęciach, ja za Asią, ona przy mnie układając się na łyżeczkę, w bezpiecznej bliskości, która mówiła wszystko bez słów.

    Kolejne dni przynosiły słońce, czasem przerywane wiatrem lub gorącymi promieniami, które ocieplały nasze wspólne chwile. Spacerowałyśmy ramię w ramię, rozmawiając o wszystkim i niczym, wylegiwałyśmy się na plaży, dając się unosić lekkiej bryzie i ciepłu piasku. W naszych spojrzeniach i dotykach kryła się nieustanna czułość, drobne gesty, które były świadectwem miłości, którą nosiłyśmy w sobie nawzajem. Myśli moje nieustannie krążyły wokół Asi, mojej nauczycielki sprzed lat, a teraz ukochanej, osoby, z którą pragnęłam dzielić każdą chwilę. Każdy uśmiech, każda delikatna pieszczota potwierdzały, jak szczęśliwa byłam, mając ją przy sobie. Nie było potrzeby słów, nasza bliskość, śmiech i czułe dotknięcia mówiły więcej niż jakiekolwiek wyznania. Wieczory spędzałyśmy tak, jak pierwszy w objęciach, w subtelnych pocałunkach, w czułości i intymności, która była zarówno delikatna, jak i pełna namiętności. Świat przed nami wydawał się otwarty, a my cieszyłyśmy się każdą chwilą, każdym gestem, każdym uśmiechem. To były dni pełne słońca, wiatru, śmiechu i miłości, które pozostawiały w sercach ciepło i poczucie absolutnej bliskości.

    Ostatni wieczór przybywał niepostrzeżenie, ale niósł w sobie spokój i ciepło, które gromadziłyśmy przez cały tydzień. Siedziałyśmy razem na tarasie, wpatrując się w zachód słońca, którego złote promienie igrały na naszych twarzach. Asia uśmiechała się do mnie, a ja czułam, jak serce wypełnia miłość tak głęboka, że słowa stają się zbędne. Wystarczył dotyk dłoni, splecenie palców, lekki uścisk, wszystko to mówiło więcej niż jakiekolwiek wyznanie.
    Wspomnienia tych dni, spacerów po plaży, ciepła słońca na skórze, powiewu wiatru w włosach, przeplatały się z chwilami uniesień i czułości. Każdy gest Asi, każdy jej śmiech, spojrzenie czy pocałunek wypełniały mnie radością i poczuciem spełnienia. Świat przed nami wydawał się otwarty, pełen możliwości, a ja wiedziałam, że z nią mogę dzielić każdą chwilę, każdą radość, każdą troskę.

    Gdy noc powoli otuliła niebo, wróciłyśmy do naszej sypialni, gdzie czekało nas ciepło pościeli i miękkość łóżka. Leżałyśmy wtulone w siebie, nasze ciała i dusze w pełnej harmonii, otulone ciszą, która była jednocześnie pełna życia. Pocałunki przeplatały się z czułymi gestami, a świat zewnętrzny przestał istnieć. Liczyłyśmy się tylko my dwie, nasze oddechy, nasze serca bijące w tym samym rytmie. Zasnęłyśmy w objęciach, na łyżeczkę, tak blisko siebie, że mogłam poczuć każdy oddech Asi i każdy jej drobny drgnięcie. Ten tydzień zostawił w nas coś więcej niż wspomnienia, zostawił poczucie, że miłość może być zarówno subtelna, jak i namiętna, pełna śmiechu i czułości, zwykłych spacerów i wielkich uniesień.

    Obudziłyśmy się kolejnego dnia, wiedząc, że choć wyjazd się kończy, to my nasze serca, nasze dusze pozostawałyśmy razem. Świat może być przed nami niepewny, ale w jej ramionach znalazłam gwarancję, której nie daje nic innego i w tej pewności kryła się cała magia tygodnia, ciepło słońca, szum fal, wiatr we włosach i miłość, która nie potrzebuje słów, bo jest obecna w każdym geście, każdym spojrzeniu, każdym uśmiechu.

     

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    Iva Lions
  • Edukacja z ciocia 20.

    Edukacja z ciocią 20.

    Obudziłem się koło 11-ej. Krystyny nie było w łóżku. Poszedłem do łazienki. Wziąłem prysznic. Założyłem bokserki i koszulkę. Zszedłem na dół do kuchni. Drzwi werandy były otwarte. Krystyna siedziała na tarasie i jadła śniadanie żywiołowo rozmawiając przez telefon. Skinęła ręką z uśmiechem zapraszając mnie gestem.

    -”Poczekaj kochana…” rzuciła do telefonu…

    -”Chodź kochany, zjedz coś, zrób sobie tylko herbaty…”

    -”Nooo już jestem!” znowu wróciła do rozmowy…”No, ale to trzeba jakoś rozpisać, zaplanować…” mówiła do kogoś…”no tak…wiem…” chwilę słuchała…”no to u ciebie…” słuchała…”bo muszę do firmy czasem wpaść…nooo to…no tak kochana…to która będzie mogła…no tak, bo przecież urlopy…nie…nie ma problemu…coś ty…aha…jeszcze 2 tygodnie będzie?…no fajnie…nie skądże…jasne podjedziemy…”

    Nalałem sobie herbaty i zacząłem robić jakąś kanapkę. Ciotka skończyła rozmowę. Przyglądała mi się.

    -”Noooo jak? Zmęczony? Długo spałeś kochany!”

    -”Miałaś rację Krysiu! Chyba muszę odespać.”

    -”Noooo…” uśmiechała się cudownie…”Ale fajnie było?” spytała ciszej.

    -”Fantastycznie!” odparłem.

    -”Zadowolony ze swojej dziewczyny? Dobrze dała cipki?” przyglądała mi się.

    -”Jesteś niesamowita dupcia!” niemal wykrzyknąłem.

    -”Ciszej głuptasie! To ty sobie rewelacyjnie radzisz w łóżku!” szepnęła.

    -”I to nie tylko moja opinia jak wiesz! Mnie też było rozkosznie! Co chcesz dziś robić?…oprócz…”zawiesiła głos domyślnie…zaśmiała się.

    -”No to mam propozycję Krysiu!”

    -“Nooooo?…” uniosła brwi.

    -”W ramach odpoczynku to może bym ten garaż i piwnicę ogarnął co ci obiecałem. Bo coś mnie zajęło…”

    -”Noooo tak…byłeś ostatnio bardzo zajęty…Jasne kochanie! A ja mam też parę spraw do ogarnięcia. Muszę jutro podjechać do firmy…ale…coś ci zorganizuję na przetrwanie dnia”  puściła oczko.

    -”Fajnie! Dzięki!”

    -”Nie dziękuj jeszcze, bo nie wiesz, co cię czeka!” zaśmiała się.

    -”Nooo chyba nie koszenie trawy?!” roześmiałem się.

    Przytaknęła…”noooo raczej nie!” z uśmiechem.

    Weszła do domu i po chwili wróciła z laptopem. Usiadła przy stole i zajęła się swoją pracą. Ja dokończyłem śniadanie. Zadzwonił telefon.

    -“Ooooo siostra! Nooo witaj!”

    Szybko załapałem, że rozmowa dotyczy mnie…

    -“Noooo pomaga i dobrze się sprawuje…” puściła mi oko…”noooo tak…duża pomoc…no coś ty…” chwila ciszy…”i drzewo mi ułożył…trawę pięknie skosił…noooo….no tak…Marek co dzisiaj?” spytała…odpowiedziałem, że porządek w garażu…”nooo słyszałaś?…dziś garaż w planie…potem piwnica…nie siostra spoko…no tak…pokazałam mu trochę miasto i okolice…jasne…no wiadomo…a co u was?…aha…aha…coś ty?…nie ma czasu…pomaga mi…no nie wiem…nie ogląda się za dziewczynami…nie…dobrze się zgadzamy…” patrzyła mi w oczy…” nawet bardzo dobrze…” położyła palec na ustach…” nie…jest świetnie…no tak…absolutnie…jasne…” i tak nawijały chyba z pół godziny.

    -“Masz mamę…” Krystyna podała mi telefon…

    -”Nooo mamo?…” oczywiście przykazała mi być grzecznym, pomagać i nie sprawiać kłopotów…

    -”Staram się mamo!”

    Krystyna omal nie zakrztusiła się śmiechem.

    -”Daję ciocię!…” i dalej gadały.

    Gdy skończyły Krystyna zagłębiła się w kompa, a ja poszedłem porządkować garaż. Zajęło mi to sporo czasu, bo chciałem to zrobić porządnie. Potem zamiotłem podłogę i wyrzuciłem wszystkie śmieci. Krystyna przyszła chyba ok.1-ej.

    -“Nooo jak ci idzie?” spytała.

    -“Noooo garaż już zrobiony.”

    Popatrzyła z uznaniem.

    -“Chyba cię jednak zatrudnię i tutaj…bo jedno zatrudnienie już masz…w łóżku!” śmiała się.

    -“Bardzo ładnie kochanie…dziękuję ci.”

    Podeszła i pocałowała mnie głęboko.

    -“Chcesz odpocząć i coś zjeść…taki niby lunch? bo śniadanie jedliśmy późno. Może jakaś lekka przekąska teraz, a zrobimy obiad wieczorem…jak chcesz?”

    -“No to coś na szybko teraz, to bym jeszcze piwnicę zrobił.”

    -“To świetnie kochany, bo ja też muszę jeszcze trochę popracować po południu.”

    Umyłem się szybko, tak z grubsza. Krystyna już przygotowała małą przekąskę. Jedliśmy na tarasie…dzień był dość gorący, więc miło było na świeżym powietrzu.

    -“Krysiu” zacząłem “mogę o coś zapytać.”

    -“Jasne…wal śmiało!”

    -“Bo wiesz…tak mi się wydaje, że jestem ciągle taki napalony no i…”

    Spojrzała na mnie uważnie…

    -“Noooo?…coś cię martwi?”

    -“No bo chyba czasem…nie wiem…zbyt energiczny? Nooo wiesz…” szepnąłem ciszej…”nie za mocno cię rucham? No nie wiem, jak to powiedzieć…za ostro? Jak się bardzo podniecę…Bo prawie zawsze płaczesz…”

    Uśmiechnęła się…

    -“Mareczku! bo jest mi tak dobrze z tobą! Tak masz rację! Czasem jesteś naprawdę niesamowity…kobieta lubi czasem ostry seks…ale jeśli może masz na myśli czy mi nie robisz krzywdy…to nie kochanie. Cipka jest rozciągliwa i przystosowana i do seksu, i do rodzenia dzieci. To, że masz duży penis, to mi tylko sprawia przyjemność, gdy mnie dokładnie wypełniasz. Pokażę ci wieczorem, byś mógł się dobrze przyjrzeć i zrozumieć, o co chodzi, dobrze?”

    -“Yhhmmm!” potaknąłem.

    -“No to jedz i do roboty. Wieczorem wyedukujemy się” uśmiechnęła się.

    -“Nie martw się…wszystko jest ok.”

    Po jedzeniu Krystyna ogarnęła szybko naczynia po jedzeniu, zrobiła sobie kawę i zagłębiła się w laptopie. Usłyszałem jeszcze jak znowu zadzwonił jej telefon. Poszedłem do piwnicy, która kilku pokojowa rozciągała się pod całym domem. Trochę rzeczywiście było do roboty. Skończyłem to o co prosiła ciotka wcześniej gdzieś koło 5-ej. Krystyna już krzątała się w kuchni przygotowując obiado-kolację. Poszedłem pod prysznic, zmieniłem na luźne szorty i koszulkę. Krystyna już podawała do stołu.

    -“No chodź, zjemy coś.”

    Jedliśmy przyglądając się sobie.

    -“ No co?” spytała widząc, że ją bardzo intensywnie obserwuję.

    -“Noooo..” .zawiesiłem głos.

    -“No co?” uśmiechnęła się.

    -“Jesteś bardzo piękną kobietą ciociu!” wymamrotałem wreszcie.

    -“Jezuuuuu Marek!” szepnęła cicho.

    -“Podobam ci się? Taka stara dupa?! Naprawdę?!”

    -“Tak!…od zawsze! Nie jako ciocia! Jako kobieta! Lubię patrzeć na ciebie…na twoje zgrabne ciało, jak się poruszasz…” przyglądała mi się poważnie…

    -“Krysiu! Myślisz, że to jakieś zboczenie, że młody chłopak ogląda się za starszymi kobietami? Bo mnie młode laski w ogóle nie pociągają.”

    Patrzyła na mnie.

    -“Głuptasie! to w sumie normalka, tylko nie każdy się przyznaje do tego. Wiek dojrzewania. Zobacz w szkole przykładowo. Chłopcy oglądają się za atrakcyjną nauczycielką, a dziewczyny za eleganckim przystojnym nauczycielem. To takie pierwsze podkochiwanie się, pierwsze zauroczenia, pierwsze niespełnione miłości. Potem to się w życiu wszystko zmienia. Stworzyłam ci sytuację, że zamiast oglądać się i marzyć, możesz uprawiać miłość i seks z tym, kto ci się naprawdę podoba w tym momencie twojego życia. Słyszałeś od Doroty…nie każdy ma taką możliwość…proszę, doceń to. To zauroczenie mną kiedyś ci minie i zainteresujesz się młodszymi kobietami. A teraz masz okazję przelecieć kilka naprawdę atrakcyjnych dojrzałych kobiet. Tu masz i atrakcję, zauroczenie, praktykę i przyjemność. To ci naprawdę zaowocuje później w życiu. Za 10-15 lat przyznasz mi rację. To naturalny bieg życia. Może ktoś z boku powie, że masz zboczoną ciotkę, ale to nieprawda. Tak po prostu jest. Problem polega na tym, że ludzie nie spotykają się we właściwym czasie…a małżeństwo…dzieci…potem przyzwyczajasz się i czasem w niekomfortowym związku przeżyjesz całe życie…albo się rozwodzisz i masz życie samotnika…jak ja…” zamyśliła się…

    -“Widzisz…my bylibyśmy świetną parą…ale jest jak jest.”

    Roześmiała się w końcu.

    -“Nie myśl o tym! Tak po prostu jest! To ja będę cię zawsze już kochała!…” znowu spojrzała mi głęboko w oczy…”i nikomu dupy nie dam prócz ciebie! A rodzina niech se myśli co chce…już ci mówiłam…oni myślą, że ja się kurwię czy co…miałam i mam kontakty biznesowe z mężczyznami, to fakt…ale to o niczym nie świadczy…nie rucham się na prawo i lewo!…mówiłam ci już…tylko ty to wiesz!…sam widzisz jaka jestem i jak żyję samotnie prywatnie.”

    -“Marek! Ty jesteś moim wybranym! Moim facetem! Nic już tego nie zmieni! I tylko ty możesz mnie rżnąć…nikt inny kochanie!”

    -“Cudowna jesteś!”

    -“No już! Jedz! Bo cipka już czeka!” roześmiała się.

    Szybko zrobiliśmy porządek w kuchni po jedzeniu. Krystyna już kończyła wstawiać talerze do szafki, gdy podszedłem do niej od tyłu. Delikatnie przytuliłem się do jej dużej dupci naprężonym już członkiem, objąłem rękami jej ogromny biust. Uśmiechnęła się…

    -“No chodź już, chodź! Też jestem cała mokra!”

    Poszliśmy do sypialni zrzucając ciuchy po schodach. Do łóżka dotarliśmy już nadzy. W łóżku zaczęliśmy się pieścić i całować.

    -“Dotykaj mnie wszędzie…delikatnie, powoli, rozmawiaj i pytaj mnie. Pokażę ci jak bardzo cipka jest rozciągliwa.”

    Trwało to dość długo. Onanizowaliśmy się nawzajem. Krystyna wreszcie mocniej i szybciej zaczęła mi walić kutasa.

    -“No juuuuż! Spuszczę cię szybciutko, żebyś mógł chwilę wytrzymać, to ci coś pokażę. Noooo kochanie! Noooo!”

    -“Już dochodzę!”

    -“O tak kochany!” szeptała, gdy wytrysnąłem przez jej palce.

    Poruszała chwilę moim członkiem, spuszczając resztki spermy. Pocałowała mnie. Ręką nadal robiłem jej palcówkę i delikatnie miziałem jej szparkę.

    -“Czujesz, jaka jestem mokra i rozwarta?”

    -”O tak!”

    -”Noooo to teraz…wyprostuj rękę…kciuk wzdłuż pozostałych palców…trzymaj prosto…i teraz powoli…ale powoli! kochanie…zacznij mi wkładać rękę w cipkę…”

    Rozszerzyła swoje ogromne wargi palcami…

    -”Powoli…pokażę ci…” objęła moją rękę swoją ręką…”teraz…powoli…obracaj ręką w prawo i w lewo, tak jakbyś chciał się wwiercić…delikatnie…”

    Moja dłoń zaczęła powoli zagłębiać się w jej dziurkę…

    -”Czujesz jak wchodzisz powoli głębiej?…”

    -”Tak!”

    -”Noooo…łapiesz o co chodzi?”

    -“Tak!”…

    -“Delikatnie…teraz twój nadgarstek powoli musi przejść przez wejście pochwy…powoli…dobrze kochanie…”

    Nagle poczułem, jak swoją ręką pchnęła moją dłoń głębiej i mój cały nadgarstek wszedł w jej dziurkę…

    -“Tak…dobrze…kochanie…czujesz?…masz już całą rękę we mnie!”

    -“Tak! Jejku! cała dłoń weszła!”

    -“Tak…a teraz złóż całą dłoń w pięść…i delikatnie pchnij głębiej…no…powoli…delikatnie…czujesz dno?…”

    -“No nie wiem…”

    -“Powoli wpychaj głębiej…jestem bardzo duża po urodzeniu dzieci…noooo…nie bój się…powoli…”

    -“Jezuuuu Krysiu!” patrzyłem, gdy pół przedramienia zniknęło wewnątrz niej…

    -“No widzisz!…no i jak?”

    -“Nooo cipka jest strasznie duża!”

    -“Nooo…doszedłeś do samego dna macicy! Teraz delikatnie wyprostuj dłoń i wyjmij rękę…Noooo rozumiesz już?”

    -“Tak! Cudowna jesteś!”

    -“Dobrze, żebyś wiedział takie rzeczy!”

    Przyglądała mi się z uśmiechem.

    -“Noooo to teraz wiesz, że mi krzywdy nie robisz kochany.”

    Szepnęła cicho:

    -“Poliżemy się? chcesz?”

    -“Taaaak!”

    Szybko przekręciła się i weszła na mnie na 69. Ja jadłem jej Misię, a ciotka ssała mojego kutasa…

    -“Marek! Powoli kochanie!”

    -“Tak Krysiu!”

    Dochodziła po chwili…

    -“Ohhh kochanieeee! Zaraz dojdęęęę!”

    Poczułem, jak całe jej ciało wyprężyło się…Szczytowała jak zwykle spokojnie…powoli…po cichu…

    -“O taaaaak! Taaaaak! Mareczkuuuuuu! Mój kochanyyyyyyy! Tak dobrzeeeeee! Tak cudownieeeee!”

    W tym momencie i ja wystrzeliłem. Szybko zagłębiła kutasa głęboko w ustach, cały ładunek poszedł głębiej w gardło. Łykała spokojnie, delikatnie, masując moje jaja, bez problemu… salwę za salwą. Spuściła mi cały wytrysk, połknęła wszystko.

    -“Chcesz jeszcze raz tak samo?” spytała szybko.

    -“O tak! Cudownie, jak kończysz mi go w buzi!”

    -“Wiem kochanie! Widzę, że to lubisz! Nooo liż mnie, liż cipkę!”

    Kontynuowaliśmy lizanko. Teraz trwało to zdecydowanie dużo dłużej. Jej cipka była gorąca, rozwarta i cieknąca soczkami. W końcu znowu szczytowała potężnym mokrym wytryskiem.

    -“Mareeeeek! Aaaaaaaaaaa! Bożeeeee! Kochanieeeeee! Jeszczeeeee! Jeszczeeee! Proszęęęęęęę!”

    Poczułem dreszcze.

    -“Krysiuuuuu!”

    -“Taaaak kochany! Razeeeeeem!”

    Orgazmowaliśmy prawie jednocześnie. Cudowne uczucie! Krystyna łykała moją spermę łapczywie, by nie uronić ani kropelki, a ja dawałem jej rozkosz, liżąc nadal jej dziurkę, mimo osiągniętego orgazmu. Po chwili zwolniliśmy. Krystyna szybko przekręciła się i położyła przy mnie. Płakała. Przytuliła się mocno do mnie.

    -“Noooo stara się twoja dziewczyna?” spytała szeptem “Dobrze było?”

    -“Jezuuuuu Krysiu! Fantastycznie! Moja dziewczyna jest fantastyczna w łóżku i bardzo się stara!”

    Roześmialiśmy się oboje.

    -“Ja chyba też cię zaspokoiłem?”

    -“Marek! Brak mi słów! Jest tak cudownie!”

    Wtuleni…zasnęliśmy.

     

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    Mi Riam
  • Sex analny

    Weszliśmy do pokoju. Byłam mocno napalona, dawno nie kochałam się i bardzo tęskniłam za porządnym orgazmem. Adam usiadł, a ja bez zbędnej zwłoki przystąpiłam do rzeczy dając mu małe show, pozbywając się kolejno wszystkich elementów garderoby. Zostałam tylko w szpilkach. Adam zaczął całować mnie, piersi, brzuch, szybko przeszedł do cipki, lizał ją jednocześnie rozbierając się.

    Poczułam jak wkłada we mnie swojego kutasika, pchał mnie mocno, było cudownie. Nie mogłam jednak zapomnieć o jednym. – Adam, ja nie jestem zabezpieczona. Nie spuszczaj się. Bardzo cię proszę, uważaj. Jak będziesz kończył, daj mi do buzi – powiedziałam. Nie byłam pewna na 100% czy mogę mu ufać, ale nie zawiódł.Wyjął penisa i szybko przesunął się do góry. Wystawiłam język i dotknęłam nim wiązadełka starając się jednocześnie zamknąć usta jak najszczelniej, bo nie przepadałam za klejącą spermą w buzi. Dłonią delikatnie ujęłam jego jądra. Wytrysk był mocny, chlusnął mi spermą na twarz, raz, drugi, trzeci. Dopiero wtedy otworzyłam usta i wylizałam jego kutasika. Było fajnie, niestety nie zdążyłam dostać orgazmu. Byłam teraz napalona jak wszyscy diabli, ale wiedziałam że Adam potrzebuje odpoczynku. Zaoferowałam, że zrobię nam drinki i podeszłam do barku ciągle umazana w spermie. Zrobiłam drinki i poszłam się umyć, bo chciałam się przytulić, a poza tym picie drinka mając usta w spermie nie było dobrym pomysłem. Przytuleni do siebie spokojnie sączyliśmy drinki rozmawiając o tym i tamtym. Ja oczywiście myślami byłam tylko przy seksie i orgazmie. Chciałam robić wszystko czego zechce aby tylko dał mi poczuć odlotowe skurcze.

    Pierwsza okazja nastąpiła niebawem. – Muszę do łazienki – powiedział. Idzie, a ja za nim! Weszliśmy razem do łazienki, podnoszę deskę, chwytam jego kutasa i nakierowuję na muszlę. Wysikał się, oddarłam listek papieru i wytarłam go. Pewnie się zdziwił! Wróciliśmy do pokoju, a ja sięgam do torebki i wyjmuję lateksowy koreczek do pupy. Oblizuję go, potem odwracam się, wypinam, jedną ręką rozszerzam pośladki, a drugą wciskam korek w pupę. No to już musiało go ruszyć! Rzeczywiście, jego ptaszek znowu stoi. Liżę jego sutki, potem małego, kładę się odwrotnie, rozstawiam nogi, palcami rozchylam cipkę, głowę wkładam miedzy jego nogi i liżę mu jądra. On może sobie w tym czasie oglądać moją rozchyloną cipkę i pupę, w której tkwi korek. Schodzę niżej, liżę przestrzeń pod jądrami, i wreszcie pupa. Teraz muszę puścić cipkę, żeby obiema dłońmi rozchylić jego pośladki, wyciągam język i dotykam nim dziurki w jego pupie. Wylizuję ją starannie.

    Proponuję zmianę pozycji, ja kładę się na łóżku, Adam kuca nad moją głową, biorę w dłoń jego woreczek, rozdzielam jąderka i pozwalam żeby jedno wpadło mi do ust. Mam je w buzi i wylizuję językiem, wolną dłonią podtrzymując małego żeby nie opadł bo wtedy się uduszę, jednocześnie masując go. Potem drugie jąderko. Adam zmienia pozycję kucając tyłem nad moją głową. Trochę się boję żeby nie siadł mi na twarzy i mnie nie zadusił, ale nic takiego się nie dzieje i posłusznie wylizuję mu pupę.

    Teraz nic nie stoi na przeszkodzie żeby powtórzyć stosunek. Kochamy się w różnych pozycjach i nareszcie dostaję upragnionego orgazmu. Moje wysiłki zostają nagrodzone. Czuję gdy mam swój ‘kobiecy wytrysk’. Kiedy szczytuję, Adam wyciąga korek z mojej pupy co dostarcza mi dodatkowych doznań. Wolne miejsce po korku zostaje szybko wypełnione kutasem Adama, który jest tak namoczony od cipki, że wślizga się bez oporu. Jestem grana analnie znowu w kilku pozycjach, cały kutas Adama chowa się w mojej pupie. Adam pyta się czy może tak się spuścić. Odpowiadam że może sobie strzelić w pupę albo do ust, jak mu się podoba.

    Oczywiście wyjmuje kutasa z tyłka i wkłada mi do buzi. Liżę go namiętnie, nie przejmuję się tym że przed chwilą miałam go w pupie. Wkładam go coraz głębiej i głębiej do ust aż jego włosy zaczynają łaskotać mnie w nos. Mam go całego w buzi! Szybko wyjmuję go bo nie chcę żeby spuścił mi się prosto do gardła. Dobrze, kończymy zabawę. Moje wargi zaciskają się na żołędzi, język jest na wiązadełku, jedna dłoń obejmuje jądra, druga pompuje ptaszka. Nie boję się już wytrysku, wiem że będzie dużo słabszy od pierwszego. Jąderka napinają się i czuję fale wytrysku przechodzące wzdłuż kutasa, a na języku ciepłą spermę. Nie jest zbyt smaczna. Otwieram buzię, pokazuję Adamowi jego ‘dzieło’, jeszcze chwila zawahania, ale co tam, myślę, nie umrę od tego, połykam spermę i zlizuję resztki z główki ptaszka. Jestem zmęczona i zadowolona jednocześnie. (Później tego dnia mamy jeszcze jeden stosunek)

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    orfeusz
  • Wakacje nad morzem.

    Razem z naszymi wieloletnimi przyjaciółmi Pauliną i Markiem wynajęliśmy domek nad morzem. Wybieraliśmy się, aby udanie spędzić tygodniowy urlop. Nie był to nasz pierwszy i zapewne nie ostatni wspólny wyjazd. Znamy się od lat, to przyjaźń zawiązana jeszcze na studiach, którą pielęgnujemy do tej pory. Z Paulina znam się znacznie dłużej. Nie raz i nie dwa spędzaliśmy czas ze sobą w różnej formie i w różnych okolicznościach. Znamy się, jak to mówią „jak łyse konie”. Wiemy o sobie wszystko, nie mamy przed sobą żadnych tajemnic.
        Wspólna nagość też nie jest nam obca. Bywaliśmy już w czwórkę na plaży naturystów, czasami graliśmy w rozbierane gry, więc wiemy, jak wszyscy wyglądamy nago, oni widzieli wielokrotnie mnie i mojego Męża nago, a my ich. Poza tym wspólne wyjścia na siłownię, przebieranie się w szatni czy późniejszy wspólny prysznic nie są dla nas niczym dziwnym. Poza tym… nic, co ludzkie nie jest nam obce.
        Piętrowy domek z dwoma sypialniami i łazienką pomiędzy nimi na piętrze, na dole przestronny salon z otwartą kuchnią i drugą łazienką. Całoroczny, ogrzewany, typowy do zobaczenia nad naszym morzem. Nasz domek stał blisko morza tak, że z okien z sypialni roztaczał się piękny widok na morze. Liczyliśmy tylko, że dopisze nam, zbyt często kapryśna, pogoda. Wszyscy czekaliśmy z utęsknieniem na ten wyjazd, dawno nie spędzaliśmy razem czasu, trochę brakowało osobistego spotkania. Im bliżej wyjazdu tym częściej rozmawialiśmy przez telefony i planowaliśmy czas, który spędzimy wspólnie. Umawialiśmy się, co kto weźmie i cieszyliśmy się na spotkanie. Na dwa tygodnie przed wyjazdem okazało się, że mój Mąż musi służbowo wyjechać i wróci dopiero dzień po planowanym wyjeździe. W związku z tym umówiliśmy się, że pojadę razem z Paulina i Markiem, a On dotrze do nas na następny dzień. Na szczęście pogoda zapowiadała się słoneczna i ciepła. Kiedy dotarłam z przyjaciółmi na miejsce, okazało się, że miejscówka jest jeszcze lepsza, niż się zapowiadało. Rozpakowaliśmy się, wybraliśmy sypialnie, wykąpaliśmy i przebrani w wakacyjne stroje poszliśmy się przejść i obejrzeć miasteczko. Typowe turystyczne miejsce, jakich pełno nad naszym morzem. Umiejscowiliśmy sklepy, które będą przydatne, zjedliśmy tradycyjną rybkę popitą piwem i wróciliśmy do domku brzegiem morza. Ładna, szeroka i piaszczysta plaża, szumiące morze i słońce powoli chylące się ku zachodowi. Posiedzieliśmy jeszcze trochę na tarasie przed domem. Kiedy zrobiło się już ciemno i chłodno weszliśmy do środka. Przygotowałyśmy z Pauliną jakieś przekąski i usiedliśmy w trójkę, tocząc rozmowy. My z Pauliną piłyśmy wino, Marek sączył piwo. Zadzwonił jeszcze mój Mąż, relacjonując swój dzień. Ja opowiedziałam mu o naszym. Czule i tęsknie się pożegnaliśmy i powiedzieliśmy sobie „dobranoc”. Już tydzień jak się nie widzieliśmy. Zmęczenie powoli dawało o sobie znać. Oczy coraz bardziej się kleiły, zbliżał się czas, aby pójść spać. Umówiliśmy się, że nasza łazienka będzie na piętrze, oni będą mieli dla siebie dolną. Szybko się wykąpałam i przebrana w piżamę położyłam się do łóżka. Zapaliłam małą lampkę i otworzyłam książkę, którą zabrałam. Czytanie przerwał mi sygnał wiadomości. Od Ukochanego. Kiedy ją otworzyłam, przeczytałam, że bardzo tęskni, że bardzo mnie pragnie i nie może doczekać się jutrzejszego dnia, kiedy będzie się mógł do mnie przytulić. Odpisałam mu, że także mi Go brakuje i bardzo Go pragnę. Napisałam mu także, że mam już dosyć samotnie spędzonych bez niego nocy. Napisał, że wynagrodzi mi wszystkie samotne noce. Zakończył wiadomość emotikonem z ustami. Moja odpowiedź była w podobnym tonie. Nie ma, co ukrywać byłam w tej chwili niedopieszczona. Zgasiłam światło i ułożyłam do spania.
        Wydawało mi się, że zasnęłam, kiedy obudził mnie hałas przed drzwiami. To Paulina i Marek szli do swojej sypialni. Słyszałam, jak Paulina uspokaja Marka i każe mu przestać, ale za dobrze jej to chyba nie wychodziło. A może zbytnio się nie opierała. Paulina powtarzała, żeby przestał, bo mnie obudzi, ale odpowiedział jej tylko, że przecież on tylko chce kochać się ze swoją żoną, co nie stanowi żadnej tajemnicy. Miałam wrażenie, że słyszę, jak oddają się namiętnym pocałunkom. Zaciekawiona wstałam z łóżka i cicho podeszłam do drzwi. Przez uchylone drzwi słyszałam usilne namowy Marka i coraz bardziej ulegającą im Paulinę. Kiedy weszli do sypialni, zaciekawiona jak najciszej otworzyłam drzwi i mijając łazienkę, podeszłam do niezamkniętych do końca drzwi ich pokoju. Zbliżyłam się i zerknęłam do sypialni. Stali tuż przy łóżku namiętnie się całując. Chciałam wrócić do naszego pokoju, ale samotnie spędzony tydzień bez Męża zatrzymał mnie w miejscu. Byłam zbyt podniecona i zbyt spragniona seksu, aby odejść. Przyglądałam się, jak coraz śmielej poczynają sobie. Ich ręce błądziły po ciałach. Przesuwały się po plecach i pośladkach. Sięgali również rękoma pomiędzy swoje przytulone ciała, wsuwając je i sięgając do podbrzusza. Odsunęli się od siebie, Paulina głęboko oddychała, kiedy Marek zabrał się za rozpinanie guzików jej bluzki. Kiedy opadła na ziemię szybko sięgnął za jej plecy, rozpinając stanik. Piersi Pauliny uwolnione od stanika znalazły się w Marka dłoniach. Zaczął je ściskać i masować. Kiedy pochylił się i zaczął je całować, Paulina sięgnęła za jego plecy, chwytając brzeg koszulki i pociągając w górę, zdjęła ją z Marka. Znowu przylgnęli do siebie, całowali i obejmowali. Dłonie Pauliny wsunęły się za gumkę spodenek i zaczęła zsuwać je. Widziałam jego umięśnione pośladki, a kiedy odsunął się, aby ułatwić jej ich zdjęcie, zobaczyłam zarys stojącego członka. Nie byłam zaskoczona ani zszokowana takim widokiem. W końcu byli podnieceni i taki widok jest u podnieconego mężczyzny normą. Co prawda do tej pory wcześniej nie oglądałam Marka w takim stanie, nago owszem, ale nigdy ze stojącym w erekcji członkiem. Wróciłam do podpatrywania przyjaciół. Jednocześnie wsunęłam dłoń w spodnie i dotknęłam wilgotnej szparki. Nie ma co ukrywać, byłam podniecona. Przesunęłam palcami wzdłuż rozchylających się fałdów warg. Delikatnie pieszcząc łechtaczkę, obserwowałam przyjaciół. Marek w tym czasie zdążył już uwolnić Paulinę od spodenek i majtek. Klęczał teraz przed nią i całował pomiędzy nogami. Paulina jedną stopę opierała o brzeg łóżka, dając mu szeroki dostęp do swojego ciała. Dłońmi obejmowała jego głowę, przyciskała do swojego podbrzusza. Odchylała głowę do tyłu, jęcząc z podniecenia. Nie była jednak w stanie wytrzymać zbyt długo w takiej pozycji. Położyła się na łóżko, pozostawiwszy nogi poza jego obrębem. Marek wstał na chwilę, dzięki czemu mogłam zobaczyć Paulinę z szeroko rozsuniętymi nogami i połyskującą od pieszczoty cipką. Marek stanął pomiędzy nimi, chwycił penisa i wprowadził w pochwę. Przesunęli się trochę wyżej na łóżku, Paulina objęła nogami jego biodra, a on opierając się na kolanach i dłoniach zaczął rytmicznie w niej się poruszać. Widziałam jak członek wysuwa się i wsuwa, jak wargi obejmują go, jak woreczek z jajkami obija jej pupę. Obserwowałam ich namiętność, nie przestając pieścić mojej rozgrzanej cipki. Dostosowałam nawet swój rytm do rytmu Marka. Drugą dłonią ściskałam swoje piersi. Było mi bardzo miło, chociaż wiedziałam, że w takiej pozycji nie osiągnę satysfakcji. Tymczasem Marek coraz szybciej wykonywał suwy, a Paulina coraz głośniej jęczała. Kiedy do moich uszu dobiegł jej przeciągły jęk, wiedziałam, że dochodzi do finału. Nie chciałam, aby mnie zauważyli, więc cichutko wycofałam się do swojego pokoju. Zamknęłam drzwi, szybko zrzuciłam piżamę i wracając do przerwanej pieszczoty sprawiałam sobie przyjemność. Palce pieściły łechtaczkę, myśli krążyły wokół tego, czego byłam przed chwilą świadkiem i przywoływałam obraz Męża dającego mi orgazm. Nie wiem czemu, ale zawsze, ilekroć masturbowałam się, zawsze myślałam o Nim. Oddałam się sprawianiu sobie radości i w bardzo krótkim czasie doszłam do orgazmu. Przez moje ciało przebiegały dreszcze i skurcze. Biodra podrzucałam w górę mocno w górę, dwa palce wsunięte do środka, co chwilę zaciskałam w kolejnych falach spełnienia. Kiedy oddech uspokoił się i powoli wracałam do rzeczywistości w przypływie emocji chwyciłam telefon i napisawszy krótką wiadomość wysłałam do Męża. W treści wpisałam tylko: „bardzo tęsknię, przed chwilą masturbowałam się”. Już po chwili przyszła wiadomość zwrotna: „nadajemy na tych samych falach, stojąc pod prysznicem, spuściłem się, myśląc o Tobie”. Odpisałam, że od jutra wszystko zaczniemy nadrabiać, na co odpisał, że raczej od dzisiaj, bo jest już po północy. Pożyczyliśmy sobie jeszcze dobrej nocy. Ubrałam piżamę i zasnęłam.
        Rano obudził mnie śpiew ptaków i dochodzący zza drzwi zapach kawy i odgłosy krzątających się przyjaciół. Ubrałam majtki, koszulkę i spódniczkę. W końcu mamy lato. Zeszłam na dół, przywitałam się. Paulina i Marek w strojach sportowych kręcili się po kuchni. Na stole stał już kubek świeżej kawy i przygotowane kanapki. Dzień zaczynał się słoneczny i ciepły. A na dodatek miał dzisiaj przyjechać mój Mąż. Zjedliśmy i siedzieliśmy sobie, rozmawiając i dopijając kawę, kiedy rozległo się pukanie do drzwi. Kto o takiej porze zagląda? Właściciel? Poszłam otworzyć i aż krzyknęłam z radości. W drzwiach stał mój ukochany Mąż. Zarzuciłam mu ręce na szyję i pocałowałam. Jednocześnie podskoczyłam, obejmując go nogami, a On od razu podtrzymał mnie za pośladki. Usta połączył pocałunek, pocałunek wymarzony i wyczekiwany. Kiedy opuścił mnie na ziemię i weszliśmy do domku, przywitał się z naszymi sublokatorami. Marek nalał mu kawy, a Paulina uśmiechając się, powiedziała, że wychodzą na długi spacer. Zaakcentowała bardzo znacząco, że spacer będzie długi, jednocześnie puszczając do mnie oko. Frywolna przyjaciółka. Wiedziała, że za chwilę wskoczymy do łóżka i będziemy się kochać. Już będąc w drzwiach odwróciła się i powiedziała, żebym pokazała Mężowi sypialnię, bo przecież długo się nie widzieliśmy, na co pokazałam jej język. Już zza zamkniętych drzwi dobiegł mnie jej śmiech. Niemniej nie miałam ochoty na dłuższe czekanie. Chwyciłam Męża za rękę i pociągnęłam za sobą na piętro. Weszliśmy do sypialni. Pocałowaliśmy się. Powiedział, że weźmie tylko szybki prysznic i zaraz będzie. Faktycznie prysznic był szybki. Zdążyłam się rozebrać i usiąść na łóżko, kiedy w drzwiach stanął Mąż. Był nagi, a penis prężył się w erekcji. Odsłonięta żołądź sięgała do pępka. Kiedy szedł w moją stronę, szeroko rozsunęłam nogi, ukazując wilgotną już pochwę. Stanął pomiędzy moimi nogami, miałam członka na wysokości twarzy. Złapałam go i zacisnęłam dłonie wzdłuż trzonu. Westchnął i pochylił się, wsunął język pomiędzy moje otwarte usta. Położył dłonie na moich ramionach i lekko popchnął. Położyłam się nie wypuszczając członka z rąk. Całowaliśmy się, kiedy przyłożyłam główkę do mojego wejścia. Powoli wsunął się, wypełnił mnie całkowicie. Nie przestając się całować, leżeliśmy nieruchomo, ciesząc się chwilą bliskości. Potem powoli zaczął się poruszać. Przesuwał kutasa, a miękkie ścianki pochwy zamykały bądź otwierały się, reagując na jego ruchy. Złapaliśmy wspólny rytm. Przyciągnęłam kolana do brzucha, jeszcze mocniej mnie teraz wypełniał. Trzon członka przemieszczał się, jednocześnie drażniąc łechtaczkę. Spełnienie było blisko. Zarówno moje, jak i Jego. W narastającym rytmie zbliżaliśmy się do orgazmu. I nie było ważne czy dojdziemy równocześnie, czy któreś z nas będzie pierwsze, liczyło się tylko spełnienie i satysfakcja płynąca z połączenia naszych ciał. Coraz głębsze oddechy i głośne pojękiwanie świadczyło o zbliżającym się finale. Dłonie położyłam na jego pośladkach kontrolując głębokość suwów. Zatrzymał się głęboko wsunięty i poczułam jak uderza w moje wnętrze pierwsza fala nasienia. Poruszał się znowu a kolejne skurcze powodowały następujące po sobie wyrzuty nasienia. I to wystarczyło, aby przez moje ciało przeszła fala rozkoszy. Orgazm zaciskał mięśnie pochwy wokół penisa utrudniając mu wysuwanie się. Chciałam czuć go głęboko w sobie. Kiedy tak wyczekiwany wspólny orgazm wyhamował, wysunął się i położył obok. Czułam jak szeroko otwarta pochwa zamyka się jednocześnie wypychając wypływającą powoli spermę. Obróciłam się w Jego stronę. Głowę położyłam na piersi, gdzie słyszałam bijące serce, a nogę oparłam na Jego nogi. Objął mnie. Pierwsze pragnienie zostało zaspokojone.

    – Jak mi tego brakowało – powiedział. – Kocham Cię.                                                         

    – I wzajemnie. Też Cię kocham – odpowiedziałam. – Mamy sporo do nadrobienia.

    Jego ręka powoli przesuwała się po moich plecach, a ja patrzyłam na zanikającą erekcję. Lubiłam patrzeć, jak penis zmienia swój kształt, jak z twardego robi się miękki, kiedy odpływa z niego krew, lubiłam patrzeć, jak krew napływa. Sięgnęłam ręką i zaczęłam go dotykać. Zamykałam w palcach jądra, badałam ich strukturę, bawiłam się penisem, który pod wpływem dotyku ponownie zaczął napełniać się krwią, zmieniając wielkość i twardość. Leżeliśmy mocno przytulenie do siebie, spragnieni bliskości, kiedy usłyszeliśmy chroboczący klucz w drzwiach oznajmiający o powrocie Pauliny i Marka. Wzięliśmy szybki prysznic, ubraliśmy i zeszliśmy na dół. Przyjaciele spoglądali na nas z uśmiechami na twarzy.

    – Czego się szczerzycie zboczuchy? – zapytałam, śmiejąc się. – Tęskniliśmy za sobą.
    – Spoko, też tak mamy. Wszystko zostaje w rodzinie – odparła Paulina.

    Postanowiliśmy, korzystając z pięknego słońca iść na plażę, w końcu po to przyjechaliśmy. Spakowaliśmy potrzebne rzeczy i znajdując sobie miejsce, rozłożyliśmy za parawanem. Miejsce znaleźliśmy tuż przed wydmami. Przed sobą mieliśmy połać plaży i morze, za sobą tylko wznoszącą się ku górze hałdę piasku i rosnące na niej drzewa. Paulina w skąpym bikini łapała promienie słońca, ja leżałam obok, a panowie poszli się przejść brzegiem morza. Leżąc, rozmawiałyśmy, śmiałyśmy się i cieszyły chwilą wypoczynku. W pewnej chwili Paulina odwróciła się na plecy i powiedziała, że nie chce mieć białych cycków, po czym rozwiązała sznurek stroju i położyła na plecy z gołym torsem. Spojrzałam na nią. Miała ładne piersi. Owalnego kształtu z dużą, ciemną aureolą otaczającą sutki. Dół bikini mocno odsłaniał całe biodra, ukrywając pod wąskim paskiem tylko szparę sromową. Też rozpięłam górę stroju i położyłam obok. Odwróciłyśmy głowy w swoją stronę, chwyciłyśmy dłonie i uśmiechnęłyśmy się do siebie. Byłyśmy naprawdę bliskimi przyjaciółkami. Słońce opalało nasze ciała, musiałyśmy tylko pamiętać, aby co jakiś czas zmieniać pozycję, aby się nie poparzyć. Usiadłyśmy, aby napić się wody, kiedy zauważyłyśmy wracających mężów. Mieli chyba fajny widok. Dwie siedzące na kocu kobiety z gołymi piersiami popijające wodę. Na dodatek ich własne żony. Kiedy stanęli nad nami, znaczącym mruczeniom nie było końca. Gapili się na nas, jakby nigdy nie widzieli naszych biustów jak dwójka napalonych nastolatków. Marek od razu powiedział, że zdążył już zapomnieć jak ładne mam piersi. Paulina wcale nie miała nic przeciwko tym słowom. Faktycznie dodała, że podobają się jej moje piersi. Mój Małżonek nie chciał być gorszy i pochwalił Paulinę za jej budowę i figurę. Faktycznie dawno nie mieliśmy okazji spoglądać na swoje ciała. Marek powiedział, że dowiedzieli się, że tu niedaleko jest plaża naturystów. Więc jeżeli mamy ochotę na bardziej skąpe opalanie, to możemy zmienić miejsce. Umówiliśmy się, że jutro wybierzemy się na tą plażę i będziemy zażywać słonecznych kąpieli na golasa.
        Wróciliśmy do domu. Jako, że na plaży piasek dostaje się wszędzie, a kremy do opalania dokładają swoje, udałam się pod prysznic. Obmywszy całe ciało, wyszłam z łazienki. Moje miejsce zajął Mąż, a ja w tym czasie sięgnęłam po balsam do ciała i zaczęłam nakładać kolejne warstwy kojącego balsamu. Stałam tyłem do drzwi łazienki. Nałożywszy balsam na dłonie, rozsmarowywałam go po brzuchu, piersiach i rękach. Potem oparłam jedną nogę o brzeg łóżka i ponownie nałożyłam porcję balsamu i nanosiłam ją na nogę. Gdzieś w dalszym planie słyszałam, że Mąż wyłączył prysznic, więc zapewne wycierając się, zaraz wyjdzie z łazienki. Nie przestając wcierać balsamu, poczułam na sobie Jego wzrok. Wiedziałam, że Ukochany stoi w drzwiach, przyglądając się moim zabiegom. Wiedziałam, że bardzo lubi przyglądać się, gapić nawet, potrafi długi czas tylko patrzeć, dlatego też nie chciałam pozbawiać go mojego widoku. Zmieniłam nogę opartą o łóżko. Zrobiłam nawet więcej, pochyliłam się bardziej, tak, aby miał większy wgląd pomiędzy moje uda, żeby widział szparkę. Żeby mógł sobie popatrzeć na moją cipkę. Dłonie przesuwałam wzdłuż nogi, kończąc ruch na pośladkach. Cisza, która temu towarzyszyła, uświadamiała mi, że zapewne podoba Mu się ten mały pokaz. Stoi i wlepia swoje ślepia pomiędzy moje nogi, wodzi nimi za moimi dłońmi i ślini się na ten podniecający go widok. Zmysłowo wyprostowałam się i odwróciłam w Jego stronę. Stał nagi w drzwiach łazienki. Przewieszony przez szyję ręcznik, włosy jeszcze trochę mokre, tors rozświetlony kropelkami wody i naprężony członek z wysuwającą się główką.

    – Podoba Ci się mój widok? – zapytałam.
    – Nie wiem, o czym mówisz – odpowiedział.
    – Nie żartuj, proszę. Widzę przecież, że Cię zdradził – odparłam.
    – Kto mnie zdradził? – zapytał zdziwiony moją odpowiedzią.
    – Kutas Cię zdradził. Stoi – uświadomiłam Mu oczywistość.

    Spojrzał na chwilę w dół, po czym z uśmiechem podniósł głowę i utkwił wzrok w moich oczach. Nie musiał nic mówić. Staliśmy na wprost siebie, patrzyliśmy sobie w oczy i wyczuwało się pomiędzy nami erotyczne napięcie, które niczym iskry wyładowań przeskakiwało pomiędzy nami. Sięgnęłam i nabrałam znowu balsamu na dłonie i prowokująco zaczęłam ponownie nakładać na piersi. Masowałam je, ściskałam, drażniąc brodawki. Cały czas ze wzrokiem utkwionym w Mężu i dłońmi masującymi biust czułam narastające we mnie powoli podniecenie. Podniecała mnie zarówno sytuacja, w jakiej się znajdowaliśmy, jak i przede wszystkim mój kochający Mąż, podążający wzrokiem za moimi dłońmi.

    – Wiem, że lubisz patrzeć. Zrobię pokaz dla Ciebie – powiedziałam, nie przestając się dotykać.

    Cały czas wodził wzrokiem za moimi dłońmi. Obserwował, jak dotykam się, jak pieszczę piersi, jak ściskam brodawki, doprowadzając do jeszcze większego ich uwypuklenia. Potem przesunęłam dłoń niżej i przesuwając ją po brzuchu, wsunęłam pomiędzy nogi. Kiedy dotknęłam cipki, poczułam wilgoć podniecenia. Cicho jęknęłam, wsuwając palec, jak dalece mogłam, do środka. Nie mogąc ustać w tej pozycji, cofnęłam się i położyłam na łóżko. Ugięte i szeroko rozwarte nogi oparłam stopami o brzeg łóżka. Pod głowę położyłam sobie poduszkę. Dłonią ponownie zaczęłam dotykać swojej mokrej szparki. Nie miałam problemu, aby wsuwać w siebie palce. Wargi rozsuwały się same pod wpływem moich pieszczot, sama siebie zapraszałam do wnętrza. Wsuwałam i wysuwałam palce, jednocześnie drugą dłonią pieszcząc łechtaczkę. Dopiero teraz spojrzałam na Męża. Nadal stał w drzwiach zauroczony widokiem pieszczącej się żony. Chciałam mieć Go bliżej siebie, chciałam, aby stał tuż obok mnie, dlatego powiedziałam.

    – Podejdź bliżej, proszę. Stań przede mną.

    Podszedł. Stanął pomiędzy moimi nogami. Spoglądając w dół, widział, jak masturbuję się, jak daję sobie rozkosz. A ja widziałam Jego wzwiedziony penis, co jakiś czas przebiegające przez jego trzon drżenie, jego purpurową odsłoniętą w całości główkę, na czubku mieniącą się kroplami preejakulatu. Widziałam mocno napiętą skórę moszny i uwypuklone dzięki temu jądra, przysunięte blisko do ciała.  Ale ja także chciałam patrzeć na Niego, chciałam oglądać go jeszcze bardziej podnieconego.

    – Dotykaj się – powiedziałam. – Chcę patrzeć, jak walisz konia.

    Dotknął się, dłoń zacisnął na trzonie członka. Znad zamkniętej dłoni wystawała część trzonu i główka. Pod wpływem ściśnięcia jeszcze bardziej spurpurowiała i jeszcze bardziej zwiększyła swoją objętość. Zaczął przesuwać dłoń wzdłuż trzonu. Patrząc na Niego, powróciłam do pieszczenia się. Teraz razem, ale jednak osobno sprawialiśmy sobie przyjemność. Patrząc, jak każde z osobna daje sobie rozkosz, sami dawaliśmy sobie możliwość oglądania drugiej osoby. Było to dla nas nowe doświadczenie. Dlaczego wcześniej nie próbowaliśmy w ten sposób, tego sama nie wiem. Może po prostu nigdy wcześniej nie było takiej możliwości, a może dopiero teraz dotarło do nas, jak podniecający może być widok ukochanej osoby dogadzającej sobie sama. Ale nie to zaprzątało nasze głowy. Patrzyliśmy na siebie, coraz bardziej podnieceni, coraz bliżej nadchodzącego spełnienia. Złapaliśmy wspólny rytm, w tym samym rytmie On przesuwał dłoń po penisie, a ja wsuwałam w siebie już teraz dwa palce. On przesuwał dłoń w górę, ja wsuwałam palce w siebie. On przesuwał dłoń w dół, odsłaniając główkę penisa, ja wysuwałam z siebie ociekające wilgocią palce. Widziałam, jak napinają się u niego mięśnie brzucha, jak nabiera coraz więcej powietrza, jak coraz szybciej zbliża się do finału. Zachęcałam Go jeszcze bardziej, mówiąc Mu:

    – Tak, trzep kutasa, spuść się na mnie. Chcę widzieć i czuć, jak zalewasz mnie spermą.

    Sama nie przestawałam zbliżać się do orgazmu. Chciałam widzieć przeżywającego rozkosz Męża. Chciałam, aby jego nasienie zrosiło mój brzuch, moje ciało. Zobaczyłam, że coraz szybciej masturbuje się, coraz głośniej jęczy i wiedziałam, że przekroczył już próg, przekroczył już miejsce, z którego nie ma już możliwości zatrzymania nadchodzącego wytrysku. Pochylił się nieco niżej, dotknął mojego łona czubkiem penisa i zaczął wyrzucać z siebie nasienie. Pierwsze fale nasienia sięgnęły moich piersi. Kolejne fale wytrysku naznaczały moje ciało, mój brzuch i łono oraz piersi białymi plamami. Coraz wolniej przesuwał dłonią, coraz mniejsze porcje spadały na moje ciało. Czułam, że już niedługo, już za chwilę i ja dojdę. Nabrałam na palce mężowskie nasienie i wsuwając w siebie palce i pieszcząc łechtaczkę, dochodziłam do swojego finału. Jęczałam głośno, nawet bardzo głośno. Pochwa kurczyła się i rozkurczała, przez ciało przebiegały dreszcze rozkoszy. Moim ciałem wstrząsały dreszcze. Ciepło rozchodziło się po całym ciele, docierało aż do palców dłoni i stóp. Nie mogłam złączyć nóg, ponieważ Mąż przytrzymywał je szeroko, patrząc, jak przeżywam orgazm, jak faluje moja cipka. I wcale nie miał zamiaru, aby tak skończyć to, co przed chwilą się wydarzyło. Chwycił moją rękę i wysunął z cipki, po czym pochylił się i zaczął ją lizać, zaczął ją całować. Nie zdążyłam jeszcze odpocząć, dojść do siebie, byłam jeszcze na etapie rozchodzącej się po ciele rozkoszy. Napięcie po przeżytym orgazmie nie opadło jeszcze. Na tej fali, na tym poziomie podniecenia to, co robił, sprawiało mi absolutną przyjemność i nie pozwoliło podnieceniu opaść. Przedłużał moje podniecenie, prowadził mnie ku ponownemu orgazmowi. Nie przestawał mnie pieścić, całkowicie poddawałam się Mu, czekając na to, co miało nastąpić. Podświadomie wiedziałam, że następny orgazm przyjdzie bardzo szybko i będzie niesamowitym przeżyciem. Palcami rozsunął mi wargi tak, że moja łechtaczka była na wierzchu a wejście do pochwy szeroko otwarte. Całował i lizał moją cipkę. Językiem przesuwał od łechtaczki do wejścia, w które wsuwał końcówkę języka, po czym wracał do główki łechtaczki. Mogę powiedzieć, że chłeptał moją cipkę coraz bardziej, zbliżając mnie do następnego uniesienia. Złapałam swoje nogi pod kolanami, jeszcze bardziej przyciągając je do brzucha, biodra dzięki temu uniosły się jeszcze mocniej, uwidaczniając jeszcze bardziej i zbliżając do Niego łono. Nie przestawał, pieścił, lizał, całował, a ja dochodziłam do szczytu. Orgazm, pomimo że spodziewany swoją intensywnością zaskoczył mnie. Wiłam się na łóżku i nawet miałam wrażenie, że odpłynęłam na fali rozkoszy. Przeżywałam kolejny orgazm, jakże inny niż pierwszy. Niby bardziej stonowany, spokojniejszy, mniej energetyczny, ale jakby bardziej sięgający w głąb. Głębszy i bardziej mistyczny. Mięśnie wokół pochwy zaciskały się jakby mocniej, łechtaczka wchodziła w drżenie w rytm tego pulsowania, a z ust wydobywałam jęk rozkoszy, rozkoszy, jakiej dawno nie przeżyłam. Pierwszy raz przeżywałam orgazm, mając szeroko rozsunięte i wysoko uniesione nogi. Przepraszam drugi, pierwszy był przed chwilą. Sama je w końcu trzymałam, a Mąż dodatkowo utrzymywał je w szerokim rozkroku. I kiedy myślałam, że to już koniec mój Mąż wszedł we mnie, przełamując orgazmicznie zaciskające się mięśnie. Jednym płynnym ruchem umieścił kutasa w moim wnętrzu. Mogłam tylko jęknąć, czując wypełniającego mnie penisa. Miałam wrażenie, że sięgnął bardzo głęboko, może spowodowała to pozycja, którą nadal utrzymywaliśmy. Niemniej czułam całość długości i obwodu kutasa. Pocałował mnie, poczułam na języku smak wymieszanych naszych soków. Smak swojej cipki i Jego nasienia. A potem zaczął mnie posuwać. Rżnąć wręcz, bo raczej tak należało to nazwać. Wyprostował się. Chwycił moje nogi w kostkach i trzymając, szeroko posuwał. Opuściłam ręce i wsunęłam dłonie pod pośladki, wystawiając biodra naprzeciw jego ruchom. Czułam, jak trzon penisa przesuwa się po łechtaczce, jak od środka uderza w ściany i dno pochwy. Ciekawa byłam czy znowu przeżyję orgazm. Ale na dobrą sprawę wcale nie dążyłam do niego, chciałam, aby Mąż doszedł. Był tak podniecony zaistniałą sytuacją, że nie potrzebował wiele czasu. Głośno westchnął, wbił się głęboko i znowu poczułam, jak wyrzuca kolejną dzisiaj porcję nasienia. Nie za dużo, bo to przecież kolejny w krótkim czasie, ale dał się odczuć. Kiedy wysunął się ze mnie, zaległ na łóżku obok mnie. Zwróciliśmy się do siebie, zaczęliśmy całować i obejmować. Nogami oplatałam jego nogi. Z cipki sączyło się nasienie i skapywało na łóżko. A potem długo leżeliśmy, trzymając się za ręce i odpoczywaliśmy po wyczerpującym erotycznym spektaklu, który był naszym udziałem. I potem cały czas trzymając się za ręce, poszliśmy wziąć kąpiel. Tym razem bez żadnych ekscesów. Było tylko wspólne mycie, wycieranie i oczywiście przytulanie i całowanie. Kiedy zeszliśmy na dół uśmiechnięci, przyjaciele stali i patrzyli na nas. Paulina powiedziała, że było nas, a zwłaszcza mnie słychać. A potem dodała:

    – Tak nas podnieciliście, że i my musieliśmy się bzyknąć. Najpierw mały lodzik, a potem wykorzystaliśmy krzesło. Mam całe majtki mokre od Marka spermy. A teraz idziemy coś zjeść, a potem spacer.

    Zjedliśmy rybkę, wypiliśmy piwo i brzegiem morza wróciliśmy do domu. Wieczorem siedząc w czwórkę na kanapie, obejrzeliśmy kilka odcinków ulubionego serialu. Porozmawialiśmy, powspominaliśmy i cieszyliśmy się swoją obecnością. Jako, że zmęczenie dawało się we znaki, dość szybko poszliśmy spać.

    Na drugi dzień, po przebudzeniu zasiedliśmy w czwórkę do śniadania. Potem przebraliśmy się, spakowaliśmy najpotrzebniejsze rzeczy i wyszliśmy na plażę, zamykając drzwi. Ciesząc się wspaniałą, słoneczną pogodą wyruszyliśmy na nowo odkrytą plażę nagusów.

    – Prowadźcie Panowie – powiedziała Marta.

    Faktycznie, po przejściu może dwudziestu minut naszym oczom ukazał się znak ostrzegający o tym, że wchodzimy na gołą plażę. Napis prosił jednocześnie o nierozkładanie parawanów i o zakazie robienie zdjęć. Równocześnie zapewniał o pełnym bezpieczeństwie wypoczywających. Minęliśmy znak i przystanęliśmy, aby się rozebrać. Rzeczy pochowaliśmy do plecaków. Staliśmy chwilę, przyglądając się sobie wzajemnie. Marta przysłoniła oczy dłonią i patrząc na naszych mężów, śmiejąc się, powiedziała:

    – Moi drodzy, proszę tylko bez wzwiedzionych członków, to porządna plaża.

    Swojego znałam dobrze, natomiast widok penisa Marka był raczej dawno niewidzianym widokiem dla mnie. Oczywiście nie wspominając o minionej nocy. Przyglądałam im się, kiedy tak stali. Obejrzałam sobie ich i ich członki dosyć dokładnie. Różniły się od siebie, penis Marka był trochę dłuższy niż mojego męża i wystawał z porośniętego włosami podbrzusza, członek mojego Męża za to był grubszy i nie ukrywał się wcale, ponieważ mój mąż regularnie golił owłosienie łonowe. Marta także otaksowała chłopaków i oceniła we właściwy dla siebie sposób, mówiąc:

    – Ładne ptaszki macie, nie musimy się was wstydzić.

    Powiedziała również, że zaskoczył ją widok wygolonego przyjaciela i stwierdziła, że bez włosów penis wydaje się atrakcyjniej prezentować i chyba każe Markowi również się ogolić. Marek śmiało patrząc na nas, taksował naszą nagość, a patrząc na mnie, powiedział, że już zapomniał, jak pięknie wyglądam nago. Podziękowałam za komplement, odwzajemniając się słowami, że jemu także niczego nie brakuje. Ścieżka poprowadziła nas na plażę. Była w tym miejscu szeroka, sporo miejsca zapewniało swobodę i dyskrecję. Znaleźliśmy odpowiednie dla siebie miejsce. Rozłożyliśmy koce i ręczniki. Marta szybko usiadła na kocu. Ja nie czekając, usiadłam obok. Kiedy rozejrzałam się wokół, faktycznie widziałam kilkadziesiąt osób korzystających z uroków nagiego opalania. Niedaleko nas leżało starsze małżeństwo, z drugiej strony rodzice w dwojgiem dzieci bawili się w piasku. Kilka osób kąpało się, a kilka przechadzało brzegiem morza. Jakaś grupa trochę dalej grała w siatkówkę. Pary, samotni czy też kilkuosobowe grupy podobne do nas. Wszyscy tak jak stworzyła nas natura. Goli. Różniący się budową i wcale nierobiący z tego żadnego problemu. Grubi, szczupli. Piersi małe, duże, sterczące lub obwisłe. Penisy mniejsze i większe, zawsze zwisające. I co najważniejsze wszyscy dla siebie mili, życzliwi. Żadnych taksujących i oceniających spojrzeń. Poleżeliśmy, poszliśmy się wykąpać, powygłupialiśmy się w wodzie. Miło spędzaliśmy czas. Spędziliśmy tam większość dnia, opalając się, kąpiąc, rozmawiając, spacerując. Jednym słowem miło zagospodarowywany czas w swoim towarzystwie. Słońce operowało, nie pozostawiając na naszych ciałach żadnych białych plam. Musieliśmy tylko uważać na genitalia, przecież o oparzenie słoneczne tak wrażliwych miejsc wcale nie trudno. Ale daliśmy radę. A kiedy nadszedł czas, aby się zbierać, tuż za znakiem ubraliśmy się i spacerkiem wracaliśmy do domku.

    Zadowoleni i w doskonałych humorach wróciliśmy na kwaterę. Każda z par udała się do swoich pokoi. Weszłam pod prysznic, aby spłukać z siebie drobiny piasku i odświeżyć się nieco. Woda z deszczownicy oblewała moje ciało. Stałam tak sobie, kiedy usłyszałam otwierane drzwi prysznica. I już po chwili ręce mojego męża obejmowały mnie w talii, a usta całowały kark. Przylgnął do mnie całym ciałem. Odchyliłam głowę, kiedy jego usta przesuwały się wzdłuż karku, a dłonie przeniosły na piersi, zaczynając je pieścić. Czułam na pupie zwiększającego swoją objętość członka. Oparłam dłonie o ścianę, szerzej rozstawiłam stopy i wypchnęłam biodra w tył. Odsunął się lekko i pomiędzy uda włożył członek, tak, że przylegał do mojej szparki. Sięgnęłam dłonią w dół, przesunęłam kilka razy po jego trzonie, odsłaniając główkę i nakierowałam na wejście. Wsunął się mniej więcej do połowy swojej długości. Nie ruszał się tylko mnie, wypełniał. Skierował dłoń na łechtaczkę i zaczął ją pieścić. Pod wpływem dotyku stwardniała dostarczając mi masę przyjemnych doznań. Nadal jednak nie poruszał się we mnie. Od przodu czułam jego palce na łechtaczce a od środka główkę napierającą na ścianę pochwy. Pochyliłam się bardziej, dobił do dna i przenosząc dłonie na biodra, zaczął niespiesznie wykonywać ruchy frykcyjne. Wychodziłam jego ruchom naprzeciw, a kiedy wysuwał się, mocno zaciskałam mięśnie wokół wychodzącego ze mnie członka. Coraz szybciej atakował moje wnętrze, coraz mocniej wbijał się we mnie, a potem już tylko wystrzeliwał kolejne ładunki nasienia, głośno sapiąc i mocno ściskając mi biodra. Nie miałam orgazmu, nie był moim celem. Nie muszę mieć za każdym razem orgazmu, aby cieszyć się rozkoszą i przyjemnością wynikającą z podniecenia. Odwróciłam się do niego. Mocno objęci całowaliśmy się, a woda cały czas spływała po nas, zmywając ślady przeżytej przed chwilą przyjemności.

    Ubrani i odprężeni zeszliśmy na dół. Przygotowaliśmy wspólnie późny obiad i zafundowaliśmy krótką drzemkę. A późnym popołudniem lub wczesnym wieczorem wyruszyliśmy na spacer brzegiem morza. Szliśmy objęci, trzymający się za ręce. Czasami przysiedliśmy na piasku, odpoczywając i rozmawiając. W drodze powrotnej wstąpiliśmy do sklepu, zrobiliśmy zakupy i wróciliśmy do domku.

    Siedząc na tarasie, popijaliśmy wieczorną kawę. Kiedy zrobiło się chłodniej, wróciliśmy do środka. Paulina zarządziła, że robimy wieczorną toaletę i siadamy do stołu, aby pograć w karty. Po w miarę szybkim umyciu się zeszliśmy na dół, gdzie Paulina siedziała już przy stole, a Marek otwierał dla nas wino. Wino nalane, karty przygotowane, humory dopisują. Zawsze gramy w pokera, mamy nawet odpowiedni zestaw kart z żetonami. Podzieliliśmy sztony i rozpoczęła się gra. Czas mijał w miłej atmosferze, jednym przybywało żetonów, drudzy je tracili. Otworzyliśmy następną butelkę, wino szybko rozluźniało przyjazną atmosferę. Gra był coraz bardziej zażarta, doszło do tego, że Paulina została z pustą pulą przydzielonych żetonów, przegrała wszystko. Nie zamierzała jednak rezygnować z gry, powiedziała, że jeżeli wygra, to dostanie od każdego z nas kilka sztuk sztonów. Poszło kolejne rozdanie i niestety pomimo zaciętej licytacji przegrała. Musiała uznać wyższość kart Marka. I co teraz? Nie miała już nic, co mogłaby przegrać. Marek uśmiechnięty powiedział, że jeżeli chce grać dalej, to teraz musi zdjąć koszulkę w ramach przegranej. Przyjaciółka napiła się wina, spojrzała na nas troje i uśmiechając się, zdjęła koszulkę. A że jako pod spodem nic nie miała, siedziała teraz przed nami z gołym biustem.

    – Czego się tak gapicie? – zapytała. – Nie widzieliście moich piersi? Mam lepszy pomysł. Odkładacie żetony i od teraz gramy w rozbieranego. Jeżeli nie będziecie chcieli się rozbierać, to odpowiadacie na pytanie. Pytanie zadaje wygrany. Przegrany musi najpierw zadecydować czy się rozbiera, czy odpowiada na pytanie. Zgoda?

    Oczywiście wszyscy zgodziliśmy się na takie warunki. Graliśmy już kilka razy w ten sposób, ale jeszcze nigdy nie dokładaliśmy pytać. Może być ciekawie i fascynująco. Rozpoczęliśmy następną rozgrywkę. Ponownie zwycięzcą okazał się Marek, przegrał mój Mąż i szybko zadecydował, że zdejmuje koszulkę. Kolejne rozdanie wygrałam ja, a przegranym okazał się Marek. Powiedział, że nie rozbiera się i prosi o pytanie.

    – Kiedy zacząłeś się masturbować? Ile miałeś lat? – zapytałam go.
    – Jak miałem 12 lub 13 lat, dokładnie nie pamiętam – odpowiedział.

    Przy licznych uśmiechach siedzących przy stole graliśmy dalej. Wygrał Marek, przegrana była moim udziałem. Nie chcąc być gorsza, też poprosiłam o pytanie.   

    – Kiedy masturbowałaś się ostatni raz? – zapytał.
    – Ostatnie nocy – padła odpowiedź z mojej strony.

    Mój mąż, chcąc mnie wesprzeć, chociaż wcale nie musiał, sam niepytany powiedział, że ostatnią noc też spędził na onanizmie.
     
    – Myślałem wtedy o tobie kochanie – powiedział, zwracając się w moją stronę.
    – Ja także myślałam o Tobie – odparłam.

    Kontynuowaliśmy grę. Teraz wygraną okazała się Paulina i poprosiła przegranego mojego ślubnego o spodenki. Szybko zdjął je i podając nad stołem, usiadł na krześle. Siedział teraz w samej koszulce, ponieważ spodenki były jedyną bielizną, którą miał na sobie. Wygrał kolejne rozdanie. Ja przegrałam, a On poprosił o moją koszulkę. Siedziałyśmy z Pauliną z cyckami na wierzchu, mój mąż w samej koszulce, tylko Marek zachował jeszcze całość odzienia. Kolejne rozdania doprowadziły do tego, że całą czwórką pozbyliśmy się ubrań. Mogliśmy teraz tylko i wyłącznie odpowiadać na zadawane pytania. Gra zeszła na dalszy plan. Można śmiało powiedzieć, że karty zostały odłożone i tylko padały różne pytania okraszone odpowiedziami.

    – Jak najbardziej lubicie się kochać?
    – Romantycznie, długo, szybkie numerki, nieważne jak. Ważne, z kim – odpowiadaliśmy.
    – Jakie pozycje lubicie?
    – Na jeźdźca, od tyłu, klasycznie, na siedząco – padały odpowiedzi.
    – Najdziwniejsze miejsce, w którym uprawialiście seks?
    – Kuchnia, garaż, przebieralnia, jezioro – przekrzykiwaliśmy się nawzajem.
    – Czy lubicie seks oralny?
    – Oczywiście, uwielbiam – prawie jednocześnie odpowiedzieliśmy wszyscy.
    – Czy próbowaliście innych form aktywności seksualnej?
    – Lekka dominacja, wiązanie, przebieranki – odpowiadaliśmy na przemian.
    – Czy próbowaliście seksu analnego?

    Na to pytanie najszybciej odpowiedziała Paulina.

    – Tak. Spróbowaliśmy – padła szczera odpowiedź.
    – I jak było? Jakie macie wrażenia? – zapytałam z ciekawością.
    – Było ciaśniej – szybko odpowiedział Marek.
    – To prawda – dopowiedziała Paulina. – Poza tym wolniej, spokojniej, inaczej. Doznania są całkiem inne. Spróbujcie sami, to zobaczycie.

    Kiedy to usłyszałam, spojrzałam na Męża. Jego wzrok mówił wszystko. Pewnie i tej formy seksu kiedyś spróbujemy. Było wesoło, podniecająco i czuć było narastający powiew erotyzmu. A, że wszystko wśród przyjaciół, więc było jak najbardziej w porządku. Paulina rozochocona atmosferą i zazdroszcząc mi trochę, poprosiła Marka o zgolenie włosów.

    – Marek – powiedziała. – Chciałabym, abyś zgolił włosy łonowe. Masz być gładki jak ja – i wskazała na swoje podbrzusze.
    – Jak chcesz, to możesz mnie ogolić – powiedział z uśmiechem.
    – Dobrze, chcę to zrobić teraz – Paulina naciskała.
    – Proszę bardzo.

    Wstał i poszedł do łazienki. Przyniósł nożyczki, krem do golenia i nożyk. Rozłożył ręcznik na kanapie, położył się i czekał. My z Mężem zostaliśmy przy stole, siedzieliśmy obok siebie, trzymając za ręce i patrzyliśmy, co będzie dalej. Paulina podeszła do niego i uklęknęła na wysokości jego bioder. Widzieliśmy teraz jej plecy, wypięte pośladki i pięty, na których siedziała, całkowicie zasłaniając biodra Marka. Położyła wszystkie rzeczy obok siebie. Wzięła nożyczki i zaczęła obcinać włosy tuż przy skórze. Potem nałożyła na dłoń piankę i rozprowadziła po podbrzuszu Marka. Ostrożnie przyłożyła ostrze do skóry i zaczęła golenie. Powolnymi ruchami pozbywała go owłosienia, chwytała penisa, przesuwała go, starając się dotrzeć do wszystkich miejsc. Kiedy ogoliła mu łono, zabrała się za mosznę. Naciągała skórę, przesuwając maszynką, pozbawiając ją włosów. Robiąc to, zmieniała pozycję, unosiła biodra do góry, pochylała się bardziej lub mniej nad swoim mężem. Czasami pokazywała nam połyskującą wilgotnością cipkę. Dłonie mojego Męża powoli przesuwały się po moich plecach wzdłuż kręgosłupa i na boki. Ja głaskałam Jego uda. Dla obojga z nas był to wysoce erotyczny widok. Kiedy skończyła, wstała i poszła do łazienki. Marek leżał rozluźniony, resztki pianki gdzieniegdzie ozdabiały mu łono. Po chwili przyjaciółka wróciła z wilgotnym ręcznikiem. Wytarła go, ukazując nam swoje dzieło. Teraz Marek nie miał już żadnego włosa na swoim ciele. Widać było, że sam proces golenia spowodował u niego lekką erekcję, a może był to efekt rąk Pauliny. Paulina spojrzała na nas, uśmiechnęła się i powiedziała:

    – Wygląda, że jest super. Muszę spróbować.

    Po czym pochyliła się i chwytając Markowego penisa, pocałowała go. Marek natychmiast zareagował wzmacniającą się erekcją, a usta Pauliny zamknęły się na jego główce. Wsunęła w szeroko otwarte usta odsłoniętą główkę penisa. Zamknęła je i bardzo wolno kutas zaczął wnikać w jej usta. Podniecający widok sprawiającej przyjemność Markowi przyjaciółki roznamiętniał nas. Ręka Męża bardzo szybko znalazła się na mojej piersi, a moja dłoń bezwiednie przesunęła się pomiędzy Jego uda i zaczęłam pieścić członka. Odwróciliśmy się do siebie i zaczęliśmy całować. Mąż siedział z szeroko rozstawionymi nogami, dzięki czemu mogłam swobodnie pieścić jego penisa i jajka. W tym samym czasie dłoń Męża zdobywała kolejne centymetry mojej wilgotnej waginy, nogi sama otwierałam, dając mu szeroki dostęp. Co chwilę oboje zerkaliśmy w stronę przyjaciół. Marek leżał i unosząc lekko głowę przyglądającej się małżonce, która w całkowitym skupieniu zaspakajała go oralnie. Głową poruszała w górę i w dół, co chwilę pojawiał się połyskujący od śliny trzon. Nie wypuszczając penisa z ręki, Paulina wyprostowała się i spojrzała w naszą stronę. I co zobaczyła? Zaprzyjaźnione małżeństwo pieszczące się i sprawiające sobie przyjemność spotęgowaną oglądaniem jej w trakcie seksu oralnego dawanego własnemu mężowi. Miałam zamkniętą dłoń na trzonie mężowskiego członka. Znad palców wystawała odsłonięta purpurowa główka. Palce Jego dłoni poruszały się pomiędzy moimi rozwartymi nogami, dając mi ogrom przyjemności. Paulina rozpromieniona podnieceniem zaczęła sadowić się na swoim mężu. Dosiadała go. Chwytając i nakierowując penisa, zaczęła zagłębiać go w sobie. Kiedy zniknął w niej w całości, z ust Marka wydobył się głośny jęk. Paula siedziała prosto, złapał ją za biodra, a ona powolnymi ruchami zaczęła go ujeżdżać. Pokazywała nam penisa, a właściwie jego trzon, po czym ponownie znikał w jej wnętrzu. Widok przyjaciół uprawiających miłość, odbywających na naszych oczach stosunek podziałał na nas jak jakiś wyzwoliciel kumulowanych emocji. Oderwałam dłoń od członka Męża, teraz samotnie jak maszt sterczał w górę, wyrwałam jego dłoń z własnej kobiecości i przesunęłam na biodro. Sama w tym czasie chwyciłam jego uda, łącząc rozstawione nogi. Szybko zrozumiał, o co mi chodzi. Chwycił biodra, a ja przenosząc jedną nogę nad złączonymi jego, usiadłam mu na kolana. Przesunął dłonie z bioder do przodu. Chwycił od wewnątrz moje uda i rozszerzył je. Potem szybko powrócił do pieszczenia bardzo wilgotnej cipki. Na pośladkach czułam jego nabrzmiałego członka. Podniecenie narastało, jego palce penetrowały zakamarki mojej kobiecości. Przesuwał palcami po wilgotnych fałdach szparki, wsuwał w zapraszająco otwartą pochwę palce i wracał pieścić łechtaczkę. Byłam już na takim etapie, że chciałam mieć w sobie jego kutasa. Nie przejmowałam się wcale tym, że tuż obok kochają się nasi przyjaciele, ba, nawet nas obserwują. Ale i my przecież patrzyliśmy na nich. Ten widok nakręcał całą naszą czwórkę. Nie zdarzyło się, żebyśmy oglądali siebie w tak intymnej sytuacji, która tylko jeszcze bardziej podgrzewała atmosferę. Uniosłam na chwilę biodra w górę, sięgnęłam do tyłu dłonią i przesunęłam, nie bez oporu, bo erekcję miał mocną, kutasa Męża do przodu. Teraz ułożył się wzdłuż moich warg, które obejmowały go tak jakby ustami trzon. Główką sięgał aż do łechtaczki, mocno napierając na całej długości szpary. Przesuwałam palcami od spodu trzonu i zamykałam w palcach schowane w napiętym worku jajeczka, drażniąc go jeszcze bardziej. Nie zostawał mi dłużny. Skoncentrował się na moim centrum rozkoszy – łechtaczce. Główka rozpychała się, szukając wejścia do pochwy. Kiedy członek znalazł właściwe miejsce, wsunął się we mnie i rozkosznie rozpychając wnętrze, umościł w środku. Siedziałam na jego kolanach, plecami opierając o Jego tors. Usta obcałowywały mój kark, jedna ręka pieściła piersi, a druga umiejętnie dostarczała mi bodźców, koncentrując tuż nad wypełniającym mnie penisie, na łechtaczce. Siedząc w takiej pozycji, patrzyłam na Paulinę, która raźno cwałowała, dostarczając przyjemności sobie i Markowi. Nie chciałam pozostawać obojętna na tak wspaniały widok. Oparłam dłonie na udach Męża i starałam się uchwycić rytm przyjaciółki. W miarę szybko udało mi się złapać to zrobić i teraz wspólnie, ale osobno zdążałyśmy do spełnienia. W tym samym rytmie, a jednocześnie w różnych pozycjach biodra unosiłyśmy w górę, pokazując wypełniające nas penisy, po czym przysiadałyśmy, zanurzając je w pochwach. Trwałyśmy w tej wspólnej jeździe, dogadzałyśmy sobie za pomocą mężowskich kutasów. Brakowało, tylko abyśmy trzymały się za ręce, niestety odległość była zbyt duża pomiędzy nami, aby to zrobić. Nie potrafię zliczyć, ile to trwało. Czas jakby zatrzymał się w miejscu lub wyraźnie spowolnił. Niemniej jednak spełnienie zbliżało się nieubłaganie. Co więcej, było jak najbardziej oczekiwane i pożądane. Tempo „gonitwy” stawało się coraz szybsze, nasze jęki coraz głośniejsze, a panowie stawali się coraz bardziej niecierpliwi, mieli coraz mniej czasu, aby wstrzymywać zbliżający się punkt, z którego nie będą mogli zawrócić. Nie wiem jak Paulina, ale ja byłam już na samym skraju, czułam, że jeszcze kilka ruchów biodrami i zatracę się w rozkoszy. I faktycznie, przysiadłam kilka razy głębiej i nadszedł oczekiwany orgazm. Głośno jęczałam, zaciskałam mięśnie na kutasie, nie przestając się ruszać, co dostarczało mi jeszcze większych doznań i przeżywałam mega spełnienie. Dopiero po jakimś czasie do moich uszu dotarł krzyk Pauliny. Domyśliłam się, że i ona doznaje spełnienia. Naszym panom nie potrzeba było zachęty. Poczułam, jak w moim wnętrzu rozlewają się kolejne fale nasienia wyrzucanego z głęboko we mnie tkwiącego penisa Męża. A i Marek nie pozostał dłużny swojej żonie. Trzymając Paulinę mocno za biodra, zalewał ją spermą. Atmosfera powoli uspokajała się, cztery zadowolone i zaspokojone osoby spoglądały na siebie. Kiedy Paulina stanęła nad Markiem, z cipki na jego brzuch zaczęły skapywać krople nasienia. I z mojej cipki również. Tego rodzaju emocji jeszcze nigdy nie doświadczyliśmy. Pierwszy raz kochaliśmy się na oczach innych. Poczwórny orgazm. Doznanie niesamowite, niespotykane i niezapomniane. Emocji było, co niemiara. Powoli docierało do naszej czwórki to, co przed chwilą się wydarzyło. Co było naszym udziałem. I co całej czwórce się podobało. Kiedy emocje wróciły do normalnego poziomu, porozmawialiśmy chwilę, opisaliśmy towarzyszące nam emocje, po czym rozstaliśmy się i życząc dobrej nocy, udaliśmy do swoich sypialni. Razem z Mężem weszliśmy pod prysznic, opłukując ciała z emocji i przytuliwszy się do siebie, błogo zasnęliśmy.

    Kolejny poranek wyglądał podobnie do poprzednich. Śniadanie, kawa. Nie rozmawialiśmy o minionym wieczorze. Co tu opowiadać. Było erotycznie i podniecająco. Przeżyliśmy bardzo podniecająco i erotycznie wieczór. Zakończony seksem. Nic, co stanowiłoby dla nas jakiekolwiek tabu. Fakt, nigdy wcześniej nie kochaliśmy się na swoich oczach. Nie patrzyliśmy nigdy na siebie wzajemnie podczas tak podniecających chwil. Zdarzało się wcześniej, że słyszeliśmy dźwięk dochodzących z sypialni przyjaciół jęków, kiedy uprawiali seks, ale nigdy nie zdarzyło się, aby w tym czasie na siebie patrzeć. Teraz to nastąpiło i było nam z tym dobrze. Popatrzyliśmy na siebie, po podniecaliśmy się swoim widokiem i powiedzmy, że mieliśmy wspólny orgazm. Wspólny a jakby oddzielny. Każdy przeżył go ze swoim partnerem, w swoim związku. Najważniejsze, że czuliśmy się spełnieni i zadowoleni. Nie było żadnych wyrzutów, niedomówień bądź pretensji. Chcieliśmy tak spędzić wieczór, mieliśmy na to ochotę i tak go spędziliśmy. Nie ma tematu.

    Potem ponownie poszliśmy na gołą plażę, gdzie spędziliśmy kilka godzin, opalając się, kąpiąc, rozmawiając i spacerując. Czas mijał nam w przyjacielskiej atmosferze.

    Do końca naszego wspólnego pobytu nie powtórzył się podobny lub taki sam wieczór. Owszem graliśmy w karty, rozmawialiśmy o różnych bardziej lub mniej ciekawych rzeczach. Nie kochaliśmy się jednak więcej na własnych oczach. Każde z nas robiło to w zaciszu swojego pokoju. W mniej lub bardziej spektakularny sposób. Głośniej lub ciszej. Dłużej lub krócej. Nie mieliśmy widocznie więcej ochoty na powtórzenie tamtego wieczoru, który i tak zapadł nam w pamięci. I do którego będziemy wracać, wspominając przeżyte wtedy emocje. A może kiedyś powtórzymy go w trochę innych okolicznościach przyrody bądź zacisza domowego. Po prostu przyjaciele spędzali wakacyjny czas w swoim miłym towarzystwie.         

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    Ewa mężatka