Blog

  • Niespodziewana kolacja ( Asia i Filip cz. IX)

    Jest to dziewiąta część opowiadań o Asi i Filipie. Pozostałe można znaleźć na moim profilu.

    Dzień rozpoczął się świetnie. Asia obudziła mnie perfekcyjnym obciąganiem. Było to dla mnie szczególnie miłe, bo od lat powtarzałem jej, że miałem taką fantazje, ale jakoś zawsze zapominała. Gdy tylko doszedłem w jej ustach, z uśmiechem na twarzy przełknęła moja spermę i powiedziała.

    – Od dzisiaj będę się starać regularnie by twoje pobudki były godne zapamiętania. – po czym wstała i zaczęła się ubierać.

    Obserwując jak wciska na swój zgrabny tyłek koronkowe majtki naszła mnie śmieszna myśl. Przez ostatnie trzy tygodnie z kutasem zamkniętym w pasie cnoty obserwowałem kilka razy jak moja dziewczyna robi z innymi kobietami i mężczyznami rzeczy, o których zawsze marzyłem. Seks grupowy, bdsm, anal, seks z nieznajomymi itp. Przez cały ten czas w większości przypadków mogłem tylko patrzeć, a dziś czułem się szczęśliwy jak dziecko, bo Asia zrobiła mi prostego „loda niespodziankę”. Długo zastawiałem się, dlaczego wybrała taki sposób na rozkręcenie naszego życia seksualnego i zrozumiałem to dopiero w ten weekend. Asia się bała. Widziała, że w przeszłości miałem możliwość poeksperymentować ze swoją seksualnością, a jej wcześniej brakowało na to odwagi. Nie była pewna jak zareaguje, gdy coś, co podoba się mi nie spodoba się jej ani jak zareaguje na obecność innych. Dlatego chciała to zrobić na własnych zasadach i przy pomocy nowopoznanej Sylwii wymyśliła tą zabawę. Spróbowała wszystkiego, co chciała i teraz miała pewność, że chce jeszcze więcej. Zrozumiała też, że nie chce jej wymienić na inny model, a jedynie wspólnie kolekcjonować nowe wrażenia i poszerzać horyzonty. Kluczowe w tym wszystkim było słowo „wspólnie”. Trochę było mi głupio, że tak późno zrozumiałem obawy mojej kobiety, ale cieszyłem się, że wzięła sprawy w swoje ręce i pomogła mi do tego dojść. Teraz oboje byliśmy gotowi.

    Asia skończyła się malować i uśmiechnęła się do mnie.

    – co chciałbyś dzisiaj robić skarbie – odwzajemniłem uśmiech i spojrzałem na mojego stojącego kutasa. Odpowiedziała zalotnie. – rozumiem. Zapewniam cię, że przygotowałam atrakcje dla twojego kutasa, ale proponuje byś chwilę na nie poczekał, by starczyło Ci sił, będą ci potrzebne. Oczywiście zrobię, co tylko będziesz chciał.

    -Dobrze kochanie, czekałem dość sporo, ale muszę przyznać, że cierpliwości mnie ta klatka nauczyła. – odpowiedziałem rozbawiony.

    – Taki był między innymi jej cel. Uważam, że powinniśmy do niej raz na jakiś czas wrócić. Co ty na to? – spytała całkiem poważnie.

    – hmm w takim razie mam dla Ciebie propozycję. – gdy to powiedziałem Asia spojrzała na mnie z wyraźnym zaciekawieniem. – niech każde z nas wybierze sobie po dwa miesiące w roku, w którym przejmie władzę „w łóżku”. Jeżeli będziesz chciała założysz mi klatkę i będziesz bzykać się, z kim i jak chcesz przez miesiąc. Ja ze swojej strony będę miał taką samą możliwość? Oczywiście zasada z hasłem bezpieczeństwa zostaje w razie gdyby któreś z nas przegięło. Co sądzisz? – Asia długo się nie zastanawiała.

    -Zgoda! Sama miałam zaproponować coś podobnego, ale twój pomysł wydaje mi się nawet lepszy. W pozostałe miesiące ustalamy wszystko wspólnie jak rozumiem?

    – To zrozumiałe.

    – No to mamy umowę. – odpowiedziała rozpoczynając wtedy „tradycję” w naszym związku, która trwa do dziś, po czym dodała. – szczegóły ustalimy sobie później, a teraz skupmy się na Tobie. Chciałam Cię zabrać do tego SPA, w którym byliśmy z Bartkiem. Obojgu nam przyda się drobne odświeżenie.

    Bardzo spodobał mi się jej pomysł. Ja z klatką na kutasie usługiwałem jej przez trzy tygodnia, a ona tylko wczoraj obsłużyła 4 dość niewyżytych facetów. Zgodziłem się i po śniadaniu pojechaliśmy na miejsce. Zauważyłem, że w trakcie jazdy Asia z kimś pisała, ale nie udało mi się dojrzeć z kim. Domyślałem się, że chodzi o te „atrakcje”, ale nie myślałem o tym za dużo. Penis zamknięty w pasie cnoty faktycznie uczył cierpliwości. Nasz cel był blisko, więc bardzo szybko byliśmy na miejscu. Nie potrafię wymienić z nazwy większości zabiegów, którym nas tam poddano, ale muszę przyznać, że wychodząc z ośrodka czułem się jak nowonarodzony, nawet nie zauważyłem, że minęło kilka godzin. Gdy w świetnych humorach weszliśmy do samochodu zaproponowałem Asi, że zabiorę nas na obiad do restauracji, którą na szybko znalazłem. Asia zaprotestowała.

    – Nie dzisiaj kochanie, bo w domku czeka na Ciebie prezent i mogę cię zapewnić, że głodny nie będziesz. Pamiętam jak często żartowałeś, że jednocześnie możesz być albo głodny albo napalony, więc jeżeli Ci nie stoi to mam Ci zrobić kanapkę. – powiedziała to poważnym głosem, ale ledwo powstrzymując wybuch śmiechu. – Postanowiłam, że dziś zaspokoimy dwie twoje największe potrzeby za jednym zamachem, więc wracajmy do lasku. Z głupim uśmiechem wrzuciłem bieg i powstrzymując się od dalszych pytań ruszyłem w stronę domku. Gdy podjechaliśmy na miejsce od razu rzucił mi się w oczy stojący na podwórku samochód i światło wewnątrz domku. Ktoś był w środku, a brak zdziwienia Asi sugerował, że widziała kto. Podeszliśmy do drzwi, które od razu się otworzyły. Stała w nich bardzo młoda dziewczyna. Nie mogła mieć więcej niż 25 lat. Miała bardzo ładną, gładka buzię, lekko kręcone kasztanowe włosy i bardzo wyraźne zielone oczy. Ubrana była w dość odważną wersję stroju pokojówki. Odsłaniający piersi top, króciutką spódniczkę, ciemne pończochy i wysokie szpilki. Spojrzała na nas nieśmiałym wzrokiem, po czym powitała nas równie nieśmiałym głosem.

    -Dzień dobry państwu.

    Asia dość stanowczym głosem zapytała.

    – Obiad gotowy?

    – Tak pani wszystko jak kazałaś. – odpowiedziała pokornie.

    W tym momencie ucieszyłem się nie mam już na kutasie pasa cnoty, bo stanął mi w spodniach od razu. Sposób, w jaki Asia do niej mówiła był taki sam, kiedy wcześniej zwracała się do mnie. Seksowna pokojówka ustąpiła nam miejsca, po czym wskazała nam krzesła przy przykrytym obrusem stole. Usiedliśmy oboje po przeciwnych jego stronach Asia klepnęła pokojówkę w odsłonięty tyłek i powiedziała.

    – No to Madziu pokaż mojemu mężczyźnie, co dla niego dziś przygotowałyśmy.

    Madzia po tym klapsie nabrała jakby pewności siebie i pewnym ruchem odsłoniła, co znajdowało się na stole, a właściwie, KTO znajdował się na stole. Leżała na nim naga Sylwia, czyli kobieta, która właściwie stała za moimi ostatnimi przygodami. Z tym, że była naga to trochę przesadziłem, bo na jej ciele leżało dość sporo różnych porcji sushi. Tak wiem body sushi to dość oklepany temat, ale wówczas było to dla mnie spełnienie już drugiej fantazji jednego dnia, a zapowiadało się, że nie ostatniej. We wcześniejszych częściach opisywałem jej wygląd, ale pozwolę sobie zrobić to jeszcze raz. Sylwia była bardzo zadbaną kobietą po czterdziestce. Miała ładną buzie, niebieskie oczy i blond włosy. Szczególną uwagę zwracał jej uroczy uśmiech i bardzo wysportowane ciało. Piersi miała malutkie, ale bardzo kształtne natomiast jej płaski brzuch i twardy jak kamień wypukły tyłek robiły olbrzymie wrażenie. Prowadziła blog internetowy o tematyce erotycznej i to właśnie za jego pośrednictwem poznała się z moją Asia. To ona zainspirowała ją do wymyślenia całej tej zabawy, a tydzień temu nawet zorganizowała nam małe seks party, które opisałem wcześniej. Jej twarz znajdowała się bliżej mnie i jak tylko mnie zobaczyła to się uśmiechnęła.

    – Dzień dobry Filip. Smacznego. – w tym momencie pokojówka podała mi i Asi pałeczki. Po spróbowaniu pierwszej porcji Asia zapytała.

    – Smakuje Ci Kochanie? Polecam spróbować bez pałeczek i z odrobiną wina. Tak ponoć lepiej smakuje. – gdy to mówiła pokojówka nachylając się dość ostentacyjne nalewała mi wina do kieliszka.

    Tak też zrobiłem i przekonałem się, że Asia miała rację. Zapach naoliwionego ciała Sylwii wzmacniał doznania smakowe, a widok następnych jego odsłoniętych części wzmacniał moje podniecenie. Dość szybko na stole leżała już tylko naga blondynka uśmiechają się do mnie i zaczynająca powoli masować się między nogami.

    – Wiesz, co mnie najbardziej podnieca? – zapytała wpatrując się we mnie. – mężczyzna, który jest dla swojej kobiety zrobić wszystko. Ty jesteś takim facetem i kiedy Asia poprosiła mnie bym pomogła jej ci wszystko wynagrodzić zgodziłam się bez wahania i nawet zaprosiłam koleżankę, której również zaimponowałeś. – gdy to powiedziała obejrzałem się i zobaczyłem wpatrzona we mnie pokojówkę o imieniu Magda. Patrzyła na mnie już nie nieśmiałym wzrokiem, ale bardziej z zaciekawieniem. Nie usłyszałem jak z drugiej strony podeszła do mnie Asia i złapała mnie między nogami.

    – Dziś wszystkie trzy jesteśmy twoje i spełnimy każdą twoją zachciankę. – powiedziała mi cicho do ucha – Jeżeli pozwolisz to zabiorę na chwilę Sylwię na górę byśmy mogły się dla Ciebie przygotować, a w międzyczasie Madzia się tobą zaopiekuje.

    – Jasne kochanie tylko niech wam to nie zajmie długo, bo zacznę tęsknić. – odpowiedziałem wpatrując się młodziutką dziewczyna w stroju pokojówki, która najwyraźniej nie mogła się doczekać, bo zaczęła kołysać biodrami w rytmie lecącej w tle muzyki, która dopiero w tym momencie usłyszałem.

    -nie byłabym taka pewna, bo Sylwia mówi, że ta dziewczyna to istny… Jak to było kochana. – zwróciła się pytająco do siedzącej już na brzegu stołu koleżanki.

    – wulkan namiętności? – zapytała, na co Asia odpowiedziała śmiechem.

    – jestem pewna, że użyłaś innego wyrażenia.

    – Niech się nasz Pan przekona sam, ale najpierw coś, na co czekałam.- powiedziawszy, to zeskoczyła ze stołu złapała mnie dość mocno za kutasa i pocałowała w usta. Pocałunek był bardzo namiętny, ale również z pazurem. Sylwia lubiła lekko podgryzać wargi i wpychać język głęboko do gardła, o czym właśnie mi przypomniała. Asia trochę siłą odciągnęła ją ode mnie i zabrała ją na piętro. Zostałem sam z wpatrzoną we mnie Magdą. Podszedłem do niej wyciągnąłem rękę i przedstawiłem się.

    – Do tej pory jakoś nie było możliwości. Jestem Filip. – uścisnęła moją dłoń pewnie, po czym odpowiedziała.

    – Wiem słyszałam o was od Sylwii. Muszę przyznać, że bardzo mi zaimponowałeś. – mówiąc trzymając mnie dalej za rękę zaczęła prowadzić mnie w stronę kanapy.

    – a czym takim, jeżeli można spytać? – Spytałem zaciekawiony siadając i obserwując jak Magda zaczyna seksownie wić się niczym striptizerka.

    – nie poznałam jeszcze innego faceta niż Bartek od Sylwii, który byłby w stanie tak daleko się posunąć dla swojej kobiety. – kontynuowała odsłaniając średniej wielkości młode piersi- większość facetów myśli głównie o sobie i nawet nie zastanowi nad prawdziwym potrzebami swojej kobiety. Ty jesteś inny. Pozwoliłeś jej zbadać samą siebie i byłeś przy niej, gdy to robiła. Tacy mężczyźni zasługują na wszystko, co najlepsze i to właśnie dziś dostaniesz. – mówiąc to ściągnęła spódniczkę wraz z majtkami i stanęła przede mną w samych pończochach i szpilkach. Jej młode ciało robiło wrażenie. Byłem od niej, co najmniej 10 lat starszy, ale najwyraźniej nie było to dla niej problemem, bo nachyliła się i zaczęła ściągać mi spodnie. Chciałem jeszcze o coś zapytać, ale gdy powiedziałem pierwsze słowo zakryła mi usta dwoma palcami i powiedziała.

    – skupmy się teraz na Tobie. Asia mówiła jak bardzo lubisz seks oralny, więc pozwól mi od tego zacząć. Później możesz robić ze mną, co chcesz. Nie krępuj się. Jeżeli coś będzie nie tak na pewno powiem, ale dla takich facetów jestem gotowa na bardzo dużo. Uwielbiam zaspokajać prawdziwych mężczyzn. – mówiąc to ściągnęła mi majtki i zaczęła lizać mojego stojącego już penisa. No cóż, kim jestem by się kłócić z taka dziewczyną. Muszę przyznać, że wtedy na chwilę zapomniałem o dwóch świetnych kobietach na górze, z których jedna była moja dziewczyną. Seks z dużo młodszą dziewczyną to kolejna fantazja spełniona tego dnia. Magda znała się na rzeczy. Najpierw na zmianę lizała mojego penisa i jądra, a gdy tylko stwardniał tak mocno jak tylko mógł włożyła go do ust i zaczęła obciągać. Nie robiła tego z takim wyczuciem jak Asia, ale nadrabiała zapałem i pasją. Cały czas utrzymywała kontakt wzrokowy, zmieniała tempo i co chwilę próbowała wziąć go całego do gardła. Nie udało jej się to do końca ani razu, ale nie poddawała się. Zastosowała nawet pewną sztuczkę, której nie znałem. Objęła ustami końcówkę penisa i samym „ssaniem” delikatnie poruszała jego główką. Muszę przyznać, że gdy to robiła nie mogłem się powstrzymać od jęków. Gdy moje podniecenie sięgnęło zenitu poczułem, że muszę ją mieć. Po tych tygodniach w zamknięciu dalej tkwiła we mnie masa frustracji, która właśnie się objawiła. Poczułem, że muszę się wyżyć, a ze słów Magdy wynikało, że mam ku temu okazję. Złapałem ją za włosy, podniosłem się z kanapy i powiedziałem dość władczym głosem.

    – wypinaj dupsko!

    – Oczywiście panie, pokaż mi jak prawdziwy facet rżnie swoją kobietę. – podziała uległym głosem, opadła na kanapę, wypięła tyłek i grzecznie czekała aż w nią wejdę. Zrobiłem to bez chwili namysłu. Wilgotny od śliny kutas wjechał w cipkę Magdy jak w masło. Gdy dopchałem go do samego końca zajęczała jak bezbronna dziewczynka.

    -Ale Twój wielki kutas mnie wypełnia. Bierz tą cipkę! – krzyknęła błagalnym tonem.

    Tak, więc zrobiłem. Od razu zacząłem ją rżnąć na pełnych obrotach. Jej młodziutki tyłek falował po każdym pchnięciu, czemu towarzyszyły charakterystyczne dźwięki klaskania. Ona jęczała bardzo głośno w bardzo podniecający sposób. Złapałem ją za włosy zmuszając by jeszcze bardziej się wygięła i jeszcze bardziej zwiększyłem intensywność pchnięć. Potrzebowałem tego. Potrzebowałem zdominować jakąś kobietę, potraktować ją jak swoją zdobycz. Te emocje kumulowały się od dawna i teraz mogłem dać im upust. Magda świetnie to rozumiała, bo gdy tylko lekko zmęczony zwolniłem zaczęła nabijać się na mojego kutasa prosząc o więcej. Usłyszałem kobiecy śmiech.

    Nawet nie zauważyłem, że przed nami stoją Sylwia i Asia obie ubrane w seksowne stroje. Sylwia miała na sobie białą koronkową bieliznę i jasne pończochy. Na szyi miała obrożę z łańcuchem, za który trzymała Asia ubrane w ciemny skórzany strój dwuczęściowy. Wygląda jak prawdziwa domina i chyba taką rolę chciała dziś się wcielić względem pozostałych dziewczyn. Patrzyłem na nie jak na dwie boginie, kiedy Magda ani na chwilę nie przestała nadziewać się na mojego kutasa.

    – Widzisz to Sylwia? Niezłe tempo. Mój Filip jest chyba dziś w olimpijskiej formie, bo sądząc po jękach Madzi rżnie ją już tak bez przerwy ze dwadzieścia minut. Jesteś pewna, że dasz mu dziś rady.

    – Postaram się Pani. – odpowiedziała grzecznie Sylwia, co było dla mnie przez chwilę dziwnie, bo wcześniej to ona była tą rozkazującą.

    – No ja myślę mój, że mężczyzna zasługuje na wszystko, co najlepsze. Sama nam to powtarzałaś, więc liczę na ciebie. – pociągnęła Sylwię za łańcuch i ustawiła ją tak by jej twarz znajdowała się blisko mojego penisa ruchającego od tyłu Magdę. Widząc to nie zastanawiałem się nawet sekundy wyciągałem kutasa z cipki Magdy i od razu wsadziłem w usta Sylwii. Asia złapała ją za głowę i dopychała głęboko. Bardziej doświadczona Sylwia nie miała problemu z wzięciem całego do gardła, co Magda obserwowała odwrócona z zainteresowaniem. By poprawić jej widok złapałem ją za włosy i ustawiłem na kolanach po drugiej stronie mojego penisa. Teraz mogły obciągać mi obie. Najpierw zaczęły lizać kutasa każda po swojej stronie. Po chwili, gdy złapały wspólne tempo robiły to synchroniczne, przesuwając swoje usta od czubka po jądra. Asia jeszcze im „pomagała” łapiąc obie dziewczyny jednocześnie za głowy i dociskając je do mojego kutasa. Po chwili boskich wrażeń zmieniła trochę układ i ustawiła dziewczyny tak, że Sylwia została niżej liżąc jajka, Madzia ssała mocno penisa. Patrząc w dół widziałem spełnienie kolejnej fantazji. Asia widząc, jaki jestem zadowolony puściła dziewczyny i zaczęła mnie namiętnie całować. Trwaliśmy chwilę w tym pocałunku, kiedy dziewczyny zmieniły się miejscami. Teraz to Magda delikatnie lizała moje jądra, a Sylwia intensywnie ssała kutasa. Nawet z zamkniętymi oczami rozpoznałbym, która jest, która. Sylwia wszystko, co robiła, robiła maksymalnie i intensywnie natomiast Magda była bardzo delikatna i zmysłowa chyba, że wymagało się od niej czegoś innego. Całując Asię zerkałem jak Sylwia patrzy na nas swoimi błękitnymi oczami. Widziałem w nich pożądanie i satysfakcję, ale jednocześnie o czymś mi przypomniały. Przerwałem długi namiętny pocałunek i zwróciłem się do Asi.

    – Kochanie teraz Ty zajmij się obciąganiem, Magda ty rób to, co robisz dalej, świetnie Ci idzie, natomiast Ty Sylwia zrób miejsce dla Asi i stań za mną. – Wszystkie dziewczyny grzecznie zrobiły to, o co prosiłem i teraz mogłem obserwować zajmujące się moim kutasem Asię i Magdę, a Sylwia grzecznie czekała na polecenia. – Sylwia uklęknij i wyliż dokładnie mój tyłek. Pamiętam jest ostatnio dobrze się nim zajęłaś. – rozkazałem dość władczo, a blondynka o niebieskich oczach uśmiechnęła się, uklęknęła wsadziła twarz między moje pośladki i zaczęła intensywnie wylizywać moją dziurkę. Na chwilę spojrzałem na sufit i nie mogłem uwierzyć, że to się dzieje. Trzy przepiękne kobiety zaspokajały mnie oralnie na każdy możliwy sposób. Po chwili ogłosiłem, że mam ochotę na zmianę i teraz Asia wylizywała mój odbyt, pozostałe dziewczyny obciągały na zmianę. Wtedy pomyślałem, że tylko dla tego mógłbym regularnie zamykać kutasa w klatce i patrzeć jak Asia rucha się przez miesiąc z innymi. Po jeszcze jednej zmianie, która okazała się najprzyjemniejsza, bo Magda okazała się królową rimmingu, a duet Asia/Sylwia obciągał zdecydowanie najlepiej postanowiłem pociągnąć zabawę dalej i zwróciłem się do Asi.

    – Asiu przygotuj Sylwie do anala. Tak dobrze mnie ostatnio wyruchała w tyłek, że chciałbym się jej odwdzięczyć ja w tym czasie zajmę się Madzią, bo bardzo mi się spodobała.

    Asia uśmiechnęła się i położyła Sylwię na drugiej kanapie na przeciwko. Wiedziała, że dobrze zapamiętałem jak Sylwia tydzień temu doprowadziła mnie do orgazmu ruchając mnie w tyłek wielkim sztucznym kutasem i zrozumiała, że marzyłem by się jej zrewanżować. Wtedy nie zgadłbym jak szybko będę miały ku temu okazję. Usiadłem na kanapie dając znak Magdzie by mnie dosiadła. Wybrała opcje odwróconej kowbojki, co nie było tak dziwne biorąc pod uwagę, co działo się na przeciwko. Gdy Magda powoli ujeżdżała mojego kutasa, Asia w tym samym czasie ściągnęła majtki Sylwii i zaczęła robić jej minetkę. Widok był spektakularny i nawet Magda nie mogła się powstrzymać by tego nie skomentować. Opadła na mnie plecami o powiedziała cicho.

    – Ale one zajebiście wyglądają. Nie mogę się doczekać by popatrzeć jak ty je będziesz brać.

    – Widzę, że tak jak ja lubisz popatrzeć. Ciekawe czy tak samo bardzo jak ja. – powiedziawszy to wyciągnąłem rękę i zacząłem masować placami łechtaczkę Magdy. Wyraźnie jej się to spodobało, bo przyśpieszyła ruchy biodrami, a ja poczułem jak robi się coraz bardziej mokra. Mokra zrobiła się także Sylwia po lizaniu jej przez Asię, która przy wykorzystaniu soków z jej cipki napierała już paluszkiem na jej druga dziurkę. Asia widziała, że Sylwia lubi „na ostro”, więc jak tylko udało jej się wcisnąć pierwszy palec natychmiast dodała drugi sprawiając, że Sylwia głośno zajęczała i delikatnie się wygięła. W tym samym czasie skacząca na moim kutasie Magda zajęczała głośno i nadziała się na mojego kutasa tak by wszedł w nią jak najgłębiej. Poczułem jak soki Magdy spływają moim penisie, jej mięśnie się zaciskają. Poruszała jeszcze trochę biodrami, po czym zeszła ze mnie, uklęknęła i zaczęła mi powoli obciągać. Obserwowałem jeszcze przez chwilę jak Asia penetruje palcami tyłek Sylwii, po czym zaprosiłem ją do siebie. Asia ciągnąc za łańcuch przyczepiony do jej obroży przyprowadziła ją do mnie i kazała mnie dosiąść. Sylwia usiadła na mnie okrakiem twarzą w twarz. Asia złapała za mojego kutasa i kazała Magdzie dobrze go nawilżyć. Czułem jak najpierw na niego splunęła, a później rozprowadza ślinę po całej jego długości. Sylwia nie mogąc się chyba opanować zaczęła mnie namiętnie całować. Robiła to w swoim stylu, czyli z dużą ilością języka i przygryzania warg. Po chwili poczułem jak Asia nakierowuje mojego wilgotnego penisa na elegancko przygotowany do penetracji odbyt Asi.

    -Kochanie jesteś gotowy? – Zapytała, na co odpowiedziałem gestem potwierdzającym. – słyszałaś Sylwia? Do roboty! Spraw mu przejażdżkę, której nigdy nie zapomni. – powiedziała to, po czym klepnęła mocno Sylwię w tyłek. Do dziś ciężko mi opisać to, co wtedy poczułem. Sylwia od razu bez żadnych podchodów nabiła się na mojego kutasa. Ten pierwszy ruch podczas, którego wszedłem w nią cały jest jednym z najlepszych moich wspomnień do dzisiaj. Każdy następny był prawie tak samo przyjemny. Sylwia wiedziała, co robi. Ujeżdżała mnie całym ciałem i wspierała się jeszcze biodrami. Za każdym razem mój kutas wychodził do samego czubka i penetrował do samego końca. Wchodził w nią gładko jak masło i każdemu ruchowi towarzyszył jej cichy jęk. Jej piersi mimo, iż malutkie falowały przed moją twarzą, a złapany przeze mnie tyłek wydawał się twardy jak stal. Jej ciało nie kłamało. Była bardzo wysportowana, co udowadniała właśnie ujeżdżając z intensywnością, jakiej jeszcze nie widziałem. Magda ustawiona za nami z początku próbowała lizać moje jądra, ale Sylwia zbyt mocno skakała, by to było możliwe. Trwało to długo i spodobało mi się tak bardzo, za sam zacząłem ruszać biodrami by jeszcze spotęgować efekt. Na chwilę oboje totalnie dopłynęliśmy. Dopiero, gdy już wyraźnie zmęczeni i spoceni zwolniliśmy tempo zobaczyłem Asię siedzącą na kanapie stojącej na przeciwko z głową Magdy pomiędzy nogami. Trzymała w ręku telefon i nagrywała całe przedstawienie. Gdy zauważyła, że trochę się zmęczyliśmy zwróciła się do Magdy.

    – Madziu to twoja szansa! Zajmij się nimi.

    Magda na czworakach podeszła do nas i zaczęła lizać moje jądra i część penisa, która akurat nie była w tyłku Sylwii. Było to bardzo podniecające. Po chwili wyciągnęła całego mojego kutasa i zaczęła go ssać. To było jeszcze bardziej podniecające. Pikanterii dodawał widok Asi na kanapie masującej się między nogami. Sylwia zeszła ze mnie i pomogła Magdzie w obciąganiu. Na chwilę przerywały tylko by namiętnie się całować. Ja jednak nie miałem dość. Szybko wstałem i kazałem Magdzie położyć się na kanapie na plecach. Gdy Madzia posłusznie wykonała polecenia spojrzałem na Sylwię, a ona od razu wiedziała, co ma robić. Ustawiła się nad Magdą wypinając swój kształtny tyłek w moją stronę. Miałem je idealnie ustawione i mogłem robić swoje. Zacząłem od Magdy. Wszedłem w jej cipkę gładko i penetrowałem intensywnie jednocześnie trzymając kciuk w tyłku Sylwii. Po kilku chwilach poczułem jak od tyłu obejmuje mnie Asia. Zwróciłem ku niej swoją twarz i pocałowałem. Po dobrych kilkudziesięciu pchnięciach postawiłem zmienić dziurkę. Asia jak na dobrą dziewczynę przystało wykorzystała ten moment by uklęknąć przede mną i wziąć mojego penisa do ust by go nawilżyć. Ja w tym samym czasie splunąłem miedzy pośladki Sylwii i rozsmarowałem ślinę wokoło jej dziurki. Asia po przygotowaniu mojego kutasa nakierowała go na odpowiednie miejsce i się zaczęło. Tym razem to ja wszedłem w tyłek Sylwii gwałtownie i bez ceregieli. Gdy to zrobiłem oczywiście głośno zajęczała, ale też poprosiła o więcej. Brałem ją ostro i długo. W pokoju było słychać jęki Sylwii, dźwięki klaskania i dopingującą nas Asię. Zauważyłem, że Magda zaczyna całować Sylwię w usta i ściskać jej sutki. Chyba jej się nudziło, więc szybciutko wróciłem do jej cipki. Powtarzaliśmy ten schemat jeszcze kilka razy, ale w końcu opadłem z sił. Gdy Asia to zobaczyła pomogła mi się podnieść pocałowała w usta jednocześnie masując mojego penisa dłonią. Po chwili spojrzała na wciąż całujące się dziewczyny i zarządziła.

    – Dziewczyny nasz pan się zmęczył. Bierzemy go na górę i zajmiemy się nim jak należy.

    Jak powiedziała tak zrobiły. Po chwili leżałem sobie wygodnie na łóżku, a przede mną całowały się trze zajebiste kobiety. Asia zarządzała.

    – Sylwia Ty wskakuj na jego kutasa, Madzia ty łap za ten wibrator w kształcie pingwinka, a ja siądę sobie na jego twarzy.

    Minęło kilkanaście sekund i tak dokładnie się stało. Asia siedziała mi na twarzy dając mi możliwość lizania jej łechtaczki, Sylwia odchylona do tyłu w swoim niezawodnym stylu ujeżdżała mojego kutasa analnie, a Magda masowała jej łechtaczkę wibratorem. W pokoju było słychać tylko miks naszych jęków. Nie spieszyliśmy z początku, ale magia „pingwinka” stymulującego łechtaczkę Sylwii i mojego języka liżącego Asię sprawiała, że im bliżej orgazmu tym ruszaliśmy się bardziej intensywnie. Dziewczyny lubiły rywalizować o to, która dłużej wytrzyma. Ostatnio wygrała Sylwia, ale tym razem była na straconej pozycji. Penis penetrujący tyłek w połączeniu z wibratorem dały błyskawiczny efekt. Sylwia krzyknęła tak głośno, że z początku Magda myślała, że coś się jej stało. Jej jęki nie cichły, a ona wygięła się tył i zmarła w takiej pozie delikatnie tylko ruszając biodrami dopychając mojego kutasa jeszcze głębiej. Ani na chwilę nie przestawałem lizać Asi, ale ona jak gdyby nigdy nic przeskoczyła szybciutko na mojego penisa i skierowała go pomiędzy swoje pośladki. Chyba pozazdrościła Sylwii, bo błyskawicznie naparła na niego swoim ciałem. Nie wszedł tak gładko jak wcześniej w Sylwię, ale po kilku pchnięciach cały mój kutas znajdował się w jej odbycie. Skakała na mnie w pozycji odwróconej kowbojki, a Sylwia zaraz po tym jak doszła do siebie po orgazmie zanurkowała między jej nogi i zaczęła ją tam lizać. Zaprosiłem nieco skołowaną Magdę na moja twarz. Dosiadając mnie poprosiła, bym skupił się na jej tyłku, a sama wypróbuję wibrator. Tak też zrobiłem. Żałowałem wtedy, że nikt tego nie nagrywa, bo scena musiała wyglądać imponująco. Tyłek Magdy smakował wybornie, kiedy soki z jej cipki spływały między jej pośladki, a mój kutas w tyłku Asi dawał niesamowite doznania. Wisienką na torcie był natomiast języczek Sylwii, który czasem zjechał na moje jądra z łechtaczki Asi. Niestety nie trwało to zbyt długo. Na kutasie poczułem typowe dla Asi ściśnięcie mięśni, kiedy jest bliska orgazmu, a jeździła po mojej twarzy z góry na dół. Pierwsza doszła Magda. Zajęczała głośno i opadła na części łóżka za moją głową trzęsąc nogami. Asia doszła kilka sekund później jednak nieco inaczej niż zawsze. Tym razem, gdy dochodziła zaczęła ujeżdżać mnie jeszcze mocniej i szybciej. Jęczała bardzo długo, bo Sylwia nie przestała jej lizać. Gdy zaczynała zwalniać sam zebrałem resztki sił i zacząłem ruchać jej tyłek najmocniej jak tylko potrafiłem. Krzyczała dalej i prosiła o więcej. Dałem rady jeszcze chwilę, ale też opadłem z sił. Leżeliśmy razem w łóżku przez kilka minut, ale nagle Asia przerwała ciszę.

    – no no daliśmy wszyscy czadu. Jestem z was dumna dziewczyny i z ciebie kochanie. Teraz czas na wielki finał. Wybierz, która z nas spisała się najlepiej i będziesz mógł zalać jej usta swoją pyszna spermą. – gdy to powiedziała oczy Sylwii jakby się zapaliły. Już wcześniej wspominała, że ma fetysz spermy i co gorsza chyba zaraziła nim Asię, więc miałem trudny orzech do zgryzienia. Kiedy zacząłem się zastanawiać, co robić usłyszałem głos z tyłu.

    – a może spuścisz się w moim tyłku a tym, co wypłynie się podzielimy? – spytała trochę nieśmiała Magda. – tylko raz w życiu próbowałam Anala i przyszłam tu dziś z nastawieniem, że spróbuję, a widząc jak dziewczynom się to podobało mam jeszcze większą ochotę. Dodatkowo nikt jeszcze we mnie nigdy nie doszedł, więc zaliczę nowy pierwszy raz.

    Muszę przyznać, że Magda bardzo mi się wtedy spodobała i nie mogłem jej odmówić dlatego dość szybko powiedziałem.

    – dobra to robimy tak. Sylwia kładź się na plecy. Magda ustaw się w pozycji pieska, tak by głowa Sylwii była pod twoim tyłkiem. Asia Ty klękniesz obok gotowa by wziąć mojego kutasa w usta, ale wcześniej łap za żel, bo może się przydać. Każda wie, co ma robić. – na to pytanie wszystkie dziewczyny skinęły twierdząco i po chwili byliśmy gotowi w tej pozycji. Asia polała tyłek Magdy i mojego penisa żelem, a Sylwia lizała jej łechtaczkę od drugiej strony. Oparłem kutasa o odbyt Magdy i zacząłem delikatnie na niego napierać. Jako ,że nie była bardzo doświadczona analnie postanowiłem być delikatny. Chwilę to trwało ale po kilku pchnięciach cały mój kutas znajdował się w jej tyłku. Zapytałem czy wszystko w porządku, a ona od razu odpowiedziała, że tak i bym pamiętał, co powiedziała mi na samym początku. Po tych słowach przestałem się przejmować i zacząłem ją ruchać. Z początku dość powoli, bo jej tyłek stawiał z początku większy opór, ale po chwili mogłem ją brać tak jak lubiłem. Gdy wszedłem na wyższe obroty Magda zaczęła głośno jęczeć i krzyczeć „o tak” „mocniej”. Nie pozostałem obojętny wobec tych próśb, a Asia widząc jak dobrze się bawię zrozumiała, że na razie kutasa to buzi nie dostanie, więc też rzuciła kilka tekstów w stylu „ruchaj ją”. Sylwia wciąż lizała Magdę, więc po kilku minutach intensywnego ruchania nogi Magdy zaczęły się trząść, a ona sama krzyknęła głośno „o tak”. Gdy dochodziła jej mięśnie zacisnęły się mocno na moim kutasie, co po kilku ruchach doprowadziło mnie do orgazmu. Był potężny! Zawyłem tak głośno, że ktoś w lesie mógłby pomyśleć, że to jakiś niedźwiedź. Mój kutas pulsował w tyłku Magdy zalewając ogromną ilością spermy. Dosłownie czułem jak mój penis w niej pływa. Nie mogłem się oprzeć i wykonałem jeszcze kilka pchnięć. Gdy to robiłem sperma zaczęła wypływać prosto na twarz Sylwii, która starała się złapać każda kroplę. Po chwili ostrzegłem Sylwię, by była gotowa, po czym wyciągnąłem kutasa z Magdy. Olbrzymia ilość gęstej spermy spłynęła prosto do ust Sylwia. Asia spojrzała na mojego penisa, który był cały w białym płynie i zaczęła go dokładnie wylizywać. Gdy był już czyściutki nachyliła się nad wypiętym tyłkiem Magdy i wylizała te miejsca, do których Sylwia nie miała dostępu.

    – mam nadzieję, że nie połykacie jeszcze, bo Madzi też się należy jej działka. – zapytałem, na co obie panie odpowiedziały jedynie przeczącym buczeniem, co potwierdziło, że dalej miały pełne usta. Dziewczyny uklęknęły obok siebie i pokazały, co mają w ustach. Najwięcej oczywiście miała Sylwia, która dostała największy strzał, więc kazałem jej podzielić się z Magdą. Sylwia nachyliła się nad nią z otwartymi ustami i wpuściła z nich sporą ilość gęstego białego płynu. Gdy to, czym zechciała się podzielić znalazło się w ustach Magdy dziewczyny dały sobie buziaka. Część spermy została między ich ustami tworząc łączącą je strugę. Dziewczyny się zaśmiały, ale utrzymały wszystko. Jeszcze raz poprosiłem by wszystkie pokazały, co mają w ustach. Wszystkie grzecznie otworzyły buzię i zaprezentowały mniej więcej podobną ilość spermy. Pozwoliłem im połknąć, co z uśmiechem na twarzach zrobiły. Po wszystkim podszedłem najpierw do Magdy. Pochwaliłem ją za zaangażowanie i spytałem jak podobał jej się anal i pierwszy creempie. Stwierdziła, że miała jeden z mocniejszych orgazmów w życiu i że chętnie to powtórzy. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że poznaliśmy właśnie jedną z naszych najlepszych przyjaciółek. Po tej krótkiej rozmowie pocałowałem ją namiętnie w usta chcąc poczuć trochę smaku spermy. Po tym podszedłem do Asi i Sylwii, które całując się próbowały zlizać z siebie resztę nasienia. Sylwia uśmiechnięta spytała czy warto było tyle czekać. Potwierdziłem i powiedziałem jej o naszej umowie z Asia, zgodnie, z którą będziemy takie zabawy powtarzać. Ucieszyła się i spytała czy będzie mogła również dołączyć. Nawet nie musieliśmy odpowiadać, bo to było oczywiste.

    Wszyscy byli tak zmęczeni, że zaproponowaliśmy by dziewczyny zostały na noc. Z początku nie chciały się zgodzić, bo twierdziły, że lepiej zostawić nas samych, ale oboje nalegaliśmy. Zgodziły się i resztę wieczoru spędziliśmy w miłej atmosferze popijając wino i rozmawiając. Przed położeniem się spać, Magda poprosiła, bym pozwolił jej jeszcze poujeżdżać mojego kutasa analnie. Oczywiście zgodziłem się i daliśmy pozostałym ostatni pokaz. Dołączyły do nas tylko na końcu, gdy Magda doprowadziła mnie do kolejnego orgazmu nadziewając się na mnie namiętnie. Dziewczyny wylizały, co się dało i poszliśmy spać. Nazajutrz rozjechaliśmy się po śniadaniu, ale zanim się pożegnaliśmy Sylwia zaprosiła nas do siebie na kolację za tydzień, ale o tym opowiem, kiedy indziej.

    Ciąg dalszy nastąpi

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    John Longwood
  • Mialam tylko odniesc telefon

    Mam 16 lat i opowiem, co się stało tego lipcowego dnia

    Lipcowy upał to był koszmar mój kostium kąpielowy przylegał do mojej skóry. Leżałam na leżaku, udając, że czytam książkę, ale tak naprawdę spoglądałam dwie sylwetki w basenie – mój brat Connor i jego najlepszy przyjaciel, Luke. Który od dłuższego czasu podobał mi się.
    Lecz to, co ciągle chodziło mi po głowie to
    Ja mam 15 lat a on 21″
    Z zamyślenia wybudziło mnie pytanie brata od razu spojrzałam w ich stronę powoli przesuwając wzrok po umięśnionych ramionach Luke’a, gdy wychylał się z wody. Jego dłonie odgarniały mokre włosy z czoła, a krople spływały po klatce piersiowej, znikając pod obcisłymi bokserkami.
    Po chwili przypominałam sobie, że Connor coś chciał.
    – Co chcesz? – Zapytałam
    – Podrzuć nam piwo – rzucił
    – No okej – Skinęłam głową, ale gdy wstałam, poczułam na sobie czyjś wzrok. Luke. Patrzył na moje długie nogi, opalone uda, wąski biustonosz. Nasze oczy spotkały się na ułamek sekundy on szybko odwrócił głowę, niestety moje policzki zapłonęły.

    „Widział, że się gapisz, idiotko”. Skarciłam się w głowie

    Wieczorem, gdy chłopcy wyszli, musiałam ogarnąć nad basenem by rodzice nie mieli potem pretensji. Znalazłam telefon w trawie, czarny z wytartym logo. Wiedziałam, że należał do Luke’a. Connor już poszedł na imprezę, więc nie było go pytać.

    – Będę musiała odnieść sama – mruknęłam cicho do siebie.
    Wzięłam telefon w rękę i poszłam do domu zrzucić z siebie już dawno suchy strój kąpielowy.
    Ubrałam się w bluzkę i cienkie spodenki. Ubrałam także czarne stringi, lubiłam w nich chodzić.
    Na stanik nie marnowałam czasu

    Dom Luke’a stał trzy posesje dalej. Był większy niż mój, taras zarośnięty bluszczem, balkon z zadaszeniem
    Podeszłam pod drzwi i zapukałam, lecz żadnej odpowiedzi.

    – Halo!?-Zawołałam głośniej, ale nikt nie odpowiedział
    “Pewnie jest w pokoju lub łazience”
    Pomyślałam i weszłam do domu jak do siebie.
    Poszłam po schodach na górę, dobrze wiedziałam, które drzwi to pokój Luke’a.

    Zwróciłam uwagę na uchylone drzwi od łazienki

    Luke? – szepnęłam, ale odpowiedział tylko szum wody i otwieranie drzwiczek od prysznica, potem usłyszałam zakręcanie wody
    “Raz kozie śmierć”
    Powiedziałam w głowie

    Odsunęłam drzwi o centymetr.

    I zamarłam

    Luke stał tyłem, całkowicie nagi, wycierając ręcznikiem włosy. Jego plecy były szerokie, pośladki napięte, a między nogami…

    „O mój Boże”.

    To, co zwisało mu swobodnie grube, dłuższe niż jej dłoń, z wyraźnie nabrzmiałą żyłą. „23 centymetry? 25?” Nawet w pół wzwodzie wyglądało przerażająco.

    Julia nie oddychała. Patrzyła, jak Luke sięga ku drzwi od łazienki, jak jego mięśnie napinają się przy ruchu. Gdy obrócił się bokiem i stanął przodem do drzwi, zobaczyła pełny widok – mosznę, udo, i to rosnące na jej oczach…

    „O nie, nie, nie”.

    Drzwi się otworzyły

    -Kto tu…? – Luke odwrócił się gwałtownie.

    Cofnęła się, potykając o dywan.

    Upadłam na tyłek, a telefon wyleciał mi z ręki.

    -Julia?! – Jego głos był ostry, ale po chwili przeszedł w coś między śmiechem a zdumieniem. – Co ty…?

    Twój telefon! – wykrztusiłam nerwowo zaczynając go szukać wśród ciemnego korytarza . Pokazałam na telefon, który leżał u jego stóp

    – Zostawiłeś u nas!

    Luke nie próbował nawet się zakryć. Co wywołało u mnie jeszcze większe rumieńce

    Stał przed mną cały, z członkiem teraz w pełni twardym. To był potwór

    -I postanowiłaś wręczyć mi go osobiście? – Jego usta ułożyły się w krzywy uśmiech.

    Poczuła, jak jeszcze większe gorąco rozlewa się od brzucha między nogi.

    – Pukałam nie otwierałeś…- Zaczęłam się jąkać – Chciałam tylko go oddać i pójść do domu…

    -Ale zajrzałaś. – Postąpił krok do przodu.

    Nie mogłam wykrztusić słowa.

    Krople spływały po jego klatce piersiowej, wijąc się w drogę wzdłuż mięśni brzucha, aż tam, gdzie jej wzrok bezwiednie pobiegł –  

    – Przepraszam! – Wyrzuciłam po chwili z siebie, odwracając głowę. Próbowałam wstać, ale nogi miałam jak z waty.

    Gdy Luke już cały wyszedł z łazienki. Jego ręce złapały mnie wpół i podniósł mnie jak pannę młodą . Poczułam jego bliskość – jego mokra skóra pachniała mydłem i czymś dzikim, gorącym.  

    – Podglądałaś mnie*– powtórzył oskarżenie. Dłonie wciąż obejmowały moje biodra.  
    O
    Poczułam, jak poliki stają się jeszcze bardziej zarumienione
    Czułam jak moje sutki stają się twarde a między nogami robi mi się ciepło

    – Nie… To znaczy, tak, ale… – Zacięłam się, gdy jego kciuk przesunął się mimowolnie po moich żebrach.  

    Luke westchnął, pochylając się tak, że jego usta znalazły się tuż przy moim uchu:  
    -Wiesz, że mogłaś po prostu zapukać?- powiedział, ale w jego głosie nie było słychać pretensji
    – W..wiem, ale…- Jego palce znalazły się na moich ustach
    – Przy basenie też ciągle widziałem to jak na mnie patrzysz – Powiedział a ja chciałam zapaść się pod ziemię
    – Wcale się nie patrzyłam!- Pisknęłam, próbując się wybronić
    – A teraz wcale nie lustrujesz w dół na mojego penisa – Zrobiłam się czerwona
     Jego usta przywarły do mojej szyi – *gorące, mokre od prysznica* – wydałam dźwięk między jękiem a westchnieniem.  

    – Luke…proszę..– próbowałam protestować, ale jego dłonie już sunęły pod mojej bluzce.

    – O co prosisz– zapytał a poczułam jak bardzo jestem mokra między nogami. Jego głos był paraliżujący.

    Nie pamiętałam, jak z łazienki wylądowaliśmy na jego łóżku. Całował mnie cały czas w szyję schodząc do klatki piersiowej.
    Nagle zapytał
    – Mogę? – Nie wiedziałam, o co mu chodzi, więc po prostu przytaknęłam
    I to był błąd, bo poczułam jak jego wciąż mokre palce ściągają moją bluzkę, która wylądowała na ziemi.
    Od razu zakryłam swoje małe, nagie piersi
    – Nie musisz się wstydzić – powiedział zabierając moje ręce.

    Czułam jego wzrok na moich piersiach, gorący i ciężki, jak dotyk. Światło lampy przy łóżku rzucało miękkie cienie na jego twarz, podkreślając ostre linie szczęki. „Boże, on naprawdę tego chce”*– pomyślałam, gdy jego palce przesunęły się po moim biodrze, zostawiając za sobą ślad gęsiej skórki.  

    – Julia… – mój imię na jego ustach brzmiało jak prośba.  

    Skinęłam głową, choć serce waliło mi tak głośno, że prawie zagłuszało myśli. Jego usta były wilgotne, gdy przycisnął je do mojej szyi. Wciągnęłam zapach jego skóry – morski żel pod prysznic i coś jeszcze, czysto.
    – Chcesz tego?- zapytał a ja tylko poruszyłam głową na tak

    Zaczęło się od pocałunków od ust przez piersi po pępek. Jego usta tak gorące nie śpieszyły się. Każdy jego pocałunek był delikatny a zarazem mocny

    – Jesteś piękna – wyszeptał, a ja poczułam kolejny rumieniec na policzkach. Zaczął zajmować się moimi piersiami, jego wargi zassały moje twarde sutki w ja jęknęłam.

    Po dłuższej chwili pieszczot moje spodenki zsunęły się bez oporu, ale gdy jego palce zaczepiły się o pasek moich majtek, zesztywniałam.  

    – Wszystko w porządku? – zapytał, wyczuwając moje napięcie.  

    – Tak, tylko… nigdy tego nie robiłam.  

    Jego oczy rozszerzyły się na ułamek sekundy, ale szybko przygryzł wargę, by ukryć zaskoczenie.  

    – Nie musimy dziś iść dalej – powiedział, ale ja potrząsnęłam głową.  

    – Chcę.  

    Gdy ostatnia warstwa materiału zsunęła się z moich bioder, poczułam, jak jego wzrok pali mnie między nogami. Byłam *mokra* – wiedziałam to, ale dopiero uświadomiłam sobie to z mieszaniną wstydu i podniecenia.  

    – Rozluźnij się – mruknął, zanim jego język musnął mnie przez wargi sromowe.  

    „O Boże”. Ręce automatycznie wpiły się w prześcieradło. To uczucie było obce – gorące, mokre, zbyt intensywne. Ale gdy zaczął rysować kręgi wokół łechtaczki, coś we mnie zatrzęsło się od środka.  

    – Proszę…– wydusiłam, choć sama nie wiedziałam, o co proszę.  

    Jego palce – najpierw jeden, potem dwa – wsunęły się w mnie powoli. Byłam ciasna, ale jego ruchy były cierpliwe, dostosowane do mojego oddechu. Gdy zaczął napierać na jakiś punkt głębiej, nagle zrozumiałam, dlaczego ludzie tracą dla tego głowę.  
    Po chwili wyciągnął palce a w ich miejscu poczułam jego penisa.
    – Poczekaj!- Pisknełam spanikowana
    – Mam prezerwatywę – powiedział, gdy moje nogi już drżały.  

    Skinęłam głową, obserwując, jak sięga po foliowe opakowanie. Jego dłonie – zwykle tak pewne – teraz lekko drżały. „On też jest zdenerwowany”– to mnie uspokoiło.  

    Gdy nałożył zabezpieczenie, jego członek wydał mi się jeszcze większy. „Jak to w ogóle ma się zmieścić?” pomyślałam

    Położył się nade mną, podpierając na łokciach.  

    – Będzie bolało tylko przez chwilę – ostrzegł, a ja wbiłam paznokcie w jego plecy.  

    Pierwsze pchnięcie było jak rozpalony nóż. „Kurwa!” – w myślach zaklęłam, ale nie krzyknęłam. Łzy napłynęły mi do oczu, ale on zatrzymał się, pozwalając mi oddychać.  

    – W porządku? – zapytał, a ja przytaknęłam, gryząc wargę.  

    Po chwili napięcie w moich biodrach zelżało.  

    – Możesz… kontynuować – wyszeptałam. A on powoli się wycofał, ale nie wyszedł, pchnął głębiej.

    Zaczęło się powoli. Każdy ruch był ostrożny, ale gdy moje ciało przyzwyczaiło się do jego rozmiaru, coś się zmieniło. Nagle jego pchnięcia nie były już bolesne, tylko… intensywne.  

    – Dobrze ci tak? – pytał, co chwilę, a ja tylko kiwałam głową, bo słowa utknęły mi w gardle.  

    Gdy przyśpieszył, poczułam, jak coś budzi się we mnie. Jego penis poruszający się w mnie coraz bardziej to pobudzał.

    To było jak eksplozja ciepła, która przetoczyła się przez całe moje ciało i na chwilę zatrzymała świat. Nie wiedziałam, że można aż tak odczuwać – jakby wszystko miało sens tylko przez te kilka sekund.

    Fala rozkoszy zalała mnie tak nagle, że wygięłam się w łuk. Jego imię wyrwało mi się z ust, gdy świat rozpłynął się w białym świetle.  

    – Julia… ja też… – jego głos był ochrypły, gdy ostatnie, gwałtowne ruchy doprowadziły go do końca.  

    Leżał na mnie, ciężki i spocony, ale nie chciałam, żeby się odsuwał. Jego serce waliło tak samo jak moje.  

    – Myślałam, że będzie gorzej – przyznałam, a on rozśmiał się cicho.  

    – To dopiero początek – mruknął, całując mnie w czoło wychodząc.
    Nagle poczułam jak jego oddech przyspiesza.
    – coś się stało? – Zapytałam
    – Gumka.. ona, pękła – Te słowa wystarczyły by mój świat się zawalił.
    Wiedziałam, co to oznacza, wiedziałam, że mogę zajść w ciążę.

    Dziś minął rok od mojego pierwszego razu z Lukiem. Od 3 miesięcy jestem matką małej Lisy, tak moje obawy okazały się słuszne. Do prawie końca ciąży nie było widać, że w niej jestem.
    Dopiero, gdy odeszły mi wody na rodzinnej kolacji musiałam wszystkim powiedzieć.
    Bałam się, że rodzice będą źli, nie byli.
    Luke od razu został powiadomiony, nie odstępował mnie przez cały okres trwania ciąży, czuł się odpowiedzialny i zachował się jak prawdziwy mężczyzna.
    Po porodzie oficjalnie zostaliśmy parą a po mojej 18 planujemy ślub

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    Max Paul
  • Mama Mojej Przyjaciolki II: Urodziny

    w

    Obudził mnie budzik. Z jękiem sięgnęłam ręką, żeby go wyłączyć, gdy nagle usłyszałam znajome, ciche mamrotanie tuż za moimi plecami.
    – Nie chce mi się wstawać… – mruknęła Weronika, wtulona we mnie jeszcze na wpół przytomna. Jej poranna chrypka sprawiła, że te słowa zabrzmiały tak miękko i ciepło, że aż uśmiechnęłam się do siebie.
    Zamrugałam, powoli otwierając oczy. Za oknem nieśmiało prześwitywały pierwsze promienie słońca – końcówka marca, czyli ta pora roku, gdy dzień wreszcie przestaje być wiecznym zmierzchem. Roleta przepuszczała tylko cień światła, ale wystarczająco, bym poczuła, że zaczyna się nowy dzień.
    Poprzednią noc spędziłam u Weroniki, choć wyjątkowo bez żadnych łóżkowych szaleństw. Pomagała mi się uczyć, cierpliwie mnie odpytując, nawet, gdy widziała, że już odpływam. Odchorowałam ostatnio zapalenie oskrzeli i musiałam nadrobić zaległości przed konsultacjami. Leżała obok mnie z notatkami w ręku, aż w końcu zasnęła, obejmując mnie ramieniem. Ja jeszcze chwilę powtarzałam, ale sen szybko wygrał.
    Rano poczułam, jak przytula się mocniej, przeciągając leniwie i wtulając twarz w moje plecy. Jej podbródek oparł się na moim ramieniu, a ciepły oddech łaskotał mnie w kark.
    – Dzień dobry, kochanie – wymruczała miękko.
    – Hej – odpowiedziałam półprzytomnie, jeszcze nie do końca obecna.
    – Jak się spało?
    – Krótko – wymamrotałam, ziewając.
    – O której zasnęłaś?
    – Przed drugą…
    – No niestety – mruknęła z westchnieniem. – A w ogóle, jak Twoje samopoczucie przed kolokwium?
    – Raczej dobrze – podparłam głowę na dłoni. – A propos… podwiozłabyś mnie na uczelnię? Tata jeszcze nie skończył dłubać przy Maluchu.
    Weronika odsunęła się lekko i spojrzała na mnie spod przymrużonych powiek.
    – Musiałabym zbaczać…
    – Ładnie cię proszę – dodałam, posyłając jej najbardziej rozczulające spojrzenie, jakie tylko potrafiłam.
    – Ładnie? Jak ładnie? – Uniosła brew, rozbawiona.
    – Bardzo ładnie – odpowiedziałam z uśmiechem, po czym pocałowałam ją głęboko, długo i przekonująco. To był pocałunek z podtekstem – bardziej gra niż prośba. Wiedziałam, że i tak mnie podwiezie, ale nasze poranne gierki były zbyt przyjemne, by z nich rezygnować.
    – Przekonałaś mnie – powiedziała z teatralnym westchnieniem, zrzucając kołdrę i podnosząc się z łóżka. – Idę wziąć prysznic.
    – A może razem? – rzuciłam z przymrużonym okiem.
    – Kuszące – przyznała, zatrzymując się na chwilę – ale nie, nie… Jak pójdę z tobą, to żadna z nas nie wyjdzie z łazienki o czasie.
    Niechętnie podniosłam się z łóżka i poszłam na dół, żeby wziąć szybki prysznic osobno. Potem w kuchni zrobiłam herbatę dla siebie, dla Weroniki… i dla Kaśki, która właśnie zeszła zaspana, z rozczochranymi włosami i wyrazem twarzy typowym dla ludzi brutalnie wyrwanych ze snu.
    Po śniadaniu, gdy już wychodziłam z domu razem z Weroniką, poszła ze mną do auta. Na zewnątrz było jeszcze chłodno, niebo miało ten miękki, sinawy odcień, który zwiastował cieplejszy dzień. Przestąpiłam z nogi na nogę, czekając aż Weronika zamknie drzwi, a potem obie, bez słowa, ruszyłyśmy w stronę zaparkowanego przed domem samochodu.
    Jechałyśmy znajomą trasą, przez osiedle, potem skrótem przez parkową aleję i dalej w stronę centrum. Radio grało cicho w tle, ale nie zwracałam uwagi na słowa piosenki – siedziałyśmy w wygodnym milczeniu, takim, które nie ciąży, tylko otula. Weronika, co jakiś czas zerkała na mnie z uśmiechem. Raz położyła dłoń na moim udzie, lekko, ciepło, od niechcenia, ale to wystarczyło, by całe moje ciało odpowiedziało subtelnym napięciem. Przeciągnęłam się teatralnie i zerknęłam na nią z półuśmiechem, ale nic nie powiedziałam. Była skupiona na drodze, piękna i spokojna.
    – Zobaczymy się wieczorem? – zapytała, gdy zatrzymałyśmy się pod uczelnią.
    – Drugi dzień poza domem?… Przyjdę. Wpadnę tylko na chwilę do siebie się przebrać – zapewniłam ją.
    – Będę czekać.
    – Pa – szepnęłam i pocałowałam ją lekko w usta. – Powodzenia w pracy.
    Wysiadłam i pobiegłam na zajęcia, czując się dziwnie lekka, jakby dzień miał mi sprzyjać. Mimo krótkiego snu byłam w świetnym humorze. Sama myśl, że wieczór spędzę znów u Weroniki, sprawiała, że wszystko wokół zdawało się prostsze. Nie wiedziałam jednak, że tego dnia czeka mnie coś więcej niż zwykła wizyta…

    Czułam się dobrze. Mimo krótkiego snu byłam w świetnym humorze, a myśl, że wieczór znów spędzę u Weroniki, sprawiała, że cały dzień zdawał się lżejszy. Nawet kolokwium, którego się obawiałam, poszło mi lepiej niż się spodziewałam. W przerwach od zajęć, co chwilę łapałam się na tym, że wracam myślami do poranka, do jej głosu, dotyku, tego ciepła, którego nawet słońce nie było w stanie przebić.
    Po południu, zanim miałyśmy się znów zobaczyć, postanowiłam wrócić na chwilę do domu. Potrzebowałam chwili dla siebie, prysznica, czystych ubrań i może momentu, żeby ochłonąć. Czułam w sobie jakąś przedziwną mieszankę ekscytacji i spokoju.
    Kiedy weszłam do mieszkania, było cicho. Zdjęłam buty, przemykając niemal bezgłośnie do swojego pokoju. Wzięłam kąpiel, przebrałam się w coś luźniejszego, przewietrzyłam głowę… Ale zanim zdążyłam zniknąć za drzwiami, w przedpokoju natknęłam się na mamę.
    – Cześć, córcia. Wychodzisz? Nawet się nie przywitałaś – rzuciła z przekąsem, ale bez złości.
    – Tak. Przepraszam, wpadłam tylko przelotem. Zmienić łachy i wziąć prysznic.
    – Znowu? Nie było cię wczoraj, a dzisiaj są twoje urodziny.
    Zatrzymałam się w pół kroku. Urodziny. Sama prawie zapomniałam, a może po prostu nie chciałam o nich za bardzo myśleć.
    – Wiem… ale wychodzę do Kaśki – odpowiedziałam odruchowo.
    – No chyba, że tak… – zawiesiła głos, a jej spojrzenie zrobiło się przenikliwe. – A kiedy w końcu przyznasz, że wychodzisz do dziewczyny?
    Zatkało mnie. Szukałam jakiejś błyskotliwej odpowiedzi, ale nic nie przychodziło do głowy. Na chwilę zapomniałam, jak się oddycha. Byłam mimo wszystko pełna podziwu, że udawało mi się utrzymywać tak długo w sekrecie mój związek. Jej ton był spokojny, ale coś w jej oczach mówiło, że to nie było przypadkowe pytanie.
    – Yy… masz rację – wydusiłam w końcu, czując, jak policzki zaczynają mi płonąć.
    – Przedstawisz ją nam kiedyś? – uniosła brew.
    Miałam ochotę uciec. Ale nie z powodu wstydu. Bardziej, dlatego, że to wszystko stawało się nagle bardzo realne. I że bardzo mi zależało, żeby to się udało.
    – Mam nadzieję, że niedługo – przyznałam, niepewnie unikając jej wzroku.
    – To dobrze. Chciałabym poznać osobę, która wyciąga cię z domu tak często – powiedziała łagodnie, a potem dodała z lekkim uśmiechem: – A skoro dzisiaj nie spędzimy twoich urodzin razem, to może w sobotę uczcimy twój kolejny rok życia? Może zaprosisz dziewczynę?
    – Fajnie… dziękuję, mamo. Pomyślę.
    – Leć już – nie zatrzymuję cię. Tylko daj mi znać wcześniej. I… wszystkiego najlepszego, córcia – przytuliła mnie mocno.
    – Dzięki – szepnęłam z wdzięcznością. Gula w gardle prawie mnie udusiła, ale nie pozwoliłam sobie na łzy. Nie teraz.
    – Pa – rzuciłam, odwracając się w stronę drzwi.
    Mama tylko skinęła głową, patrząc za mną. Wyszłam z domu z sercem dudniącym jak po biegu, może z nerwów, a może z nadziei, że kiedyś Weronika stanie obok mnie… i spojrzy jej w oczy.

    Zadzwoniłam dzwonkiem. Przez chwilę panowała cisza, aż w końcu drzwi się uchyliły i w progu stanęła Kasia. Miała lekko potargane włosy i minę, która mieszała zaskoczenie z czymś, co mogłam odczytać, jako zduszoną ekscytację.
    – Cześć – powiedziała, unosząc brew.
    – Hej… – odpowiedziałam z uśmiechem. – Nie spodziewałaś się mnie, co?
    – Mhm, raczej nie. Ale nie powiem, że nieprzyjemna niespodzianka.
    Jej ton był niby swobodny, ale czułam, jak zawiesza na mnie wzrok o sekundę dłużej niż zwykle.
    – Ja też się cieszę, że Cię widzę – odpowiedziałam ciepło. – Ale… mam do Ciebie jedną małą prośbę.
    – Prośbę? Hmm… – zmrużyła oczy podejrzliwie. – Chyba tak, chociaż znając Ciebie…
    – Zamknij oczy.
    – Co?
    – No zamknij… Proszę.
    Spojrzała na mnie jeszcze przez chwilę z niedowierzaniem, potem westchnęła teatralnie, uśmiechając się pod nosem.
    – Eh… dobrze. Ale jak skończę z tortem na głowie albo confetti w majtkach, to nie miej do mnie pretensji.
    Zamknęła oczy, a ja czułam, jak w środku coś we mnie drży, z podekscytowania, może z tej dziecięcej radości, którą wywoływało przeczucie czegoś wyjątkowego.
    Kasia wzięła mnie za rękę i pociągnęła za sobą. Jej dłoń była ciepła, znajoma. Prowadziła mnie przez przedpokój, a ja, nawet z zamkniętymi oczami, znałam ten dom niemal na pamięć, każdy zakręt, każde skrzypnięcie paneli pod stopami.
    Zatrzymałyśmy się nagle. Usłyszałam szept:
    – Okej… teraz.
    Otworzyłam oczy… i na moment zamarłam.
    W salonie, tuż przede mną, Kasia stała z szerokim uśmiechem przy stole, na którym czekał tort ze świeczkami, obok butelka szampana i kieliszki. Świece rzucały ciepły blask na jej twarz. Po drugiej stronie pokoju, przy pianinie, siedziała Weronika. Spojrzała na mnie i posłała ten uśmiech, który znałam już aż za dobrze, miękki, głęboki, pełen czułości. Jej palce zaczęły sunąć po klawiszach i chwilę później z ust obu kobiet i dźwięków instrumentu rozbrzmiało głośne, melodyjne:
    – Sto lat, sto lat…!
    Czułam, jak serce rośnie mi w piersi. Zrobiło mi się ciepło. Tak prawdziwie, wewnętrznie ciepło. Prawie zapomniałam, jak wyglądają moje własne urodziny, a one mi o tym przypomniały.
    – Wszystkiego najlepszego! – krzyknęła Kasia, śmiejąc się. – Pomyśl życzenie i dmuchaj!
    Zamknęłam oczy, pomyślałam o niej, o nas i zdmuchnęłam świeczki.
    Atmosfera przy stole była ciepła, prawie domowa. Pachniało świeżo pieczonym biszkoptem, truskawkami i nutą szampana. Weronika przyniosła tort i zaczęłyśmy kroić. Kasia śmiała się, komentując każdy krzywy kawałek.
    – Ostrożnie z tym nożem, jesteś prawie jak chirurg… tylko mniej dokładna – rzuciłam w jej stronę.
    – Powiedziała ta, co przed chwilą zatopiła pół widelca w świeczce.
    Zaśmiałyśmy się. I wtedy – zbyt duży kawałek bitej śmietany wylądował na moim policzku. Kasia prychnęła śmiechem.
    – Ubrudziłaś się tortem – powiedziała, z trudem łapiąc oddech.
    – Gdzie? – zapytałam, instynktownie sięgając po serwetkę.
    Ale zanim zdążyłam się wytrzeć, Weronika pochyliła się powoli, jej uśmiech miał w sobie coś figlarnego i intymnego.
    – Poczekaj… – szepnęła. Jej wargi musnęły moją skórę. Zlizując krem, zrobiła to tak powoli, że przez ułamek sekundy wstrzymałam oddech.
    Czułam na sobie spojrzenie Kaśki. Odwróciła wzrok, nerwowo poprawiając włosy, ale rumieńce na jej policzkach były aż zbyt wymowne.
    – Okej, okej, tylko nie róbcie tu scen, bo się jeszcze podniecę! – rzuciła żartem, próbując zapanować nad lekkim zmieszaniem.
    Spojrzałam na Weronikę, a ona na mnie. W jej oczach był śmiech i coś jeszcze – coś, co mówiło więcej niż słowa. A ja? Byłam szczęśliwa. Naprawdę szczęśliwa.
    – Co, Kasiu? – Weronika uniosła brew. – Nie podoba Ci się ten widok?
    – No cóż… – rzuciła zarumieniona
    – Córeczko, podniecają Cię takie rzeczy?
    – A nawet, jeśli to co? – broniła się w zaparte, my z Weroniką się uśmiechałyśmy do niej szelmowsko –
    – Nic, nic – odpowiedziałyśmy równocześnie z Weroniką
    – Oj, dajcie spokój! – Kasia machnęła ręką. – Jeszcze chwila i zaczniecie proponować mi trójkąt.
    – O, niezły pomysł! – Zaśmiałam się.
    – W każdej kobiecie drzemie lesbijka – rzuciła Weronika, całując mnie w skroń i zerkając na Kasię z przymrużeniem oka.
    – Nie chcę się z Tobą dzielić – powiedziałam, wtulając się w Weronikę.
    – I bardzo dobrze, bo ja też nie zamierzam się Tobą dzielić.
    – To może już nie rozmawiajmy o dzieleniu mnie, co? – Kasia przewróciła oczami, ale uśmiech nie schodził jej z twarzy. – Idę spotkać się z Markiem, zanim was poniesie jeszcze bardziej

    – No i zostałyśmy same – powiedziałam, patrząc na Weronikę z czułością, ale i z błyskiem oczekiwania w oczach.
    – A skoro tak… to czas na kolejny punkt programu – odparła, opuszczając głos niemal do szeptu.
    Zbliżyła się do mnie bez pośpiechu, z tą swoją opanowaną gracją, która działała na mnie zawsze jak zaklęcie. Gdy jej dłonie dotknęły mojej twarzy, poczułam znajome ciepło. Ujęła moją brodę i uniosła ją lekko ku sobie. Zaczęła mnie całować, mocno, pewnie, ale i z wyczuciem, jakby chciała mnie na nowo rozsmakować, jakby badała każdy centymetr moich warg, jakby to właśnie pocałunek był językiem jej najczystszej miłości. Język otulił mój delikatnie, zatapiając mnie w tym wszystkim, co było tylko nasze miękkie, głębokie, drżące od emocji.
    Poczułam, jak przyciąga mnie bliżej za biodra, nasze ciała spotkały się w pół drogi, z drżeniem, które nie było tylko fizyczne. Całowała mnie tak, jakby ten moment miał trwać wiecznie. A ja pozwalałam, by mnie całkowicie prowadziła, bo w jej objęciach każda pewność we mnie dojrzewała jak w świetle słońca. Moje palce same odnalazły jej kark, a potem wsunęły się w jej włosy. I kiedy oderwała się na sekundę od moich ust, by spojrzeć mi w oczy, wiedziałam, że znowu mnie oczarowała.
    – Idź na górę – powiedziała z uśmiechem. – Tam czeka na ciebie coś więcej.
    Weszłam na górę i znalazłam się w sypialni. Światło świec tańczyło na ścianach, a na łóżku z płatków róż ułożone było serce. W jego środku leżała niewielka, elegancka papierowa torebka. Zatrzymałam się, zachwycona. Ten widok był jak z romantycznego filmu, tylko, że tym razem to moje życie grało główną rolę.
    Byłam poruszona. Patrzyłam na to wszystko i nie mogłam uwierzyć, ile serca włożyła w ten wieczór. Moje ciało zadrżało, ale nie z chłodu, z emocji. Zbliżyłam się i sięgnęłam po torebkę. W środku znajdował się komplet białej, zmysłowej bielizny. Dotknęłam delikatnej koronki i westchnęłam cicho. Wykonana z wyrafinowanego materiału, miała w sobie klasę, ale i erotyczną obietnicę. Nie nosiłam takich rzeczy. Ale teraz… zapragnęłam w niej być.
    Niepostrzeżenie podeszła do mnie od tyłu Weronika. Oplotła mnie w pasie i wtuliła się plecami do mojego ciała. Jej usta musnęły moją szyję, całując ją z czułością, która przeszywała mnie aż do środka.
    – Jeszcze raz… wszystkiego najlepszego, kochanie – wyszeptała.
    – Nie wiem, co powiedzieć… – odezwałam się cicho, walcząc ze wzruszeniem.
    – Najlepiej „dziękuję” – zażartowała z uśmiechem.
    Odwróciłam się do niej przodem. Oczy same mi powędrowały na jej strój. Seksowna, dopracowana w każdym detalu. Miała na sobie prześwitujący, fioletowy szlafrok, luźno zarzucony na ramiona, jakby niedbale, a jednak z zamierzoną precyzją, podkreślającą jej pewność siebie. Koronkowy, czarny stanik ledwo zakrywał pełne piersi, kusząco zarysowane pod delikatną tkaniną. Pasujące do niego majtki z misternie splecionymi paskami odsłaniały zmysłowo wyeksponowane biodra. Pończochy, czarne jak atrament, idealnie przylegały do nóg, kończąc się koronkową krawędzią uwiązanej do pasa. Całości dopełniały lakierowane szpilki z ostrym noskiem, które nadawały jej sylwetce drapieżności. Była jak obraz zmysłowa, elegancka, nie do zapomnienia. Wyglądała oszałamiająco!
    – Dziękuję… Kocham Cię.
    – Ja Ciebie też, skarbie.
    – Pięknie się wystroiłaś – przyznałam szczerze.
    – W końcu Twoje urodziny. Chciałam zrobić na Tobie wrażenie.
    – I zrobiłaś… ogromne.
    – A to dopiero druga część – puściła mi oko.
    – Dwie? Postarałaś się. A ile ich jest?
    – Pięć – uśmiechnęła się z figlarną dumą. – Trzecia właśnie jest w tej torebce. Chciałabym ją zobaczyć… na Twoim anielskim ciele.
    – W takim razie… idę się przebrać.
    Zamknęłam się w łazience. Zrzuciłam z siebie ubrania i spojrzałam na swoje odbicie. Potem wzięłam bieliznę do rąk i zaczęłam ją powoli zakładać. Każdy ruch był jak rytuał.
    Najpierw białe pończochy, eleganckie, z delikatną koronką przy udach. Potem koronkowe stringi, subtelne i dopasowane, a na koniec prześwitująca koszulka na ramiączkach, z rozcięciem biegnącym wzdłuż środka, spiętym tylko ozdobną wstążką. Materiał otulał mnie lekko, miękko, sprawiając, że poczułam się wyjątkowo kobieco. Początkowe zakłopotanie ustępowało miejsca ekscytacji.
    Rozpuściłam włosy, przeczesałam je palcami i jeszcze raz zerknęłam w lustro. Grzywka, którą miałam od niedawna po ostatnim podcięciu, delikatnie opadała mi na czoło. Wciąż nie do końca się do niej przyzwyczaiłam, ale Weronika mówiła, że dodaje mi dziewczęcego uroku. Poprawiłam ją odruchowo, lekko roztrzepując, żeby nie wyglądała zbyt równo. Wyglądałam… inaczej, ale dobrze. Zmysłowo, jak prezent dla niej. Dla nas.

    Wróciłam do sypialni.
    Weronika leżała już na łóżku. Bez szlafroka, tylko w bieliźnie, jej ciało wyglądało jak dzieło sztuki w świetle świec. Miała w sobie spokój i kontrolę. Patrzyła na mnie tym spojrzeniem… głębokim, dominującym, ale i czułym. W jej oczach zapłonęła iskra.
    Obróciłam się wokół własnej osi, przystając w lekkim rozkroku, figlarnie kręcąc palcem kosmyk włosów.
    – I jak? – zapytałam z uśmiechem.
    – Idealnie – wyszeptała, przyciągając mnie do siebie palcem. – Chodź tu… powoli.
    Uniosłam dłoń na znak pauzy. Chciałam, by poczuła moją wersję tej gry. Oparłam się plecami o framugę i uniosłam rękę nad głowę. Drugą, z opuszczonym palcem, przejechałam po dolnej wardze, oblizując go leniwie, patrząc na nią prowokacyjnie. Weronika zamarła, obserwując każdy mój gest.
    W jej spojrzeniu było wszystko, podziw, pożądanie, duma.
    Zaczęłam powoli kołysać biodrami. Dłońmi przesuwałam po bokach, po brzuchu, po piersiach. Jej wzrok był jak dotyk, czułam go na każdej części swojego ciała.
    Weronika usiadła na krawędzi łóżka. „Tańczyłam” dla niej bez muzyki, ale z rytmem, który grał we mnie samej. W jej oczach widziałam coraz więcej namiętności. Jej dłoń zsunęła się powoli między uda, druga wędrowała po piersi. To, że pozwalała sobie na tę otwartość, świadczyło o zaufaniu i podnieceniu.
    Zbliżałam się do niej, krok za krokiem, miękko, jak kotka. Czułam ciepło między udami, moje ciało reagowało na każdy jej gest. Moje biodra pulsowały, włosy przesuwały się po plecach, a ja odczuwałam przyjemność z każdego ruchu, z każdego spojrzenia.
    Była piękna. Moja. Tylko moja.
    W końcu, bez słowa, wdrapałam się na łóżko i usiadłam na niej okrakiem. Nasze ciała zetknęły się w elektryzującym dotyku. Objęłam ją za szyję i wplotłam palce w jej włosy. Jej dłonie pieściły moje łydki, uda, potem plecy… Była wszędzie tam, gdzie pragnęłam jej najbardziej.
    Zbliżyłam usta do jej ust, a nasze ciała połączyły się w pocałunku, głębokim, miękkim, pełnym obietnic. I wiedziałam, że wszystko, co jeszcze dziś przed nami… będzie jeszcze piękniejsze.
    Jej dłonie były ciepłe, silne, ale i uważne. Skierowałam je na swoje piersi, pozwalając jej dotykać mnie z czułością, której tak bardzo pragnęłam. Z początku nieśmiało, niemal z nabożną ostrożnością musnęła opuszkami materiał koszulki, pod którym unosiły się moje sutki. Westchnęłam cicho, opierając czoło o jej skroń.
    – Jesteś jak sen – wyszeptała, muskając ustami mój policzek. – Pachniesz jak świt po deszczu. I smakujesz… lepiej niż wszystko, czego kiedykolwiek próbowałam.
    Zadrżałam, przesycona jej słowami, które rozpływały się we mnie jak ciepłe wino.
    Uniosłam ręce i wsunęłam palce w jej włosy, pieściłam skórę jej karku, potem ramion, pleców. Odwzajemniałam każdą jej pieszczotę, jakby nasze ciała prowadziły dialog, w którym nie było miejsca na wątpliwość. Czułość rosła między nami, gęstniała jak powietrze przed burzą, ale zamiast niepokoju niosła ukojenie.
    Jej usta wędrowały po moim dekolcie, powoli, niemal sennie, zostawiając ślad ciepłego oddechu, jakby chciała każdą cząstkę mnie zapamiętać językiem i pamięcią. Gdy dotknęła wnętrza mojego obojczyka, zadrżałam z rozkoszy. Tam właśnie byłam najbardziej wrażliwa. Wiedziała o tym.
    – Jak ty cudownie drżysz pod moimi ustami, kochanie – szepnęła z zachwytem.
    Poruszyłam biodrami, zmysłowo, płynnie – jakby ciało tańczyło z jej dotykiem. Oplotłam jej talię nogami, przyciągając ją bliżej siebie. Chciałam więcej. Czuć jej ciepło, jej oddech, smak i skórę. Wszystko.
    Nasze ciała zaczęły poruszać się w rytmie, którego nie trzeba było ustalać, był między nami od dawna, intuicyjny, naturalny, wpisany w oddech i przyspieszone bicie serc.
    – Wiesz… – zaczęła szeptem, muskając językiem moją szyję – jesteś jak poemat, którego uczę się na pamięć… linijka po linijce.
    Uśmiechnęłam się z zamkniętymi oczami, chwytając ją za twarz i całując, długo, głęboko, z miękkim językiem i czułym napięciem. Jej ręce tańczyły po moich plecach, potem zsunęły się niżej, zatrzymując się na pośladkach.
    – A ty… jesteś jak ręka, która ten poemat napisała – szepnęłam, muskając ustami jej ramię. – Silna, precyzyjna, natchniona.
    Zaśmiała się cicho, gardłowo, ale zaraz potem uciszyła mnie kolejnym pocałunkiem. Wgryzła się lekko w mój dolny wargę, zostawiając mi smak siebie. Moje ciało pulsowało pod nią jak rozgrzany strunowiec – napięte, gotowe, spragnione.
    Ułożyłam dłoń na jej policzku i spojrzałam w oczy. Czułam się… kochana. Tak zwyczajnie i niezwykle jednocześnie. Jakby cały świat znikał, a zostawało tylko to ciepło, światło świec i Ona.
    – Dotknij mnie jeszcze raz – poprosiłam szeptem. – Ale tak… jak tylko ty potrafisz.
    Pochyliła się nade mną, a jej usta znów zaczęły wędrować po mojej szyi, piersiach, ramionach, jakby rysowała na mnie mapę, którą znała na pamięć, a mimo to odkrywała ją na nowo. Każdy jej dotyk wybrzmiewał jak strofa, a ja słowo po słowie składałam się w jedną, rozgrzaną frazę.
    Nasze pocałunki były niespieszne, miękkie, wilgotne. Przenikały się raz łagodne, raz głodne, ale zawsze pełne zaufania. Jej język igrał z moim, a moje ciało wtulało się w nią, jakby szukało schronienia.
    – Jesteś moim cudem – szepnęła, ocierając się o moje udo. – Nie wiem, czym sobie na ciebie zasłużyłam, ale nie zamierzam z tego rezygnować. Nigdy.
    – W takim razie… nie przestawaj. Ani dzisiaj, ani jutro, ani nigdy – odpowiedziałam, głaszcząc czule linię jej żuchwy.
    Zanurzyłam twarz w jej szyi, całując ją pod uchem, tam, gdzie czułam, jak bije jej serce. Szeptałam do niego. Szeptałam do niej. Szeptałam do nas.
    I nie chciałam przestać.
    Jej dłonie, ciepłe i pewne, wciąż spoczywały na moich piersiach. Pieściła mnie z taką delikatnością, jakby każda krzywizna była dla niej święta. Kciukiem musnęła mój sutek, który już wcześniej stwardniał z podniecenia,  a teraz drżał jak struna w dotyku smyczka. Zadrżałam. Cała. I tylko ona mogła mnie tak rozstroić, i tak nastroić.
    – Masz najpiękniejsze piersi, jakie kiedykolwiek widziałam – szepnęła z zachwytem, niemal w modlitewnym uniesieniu. – Ale to, co czyni je tak oszałamiającymi… to twoje reakcje. To, jak je oddychasz. Jak drżysz, jakbyś była cała stworzona z płomieni.
    Pocałowała mnie pomiędzy nimi, a potem niżej, wolno, zmysłowo, zostawiając ciepłe, wilgotne ślady. Przyciągnęłam ją bliżej, zaplatając palce w jej włosach.
    – A ty… – wyszeptałam, odchylając jej głowę, by spojrzeć prosto w oczy – jesteś jak wino, Weroniko. Ciemna, głęboka, paląca. I coraz bardziej uzależniająca.
    Jej spojrzenie roziskrzyło się wilgotne, ciemne, miękkie. Pocałowała mnie znów, tym razem bardziej zachłannie, namiętnie, ale nadal z tą swoją klasą, zmysłowością dojrzałej kobiety, która wie, co robi i jak bardzo działa.
    Jej biodra poruszały się subtelnie, rytmicznie, jakby cały jej ogień znalazł ujście w tym jednym, powolnym tańcu. Gdy dotknęłam jej pleców, poczułam napięcie mięśni, była silna, jakby jej ciało pamiętało każdy ruch, który wykonało w życiu. A jednak teraz drżało dla mnie.
    – Masz ciało bogini – powiedziałam szczerze, z zachwytem. – Ale najpiękniejsze jest to, że oddajesz mi je bez reszty. Tak, jakbyś ufała mi bardziej niż samej sobie.
    Uśmiechnęła się, muskając nosem moją brodę, potem ustami moją szyję.
    – Bo ufam. Bo cię kocham, Justynko… I nigdy nie czułam się tak… żywa. Nawet w twoim wieku nie miałam w sobie tyle ognia. To ty go we mnie rozpaliłaś.
    Oparłam dłonie na jej policzkach, głaszcząc kciukami jej skórę. Patrzyłam w jej twarz, piękną, kobiecą, pewną siebie i widziałam w niej jednocześnie siłę i wrażliwość. Widziałam wszystko, co kochałam oraz wszystko, czego pragnęłam.
    – Kocham cię, Weroniko – szepnęłam, dotykając jej ust. – Tak bardzo, że czasem aż boli. Kocham cię całą… Twoje dłonie, twoje ramiona, piersi, brzuch… Twoją dojrzałość, twoją mądrość. Ale najbardziej to, jak potrafisz być taka… zmysłowa. Naturalna. Jakbyś była stworzona do miłości.
    Zadrżała, a ja pochyliłam się nad nią, całując linię jej obojczyka, potem między piersiami, muskając skórę delikatnie językiem, jakby była najpiękniejszym płótnem. Poczułam, jak jej oddech przyspiesza, jak ciało wygina się delikatnie w odpowiedzi.
    – Powiedz mi jeszcze raz – szepnęła. – Chcę to słyszeć. Tyle razy, ile zechcesz mi to powiedzieć.
    – Kocham cię. Kocham cię, Weroniko – powtarzałam, całując ją z każdym słowem, z każdą sylabą. – I nie przestanę.
    Jej dłonie znów sięgnęły moich piersi, pieściła mnie czule, z uwielbieniem – jakby każdy dotyk był wyznaniem. A ja odwzajemniałam to wszystko, pieszczotą za pieszczotę, pocałunkiem za pocałunek, zachwytem za zachwyt.
    I tak trwałyśmy splecione ciałami, spojrzeniami i szeptami w tańcu, który nie potrzebował muzyki.
    Tylko nas.
    Leżałam na niej, przyciśnięta do jej ciała z taką czułością, jakbyśmy istniały tylko dla siebie. Nasze pocałunki stały się wolniejsze, bardziej miękkie, jakbyśmy chciały zatrzymać w nich każdą sekundę. Czułam pod sobą bicie jej serca, mocne, gorące, a w jego rytmie coś jeszcze, drżenie, które rozpoznawałam bez słów.
    Pocałowałam jej usta raz jeszcze, tym razem długo i głęboko, zanim przeniosłam się ustami na linię jej szyi, którą tak uwielbiałam. Miękka, pachnąca sobą. Składałam pocałunki z pasją, ale i delikatnością, jakby moje usta mówiły jej, jak bardzo ją kocham, zanim powiedzą to znowu słowa.
    Zsunęłam dłonie w dół, powoli, jakby moje palce uczyły się jej ciała od nowa. Dotarłam do zapięcia stanika i spojrzałam jej w oczy. Kiwnęła głową z lekkim uśmiechem i czymś, co wyglądało jak błysk niecierpliwości. Rozpięłam go jednym, płynnym ruchem, odsłaniając jej pokaźne piersi i na moment zamarłam.
    Zawsze mnie zachwycała. Ale teraz… Teraz było coś więcej. Leżała przede mną naga w półmroku, z lekko rozsypanymi włosami i uśmiechem, który miał w sobie więcej nagości niż jej ciało.
    – Jesteś cudowna… – szepnęłam. – I nie wiem, jak to możliwe, że to wszystko… naprawdę moje.
    Pochyliłam się nad jej piersiami i zaczęłam pieścić je ustami z uczuciem, z sercem, z pasją, która wybuchały ze mnie, jakby moje ciało znało tylko jeden cel: sprawić jej przyjemność. Muskałam językiem jej sutki, drażniłam je delikatnie, czując jak twardnieją w moich ustach. Gładziłam jej duże piersi dłońmi, najpierw z zachwytem, potem z głodem. Zadrżała pod moim dotykiem.
    – Justynko… – wyszeptała, przeciągle, głosem, który był jednocześnie westchnieniem i modlitwą. – Boże… tak pięknie… Jak ty to robisz…
    – Kocham twoje ciało – odpowiedziałam, między pocałunkami. – Kocham wszystko… te piersi, ten brzuch, ten zapach… Kocham cię, Weroniko. Całą. Od zawsze. I na zawsze.
    Czułam, jak unosi biodra lekko, jak pręży się z przyjemności, a jej palce zaciskają się na moich plecach. Oddychała głęboko, niespokojnie tak, jakby przyjmowała nie tylko moje pieszczoty, ale i moje uczucia, moją miłość, mój zachwyt.
    – Masz w sobie ogień – wyszeptałam, muskając ustami jej sutek. – ale taki… niebezpiecznie piękny. I ja płonę przez ciebie, Weroniko. Każdego dnia. Każdej nocy.
    Oplotła mnie ramionami, przyciągając jeszcze bliżej. Jej usta znów odnalazły moje, pocałunki nabrały głębi i czułości, a jej ciało odpowiadało na każdy mój gest ciepłem, drżeniem, miękkością i tym, co było najpiękniejsze – pełnym oddaniem.
    Zaczęłyśmy poruszać się w jednym rytmie powoli, spokojnie, bez pośpiechu. Było w tym coś mistycznego, jakby nasze ciała znały ten taniec od zawsze, jakby każda pieszczota była pamięcią poprzedniej, a każda reakcja… wyznaniem.
    Usiadłam delikatnie na niej, czując pod sobą jej ciepło, pulsujące życie, jej oddech głęboki, nieregularny, jakby każde nasze zetknięcie było nowym początkiem. Moje uda otulały jej biodra, a dłonie oparłam na jej ramionach, jak skrzydła, które znalazły miejsce do odpoczynku.
    Była taka wysoka, smukła, piękna w tej swojej sile i spokoju… a ja przy niej mniejsza, filigranowa, w tej chwili może nawet krucha, lecz pełna pasji. Jej ciało idealnie napięte pod moim otwierało się na mnie, a ja czułam, że należę.
    Pochyliłam się i nasze usta znów się spotkały. Najpierw powoli, miękko, jakbyśmy kosztowały siebie na nowo. Potem szybciej, pocałunki stawały się głębokie, łapczywe, niespokojne, jakbyśmy próbowały wyrazić językiem to, co nasze ciała mówiły już bez słów. Przegryzłam delikatnie jej dolną wargę, a ona westchnęła tak cicho, że aż przeszył mnie dreszcz.
    Jej ręce przesuwały się po moich plecach, aż dotarły do bioder, mocniej, pewniej, jakby potrzebowała mnie poczuć bardziej. A ja, w tym tańcu bliskości, uniosłam lekko jedną dłoń, by palcami zahaczyć o jej bok, a drugą tę lewą wyciągnęłam powoli za siebie, opierając się na niej, ale i… szukając jej.
    Moje palce, nieśpieszne i ciekawe, dotarły do jej najintymniejszego miejsca. Poczułam ciepło, wilgoć, pulsujące napięcie. Weronika drgnęła pod moim dotykiem, wstrzymując na ułamek sekundy oddech. Uśmiechnęłam się lekko między pocałunkami, bo ten moment, ta jej reakcja, była dla mnie jak nagroda i zachęta jednocześnie.
    Zaczęłam delikatnie, z czułością, poruszać palcami, badając ją opuszkami, pocierając kciukiem z wyczuciem i zachwytem, jakby dotykała tajemnicy, którą zna tylko ona i ja. Jej biodra uniosły się lekko, oddech przyspieszył.
    – Kochanie… – szepnęła cicho, zamykając oczy. – Justynko… ty…
    – Ciii… – przerwałam, muskając ustami jej policzek. – Daj się kochać. Daj mi… być twoją.
    Zanurzyłam się w niej dotykiem i pocałunkami, chcąc, by każda moja reakcja była odpowiedzią na jej pragnienie. Poruszałam biodrami delikatnie, w rytmie, który dyktowały mi jej oddechy i drżenia. Moje ciało było jak instrument, a ona… jak pieśń, której uczyłam się od miesięcy.
    Patrzyłam na nią z góry, widząc rozsypane włosy, jej usta uchylone z rozkoszy, ten błysk w oczach – jakby rozjaśniła się od środka. Czułam, jak rośnie napięcie w niej, jak coraz trudniej jej zatrzymać westchnienia.
    – Taka jesteś piękna – powiedziałam wśród pocałunków. – Cała. I taka… młoda w tej swojej sile. Masz ogień, Weroniko. I ja cię nim kocham.
    Objęła mnie mocniej, przyciągając mnie do siebie, jakby pragnęła połączyć się ze mną całkowicie – nie tylko ciałem, ale tym, co było między nami od pierwszego spojrzenia. Oddechy stawały się jednym, dotyk jednym językiem.
    I przez chwilę… świat naprawdę przestał istnieć.
    Weronika, nadal obejmując mnie ramionami, przesunęła się lekko pod moim ciężarem. Z łatwością, której zawsze jej zazdrościłam, odwróciła nas, by to ja znalazłam się teraz pod nią, a ona zawisła nade mną jak sen, jak spełnienie, jak kobieta, która zna każdy kontur moich pragnień.
    Uśmiechnęła się tym swoim spojrzeniem, które mówiło więcej niż tysiące słów. Zsunęła włosy na bok, tak, że opadały swobodnie jak ciemny welon, i pochyliła się do mnie.
    Zaczęła od ust wolno, miękko, jakby chciała znów napić się mojej obecności. Jej język tańczył po mojej dolnej wardze, zanurzając się raz po raz, kreśląc leniwe, nieme obietnice. Potem zjechała niżej, muskając brodę, szyję, zatrzymując się przy zagięciu obojczyka, tam, gdzie skóra była najcieńsza, najbardziej wrażliwa. Czułam ciepło jej oddechu, lekkie muśnięcia warg, języka, jakby pisała po mnie zawiłe wzory namiętności.
    Dreszcze biegły przez moje ciało. Byłam otwarta, bezbronna, ale też gotowa całkowicie jej.
    Jej język, ciekawski i wytrwały, zataczał okręgi wokół moich piersi, znów odnajdując moje sutki, teraz jeszcze bardziej czułe, napięte. Pieściła je ustami, ssała z wyczuciem, a potem drażniła końcem języka, jakby bawiła się rytmem, tańcem między doznaniem a niedosytem.
    – Kocham twoje ciało, Justyś – szepnęła, nie przerywając pieszczot. – Jest jak mapa… a ja chcę ją poznać całą. Codziennie od nowa.
    Przesuwała się niżej, zostawiając za sobą ciepłe ślady pocałunków, aż dotarła do brzegu mojej bielizny. Zatrzymała się, spojrzała mi w oczy. W tym spojrzeniu było wszystko, ogień, czułość, szelmowska kokieteria i jakaś dzika, nieujarzmiona radość. Potem, jakby mimochodem, przesunęła palcem po materiale stringów ledwie muśnięcie, a jednak sprawiło, że napięłam się w środku.
    Jej paluszek zataczał kręgi, drażnił mnie przez delikatny materiał, a potem znikał… umyślnie uciekając na boki, na uda, by tam musnąć skórę, pozostawić ją drżącą z pragnienia. Każdy jej dotyk był grą nieśpieszną, pełną wdzięku prowokacją. Czasem wolną ręką drapała mnie delikatnie po biodrze, po brzuchu, po wnętrzu uda, jakby znaczyła teren, który był już jej.
    – Weronika… – wyrwało mi się szeptem, z napięciem i błaganiem w głosie.
    – Jeszcze nie – odpowiedziała miękko. – Chcę, żebyś poczuła wszystko.
    Zamknęłam oczy, gdy jej usta dotknęły mnie przez materiał – ciepłe, wilgotne, niespieszne. Drażniła mnie, całowała, uciekając w bok, potem wracając na moment, zostawiając po sobie gorące ślady. Moje ciało zaczęło poruszać się samo, biodra unosiły się nieznacznie, jakby szukały jej bliżej.
    Czułam się jednocześnie kochana i prowadzona, jakby trzymała mnie na granicy, w zawieszeniu, tylko po to, by potem dać mi więcej.
    Instynktownie uniosłam rękę i podałam jej paluszek, ledwo, cicho, ale wymownie. Weronika spojrzała na mnie z czułym rozbawieniem, jakby wiedziała, że w tym geście była i pokora, i pragnienie bycia przyjętą.
    Objęła go wargami powoli, zmysłowo  i zaczęła pieścić językiem, jakby czytała mnie dotykiem ust. Wciągała go lekko do środka, bawiła się nim tak, jak przed chwilą moimi piersiami z uwagą, pasją i świadomością, że każdy milimetr tej gry wchodzi mi głęboko pod skórę.
    Oddychałam coraz ciężej. Każde jej spojrzenie, każdy ruch, każdy pocałunek były jak ogień pod skórą. Czułam, że wszystko we mnie drży od stóp po kark, aż po czubki palców.
    – Twoje ciało… mówi do mnie tak pięknie, Justyno – wyszeptała, muskając ustami moje biodro. – I ja chcę słuchać go bez końca.
    Weronika przez moment jeszcze trwała w tej grze w napięciu między zapowiedzią a spełnieniem, ale gdy spojrzała mi w oczy, zobaczyła w nich nie tylko pragnienie. Zobaczyła oddanie. I z miłością, która była cichym „teraz”, zsunęła ze mnie stringi, jakby odkrywała sekret, który zna tylko ona.
    Pozostawiła mnie w samych białych pończochach, jakby chciała, żebym została zawieszona gdzieś między niewinnością a wyzwoleniem. Jej dłonie przesunęły się wzdłuż moich ud powoli, z rozmysłem i zanim przeszła dalej, pochyliła się i złożyła pocałunek na wierzchu mojej stopy. A potem kolejny, nieco wyżej z uwagą, pietyzmem, jakby każda część mojego ciała była godna zachwytu.
    Poczułam ciepło jej ust, gdy objęła moją stopę, a potem jej język, który zatoczył miękki ślad. To był gest zmysłowy, ale też głęboko tkliwy. W tej jednej chwili zrozumiałam, jak bardzo kocha całe moje ciało, nie tylko to, co oczywiste. Każdy szczegół, każdy detal. Każdą mnie.
    Potem uniosła wzrok i znów się pochyliła.
    Zatrzymała się przy mojej kobiecości, nagiej, napiętej, lśniącej jak poranne światło na tafli wody. Ułożyła się wygodnie między moimi udami, a ja mimowolnie rozchyliłam je szerzej, przyjmując ją bez słów. Było w tym coś uroczystego, jakby właśnie zaczynał się rytuał miłości, który znały tylko nasze ciała i serca.
    Jej język dotknął mnie najpierw delikatnie, jak pytanie, a potem śmielej, głębiej, czulej. Skupiła się na mojej łechtaczce, na jej drżącej, pulsującej wrażliwości. Pieszczota była rytmiczna, świadoma, przeplatana subtelnym ssaniem i ciepłymi pociągnięciami języka, jakby grała na instrumencie, którego dźwięk rozbrzmiewał tylko w moim wnętrzu.
    Zareagowałam natychmiast, moje biodra uniosły się lekko, jęk wyrwał się z moich ust jak oddech, którego nie zdołałam zatrzymać. Położyłam dłoń na jej głowie nie żeby ją prowadzić, ale żeby być bliżej. Druga moja ręka odnalazła jej dłoń i spleciona z nią palcami, trwała w tym uścisku ciepłym, głębokim, zawierzonym.
    To już nie był tylko dotyk. To była rozmowa dusz. Moje ciało odpowiadało na jej język jak instrument coraz wyraźniej, coraz mocniej. Serce biło mi tak, że czułam je w gardle. Każda cząstka mnie skupiała się w tym jednym miejscu, w tej jednej chwili,  zanurzonej w niej.
    Weronika raz po raz unosiła na mnie wzrok nie przerywając pieszczot, nie przestając szeptać mi ustami rozkoszy. Jej spojrzenie było błyszczące, skupione, pełne uwielbienia. Czasem, gdy się odsuwała na oddech, drażniła mnie palcem, muskając mnie wokół, podsycając pragnienie jeszcze bardziej, ale zawsze wracała do epicentrum mojej przyjemności, tam, gdzie język i wargi stapiały się w najczulszy z pocałunków.
    Moje ciało falowało pod nią, a ja… ja czułam się jak otwarta księga, w której każda linijka była pisana jej ustami. Czas przestał istnieć. Liczyło się tylko to, że jestem jej, że ona jest moja i że nikt inny nie zna tej melodii, którą właśnie dla mnie gra.
    Byłam już niemal na granicy. Drżałam zmysłami, mięśniami, każdą cząstką siebie. Weronika znała moje ciało lepiej niż ja sama. Prowadziła mnie z niesamowitą intuicją, raz mocniej, raz łagodniej, jakby czytała mnie w oddechach, w dygoczących gestach, w tym, co niewypowiedziane.
    I właśnie wtedy, gdy serce biło mi już jak w ucieczce ku spełnieniu, poczułam, że się odsuwa. Na moment zadrżałam z niedosytem, ale nie miałam nawet czasu zaprotestować. Widziałam jej twarz, spojrzenie gorące i skupione, lekki uśmiech, który mówił: „jeszcze nie teraz, jeszcze piękniej”.
    Weronika, wciąż klęcząc, zdjęła swoje stringi. Zrobiła to z tą samą godnością, z jaką kiedyś odgarniała włosy za ucho, przy filiżance herbaty. Powoli, z wdziękiem tak, jakby każda czynność była rytuałem. I wtedy zobaczyłam ją taką, jaka była, kobietą pełną siły i pragnienia, w pończochach i szpilkach, z których nie zrezygnowała. Wyglądała jak spełniony sen.
    Zbliżyła się do mnie, leżałam jeszcze z nogami lekko uniesionymi, z ciałem drżącym w napięciu i wtedy wślizgnęła się między moje uda, bokiem, przodem, krzyżując nasze nogi w pozycji, która wymykała się słowom. To nie były tylko splecione ciała to były kontury dusz złączone w jeden oddech.
    Jej uda dotknęły moich, nasze biodra zsynchronizowały się jakby przez instynkt, jakby wiedziały, jak znaleźć wspólną melodię. Ciepło jej skóry… miękkość… napięcie… wszystko we mnie natychmiast odpowiedziało. Złapała mnie mocno za biodra, a ja w tej chwili nie miałam już żadnych barier byłam jej. Cała.
    Spojrzała mi w oczy, a ja w jej i poczułam się, jakby cały świat zniknął. W tym spojrzeniu było wszystko: miłość, pragnienie, podziw i błysk namiętności, który łączy się tylko z jedną osobą. Z tą, którą się kocha.
    Zaczęłyśmy się poruszać, powoli, jakbyśmy uczyły się siebie na nowo, a potem szybciej, śmielej, odnajdując ten rytm, który zna tylko trybadyzm: cichy taniec bioder, mokrych od czułości i napięcia. Nasze kobiecości stykały się i tarły o siebie, miękko i rytmicznie, rozgrzewając każdą warstwę ciała i duszy.
    Moje biodra unosiły się w odpowiedzi na jej ruchy, czułam jej wilgoć, jej ciepło, jej bicie serca w napięciu tak samo mocnym jak moje. Gdy drżałyśmy razem, jeszcze silniej złączyłam nasze dłonie. Jej palce splotły się z moimi, jakbyśmy razem trzymały się ostatniego brzegu przed upadkiem w ekstazę.
    Nasze spojrzenia były nieruchome, wbite jedno w drugie, jakbyśmy obie chciały być świadkami tego, co właśnie się wydarza. Nie tylko rozkoszy, ale przejścia z kochania do bycia jednością. To nie był tylko finał, to było wspólne wejście w światło.
    Ciała falowały nie jak dwa odrębne byty, ale jak jeden organizm. Oddechy przerywane, powieki półprzymknięte, jęki i szmery, które były jak modlitwa cicha, prawdziwa, święta.
    I wtedy przyszło w jednej chwili,  jakby fala światła rozlała się między nami. Poczułam, jak drży pod sobą, a ja razem z nią. Wypowiadałam jej imię między jękami, a ona moje, a świat przestał istnieć, zniknął w blasku, który same stworzyłyśmy.
    Nie wiem, ile trwałyśmy w tym uniesieniu, wieczność? Minutę? Ale gdy nasze ruchy ucichły, zostałyśmy tak splecione, zmęczone, ale pełne, jednak wciąż spragnione. Z twarzami blisko, z policzkami przyciśniętymi, z ustami muskającymi się w oddechu powolnego powrotu.
    Cisza po wszystkim była najpiękniejszą muzyką.
    Jeszcze wtulałyśmy się w siebie, wilgotne od wysiłku, rozgrzane pocałunkami i rytmem ciał. Jej głowa spoczywała tuż przy moim ramieniu, a dłoń wciąż splatała się z moją leniwie, ciepło, bez potrzeby słów. Ale ja je czułam. Pod skórą. Wciąż wibrowały między nami te niedopowiedziane jeszcze nuty, które domagały się dogrania do końca.
    Złapałam spojrzenie Weroniki, rozmyte jeszcze przez falę, która przetoczyła się przez jej ciało, ale gdzieś pod tym zmęczeniem tlił się płomień. Wciąż jasny. Wciąż głodny.
    Przysunęłam się, więc bliżej, wolno, tak, by poczuła mój oddech na swojej skórze. Całowałam ją miękko, powoli przesuwając się w dół. Nie chciałam się spieszyć, nie tym razem. To był mój moment, by się jej oddać w inny sposób. By dać jej wszystko, co we mnie żyło czułość, zachwyt, namiętność i skupienie.
    Kiedy dotarłam tam, gdzie jej kobiecość pulsowała cicho, jakby szeptała do mnie „proszę…”, oparłam dłonie po bokach jej bioder i po prostu zaczęłam. Nie potrzebowałam instrukcji. Znałam ją. Jej język ciała. Jęk przerywany, wtedy, gdy trafiłam w najczulsze miejsce. Jej biodra, które unosiły się jakby chciała mnie zatrzymać dokładnie tu, gdzie byłam.
    Mój język był jak pióro piszące najpiękniejszy list do niej, dla niej. Kreśliłam nim wzory po jedwabistej, wilgotnej powierzchni, raz łagodnie, raz z mocą, dopasowując się do każdego jej westchnienia. Jej łechtaczka delikatna, spragniona była jak centrum świata, które chciałam uczcić.
    Weronika nie była już spokojna. O nie. Jej ręce zacisnęły się na piersiach, jakby chciała zdusić to, co narastało w niej z każdą sekundą. Oddychała coraz ciężej, a jej jęki stawały się głośniejsze, mniej kontrolowane, coraz bardziej drżące.
    – Boże… Justyna… – wyszeptała, a potem mocniej, jakby już nie mogła nad tym panować – Boże… kocham cię… kocham cię…
    Zaciskała dłonie na prześcieradle, potem odpychała się nimi od łóżka, jakby jej ciało szukało oparcia w chwili, gdy sama rozkosz stawała się zbyt intensywna, a ja tylko przyspieszyłam. Porzuciłam delikatność na rzecz rytmu, który dyktowała mi jej mowa ciała. Mój język zaczął pracować szybciej, mocniej, aż wreszcie z jej gardła wyrwał się jęk – surowy, prawdziwy, głęboki.
    – Jesteś wspaniała… tak bardzo… Justyna… – wydyszała, zanim opadła z powrotem na poduszki, cała dygocząc.
    W ostatnich chwilach przytrzymała moją głowę obiema rękami – nie jako gest kontroli, ale bliskości. Chciała mnie czuć. Potrzebowała, a ja… ja czułam się spełniona, widząc ją taką rozedrganą, mokrą, szczerą w swojej słabości, którą dzieliła tylko ze mną.
    Kiedy wróciłam do niej, wsunęła się pod moje ramię, przytuliła i milczała. I w tym milczeniu było wszystko.
    Leżałam na niej, zmęczona, a jednak wciąż nienasycona. Czułam pod sobą ciepło jej ciała, jej przyspieszony oddech ocierający się o moją szyję, jej dłoń przesuwającą się leniwie po moich plecach, jakby nie chciała wypuścić mnie z objęć ani na chwilę. Całowałyśmy się powoli, miękko, cicho, z czułością. Każdy pocałunek był jak ciepły dotyk słońca, przedłużenie tego, co właśnie się między nami wydarzyło. Czegoś pięknego, surowego i szczerego. Ale wciąż było nam mało.
    Unosząc się delikatnie na przedramionach, spojrzałam jej w oczy. W tym spojrzeniu było wszystko — rozkosz, ufność, szczerość, i ta iskra, która paliła mnie od środka.
    Zaczęłyśmy się poruszać, nieśpiesznie. Pocierałam się o nią, powoli, miękko, a Weronika odpowiadała bez słów, ciałem, westchnieniami. Nasze łechtaczki spotkały się z drżeniem, ten moment był jak cichy wybuch.
    To było inne, nie tak dzikie, jak wcześniej. Bardziej… zgrane. Jakbyśmy tańczyły, oddychając w tym samym rytmie. Rytm, tempo, zmysły. Jej ciało falowało pod moim, unosiła biodra, czasem łapała się za piersi, czasem zapierała rękami o pościel, jakby próbowała utrzymać się na powierzchni tej przyjemności, którą razem tworzyłyśmy. Całe napięcie skupiało się między nami, tam, gdzie nasze ciała stykały się najbardziej bezpośrednio, najczulej.
    — To było… uch… aż słów brakuje — szepnęła nagle, z cichym śmiechem przerywanym oddechem.
    — Pocałunek wystarczy za tysiąc słów — odparłam i znów musnęłam jej usta. Miękko. Powoli. Z czułością, której sama się nie spodziewałam.
    Czułam, jak jej oddech się zmienia przyspiesza, drży. Jej oczy były przymknięte, palce błądziły po moich plecach, a ja przywierałam mocniej. Ciało Weroniki rozkwitało pod moim, a ja byłam świadoma każdego drżenia, każdej reakcji.
    — Dziękuję Ci za ten wieczór… i za to, że jesteś — powiedziałam między pocałunkami.
    — Cała przyjemność po mojej stronie — odparła niemal szeptem. — Dawno się tak dobrze nie czułam… jak z Tobą. To już ponad dziewięć miesięcy.
    — Tyle, co ciąża — rzuciłam z lekkim śmiechem.
    — Heh… — zachichotała i znów musnęła moje ramię. — A propos… moja mama chce zrobić przyjęcie urodzinowe. I zaprasza moją dziewczynę.
    Zatrzymałam się na chwilę, unosząc brew.
    — Hmm… i co planujesz?
    — Jesteś gotowa? — spytała.
    — A Ty? Nie obawiasz się?
    Spojrzała na mnie poważnie, z tym swoim ciepłem, które rozpuszczało we mnie wszystko.
    — Z Tobą… niczego.
    Cicho przywarłam do niej jeszcze mocniej. Ostatnie ruchy były powolne, ale niosły ze sobą coś więcej niż tylko przyjemność. Były potwierdzeniem, wspólnym szeptem naszych ciał, że należymy do siebie.
    W końcu obie zadrżałyśmy, zatrzymałyśmy się w objęciach. Leżałyśmy tak, wtulone, z czołami opartymi o siebie.
    — Jestem szczęśliwa, że jesteś moją dziewczyną. Kocham Cię, skarbie — powiedziałam, ledwie słyszalnie, ale całym sercem.
    — Ja Ciebie też, kochanie… — szepnęła, wodząc palcami po moim policzku.
    — To było cudowne. Najpiękniejsze urodziny.
    Jej uśmiech był wszystkim.
    — Jeszcze nigdy nikomu nie oddałam siebie w taki sposób — powiedziała. — Ty mnie uczysz… miłości.
    Pocałowałam ją lekko w czoło.
    — Kocham Cię. Chcę być z Tobą… na zawsze, razem.
    — Na zawsze razem. Tylko z Tobą — odpowiedziała bez wahania.
    Zamknęłam oczy. Czułam się bezpieczna, spokojna i pewna. Cicho wsłuchiwałam się w dźwięk naszych oddechów, w ciszę pokoju, która nagle stała się domem.
    — No to… w sobotę znowu świętujemy — powiedziałam cicho z uśmiechem.
    Weronika zaśmiała się i przyciągnęła mnie do siebie jeszcze bliżej. Zasnęłam wtulona w jej ciepło, z przekonaniem, że naprawdę nie potrzebuję niczego więcej.

     

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    Iva Lions
  • Wspollokatorka: Pocieszanie

    Gdy wracam myślami do tamtego wrześniowego popołudnia, mam wrażenie, że to wszystko wydarzyło się nie tyle w rzeczywistości, co gdzieś pomiędzy snem a jawą. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że jeden gest, zwykłe objęcie w ciszy, może zmienić tak wiele. Że czyjeś łzy, ciepło ramienia i bezbronność odkryją przede mną coś, czego wcześniej nie chciałam albo nie umiałam nazwać.

    Wprowadziłyśmy się razem na Grabiszyn, pod koniec sierpnia. Mieszkanie nie było duże, ale miało swój klimat, drewniane podłogi, trochę staromodna kuchnia, duże okna z widokiem na zielone podwórko. Dla mnie to był pierwszy raz poza domem. Jana mieszkała już wcześniej w Polsce, najpierw w akademiku, potem kątem u znajomych. Ale to tutaj po raz pierwszy miała swój pokój, własne miejsce, choćby na wynajem.
    Poznałyśmy się na uczelni, obie studiowałyśmy kulturoznawstwo, choć nasze zainteresowania lekko się rozmijały. Ja ciągnęłam w stronę teatru, Jana, jak przystało na dziewczynę z mocnym akcentem i duszą artystki, fascynowała się modą, fotografią i wszystkim, co wizualne. Miała coś w sobie. Taką miękką siłę, która sprawiała, że ludzie przy niej łagodnieli. Piękna, ale bez wysiłku, jakby uroda była jej naturalnym językiem, a nie czymś, o co trzeba zabiegać.
    Z dnia na dzień układałyśmy wspólną codzienność – zakupy w Biedronce, zapachy przypalonego curry w kuchni, wieczorne herbaty i śmiech z filmów, które oglądałyśmy pod kocem na kanapie. Lubiłyśmy swoje towarzystwo. Może nawet za bardzo.

    Tego wieczoru wróciłam później z zajęć. Zmęczona, wciąż jeszcze z uczuciem ciężaru w ramionach od prezentacji, którą musiałam prowadzić sama. Ciche kliknięcie zamka i… cisza. Żadnej muzyki z laptopa Jany, żadnego „hej Sylwia!” z pokoju po lewej. Tylko półmrok w przedpokoju i zamknięte drzwi jej pokoju, które zwykle były uchylone.
    Zdjęłam buty, powoli przeszłam do kuchni, gdzie na stole leżała filiżanka po niedopitej kawie i opakowanie chusteczek.
    Coś było nie tak.
    Zapukałam. Cicho. Potem jeszcze raz.
    – Jana? – zapytałam przez drzwi.
    Bez odpowiedzi.
    Nie czekałam dłużej. Weszłam.
    Siedziała na łóżku skulona, wciągnięte nogi pod brodę, z twarzą schowaną w dłoniach. Jej ramiona drżały. Obok, na pościeli – telefon, który co chwilę cicho wibrował, a potem gasł. Jej oczy były czerwone, jakby od godzin płakała. Czarne rękawy swetra przesiąknięte wilgocią, a dżinsowa mini bezładnie podciągnięta na udach.
    – Hej… – powiedziałam cicho, klękając przy łóżku. – Co się stało?
    Uniosła na mnie wzrok. Łzy na policzkach, rozmazany tusz i to spojrzenie – głębokie, zranione, tak kruche, że aż coś we mnie pękło. Jana nigdy nie płakała przy mnie. Zawsze była silna, opanowana, pewna siebie.
    – Kłótnia z mamą. – Jej głos był ledwo słyszalny. – I z Mikołajem… Wiesz… On… chyba już nie wróci.
    Nie wiedziałam, co powiedzieć. Nie znałam szczegółów, ale czułam, że słowa teraz są zbędne. Delikatnie podsunęłam się bliżej, usiadłam obok i przyciągnęłam ją do siebie.
    Jej ciało wtuliło się we mnie od razu, jakby tego właśnie potrzebowała od zawsze. Objęłam ją ramieniem i przysunęłam tak, by mogła położyć głowę na moim ramieniu. Pachniała czymś słodkim – nutką malin i czegoś ciepłego, intymnego, co unosiło się spod swetra.
    Wsunęłyśmy się razem pod koc, leżąc bokiem, jakbyśmy szukały schronienia w tym drobnym geście. Przytuliłam ją mocniej. Jej oddech był cichy, urywany. Moja dłoń spoczęła na jej talii. Czułam ciepło jej skóry, gdy koc zsunął się nieco niżej, odsłaniając fragment czarnego sweterka i kawałek malinowego ramiączka.
    Serce zaczęło bić mi szybciej.
    Ale nie uciekłam.
    Nie odsunęłam się.
    Czułam, jak jej dłoń delikatnie muska moją rękę, jak nasze uda stykają się przez cienki materiał spódniczek. Wszystko stawało się czułe. intymne, zatrzymane w zawieszeniu.
    Może to był ten moment.
    Moment, w którym coś we mnie się otworzyło, cicho, bez fanfar, bez przerażenia. Tylko czułość. I niepokój.
    Bo kiedy Jana szeptem powiedziała:
    – Dziękuję, że jesteś… – poczułam, że nie jestem już tylko współlokatorką.
    Byłam kimś więcej.

    Leżałyśmy w ciszy.
    Wciąż wtulona w Janę od tyłu, czułam każdy ruch jej ciała, jak unosiło się lekko z oddechem, jak jej ramiona rozluźniały się powoli, jak ciepło jej skóry przechodziło przez cienką tkaninę swetra. Trzymałam ją delikatnie, nie chcąc jej przytłoczyć, ale też nie chcąc puścić. Była taka krucha. I taka piękna.
    Jej długa, jasna blond włosówka opadała miękko na mój policzek. Pachniała jak letni wieczór – słodko, kobieco, znajomo. Gdy przymknęłam oczy, przez chwilę miałam wrażenie, że świat zewnętrzny przestał istnieć. Byłam tylko ja i ona. Nasze ciała. Oddechy. Cicha obecność.
    Czułam pod sobą miękkość jej biodra, lekkość jej uda. Jej dżinsowa mini spódniczka podwinęła się nieco, odsłaniając fragment aksamitnej skóry. Moja ręka, oparta o jej talię, zaczęła delikatnie drżeć – nie ze strachu, ale z wewnętrznego napięcia. Coś się budziło. Coś ciepłego, łagodnego. Nieplanowanego.
    – Jesteś przy mnie, prawda? – wyszeptała Jana, głosem nieco chropowatym od łez.
    – Jestem – odpowiedziałam równie cicho, niemal dotykając ustami jej ucha.
    Jej dłoń chwyciła moją i przycisnęła do swojego brzucha. Nie protestowała, gdy pozwoliłam sobie na więcej. Kciukiem zaczęłam kreślić subtelne kółka tuż nad linią jej biodra. Spódniczka Jany lekko przesunęła się do góry, odsłaniając jeszcze więcej nagiej skóry. Malinowa koronka majtek błysnęła na moment pod kocem – zmysłowy akcent w tej czułej scenerii.

    Prowadzona instynktem, odnalazłam opuszkiem palca jej udo. Jej skóra była niesamowicie gładka, ciepła, napięta jak struna. Zaczęłam delikatnie wodzić palcami po tej miękkości – nieśmiało, ale z pewną odwagą, jakbyśmy obie wiedziały, że to się właśnie powinno dziać.
    Jej ciało nie odsuwało się. Wręcz przeciwnie, wtulała się we mnie mocniej, jakby podświadomie chciała więcej.
    Zbliżyłam usta do jej szyi. Pocałowałam ją tam, gdzie zaczynał się kark, tuż pod linią jasnych włosów. Delikatnie. Raz. Potem drugi. Jej skóra miała smak słony od łez i słodki od perfum. Czułam, jak się uśmiecha – jej policzek poruszył się lekko pod moim.
    – Sylwia… – wyszeptała z lekkim rozbawieniem i niedowierzaniem. – Co ty robisz?
    – Pocieszam – odparłam cicho, muskając ustami jej ucho.
    Odwróciła głowę, spojrzała na mnie przez ramię. Jej oczy wciąż były lekko zaczerwienione, ale teraz błyszczały inaczej – cieplej, spokojniej. Jej uśmiech był nieśmiały, ale prawdziwy. Pod tym uśmiechem kryło się coś jeszcze – otwartość, zaproszenie, może nawet ulga, że ktoś ją widzi naprawdę.
    Nasze spojrzenia splotły się, zawisły na dłużej. Moja ręka pozostała na jej udzie, przesuwając się teraz wyżej, aż do krawędzi koronki. Zadrżała lekko, a ja w tej jednej chwili poczułam, że wszystko inne przestaje mieć znaczenie.
    Byłyśmy tylko my.

    Spojrzenia między nami trwały dłużej, niż pozwalałby rozsądek. Dłużej, niż wypadało. A jednak żadna z nas nie chciała ich przerwać.
    Jana odwróciła się do mnie powoli, bez słowa. Jej ruch był miękki, płynny jakby nasze ciała znały się lepiej niż my same. Kiedy jej twarz znalazła się naprzeciw mojej, na odległość oddechu, serce zaczęło mi bić szybciej. Czułam ciepło bijące z jej skóry, subtelny zapach jej perfum, tę znajomą, lecz teraz zupełnie nową obecność.
    Zatrzymałyśmy się na moment, zawieszone między powietrzem a dotykiem, między tym, co było jeszcze przyjaźnią, a tym, co już zaczynało ją przekraczać.
    A potem, po prostu, sięgnęła ustami do moich.
    Pocałunek był najpierw miękki, delikatny jak muśnięcie wiatru, jak cień pragnienia. Jej wargi były ciepłe, wilgotne, pachniały malinową herbatą i czymś jeszcze, czymś tylko jej. Odpowiedziałam z ostrożnością, jakbyśmy obie nie chciały spłoszyć tej chwili. Ale to trwało tylko chwilę. Po kilku sekundach nasze usta zaczęły się odnajdywać coraz pewniej, z każdym pocałunkiem głębiej, czulej, bardziej zachłannie.
    Jana westchnęła cicho, miękko, a jej dłoń powędrowała do mojego policzka, potem wplątała się w moje włosy. Jej palce delikatnie przeczesywały je, sunęły po karku, zatrzymywały się na szyi, jakby chciała mnie zapamiętać całą, z bliska. Ja w tym czasie przesuwałam dłonią po jej biodrze, śladami ciepła i napięcia, czując pod palcami tkaninę jej sweterka i miękkość skóry tuż pod nim. Moje palce błądziły na udo, zatrzymując się tam, gdzie kończyła się spódniczka, a zaczynała malinowa koronka.
    Wtem poczułam, jak jej noga oplata mnie łagodnie, ale pewnie. Jakby chciała mnie przytrzymać, zatrzymać w tej chwili. Nasze ciała zaczęły do siebie przylegać mocniej. Oddechy mieszały się, rytm naszych pocałunków stawał się coraz bardziej niespokojny, choć wciąż nie tracił czułości.
    Jana była miękka, gorąca, żywa. Czułam jej napięcie w każdej linii ciała, w każdym ruchu ust, w każdym drgnięciu dłoni. Jej dotyk był chaotyczny, ale pełen emocji, raz muskała mój policzek, raz zagarniało moje włosy, potem znowu sunęła po karku. Nie szukała niczego konkretnego, jakby chciała mnie po prostu czuć, wszędzie naraz.
    Moje dłonie również nie były spokojne, błądziły po jej udach, biodrze, czasem dotykając materiału majtek, czasem ślizgając się pod sweterkiem na jej talii. Czułam, jak napina mięśnie, jak unosi biodro w odpowiedzi na każdy ruch. Było w tym coś oszałamiającego – ta nagła, nieoczekiwana pasja, która wyrosła z czułości i bólu.
    Znowu spojrzała mi w oczy. Tym razem jej spojrzenie było inne – ciemniejsze, głębsze, pełne czegoś, czego nie umiałam jeszcze nazwać. Może potrzeby. Może zgody. Może po prostu tej samej emocji, która rozsadzała mnie od środka.
    – Sylwia… – wyszeptała z przerwą w oddechu, nie mówiąc już nic więcej.
    Odpowiedziałam jej pocałunkiem. Nie musiała mówić.
    Byłam tu. I wiedziałam, że to dopiero początek czegoś, co zmieni nas obie.
    Cały świat zredukował się do miękkości ust, ciepła skóry i zapachu malinowej herbaty na jej oddechu. Całowałyśmy się bez końca – jakby czas przestał płynąć, a my zawiesiłyśmy się w jednej, nieskończonej chwili.
    Nasze pocałunki nie były już ostrożne. Były głębokie, miękkie, intensywne. Ich rytm zmieniał się, raz powolny, sunący jak ciepły nurt, raz gwałtowniejszy, bardziej zachłanny, jakbyśmy obie chciały się nawzajem napić, nasycić.
    Jana była niesamowita, jej usta tańczyły z moimi w sposób, który nie był już tylko bliskością, ale niemal rozmową. Nasze języki odnajdywały się i oddalały, splatały i drażniły. Czułam smak jej ust, aksamitność języka, drżące odpowiedzi jej oddechu. Z każdą chwilą pragnęłam więcej.
    Jej noga wciąż oplatała moje biodro, przyciągając mnie bliżej. Czułam przez cienką tkaninę naszych spódniczek, jak napięte były jej mięśnie, jak bardzo jej ciało pragnie kontaktu. Moja dłoń, nieco drżąca, przesuwała się wolno po jej udzie, czując pod opuszkami gładkość skóry, miękki materiał koronki, ciepło, które było prawie elektryczne. Jej ciało reagowało na każdy dotyk, każdy pocałunek, każdy ruch bioder. Delikatne westchnienia, które wydobywały się z jej gardła, mieszały się z moim przyspieszonym oddechem.
    Jej dłonie nie pozostawały obojętne, sunęły po moich ramionach, po szyi, błądziły w moich włosach. Czasem zatrzymywały się na mojej twarzy, jakby chciała zapamiętać każdy jej fragment. Czasem tylko lekko przesuwała palcem po moich ustach, zanim znów pochłonęły się w kolejnym pocałunku, jeszcze głębszym, jeszcze bardziej rozpalonym.
    Otworzyłam oczy na chwilę, jej twarz była blisko, zarumieniona, z rozszerzonymi źrenicami i wilgotnymi wargami. Uśmiechnęła się nieznacznie, niemal nieśmiało, jakby mimo intensywności tej chwili, była w niej też kruchość, delikatność, której nie chciała stracić.
    – Jesteś taka piękna… – szepnęłam bezwiednie, czując, że nie potrafię już tego zatrzymać w sobie.
    Zamiast odpowiedzi, pocałowała mnie znowu, tym razem miękko, z wdzięcznością. Nasze ciała przytulały się coraz mocniej, ściślej, jakby chciały się zlać w jedno. Czułam pod swoją bluzką ciepło jej dłoni, która sunęła teraz po moich plecach, zatrzymując się tuż nad zapięciem stanika. Jej dotyk nie był nachalny, był czuły, pełen atencji i czegoś znacznie głębszego niż fizyczne pożądanie.
    To było coś więcej.
    To było jak obietnica.
    Jakbyśmy obie wiedziały, że ta noc nas zmieni.
    Unosiłyśmy się z materaca niczym fale na ciepłym jeziorze, wolno, bez pośpiechu, prowadzone wzajemną ciekawością i przyciąganiem, które było silniejsze niż jakiekolwiek słowa. Siedząc naprzeciw siebie, patrzyłyśmy sobie w oczy przez dłuższą chwilę, bez słów, jakbyśmy w tych spojrzeniach próbowały odnaleźć potwierdzenie, że obie chcemy tego samego.
    Moje dłonie drżały lekko, kiedy sięgnęłam do krawędzi jej czarnego sweterka. Jana spojrzała na mnie spokojnie, uśmiechając się delikatnie, a potem uniosła ręce do góry w powolnym, niemal rytualnym geście. Zadrżałam, ale nie z niepewności, z zachwytu. Zdjęłam z niej miękki materiał, odsłaniając drobną, jasną sylwetkę i malinowo-czarny biustonosz, która wyglądała na niej jak coś między niewinnością a pokusą. Jana była piękna, niewiarygodnie piękna. I nie chodziło tylko o jej kształty,  choć te pod ciemnym materiałem malinowo-czarnej bielizny działały na mnie jak zaklęcie. Chodziło o sposób, w jaki patrzyła. Jak oddychała. Jak pozwalała mi być blisko.
    Jej ciało… było jak rzeźba z ciepłego alabastru, delikatne, ale napięte, pełne kobiecości, a przy tym wciąż dziewczęco kruche. Pochyliłam się do przodu i złożyłam kilka miękkich pocałunków na jej odsłoniętym ramieniu, potem na obojczyku, i jeszcze niżej, skórze między piersiami, która zadrżała pod moimi ustami. Całowałam jej dekolt, ostrożnie, z szacunkiem, jakby każde miejsce, do którego docierały moje usta, było tajemnicą, którą dopiero odkrywałam Czułam, jak jej oddech przyspiesza, a dłoń zaciska się lekko na mojej talii.
    Zapięcie stanika rozpięło się niemal samo, niepewnie, ale bez oporu. Jana nie odwróciła wzroku, wręcz przeciwnie, patrzyła na mnie z tym subtelnym uśmiechem, który był mieszanką zachwytu i zaufania. Pomogła mi go zsunąć z ramion, aż w końcu znalazł się gdzieś obok nas, zapomniany.
    Jej piersi były drobne, ale pełne, idealnie wpisujące się w proporcje jej sylwetki. Drżały lekko, jakby reagowały na każde muśnięcie powietrza. Przez chwilę tylko patrzyłam, onieśmielona pięknem tej bliskości, a potem pochyliłam się i delikatnie dotknęłam ustami jednej z nich.
    To nie był pośpiech, ani głód, to był taniec. Usta, język, opuszki palców, z namaszczeniem badały każdy centymetr jej skóry, każdą reakcję, westchnienie, napięcie. Pieściłam ją z czułością i głodem jednocześnie, jakby każda część jej ciała mówiła do mnie językiem, który dopiero uczyłam się rozumieć, ale który od zawsze czułam gdzieś pod skórą.
    Jana odchyliła głowę do tyłu, jej blond włosy opadły swobodnie na poduszkę. Czułam, jak jej biodra lekko drgają, jak jej ręce splatają się z moimi, zaciskając się na nich coraz mocniej. Jej palce raz po raz wędrowały w moje włosy, prowadząc mnie, zatrzymując, błagając o jeszcze jeden dotyk.
    Każdy pocałunek, każdy szept, każda chwila ciszy między nami była coraz gęstsza od napięcia, od czułości i pragnienia. Jej ciało pod moimi dłońmi było jak płomień, ciepłe, falujące, żywe. Każdy centymetr skóry, który odkrywałam, był jak tajemnica, której nie chciałam rozwiązywać zbyt szybko.
    Byłyśmy tylko my. Dwie dziewczyny w cieniu miękkiego światła, w szeptach, pocałunkach, w ruchach, które nie potrzebowały już słów.
    Jej dłonie sięgnęły do mojej talii z czułością, która wywołała dreszcz, nie gwałtowny, lecz ten miękki, rozlewający się jak ciepło po całym ciele. Spojrzałyśmy sobie w oczy, a potem Jana zsunęła palce pod moją bawełnianą bluzkę, unosząc ją powoli, jakby chciała zapamiętać każdy centymetr mojej skóry, zanim ją odsłoni. Pomogłam jej w tej drodze, unosząc ręce, a materiał opadł na bok łóżka, pozostawiając mnie tylko w koronkowej bieliźnie.
    Jej dotyk był nieśmiały i pewny jednocześnie. Odpinała stanik z delikatnością, jakby odkrywała coś, co należy traktować z szacunkiem. Gdy bluzeczka i bielizna znalazły się obok reszty ubrań, przez chwilę trwałyśmy w ciszy, zawieszone w tej intymnej chwili, w której każda sekunda była równie krucha, co namiętna.
    Jana, jakby poruszona czymś głębszym, pochyliła się nade mną. Jej usta, pełne czułości, muskały moją skórę, najpierw nieśmiało, potem z odrobiną odwagi, której nabierała z każdym westchnieniem, jakie wymykało się z moich warg. Pocałunki wędrowały w dół szyi, zahaczając o obojczyk, aż w końcu zatrzymały się na piersiach. Ujęła je dłońmi z takim skupieniem, jakby właśnie dotykała czegoś bezcennego.
    Czułam, jak drży, ale w jej ruchach była pewność, nie technika, ale pasja. Ciepło jej ust na mojej skórze, lekkie muśnięcia języka, subtelny dotyk opuszków — to wszystko mieszało się z moim oddechem, który przyspieszał, choć świat wokół jakby zwalniał.
    Położyłam się na niej, oplatając jej ciało swoim jak ona mnie ponownie nogą. Czułam ciepło jej skóry, bicie serca, miękkość jej piersi pod moimi, jakbyśmy były stworzone do tego, by się w siebie wtulić, jakbyśmy miały jedno wspólne centrum, jeden oddech. Linie naszych żeber dopasowujące się do siebie jak elementy tej samej układanki.  
    Nasze usta znów się odnalazły. Całowałyśmy się bez końca, oddech w oddech, język w język, jakbyśmy chciały wypowiedzieć to, czego nie sposób ująć w słowach. Rytmiczne, coraz bardziej głębokie i wilgotne pocałunki mieszały się z westchnieniami, z odgłosami, które rodziła bliskość, miękkie, ciche, intymne.
    Zsunęłam dłonie wzdłuż jej bioder i sięgnęłam do brzegu dżinsowej spódniczki, rozpinając ją ze spokojem, niemal celebracyjnie. Jana nie powiedziała ani słowa, tylko patrzyła na mnie z czymś, co przypominało niemal błogi spokój, a może coś więcej, zaufanie, jakiego wcześniej nie znałam. Spódniczka zsunęła się po jej udach, potem figi… zostawiając ją w świetle lampki, jasną, nagą, piękną.
    Wstrzymałam oddech.
    Jej ciało… było jak wiersz. Niewypowiedziany, nieodkryty do końca. Każda linia jej sylwetki, każdy cień, każdy detal był czymś, co chciałam zapamiętać na zawsze. Gładkość skóry, miękkość krągłości, które zapraszały do dotyku, do uważności, czułości i uwielbienia.
    Zsunęłam z siebie swoją spódniczkę i bieliznę z pewnym zawahaniem, ale i z ulgą, jakbyśmy zrzucały z siebie nie tylko ubrania, ale i wszystko, co nas dzieliło. Potem znów położyłam się obok niej, nasze ciała stykały się już nie tylko przez tkaninę, ale skórą w skórę. To było jak objawienie, jakby ciepło jednej przenikało drugą, jakbyśmy topniały w sobie nawzajem.
    Pocałowałam Janę w brzuch, dokładnie tam, gdzie miała srebrny kolczyk w pępku. Jej skóra była rozgrzana, lekko napięta, jakby reagowała na samą bliskość moich ust. Czułam, jak unosi się i opada pod wpływem jej oddechu, głębokiego, coraz bardziej niespokojnego. Moje pocałunki wędrowały niżej, z czułością i wdzięcznością, jakbym odkrywała ścieżkę, którą chciałam znać na pamięć.
    Nie było pośpiechu. Każdy gest był pytaniem zadanym ciałem, i odpowiedzią, która przychodziła w drgnieniach, westchnieniach, cichym napięciu mięśni. Gdy dotknęłam wnętrza jej uda, rozchyliła nogi bez słowa, nie jako gest poddania, lecz zaufania, z otwartością, która była jak dar.
    Czułam, jak pachniała, jak ciepły poranek po nieprzespanej nocy, znajomy, otulający, niesamowicie kobiecy. Jak biło jej serce. Jak jej ciało nie mówiło “chcę”, ale “jestem gotowa”. Zatrzymałam się tam, gdzie kobiecość stykała się z czułością. Patrzyłam na nią z dołu, nagą, otwartą, z rozchylonymi wargami i z tym wyrazem twarzy, który był mieszanką błogości i oszołomienia. Gładziłam jej uda, najpierw samymi opuszkami, potem wnętrzem dłoni. Jej ciało reagowało od razu, całe napięte, ale jakby w rytmie ze mną.
    Pocałowałam jej podbrzusze, powoli, aż usłyszałam jej westchnienie, nieśmiałe, niemal zaskoczone. Położyłam na niej dłonie, najpierw ostrożnie, potem pewniej, z czułością, która mówiła więcej niż słowa. A potem, dotknęłam jej ustami. Najpierw lekko, jakby całując zewnętrzne brzegi tajemnicy, którą pragnęłam poznać. Potem śmielej, powoli, z zachwytem, który rósł z każdym jej drgnięciem.
    Jej smak był jak nic innego, jak coś, czego nie da się porównać, a jedynie zapamiętać. Ciepło jej skóry, słony smak jej napięcia, jej dźwięki, ciche jęki, pojedyncze oddechy, czułe syknięcia, były dla mnie muzyką, którą chciałam grać bez końca.
    Gdy uniosła biodra, zrozumiałam. Była gotowa. Wsunęłam język głębiej, nieśpiesznie, zataczając rytmiczne kręgi, które wyczuwałam bardziej intuicją niż świadomością. Reagowała pięknie, całym ciałem, zamkniętymi oczami, drżącymi udami. Gdy poczułam jej dłoń w swoich włosach, nie zawahałam się ani na moment. Dała mi znak: “Zostań”. I zostałam.
    Z każdą chwilą poznawałam ją lepiej, jej rytm, jej czułość, to, gdzie przyspieszyć, gdzie zwolnić. Jakbyśmy nie były już dwiema osobami, a jednym oddechem. A potem, w zgodzie z tym, czego pragnęła, dołączyłam palce. Zanurzyłam je w niej z delikatnością, z pokorą wobec jej ciała. Poruszałam się ostrożnie, z rytmem, który podpowiadała mi sama, lekkim napięciem, coraz głębszym oddechem, ściskiem uda.
    — Nie przerywaj… — wyszeptała ochrypłym, drżącym głosem, który był jednocześnie błaganiem i rozkazem.
    Nie przerywałam. Byłam z nią cała. W jej zapachu, w jej ciepłe, w napięciu, które budowałam nie po to, by posiąść, ale by dawać. Czułam, jak rośnie w niej fala, jak jej ciało sztywnieje, jak jęk narasta, jak palce zaciskają się mocniej w moich włosach. Mój język szusował coraz bardziej szaleńczo, a palce ze wzmożoną dynamiką petowało jej rozżarzone wnętrze.
    I kiedy przyszło spełnienie, było jak rozświetlenie. Jakby zadrżała cała, wydając z siebie dźwięk, który był niekontrolowany, piękny, wolny. Pozostałam przy niej, pocałunkami łagodząc to, co jeszcze drżało, nie odrywając się, póki nie poczułam, że opada, miękka, cicha, rozedrgana.
    — Piękna jesteś, Janka… — wyszeptałam, sama zaskoczona, jak miękki i pewny był mój głos.
    Odpowiedziała tylko spojrzeniem i cichym westchnieniem, które wypłynęło z niej jak ciepło z filiżanki herbaty. Jej dłoń objęła moją i przyciągnęła mnie do siebie, jej uda otuliły moje biodra, jakby zapraszały, bym znów się zanurzyła w jej ciele i bliskości. Położyłam się obok niej, wtopiłam w jej ciało, jakbyśmy były stworzone z tej samej materii. Wtuliła twarz w moją szyję, a jej oddech, jeszcze niespokojny, łagodniał z każdą chwilą. Całowałyśmy się głęboko, z przerwami na oddech, ale bez przerwy w namiętności. Nasze języki tańczyły ze sobą, splatały się i cofały, by za chwilę znów odnaleźć się w tej wspólnej melodii.
    –  To było dobre – rzuciła zdyszana i spragniona
    Po chwili, gdy jej oddech się wyrównał, Jana spojrzała na mnie spod półprzymkniętych powiek, a w tym spojrzeniu było wszystko: spokój, głód, czułość, która rozsadzała granice tego, co znane. Wsunęła dłonie pod moje plecy i z miękką, niemal medytacyjną siłą odwróciła nas, tak, że teraz leżałam pod nią.
    Jej jasne włosy spłynęły na moją twarz jak welon,  pachniały ciepłem, skórą, sobą. Usta, które jeszcze niedawno drżały od łez i wzruszeń, teraz były głodne, ale nie zachłanne. Wiedziały, czego chcą. Pocałunek za pocałunkiem zostawiała na mojej szyi, obojczykach, na linii piersi, które drgały od napięcia. Nie spieszyła się. Każdy ruch był świadomy, jakby rysowała mnie pamięcią.
    Ciepło jej oddechu rozpływało się po mojej skórze, a kiedy uniosłam lekko biodra, dotknęła mnie z taką łagodnością, że niemal nie czułam granicy między ciałem a powietrzem. Nie było pośpiechu. Nie było oczekiwań. Było tylko bycie razem, rozpięte między westchnieniami a tymi drobnymi, czułymi gestami, które mówiły więcej niż jakiekolwiek słowa.
    Jej dłonie błądziły powoli, jakby szukała drogi do mojego wnętrza przez każdy fragment skóry. Czułam się jak otwarta księga i nie bałam się, że przeczyta we mnie za dużo. Właściwie… chciałam, by czytała. By dotykiem uczyła się mnie, jakby uczyła się nowego języka. Języka wspólnej bliskości.
    Szukała mojego spojrzenia. Gdy znalazła, zawisła nad nim. Zapatrzona. Oddychająca razem ze mną. Jej język był miękki i śmiały zarazem, smakował mnie, jakby czytał mnie strofa po strofie. Tam, gdzie wracała, wracała z intencją. Tam, gdzie zadrżałam, zostawała odrobinę dłużej. Jakby mnie uczyła, że nic nie trzeba ukrywać. Że jestem tu cała, dla niej.
    A potem ułożyłyśmy się, idealnie, tak jakby nasze ciała wiedziały coś, czego jeszcze nie wypowiedziałyśmy. Trybadyzm nie był techniką, był rozmową. Falą. Rytmem. Zespoleniem. Nasze uda, brzuchy, piersi, nasze napięcia, spotykały się i rozbrzmiewały wspólnym ruchem. Czułam ją wszędzie. Tarcie było powolne, głębokie, zmienne jak pogoda, gorące.  
    Grabiszyn zniknął. Ściany nie istniały. Mieszkanie, które znałam, jako przestrzeń ciszy i zwyczajności, stało się czymś innym, jakby nasz oddech je zmienił, uczynił świętym. Dziewczęcym, śmiałym, pięknym w całej swojej prawdzie. Była w tym dziecinna radość i kobieca świadomość. Przeszłość została gdzieś daleko. Przyszłość była teraz, między nami.
    Czułam, jak patrzy, jak obserwuje mnie, nie tylko moją twarz, ale mnie, całą. Jej oczy były ciemne od pragnienia, ale też czułości. Gdy pochyliła się znowu, jej język wędrował we mnie, nie z chciwością, lecz z pasją. Pieściła mnie jak modlitwę. Jak coś świętego, do czego ma dostęp tylko dzięki mojej zgodzie.
    Jej dłonie trzymały moje biodra, nie mocno, lecz pewnie. Nie musiała mnie przytrzymywać. Byłam tam dla niej. Cała. Oddychałam jej rytmem, przyjmowałam jej dotyk, jej język, jej pragnienie. Każde jego przesunięcie we mnie było jak światło. Fala rosła powoli. Nie bałam się jej. Czekałam na nią.
    Nie odwracałam wzroku. Patrzyłam jej w oczy. I w tej chwili wiedziałam, ona też patrzyła w duszę.
    Czułam, jak patrzyła, jak obserwowała mnie, nie tylko moją twarz, ale mnie całą. Jej oczy były ciemne od pragnienia, ale też spokojne. A gdy pochyliła się znowu, jej język rozpoczął swoją cichą wędrówkę zmysłową, płynną, pewną siebie, ale wciąż pytającą, czy może, czy chcę, czy czuję. Wnikał we mnie, nie z chciwością, lecz z pasją, uważnością, nienazwaną czułością.
    Jej palce, dotąd jedynie trwające na moich biodrach, odważyły się więcej. Wślizgnęły się między uda z taką miękkością, jakby tam należały od zawsze. Jeden ruch, potem drugi, w rytmie ciała, nie popędzając niczego, a jedynie wsłuchując się. A ja… ja nie byłam już w stanie udawać ciszy.
    Z moich ust wymykały się półoddechy, poszarpane westchnienia, urwane jęki. Palce Jany we mnie sprawiały, że moje ciało żyło własnym życiem, raz wyginając się do góry, raz opadając z miękkością w pościel. W chwilach, gdy napięcie ścinało mi oddech, sięgałam do własnych piersi, jakby próbując znaleźć w nich jakieś zakotwiczenie, coś, co pomoże mi nie odlecieć. Ich ciężar, ciepło, dreszcz pod palcami, wszystko to potęgowało doznania, które Jana niosła mi jak dar.
    W pewnej chwili nie wytrzymałam, objęłam jej głowę dłońmi, przyciągając ją do siebie z chaotyczną, niemal bezradną czułością. Wplątałam palce w jej włosy, przytrzymując, jakby mogła zniknąć. Ale ona była. Cała. Cała moja. Nie odrywała wzroku. Patrzyła mi prosto w duszę.
    Jej palce były teraz głębiej, rytmiczne, a jednak uważne. Język, rozpalony, dokładny, czuły. Ślizgał się po mnie, zatrzymywał, badał, znikał i wracał, aż moje biodra zaczęły odpowiadać bezwiednie, instynktownie, jakbyśmy tańczyły odwieczny taniec, który zna każda kobieta, choć nigdy nikt jej go nie uczył.
    Z każdą chwilą byłam mniej tu. Mniej na ziemi. Więcej w niej. W rytmie. W pieszczocie. W drżeniu. Rzeczywistość rozszczepiała się na fragmenty, mokrą skórę, drżące uda, pieszczotę tak intensywną, że aż nieprawdopodobną. Fala rosła. Nieuchronna. Cicha, ale potężna.
    Aż wreszcie przyszedł moment, kiedy już nie mogłam, ani dłużej czekać, ani dłużej milczeć. Spełnienie wybuchło we mnie nie jak ogień, a jak światło, rozproszone, pełne, święte. Zadrżałam cała, łapiąc powietrze z dźwiękiem, który był niekontrolowany, surowy i piękny.
    Jana pozostała ze mną. Bez słowa. Z policzkiem wtulonym w moje udo, potem w brzuch, w końcu w ramię. Jej pocałunki były już tylko westchnieniami. Ukołysaniem.
    Objęłam ją. Nie z siłą. Z czułością. Z wdzięcznością.
    Cisza była inna niż dotąd.
    Cisza była naszym językiem.
    Leżałyśmy splecione, zanurzone w ciepłej ciszy, która nie była pustką, była szeptem ciał. Jana, nadal lekko drżąca, opadła na mnie całym swoim nagim ciężarem, jakby dopiero teraz mogła odetchnąć. Jej piersi przywierały do moich, jej brzuch pulsował blisko, jeszcze niespokojny, a uda, wilgotne, rozgrzane, ocierały się o mnie, wzniecając wciąż tlącą się iskrę.
    Nasze usta znowu się spotkały. Najpierw powoli, prawie leniwie. Smakowała mnie z rozkoszną czułością, jakby próbowała zapamiętać wszystko, co jeszcze przed chwilą wydarzyło się między nami. Potem pocałunki stały się bardziej zuchwałe, nie w tempie, lecz w głębi. Jej język znał już drogę. A ja? Ja byłam otwarta. Na wszystko. Z wdzięcznością i głodem.
    Objęłam ją mocniej, instynktownie. Palce zaczęły sunąć po jej plecach, najpierw łagodnie, potem z odrobiną drapieżności. Zadrapałam ją lekko, nie po to, by ją zranić, ale by zostawić na niej ślad. Czuła to. Słyszałam jej ciche westchnienie, kiedy moje dłonie zsunęły się niżej i objęły jej pośladki. Wypełniły się nimi jak rzeźbiarka dotykiem, który chce zapamiętać każdą krzywiznę.
    Nasze ciała poruszały się powoli, niespiesznie, ocierając o siebie w rytmie, który był bardziej kołysanką niż tańcem. Gdzieś pomiędzy tlenem a żarem. Między światłem poranka a cieniem nocy. Grałyśmy nie o kolejne spełnienie, ale o to, by nie wypuścić jeszcze tej chwili z rąk. By nie zgasić płomienia, który przecież był łagodny, ale wciąż żywy.
    Jana zsunęła się lekko na bok, zostawiając pocałunek na moim ramieniu. Nasze uda się splotły, brzuchy zbliżyły. Jej ramię objęło mnie pod szyją, a dłonie błądziły po moich żebrach i talii z czułością niemal dziecięcą. Moje ciało przylgnęło do niej, miękko, ufnie. W naszych ruchach nie było już natarczywości, tylko gra drżenia i spokoju.
    Ogień nie płonął już otwartym płomieniem, był teraz żarem pod skórą, spokojnym, gorącym, obiecującym. Przenikał nas, jakbyśmy w tej jednej chwili były dokładnie tym, czym zawsze chciałyśmy być: obecnością, ciepłem, pragnieniem, które już nie musi się spieszyć.
    Usta znowu się odnalazły.
    A potem jeszcze raz.
    I jeszcze.
    Aż pocałunek stał się modlitwą.
    Jeszcze nie zdążyłyśmy się wyciszyć. Jeszcze żar tlił się pod moją skórą, kiedy spojrzałam na Janę i zobaczyłam coś więcej niż tylko spokój. W jej oczach było ciche wołanie, bezgłośne, lecz intensywne. Potrzeba oddania. Głęboka ufność i… pragnienie. Tak wyraźne, że niemal dotykalne.
    Nie odpowiedziałam słowem. Nie potrzebowałyśmy ich już. Przysunęłam się bliżej i opuszkami palców pogładziłam jej policzek, a potem lekko uniosłam podbródek, szukając w niej potwierdzenia. I je otrzymałam, w nieśmiałym półuśmiechu, w ledwie widocznym skinieniu głowy. W tej cichej zgodzie, której nie trzeba było wypowiadać.
    Jana przekręciła się na brzuch, zginając ramiona pod głową, jakby układała się nie w rozkoszy, lecz we śnie, pięknym, ciepłym, bezpiecznym. Jej jasne włosy rozsypały się po plecach jak niemy poemat. Obserwowałam, jak ciało powoli się układa, miękko i płynnie, jakby prowadzone przez melodię, której mogłyśmy słuchać tylko my dwie.
    Usiadłam obok niej, pochylając się nad jej biodrami z niemal nabożnym skupieniem. Nie była to żadna dominacja, raczej troska ta sama, z jaką stroi się instrument przed pierwszym dźwiękiem. Poprawiłam ich ułożenie, a moje dłonie objęły jej pośladki z delikatnością niemal ceremonialną. Uniosłam je lekko, pomagając jej się otworzyć. Pokazać się. Oddać.
    Pocałunki, które zostawiałam na jej skórze, były ciche, ale niosły w sobie coś więcej niż namiętność. Były wyrazem zachwytu, wdzięczności, modlitwą na ołtarzu kobiecości. A Jana odpowiadała mi ciałem, napinając się lekko, wypinając z tą niewymuszoną ufnością, która rozbrajała mnie w najgłębszym miejscu.
    Zsunęłam się niżej, między jej uda, które same się przede mną otworzyły, z naturalnością i zaproszeniem. Znałam to miejsce. Było moim ulubionym, jak smak dojrzałego owocu, po który sięga się nie z łakomstwa, lecz z czułością. Mój język odnalazł je od razu, i zanurzył się z łagodną precyzją, powoli, bez pośpiechu. Pragnienie mnie prowadziło, ale nie zabierało uważności. Pieściłam ją tak, jakby każda sekunda mogła być ostatnią. A może… pierwszą?
    Jej jęk był cichy, ale wystarczył, bym poczuła ciepło rozszerzające się we mnie jak światło. Twarz wtulała w poduszkę, ciało drżało pod moimi ustami, jak ziemia poruszona dotykiem wiatru. Jej biodra falowały w rytmie przyjemności, której nie trzeba było opisywać. To był taniec. Ja dawałam, ona przyjmowała. Ale też odwrotnie. Czerpałam z niej całą sobą, z każdego jej oddechu, westchnienia, szarpnięcia prześcieradła, gdy nie mogła już się powstrzymać.
    Gdy język połączyłam z palcami, precyzyjnymi, oddanymi, słuchającymi wszystko stało się jeszcze bardziej intensywne. Jej reakcje były jak błyski ognia, nagłe, ale miękkie. Czasem łapała poduszkę zębami, czasem rzucała się ku mnie ręką, by złapać moje włosy, zatrzymać mnie w tym miejscu, w tej chwili. Chciała mnie mieć, całą. I ja taka właśnie dla niej byłam.
    To była druga fala.
    Nie burza, ale przypływ. Ten, który porywa i już nie oddaje.

    Jeszcze czułam ją na języku, jeszcze oddech drżał w moich piersiach, kiedy położyłam się obok niej, ostrożnie, na boku. Moja pierś przylgnęła do jej pleców, ramię opadło na talię, a biodro wpasowało się miękko w jej kształt. Jana poruszyła się leniwie, jakby dopiero teraz dotarło do niej, że czegoś jej brak, uniosła lekko głowę, potem obróciła ją w moją stronę.
    Nie musiała nic mówić. Wiedziałam, czego pragnie.
    Pocałowałam ją spokojnie, powoli. Tylko usta. Bez pośpiechu. Z wdzięcznością.
    Moja dłoń błądziła jeszcze po jej ciele, obejmowała piersi z miękką czułością, przesuwała się po bokach, po brzuchu, po kobiecości , bez intencji rozpalania, raczej… z ukojenia. Dotyk był już inny. Cichy. Jak głaskanie po duszy.
    Po dłuższej chwili Jana odwróciła się do mnie przodem. Przysunęłam się, pozwalając czołu oprzeć się o jej skroń. Leżałam wtulona w nią, głowę opierając o ramię, które pachniało jeszcze ciepłem, skórą i czymś… znajomym, bezpiecznym, bliskim.
    Co chwilę czułam, jak jej klatka piersiowa unosi się szybko, potem wolniej, jakby ciało nie mogło się jeszcze zdecydować, czy wróciło do rzeczywistości, czy wciąż dryfuje, gdzie przed chwilą obie byłyśmy.
    – Chyba… – odezwała się nagle Jana, ale zawahała się na ułamek sekundy. – …nie tego spodziewałam się po pocieszaniu – dokończyła z uśmiechem, tak złośliwym jak jej rozczochrana grzywka, która właśnie spadła mi na nos.
    – Mówisz, że to nie standardowa procedura? – parsknęłam, odsuwając się odrobinę, żeby na nią spojrzeć. Jej policzki były zaróżowione, usta rozchylone, a oczy nadal zamglone — jakby wewnątrz grała jeszcze jakaś cicha muzyka.
    – No nie wiem… może to ten etap, co go w poradnikach pomijają – mruknęła z udawaną powagą. – „Krok trzeci: gorące łzy. Krok czwarty: gorące dłonie”.
    Zaśmiałam się cicho, chowając twarz w zagłębieniu jej szyi. Pachniała sobą. I trochę mną.
    – To był… instynkt – powiedziałam szeptem. – Nie planowałam. Po prostu… nie mogłam inaczej.
    Pokiwała głową. A potem, nagle, rzuciła z udawaną pretensją:
    – I kto teraz zadzwoni do mojego byłego, żeby mu powiedzieć, że jego rozstanie miało wyjątkowo szczęśliwy finał?
    Spojrzałam na nią z ukosa, unosząc brew.
    – Może lepiej, żeby myślał, że siedzisz w dresie i zajadasz się lodami waniliowymi.
    – Pff. Nawet nie lubię waniliowych – mruknęła, przeciągając się jak leniwa kotka. Jej nagie ciało przylgnęło do mojego z powrotem, aż obie westchnęłyśmy jednocześnie. To nie było tylko fizyczne. To było… miękkie. Naturalne. Tak, jakbyśmy znały się od zawsze.
    – Sylwka… – zaczęła cicho. – To było… wow. Ale wiesz, że nie oczekuję teraz deklaracji, dramatu, statusów?
    – Na razie chcę tylko leżeć i słuchać, jak twoje serce bije – powiedziałam, przymykając oczy. – Reszta może poczekać. Albo się wydarzy. Albo nie. Nie spinam się.
    Jana pocałowała mnie lekko w czoło, a potem zsunęła się niżej, wtulając we mnie jak miś w pościel.
    – Ale wiesz – wymamrotała ziewając – jak tak dalej pójdzie, to będę płakać częściej. Bo masz wyjątkowo skuteczne metody terapeutyczne.
    Zachichotałam. Cicho. Szczęśliwie.
    – Tylko pamiętaj, żeby się wcześniej umawiać. Robi się kolejka.
    – No to już wiem, że muszę cię trzymać blisko.
    Zasnęłyśmy wtulone w siebie nagie, spokojne, bez potrzeby ubierania czegokolwiek w słowa.
    Czasem wystarczał dotyk.
    Czasem spojrzenie.
    A czasem jedno westchnienie, które mówiło: może to się powtórzy. A może… już nie musi się kończyć.

     

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    Iva Lions
  • Oktawia

    Wieczór przyszedł szybciej, niż się spodziewałam. Dzień był długi i duszny, a ja czułam się pełna napięcia, które zbierało się we mnie od tygodni. W dłoni trzymałam kieliszek czerwonego wina — ciężkiego, aromatycznego, takiego, które potrafi rozluźnić ciało i umysł.
    Z głośników popłynęła piosenka, którą znałam aż za dobrze. “I kissed a girl and I liked it…” — słowa utkwiły we mnie jak echo. Przymknęłam oczy, pozwalając, by dźwięki otuliły mnie jak jedwab.
    Stałam przed lustrem. Moje włosy — ciemnobrązowe, długie, gładkie — opadały swobodnie na ramiona. Koszula była rozpięta. Błękitna, miękka w dotyku, układała się na mnie niedbale, jakby była przypadkowym wyborem… a nie była. Pod nią czarna koronka — biustonosz i figi, które zakładałam tylko wtedy, gdy chciałam czuć się piękna dla siebie. Pończochy samonośne dopełniały obrazu kobiety, którą zawsze chciałam być — wolną, świadomą, pożądaną.
    Spojrzałam na swoje odbicie i poczułam coś dziwnego. Pragnienie? Ciekawość? Samotność ubrana w pożądanie? Podniosłam rękę i dotknęłam lustra, jakby ta druga ja była kimś innym. Kimś, kogo mogłabym pocałować.
    I zrobiłam to.
    Musnęłam własne usta. Delikatnie. Najpierw z rozbawieniem, potem z czułością. Zamknęłam oczy i wyobraziłam sobie, że to nie moje usta, tylko… jej. Tej kobiety z moich myśli. Tej, której nigdy nie dotknęłam naprawdę, ale o której śniłam nie raz.
    Poczułam ciepło. Wino szumiało mi w głowie, ale to nie alkohol sprawił, że moje palce zaczęły powoli błądzić po szyi, potem po dekolcie. Każdy dotyk był jak iskra. W moim ciele narastała fala, której nie potrafiłam już zatrzymać.
    Usiadłam na łóżku, a potem położyłam się, pozwalając sobie na więcej. Zamknęłam oczy. Czułam się wolna, rozpalona, żywa. Melodia w tle wciąż grała — a ja pozwalałam sobie śnić na jawie. O niej. O nas. O tym, co by było, gdybym się odważyła…
    Leżąc na łóżku, czułam jak chłodne prześcieradło kontrastuje z ciepłem mojej skóry. Tkanina była gładka, miękka, ale to moje ciało stawało się prawdziwym źródłem doznań. Wino otuliło mnie lekkim zawrotem głowy — dokładnie takim, jakiego potrzebowałam.
    Z głośników sączyły się kolejne dźwięki. Znałam ten refren na pamięć, ale teraz brzmiał inaczej. Zmysłowo. Prowokująco. Jakby śpiewał tylko dla mnie.
    Moje dłonie zaczęły poruszać się same — wolno, uważnie, bez pośpiechu. Przesuwałam opuszki palców po wnętrzu ud, czując pod pończochą lekkie napięcie materiału. Każdy dotyk był świadomym wyznaniem — czułością, której tak bardzo mi brakowało.
    Zatrzymałam się przy biodrze, tam gdzie koronka fig subtelnie przylegała do skóry. Zamknęłam oczy. W wyobraźni pojawiła się kobieta — nie konkretna, raczej esencja tego, co od dawna nosiłam w sobie. Miała ciepły uśmiech i spojrzenie, które mówiło: „zostań, jesteś bezpieczna.” Przesuwała palcami po moim ciele dokładnie tak, jak ja teraz. Z czułością. Bez pośpiechu. Jakby znała każdy fragment mojej skóry.
    Westchnęłam. Cicho. Jakby to był sekret między mną a nocą.
    Moje palce powędrowały wyżej, pod koronkę stanika, wyczuwając ciepło, pulsujący rytm serca. Byłam jak rozchylony kwiat, otwarty, wrażliwy, gotowy.
    Delikatne muśnięcia przynosiły ulgę i napięcie jednocześnie. Gubiłam się w tej fali, w tej ciszy przerywanej tylko muzyką i oddechem. Każdy gest był jak rozmowa z własnym ciałem — czuła, potrzebna, spóźniona.
    Wyobraźnia prowadziła mnie dalej. Jej dłonie zastępowały moje. Jej usta zbliżały się do moich. Dotyk nie był już samotny, był dzielony. Kobieta z moich fantazji pochylała się nade mną, a ja czułam ciepło jej skóry, zapach, który był mieszaniną jaśminu i czegoś nieokreślonego — może marzenia.
    Moje ciało pulsowało. Powoli, świadomie. Zbliżałam się do czegoś, co było nie tylko przyjemnością, ale też uwolnieniem. Potrzebą bycia dotykaną, słyszaną, kochaną — choćby tylko przez siebie.
    Moje biodra uniosły się nieznacznie, jakby same szukały kontaktu. Dłoń zsunęła się niżej, pod cienki materiał fig, który od razu poczułam wilgotny i rozgrzany. Westchnęłam, tak cicho, że mogłoby to umknąć, gdyby nie cisza wokół — pełna napięcia, jakby wszystko w tym pokoju czekało na to, co zrobię dalej.
    Opuszki palców otarły się o łechtaczkę — miękko, ledwo zauważalnie, jakby sprawdzały, czy już wolno. A ja… nie tylko pozwalałam. Pragnęłam tego.
    Delikatne, koliste ruchy niosły ciepło. Najpierw spokojne, prawie niewinne. Tylko ja i ta jedna, najczulsza część mnie, pulsująca od życia. Muzyka w tle stała się czymś więcej niż dźwiękiem — była rytmem, przewodnikiem, tłem dla tej intymnej chwili.
    Zamknęłam oczy. Wszystko we mnie skupiało się tam — w miejscu, gdzie moje ciało mówiło mi, że żyję. Każde muśnięcie budowało coś większego, głębszego. Napinałam się pod dotykiem, a potem rozluźniałam. Falowałam, jakby całe moje istnienie stało się jednym oddechem.
    Palce krążyły pewniej. Szybciej. Wilgotność narastała, ciepło promieniowało aż po brzuch. Wtedy drugi palec — nieśmiało, jakby prosił o zgodę — wsunął się głębiej, powoli, niemal ceremonialnie. A ja uniosłam biodra i przyjęłam ten gest, jak dar, na który czekałam od dawna.
    Byłam dla siebie kochanką. Cierpliwą. Zmysłową. Obecną.
    Z każdym ruchem wewnątrz, z każdym okręgiem na zewnątrz, moje ciało drżało bardziej. Oddychałam ciężej, czułam jak napięcie zbiera się w podbrzuszu, jak cała ja zmierzam w stronę czegoś nieuniknionego.
    Obraz kobiety z mojej wyobraźni nie znikał. Wręcz przeciwnie — była tu, obok, może nawet we mnie. Jej dłonie, jej zapach, jej czułość — czułam je mocniej niż własny dotyk. Była tym, czego brakowało między moimi palcami a moim sercem.
    Kolejny palec. Głębiej. I krąg — ten zewnętrzny, już szybciej, bardziej stanowczo, jakby ciało wiedziało, że to właśnie teraz.
    Traciłam kontakt z czasem. Z miejscem. Byłam czystym doznaniem, płomieniem, który właśnie miał się rozlać po całym ciele.
    Moje ciało drżało. Ruchy stały się szybsze, bardziej zdecydowane, a palce wiedziały już dokładnie, gdzie i jak. Czułam, że jestem blisko — tej cienkiej granicy, za którą nie ma już myśli, tylko czucie.
    Oddychałam płytko, nieregularnie. Biodra same unosiły się w odpowiedzi na każdy nacisk, jakby grały z moją dłonią w dobrze znaną grę.
    Wewnętrzne napięcie sięgało zenitu — nie było już miejsca na wahanie, na kontrolę. Wszystko, co trzymałam w sobie przez dni, tygodnie, miesiące… teraz wychodziło na zewnątrz w drganiu mięśni, przyspieszonym pulsie, cichym, urwanym jęku, który wydostał się z moich ust, zanim zdążyłam go zatrzymać.
    Kulminacja była nagła i głęboka. Nie eksplodowałam jak burza — raczej rozlałam się powoli jak ciepło po zimnej tafli skóry. Fala przeszła przez mnie miękko, ale wyraźnie. Wewnętrzne ściany pulsowały w rytmie moich skurczy, a ja byłam całkowicie zanurzona w tym, co czułam — bez filtra, bez skrępowania.
    Palce zatrzymały się. Oddech opadł. Wciąż miałam zamknięte oczy, nie, dlatego, że uciekałam — lecz dlatego, że chciałam zostać jeszcze chwilę w tej ciemności, gdzie wszystko było tylko moje.
    Minęło kilka minut, zanim poruszyłam się na dobre. Dłoń opadła powoli na łóżko, jakby nie miała już siły. Usta były lekko rozchylone, policzki ciepłe. Czułam się rozbrajająco naga — nie fizycznie, ale emocjonalnie. Jakby coś ze mnie zeszło.
    Spojrzałam w sufit. Nie było w tym spojrzeniu pustki — była cisza. Taka, jakiej nie doświadczałam od dawna. Cisza po bólu. Po napięciu. Po głodzie bliskości.
    Nie płakałam. Ale byłam blisko. Bo zrozumiałam, jak bardzo było mi to potrzebne — nie tylko dotyk, ale to, że wreszcie byłam dla siebie dobra. Że pozwoliłam sobie poczuć. Że nie odrzucałam swojego pragnienia, tylko je przyjęłam — jak część siebie.
    Podciągnęłam na siebie prześcieradło, pozwalając, by materiał otulił moje ciało tak, jak wcześniej robiła to fantazja. Uśmiechnęłam się, cicho, z czułością. Może do siebie. Może do niej. A może do życia, które znowu we mnie drgało.
    I przez moment… naprawdę nie czułam się sama.

     

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    Iva Lions
  • (Marek) Pocalunek (2)

    Tamtego dnia wróciłem ze sklepu i, jakby nic się nie stało, dałem Markowi zakupy, rozliczyliśmy się i poszedłem do łazienki. Rozbierając się, przywołałem z pamięci obraz Marka pod prysznicem. Mój penis od razu stanął na baczność. Odkręciłem wodę i po cichu zrobiłem sobie dobrze, usiłując odtworzyć ruchy Marka. Pierwszy raz od długiego czasu czułem się po wszystkim niesamowicie – jakbym ponownie przeżył swój pierwszy raz.

    W piątek nie wydarzyło się nic ciekawego, bo wieczorem wróciliśmy do domu. Przez cały weekend często myślałem o nagim ciele Marku, do tego stopnia, że musiałem sobie ulżyć, bo inaczej nosiło mnie przez cały dzień. Oglądałem też jego zdjęcia na Facebooku. Podobały mi się jego krótko strzyżone ciemne włosy, blizna nad lewą brwią i brązowe oczy. Zastanawiałem się, jakby wyglądał z brodą albo zarostem. I co by ze mną robił, gdyby leżał obok mnie. Zaskoczyło mnie też, jak szybko Marek z wkurzającego kolesia stał się moim obiektem westchnień.

    Przez następny cały tydzień wyczekiwałem momentu, w którym Marek wyśle mnie do sklepu, żeby samemu się zabawić. Ale ku mojemu rozczarowaniu nic takiego się nie wydarzyło.

    We wtorek Marek zapytał mnie po pracy, czy mam dziewczynę. Odpowiedziałem, że nie, i zapytałem go o to samo. Wiedziałem od ojca, że nigdy nie miał żony ani dziecka. Dziewczyny też żadnej nie przyprowadził.

    Ja się nie nadaję do związków, chłopie, za bardzo jest mi dobrze samemu, powiedział ze śmiechem. I nagle zrozumiałem, że Marek może być gejem. W czwartek byłem tego pewny na osiemdziesiąt procent.

    Przyjechał do nas kurier. Marek, który chwilę wcześniej siedział na telefonie pod ładowarką, wyszedł do niego. Nie zablokował ekranu, dlatego ukradkiem zajrzałem. Zobaczyłem, że pisze z jakimś mężczyzną na messengerze. Wyraźnie ze sobą flirtowali, wysyłając sobie nawzajem dużo emotek z diabełkiem, brzoskwinią i bakłażanem. Miałem ochotę przesunąć rozmowę do dołu, ale usłyszałem warkot odpalonego busa. Wróciłem na swoje miejsce, czując się podniecony odkryciem, ale też ciut zazdrosny, że nie pisze ze mną.

    W piątek oddaliśmy dom rodzinny, a naszym kolejnym zleceniem był mały domek na odludziu. Dowiedziałem, że do sklepu trzeba będzie jeździć samochodem, wodę czerpać ze studni, a prąd brać z generatora.

    Marek przyjechał po mnie w poniedziałek i widziałem, że jest nieco wkurzony. Randka się nie udała, zapytałem. Spojrzał na mnie zdziwiony. Tata mówił, że nie mogłeś się z nim spotkać w sobotę, bo miałeś randkę, wyjaśniłem. Machnął ręką i powiedział, że jak nie ta, to następna. Moje przeczucie mówiło, że tą dziewczyną był facet z messenger i że może się pokłócili. Postanowiłem, że w nowym miejscu pracy zacznę prowokować Marka.

    Nikt z mojej rodziny nie wiedział, że kręcą mnie też mężczyźni, ale to nie znaczy, że nie byłem śmiały. Na aplikacjach randkowych nie miałem oporów, żeby wysyłać nagie fotki albo sprośne filmiki. Nie miałem jeszcze po prostu odwagi, żeby pójść na całość. A już na pewno nie myślałem o stworzeniu związku z facetem. Wówczas wydawało mi się to absurdalne.

    Koło południa zdjąłem koszulkę przy nim, bo niby było mi gorąco. W domku było chłodniej niż na zewnątrz, ale reakcja Marka potwierdziła, że dobrze kombinuję. Czułem, że spogląda na mnie od góry do dołu i ocenia przez seksualny pryzmat. Byłem chudym chłopakiem z małymi włoskami na torsie. Moją dumą były wyrzeźbione ramiona po siatkówce, w którą grałem od pierwszej klasy gimnazjum. Innym razem wkładałem ręce do spodenek i żartobliwie tłumaczyłem mu, że muszę poprawić ułożenie kolegi, bo jest mi niewygodnie. Marek starał się nie reagować. Wszystko ukrywał za małym uśmiechem, ale wiedziałem po jego oczach i szybkim rytmie oddechu, że to na niego działa. Kilka razy stałem blisko niego, żeby nasze nagie ramiona mogły się dotknąć, zanim Marek powoli odsunął się. Świetnie się bawiłem, robiąc takie podchody, choć czułem, że w moim ciele rośnie napięcie, które domaga się upustu. Pierwszy raz pomyślałem o tym, że chętnie poszedłbym na całość.

    Po robocie, kiedy zjedliśmy kolację, Marek poszedł się pierwszy umyć. Wiedziałem, że to jest ten moment, bo inaczej nie wytrzymam. Stanąłem przy drzwiach, które nie miały możliwości zamknięcia się od środka. Odczekałem, aż Marek będzie nagi, zanim wszedłem do łazienki. Był i patrzył się na mnie zaskoczony, zanim zapytał, co ja wyprawiam. Moją odpowiedzią było zbliżenie się do niego i pocałowanie go. Krótko, bo Marek wyrwał mi się i delikatnie odepchnął.

    Maciek, co ty, kurwa, robisz? Nie udawaj, powiedziałem coraz bardziej podniecony. Cała sytuacja działa na mnie, bo czułem mrowienia na podbrzuszu i unoszący się do góry penis w spodenkach. Zacząłem się rozbierać. Marek patrzył się na mnie z przerażeniem, kiedy znów go pocałowałem. Przez chwilę jeszcze się bronił, zanim zmiękł i zaczął ze mną współpracować. Czułem jego dłonie na barkach, zastanawiające się, czy powinni mnie znów odrzucić. Kiedy on się wahał, ja złapałem go za sztywniejącego penisa i powoli poruszałem. Poczułem, jako jego ciało zadrżało w odpowiedzi.

    Odsunęliśmy się od siebie, żeby złapać oddech po pocałunkach. To wtedy Marek wykorzystał chwilę, żeby powiedzieć mi, że nie możemy. Możemy, powiedziałem pewnym głosem, chcąc wrócić do przerwanej czynności. Nie, nie możemy, Maciek.

    Marek wyszedł łazienki, a ja poszedłem za nim. Szukał w swojej torbie bokserek, kiedy objąłem go od tyłu i zacząłem całować plecy, a ręką szukać jego twardego penisa. Z siłą odepchnął mnie od siebie. Przewróciłem się na brudną podłogę i jęknąłem z bólu. Kurwa, Maciek, przepraszam. Pochylił się nade mną, by pomóc mi stać. Czemu nie możemy, zapytałem.

    Czemu nie możemy, powtórzył sarkastycznie moje pytanie. Bo jesteś synem mojego przyjaciela. Bo jesteś młodym chłopakiem. Bo… jest wiele powodów. Idź się umyj i nie wracajmy do tego. To się nigdy nie wydarzyło.

    Pomógł mi wstać i popchnął w stronę łazienki, gdzie kąpiąc się w wannie, płakałem. Kiedy wróciłem do salonu, zobaczyłem, że jego leżak i torba zniknęły. Usłyszałem ruch na poddaszu. Domyśliłem się, że teraz tam będzie spał. Zgasiłem światło, i położyłem się pod kocem, z postanowieniem, że wytrzymam do końca tygodnia i powiem ojcu, że chcę zrezygnować.

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    Krystian Bojek
  • Kto remontuje w sobotni wieczor

    Dwa lata czekałem na ten dzień. Od momentu kupna mieszkania minęło dokładnie 358 dni. Ostatnie trzy miesiące były katorgą – do popołudnia praca, a następnie latanie do mieszkania i wykańczanie go. Wczoraj złożyłem łóżko i dziś wreszcie spędzę pierwszą noc we własnej nieruchomości. Byłem jedną z pierwszych osób, które się wprowadziły, gdyż w całej klatce ruch był niewielki. Specjalnie wziąłem tydzień urlopu, aby nacieszyć się tym uczuciem i przy okazji poskładać resztę mebli. W sobotę wreszcie miałem stół, stolik i meble salonowe. Kupiłem tego dnia butelkę whiskey i pepsi, a wieczorem rozłożyłem się na narożniku i powoli popijałem trunek zwycięstwa. Niestety chwila ukojenia nie trwała długo, gdyż okazało się, że miałem nad sobą sąsiadów, którzy postanowili wykorzystać ten wieczór na prowadzenie dość głośnych prac wykończeniowych. Miałem nadzieję, że to chwilowe zamieszanie, lecz po upływie 20 minut miałem dość. Odłożyłem szklankę na stolik i wyszedłem z mieszkania, kierując się na piąte piętro. Wszedłem po schodach, podszedłem pod drzwi i zacząłem wściekle walić pięścią w drzwi. Ale mu się dostanie. Po chwili usłyszałem dźwięk otwieranego zamka i drzwi zaczęły się przede mną otwierać. Zobaczyłem sąsiada i mnie wcięło. Moim sąsiadem była kobieta. I to nie byle jaka kobieta – była piękna. Musiałem się jednak otrząsnąć, zanim zrobię z siebie idiotę.

    – Dobry wieczór. Chyba trochę późna pora na prace remontowe, nie uważa pani? – wyrzuciłem z siebie, udając wściekłość, która uleciała ze mnie, gdy tylko spojrzałem jej w oczy.

    – Przepraszam bardzo. Pracowałam dziś do późna i chciałam szybko łóżko złożyć. Myślałam, że nikt jeszcze w budynku nie mieszka – odpowiedziała ze strachem w głosie.

    Westchnąłem i spuściłem wzrok, opierając rękę o framugę drzwi.

    – No dobrze, dużo pracy pani jeszcze zostało?

    – Tylko złożenie ramy, ale idzie mi bardzo opornie. Mam za mało siły – przez sekundę dało się na jej twarzy ujrzeć nerwowy uśmiech.

    – Jeżeli pani chce to mogę pomóc. Sam dopiero co złożyłem własne łóżko. Szybko je złożymy, rozejdziemy i będzie można spędzić resztę wieczoru w ciszy.

    Zastanawiała się chwilę, zaczęła mamrotać, że nie chce mi robić kłopotu, lecz powiedziałem jej, że walenie mi nad głową byłoby większym kłopotem. Uśmiechnęła się i zgodziła. Zaprosiła mnie do środka, więc wszedłem do mieszkania, przedstawiłem się jej, podałem dłoń, a ona odwzajemniła gest i powiedziała mi swoje imię. Składanie ramy zajęło nam tylko 20 minut. Przykręciłem do niej stelaż, ułożyłem materac i robota była skończona. Podziękowała mi i zapytała, czy może mi zaproponować coś do picia. Kusząca była to propozycja, lecz chciałem resztę wieczoru spędzić w ciszy. Podziękowałem więc i zaproponowałem, że skorzystam innym razem. Uśmiechnęła się, po czym powiedziała, że możemy umówić się innego dnia i po raz kolejny podziękowała. Pożegnałem się, wyszedłem z jej mieszkania, wróciłem do siebie i w końcu mogłem odpocząć.

    Dwa dni później spotkałem ją pod klatką, gdy wiozła części stołu na sklepowym wózku. Sprytna, ja robiłem podobnie. Pomogłem jej wnieść elementy do mieszkania i wymieniliśmy się numerami telefonu. Wizyta nie trwała długo, gdyż musiałem jechać do sklepu budowlanego kupić jakieś meble na balkon. Wieczorem leżałem na narożniku, dopijając resztki whisky i czytając nową książkę Sapkowskiego. Zapluty Andrzej pewnie do dziś żałuje, że nie domagał się odsetka dochodów z gry komputerowej. Ale pisać wciąż potrafił. W pewnym momencie usłyszałem dźwięk powiadomienia z Whatsappa. To pewnie kumpel z Anglii. Odłożyłem książkę i wziąłem telefon w dłoń. Zdziwiłem się, gdy okazało się, że to ona. Wiadomość brzmiała „No cześć, byłam ciekawa, czy masz Whatsappa i wyszukałam cię po numerze. Jak ci mija wieczór?” Uśmiechnąłem się.

    – Dobry wieczór, młoda damo. Wieczór mija wyśmienicie, mam jeszcze kilka dni urlopu, więc odpoczywam i czytam.

    – Zazdroszczę, ja miałam dziś młyn w pracy. Od popołudnia się odkręcam i oglądam jakieś idiotyzmy na Netflixie. Na szczęście od jutra też zaczynam wolne. Co czytasz?

    Odpisałem jej zgodnie z prawdą i kontynuowaliśmy rozmowę. Popijała czerwone wino z lampki, więc co jakiś czas wznosiliśmy toast. Pisaliśmy o naszej pracy, o sposobie spędzania wolnego czasu oraz o tym, że oboje nie przepadamy za morzem. Po niecałej godzinie byłem już nieco wstawiony, więc zapytałem, czy jej wino smakuje tak dobrze, jak mój trunek. Potwierdziła, po czym napisała, że film, który ogląda miał być thrillerem psychologicznym, a wyszedł z niego przedziwny erotyk. Zapytałem, co ogląda. Podała mi tytuł, a ja włączyłem film u siebie. Zapytałem o minutę filmu i przewinąłem.

    – Nie lubisz erotyków? Myślałem, że kobiety lubią takie rzeczy – napisałem.

    – Inne – może tak. W fabularnych przewijam takie sceny. Jestem wzrokowcem, wolę konkretniejsze rzeczy – na końcu wiadomości wstawiła diabelną emotkę. Wino najwyraźniej zaczęło działać. Zapadki w mojej głowie zaczęły działać z ogromną prędkością i postanowiłem drążyć temat.

    – Nieczęsto się zdarza, aby kobieta lubiła tego typu konkrety na ekranie. Czy jesteś pewna, że to nie wino przez ciebie przemawia? – postanowiłem poudawać głupka.

    – Na trzeźwo też niekiedy chętnie obejrzę pornosa – przyznała z niesamowitą szczerością, wieńcząc wiadomość emotką z wyciągniętym językiem.

    Zbiła mnie tym z pantałyku i nie wiedziałem, co odpisać. Na szczęście po ponownym spojrzeniu na ekran zobaczyłem migający trzykropek, więc czekałem, co jeszcze mi napisze. Nie spodziewałem się tego, co zobaczyłem. W kolejnej wiadomości napisała „Choć muszę przyznać, że po winie ta ochota przychodzi częściej”, a pod nią wysłała zdjęcie, jak mniemałem, lampki wina w jej dłoni, a w tle salonu z widokiem wina telewizor. Na telewizorze wyświetlona była popularna aplikacja z filmami porno, a w niej otwarty film z dwiema dziewczynami zabawiającymi się ze sobą. Musiałem szybko pozbierać myśli – nie mogłem pokazać, że jej bezpośredniość mnie onieśmieliła.

    – Widzę, że ten thriller psychologiczny faktycznie nie przypadł ci do gustu – skwitowałem.

    – No niestety, jestem zawiedziona. Te sceny erotyczne dały mi natomiast do myślenia.

    – Tylko nie dawaj telewizora zbyt głośno, bo sąsiadów obudzisz – droczenie się zawsze działa. W odpowiedzi dostałem roześmianą emotkę. Kolejna wiadomość nie była jednak daleko w tyle.

    – Telewizor może być ściszony, a i tak mogę sąsiadów obudzić – teraz byłem już pewien, że to wino ją tak ośmieliło, szczególnie że zobaczyłem na końcu wiadomości emotkę z puszczonym okiem.

    – Jeżeli będzie tak głośno jak przy składaniu łóżka to będę musiał ponownie przejść się na pani piętro, proszę pani – stwierdziłem, że skoro już mamy się droczyć to droczmy się na całego.

    W kolejnej wiadomości napisała tylko „Mmmm”. W mojej głowie momentalnie otworzyło się kino. Na ekranie wyświetlano mnóstwo przeróżnych scen, a w nich ona leżąca na kanapie w samej koszulce i majteczkach, z jedną dłonią trzymającą lampkę wina, a z drugą wodzącą po ciele. Ocierającą się o piersi przez materiał koszulki, czy też o podbrzusze przez materiał majteczek. Prawdziwy pokaz slajdów na wyświetlaczu z lat 70tych. Trzymałem jednak fason i postanowiłem wysłać pytanie.

    – Dobrze się bawisz?

    – Dopiero zaczynam, ale przyznam, że w towarzystwie jest ciekawiej – jeszcze tego nie wiedziała, ale niesamowicie pociąga mnie tego typu flirt. Nie mogłem jednak od tak dać po sobie tego poznać. Niestety wszystko na nic. Przez cały wieczór była cisza i spokój, ponieważ w budynku wciąż praktycznie nikt nie mieszkał, a teraz zacząłem słyszeć ciche jęki dobiegające z piętra nade mną. Mój mózg pracował już na pełnych obrotach.

    – Czy te dźwięki to ty, czy to twój telewizor? – doszedłem do wniosku, że nie sensu się więcej patyczkować. Od razu zobaczyłem trzykropek w konwersacji, jednak minęło stosunkowo dużo czasu nim skończyła pisać. Domyślałem się, skąd to opóźnienie.

    – Póki co to tylko mój telewizor – kolejna wiadomość zwieńczona buźką z puszczonym okiem.

    – Zakłóca pani moją ciszę nocną, pani sąsiadko. Czy mam się do pani przejść?

    Minęło trochę czasu nim odpisała, aczkolwiek treść wiadomości w pełni wyjaśniała ten poślizg. Było to zdjęcie zatytułowane „Grozisz czy obiecujesz?”, a na zdjęciu widać było jej nagie, rozsunięte nogi, podbrzusze zakryte jej dłonią, a w tle ekran telewizora, na którym leciał inny pornos. Zrobiła zdjęcie w momencie, gdy mężczyzna stojący za wypiętą kobietą wchodził w nią od tyłu.

    Tego było już za wiele. Dopiłem pozostałą whisky, wyłączyłem swój telewizor i wstałem z narożnika. Przyznam, że nie takiego zwieńczenia wieczoru się spodziewałem, ale życie bywa zaskakujące. Założyłem na siebie koszulkę i ruszyłem w stronę drzwi. Prędko wyszedłem z mieszkania. Przy tej ciszy panującej w całym budynku nawet na klatce schodowej słychać było jęki dobiegające z jej mieszkania. Wszedłem po schodach i bardzo szybko znalazłem się pod jej drzwiami. Chyba nie przeszkadzał jej fakt, że łatwo było znaleźć źródło tych jęków. Zapukałem głośno, aby na pewno usłyszała. Nagle odgłosy z telewizora ucichły, by następnie całkowicie ustać, a przez drzwi słyszałem chwilowe krzątanie się. Wreszcie usłyszałem kroki. Idzie, otwiera drzwi. W półmroku wygląda zjawiskowo, a na sobie ma tylko czarną koszulę nocną.

    – Dobry wieczór panu sąsiadowi. Bardzo przepraszam, jeżeli zakłócam panu spokojny wieczór, ale może da się pan namówić na lampkę wina w ramach zadośćuczynienia? – zapytała z przekąsem i uśmiechem na ustach. W jej oczach widać było, że wino smakowało jej dziś nadzwyczaj dobrze.

    – Zrobię wyjątek i przystanę na propozycję – odwzajemniłem uszczypliwość.

    – W takim razie zapraszam – uchyliła drzwi jeszcze mocniej i wskazała ręką, abym wszedł. Zamknęła za mną drzwi i poprosiła, abym się rozgościł na kanapie.

    – Przyniosę drugą lampkę – powiedziała, po czym odwróciła się plecami i powędrowała w stronę aneksu kuchennego, kołysząc przy tym biodrami.

    Przygryzłem wargę, na chwilę zawiesiłem na niej wzrok, lecz szybko się otrząsnąłem i poszedłem w stronę narożnika. Rzuciłem okiem na telewizor – nawet nie próbowała zachować pozorów. Po prostu zatrzymała film w momencie, gdy kobieta klęczała przed mężczyzną, patrzyła mu w oczy, a dłonią trzymała twardego penisa u nasady, jednocześnie trzymając żołądź w ustach. Z brody ściekała jej stróżka śliny. No nieźle. Odwróciłem wzrok i spojrzałem na nią. Uśmiechała się kokieteryjnie, a jej piersi falowały pod cienkim materiałem, gdy szła w moją stronę. Usiadła obok mnie i nalała mi wina do lampki. Po raz kolejny zaskoczyła mnie swoim następnym pytaniem.

    – A ty lubisz pornosy? – powiedziała, patrząc mi w oczy i biorąc łyk wina.

    Popatrzyłem na telewizor, aby następnie ponownie spojrzeć w jej oczy.

    – Tylko w desperacji, wolę opowiadania erotyczne. Wyobraźnia lepiej pracuje, możesz dzięki nim bawić się z kim zechcesz.

    – Interesujący punkt widzenia – powiedziała z przekąsem, biorąc następnie pilot od telewizora w dłoń i naciskając play.

    – Niestety jest już za ciemno na czytanie, więc mogę ci zaproponować co najwyżej wspólny seans – skwitowała, po czym odłożyła lampkę na stolik, ułożyła się wygodnie na kanapie, bokiem do mnie, rozsunęła nogi i wsunęła między nie dłoń, podciągając materiał koszuli nocnej i zakrywając podbrzusze.

    Zaczęła się masować, rzucając spojrzeniem to na telewizor, to na mnie. Wykonywała okrężne ruchy na podbrzuszu, by po chwili drugą dłonią chwycić się za pierś, odchylić głowę do tyłu, zamknąć oczy, otworzyć szeroko usta i westchnąć przeciągle. Miałem dość tego przedstawienia na dziś. Wziąłem duży łyk wina, połknąłem je, odstawiłem lampkę na stolik i zbliżyłem się do niej.

    Popatrzyła na mnie i uśmiechnęła się. Zbliżyłem swoje usta do jej i po chwili zaczęliśmy się całować. Przerwaliśmy na chwilę, abym mógł ściągnąć z siebie koszulkę. Moja prawa dłoń spoczęła na gładkim wnętrzu jej uda, ale czując ruchy jej bioder mocno zacisnąłem na nim dłoń. Nasze języki zaczęły się dość ostentacyjnie poznawać, a moja dłoń powędrowała w górę. Westchnąłem, gdy poczułem pod palcami jej gorącą i mokrą cipkę. Musiałem szybko złapać oddech. Po chwili ponownie zacząłem ją jednak całować, a moja dłoń zwiedzała jej cipkę. Powolnymi ruchami rozsuwałem jej wargi, drażniłem wejście jednym palcem, aby następnie rozcierać jej soki. Przez chwilę krążyłem opuszkiem palca wokół jej łechtaczki, by następnie mocno ją przycisnąć. Oderwała się od moich ust, odchyliła głowę i wzięła głęboki oddech, jednocześnie wydając z siebie ciche jęknięcie. Położyłem palce na jej nabrzmiałej łechtaczce, przycisnąłem ją mocno i zacząłem wykonywać okrężne ruchy. Z telewizora wciąż dochodziły do nas głośne odgłosy pieprzenia, co jeszcze bardziej nas podniecało. Oderwałem się od jej ust i zacząłem całować ją po policzku, a gdy odchyliła głowę do tyłu, składałem soczyste pocałunki na jej szyi. Schodziłem coraz niżej, aż dotarłem do dekoltu. W tym momencie przestałem pieścić jej łechtaczkę i przesunąłem mokre palce niżej. Jednym szybkim ruchem wsunąłem w nią dwa palce, na co zareagowała głośnym jęknięciem, po czym dłońmi zsunęła ramiączka koszuli i następnie materiał z piersi. Zacząłem poruszać w niej palcami, jednocześnie drażniąc na zmianę oba sutki zwilżonymi wargami. Jedną dłonią objęła piersi, aby ułatwić mi do nich dostęp, a drugą położyła mi na głowie i wsunęła palce we włosy. Przyspieszałem ruchy palców w jej mokrej cipce, jednocześnie ssąc i lekko przygryzając sutki zębami. Zaczęła wydawać z siebie coraz głośniejsze jęki, a na palcach czułem ogromny napływ soków. Wiedziałem, co to oznacza, więc jeszcze bardziej zintensyfikowałem pieszczoty, aby sprawić, by doszła. Pojedyncze dźwięki wydobywające się z jej ust zamieniły się w jeden, przeciągły jęk, na palcach dłoni poczułem jej skurcze, a wargami wyczułem gęsią skórkę, która pojawiła się na skórze jej piersi. Wygięła ciało w łuk, aby po chwili opaść całkowicie na kanapę. Przerwałem pieszczoty i popatrzyłem jej w oczy. Jej spojrzenie wyrażało aprobatę. Przesunąłem mokrym językiem po jej sutku, cały czas patrząc jej w oczy. Przeszedł ją lekki dreszcz, lecz uśmiech po chwili ponownie pojawił się na jej twarzy. W telewizorze leciał już kolejny film, ale żadne z nas nie zwracało już na niego większej uwagi.

    Rozejrzałem się wokół siebie i od razu wpadłem na pewien pomysł. Chwyciłem w dłoń butelkę i lampki leżące na stoliku i przeniosłem je pod telewizor. Podszedłem do niej i podniosłem ją, wsuwając jedną rękę pod jej kolana, a drugą pod łopatki. Objęła mnie wokół szyi, lekko zdziwiona, lecz nie oponowała. Położyłem ją wzdłuż stolika, po czym przeniosłem się tak, aby znaleźć się przy jej nogach. Od razu wiedziała, co zrobić. Przesunęła się bliżej skraju stolika i rozsunęła szeroko nogi. Zsunąłem z siebie materiałowe spodenki wraz z bokserkami, po czym klęknąłem przed nią i zacząłem całować wnętrze jej uda. Zacisnąłem na nim jedną dłoń, natomiast drugie chwyciłem pod kolanem. Patrzyła na mnie z otwartymi ustami i dłońmi zaciśniętymi na piersiach. Nie chciałem już zbyt długo czekać. Chciałem jej posmakować. Więc na sekundę lekko wgryzłem się w jej udo zębami, aby następnie przesunąć głowę głębiej. Popatrzyłem jej w oczy, po czym gorącym językiem przesunąłem po jej cipce, mocno na nią napierając. Jęknęła, gdy dotknąłem nim łechtaczki. Postanowiłem, że dość tych ceregieli. Splunąłem na jej cipkę, następnie spojrzałem na jej reakcję i nie widząc sprzeciwu przywarłem wargami do łechtaczki. Zamknąłem oczy i rozcierałem końcem języka ślinę zmieszaną z sokami, przywierałem do niej całym płatem i pieściłem intensywnie. Co jakiś czas otwierałem oczy, aby zerkać na jej reakcje, lecz ona była już w innym świecie. Głowę położyła na stole, odchyliła ją w bok, pojękiwała coraz głośniej i jednocześnie napierała dłońmi na swoje piersi, pieszcząc sutki między palcami. Był to niesamowicie podniecający widok. Chwyciłem więc obie jej nogi pod kolanami i rozsunąłem jeszcze szerzej. Przechyliłem głowę do przodu, aby móc jeszcze mocniej ślinić łechtaczkę i jeszcze bardziej napierać na nią całym płatem języka. Przyniosło to efekty, gdyż już po chwili na brodzie poczułem kolejną falę soków i słyszałem coraz głośniejsze jęki, przerywane pojedynczymi krzyknięciami, gdy akurat dotknąłem ją tam, gdzie czuła to najmocniej. Skupiłem ruchy języka w tym jednym punkcie i zaczęła ponownie dochodzić. Przeciągły jęk zamienił się w krzyk, więc zacisnąłem dłonie mocniej na jej nogach, dając jej do zrozumienia, że wiem, iż dochodzi. Oderwała dłonie od piersi i zacisnęła palce na krańcach stolika, wyginając się w łuk i napierając jeszcze mocniej na mój język. Dostała dreszczy, gdy wreszcie doszła i poprosiła, abym przestał na chwilę. Posłuchałem i oderwałem od niej usta. Uniosłem się, oparłem ręce o stolik i podziwiałem ten widok. Miała gęsią skórkę na udach, brzuchu i piersiach, oddychała głęboko i lekko drżała. Po chwili uniosła głowę i spojrzała na mnie z uśmiechem. Przeniosła wzrok w dół, między swoje nogi, po czym powiedziała, abym wstał. Stanąłem przed nią posłusznie, a ona usiadła na krańcu stolika i od razu, bez jakichkolwiek ceregieli, wzięła mojego twardego penisa w usta. Położyła jednocześnie dłoń u nasady i zaczęła jednocześnie pieścić, obciągając go. Czułem, że ślini go mocno i ssie główkę. Chwyciłem jej włosy dłońmi i zsunąłem w kucyk z tyłu głowy, aby móc patrzeć na to, co robi. Odchyliła głowę, spojrzała mi w oczy i uśmiechnęła się, nie wypuszczając mnie z ust. Po chwili przerwała jednak pieszczoty, wyciągnęła mojego kutasa z ust i zagryzła wargę. Splunęła na niego soczyście i od razu zaczęła rozcierać ślinę dłonią. Spoglądała to w moje oczy, to na mojego kutasa. Podobało jej się to. Następnie ponownie chwyciła go dłonią u nasady i wzięła go głęboko w usta. Przechyliła głowę w bok, abym mógł lepiej widzieć, jak mój kutas zagłębia się w jej ustach. Przeszedł mnie dreszcz i zacząłem głośniej wzdychać. Chwyciłem ją wtedy mocno za włosy i zacząłem sam poruszać się w jej ustach. Powolne i płytkie ruchy stawały się coraz szybsze i głębsze. Momentalnie poprawiła się na stoliku, aby ułatwić mi zadanie. Zdjęła dłoń z mojego kutasa, spojrzała mi w oczy i pozwalała, bym pieprzył jej usta. Niesamowicie podniecał mnie ten widok i czułem, że stara się go ślinić coraz bardziej. Po chwili ślina wyciekała z kącika jej ust i zaczęła skapywać z brody. Zachęciła mnie tym, więc zacząłem wchodzić jeszcze głębiej. Jej wzrok i wargi zaciśnięte mocno wokół mojego kutasa wyrażały pełną aprobatę. Ostrożnie zacząłem więc wsuwać się jeszcze głębiej – tym razem już w jej gardło. Co chwila wysuwałem się jednak z jej ust, aby pozwolić jej odetchnąć, by następnie ponownie wsuwać się w nią głęboko. Po którymś z kolei wysunięciu się, odetchnęła głęboko i rzuciła krótko, bym wsunął go całego. Nie musiała mi dwa razy powtarzać. Mój kutas był już cały mokry od jej śliny, więc wsunąłem go aż po nasadę, po czym zacząłem pieprzyć jej gardło. Zamknęła oczy i położyła obie dłonie na moich pośladkach, zaciskając na nich palce. To był niesamowity widok, gdy mój twardy penis znikał cały w jej ustach. Jeszcze lepsze było to uczucie.

    Nie wytrzymałem długo. Chciałem ją wreszcie zerżnąć, więc wysunąłem się z jej ust i pozwoliłem, aby odsapnęła i nabrała powietrza. Po chwili uniosła głowę, popatrzyła na mnie i się uśmiechnęła, a ja chwyciłem ją za dłoń i zaciągnąłem do sypialni. Montaż łóżka bardzo się przydał.

    W sypialni stanąłem przed nią, chwyciłem ją za biodra i pocałowałem ją przeciągle. Staliśmy tak minutę albo dwie, lecz nie chciałem dłużej czekać. Popchnąłem ją na łóżko i po chwili byłem już na niej. Chwyciłem jej rozsunięte nogi pod kolanami i wygiąłem w jej stronę, aby mieć lepszy dostęp do jej cipki. Biodrami próbowałem wsunąć się w nią, lecz ona była szybsza. Chwyciła mnie mocno w dłoń i od razu mnie w siebie wsunęła, wydając przy tym pojedynczy, wysoki jęk. Sam głośno westchnąłem, gdy poczułem na sobie jej gorące wnętrze. Nie chciałem się już bawić w półśrodki, więc od razu zacząłem je ostro pieprzyć. Cały czas patrzyłem na jej reakcje, a ona jedną dłonią zaczęła pieścić swoje piersi na zmianę, natomiast drugą położyła na cipce. Patrzyła mi w oczy, jednocześnie rozsuwając wargi i wsuwając między nie palce, aby móc czuć ruchy mojego kutasa. Poruszała nimi w górę i w dół, a gdy ponownie były całe mokre od soków, zaczęła pieścić łechtaczkę. Była przy tym całkowicie bezwstydna, co dodatkowo mnie podniecało. Usłyszałem z jej ust krótkie „Rżnij sukę”, co sprawiło, że przyspieszyłem ruchy. Do tej pory przy każdym ruchu wydawała z siebie jęknięcie, lecz teraz, gdy pieprzyłem ją już szybkimi ruchami, a ona dodatkowo mocno masowała łechtaczkę, jej jęki zamieniły się w pojedyncze krzyknięcia. W odpowiedzi kazałem jej mocno pieprzyć się dla mnie. Od razu zobaczyłem reakcję na jej twarzy. Oderwała dłoń od łechtaczki, zbliżyła ją do ust, wsunęła w nie palce, mocno je pośliniła i zgrabnym ruchem ponownie zaczęła pieścić łechtaczkę. Powtarzałem jej, że ma się dla mnie pieprzyć, a ona otworzyła szeroko usta i nie odrywała ode mnie wzroku. Nie wytrzymała jednak długo, ponieważ po raz kolejny ciało wygięło jej się w łuk, a jej biodra się uniosły, dzięki czemu mogłem wchodzić w nią jeszcze głębiej. Tym razem jej orgazm był dłuższy, prolongowany przez kolejne ruchy mojego kutasa w jej wnętrzu. Przerwała masowanie łechtaczki, lecz widać było, że orgazm trwa, gdyż całe jej ciało pokrywała gęsia skórka i cała drżała, jednocześnie wydając z siebie tłumiony przez zagryzioną wargę jęk. Nie przerywałem więc, dopóki sama po chwili nie opadła na łóżko. Wysunąłem się z niej i dałem jej chwilę na odpoczynek, lecz nie tego chciała.

    – A teraz… – zaczęła z uśmiechem, obracając się na brzuch, wypinając się przede mną i kołysząc biodrami – zerżnij mnie od tyłu.

    Nie musiała dwa razy powtarzać. Klęknąłem za nią, zbliżyłem się do jej pośladków, chwyciłem je mocno w dłonie, po czym dałem jej mocnego klapsa. Jej jęknięcie zdawało się wyrażać aprobatę. Chwyciłem kutasa w dłoń i od razu wsunąłem się w nią aż po nasadę. W odpowiedzi usłyszałem tylko przeciągłe „Właśnie tak…”.

    Naparłem na nią, pochyliłem się do przodu i chwyciłem ją za kark, przyszpilając głowę do poduszki. Drugą dłoń położyłem jej na łopatce i w tej pozycji zacząłem ją ostro pieprzyć. Tym razem wykonywałem pojedyncze mocne i głębokie ruchy. Wchodziłem w nią aż po nasadę, a każde wejście skutkowało pojedynczym krzykiem. Po chwili usłyszałem przerywane „Zerżnij mnie… Zalej… Chcę żebyś się we mnie spuścił…”. Niesamowicie mnie to podnieciło. Przyspieszyłem więc ruchy. Czułem, że się na mnie zaciska. Jej ścianki pieściły mnie tak mocno, że czułem, iż zaraz dojdę. Naparłem na nią jeszcze mocniej, zacząłem obijać się o jej pośladki. To uczucie i ten widok to było dla mnie za wiele. Poczułem, że dochodzę. Pieprzyłem ją jeszcze przy pierwszych skurczach, lecz po chwili nie wytrzymałem i wsunąłem się w nią do końca. Czuła moje dreszcze, a gdy poczuła pulsowanie mojego penisa i fale spermy rozlewające się w swoim wnętrzu, usłyszałem krótkie „O kurwa, tak…”. Gdy mój orgazm dobiegł końca, trwaliśmy w tej pozycji przez dłuższą chwilę, oddychając głęboko i z trudem, bojąc się poruszyć. Wreszcie jednak opadłem z sił, zszedłem z niej i położyłem się obok. Odnalazłem jej wzrok w półmroku.

    – Mam nadzieję, że dostała pani nauczkę, pani sąsiadko – podsumowałem z przekąsem.

    – Jedyna nauczka jest taka, że chyba częściej muszę zakłócać twoją ciszę nocną – odparła z uśmiechem na ustach. Nie odpowiedziałem jej, tylko uśmiechnąłem się pod nosem, położyłem na plecach i zamknąłem oczy.

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    Sztosig
  • Nasz pierwszy raz cz. 1

    Dotarłem do domu, w głowie wciąż krążyło wspomnienie tego, co się wydarzyło – nasze ‘Kocham cię’, to uczucie jego kutasa w moich ustach… Ale jak tylko przekroczyłem próg, rzeczywistość przywołała mnie do porządku. W kuchni unosił się zapach obiadu i słychać było głosy rodziców.

    – Kamil? W samą porę, właśnie nakładam obiad – zawołała mama z kuchni.

    Wszedłem do kuchni. Tata siedział przy stole, a mam właśnie wyciągała talerze.

    – Jak tam z korki? Idzie ta matematyka? – zapytał tata, nie odrywając wzroku od gazety.

    – Tak, powolutku – odpowiedziałem, sięgając po szklankę wody. Starałem się nie myśleć o sposobie, w jaki dziś pomagałem Michałowi się “skupić”.

    – A właśnie, w sobotę jedziemy do babci – oznajmiła mama, odwracając się od szafek.

    Takie wyjazdy zwykle zabierały dzień, babcia nie mieszkała zbyt blisko. Wtedy właśnie w głowie pojawiła mi się myśl

    Sobota. Cały dzień. Serce podskoczyło mi do gardła, ale zachowałem kamienną twarz.
    – O, fajnie – powiedziałem, udając, że szukam czegoś w szafce. – Ale… ja nie mogę jechać.

    Mama spojrzała na mnie uważnie.
    – Dlaczego?

    – Mam kilka sprawdzianów w przyszłym tygodniu, planuję się pouczyć w weekend.

    – Niedziela ci nie wystarczy?

    – Jest tego naprawdę sporo, a chce sie dobrze przygotować.

    Kłamałem bez mrugnięcia okiem.

    Tata w końcu podniósł wzrok.
    – No… skoro nauka, to nauka. Babcię odwiedzisz innym razem. Tylko nie zapomnij wyjść na chwilę.

    Zjadłem szybko obiad i wyszedłem z kuchni.

    W swoim pokoju zatrzasnąłem drzwi i oparłem się o nie plecami. Serce waliło mi jak młot. Sobota. Cały dzień. Rodzice u babci. Dom pusty. A to znaczyło tylko jedno: Michał.

    Myśl, że będziemy mieli cały, długi, nieprzerwany dzień tylko dla siebie, bez strachu, że ktoś wróci za pięć minut, sprawiła, że krew natychmiast napłynęła mi do kroku. Wyobraźnia zaczęła pracować na pełnych obrotach.

    My. Ten pokój. Łóżko. Nikt nie przyjdzie. Nikt nie przerwie.

    I wtedy przypomniałem sobie to uczucie. Uczucie jego kutasa w moich ustach. Tego ciepła, tej twardości pod wargami. Smaku jego skóry, tego słonawego posmaku. Jak drżał, kiedy objąłem go ustami. Jak wydał ten cichy jęk…

    Cholera. Mój własny fiut stał jak kij. Twardy jak skała. Myśl o tym, że będę mógł to zrobić jeszcze raz… że będę mógł mu zrobić mu loda… spokojnie, bez pośpiechu, bez nasłuchiwania kroków na korytarzu… To było nie do wytrzymania.

    Wyobraziłem sobie klęczenie przed nim. Jego rękę w moich włosach. Jego zamknięte oczy i rozchylone usta. To, jak będzie oddychał szybciej. Jak jęczy.

    Poczułem suchość w gardle. Tak, chcę to zrobić. Bardziej niż cokolwiek innego. Chcę go znowu poczuć. Posmakować.

    I nie chodziło już o udowadnianie czegokolwiek. Chodziło o to, że… no kurwa, sprawiało mi to frajdę. To było zajebiste uczucie. Mocne. Intymne. I cholernie podniecające.

    Muszę mu powiedzieć. Jutro w szkole. A Powiem mu o sobocie. O całym dniu. O tym, że będziemy sami. I o tym, co chcę zrobić.

    Dotknąłem palcami własnych warg. Czułem, jak drżą. Ze strachu? Z podniecenia? Z obu. Ale przede wszystkim z niecierpliwego oczekiwania. Chciałem, żeby to już była sobota.

    Następnego dnia w szkole miałem jedną myśl: znaleźć Michała. Każda przerwa była polowaniem. W końcu dopadłem go na korytarzu między salami, w relatywnie pustym zakątku przy schodach. Kręcił się tam z jakimś zeszytem.

    – Mich… – zacząłem, zniżając głos i zerkając, czy nikt nie słucha.

    – Muszę ci coś powiedzieć. Ważne.

    Odwrócił się szybko, jego niebieskie oczy szeroko otwarte, pełne pytania.

    – Co się stało?

    – Wczoraj, jak wróciłem do domu… – mówiłem szybko, cicho, nachylając się nieco, żeby moje słowa nie uciekły dalej niż do jego ucha.

    – Rodzice w sobotę cały dzień u babci. Powiedziałem, że muszę kuć do  sprawdzianów, więc zostaję. – Patrzyłem mu prosto w oczy, widząc, jak ta informacja zapala w nich iskierki.

    – Dom będzie pusty. Cały dzień. Od rana do wieczora.

    Jego oddech się skrócił.

    – Cały… cały dzień? – powtórzył, jakby nie dowierzając. Gryzł wargę, ale w kącikach ust zaczynał się rysować ten nieśmiały, ledwo widoczny uśmiech, który kochałem.

    – Tak – przytaknąłem, czując, jak podniecenie znów napływa mi do brzucha i niżej.

    – Wpadniesz? O dziesiątej? Jak tylko wyjadą?

    – Tak – wyszeptał natychmiast, bez wahania, kiwnął głową.

    – Tak, Kamil. Przyjdę, rodzicom powiem, że idę uczyć się do Tomka – Jego wzrok spoczął na moich ustach na ułamek sekundy dłużej, a ja wiedziałem, że myśli o tym samym, co ja.

    Euforia, ulga i pożądanie zmieszały się we mnie jak burza. Bez zastanowienia, impulsywnie, sięgnąłem i lekko ścisnąłem jego dłoń, ukrytą za zeszytem. Nasze palce splotły się na sekundę. Było to ryzykowne, ale w tej chwili nie obchodziło mnie nic.

    – Świetnie… kochanie – wypaliłem. Słowo wyszło samo, cicho, naturalnie, jak oddech. Ale jak tylko je wypowiedziałem, zdałem sobie sprawę, co zrobiłem. Kochanie. Pierwszy raz. W szkole. Na korytarzu.

    Michał zesztywniał jak posąg. Czerwień, która zawsze tak pięknie pokrywała jego policzki, w mgnieniu oka zalała całą jego twarz, sięgając aż po uszy i szyję.

    – Dziwnie słyszeć jak tak do mnie mówisz.

    – Nie podoba ci się?

    – Wręcz przeciwnie, ale to chyba nie jest najlepsze miejsce na takie słowa

    Miał absolutną rację.

    – Przepraszam – mruknąłem, puszczając jego dłoń, ale nie odsuwając się.

    – Po prostu… cieszę się. Na sobotę.

    – Ja też – odparł równie cicho, wciąż czerwony jak burak, ale już patrząc mi w oczy.

    – Bardzo. – To jedno słowo, “bardzo”, zabrzmiało jak potwierdzenie wszystkiego – soboty, naszych planów, i tego, co przemknęło w jego spojrzeniu, gdy usłyszał “kochanie”.

    Dzwonek na lekcję rozdarł powietrze jak grom. Michał wzdrygnął się.

    – Muszę lecieć – rzucił, już odwracając się do ucieczki.
    – Ja też. Do soboty! – krzyknąłem za nim półgłosem, ale on już zniknął za rogiem korytarza.

    Stałem przez chwilę sam, w tym zakamarku przy schodach. Serce waliło mi jak szalone, nie tylko z podniecenia na myśl o sobotniej samotności i tym, co chciałem mu zrobić, ale też z powodu tego jednego, nieplanowanego słowa. Zobaczyłem jego reakcję. Zawstydzenie? Tak. Ale też to szczęście w oczach. To było wszystko, czego potrzebowałem.

    Sobota. Słowo, które przez cały tydzień dudniło mi w głowie jak mantra, w końcu nadeszła. Ale zamiast radości, pierwsze godziny były torturą. Rodzice krzątali się po mieszkaniu, pakując ostatnie rzeczy, które mieli zawieźć babci. Mama gderała o tym, że nie może znaleźć jakiejś miski, tata szukał kluczyków. Ja stałem przy oknie w salonie, udając, że patrzę na chmury, ale moje myśli były daleko stąd. Wyłącznie o nim.

    Czy już wychodzi z domu? Idzie tu? A może się rozmyślił? Każda minuta wlokła się jak wieczność. Nerwowo przebierałem palcami po framudze okna. Gdy mama podeszła, żeby mi przypomnieć o obiedzie w lodówce, ledwie kiwnąłem głową. Jej słowa były tylko szumem w tle mojego wewnętrznego napięcia.

    – Na pewno nie chcesz jechać? – rzucił tata już w progu, wsuwając kluczyki do kieszeni.

    – Naprawdę muszę się pouczyć, tato. – Usłyszałem tylko, jak wzdycha.

    Wreszcie, po wiekach, drzwi frontowe zatrzasnęły się za nimi.

    Mieszkanie opadło w ciszę. Nagłą, absolutną. I straszliwie głośną. Zacząłem nerwowo chodzić po salonie. Spoglądałem na zegar. Dziesiąta. Gdzie on jest? Każdy szmer na klatce schodowej sprawiał, że serce podskakiwało mi do gardła. Minęło pięć minut. Pięć wieków. Dziesięć minut. Czy coś się stało?

    W końcu, jak zbawienie, rozległ się cichy, nieśmiały dzwonek do drzwi. Rzuciłem się do nich, niemal wyrywając zawiasy.

    Stał na progu. Michał. W zwykłej koszulce i jeansach, z tą swoją nieśmiałą, niepewną miną, z plecakiem na ramieniu (pewnie z książkami na pokaz). Jego jasne włosy lekko rozczochrane od wiatru, policzki zaróżowione. Piękniejszy niż w moich najśmielszych wyobrażeniach.

    Nie powiedziałem ani słowa. Nie dałem mu szansy, żeby cokolwiek powiedzieć. W jednym płynnym ruchu złapałem go za ramię, wciągnąłem do przedpokoju, zatrzasnąłem drzwi i przygwoździłem do nich własnym ciałem. Moje usta znalazły jego usta z głodną, niemal desperacką namiętnością.

     – Mmmpf!  – wydusił zaskoczony, ale jego ręce natychmiast wpiły się w moją koszulkę na plecach, przyciągając mnie jeszcze bliżej. Nie było czasu na nieśmiałość, na wahanie. Tygodnie ukrywania, minuty nerwowego oczekiwania – wszystko eksplodowało w tym jednym pocałunku.

    Całowałem go tak, jak nigdy dotąd nie było nam dane. Bez pośpiechu, bez strachu, bez nadsłuchiwania. Moje usta miażdżyły jego usta, język natarczywie szukał dostępu, a gdy w końcu go znalazł, wślizgnął się głęboko, badając każdy zakamarek jego ust. Słyszałem jego przyspieszony oddech, ciche jęki, które wibrowały między naszymi złączonymi ustami. Jego ciało przylegało do mojego na całej długości, od klatki piersiowej po biodra, i czułem, jak pod jeansami jego kutas już twardnieje, reagując na nasz głód.

    Odsunąłem się na chwilę, tylko na tyle, żeby złapać oddech. Patrzyliśmy na siebie, obaj zdyszani, z rozchylonymi, wilgotnymi ustami. Jego oczy były ciemne, rozszerzone, pełne tego samego pożądania, które rozpalało mnie od środka. Na jego twarzy malowało się zdumienie, ale i absolutna poddanie się tej chwili.

    – Kochanie…  – wysapałem, przyciskając czoło do jego czoła. To słowo, które w szkole go zawstydziło, teraz wydało się jedynym właściwym. Naturalnym.

    – Jesteś… jesteś wreszcie tu.

    – Tak… – odparł, jego głos był ochrypły, niski. Jego ręce przesunęły się z moich pleców na moją twarz, delikatnie, jakby dotykał czegoś kruchego.

    – Kamil… ja…

    Nie dałem mu dokończyć. Znowu przyciągnąłem go do siebie, wsiąkając w kolejny pocałunek, jeszcze głębszy, jeszcze bardziej palący. Tym razem to on zaczął eksplorować moje usta swoim językiem, z nieśmiałą na początku, ale coraz śmielszą pewnością. Zapomniałem o całym świecie. Istniał tylko on, jego zapach (cytrusowy szampon i coś niepowtarzalnie jego), smak jego ust, ciepło jego ciała przyciśniętego do drzwi, i obezwładniająca pewność, że mamy przed sobą cały dzień. I że to, co zacząłem przy drzwiach, było tylko przedsmakiem tego, co zamierzałem zrobić dalej. Całe moje ciało krzyczało jednym słowem: loda. I to teraz.

    Nasze usta rozdzieliły, gdy moje dłonie zaczęły nerwowo szarpać jego pasek. Chciałem go teraz, tuż przy tych drzwiach, podniecony ryzykiem i absolutną pewnością, że jesteśmy sami.

    – Kamil, czekaj… – Michał odsunął się lekko, jego wzrok pełen nagłego niepokoju błądził po przedpokoju, jakby szukał ukrytych oczu.

    – Tutaj? Na… na środku przedpokoju? A jeśli ktoś…? – Jego głos był cichy, spłoszony.

    – Nikt nie przyjdzie – odparłem stanowczo, ale łagodnie, przytrzymując jego dłoń.

    – Dom jest nasz. Cały. – Moje palce wciąż pracowały nad jego paskiem i guzikiem jeansów.

    – Proszę… Chcę ci to zrobić. Już. – Mój głos był ochrypły od pożądania.

    Widziałem walkę w jego oczach – wstyd, niepewność, ale też palącą ciekawość i to samo podniecenie, które rozsadzało mnie od środka. W końcu, gdy moje dłonie odpięły guzik i zaczęły opuszczać suwak, jego opór osłabł. Westchnął głęboko, głowa opadła mu w tył, uderzając lekko o drzwi. Zamknął oczy.

    – O… okej – wyszeptał, a w jego głosie drżało poddanie i oczekiwanie.

    To było wszystko, czego potrzebowałem. Szybko opuściłem jego jeansy i bokserki, odsłaniając jego już w pełni postawionego kutasa. Ten widok – tak blisko, w świetle padającym z salonu – zaparł mi dech w piersi. Był piękny w swojej napiętej, różowawej twardości, delikatnie pulsujący. Pachniał jego intymną wonią, zmieszaną z zapachem świeżej bielizny, ale przede wszystkim sobą. Dzikie podniecenie ścisnęło mnie w brzuchu.

    Bez wahania ukląkłem przed nim na twardej podłodze przedpokoju. Podniósł na mnie wzrok, jego oczy były ogromne, ciemne i pełne niewiary.
     – Kamil… – szepnął, ale przerwał, gdy moja dłoń objęła podstawę jego penisa. Czułem, jak drży.

    Pochyliłem się. Pierwszy dotyk moich warg na jego najczulszym miejscu był jak iskra. Delikatny pocałunek złożony na samym czubku jego fiuta. Michał wstrzymał oddech, wydając cichy, zduszony jęk.

    Potem już nie zwalniałem. Otworzyłem usta i objąłem jego główkę, wciągając ją do środka. Ciepło, aksamitna gładkość, słonawy smak preejakulatu – wszystkie te doznania, które pamiętałem, ale teraz intensywniejsze. Mój język zaczął pracować – okrążał koronę, badał wrażliwe miejsce pod nią, masował wzdłuż wędzidełka.

    – Mmm… Boże, Kamil… – jego jęk był głośniejszy, przeciągły. Jego dłonie wpiły się w moje włosy. Czułem, jak jego biodra lekko podrygują do przodu. Zachęcony, wziąłem go głębiej. Stopniowo, centymetr po centymetrze. Jego kutas był twardy, ale gładki na języku. Czułem rytm jego pulsu. Słuchałem jego oddechu – coraz szybszego, przerywanego stękaniem.

    – Tak… o tak… – mamrotał, głowa odrzucona do tyłu, oczy szczelnie zamknięte.

    Pracowałem ustami i językiem. Ssałem lekko. Lizałem wzdłuż żyłek. Zanurzałem się głębiej. Nagle, bez żadnego ostrzeżenia, jego ciało szarpnęło się gwałtownie, oderwane od drzwi. Wydał ostry, zduszony jęk, który wibrował w jego klatce piersiowej i w moich ustach. Pierwszy, gorący strumień uderzył w moje podniebienie – gęsty, słonawy, intensywnie jego. Zaskoczyło mnie to tak bardzo, że prawie się odsunąłem, ale jego dłonie kurczowo wpiły się w moje włosy, przytrzymując mnie w miejscu. Potem kolejne i kolejne silne pulsacje, gdy wytryskiwał w moich ustach, podczas gdy ja instynktownie połykałem, zaskoczony intensywnością i nagłością jego finału.

    Gdy w końcu opadł, ciężko dysząc, opierając się całym ciężarem o drzwi, ja powoli uwolniłem go z ust. Mój podbródek był wilgotny. Uniosłem wzrok, wciąż trochę oszołomiony. Patrzył na mnie szeroko otwartymi oczami, z ustami rozchylonymi w niemym zdumieniu, z twarzą płonącą jak po uderzeniu. Wyglądał absolutnie zaskoczony i zdruzgotany rozkoszą jednocześnie.

    – Kamil… przepraszam – wyjąkał, jego głos był całkowicie zduszony, ochrypły.

    – Ja… ja nie… nie spodziewałem się, że… że tak szybko. Przepraszam, nie zdążyłem… – Spojrzenie miał pełne zakłopotania, ale też niewiarygodnej błogości.

    Uśmiechnąłem się, czując dziwną mieszankę zaskoczenia, dumy i czułości. Otarłem usta grzbietem dłoni.

    – Nie przepraszaj – powiedziałem łagodnie, wstając i przyciągając go do siebie.

    – To znaczy, że ci się podobało. Naprawdę podobało – Pocałowałem go mocno, czując, jak wciąż drży.

    – Poza tym to było… niespodziewane, ale świetne – W jego oczach, pomimo wstydu, malowała się czysta, absolutna rozkosz. Był zaskoczony własną reakcją, ale też absolutnie nią oczarowany.

    Po tym, co wydarzyło się w przedpokoju, ręka w rękę przeszliśmy do mojego pokoju. Michał wciąż był lekko roztrzęsiony, jego policzki płonęły, a dłonie drżały, gdy go prowadziłem. Sama myśl, że to ja doprowadziłem go do takiego stanu, sprawiała, że mój własny kutas wciąż tętnił bolesnym napięciem w ciasnych jeansach.

    Usiedliśmy na krawędzi mojego łóżka. Cisza między nami była gęsta od napięcia, ale też dziwnie komfortowa. Nie musieliśmy nic mówić. Nasze spojrzenia się spotkały, i to wystarczyło. Nachyliłem się pierwszy, a nasze usta spotkały się w pocałunku, który od razu zapłonął namiętnością. Był głębszy, pewniejszy niż kiedykolwiek. Moje dłonie wędrowały po jego plecach, wsuwały się pod koszulkę, czując gorącą, gładką skórę. Jego jęk w moich ustach był jak benzyna. Każdy dotyk, każdy oddech mieszał się w palącą mieszankę pożądania.

    – Skarbie…  – wyszeptałem, odrywając usta od jego szyi, którą właśnie obsiewałem pocałunkami. Moje biodra instynktownie napierały w jego kierunku, szukając ulgi dla mojego nabrzmiałego, rozpaczliwie twardego fiuta.

    – Tak bardzo cię pragnę…

    Wtedy on odsunął się nieco. Jego niebieskie oczy, wciąż mętne od pożądania, patrzyły mi prosto w twarz. Jego dłoń spoczęła na moim kroczu, delikatnie, badawczo, przez materiał jeansów. Dotyk był jak porażenie prądem.

    – Ja… ja też – powiedział cicho, ale stanowczo. Jego palce zaczęły nerwowo manipulować moim paskiem, guzikiem.

    – Teraz… teraz ja chcę… tobie. Spojrzenie spuścił na moje spodnie.

    – Chcę… zrobić to, co ty mnie.

    Serce zabiło mi gwałtownie. Tak. Każda komórka mojego ciała krzyczała tak. Pragnąłem tego bardziej, niż byłem w stanie wyrazić. Myśl o jego ustach na mnie, o jego języku, o jego nieśmiałych, ale pewnych dłoniach… To była najgorętsza fantazja, jaką nosiłem w głowie od tygodni. Ale jednocześnie, przez tę mgłę pożądania, przebił się inny głos. Głos troski. Miłości.

    Złapałem jego dłonie, które już prawie rozpinały mój guzik.

    “Mich…” – powiedziałem łagodnie, ale powstrzymując go.

    – Słuchaj. Nie musisz. Naprawdę. Nie dlatego, że… że ja to zrobiłem tobie.” Patrzyłem mu głęboko w oczy, chcąc, żeby zrozumiał.

    – Jeśli nie jesteś gotowy… jeśli nie chcesz… to nie rób tego. Nie ma presji. Kocham cię i tak. – Moje słowa były szczere. Jego komfort, jego gotowość były teraz najważniejsze.

    On jednak pokręcił głową. Spojrzenie, które podniósł na mnie, było niezwykle poważne i… zdecydowane. Nie było w nim już nieśmiałości z przedpokoju.

    – Chcę –  Powiedział mocno, niemal wyzywająco. Jego palce wymknęły się z mojego uścisku i z determinacją wróciły do mojego guzika, rozpinały go, opuszczały suwak.
    – Bardzo chcę, Kamil. Od… od tamtego dnia. Myślałem o tym. Chcę spróbować. Dla ciebie. I… i dla siebie.

    Moje opory stopniały. Odchyliłem się nieco, dając mu przestrzeń.

    – Okej… okej, kochanie – wyszeptałem, głos mi się załamał.

    – Jeśli naprawdę chcesz…

    Nie skończyłem. Michał szybko ściągnął moje jeansy i bokserki, uwalniając mojego nabrzmiałego, pulsującego fiuta. Czułem chłodne powietrze na skórze i jego wzrok, badający mnie z mieszaniną fascynacji i lekkiego przerażenia. Mój kutas stał twardo, skierowany lekko w górę, żyły wyraźnie zarysowane na napiętej skórze.

    Zanim zdążyłem coś powiedzieć, Michał zsunął się z łóżka i ukląkł między moimi rozchylonymi nogami. Jego pozycja była nieco niezgrabna, ale determinacja w jego oczach była niepodważalna. Uniósł dłoń, nieśmiało dotknął czubka mojego penisa opuszkami palców. Dreszcz rozkoszy przebiegł po moim kręgosłupie.

    – Boże… – wyjąkałem, opierając się na łokciach, by lepiej widzieć.

    Potem się pochylił. Pierwszy dotyk jego warg na mojej główce był jak delikatne muśnięcie płomieniem. Miękki, ciepły, niepewny. Wydałem mimowolny jęk. Michał uniósł na mnie wzrok, jakby sprawdzając reakcję. Moje pełne zachwytu spojrzenie musiało być wystarczającą odpowiedzią, bo uśmiechnął się lekko, nieśmiało, i powtórzył ruch. Tym razem bardziej świadomie, obejmując wargami sam czubek i delikatnie zasysając.

    – Oooo… tak… – syknąłem, wbijając palce w prześcieradło.

    To było… nieziemskie. Jego usta były miękkie, gorące, a ten nieporadny, ale pełen skupienia ruch języka – płasko przesuwającego się po dolnej stronie mojej główki – doprowadzał mnie do szaleństwa.

    Zachęcony moją reakcją, Michał stał się śmielszy. Otworzył usta szerzej i wziął mnie głębiej. Nie od razu dużo, stopniowo, centymetr po centymetrze. Czułem, jak jego język eksploruje mój pręt – liżąc żyły, okrążając koronę, dociskając do wrażliwego miejsca pod żołędziem. Było to trochę niezdarne, czasem zbyt mocne, czasem zbyt delikatne, ale autentyczne i pełne takiego skupienia, że czułem się jak najważniejsza osoba na świecie.

    – Tak, właśnie tak… – mamrotałem, patrząc, jak jego głowa porusza się między moimi udami, jego jasne włosy opadając na czoło. Jego oczy były zamknięte w skupieniu, brwi lekko zmarszczone, jakby rozwiązywał trudne zadanie. Widok był tak niezwykle podniecający.

    Wkrótce znalazł rytm. Głowa poruszała się do przodu i do tyłu, jego usta obejmowały mnie coraz głębiej, coraz pewniej. Słyszałem ciche odgłosy ssania, mlaskania, moje własne stęki i jego przyspieszony oddech przez nos. Czułem wilgoć jego śliny, ciepło jego ust, szorstkość jego języka. Każdy nerw w moim ciele był rozpalony do czerwoności.

    – Jesteś… niesamowity… – wyjąkałem, czując, jak napięcie w moim podbrzuszu narasta nieubłaganie, stając się bolesnie intensywne.

    – Mich… zaraz… zaraz dojdę… – ostrzegłem, próbując lekko odsunąć jego głowę.

    Ale on, ku mojemu zdumieniu, tylko mocniej wpił palce w moje uda i wziął mnie jeszcze głębiej, intensywniej. Jego spojrzenie, które podniósł na mnie w tym momencie, było pełne wyzwania i… pragnienia. Chciał wszystkiego. Tak jak ja wcześniej.

    I to było ostatnie, czego potrzebowałem. Fala rozkoszy uderzyła we mnie z niszczycielską siłą. Moje ciało wyprężyło się jak łuk. Wydałem ryk, któremu próbowałem bezskutecznie zapobiec. Pierwszy wytrysk wystrzelił, potem kolejne, silne pulsacje, gdy opróżniałem się w jego ustach, w jego cieple, podczas gdy on wciąż pracował ustami i językiem, wydobywając ze mnie ostatnie drgawki ekstazy.

    Gdy w końcu opadłem na łóżko, ciężko dysząc, Michał powoli uwolnił mnie z ust. Odsunął się, klęcząc między moimi nogami. Jego usta były wilgotne, błyszczące, policzki płonęły, a oczy błyszczały triumfem i głębokim wzruszeniem. Wyglądał pięknie i absolutnie spełniony. Obruszył usta, przełknął.

    – Kamil… – wyszeptał, jego głos był ochrypły.

    – To było… Czy… czy to było dobrze?

    Uśmiechnąłem się, czując, jak łzy szczęścia napływają mi do oczu. Sięgnąłem, przyciągnąłem go do siebie na łóżko, przytulając mocno.

    – Kochanie – wyszeptałem mu do ucha, całując jego rozgrzane skronie.

    – To było… doskonałe. Po prostu doskonałe. Dziękuję. – Przytulił się do mnie, ukrywając twarz na mojej szyi, ale czułem, jak się uśmiecha.

    Po burzliwej fali namiętności zapadła cisza. Ciepła, spokojna, przesycona nowym rodzajem bliskości. Leżeliśmy na wąskim łóżku, splątani, ja na plecach, Michał z głową na mojej klatce piersiowej, nasłuchując bicia mojego serca. Jego dłoń rysowała leniwe kółka na moim brzuchu. Oddychaliśmy w rytm, powoli, głęboko. Czułem się… odsłonięty. Nie tylko fizycznie, ale i emocjonalnie. Ta intymność zdjęła ostatnie warstwy niepewności.

    – Jak się czujesz? – zacząłem cicho, głaszcząc jego jasne włosy.

    – Nie wiem – odparł szczerze, podnosząc głowę, by spojrzeć mi w oczy.

     – Inaczej? Tak, jakby… wszystko było bardziej prawdziwe –  Przytulił się mocniej.

    – A ty?

    – Tak samo – przyznałem.

    Po chwili westchnął.

    – Tylko… Tylko czasem myślę, jak to będzie trudne. Taka miłość… Ukrywać ją przed wszystkimi. Nie móc powiedzieć nikomu… – Jego głos był cichy, pełny smutku.

    – A ty? Czy… czy nie żałujesz czasem, że nie… że nie pokochałeś dziewczyny? Że musisz chować się z… ze mną?”

    – Nigdy – odparłem stanowczo, patrząc mu prosto w oczy.

    – Słuchaj mnie, Michał. Kocham ciebie. Za to, kim jesteś. Za twój śmiech, twoje myśli, twoje nieśmiałe uśmiechy… Za to, jak się czuję, gdy jesteś blisko. Płeć? Nie ma dla mnie żadnego znaczenia. Jesteś moim kochaniem. Moim chłopakiem. I nie zamieniłbym tego na nic.

    Michał wpatrywał się we mnie, jakby szukał śladu kłamstwa. W jego oczach widziałem ulgę i wzruszenie.

    – Naprawdę?

    – Naprawdę  – przytaknąłem.

    – Jesteś wszystkim, czego pragnę. Owszem boję się tego, jak zareagowali, by ludzie gdyby wiedzieli. Bardzo się tego boję. Ale kocham Cię bardzo i chcę być z tobą a nie z nikim innym.

    – Ja ciebie też bardzo kocham.

    Rozmawialiśmy dalej. O zwykłych rzeczach, które nagle nabierały nowego znaczenia. O szkole, o jego kiepskiej fizyce, o lubianych i nielubianych nauczycielach. O tym, co chcielibyśmy robić latem. O morzu, które oboje uwielbialiśmy, choć Michał bał się wysokich fal. O jego marzeniu, by kiedyś mieć psa. O planach na przyszłość. Słowa płynęły swobodnie, bez przymusu, przeplatane pocałunkami, przytulaniem, głaskaniem. Byliśmy po prostu sobą. Dwoma chłopakami zakochanymi po uszy, odkrywającymi siebie nawzajem na wszystkich możliwych poziomach.

    I wtedy to przyszło. Znowu. Nie gwałtowny pożar, ale powolne, ciepłe rozlewanie się podniecenia w moich żyłach. Patrzyłem, jak Michał mówi coś o lekcji biologii, gestykulując, jak jego usta poruszają się, jak jego szyja wygina się delikatnie, jak światło z okna igra z jego jasnymi włosami. I poczułem to pragnienie – głębsze, intensywne. Pragnienie zobaczenia w tym świetle – całkiem nagiego.

    – Co tak zamilkłeś, o czym myślisz? – zapytał nagle

    A ja postanowiłem nie ukrywać przed nim moich myśli.

    – Chciałbym… chciałbym cię zobaczyć… nago – Poczułem jak się rumienię.

    – Przecież już widziałeś – oparł patrząc się kierunku swojego krocza.

    – Nie to mi chodzi. Chcę cię zobaczyć nago… całego.

    Michał zamilkł. Przez chwilę jego oczy stały się ogromne, a róż na policzkach pogłębił się. Ale nie było w nim paniki, tylko intensywne skupienie. Patrzył na mnie, jakby ważył moją prośbę. Wreszcie, bez słowa, powoli się podniósł i stanął przed łóżkiem.

    Zaczęło się powoli, niemal rytualnie. Najpierw zdjął koszulkę, odsłaniając smukłą, gładką klatkę piersiową z delikatnie zarysowanymi mięśniami brzucha i dwoma bladoróżowymi sutkami. Skóra była nieskazitelna, jedwabiście gładka w blasku popołudniowego słońca. Potem pochylił się i zdjął skarpetki. Wreszcie, jego dłonie skierowały się do spodni. Spojrzał na mnie, jakby szukając ostatniego potwierdzenia. Moje pełne zachwytu, niemal nabożne spojrzenie musiało być odpowiedzią. W jednym płynnym ruchu opuścił spodnie i majtki, stając przede mną całkowicie nagi.

    Zaparło mi dech w piersiach. Był… doskonały. Smukły, ale nie chudy. Jego ramiona i klatka miały młodzieńczą, sportową budowę. Biodra wąskie, nogi proste i zgrabne. A pośrodku – jego kutas, teraz w stanie spoczynku, delikatny i bezbronny, ale wciąż piękny w swojej męskości. Całość sprawiała wrażenie kruchej, ale niezwykle pięknej rzeźby.

    – Jesteś… niesamowity… i piękny – wyszeptałem, nie mogąc oderwać wzroku.

    Spuścił wzrok, zawstydzony, ale uśmiechnięty. Jego ręce nerwowo opadły wzdłuż ciała, jakby nie wiedział, co z nimi zrobić. Stał tak przez chwilę, odsłonięty, powierzając mi całe swoje ciało w tym geście absolutnego zaufania.

    Potem podszedł bliżej do łóżka. Jego oczy, teraz ciemne i pełne nowego rodzaju pewności, badały moje ubrane ciało. Jego dłoń wyciągnęła się i delikatnie dotknęła mojej koszulki na piersi.
    – Twoja kolej, Kamil” – powiedział cicho, ale głos miał stanowczy.

    – Ja też chcę zobaczyć ciebie.

    Bez wahania, bez cienia wstydu (bo jak mógłbym się wstydzić przed nim?), usiadłem i zdjąłem koszulkę. Potem spodnie i bokserki. W końcu i ja stanąłem przed nim nagi, pozwalając jego spojrzeniu wędrować po mojej bardziej umięśnionej klatce piersiowej, szerszych ramionach i prowadzącym w dół brzuchu. Mój kutas, częściowo podniecony samym widokiem jego nagości i tym, co się działo, spoczywał ciężko między udami.

    Michał patrzył z otwartymi ustami, z fascynacją i wyraźnym pożądaniem w oczach. Jego wzrok przesuwał się powoli, centymetr po centymetrze, jakby chciał zapamiętać każdy szczegół, a ja widziałem, jak jego penis zaczyna się lekko podnosić w reakcji na mój widok. Podszedł blisko, jego dłoń uniosła się i lekko, jak piórkiem, dotknęła mojego ramienia, potem klatki piersiowej, w końcu spoczęła na moim boku.

    – Ty też jesteś piękny – wyszeptał.

    Jego dotyk i słowa sprawiły, że mój fiut wyraźnie drgnął i uniósł się nieco. Michał to zauważył i uśmiechnął się nieśmiało, ale triumfalnie.

    Staliśmy tak przez dłuższą chwilę, naprzeciwko siebie, całkowicie nadzy, w milczeniu, które mówiło więcej niż tysiąc słów. Nie było wstydliwości, nie było pośpiechu. Było tylko wzajemne podziwianie, akceptacja i ta ogromna, spokojna fala miłości i pożądania, która znów zaczynała narastać. Wiedzieliśmy, że ta nagość to nie koniec, ale początek nowego etapu w tej sobocie.

    Nie musieliśmy mówić. To pragnienie, to ciepło, które przepływało między naszymi nagimi ciałami, było głośniejsze niż jakiekolwiek słowa. Michał położył się na wznak na moim łóżku, a ja wślizgnąłem się nad nim, podpierając się na łokciach, by móc patrzeć mu w oczy. Nasze nogi splotły się naturalnie, jego uda obejmowały moje biodra. Czułem każdy centymetr jego gorącej skóry pod moją – miękką klatkę piersiową, płaski brzuch, wcięcie bioder. Był taki prawdziwy. Tak całkowicie mój. To uczucie – jego nagość pod moją nagością, jego oddech mieszający się z moim – napełniało mnie szczęściem tak intensywnym, że aż bolesnym. To się dzieje. Naprawdę. On jest tutaj, ze mną, taki cały.

    – Kochanie…  – wyszeptałem, pochylając się, by złożyć delikatny pocałunek na jego ustach, potem na czubku nosa, na powiece.

    – Jesteś taki piękny. Tak cudownie… mój – Każde słowo było szczere, wypływające prosto z serca skołatanego miłością i podnieceniem.

    Michał odpowiedział pocałunkiem, głębszym, bardziej żarliwym. Jego dłonie wędrowały po moich plecach, w dół, aż do pośladków, przyciągając mnie mocniej do siebie. Czułem, jak jego kutas, miękki jeszcze, zaczyna nabrzmiewać, ocierając się lekko o mój brzuch. Mój własny fiut, już w pełni postawiony, twardy i pulsujący, spoczywał ciężko na jego udzie, blisko, tak blisko jego własnego.

    To było to. To naturalne tarcie, to poszukiwanie kontaktu. Instynktownie, nie myśląc, tylko czując, zacząłem poruszać biodrami. Delikatnie na początku, jakby testując. Mój kutas przesunął się wzdłuż jego uda, ocierając się o miękką skórę, w stronę jego krocza. Michał wstrzymał oddech, jego oczy szeroko otwarte, utkwione we mnie. Wtedy moje biodra wykonały pełniejszy ruch – mój nabrzmiały pręt przesunął się wzdłuż całej długości jego własnego, który w odpowiedzi natychmiast stwardniał do granic możliwości.

    – Ooo… Kamil… – jęknął Michał, głowa odrzucona do tyłu, oczy przymknięte.

    – Tak…”

    To był sygnał. Ocieranie się kutasami. Doświadczać tego z nim… To było coś zupełnie innego. Coś niesamowicie intymnego i podniecającego. Zacząłem ruszać biodrami w stałym, powolnym rytmie, w przód i w tył. Nasze nabrzmiałe członki spotykały się, ocierały, ślizgały po sobie nawzajem, pokrywane szybko wilgocią preejakulatu. Ciepło, tarcie, aksamitna gładkość skóry na skórze – doznania były oszałamiające.

    – Patrz na mnie – poprosiłem ochryple. Michał otworzył oczy, jego spojrzenie było mgliste, rozchwiane, ale utkwiło we mnie.

    – Kocham cię – wyszeptałem, rytm moich bioder przyspieszając nieznacznie. Każde przesunięcie wzdłuż jego długości, każde zetknięcie naszych główek, wywoływało fale rozkoszy, które rozchodziły się od spojenia po czubki palców.

    – Ja… ja ciebie też… – wyjąkał Michał, jego ręce wpiły się w moje pośladki, pomagając mi, naprowadzając mojego kutasa dokładnie tam, gdzie chciał.

    – Tak… o tak… właśnie tak… – Jęczał, a każdy dźwięk napędzał moje ruchy.

    Czułem, jak jego ciało napina się pod moim, jak jego biodra unoszą się, by spotkać moje pchnięcia. Nasze kutasy były teraz mocno ściśnięte między naszymi brzuchami, ocierając się o siebie z każdym ruchem, wytwarzając gorąco i wilgoć, która sprawiała, że wszystko stawało się gładkie, płynne, nieziemsko przyjemne.

    Widok jego twarzy – wykrzywionej ekstazą, ust rozchylonych w niemym krzyku, włosów przyklejonych do spoconego czoła – był równie podniecający, jak fizyczne doznania. Byliśmy całkowicie połączeni, spleceni, zlani w jedno przez ten prosty, a jednak głęboko intymny akt. To nie było tylko tarcie ciał – to było pocieranie się naszych dusz, naszych pragnień, naszej młodej, szalonej miłości.

    Rytm stawał się szybszy, bardziej desperacki. Moje ruchy bioder były krótkie, intensywne, skupione na maksymalnym tarciu, na tym rozkosznym ucisku naszych członków, jeden na drugim. Michał jęczał bez przerwy, jego oddech był płytki, świszczący. Czułem, jak jego mięśnie brzucha i ud napinają się jak struny.

    – Jestem… jestem blisko… – ostrzegł, jego głos był pełen niedowierzania i napięcia.

    “Ja też… – zdążyłem wykrztusić, zanim fala rozkoszy, silniejsza niż wszystko, co kiedykolwiek czułem, zmiotła mnie z powierzchni.

     Wydałem ryk, moje ciało wyprężyło się jak łuk, a strumienie gorącej spermy trysnęły między nasze przylegające brzuchy, oblepiając nasze skóra przy skórze. W tej samej sekundzie Michał zawył, jego ciało szarpnęło się gwałtownie pod moim, a ja poczułem ciepły strumień jego wytrysku mieszający się z moim, tworząc lepką, intymną mieszaninę na naszych brzuchach.

    Leżeliśmy na sobie, ciężko dysząc, spoceni, całkowicie wyczerpani, ale też wypełnieni niesamowitą błogością. Moje biodra jeszcze drgały od resztek rozkoszy. Jego dłonie wciąż kurczowo ściskały moje pośladki. Byliśmy lepcy, spleceni, i absolutnie szczęśliwi. W  moim łóżku, przekroczyliśmy kolejną granicę. I wiedzieliśmy obaj, że to był początek nowego rozdziału w naszej miłości.

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    Han Solo

    Ciąg dalszy w części 2 

  • Nasz pierwszy raz cz. 2

    Przetarliśmy brzuchy i klatki chusteczkami, śmiejąc się cicho z tego lepkiego bałaganu, który zrobiliśmy. Ale nawet po tym, gdy już byliśmy czyści, nie przestaliśmy się dotykać. Wtuliliśmy się w siebie, moje ramię pod jego głową, jego dłoń na mojej klatce piersiowej. Nasze nogi wciąż splątane, skóra przy skórze. Zapach naszego seksu i potu unosił się w powietrzu, mieszając się z zapachem pościeli i naszych ciał.

    – Jesteś niesamowity – wyszeptał Michał, jego usta muskały moje obojczyk. Jego palce rysowały leniwe wzorki na moim boku.

    – Ty jesteś niesamowity – odparłem, odwzajemniając pieszczotę, przesuwając dłoń w dół po jego gładkim plecach, aż do miękkiego zakończenia kręgosłupa, gdzie zaczynała się jego piękna, jędrna pupa.

    Dotykanie go, całkowicie nagiego, po tym wszystkim, co się stało… to była czysta rozkosz. Uczucie absolutnego zaufania, bliskości i przynależności.

    Pocałunki były powolne, głębokie, pełne czułości, bez pośpiechu. Badaliśmy nawzajem swoje usta, języki, zęby. Moja dłoń wędrowała po jego ramionach, klatce piersiowej, brzuchu. Dotykałem delikatnie jego sutków, czując, jak stają twarde pod moimi opuszkami, wywołując u niego ciche jęki. Głaskałem jego uda, wewnętrzną stronę, gdzie skóra była najdelikatniejsza. Każdy nowy centymetr jego ciała był odkryciem, każdy dreszcz, jaki wywoływałem moim dotykiem, napełniał mnie dumą i jeszcze większym pożądaniem.

    Nie wiem jak długo trwały te nasze pieszczoty i pocałunki, ale trwało to na tyle długo, że nasze penisy zaczęły wracać do życia.  Najpierw poczułem, jak jego kutas, miękko spoczywający na moim udzie, zaczyna nabierać twardości. Prawie w tym samym momencie mój własny fiut, ułożony między naszymi brzuchami, odpowiedział tym samym. Podniecenie, podsycane każdym pocałunkiem, każdym dotykiem, każdym wspomnieniem tego, co przed chwilą przeżyliśmy.

    – Chcę… znów. Chcę go mieć w ustach. – Moja dłoń zsunęła się niżej, obejmując jego już w połowie twardego kutasa. Delikatnie go masując, czułem, jak rośnie, wypełniając moją dłoń, stając się twardy i gorący.

    – Dobrze – odparł.

    To było zaproszenie. Zacząłem schodzić w dół jego ciała. Całowałem jego szyję, wgłębienie między obojczykami, każdy z sutków, zatrzymując się dłużej, by ssać i delikatnie gryźć, wywołując u niego głośniejsze jęki i drżenie ciała. Moje usta wędrowały dalej, wzdłuż linii żeber, po płaskim brzuchu, badając miękkie zagłębienie pępka. Całowałem jego biodra, wewnętrzną stronę ud, gdzie skóra była aksamitna i niezwykle wrażliwa. On wił się pod moimi pocałunkami, stękał, jego palce wczepiły się w prześcieradło.

    I wreszcie dotarłem tam. Do podstawy jego teraz już w pełni twardego, pięknego kutasa. Uniósł biodra, jakby błagając o więcej. Złożyłem delikatny pocałunek na samej nasadzie, tuż nad workiem mosznowym, czując, jak drży. Potem kolejny, nieco wyżej. I jeszcze jeden, na samym trzonie. Wreszcie, bez pośpiechu, objąłem wargami jego główkę. Tym razem nie było zaskoczenia, tylko głęboki jęk rozkoszy.

    Smakował nieco inaczej niż za pierwszym razem. Delikatnie słonawy, znajomy posmak spermy i potu zmieszał się z czystym smakiem jego skóry. To były resztki jego wcześniejszego wytrysku, ślady naszej namiętności sprzed chwili. Ten intymny, jego smak nie był nieprzyjemny – wręcz przeciwnie, działał jak podkręcenie gazu w moim podnieceniu. Potęgował uczucie bliskości, fizycznego połączenia. Ssałem mocniej, głębiej, chcąc wydobyć więcej tego smaku, który był esencją jego rozkoszy.

    Tym razem moje oralne pieszczoty trwały dużo dłużej niż za pierwszym razem. Po dwóch orgazmach, jakie już dzisiaj przeżył, jego ciało potrzebowało więcej czasu. Nie spieszyłem się. Rozkoszowałem się każdą chwilą. Jego kutas był twardy jak stal, ale aksamitnie gładki na języku. Obejmowałem go ustami, wciągałem głęboko, pozwalając sobie poczuć każdy centymetr – pulsujące żyły, kształt żołędzia, wrażliwe wędzidełko. Mój język pracował z precyzją i uwagą.

    – Czuję… że zaraz… znów… – Wyjęczał po kilku minutach mojej zabawy z jego sprzętem.  

    Uśmiechnąłem się wewnętrznie, ale nie zwolniłem. Moim pragnieniem było, by znowu doszedł w moich ustach, chciałem znowu poczuć jak moje usta wypełnia nasienie mojego ukochanego chłopaka. Tak też się stało, Michał wygiął się w rozkoszy a moje usta ponownie wypełniła, znajoma już, ciepła wydzielina. Połykałem nie przerywając obciągania.   

    Gdy jego ostatnie drżenie rozkoszy ucichło, a moje usta uwolniły jego wilgotnego, pulsującego kutasa, Michał leżał przede mną całkowicie rozluźniony, oddychając głęboko, z zamkniętymi oczami i lekkim uśmiechem na ustach. Położyłem głowę na jego brzuchu, słuchając bicia jego serca, które powoli wracało do normy. Czułem się spełniony, że dałem mu tyle przyjemności, ale w mojej głowie i ciele buzowała już nowa, głębsza potrzeba. Podniosłem się, by położyć obok niego. Jego oczy otworzyły się, niebieskie i spokojne.

    – Kochanie… – zacząłem cicho, głaszcząc jego policzek.

    – Jest… jest coś jeszcze. Coś, czego bardzo pragnę. Ale tylko, jeśli ty też będziesz chciał. I tylko, jeśli będziesz gotowy.

    Spojrzał na mnie uważnie, wyczuwając powagę w moim głosie.

    – Co?

    – Chcę… chcę wejść w ciebie – wyznałem, czując, jak krew napływa mi do twarzy, ale utrzymując kontakt wzrokowy.

    Jego oczy rozszerzyły się nieznacznie. Widziałem błyskawiczny przelot myśli: fascynację, ciekawość, ale też lęk.

    – W… w dupę? – zapytał cicho.

    – Boję się… że to może boleć? Słyszałem, że…

    – Pewnie tak – przyznałem szczerze.

    – Ale obiecuję, że będę bardzo, bardzo powolny. I delikatny. A przede wszystkim… jeśli w jakimkolwiek momencie zechcesz przestać, powiesz ‘stop’, to ja natychmiast się zatrzymam. Natychmiast, Michał. Twoje ‘nie’ albo ‘stop’ to dla mnie świętość. Obiecuję. – Moje spojrzenie było poważne, pełne determinacji, by go nie skrzywdzić.

    Michał patrzył na mnie długo, w milczeniu. Widziałem, jak waży moje słowa, jak mierzy się ze swoim strachem i ciekawością. W końcu wziął głęboki oddech i kiwnął głową, niepewnie, ale stanowczo.

    – Okej” – wyszeptał.

    – Ufam ci. Chcę… chcę spróbować. Z tobą.

    Ulga i wdzięczność, które poczułem, były ogromne. Pocałowałem go mocno.

    – Dziękuję ci. Będę delikatny. Obiecuję.

     Wiedziałem, że kluczem jest maksymalne rozluźnienie i przygotowanie. Pomogłem mu się położyć na brzuchu, podkładając poduszkę pod biodra, by jego pośladki były uniesione i dostępne. Sam ukląkłem między jego rozchylonymi nogami. Widok jego nagich, jędrnych pośladków i ukrytego między nimi ciemnego, różowego oczka był nieziemsko podniecający, ale też nakładał na mnie ogromną odpowiedzialność.

    – Zrelaksuj się – szepnąłem, kładąc dłonie na jego pośladkach, delikatnie je rozchylając.

    – Najpierw… najpierw cię pocałuję. Tam.

    Pochyliłem się. Pierwszy pocałunek złożyłem nie na pośladku, ale na dolnej części jego pleców, tuż nad szczeliną. Czułem, jak drgnął. Potem kolejny pocałunek, niżej. I jeszcze niżej. Wreszcie moje usta dotknęły miękkiej skóry tuż przy jego odbycie. Słyszałem jego ostry wdech.

    – Kamil…! – wydusił, ale nie protestował. Jego mięśnie były napięte.

    – Rozluźnij się – mruknąłem, a potem… działałem.

    Mój język, płaski i wilgotny, powiódł szerokim ruchem wzdłuż jego szczeliny, od góry do dołu, omiatając wrażliwą skórę wokół samego wejścia. Michał wydał cichy jęk, a jego ciało lekko zadrżało.

    Powtórzyłem ruch, wolniej, bardziej świadomie, skupiając się na samym zewnętrznym pierścieniu mięśni. Był niesamowicie miękki i gorący. Czułem jego zapach – intymny, czysty, zmieszany z naszym potem. Zacząłem okrążać językiem samo wejście, delikatnymi, pulsującymi ruchami, naciskając, ale nie próbując jeszcze wnikać. Słyszałem, jak jego oddech przyspiesza, jak jęczy cicho w poduszkę. Jego mięśnie powoli, powoli zaczynały się rozluźniać pod wpływem tej niezwykle intymnej pieszczoty.

    Zwiększyłem nacisk. Mój język stał się bardziej punktowy, bardziej natarczywy. Zacząłem lizać bezpośrednio wokół samego, ciasnego otworu, rozgrzewając i nawilżając go. W końcu, gdy poczułem, że jego ciało jest bardziej podatne, język wślizgnął się do środka. Tylko na centymetr, może dwa. Ciepło, ciasnota, niesamowita intymność tego miejsca… Michał wydał głęboki, drżący jęk i wbił palce w prześcieradło. Pracowałem językiem, delikatnie penetrując, masując wewnętrzne mięśnie, przygotowując je na coś większego.

    Gdy uznałem, że jest gotowy, odsunąłem twarz od jego dupci. Nawilżyłem śliną  swojego twardego jak skała fiuta, który aż pulsował z niecierpliwości. Moje serce waliło jak młot.

    Ukląkłem między jego nogami, uniosłem jego biodra wyżej. Jego rozchylone pośladki odsłaniały rozluźnione, wilgotne wejście.

    – Jesteś gotowy? – spytałem, głos mi drżał.

    – Tak… – odparł, odwracając głowę, by spojrzeć mi w oczy. Jego spojrzenie było pełne zaufania.

    Powoli, z najwyższą ostrożnością, jaką kiedykolwiek okazałem, przyłożyłem czubek swojego penisa do jego wejścia. Nacisnąłem bardzo delikatnie. Poczułem opór, ale mniejszy niż przy palcu.

    – Oddychaj, rozluźnij się – Szepnąłem

    Wykonał głęboki wdech i wydech. I wtedy, w tym momencie rozluźnienia, czubek mojego kutasa przeskoczył przez zewnętrzny pierścień mięśni i znalazł się w środku. Ciasnota i gorąco, które mnie otoczyły, były nie do opisania. Niesamowite. Michał wydał ostry, zduszony jęk.

    – Boli? – zapytałem natychmiast, zatrzymując się, choć każda komórka mojego ciała krzyczała, by pchać głębiej.

    – Tak… ale… nie przerywaj – wyjąkał, oddychając szybko.

    To był najtrudniejszy moment w moim życiu. Powstrzymać instynkt, by zanurzyć się w tym rajskim uścisku. Posuwałem się milimetr po milimetrze, dając mu czas na przyzwyczajenie się do każdego fragmentu mojej długości. Słuchałem każdego jego oddechu, każdego stęku. Czułem, jak jego wewnętrzne mięśnie kurczą się i rozluźniają wokół mnie.

    – Wszystko w porządku? – pytałem, co kilka centymetrów.

    – Tak… tak

    – Jesteś taki ciasny… – wyszeptałem, zachwycony tym, jak jego ciało obejmowało mnie. Ciasnota jego dupy była niesamowita, każdy ruch sprawiał, że czułem się jakbym był wtapiany w niego, jakby nasze ciała były stworzone do tego, by być razem.

    Kiedy byłem już w nim całkowicie, zatrzymałem się, pozwalając mu odetchnąć. Jego dłoń sięgnęła do mojej, splatając nasze palce w ciasnym uścisku. Następnie zacząłem się poruszać, powoli, rytmicznie, jakbyśmy tańczyli do muzyki, której nikt inny nie słyszał.
    Każdy ruch był uważny, pełen troski o jego reakcje. Gdy jego oddech przyspieszał, zwalniałem, pozwalając mu nadążyć. Gdy jego mięśnie napinały się, zatrzymywałem się, czekając, aż znów się rozluźnią. Później wsuwałem się głębiej, wycofywałem się nieco dalej, znajdując rytm.

    W końcu poczułem, jak napięcie w moim ciele osiąga punkt kulminacyjny. Czułem, jak fala rozkoszy przepływa przez mnie, od stóp do głów, jakbym tracił kontrolę nad każdym mięśniem. Moje ruchy stały się szybsze, bardziej intensywne, a ja poczułem, jak moje ciało przygotowuje się do finału.
    Zaciągnąłem go mocno do siebie, wbijając się w niego głęboko, mocno, i pozwoliłem, by fala orgazmu, potężniejsza niż wszystkie poprzednie, zmiotła mnie z powierzchni ziemi. Wydałem ryk, wytryskując głęboko w jego ciepłe, ciasne wnętrze, czując jednocześnie, jak jego ciało drga pod moim.

    Gdy z niego wyszedłem położyłem się obok niego przytulając go.

    Leżeliśmy tak przez jakiś czas, nieruchomi, oddychając w tym samym ciężkim rytmie. Moje serce waliło jak młot, jego podobnie.

    – Kochanie… – wyszeptałem w końcu, głos miałem zduszony, ochrypły od krzyków. Moje usta przywarły do jego spoconego czoła, składając tam delikatny, drżący pocałunek.

    – Wszystko… w porządku? Nie bolało… za bardzo?
    Jego oczy były przymknięte, usta rozchylone, na policzkach wciąż płonął rumieniec. Po chwili otworzył oczy – niebieskie, pełne zmęczenia, ale i niezgłębionego spokoju.

    – Trochę… na początku – przyznał szczerze, jego głos był cichy

    – Ale potem… potem… Fakt,  że tobie było dobrze i to, że byłeś we mnie, że byliśmy połączeni. To wszystko sprawiało, że mimo bólu chciałem by to trwało.

    Ulgę i falę czułości, które we mnie zalały, trudno było opisać. Przytuliłem go mocniej.

    – Kocham cię  – wyjąkałem, czując, jak łzy napływają mi do oczu.

    – Tak bardzo, Michał. Dziękuję ci. Za zaufanie. Za… za to, że jesteś.

    – Ja ciebie też kocham – Pocałował mnie – powoli, głęboko, pieszczotliwie. Pocałunek smakował solą naszego potu, słodyczą naszego zmęczenia i nieskończoną czułością.

    Leżeliśmy tak, przytuleni, całując się leniwie, bez pośpiechu, wymieniając ciche słowa miłości i podziwu. Moje dłonie wędrowały po jego plecach, czując każdy kręg, każdą bliznę po młodzieńczym trądziku, każdy centymetr tej cudownej skóry, która teraz była moja do odkrywania. Jego dłonie błądziły po mojej klatce piersiowej, ramionach, szyi. Byliśmy nadzy, lepcy, zmęczeni, ale absolutnie szczęśliwi.

    W końcu zapadła cisza, słodka i ciężka od emocji i fizycznego wyczerpania. Czułem, jak jego oddech stopniowo się wyrównuje, jak ciało wiotczeje w moich ramionach. Słońce, które wcześniej tak pięknie oświetlało naszą miłość, teraz kładło się na nas ciepłymi, popołudniowymi plamami. Zmęczenie po emocjach i fizycznym wysiłku aktu zaczynało brać górę.

    I tak zasnął. W moich ramionach. Nagi, ufny, całkowicie oddany. Jego oddech był miarowy i ciepły na mojej szyi. Patrzyłem na niego – na jego rozchylone usta, długie rzęsy rzucające cienie na policzki, rozczochrane jasne włosy – i czułem, jak coś w mojej piersi rozkwita. Miłość. Ochrona. Odpowiedzialność. I niezniszczalna pewność, że to, co między nami, było najprawdziwszym i najcenniejszym skarbem, jaki mogłem kiedykolwiek zdobyć. W moim łóżku, z moim Michałem bezpiecznie śpiącym na moim sercu, świat był doskonały. I wiedziałem, że zrobimy wszystko, by chronić tę doskonałość, bez względu na to, co przyniesie przyszłość.

    Czas płynął nieubłaganie. Cień za oknem wydłużał się, a złote popołudnie zmieniało w ciepły, purpurowy zmierzch. Michał spał w moich ramionach głęboko, spokojnie, jego oddech miarowy na mojej skórze. Każda minuta była skarbem, każdy uderzenie jego serca przy moim – błogosławieństwem. Ale wiedziałem, co nadchodzi. Rodzice. Powrót. Koniec naszej bańki.

    – Michał… – szepnąłem delikatnie, gładząc jego policzek.

    – Mich… musimy wstawać.
    Jego niebieskie oczy otworzyły się powoli, mgliste ze snu. Przez chwilę wyglądał na zagubionego, ale gdy zobaczył moją twarz, uśmiechnął się, ten słodki, nieśmiały uśmiech, który kochałem nad życie. Przytulił się mocniej.
    – Nie chcę… – zamamrotał, chowając twarz na mojej szyi.

    – Jeszcze chwilę. Tylko chwilę.
    – Wiem, kochanie. Ja też nie chcę. – Przyciągnąłem go, całując w czoło, w nos, w usta. Każdy pocałunek był gorzki, bo wiedziałem, że to ostatnie dzisiejszego dnia.

    Wstanie z łóżka było fizycznym bólem. Oderwanie mojej skóry od jego, pomoc mu w ubraniu, gdy był jeszcze rozleniwiony i lekko obolały.  Patrzyłem, jak poprawia koszulkę, jak naciąga jeansy, jak jego palce drżą lekko przy pasku.

    Gdy stanął w przedpokoju, gotowy do wyjścia, nie mogłem się powstrzymać. Przyciągnąłem go do siebie ostatni raz, przygwoździłem do drzwi i zanurzyłem się w pocałunku, który był pełen rozpaczy, pożądania i obietnicy. Jego ręce wpiły się w moje włosy, odpowiadając z równą intensywnością.

    Wtedy Michał spojrzał na mnie, a w jego oczach pojawiła się dziwna zaduma.

    – Wiesz… czasem o tym myślę. O tamtej imprezie  Bartka. – Zawahał się.

    – Miałem wtedy iść do Tomka. Kolegi z klasy. Gdybym poszedł… to byśmy się… to by się nie wydarzyło. Nie pocałowałbyś mnie w kuchni. Nie byłoby… tego wszystkiego – Wzruszył ramionami, jakby sam był zdziwiony tą myślą.
    Zamarłem. Potem złapałem go za ramiona, może trochę za mocno, patrząc mu prosto w oczy.

    – Nie. Nie mów tak  – Mój głos był ostrzejszy, niż zamierzałem.

    – To nie był przypadek, Michał. To nie była… kwestia tego, czy byłeś w kuchni, czy nie – Pociągnąłem go z powrotem do siebie, obejmując.

    – Prędzej czy później i tak bym cię zobaczył. Naprawdę zobaczył. Tak jak teraz. I zakochałbym się. Tak samo mocno. Tylko… może trochę później. Ale na pewno by się stało. Jesteś… nie do przeoczenia.
    Uśmiechnął się, a w jego oczach pojawiły się łzy. Łzy ulgi? Szczęścia?

    – Głupi jesteś – wyszeptał, przytulając się mocno.

    – Ale kocham cię za to.
    – Ja ciebie też. Idź już  – Otworzyłem drzwi, zerkając na pustąklatkę schodową.

    – Do zobaczenia wkrótce.
    – Do zobaczenia, Kamil – Wyszedł, rzucając mi ostatnie, pełne tęsknoty spojrzenie, zanim zniknął.

    Drzwi zamknęły się z cichym kliknięciem. Samotność, która nagle wypełniła mieszkanie, była głośniejsza niż wszystkie nasze jęki i śmiechy z całego dnia. Oparłem się czołem o chłodne drewno drzwi. Miał rację. Gdyby nie impreza… Ale ja też miałem rację. To musiało się stać. On i ja. Jak siła wyższa.

    Epilog

    Pół roku. Pół roku ukrywania się, kłamstw, krótkich spotkań za garażami, wymyków do pustych pokoi, szeptów pełnych miłości i strachu. Pół roku życia w dwóch światach. W końcu nie wytrzymaliśmy. Miłość była silniejsza niż strach. Postanowiliśmy powiedzieć prawdę.
    Rodzice Michała przyjęli to… źle. Ojciec milczał. Matka płakała – cicho, ale uparcie i  mówiąc ciągle, że to choroba. Ale byli dobrymi ludźmi. Po tygodniach napiętej ciszy, po cichych rozmowach, po tym, jak widzieli, że Michał jest szczęśliwszy niż kiedykolwiek (choć ukradkiem), zaczęli powoli akceptować. Nie entuzjastycznie, nie bez oporów, ale przestali udawać, że nie widzą. Pozwalali mu przychodzić do mnie. To było coś.

    Natomiast moi rodzice mnie zaskoczyli. Nie obyło się bez trudnych rozmów, ale koniec końców zaakceptowali nasz związek i nawet nas wspierali.

    Bartek… Bartek nie wybaczył. Był pełny zdrady, gniewu i obrzydzenia, którego nie potrafił (albo nie chciał) ukryć. Przyjaźń, która przetrwała naprawdę wiele – pękła jak cienki lód. Strata brata (bo takim był dla mnie Bartek) była raną, która długo się goiła.

    Mimo wszystko… byliśmy razem. Prawdziwi. Nie musieliśmy już chować się w ciemnych kątach. Mogliśmy trzymać się za ręce w moim domu. Mogliśmy całować w drzwiach pokoju, gdy rodzice udawali, że nie widzą. Przetrwaliśmy, pierwsze dorosłe decyzje, presję świata.

    Kochaliśmy się intensywnie, namiętnie, czasem desperacko, przez trzy piękne, trudne, kształtujące lata. Nasza miłość była jak żywioł – potrafiła ogrzać do białości i spalić do fundamentów. Uczyliśmy się siebie, życia, dorosłości… razem.

    Rozstaliśmy się w burzliwych okolicznościach. Nie z braku miłości, ale przez zdarzenia, których można było uniknąć, których ja mogłem uniknąć.  To bolesne, skomplikowane zakończenie… to już jednak temat na inną historię. Historię nie mniej prawdziwą, nie mniej intensywną, ale zupełnie inną od tej pierwszej, czystej miłości, która zaczęła się od pocałunku w kuchni.

     Bez względu na to, co przyniosło życie później, Michał na zawsze będzie moją pierwszą, prawdziwą, szaloną i największą miłością. A ta sobota kiedy przeżyliśmy nasz pierwszy raz – jednym z najlepszych dni mojego życia.

    KONIEC.

     

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    Han Solo

    Ostatnia część opowiadani. 

    Mam nadzieję, że się podobało.

    Zapraszam do komentowania. 

  • Pan i wladca I – nowa praca cioci Jolanty

    Jolanta zaparkowała swój samochód. Jej oczom ukazała się nowoczesna, biała, dwupiętrowa willa. Wysiadła ze starego Opla Vectra, który w jej głowie nie pasował do tego miejsca. W domu zakupionym przez jej bratanka nie była nigdy, chodź minął niecały rok od nabycia. On i jego matka w ostatnich latach oddalili się od Joli, ponieważ rozstała się z mężem i jego rodzina stała się dla niej przeszłością. Jednak nie odrzuciła oferty pracy, jaką zaoferował jej Igor. Po chwili poświęconej na podziwianie posiadłości udała się w kierunku drzwi. Krótkowłosa blondynka o dość kształtnej budowie i piersiach z miseczką D pewnie zmierzała do willi w czarnych, eleganckich butach. Kremowa marynarka i czarne spodnie podkreślały jej klasę. Z początku myślała nad skromniejszym ubiorem, w końcu jedzie do rodziny. Mimo to postawiła sprawę poważnie i nie żałuje.

    Wcisnęła dzwonek do drzwi. Po kilkunastu sekundach drzwi posiadłości otworzyły się, a jej oczom ukazała się atrakcyjna, długowłosa blondynka w jej wieku. To była Kinga, jej szwagierka (właściwie to była szwagierka). Z uśmiechem na twarzy Jolanta prześlizgnęła się wzrokiem po jej sylwetce, lecz jej biały szlafrok odsłonił jedynie zgrabne nogi oraz stopy, na których miała różowe kapcie.

    — Witaj kochana! — powiedziała entuzjastycznie Kinga.
    — Hej! Długo się nie widziałyśmy. — odparła nieco przytłamszona seksownym wyglądem kobiety.
    — To prawda. Odkąd nasi mężowie nas zostawili wcale się nie widziałyśmy. Chociaż nasi synowie całkiem nie stracili kontaktu.
    — Chociaż oni… Pewnie wiesz, że twój syn miał mi zaoferować jakąś pracę.
    — Oczywiście, że wiem. Proszę wejdź. — Kinga zaprosiła ex-szwagierkę do domu. — Tutaj masz szatnię. — pokazała drzwi po lewej stronie.

    Dom państwa Sokołowskich miał oddzielne pomieszczenie dla przybywających gości. Nie ma zostawiania butów przed drzwiami. Nawet takie niuanse z pozoru nieistotne budziły w Jolancie szacunek. Zostawiła buty i poszła z Kingą w stronę salonu. Zobaczyła pomieszczenie z wielkimi oknami, za którymi znajdował się basen. Naprzeciwko dużej kanapy znajdował się ogromny telewizor.

    — No, no… Chciałabym mieć taki dom. — Zaśmiała się Jolanta.
    — Ha, ha. Robi wrażenie, co? Mój synek ma gust.

    Kobiety usiadły na kanapie, lekko oddalone od siebie i rozpoczęły rozmowę.

    — Igor jest w domu, prawda?
    — Jasne. Zaraz do nas przyjdzie. Napijesz się czegoś?
    — Wszystko oprócz alkoholu, prowadzę. Swoją drogą, co robi Igor?
    — Cierpliwości, kończy pracować i do nas zejdzie.
    — Nie zrozumiałaś mnie. Miałam na myśli gdzie pracuje.
    — A, bo ty nie wiesz. — Kinga uśmiechnęła się szeroko. — Jest trader’em.
    — Wiesz, że nic mi to nie mówi? — odparła nieco zmieszana i przestraszona Jolanta.
    — Spokojnie Jolu. On cię nie potrzebuje do pracy w zawodzie. Wszystko sam ogarnia.

    Jola zaniepokoiła się. Jeśli nie chodzi o pracę, to zapewne jakieś sprzątanie, albo inna pomoc domowa. Czy oni chcą ją updolić? Wiedzą, że zarabia minimalną na kasie i chcą pokazać jej miejsce w szeregu. Pani Sokołowska i jej syn w luksusowej willi, w której zatrudnili po znajomości ciotkę, żeby po nich sprzątała. Taka sprzątaczka na pewno nie dostanie większej pensji, niż w sklepie.

    W czasie rozmyślań Jolanty do salonu zawitał główny bohater tej opowieści. Dwudziestoletni mężczyzna o krótkich, ciemnych włosach. Nie miał na sobie nic, oprócz szarych boksereck. Mocno zaskoczyło to kobietę. Ona ubrana elegancko i poważnie, a oni wyglądali na obudzonych w środku nocy.

    — Kopę lat ciociu! — krzyknął Igor.
    — Hej młody! — odpowiedziała. Kinga po tych słowach popatrzyła się na Jolę z politowaniem.
    — Już nie taki młody. — wtrąciła się matka Igora.
    — Kto jak uważa. Mama zaznała cię ze szczegółami?
    — No właśnie nie za bardzo. Wiem tylko, że potrzebujesz mnie do czegoś niezwiązanego bezpośrednio z twoim zawodem.
    — A więc negocjujmy. — Igor usiadł obok ciotki, a Kinga podniosła się z kanapy. — Moja mama sporo mi mówiła o tobie, ciociu. Kiedyś trzymałyście się blisko.
    — To prawda. Było to jeszcze zanim mój mąż i twój ojciec odeszli od naszych rodzin. Kiedy byli jeszcze normalnymi, kochającymi facetami, to mieliśmy dobry kontakt.
    — Często wspominała wasze wspólne wakacje. Podglądała ciebie i jej brata wieczorami. Podobno dawałaś czadu.
    — Może… Co to ma wspólnego z pracą? — odparła osłupiona Jolanta.
    — Warto powspominać stare czasy. Masz rację, przejdźmy do sedna.

    Igor wstał. Z bokserek wyciągnął dwa banknoty pięćsetzłotowe i położył je na stole. Następnie zbliżył się do Jolanty z jej lewej strony. Prawą nogę zgiętą położył na oparciu kanapy, natomiast lewą postawił na siedzeniu tak, aby bokserki były na tej samej wysokości, co twarz jego ciotki. Następnie lewą ręką lekko zsunął bieliznę i wyciągnął sterczącego penisa.

    — Chciałbym na własnej skórze przekonać się, jaka jesteś świetna.

    Zszokowana Jolanta zasłoniła twarz dłonią. Chciała się oddalić od Igora, ale z tyłu za barki lekko złapała ją Kinga, co lekko uspokoiło kobietę.

    — Co wy sobie myślicie, że jestem jakąś dziwką?! — wykrzyczała nerwowo.
    — Jesteśmy rodziną ciociu. Nigdy w życiu nie nazwałbym tak nikogo z mojej rodziny. Proponuję tylko troszeczkę rozrywki, pieniądze potraktuj, jako prezent, że się zgodziłaś.

    W głowie Jolanty wybuchł mętlik. Nigdy w życiu nie zgodziłaby się na seks za pieniądze. Tym bardziej z jej bratankiem i do tego na oczach jego matki. Co oni sobie myślą? Jola wymyślała najczarniejsze scenariusze upodlenia. Z drugiej strony tysiąc złotych na stole przeszywało jej myśli widokiem syna, który jest szczęśliwy ze zniknięcia części problemów, a kolejne pieniądze całkowicie by je wyeliminowały. Gdyby Igor płacił za seks raz w tygodniu, albo nawet troszkę rzadziej, to spłaciłaby kredyt. Pytanie, czy on tego chce, a może to jednorazowa pokusa i nic jej to nie da? Z trzeciej strony wzrok Jolanty zawiesił się na sterczącej pale Igora, która uwalniała jej najskrytsze kobiece pragnienia seksualne.

    Lekko pochyliła głowę w jego stronę. Zamknęła oczy i wzięła do ust połowę jego prącia. Prawą ręką przytrzymywała sobie jego trzon. W międzyczasie Kinga swoimi dłońmi ruszała głową Jolanty, aby nakreślić tempo wykonywanej przyjemności. Dla Igora było to spełnienie marzeń. Joli od ssania kutasa zaczęło robić się mokro. Brała coraz głębiej. Otworzyła oczy i utrzymywała kontakt wzrokowy z podnieconym bratankiem. Zadowolona mama zaczęła rozpinać guziki marynarki Jolki. Pała w ustach ciotki zaczęła powoli popuszczać soki, co lekko ją zniesmaczyło. Widzący na jej buzi lekki grymas Igor wyciągnął penisa z jej buzi. W międzyczasie Kinga odeszła zza kanapy i usiadła obok szwagierki.

    — Jesteś zabezpieczona ciociu? — spytał spokojnym głosem.
    — Nie. — odpowiedziała nerwowo.
    — No to musimy obejść się smakiem. — odparł Igor lekko uśmiechnięty.
    — Nie masz prezerwatyw? — to pytanie lekko zaskoczyło gospodarzy. Wygląda na to, że ciotka się w to wkręciła.
    — Ciociu, tylko przegrywy ruchają w gumie, ale poradzimy coś na to.

    Po tym zdaniu Kinga wstała z kanapy i zrzuciła swój szlafrok. Oczom Jolanty ukazał się MILF idealny. Płaski brzuch i piersi miseczka D, ale o idealnych, jędrnych kształtach. Bije na głowę skromną kobietę, która nie poświęca aż tak dużo czasu na swój wygląd. Oboje zaczęli całować ciocię Jolę. Najpierw ją rozebrali, a następnie zaczęli ssać jej sutki. Położyła się plecami. Igor uklęknął nad nią tak, że jądra dotykały piersi ciotki, a następnie wsunął kutasa wprost do gardła. Kinga widząc prężnie działającego syna chciała nieco ulżyć Jolancie. Rozchyliła jej nogi i zabrała się za delikatne pieszczoty jej cipki.

    Jolanta nie mogła się skupić na zaspokajaniu bratanka. Wilgotny język szwagierki połączony z powolną palcówką spowodował u niej silny orgazm. Widząc wijącą się z rozkoszy ciocię, Igor zaczął pocierać ręką swojego penisa, aby skończyć w jej buzi. Z kutasa wytrysnęła potężna fala, która przytłoczyła Jolantę. Szybko zerwała się spod niego i wypluła ładunek na podłogę.

    — Boże, nie tak! — krzyknęła zadyszana ciotka. — Nie jestem żadną gwiazdą porno, nie potrafię takich rzeczy!

    Te słowa wywołały lekki uśmiech na twarzy Igora. Kinga zsunęła się na podłogę niczym kocica i wylizała całą spermę z podłogi. Następnie podeszła do zszokowanej Jolanty, wzięła na palec resztę z jej policzka i dokładnie go oblizała utrzymując kontakt wzrokowy ze szwagierką.

    — Też nie jestem, a potrafię. Musisz się po prostu wiele nauczyć kochana.
    — Nie, nie muszę.

    Jolanta wstała, ubrała się i w ciszy zabrała leżące na stole tysiąc złotych. Fala pożądania przeminęła, zaczęła coraz trzeźwiej myśleć.

    — Jeśli zgadasz się na moją propozycję, zadzwoń.
    — Zastanowię się, Cześć.

    Po tych słowach wyszła z salonu, udała się do szatni i opuściła willę państwa Sokołowskich.

     

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    Huber202