Blog

  • Kult cz. 3

    Po kolacji wzięłam prysznic i tak jak poleciła siostra Lucia, czekałam na Nią w swoim pokoju. Zjawiła się kilka minut po osiemnastej.

    – Uśmiechnij się, nie jedziesz na egzekucję!

    Uśmiechnęłam się nieśmiało, a Ona pocałowała mnie w usta. Jadąc samochodem, nie odzywałyśmy się do siebie. Byłam spięta. Doskonale zdawałem sobie sprawę, że tylko od decyzji mojej Pani zależy, jak zostanę zakolczykowana. Nie było żadnych reguł. Mama po swojej inicjacji zyskała tylko kolczyki w brodawkach, gdy moja starsza siostra miała zakolczykowaną również łechtaczkę i wargi.

     

    Gabinet był ukryty w gąszczu uliczek starego miasta. Niewyróżniająca się niczym kamienica. Weszliśmy tylnym wejściem. Choć było już po oficjalnych godzinach pracy, oczekiwano nas. Przywitała nas najwyżej dwudziestoparoletnia, mocno wytatuowana i zakolczykowana dziewczyna o miedzianoczerwonych włosach. Gdy weszliśmy do gabinetu, czekał tam czterdziestoletni, brodaty mężczyzna. Domyślałam się, że to on jest tu szefem. Pani przywitała się z nim wylewnie. Gdy rozmawiali, asystentka wyjmowała ze sterylizatora narzędzia, rozkładając je na obok przypominającego połączenie stołu do masażu i krzesła ginekologicznego mebla. Zapatrzona w to nie zwracałam uwagi na rozmowę Pani aż do momentu, gdy padło pytanie:

    – Co dzisiaj robimy?

    – A to częściowo zależy od twojego osądu. Obejrzyj ją sobie i powiedz, co da się zrobić.

    – Jakieś ograniczenia, specjalne życzenia?

    – Nic specjalnego. Nie chcę żadnych kolczyków na twarzy i w pępku, a poza tym rozważę każdą sugestię, o ile wygoi się to za półtora miesiąca.

    – Zobaczmy co tu mamy. Daria, pokaż… Jak ty masz właściwie na imię kochanie?

    Zwrócił się do mnie.

    – Kasia, proszą pana.

    Odparłam nieśmiało.

    Uśmiechnął się szeroko.

    – Jestem Andrzej, a to Daria. Nie bój się, zrobimy wszystko tak, byś czuła, jak najmniejszy dyskomfort. Daria, pokaż Kasi gdzie może się spokojnie rozebrać.

     

    Daria zaprowadziła mnie do małego pokoju obok, gdzie szybko się rozebrałam. Zanim wyszłam, popatrzyłam na swoje odbicie w zajmującym całą ścianę lustrze. Nie mogłam uwierzyć, że za chwile będę kolczykowana.

     

    Andrzej był skrupulatny, oglądając moje ciało. Sporo uwagi poświęcił brodawkom, jednak najdłużej badał mnie między udami. Nie spodziewałam się, że będzie naciągał kapturek łechtaczki, wargi, dotykał dziurkę do siusiania czy badał palcem misce pomiędzy pochwa a odbytem. Gdy skończył, ściągnął rękawiczki i siadając przy stole, zaczął tłumaczyć:

    – Zacznijmy od góry. Masz ładne, w pełni uformowane brodawki. Tu można zaszaleć. Sztyfty, kolczyki, do wyboru do koloru. To ma być ozdoba, czy też coś bardziej praktycznego?

    – Coś bardziej użytecznego.

    Odpowiedziała moja Pani.

    – Proponuję grube, tytanowe kółka. Lekkie, ładne a do tego można będzie podwiesić co najmniej kilogramowy ciężarek czy użyć ich do bondege.

    Pani skinęła tylko głowa, a Andrzej widząc jej aprobatę, wskazał palcem między moje uda.

    – To mamy nieco mniejszy wybór. Nie zalecałbym kolczykowania warg, są bardzo drobne i delikatne. Nie polecam też Princess Albertina, Nefertiti czy Fourchette, choć jeśli ci na nich szczególnie zależy, to dadzą się wykonać. Kasia ma bardzo ładnie wykształconą łechtaczkę i jej kapturek. Można iść na łatwiznę z Christina piercing, ale tak naprawdę rekomendowałbym zrobić Isabella piercing, albo jeszcze lepiej triangle piercing i do tego założyć poprzeczny sztyft w kapturku łechtaczki. Co o tym myślisz?

    – Zdecydowanie wole drugą propozycję o ile zrobisz to tak dobrze, jak u mojej poprzedniej suczki.

    – Bez obaw! Z triangle wbiję się tuż pod łechtaczką a w kapturku dam radę założyć nieco grubszy sztyft niż poprzednio. Jak się wygoi, będzie mogła mieć orgazm od samego noszenia majtek.

    – No to ustalone.

     

    Byłam nieźle przestraszona, gdy Andrzej wyjaśnił mi, co to jest triangle piercing. Przekłuwanie brodawek bolało mniej niż późniejsze rozciąganie wkłucia. Po niespełna piętnastu minutach maiłam założone dwa grube kółka, po jednym w każdej brodawce. O wiele dłużej trwały przygotowania do triangle piercing. Mimo miejscowego znieczulenia bolało jak cholera i trwało dość długo. Poczułam ogromną ulgę, gdy Andrzej w końcu założył we wkłucie otwarte kółko z dwoma nakręcanymi kulkami na końcach. Zakładania sztyftu w kapturku łechtaczki nawet nie poczułam. Byłam strasznie obolała, ale i zadowolona. Podobały mi się kolczyki i miałam nadzieję, że gdy przestanie boleć, sprawia mi wiele rozkoszy.

     

    Bolało jak diabli przed bite dwa tygodnie, a w ciągu pierwszych kilku dni chodzenie było praktycznie niemożliwe. Gojenie zajęło dobrych pięć tygodni. Byłam niesamowicie wyposzczona. Dopiero w ostatnich dwóch tygodniach mogłam się pieścić, jednak Pani stanowczo odmawiała mi czegokolwiek więcej. Dopiero na tydzień przed planowaną orgią całego zgromadzenia, po raz pierwszy po założeniu kolczyków, kochałam się z Panią. Polubiłam moje kolczyki, zwłaszcza ten przechodzący pod łechtaczką. Umiejętnie drażnione potrafiły sprawić, że mdlałam z rozkoszy. Największym zaskoczeniem jednak była łatwość osiągania orgazmów podczas stosunków. Na dwa dni przed orgią kochałam się z Panią i jej partnerem. Podczas stosunku miałam wielokrotny orgazm, co było dla mnie zupełnie nowym przeżyciem. Sprawdziły się też słowa mojego piercera, że sam ucisk obcisłej bielizny może wywołać rozkosz! Zmusiło mnie do większej samokontroli, bo o ile spontaniczny orgazm podczas samotnego spaceru w parku był całkiem fajnym przeżyciem, to już to samo doświadczenie w drodze między klasami niekoniecznie.

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    Dagmara

    Następna cześć, opisująca orgię, będzie zakończeniem tej serii.

  • Lupy wojenne

    Był wieczór. Mark obudził się sam w namiocie. W końcu mógł spać spokojnie, wiedząc, że wojna już się skończyła. Postanowił odetchnąć świeżym, letnim powietrzem. Na nagie ciało narzucił przewiewną i lekką tunikę koloru ciemnego. Odsłonił materiał namiotu spoglądając przed siebie. Parę metrów przed namiotem rozpalone było ognisko. Dookoła porozbijanych było wiele namiotów dla żołnierzy. Wszyscy świętowali zwycięstwo. Mark szedł wolnym krokiem przed siebie. Po chwili podszedł do niego żołnierz i powiedział:

    -Wszystko gotowe kapitanie!

    -Świetnie. Prowadź mnie do nich. 

    Oboje dotarli pod spory namiot. 

    -Nie będziesz mi już potrzebny-powiedział Mark. 

    Minął strażników i wstąpił do środka. We wnętrzu panował półmrok. Widok był niecodzienny. W dwóch rzędach stały dziesiątki klatek. W każdej klatce mieściło się około czterech osób. Były to najczęściej kobiety porwane ze splądrowanej wioski wroga za lasem. Mark przeszedł pomiędzy klatkami do sporej komórki zbudowanej z desek. Mark wszedł do środka. Pośrodku pomieszczenia stał duży drewniany stół, na którym leżała naga kobieta. Była brudna i zapłakana. Na ścianach porozwieszane były różnorodne narzędzia. Wiele świec rozjaśniało pokój. Mark obszedł stół przyglądając się kobiecie. Miała ona około dwudziestu-trzydziestu lat. Jej ręce i nogi przywiązane były do rogów stołu. Dziewczyna cały czas roniła łzy. Mark położył jej rękę na łydce i przesuwał w górę. Niewolnica trzęsła się ze strachu. Mark dotarł swoją dłonią do łona kobiety. Było one pokryte licznymi włosami. Mark odwrócił się i zdjął ze ściany nożyce. Nieświadoma jego czynów dziewczyna mówiła przez płacz:

    -Proszę nie rób tego! Wypuść mnie!

    On zaś uśmiechnął się pod nosem. Złapał włosy łonowe kobiety w pięść i szarpnął jakby chciał je wszystkie wyrwać. Kobieta krzyknęła z bólu i załkała. Mark przyłożył nożyce do jej krocza i obcinał długie już i pozawijane włosy. Pęki jej włosów rzucał na podłogę. Po chwili jej muszelka stała się lepiej widoczna. Nadal jednak była pokryta, krótszymi już włosami. Odłożywszy nożyce Mark złapał za brzytwę. Z chirurgiczną precyzją pozbawiał jej skórę włosów. Ogolił jej również okolice odbytu, pachy, nogi i całą resztę. Była noc kiedy Mark odłożył narzędzia do golenia. Podszedł do swojej niewolnicy od boku i umieścił środkowy palec w jej pochwie. Robił to bardzo powoli. Wszedł już do końca więc dołożył jeszcze jeden palec. Po chwili trzymał w jej pochwie aż cztery palce. Dziewczyna była załamana. Czuła się poniżona. Jej twarz była bez wyrazu. Sprawiała wrażenie obojętnej co nie spodobało się Markowi. Uderzył ją mocno w twarz zostawiając czerwony ślad. Nawet nie spojrzała na Marka. Postanowił więc sprawić jej większy ból. Wziął ze ściany obcęgi, którymi z całej siły ścisnął sutek kobiety. Tym razem krzyknęła głośno. Chciała się wyrwać lecz nie mogła. 

    -Masz mi patrzeć w oczy! Jeśli będziesz posłuszna, wypuszczę cię. 

    -Naprawdę?-spytała cicho. 

    -Oczywiście ale najpierw musisz na to zasłużyć. Zrobisz dla mnie wszystko co będę chciał. 

    -Tak. 

    -A więc mamy umowę. Teraz cię odwiążę. Tylko bez numerów. 

    Poluzował więzy na jej kostkach i nadgarstkach. Pomógł wstać jej ze stołu. Stała przy nim nieruchomo. 

    -A teraz dla mnie uklęknij. 

    Posłusznie uklękła tak jak chciał. 

    -Wypnij się mocniej!

    Kiedy to zrobiła zobaczyła jak ubranie Marka ląduje na podłodze. Mark złapał ją za biodra i nakierowawszy swojego kutasa, wszedł w nią rozpędzony. Kobieta krzyknęła z bólu. Mark wypełniał jej cały odbyt. Złapał ją za piersi i włosy i posuwał ją nieprzejęty. Z jej odbytu małą stróżką wyciekała krew. Niewzruszony tym widokiem ruchał ją najszybciej jak mógł. Po chwili spuścił się w jej kakaowe oko. Gdy z niej wyszedł, z jej tyłka wypływało pełno białego nasienia. Obszedł ją z drugiej strony i uniósł głowę trzymając za włosy. 

    -Otwórz grzecznie usta-powiedział. 

    Gdy tylko to zrobiła, zapchał jej gardło brudnym od spermy zmieszanej z krwią fiutem. Krztusiła się jego grubym kutasem a z jej oczu płynęły nowe łzy. Trwało to kilka minut po czym była zmuszona połknąć świeżą porcję spermy. 

    -Byłaś bardzo grzeczna. Chciałabyś już stąd wyjść. 

    -Tak. 

    -Mam dla ciebie propozycję. Doprowadź mnie do orgazmu jak najszybciej i będziesz wolna. 

    -Dobrze..

    Szybko złapała za jego prącie chcąc mu zwalić konia.

    -Ale ale… Chcę żebyś to zrobiła pochwą. 

    Mark położył się na plecach na stole i powiedział:

    -Chodź zanim się rozmyślę. 

    Dziewczyna weszła na stół nadziewając się na jego pałę. Była bardzo słaba i traciła siły już po dwóch minutach ujeżdżania Marka. 

    -Szybciej!

    -Nie mogę. Nie mam siły. 

    -Niech będzie. Trochę ci pomogę. 

    Złapał ją za biodra i bardzo szybko machał swoimi biodrami w górę i w dół. Po chwili objął ją mocno i spuścił się w jej cipkę. Zeszła ze stołu i powiedziała. 

    -Obiecałeś mnie wypuścić. 

    -Oczywiście. Możesz już iść. 

    Pogodziła się ze swoją nagością i wyszła z namiotu a za nią Marek. Dookoła krzątali się pijani żołnierze. Ich wzrok skupił się na nagiej kobiecie. 

    -Radziłbym ci uciekać, bo są spragnieni kobiecego ciała.-Powiedział z uśmiechem Marek. 

    Dziewczyna szła przed siebie. Zorientowała się, że żołnierze idą w jej kierunku. Ze strachu zaczęła biec a za nią dziesiątki mężczyzn. Po kilku metrach powalili ją na ziemię aby jak najszybciej ją posiąść. Marek śmiał się słysząc jej płacz i ich śmiechy. Sam wrócił wciąż nagi do namiotu aby zająć się swoimi niewolnicami. 

     

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    Pussylover
  • Siedzialem okrakiem na drabinie – Czesc II „Krakowska podsuszana”

    Część II „Krakowska podsuszana” 

    Kurwa! kurwa!” – jęczałem w myślach. W mojej głowie szalał tajfun. Nie mogłem opanować tego bałaganu.„Co ja zrobię” – zadawałem sobie pytanie. „Przecież to jest początek” – dudniło pod czaszką. 
      
    Siedząc bez ruchu, okrakiem na drabinie, zacząłem wpadać w panikę. Film świeżej pamięci zastępował film z kategorii science-fiction. Widziałem te wszystkie twarze, otaczające mnie, wykrzywione w kpiącym uśmiechu. Wrzeszczące: „pedał”, „ciota”, „kurwa”, „chuj”, „zboczeniec”, „jebany cwel” i tak dalej . Osaczała mnie moja wyobraźnia, wizjami towarzyskiego piekła, które niebawem tu nastąpi, gdy już wszystkie ściany tego kosmosu, będą wskazywać mnie paluchami. Obraz tej Golgoty pozbawiał mnie oddechu i paraliżował ciało. Sapnąłem ciężko i stwierdziłem, że muszę stąd spierdalać i to jak najszybciej, zniknąć z oczu wszystkim, zaszyć się w pracowni i postarać się wymyślić plan obrony przed tym co może się zdarzyć. Zszedłem z drabiny i postawiłem wiadro z farbą na chodniku koło bramy, złożyłem drabinę i ustawiłem ją za budką wartownika. 
      
    Co tak szybko spierdalasz ? – usłyszałem gulgot Małpiszona.  
    Jutro to skończę, dziś muszę wykończyć inne roboty – odparłem z trudem. – To ja spierdalam – dodałem i wyszedłem za bramę, kierując się w stronę pracowni. Znowu usłyszałem charakterystyczny głos Małpiszona  
    Ty, a na chuj tu zostawiasz wiadro i pędzle?  
    Odwróciłem się, faktycznie wiaderko stało pod bramą. Westchnąłem, zawróciłem, zabrałem swoje zabawki.  
    Dzięki – wydusiłem krótko z siebie.  
    Tyś jebnięty, czy zakochany – szczerząc zęby dorzuciła Małpa. A mnie przeszedł dreszcz przerażenia. Czułem jak pieką mnie policzki, jak tężeje ciało. Pomyślałem, że słyszał monolog Rafała, wygłoszony przy drabinie.  
    Prawie biegiem ruszyłem w stronę pracowni, uciec z terenu koszar jak najszybciej. Już byłem za zakrętem ogrodzenia i, kurwa, widzę Politruka. „No dupa, jeszcze mi tu jego potrzeba” – pomyślałem. Zasalutowałem.  
    Panie kapitanie, idę do pracowni skończyć te dwie duże plansze.  
    Janusz, a bramę odnowiłeś?  
    No właśnie nie, panie kapitanie, coś się źle czuję, kłopoty z żołądkiem – kłamałem, unikając jego wzroku. Przyglądał mi się tym rybim, martwym, mętnych spojrzeniem, niebieskich szeroko rozstawionych oczu na nalanej twarzy. Taksował mnie i moje zachowanie.  
    No, dobra Janusz skończ te plansze. Może padać przez kilka dni, a na poniedziałek musisz odnowić bramę koszarową. Nowy „stary” przejmuje jednostkę. Nie wiem jak to zrobisz ale to musi być gotowe. I jak tak cię boli brzuch to nie siedź za długo pod prysznicem – uśmiechnął się obleśnie, a mnie przeszedł prąd.  
    Tak jest, panie kapitanie! – zasalutowałem i każdy poszedł w swoją stronę. Zrobiłem wielkie „ufffff” w myślach.  

    Zaraz co ten zlew chciał mi powiedzieć? No ładnie, analizowałem, to jednak nie fatamorgana, a to jebany pies. To jednak nie mam zwidów. W końcu wszystko było jasne. Kilka razy relaksując się pod prysznicem miałem wrażenie, że ktoś mnie podgląda. Zawsze było tyle pary, że nie specjalnie byłem pewien. Raz drzwi były lekko uchylone, a pamiętałem, że je zamykałem. Potem opierałem wysoko czubki butów o drzwiami. Kilka razy buty stały całą podeszwą na podłodze, a skrzydło drzwi było zamknięte. Czyli ktoś musiał je uchylić. Nie brałem tego jednak do bańki ale teraz… nie, no to stary zbok i wszystko jasne. Podglądał mnie podczas moich chwil uniesienia. „Stary cap” – myślałem. –„A chuj ci w przełyk, wykombinuję jakiś haczyk, fiucie!”. Teatrzyk będzie zamknięty. Wszedłem do pracowni, byłem zmaltretowany dzisiejszym dniem. Całe szczęście, że jedna z tych plansz była gotowa, a druga prawie skończona. Miałem dużo czasu na przemyślenia. Nalałem wody do kubka, włączyłem „buzawe”, odczekałem kilka chwil i woda zaczęła wrzeć. Wygrzebałem cukier i kawę, nasypałem do wrzątku. Siadłem wygodnie na krześle, zapaliłem papierosa i czekałem kiedy aromatyczny napój się zaparzy. Na chwilę zapomniałem o Rafale i nadchodzącej katastrofie. 

    Zastanawiał mnie Politruk. Kurde, irracjonalne, przecież on dobrze wiedział, jak ja tu się znalazłem. Wiedział, że to kara i zsyłka. Dlaczego pierwszego dnia po unitarce, dostałem taką fuchę? Przecież to miało być docieranie. Pamiętam jak major z WKU powiedział mi wprost: 
      
    – No, a teraz, Wolski, dostaniecie w dupę tak, że chuj was strzeli. Ten pobór, w tym terminie to
    uzupełnienie, rozumiecie, dzik jesteście. Co znaczy dzik to się dowiecie na miejscu.  

    Dziki mają przesrane, są poza falą, to znaczy, że jest ich kilku i są najbardziej narażeni na docieranie. Cała siła fali tkwi ilości poborowych. Dlatego pierwsze kilka tygodni spędziłem w dużej jednostce w mieście garnizonowym. Była to unitarka, okres gdzie z cywila stajesz się żołnierzem, okres w którym masz tylko czas na ból, pot i strach. Gdzie snu zawsze za mało, gdzie zmęczenie goni udrękę. Dzień po przysiędze (bo jako jedyny nie dostałem urlopu ani przepustki) wywieziono mnie w to miejsce. Zostałem przydzielony do drużyny, zakwaterowany i miałem zameldować się w sztabie u Politruka. Pierwsza myśl: „no cudnie, zaczyna się”. Jednak po zameldowaniu się, nastąpił nieoczekiwany zwrot akcji. Politruk mnie mierzył wzrokiem. Jego dziwne oczy, wodniste i martwe, twarz z siecią drobnych popękanych naczyń krwionośnych na nosie i policzkach nie mówiły nic. Ja widziałem faceta, który za kołnierz nie wylewa. 
      
    – Janusz Wolski były student, tak – zapytał  
    – Tak jest, panie kapitanie – odrzekłem z wojskową kindersztubą.  
    – Studiowaliście w Warszawie, tak?  
    – Tak jest, panie kapitanie to prawda – odpowiedziałem stojąc sztywno, patrząc w te zimne oczy.  
    – Co studiowaliście, Wolski?  
    – Weterynarię, panie kapitanie.  
    – Do „świniarni” mam ludzi, na izbie chorych też. Więc co jeszcze umiecie? – zapytał służbowym tonem.  
    Miałem w głowie pustkę. Co ja takiego umiem, co było by przydatne w wojsku? I już miałem odpowiedzieć, że nic, gdy za oknem przeczytałem napis „ Żołnieże Ludowego Wojska Polskiego strzegą naszych granic, umacniając bezpieczeństwo socjalistycznej ojczyzny”.  
    – Umiem rysować, malować i pisać. Na pewno lepiej niż ten ktoś, kto malował to hasło. Jeżeli mnie pamięć nie myli „to żołnierz” pisze się przez jedno „ż” , drugie powinno być „rz” – stwierdziłem. On się odwrócił się w stronę okna, popatrzył chwilę i powiedział:  
    – Macie rację, to stoi tu od jesieni zeszłego roku – to znaczyło tylko tyle, że nikt nie czyta tych bzdur, które straszą wszędzie w jednostce – pomyślałem  
    – No to macie zajęcie szeregowy. Dwa tygodnie służby wartowniczej, a potem was znajdę i zobaczymy co potraficie.  
    – Tak jest, panie kapitanie.  
    – Odmaszerować.  

    Nie wiedziałem o co chodzi, jednak świtała mi myśl, że jakoś przeżyję ten „syf”. 

    Od pierwszego dnia zostałem wrzucony w kierat służby wartowniczej, po sprawdzeniu mojej biegłości w zakresie regulaminu służby wartowniczej. Już w pierwsze popołudnie wylądowałem na wartowni. Dwadzieścia cztery godziny służby, czyli dwie godziny warty, dwie godziny snu i dwie godziny czuwania w trzech turach. Poznałem wtedy kolegów z drużyny. Załamanie, sami „twarzowcy”, naród pszenno-buraczany, katastrofa. Jedynie kapral Kotlarczyk wyglądał i mówił normalnie. Starałem się trzymać na uboczu, ale słyszałem, że dzikowi trzeba wpierdolić, bo „dzik jest młody, że fala go musi dotrzeć”. Zapowiadało się ciekawie. Zapamiętałem sale, w której będę spał. Dwanaście łóżek w dwóch rzędach po sześć z każdej strony. Jedno pod oknem, następnie dwie pary, po dwie złączone koje i ostatnie przy ścianie koło drzwi. Będzie ekstatycznie i to bardzo, czułem jak tyłek marszczy mi się ze strachu: jedenastu wrogów co noc będzie mnie gnoić, a przecież po nich widać, że to młode wojsko, pewnie ostatni pobór, sami docierani przez starszą falę. Zapowiadała się walka o życie. 

    Następnego dnia po służbie poszedłem do kantyny kupiłem fajki, pastę do zębów i trochę słodyczy. Byłem głodny, żarcie było z kategorii „dla psa”, z tym że tańszego, jak mawiał kolega Waldek z akademika. Już wychodziłem gdy od stoliczka stojącego w środku, odezwał się prawie bezzębny dryblas, z popuszczonym pasem i opinaczami kamaszy i spranym mocno, zaciasnym moro  

    – Tej, kurfa, dziku – zaseplenił – Jak masz na imię?  
    – Janusz.  
    – Weee, wiara jak on się, kurfa, do fali melduje – rzucił ni to do mnie, ni to do trzech goryląt siedzących przy kantynianym stoliczku. – Dziś, kurfa, dziku stajesz w nocy do raportu. Regulamin na dotarciu wyjebiesz.  
    Stałem patrząc na ten zwierzyniec, słuchając ich bulgotania, które było śmiechem. Myślałem „O! O! O! To będzie jedna z niezapomnianych, szampańskich nocy życia”. Przecież oni mnie zapierdolą na miękko. Nasłuchałem się o fali i jej metodach. Jednak patrząc na twarze, które do tej pory poznałem w jednostce, nie widziałem żadnej skażonej procesem myślenia. Zrobiło mi się sucho w gardle.  
    – Tej, dzik, wypad – rzuciło, któreś z goryląt.  

    Wyszedłem, zapaliłem fajkę, ostry dym „Radomskich” wypełniał mi płuca. Może zagram na zioma? Faceci byli na bank z Wielkopolski. Ja też byłem z urodzenia poznaniakiem, co prawda na wychodźstwie. Może będzie trochę litości. Stanęły mi przed oczami opowieści: o kocówach, rowerkach, pompowaniu, biciu, poniżających sytuacjach, w których pozbawiony jesteś intymności. 

    Chciałem by czas stanął w miejscu, ale tak się nie działo. Wojskowa rutyna: apel, kolacja, obowiązkowy dziennik telewizyjny, młoda fala i ja z nią miałem przygotowanie do capstrzyku, czyli jazda po posadzce korytarza ze szczoteczkami do zębów. Zaś starzy oglądali film w telewizji. Przed ciszą nocną ekspresowa toaleta i pierwsza lekcja. W szufladzie mojej szafki nie znalazłem, kupionej dziś pasty, kurwa, cudownie wyparowała, jak i reszta słodyczy z szafki. Dobrze, że kupiłem tylko jedną paczkę fajek i trzymałem ją przy dupie. Tuż przed dwudziestą drugą usłyszałem ryk podoficera dyżurnego: 
      
    – Przygotowanie do ciszy nocnej – zacząłem się przebierać jak cała reszta w pidżamy, w białym świetle jarzeniówek, unikając wzroku innych, oczywiście każdy zostawił na dupie sprane wojskowe szorty. I znowu ten sam ryk:  
    – Cisza nocna, gasić światło!!!  

    I nastała cisza i ciemność. Miałem otwarte oczy, porażony strachem o własny tyłek oczekiwałem nieuchronnego. Reagowałem mocnym spięciem na każdy szmer. Oczy przyzwyczaiły się do ciemności, trochę światła wpadało do sali z zewnętrznego oświetlenia koszar. Dotarło do mnie, że jest nas sześciu na sali, a reszta na służbie lub na urlopach. Wiedziałem, że to się zacznie, jak oficer dyżurny wyjdzie i będzie pewność, że szybko nie wróci. Mimo zmęczenia służbą, stres trzymał mnie w spięciu i świadomości. Tych małp jest tylko sześć, a właściwie, aż sześć i dojdą do nich starzy. Kto się pierwszy ruszy i podejdzie do mnie, dostanie z kopa. Dobrze, że łóżka obok mnie są puste, szczególnie to po prawej dosunięte do mojego. Nikt mnie nie przygwoździ do materaca. Po pewnym czasie usłyszałem otwierające się drzwi gdzieś z głębi korytarza i tupot nóg. „Kurwa nadchodzi” – pomyślałem. W tym samym momencie jak z katapulty, wyskoczyły cienie z mojej sali, już mnie otaczały, obiecany kop dla pierwszego przeciwnikatrafił w powietrze. Mało nie popuściły mi zwieracze. Ktoś trzymał mnie za ręce, czyjeś ręce trzymały mnie za nogi, coś ciężkiego skoczyło mi na jaja, sprawiając ból. Po chwili poduszka zakryła mi twarz, miałem kłopot ze złapaniem oddechu, usłyszałem otwierające się drzwi i głos: 
      
    – Koty, dzik, gotowy do raportu? – do uszu dochodziły pojedyncze słowa jakiegoś chorego meldunku i rechot.  
    – Niech ktoś mu ściągnie nachy w dół!  
    „Tylko kurwa nie to, nie to” – myślałem. Nie mogłem normalnie oddychać. Mimo, że starałem się opierać, czułem, że jestem pół nagi. Nagle słyszę głos Kotlarczyka:  
    – Rychu, głupi chuju, zostaw go.  
    – Tej, Kotlar, wypierdalaj. Nocą fala rządzi – już wiem, że Rychu to bezzębny dryblas z kantyny.  
    – Zostawić go kocury – krzyknął kapral Kotlarczyk. – Rychu, na słówko. Chyba, że wolisz jebany Orzysz.  
    – Wee, wiara, chujowi nasrało na pagony i mu odpierdala– w tym czasie łapałem oddech, w sali było więcej światła padającego zza otwartych drzwi w których stał Kotlar z podoficerem dyżurnym, widziałem półokręgiem stojące gorylątka Rycha i małpiatki z mojej sali.  
    – Rychu, do chuja pana, wiesz, że ja się w to nie wpierdalam. Teraz tu jestem, by ci dupę ratować – zgarnąłem wtedy swój koc z podłogi i przykryłem swój wstyd. Leżałem wystraszony na swoim materacu, wszyscy jak w tańcu chochoła u Wajdy, niby się ruszali i niby stali. Rychu podszedł do Kotlara i zapytał:  
    – Tej, co jest? – Kotlar coś perorował Rychowi szeptem, dobiegały do mnie tylko jakieś wykrzykiwane przez Rycha.  
    – Kurfa, o jebany, nie pierdol,  
    Rychu się odwrócił i wrzasnął;  
    – Kocury na koja, a my dziś spierdalamy  
    – Do rana ma być w tej sali pizdeczka, cisza – dodał Kotlar.  

    Znowu zrobiło się cicho, czasem jakiś szept. Odnalazłem szorty i dół od pidżamy ubrałem się. Nie miałem siły by myśleć nad tym, co tu się stało. Równe oddechy współspaczy, ciemność, stres i zmęczenie przyniosły mi szybki sen.  

    Później się dowiedziałem, że to nie Kotlar mnie uratował, on to miał wyjebane. On się bał o własną dupę. Ja już wtedy zostałem wciągnięty do stajni Politruka z czego sobie nie zdawałem sprawy. Los potrafi być przewrotny. Jeden Politruk mnie niszczy na uczelni, gdzie na egzaminie komisyjnym dziekan próbował nas ratować, bo widział, że to farsa. Każdy ze zdających materiał miał opanowany na co najmniej na trzy. Stając w naszej obronie został zgaszony przez Śliwę, która mu powiedziała wprost, że ona tu reprezentuje instancje i to jest jej egzamin komisyjny, a nie komisji. Drugi zaś Politruk ratuje mój tyłek przed falą.  

    Przez kilka dni było rutynowo: służby, spokojne noce, nawet słodycze i fajki przestały znikać z szafki. Zorientowałem się, że reszta łózek, które stoją puste, to reszta drużyny, która miała służbę w te dni, które my spędzaliśmy w koszarach. Ten kretyński układ był zrobiony pod Kotlara, ponieważ był on, też pisarzem kompanijnym. Jego drużyna była podzielona na pół i zajmowali się nimi kaprale Jakuć i Olszar. Kotlar rzadko miał służbę na wartowni czy jako podoficer w kompanii. Rzecz prosta on też był ze stajni Politruka.  

    Minął pierwszy tydzień w jednostce. Miałem dzień wolny od służby, więc wypełniono mi go obieraniem ziemniaków w kuchni i zmywaniem garów. Wtedy zrozumiałem, co jem. Można by powiedzieć, że śmiechom i żartom nie było końca. To co się tam działo to… Gdyby nie potrzeba zwana głodem, nigdy bym nie ruszył jedzenia z tej stołówki. Skończyły mi się fajki i w chwili przerwy pobiegłem do sali po paczkę „Radomskich”. Otwieram drzwi do sali, a tam na taborecie, koło pustego, sąsiedniego łóżka siedzi, normalna, gdzie tam normalna, śliczna twarz. Stanąłem zauroczony w progu, on się chyba zmieszał, ale się uśmiechnął. Przedstawił się  

    – Rafał jestem.  
    – Janusz – odpowiedziałem. – Ja tylko po fajki do szafki, ale jak coś masz swojego to lepiej nie ładuj do szafki, bo ci zniknie w niewytłumaczonych okolicznościach.  
    On jakoś smutnie i nerwowo podniósł kąciki kształtnych ust. W końcu zbliżyłem się do niego wyciągając dłoń, podał mi swoją wstając. Był dużo wyższy, na pewno koło metra dziewięćdziesiąt . Twarz bardzo młoda, widać, że to jeszcze nastolatek. Zabierając papierosy spytałem;  
    – Ile ty masz lat? Bo ja tu prawie najstarszy, dwadzieścia jeden.  
    – Ja mam dziewiętnaście. No i ja przyszedł tu. Ja szybko chcę syf odjebać.  
    Pokiwałem ze zrozumieniem głową, choć trochę czar prysł, już wiedziałem, że to prosty chłopak gdzieś spod granicy wschodniej.  
    – Ja znikam, mam służbę na kuchni, obiorę ci kartofelki. Nie dziw się, że będą sine – uśmiechnąłem się i pobiegłem na zaplecze stołówki. Byłem mocno nakręcony tym nowym żołnierzykiem. 

    Kurde jak dobrze zobaczyć piękną twarz. Nie wiem, czy ja zgłodniałem za kimś kto prezentuje się jak Adonis? Tak Adonis wśród, hmm, czego? Nawet małpy lepiej wyglądały niż to wojsko. Kurwa, chyba mi odbija. Siedziałem na taborecie, obierałem pyrki z bananem na twarzy, mając wszystko wyjebane, jak to się tu mówi. Skąd przeczucie, że gościu nie jest super? Kopałem się w czółko na moją pierwszą reakcję. Może być tylko po podstawówce jak wszyscy tutaj, pomijając kaprali, kierowców, sanitariuszy i mnie. No kurwa, a ja co? Teraz właściwe też niedouk? Wykształcenie, wiedza, eruducja może nie mieć znaczenia, gdy ktoś jest mądry i ludzki.  

    Rafał miał bardzo delikatne dłonie, wąskie w stosunku do długości palców, białe i zadbane. Karnacja twarzy jak z bajki, mleczna skóra z pąsem na twarzy, miękki brzoskwiniowy zarost. Kurde, jak on go zachował? Dedukowałem: on jest pierwszy dzień po urlopie prawdopodobnie, czyli musiał być na unitarce w garnizonie. Też dzik, jak ja. Przebrany jak klown w za duże moro, przesadnie zaciśnięty pas i opinacze. Nawet tutejsze kocury wyglądają dużo lepiej. Tyle pytań, brak konkretnych odpowiedzi. Myśląc o jego dużych prawie granatowych oczach w czarnej, regularnej oprawie, kilku piegach na prostym, symetrycznym, lekko zadartym nosku, poczułem, że to co miałem w kroku, stanęło na baczność, jak rekrut przed oficerem. Pięknie, pięknie Januszku. Nie było gdzie i kiedy swobodnie nacieszyć się instrumentem. Same myśli, które krążyły wokół mojego nowo poznanego idola utrudniały mi siedzenie, zresztą czułem, że mam kisiel w szortach. Nie ma gdzie i jak dokonać przepięcia, kombinowałem – Zrobię to w lesie na warcie, kurde tylko żebym nie miał służby przy bramach bo nic z tego nie będzie. Rafał dziś będzie miał ze mną służbę. Może na jednej zmianie – rozmarzyłem się. Może pogadamy o tym, czy tamtym. No, z drugiej strony też dupa, przecież poza kilkoma monosylabami nie rozmawiałem tu z nikim. Już wiedziałem, że moje cudowne ocalenie to sprawa polityczna, dano mi do zrozumienia, że jestem dupolizem kapitana i ma być pełna gotowość na pokładzie, gdy się pojawiam, bo jestem podpierdalaczem, gumowym uchem. Miałem to głęboko, myśląc o Rafale. Przy ustawicznym, bolesnym i mokrym wzwodzie, dotrzymałem do obiadu. 

    Rafała widziałem tylko na stołówce, gadał ożywiony ze stadem małpoludów. No i masz idola kurwa, byłem rozczarowany. Patrzyłem na jego czarne, bardzo krótkie włosy, kształtną czaszkę i smutno mi było, że nie siedzi tuż obok mnie i nie rozmawia ze mną. „Planeta małp” zwyciężyła. Śmierdzący gulasz z „czegoś” i sine ziemniaki stawały mi w gardle, odsunąłem talerz. „Kupię coś słodkiego” – mruczałem do siebie. Potem była warta. Był i on, byłem ja ale inne zmiany, inne posterunki. 

    Rutynowo mijał tydzień bez sensacji, czyli warta, kuchnia, rejony do sprzątania. Rafała widziałem ciągle. Spał na łóżku połączonym z moim, jednak poza konwencjonalnymi, zdawkowymi wymianami zdań, on żył w innej galaktyce. Każdej nocy z resztą małpiatek w czasie ciszy nocnej udawał się do sali starych na docieranie. Tak to jest z chłopakami pałającymi miłością do koszarowej tradycji, nawet dobrowolnie dają się ujeżdżać. „Dziś kocur, jutro chuj dla innych” – pomyślałem i zasnąłem. 

    W piątek rano Kotlar wręczył naszej dwójce formularze członkowskie ZSMP do wypełnienia. „Ładny chuj” – pomyślałem i wiedziałem, że parasol Politruka zamykam na wieki. „Za chuja tego nie podpiszę” – konstatowałem. Pierwszy odezwał się Rafał; 

    – Kapral, ja tego nie piszę. Ja prawosławny i wierzący. – Dodał ciszej: – Ja tego nie podpiszu. 
    Mnie opadła żuchwa na kolana, a Kotlarowi wypadały gały, nabierał powietrza by wydać jakiś dzwięk. 
    – Ja też tego nie podpiszę – wtrąciłem. 
    Kapral się zapowietrzył, patrzył z niedowierzaniem i w końcu się odezwał, spokojnym głosem: 
    – Kocury, wy tak to sobie możecie meldować u cioci na imieninach. Jest, kurwa, sto procent, powtarzam, chujki, sto procent członkostwa w tej jednostce i tak będzie. Zrozumiano? – podniósł głos i dodał na koniec: – Długopisy w łapy i wypełniać! 
    – Obywatelu kapralu, to jest dobrowolna deklaracja, więc mam prawo odomówić – wypowiedziałem to zdanie, stojąc przed nim już przepisowo, by nie dać mu pretekstu do kar regulaminowych. Rafał stanął obok mnie. 
    – Czy wyście ochujeli? Przecież to pic-fotomontaż. Kurwa, musicie to podpisać!!! – wściekły, prawie siny Kotlar pluł nam w twarze. 
    – Obywatelu kapralu, nie możecie mi wydać takiego rozkazu – kontynuowałem bardzo spokojnie. 
    – Pytam się zjeby, ostatni raz. Podpisujecie!? – kontynuował Kotlar. 
    – Nie, obywatelu kapralu – powiedziałem hardo. 
    – Nie, kapralu – odpowiedział cicho Rafał. 
    – A chuj was jebał, zajebię was na tym placu, będziecie mi lizać dupę i błagać o deklaracje – wysyczał Kotlar. – Olszar, chodź tu, masz robotę – krzyknął w stronę siedzącego na ławeczce suchego bruneta z wąsem. Ten powolnym krokiem zbliżał się do naszej trójki. Stanął koło Kotlara, kończąc dopalać peta i zapytał 
    – Problem, Andy, jaki problem? 
    – Te dwa pierdolone, dziki nie chcą podpisać deklaracji ZSMP, kurwa, czaisz? – pluł się nasz kapral. – Ja mam robotę w sztabie, przeczołgaj zdrowo kutafonów po placu. Kurwa, na początek pięćdziesiąt okrążeń placu. Jak kocury dalej będą się stawiać, czołgaj do skutku, do obiadu – mówiąc to, widać było, że się odpręża i powraca jego samozadowolenie. 
    – Andy tylko przynieś mi fajki i naparz kawy, kurwa, no pół dnia zjebane ale chuj, niech tak będzie. No kocury w górę kity i poszliii! – rzekł zadowolony Olszar. 

    Ruszyliśmy truchtem wokół klombu między koszarami a stołówką. Jedno okrążenie około stu pięćdziesięciu metrów. Dzień był wiosenny, ciepły słońce świeciło, a my w moro, rogatywkach na głowach, nadmiernie spięci parcianymi pasami w talii, z kamaszami na nogach truchtaliśmy jednostajnym tempem. 
    Pierwsza myśl jaka przyszła mi do głowy: ”Boże, jakie szczęście, że mamy skarpety, a nie onuce”. Biegliśmy nie patrząc na siebie, nie gadając, bo to osłabia. Czasem tylko Olszar przypominał o sobie, wrzeszcząc „Ruchy, kurwa, ruchy”. Po pięciu minutach było mi gorąco, zaczynałem się mocno pocić. Wiedziałem, że prędzej, czy później wejdę na minę, no i eksplodowała. Kombinowałem, że teraz Politruk sam każe mnie docierać starym. Wolałem skupić się na Rafale. Zaimponował mi swoją niezłomnością. Ciekawiło mnie, gdzie jest granica jego bólu, czy wytrzyma, czy my wytrzymamy, bo z każdym okrążeniem było gorzej. Jego oddech i stukot kamaszy, który słyszałem dodawał mi sił, mobilizował do ciągłego wysiłku. Czasem gdzieś w oddali rozlegało się „Ruchy, kurwa, ruchy!”. Czułem jak moje moro robi się ciężkie i gorące od potu, jak pot gromadzi się między półdupkami i spływa w dół na zapocone jądra, wsiąkając w szorty i spodnie. I znowu: „Ruchy, kurwa, ruchy!. Pot zalewał mi oczy mieszając się ze łzami, odzież paliła ciało, stopy się stały jedynie bólem. I tylko „Ruchy kurwa, ruchy!”. Pamiętam, że ciało, było jedną gorejącą raną i gdzieś odpłynęło. 

    Leżałem na koi w mokrym moro, nie mogłem się ruszyć. Byłem jak pochodnia, gorzałem. Czułem obok Rafała, słyszałem jego ból, identyczny z moim, jak zsynchronizowany rytm naszych kamaszy w biegu i usłyszałem głos kaprala „No kocury ogarnąć się do obiadu” potem trzask drzwi i wyszeptałem: „Nie podpisaliśmy”. Ten wysiłek i cierpienie sprawił, że Rafał był mi teraz najbliższą osobą we wszechświecie. 

    Siedziałem w pracowni, dopalałem „Radomskiego” popijając kawą. moje myśli wróciły do wypowiadanych fraz koło drabiny. Oczy mnie piekły, krople łez toczyły moje policzki. Kiedyś tak bliscy przez ból, cierpienie, dziś tak odlegli przez miłość. Gdzieś w głowie ciągle pobrzmiewało mi „Ty jebany chuju” wysyczane mi w twarz. Rafał w tym właśnie problem, bo jestem chujem niejebanym, a tak bym chciał! Rozumiesz Rafale, ja pragnę być jebanym chujem i chujem jebiącym. Dwadzieścia jeden lat niespełnienia, pożogi niejebanego chuja. 

    Mimo, że nie podpisałem deklaracji członkowskiej ZSMP, Politruk w poniedziałek namaścił mnie na zbrojny oręż propagandy i mógłbym stwierdzić: żyłem długo i szczęśliwie bez zawracania mi dupy w środku „syfu”. Miałem pracownie z prysznicem pod którym, ćwiczyłem swój organ naczelny, ku własnej uciesze. Wszystkie rany i otarcia po biegu dawno wygojone. Została tylko zadra w duszy, ja dalej jestem samotnym wilkiem. 

    Wstałem z krzesła by przygotować kolejną kawę i doznałem oświecenia, „Kurrrwa” – szeptałem „Ale jestem głupi” – dodałem. Wszystko stało się jasne i proste. Ze swoim zauroczeniem trafiłem w fatalne miejsce. Kluczem do mojej porażki była jednak polityka. Po pierwsze kadrowa, gdzieś tam hen, ktoś podejmował decyzję, że do tej jednostki trafiały odrzuty. Jeżeli mięsa armatniego było dość, to Politrukowi brakowało rąk do jego robótek, bo lekarz miał pierwszeństwo w wyborze sanitariuszy. Politruk, facet od trzymania pozorów, czyli nachalna propaganda, prowadzenie biblioteki i tak dalej, szukał kogoś kto może umie w miarę biegle czytać i pisać. Przy tym był glistą w jednostce i w domu, bo ciągle napierdalał żonę, co często słyszałem. Każdy kogo sobie wybrał, był świętą krową. 

    Chłopaki poważnie mnie się bali, że ich zadenuncjuję. I tak powstaje ciąg zależności: ktoś przysyła słabe kadry do jednostki, Politruk chce mieć święty spokój, by móc kontynuować swoje hobby, czyli grzanie gorzały. Kotlar jest od niego zależny, bo nie chce tłuc wartowniczych służb. Politruk każe mu mnie chronić przed falą. Ja sobie korzystam z przywilejów typu łazienka, pracownia, łażenie po nocach, spanie w dzień, żadnych wart, walenie w chuja, a przy tym plotka, że jestem donosicielem, którą mam w dupie, bo wiem jak jest naprawdę. Tak staje się wrogiem publicznym numer jeden. 

    Poznaję w tej mizerii ludzkiej urodziwego chłopaka, praktycznie mi odpierdala. Przy nim mój mózg pali styki. Jestem na niego nakręcony, nic o nim nie wiem. Bo pomimo miłego początku, już przy pierwszym obiedzie ucieka jak najdalej. Mnie poziom spermy zalewa oczy. Z deklaracjami to był przypadek, że on i ja w tym samym czasie i miejscu jesteśmy zgnojeni. Ja mam, po omdleniu chorą wizję wspólnoty dusz. I tak mój pierdolec na punkcie Rafała, ma pierdolca. Ładny, hetero chłopak urzekł wyposzczonego pedałka. Ten się nakręcił i siedzi w szambie po dziurki w nosie, puszczając bąki ze strachu. To co, że wytrzeźwiałem ale skutki tej testosteronowej balangi mogą być dla mnie okrutne. 

    Politrukowi jak będzie mnie atakował, mogę powiedzieć, że mnie podglądał jak biorę prysznic i bawię się sprzętem, że codziennie bije żonę jakby chciał się jej pozbyć. „Pan kapitan też woli młode męskie ciałka?” – aż zarechotałem na ten wywód. On się tak przestraszy, że zamknie parasol ochronny i da moją pedalską dupę Rychowi i reszcie kompanii „a co tam niech chłopaki sobie używają”. 

    Mimo tej erotycznej wizji, skończyłoby się na trzonku od miotły, niszczącym mój dziewiczy musculus sphincter ani. To nie znaczy, że on jest Ani, on jest mój i pragnie innej pieszczochy niż kij od miotły. 

    Rozbawiony tą gierką słowną, zamiast kończyć drugą planszę, zacząłem samoczynnie ćwiczyć tę grupę mięśniową: skurcz i rozkurcz. Z czasem skupiłem się na swoich wędrujących wertykalnie jajkach. Mój pieszczoch, doznawał pobudzenia, przepychał się między tkaniną szortów, a podbrzuszem, przedzierał się przez łonowy busz ku górze, ku światłu. Jak pęd ziarna starający się przebić przez skorupę drobin piachu, by zaczerpnąć słońca i powietrza, by z czasem rozkwitnąć nowym życiem. Rozpiąłem pasek spodni i kilka guzików, czułem jego potęgę napierająca na gumkę szortów, jak drży cały, czerpiąc swą energię z korzenia, pobudzanego spazmatycznym ruchem dwóch pierścieni, strzegących enigmy wewnętrznych otchłani ciała. Widzę jeszcze ciemną plamę wilgoci użyźniającą moją bieliznę. Zamykam oczy by wyłowić z pamięci szczegóły dzisiejszej nocy. 

    Druga po północy, otwieram wrota budynku koszar, wchodzę na rozświetlony korytarz. Wyrywam z półsnu podoficera dyżurnego, pokazując mu, by spał dalej, on chwilowo przebudzony, układa głowę na blacie biurka. Podchodzę do drzwi mojej sali, szybko i cichutko wpełzam do środka, by nie przerywać snu śpiących tam żołnierzy. Chwilę stoję, przyzwyczajam wzrok do mizernej poświaty wpadającej przez okno. Słyszę równe i ciężkie oddechy, liczę skłębione koce na łóżkach. Jest ich trójka. Podchodząc do swojego łóżka. Widzę Rafała, odprężonego, leżącego na plecach, z szeroko rozłożonymi nogami. Mógłbym tak go obserwować całą noc, notować każdy jego senny ruch, każde sapnięcie, każdy oddech. Bezszelestnie zdejmuje umundurowanie. Zakładam pidżamę i delikatnie siadam na swoim materacu, powoli kładę się na boku, zwracając twarz w jego kierunku, przykrywam się kocem z prześcieradłem. 

    Z perspektywy trzydziestu centymetrów, komplementuję jego prawie klasyczny profil. Ten lekko ku górze zadarty czubek nosa, nadaje mu charakter, lekkości młodzieńczego żartownisia. Doskonale pamiętam te kilka plamek piegów, teraz niewidocznych, które wraz z dołeczkami na policzkach, kiedy się uśmiecha, czynią z niego wiecznego dzieciaka. Ten obraz znam na pamięć, każdej nocy gdy śpi koło mnie, snuję wizje pocałunków, pieszczot, przyglądając mu się bacznie, dopóki nie zmorzy mnie sen. 

    Dziś było inaczej, moja desperacja zmusiła mnie do działania. To popołudniowe łzy spod prysznica sprowokowane uczuciami samotności i bezradności, pchały mnie do akcji. Gdy rozum odchodzi w cień, a hormony i pragnienie, burzą mury rozsądku, zaczynasz postępować inaczej niż zwykle. 

    Milimetr po milimetrze przesuwam swoje ciało do krawędzi łóżka, by być jak najbliżej koi Rafała, nasze posłania stykają się ze sobą, więc docieram do granicy, piętnaście centymetrów od jego ramienia. Teraz dokładnie lustruje jego długą szyję z lekko zarysowanym jabłkiem Adam, jego ruch w rytm oddechów. Moja dłoń pchana siłą nierozsądku, drżąc przedziera się przez granice wyznaczoną krawędziami łóżek, zatrzymuje się co chwilę, wstrzymywana obawą. Jednak podąża uparcie do Edenu jego ciała. Mój oddech jest płytki, czasem zamiera na chwilę, oczy bacznie śledzą to tak upragnione ciało. 

    Mój bezwstydny korzeń życia, mocno wzbudzony, opiera się o tkaninę szortów, chcąc ją przebić na wylot. Palec wskazujący, wędrującej dłoni dociera do kresu doliny, stykając się ze masywem jego twardego biodra. Na twarzy Rafała dalej ten sam spokój, wiem, że nie może być inaczej. On w swoim głębokim śnie, po służbie i nocnej lekcji uległości, nie może czuć tego delikatnego muśnięcia. Druga moja dłoń uwalnia moje nabrzmiałe brzemię ekscytacji. Twarde i gorące moim pożądaniem, ono wypełnia ściśle mi dłoń, będąc źródłem przyjemności. Drapieżnie pociągam tą dłonią w dół, by obnażyć czerwień szczytu. Kciukiem pocieram o wiązadełko, by wzmagać swoje pragnienie, by wierzchołek pokryć przyjemną lepkością. 

    Palce drugiej dłoni testują twardość, jędrność i sprężystość jego lewego biodra i uda, czuję temperaturę jego ciała. Biodra i uda Rafała są lekko ciężkie, by to wytłumaczyć należy sięgnąć po ilustrację „Davida” dłuta Donatello, gdzie widać to bardzo młodzieńcze, wysmukłe ciało, które nie w pełni się jeszcze się ukształtowało, gdzie biodra jakby są trochę za szerokie, są podstawą dla nie do końca męskiego torsu. 

    Ta dłoń zbierająca Rafałowe ciepło, powolnym ruchem zdobywa szczyt jego uda, rozpłaszcza się na nim, przesuwa się tam gdzie zawsze pragnęła być. Ciepłota ciała i szorstki materiał nogawki piżamy, dostarczają mojej stalowej męskości kolejnych powodów do mikro erupcji, ja cały spinam się do granic swojej twardości. Dłonią docieram tam gdzie czuję, ogień jego ciała, wstrzymuje oddech, bacznie śledzę wyraz twarzy swojego ideału. Jednak nic nie widzę poza rozanieleniem, błogością. 

    Wypełniłem płuca haustem powietrza, dłoń poruszyła się nieznacznie na biodrze Rafała i napotkała dziwny opór. Zatrzymałem się „kurde coś jest nie tak” kombinowałem „co to może być, w tym miejscu?” Podjąłem próbę wspinaczki na tą oporną przeszkodę, Bodźce z moich palców, przekazały mej wyobraźni obraz początku grubego walca. „Ku…. to nie jest możliwe, normalni ludzie tam nic nie mają” krzyczała moja realna ocena. Palce zaczęły uciskać tą sekretną wypukłość, nie była twarda jak mięśnie. Na pewno to jest jego berło i z pewnością mu stoi, ale jakieś inne wiotkie, zupełnie inne niż moje, które teraz było całe mokre od powolnego drażnienia. 

    Zacząłem pospiesznie przeszukiwać skrytki pamięci, słyszałem, że czasem duże członki nie są tak sztywne. „Czyli on ma teraz wzwód” myślałem gorączkowo. „Co to znaczy? Może on nie śpi i pozwala mi na tą zabawę albo jest nieświadomy i śni mu się coś erotycznego”. Zaraz zganiłem się w myślach, bo przecież nie widzę żadnych szybkich ruchów gałek ocznych pod powiekami, które są charakterystyczne dla fazy marzeń sennych. Może to odruch na pieszczoty mojej ręki. 

    Upewniwszy się, że obiekt mych pieszczot dalej śpi, uciskam ten magiczny walec. Po chwili czuję, że po moim ucisku, odczuwam lekkie parcie na moje palce, jakby oddanie, wyrównanie presji. „Gdy jest akcja musi być reakcja, głosi podstawowe prawo fizyki” przemknęło mi zdanie nauczyciela fizyki ze szkoły podstawowej. W tym momencie przestało się liczyć cokolwiek. Chciałem, pragnąłem, dotknąć tej królewskiej insygni królewskiej. Czuć jej ciepło w swojej dłoni, jej konsystencje, jej majestat. Moja dłoń powoli gładziła tą kolumnę, skośnie porzuconą mędzy górnym skrajem biodra a osią ciała, powleczoną materią pidżamy. 

    Nabuzowane żarem pożądania moje palce zaczęły rozchylać poły rozporka. Pod nimi czułem następną tkaninę o gładkiej powierzchni. Delikatnie w obrębie spodni piżamy sunąłem w kierunku teraz tak niepotrzebnych gumek. Powoli dotarłem do granicy, chroniącej jego intymność. Wiedziałem, że nic mnie nie powstrzyma, by złamać jego tabu. Tylko drastyczna reakcja Rafała. „Ale on mi przecież pozwala na tą agresję” myślałem mózgiem zanurzonym w morzu testosteronu. Palce zaczęły walczyć z oporem gumki szortów, już byłem bliski pokonania wroga, „Bastylia padła” triumfowałem w myślach. Znienacka zostałem wciągnięty w pułapkę. Moje pierwsze zwycięstwo nic mi nie dawało, pod szortami była druga gumka. Szersza, obleczona w tkaninę innej tekstury. On miał cywilną bieliznę pod spodem. Teraz nastał czas na szybką strategiczną decyzję. 

    Moja męskość ogarnięta pożogą ciągłego dotyku była bliska wystrzału, pozbawiała mnie resztek przyzwoitości i racjonalności. „Uwolnię swego księcia z murów tekstyliów, dam mu zasłużoną wolność” tak rozmyślając, sam będąc bliski spełnienia, czując swoje wypięte biodra, drżący pień w który z pędem i siłą wciskała się życiodajna emulsja. Nie było już odwrotu. Pierwszy spazm, zalewający moje posłanie spowodował, że kompletnie stężałem. Pragnąłem głębokiego oddechu, chciałem uwolnić usta od jęku, który dławił mnie, a tu następne skurcze przyjemności targają moimi biodrami, wylewając się z mego wnętrza, mocząc wszystko co przede mną i częściowo spływając po mojej dłoni. Walcząc ze skurczem wszystkich mięśni, starałem się regulować oddech, przychodziło to mi z trudem. „Żeby nie stękać, żeby nie stracić kontroli nad lewą dłonią skrytą w bieliźnie Rafała” takie myśli goniły po moich zwojach mózgowych. Dojście do równowagi trwało długą chwilę, w tym czasie wsłuchiwałem się w odgłosy sali, ale słyszałem tylko miarowe oddechy i pochrapywanie dochodzące z kąta sali. 

    Na nowo uderzyłem do szturmu na następną linię gumki. Moja dłoń musiała się teraz wykazać saperską precyzją i nie lada zwinnością. Miejsca było tam niewiele, w końcu końcówki trzech palców zahaczyły o krawędź spodenek, dotknęły skóry brzucha, niby się wycofując uparcie, pociągały zahaczone tkaniny w dół. Oczy uważnie skanowały wyraz twarzy Rafała, nic się tam nie zmieniało, lekko rozchylone usta, żadnego tiku, żadnej reakcji. Ja zaś mimo powodzi, prawą ręką walczyłem z niesłabnącą ekscytacją mojego członka, który był mokry, nieustająco sztywny, domagając się ciągłej atencji mimo tego, że kilka chwil temu, przeżył prawdopodobnie największą erupcję w swoich dziejach. Mój mózg stracił dawno kontrolę nad rozsądkiem. Powoli, acz stanowczo, moja lewa dłoń odsłaniała jego podbrzusze i doszedłem do momentu, gdzie trzeba było wytrzeć prawą rękę z resztek śladów rozkoszy. 

    Potrzebowałem drugiej dłoni, by tą operację przeprowadzić do zaplanowanego końca. Teraz dłonie zsuwając materiał rozkoszowały się dotykiem ciepłego podbrzusza, wchodząc w plątaninę delikatnych włosów łonowych, aż zaczęły wydobywać klejnot korony. Pierwszy mój świadomy dotyk czyjegoś przyrodzenia, wprawiał mnie w ekstazę. Po chwili manipulacji udało mi się wydobyć z rozporka tę żyłę życia, przy okazji sięgając głębiej, by gumki majtek zaprzeć o jądra. 

    Nagle przeżyłem dramatyczny moment. Rafał sapnął i się poruszył. W tym czasie moje dwie dłonie walczyły o dostęp do tego co ukrywał, zamiast wycofać się w popłochu przed takim atakiem, one ciągle tam tkwiły. Jedynie moje serce biło na granicy dopuszczalnej normy. Prawa noga Rafała uniosła się zginając w kolanie i opadła swoim ciężarem na bok. Wyglądało na to, że oddaje mi pole do popisu. Jego głowa odwróciła się do prawego boku i straciłem możliwość obserwacji twarzy. On znowu zastygł w nowej pozie. I wtedy objawił się ON. 

    Wiotki, przelewający się znacznie nad moją dłonią, zdecydowanie grubszy niż mój w pełnym wzwodzie. Nie mogłem połączyć palca wskazującego z kciukiem. Nigdy nie sądziłem, że ON może być tak wielki, będąc w stanie uśpienia. Z fascynacją trzymałem tę lekko sprężystą wiotkość w lewej dłoni, prawą zaś, przywołał mój stalowy człon. Oczywiście już wiedziałem, że jest on dużo mniejszy ale pulsujący, kapiący podnieceniem domagał się uwagi jak rozkapryszony bachor. 

    Mój spód dłoni lekko zgięty w palcach muskał ten kształtny wał, który był ciepły, gładki. Zapraszał by ująć go i zacząć uciskać. On poddawał się tej delikatnej presji, by po chwili przekazać mej dłoni pierwsze oznaki życia. Wyczuwałem jego specyficzny puls, wypływający z trzewi Rafała. Najpierw delikatny prawie nie zauważalny. Potem ośmielony moim uściskiem zdecydowanie mocniejszy, wypełniając, rozpychając środek i ściany wiotkości, która tężała mi w dłoni, rozwierając moją dłoń, wydłużając się. Teraz każdy impuls który przekazywały moje palce, powodował silną fale naporu zmieniając kształt i ciężar. Twarde, sztywne berło, ciężko spoczywało w osi ciała, czasem lekko podrygując. Subtelnie zacząłem gładzić jego powierzchnie, by rozpoznać jego kształty. Już nie było tej aksamitnej gładkości, teraz to co było jego wierzchem było przeorane dwoma bruzdami, które ciągnąc się wzdłuż, uwypuklały centralne wybrzuszenie, gładząc je, szczególnie u nasady, kolubryna silnie reagowała, chęcią poderwania się ale jej własny ciężar przygniatał ja do ciała. Odkryłem po bokach siatki tajemniczych runów biegnących pionowo, czasem rozwidlających się. Oszacowałem długość, mniej więcej jeszcze jeden mój korzeń, czyli dwie i pół szerokości mojej dłoni. Wielka i ciężka, bardzo gruba kolumna nieznacznie zwężająca się ku wierzchołkowi, zwieńczona masywną kopułą, osłonięta do połowy delikatną skórą. Widząc oczyma wyobraźni i pieszcząc w dłoni to boskie dzieło znowu przenosiłem się na kres spełnienia. 

    Tym razem kompletnie nie ograniczałem swojej reakcji. Dwie dłonie pracowały równolegle, mocno gładziłem poruszając się w dół i górę konar Rafała, przez to odkryłem to co było zakryte. Wędrowałem w tę i z powrotem kilkanaście centymetrów. Sam zatopiony we własnych wytryskach, jęk i chwile nierównego oddechu utopiłem w poduszce, ale moja dłoń nie przestawała rytmicznie pracować pod kocem Rafała. Żaden mój orgazm, choć oba były niezwykłe: długie, spazmatyczne i bardzo mokre, nie powodował opamiętania. Wkraczałem w odrealniony świat tracąc kontakt z otoczeniem, nie nasłuchiwałem dźwięków sali, już nie tak bacznie obserwowałem Rafała. 

    Niespodziewana myśl „muszę go zobaczyć”. Zauważyłem, że jego lewa ręka spoczywała wysoko na torsie. Oderwałem dłoń od mojej nowej wielkiej zabawki i delikatnie podbijałem koc by zsunął się na jego prawice. Po dwóch próbach jego wstyd został mi ukazany, syciłem oczy tym widokiem. 

    Z rozporka wystawał ogromny pień spoczywający ciężko na brzuchu, sięgając pewno prawie mostka. Był ciemniejszy niż reszta jego skóry, na górze wielka szypuła zamknięta w trójkąt. Zauważyłem, że ona się błyszczy, więc musi być wilgotna. Ciężko przełknąłem ślinę i już wiedziałem co zrobię, przez moment przeszła mi głupia myśl sumująca moje doznania: „krakowska podsuszana, kurwa, prawie pałka krakowskiej”. 

    Pozbawiony hamulców zsunąłem się niżej, zbliżając twarz do tej wspaniałej kiełbasy, czułem ten specyficzny zapach męskości. Jakby ostrzejszy. „Ale przecież on się kąpie tylko raz w tygodniu” przelatywało mi przez umysł. „Nic nie szkodzi i tak muszę poczuć ten smak” moje usta już całowały podstawę grubej bruzdy. Nos zbierał aromat, który roztaczały gruczoły. Mój język przesuwał się ku wierzchołkowi, delikatnie znacząc wzory, lizał łapczywie wiązadełko. Czułem, że przedmiot mojej adoracji pulsuje. Nie było szans by w tej pozycji próbować pochłaniać w ustach olbrzymią główkę. Pocałowałem ją, zaś językiem zebrałem jej wilgoć. Zawsze lubiłem ten smak, ale teraz mając świadomość, że to nie jest moje. Delektowałem się tym smakiem. Znowu wysunąłem język tocząc go w dół ku nasadzie. 

    Kątem oka zauważyłem zbliżający się cień, który z impetem oderwał mnie od źródła przyjemności, przewracając mnie na wznak. Zanim mój mózg pogrążony w innym wymiarze zareagował usłyszałem „co ty kurwa”. Patrzyły na mnie oczy w których widziałem same złe emocje. Silnie zacisnąłem powieki, czekając na cios lub krzyk. 

    Wtedy nawet nie odczuwałem jeszcze strachu, byłem jeszcze mocno pobudzony przeżyciami sprzed sekundy. On nie poruszał się, musiał wisieć chwile nade mną, też analizując sytuację w której się znalazł. Po momencie runął na swoje posłanie. Słyszałem szelest koca, którym się okrywał i strzelanie gumek od spodenek. Leżał tak chwilę i ciężko oddychał. Ja nie poruszałem się, rozluźniłem jedynie powieki, podniecenie zastępował strach i stres. On leżał i nie spał, oddalał się teraz o lata świetlne ode mnie, a przecież dzieliły nas tylko centymetry. 

    Nagle usłyszałem że ponosi się, szura kapciami i wychodzi z sali. Potem kilka kroków i drzwi od toalety. Teraz ja przybrałem embrionalną pozycję, odwracając się w stronę okna. Domyślałem się po co wyszedł i co tam robi. Jednak dojrzewający strach, wyparł ze mnie wszelkie myśli dotyczące seksu. Miałem przeczucie nadciągającej katastrofy. Runęło na mnie tysiące myśli, chciałem bić głową o poduszkę. Pogrążony w swoim strachu, leżałem dławiąc się oddechem. Minuty mijały, nie wiem ile czasu minęło, nim powrócił, czułem, że stał chwilę i chyba mi się przyglądał, potem opadł na kojo. Nie ruszałem się, nie spałem, tak trwałem do pobudki. 

    Ja nie musiałem wstawać, bo pracowałem po nocach. Poranny zgiełk powoli wygasał. Wszyscy byli po porannych czynnościach, rozeszli się do zajęć. Wtedy wstałem i bez śniadania uciekłem do pracowni. 
    Potem popołudnie i nasze spotkanie przy drabinie.
     

    Teraz wspominam tę noc, siedząc na poddaszu wśród farb, plansz i pędzli w poluzowanych spodniach, na samo wspomnienie zalewam się nasieniem. Spoglądam na swoje znowu bardzo mokre spodenki, analizując czy było warto. I co teraz? Rafał był bożkiem moich namiętności, a teraz jest Bogiem, trzyma mój los w swoich rękach. 

    Koniec Częsci II

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    Yake Osi

    To zdarzyło się w moim życiu.

  • “Rok 2064” – Czesc Pierwsza: „Zona Numer Trzy” – Rozdzial II – „Albin Kowalski i jego Edward Klucznik”

    CZĘŚĆ PIERWSZA: „ZONA NUMER TRZY” 

    ROZDZIAŁ II – „ALBIN KOWALSKI I JEGO EDWARD KLUCZNIK” 

    Albin Stanisław Kowalski urodzony dwudziestego siódmego lipca tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego ósmego roku w Szpitalu Wojewódzkim w Łomży. Zamieszkały w Piątnicy. Syn Reginy i Władysława, brat Elżbiety (po mężu – Prusak) oraz Andrzeja i Piotra. 

    Skończyłem szkołę podstawową i wybieram się do zawodówki, zostanę fryzjerem. Niestety, nie jestem tak pojętny jak moi bracia. Andrzej jest w czwartej klasie licealnej, a Piotr uczy się w technikum rolniczym w Marianowie i to on zostanie na gospodarce. Różnię się też od nich. Jestem bardzo szczupły, a urodę mam po matce. Ot, taki drobny blondyn, metr siedemdziesiąt pięć centymetrów wzrostu. Dlatego nazywają mnie „Wypierdek” lub „Wiotki”. Oni to typowe byczki. Każdy blisko metr dziewięćdziesiąt wzrostu, o rozłożystych, umięśnionych ramionach, które od dziecka zaznały ciężkiej fizycznej pracy na gospodarce. Andrzej z Piotrem mogliby uchodzić za bliźnięta; widać po nich, że to krew ojca. Duże błękitne, wręcz chabrowe oczy, bujne, gęste włosy w kolorze miedzianego brązu. Każdego ranka im zazdroszczę. Śpimy w jednym pokoju. Ja na tapczaniku, oni dwaj na dużej, rozkładanej wersalce. Widzę ich duże stojące i nabrzmiałe pały, gdy wstają rano i przechadzają się po pokoju. Zawsze się zastanawiam, kiedy im te szwy w bokserkach puszczą i cała ich zawartość wypadnie. Niestety, to też nas też różni. Oni wciąż się ze mnie naśmiewają. 

    Wypierdek, ty to w ogóle masz chuja? – rechot. Albo: – Wypierdek, ty za babę możesz robić, byle by ci cyce urosły. 
    Pierdolcie się chamy – odpowiadam. 
    My mamy czym, ale z bratem nie wypada się pierdolić – brecht. 
    Wypierdek, tobie nawet jaj nie ma co golić, tam nic ci nie rośnie, ty nie do zawodówki tylko do przedszkola zapierdalaj. 

    I takie są nasze, codzienne poranki. Co ja mam zrobić? Mój sprzęcik jest mizerny, dwanaście centymetrów gdy stoi, a przy tym tak jak ja cały, chudzina. Niespecjalnie go lubię, znaczy w sensie oglądania. Kurdupel, z długim napletkiem, jeszcze bledszy niż reszta mojego ciałka. Jak mi stanie i obciągnę skórkę, to wygląda mało estetycznie. Łeb stanowi prawie połowę długości. To jest jakieś nieproporcjonalne. Ten czubek, jak sobie go walę, staje się mocno czerwony, prawie fioletowy i ślini się na potęgę. Dochodzę w pięćdziesiąt sekund. No, na chuj mi taki chuj. Ale to też moja przewaga nad braćmi, bo ja szybko i niezauważalnie mogę się zabawić. Tym dwóm bykom trzeba czasu i miejsca. Więc widzę, że chodzą czasem wkurwieni od samego rana. No, bo głupio walić przy bracie, z którym śpisz na wspólnym posłaniu. 

    Tak naprawę nie mam żadnych problemów z nimi, oni stoją za mną murem, a te “przygaduchy”, to takie droczenie, codzienny rytuał. Kiedyś miałem w szkole problemy z kretynami. Piotr tak im obił mordy, że wycieranie mną kątów szkolnych skończyło się raz na zawsze. Oni są silni, męscy, przystojni, zmieniają dziewczyny jak rękawiczki, a ja cóż? Oj, wiotki jestem. Taka ze mnie „lelija”. W szkole trzymałem się z dziewczynami, ale nigdy nie myślałem o nich, jako o obiektach westchnień. Oj boże, fajne są i tyle, i dbają o siebie. Zresztą z racji anatomii wcale seks mi się nie podoba. Ja jadę na królika, bo muszę sobie ulżyć ale to by było na tyle. 

    Mam tylko jedno marzenie, wyjechać z tej wiochy. Gdzieś, gdzie duży ruch, gdzie są dziesiątki sklepów i ludzie jakoś ładniejsi. Nawet Łomża to zadupie, jedna ulica handlowa to Długa, a dalej ściernisko. Piątnica, to polskie Gotham: ma „Batmana” w herbie i leży dwa kilometry od Łomży. Właściwie to taka łomżyńska wersja warszawskiej Pragi, powszechnie traktowana jako przedmieście Łomży, od której oddziela ją rzeka Narew. Choć nie każdy wie, gdzie leży Łomża, to każdy jadł serek wiejski z Piątnicy, bo tu on jest produkowany. 

    Była by to cicha i zapomniana przez Boga wieś ale niestety jest to ważny węzeł drogowy. Przecinają ją droga S63, prowadząca na Mazury oraz S64, którą dojedziesz do Białegostoku. Piątnicę okalają carskie forty, w których żyją nietoperze. Gacek i sama fortyfikacja znajdują się na tarczy herbowej Piątnicy. Jak na ironię forty, wybudowane z carskiego nakazu, stanowiły ważny element obrony Łomży przed nawałą Sowietów, podczas wojny polsko – bolszewickiej. W centrum jest kościół, szkoła, straż pożarna, Gminny Ośrodek Kultury , kilka sklepów, trochę małych zakładów i oczywiście knajpy. Wzdłuż drogi między Czarnocinem a Drozdowem większość zabudowań stanowią siedliska rolników. 

    Jutro mam piętnaste urodziny. Nic szczególnego nie planuję. Jakieś ciasto pewnie upiecze mama, rodzina złoży mi życzenia i dostanę trochę pieniędzy. Już od dwóch lat postawiłem na swoim. Wszyscy wiedzą, że nie chcę prezentów, wolę gotówkę, którą oszczędzam i sam sobie kupuję to co chcę. Moje rodzeństwo i rodzice nie mają wyczucia smaku. Kupują straszne rzeczy, a potem wyglądają jak typowe wieśniaki. Jedyne na co pozwalam mamie, to zakup bielizny i odzieży roboczej, czyli kreszowych dresów, które uwielbiają moi bracia. Matka w ramach oszczędności kupuje ten badziew na Manhattanie, czyli na łomżyńskim targowisku. Gdzie ruski towar miesza się z chińszczyzną i rodzimą wytwórczością. Wygląd ma dla mnie olbrzymie znaczenie. Muszę swoje braki w budowie ciała czymś rekompensować. Wypierdek taki jak ja z wąska klatką piersiową, praktycznie pozbawiony muskulatury, musi jakoś sobie radzić. Przyzwyczaiłem się do swojego wyglądu, a nawet lubię patrzeć w lustro. Mam gęste, jasne włosy, ciemną oprawę zielonych oczu, ładnie wykrojone usta, nie jakieś szparki, a namiętne takie dziewczęce. Jedynie co mogłoby być lepsze, to nos. Wolałbym nos po ojcu, a ten po matce jest prosty ale zakończony lekkim „kartofelkiem”. 

    Wpadłem do domu, siedzę w łazience i stroszę sobie pióra na różne sposoby, wyginam usta, próbuje różnych min. Muszę sobie sieknąć fryzurę jak Jason Priestley z Beverly Hills. Tylko jak zawsze jeden jest problem. Jak tym głąbom, łomżyńskim fryzjerom to wytłumaczyć? Dlatego ja zostanę fryzjerem. 

    Aluś dzieciaku, a co ty tak długo robisz w łazience – krzyczała mama. 
    Już zaraz wychodzę, chwileczkę. 
    Aluś, chodź szybko, bo nie mam rumowego zapachu do ciasta i masło potrzebne. Skoczysz do sklepu, ale tak na jednej nodze. 
    – Co mam kupić? – powiedziałem, wychodząc z łazienki. 
    – No, ten zapach rumowy, weź też waniliowy, dwie kostki masła i kup kilogram cukierków, takich jakie lubisz. Tych zapachów to kup po 20 sztuk i ze dwie duże butelki coli. Bo ciepło dzisiaj, a jak chłopaki wrócą z ojcem z pola, to pić będą chcieli. 

    Dostałem pieniądze, wziąłem siatkę i wyszedłem z domu. Słońce wręcz paliło ale trudno trzeba było iść ten kilometr do sklepu. Idąc spotkałem siedzącego pod drzewem sąsiada, pewnie był na lekkiej bani, bo to w jego stylu. 

    Dzień dobry panie Gawroński – krzyknąłem, on się nie odezwał, tylko lekko skinął głową. 

    Szedłem szybko, było gorąco, a ja w zielono-granatowych spodniach dresowych i czarnej podkoszulce. Nie noszę, krótkich spodenek, bo nie lubię prezentować swoich chudych nóg. W drodze powrotnej, doganiałem Gawrońskiego. To duże postawne chłopicho, jakieś czterdzieści pięć wiosen na karku, więc stary. Siwiejący brunet z mocno zarysowaną szczęką, zawsze niedogolony, śmierdzący alkoholem. Taki zwalisty chłop: silne łapy, szerokie bary ale i widoczny brzuch. Edward Gawroński od dwóch lat był wdowcem, żona miała guz i zmarła, a on pił chyba codziennie. Mój ojciec był na niego oburzony, bo pozbył się całego inwentarza, a na koniec sprzedał konia. Doganiałem go. Będąc za nim może dziesięć metrów, moją uwagę skupiły jego pośladki i mocne uda, opięte w roboczych spodniach. Wydały mi się jakieś takie pociągające, chciałem ich dotknąć, pomacać, dać im klapsa. To chyba przez ten upał mózg mi się lasuje i oglądam z podnieceniem dupę starego chłopa. Wszystko by było w porządku, tylko dlaczego mój mały stanął. Jak to dobrze, że mam dresy i długą koszulkę, pomyślałem. „Jak ten chłop się nie poci” myślałem, nosi grube spodnie, gumowce, flanelową koszulę i beret na głowie. Przyspieszyłem znowu kroku, mijając Edwarda, zobaczyłem w jego siatce butelki z piwem. Gdy się zrównaliśmy, on coś mruczał pod nosem, ja do niego się uśmiechnąłem i po chwili on mógł oglądać mój wątły zadek. 

    Po powrocie znowu zamknąłem się w toalecie z zamiarem przejrzenia gazet, pożyczonych od dziewczyn; „Twój styl”, „Uroda” i „Burda”. Moja matka, kochana kobieta, nie kupowała takich gazet i nie tylko takich. U mnie w domu, to rodzice jedyną rzecz, którą czytali, to była książeczka do nabożeństwa. Ja lubiłem te kolorowe magazyny z artykułami na temat pielęgnacji ciała i fotkami ludzi z innego świata. Wszyscy tacy ładni i zadbani. Dzisiaj jednak nie mogłem się skupić, czytając artykuł na temat trendów w balejażu. Wciąż miałem przed oczami tą dorodną dupę Edwarda w opiętych spodniach. Gdy tylko o niej myślałem, znowu doznawałem erekcji. Kurwa, pomyślałem coś jest nie halo. Odłożyłem wysoko na szafkę moje skarby, usiadłem na klozecie. Znowu te głupie myśli o tyłku sąsiada, a w ręku mój sterczący fiut, zresztą już cały mokry. Zamknąłem oczy i zacząłem oczami wyobraźni zdejmować spodnie Gawrońskiemu, zrobiło mi się błogo. Moja ręka nawykła do krótkich i szybkich ruchów zwolniła, zapragnąłem całować, gryźć i lizać ten tyłek. W głowie kotłowały mi się wizje jego kutasa, którego też liżę, a on mi go głęboko wsadza do ust. Ten obraz przelał czarę i trysnąłem obficie. Zawsze spermą zalewałem rękę i brzuch, a tym razem prawie cały ładunek wylądował na mej piersi, na moim czarnym T-shircie, a także na brodzie i nosie. Nieśmiało zlizałem kropelkę z nosa. Po raz pierwszy w życiu próbowałem swoje nasienie. Co jest dziwne, smakowało mi. Zaraz jednak przyszło otrzeźwienie, pojawił się niesmak do samego siebie, jak również lęk. Co to kurwa, było? Chore majaczenie o starym facecie. Muszę to sobie ułożyć w głowie. To pewno przez ten upał, jakoś tak mnie zakręciło, kombinowałem. Przecież ja nigdy bawiąc się małym, o nikim nie myślałem. Robiłem to szybko i mechanicznie, by się spuścić, żeby jajka nie bolały. Doprowadziłem się do porządku, nie zakładałem podkoszulki. Matka zagoniła mnie do obierania ziemniaków i obcinania końcówek fasolki szparagowej. Usiadłem w cieniu na ganku przed domem i zabrałem się do pracy. 

    Walcząc nożem z ziemniakami, miałem dobry widok na obejście Gawrońskiego. Na jego podwórku było pusto i cicho, ani psa, ani żywej duszy. Po kilku minutach z chałupy wytoczył się on, miał ze sobą tą siatkę z piwskiem. Usiadł w cieniu na ławeczce przed domem. Rozsiadł się, szeroko rozstawił nogi, oparł się o ścianę. Odpiął guziki w koszuli i drapał się dużym łapskiem po włochatej piersi. Znowu moje myśli szybowały do tego faceta, znowu miałem ochotę być blisko niego, wtulić się w ten gąszcz włosów, dotykać go. I zamiast obierać ziemniaki, gapiłem się na tego mocnego mężczyznę, marząc o bliskości z nim. On otworzył piwo i wypił duszkiem pół butelki. Siedział, gapiąc się w drzwi swojej stodoły, był nieobecny. Nie zwracał uwagi na swojego obserwatora. Ja trzymałem kartofel w ręku, patrzyłem na Edwarda z otwartą japą, w moich slipkach znowu było mokro i sztywno. Nie mogłem i nie chciałem wracać do swojej pracy. Co się ze mną dzieje? Gawroński, którego znałem od zawsze, mnie hipnotyzował. Ten stary, brzydki, moczymorda skupiał całą moją uwagę. Był jak Sfinks nieprzenikniony i nieobecny. Musiałem coś zrobić, resztką świadomości zmieniłem pozycję, by się uwolnić od jego widoku. Ciągle jednak miałem w głowie kołowrotek niezdrowych myśli. Z wysiłkiem dokończyłem zadaną mi przez matkę prace. Wiedziałem, że coś niedobrego dzieje się w mojej głowie. Czy ja nie zwariowałem? 

    W nocy miałem mokry sen z nim w roli głównej i to od rana popsuło mi humor. Dziś przecież moje urodziny, a ja zakręcony jak bąk w tulipanie na punkcie dużego męskiego zadu. Po śniadaniu wybyłem do Łomży, by przejść się po ulicy Długiej i odwiedzić kilka sklepów z ciuchami. Upatrzyłem sobie fajne spodnie w Mustangu i ciekawą kurtkę w Levis’ie. Teraz tylko czekać wieczora i zobaczyć jak duży będzie mój urodzinowy haracz. Wróciłem do domu późnym popołudniem, w lepszym nastroju. Zawsze oglądanie ciuchów, a bardziej zakupy poprawiało mi samopoczucie. Wieczorem na stół wjechało ciasto z piętnastoma świeczkami, zebrałem od najbliższych całkiem niezłą sumkę. Więc jutro kupię kilka fajnych rzeczy. W nocy śnił mi się duży, kutas z owłosionymi jajami. Przez te sny i ten fatalny dzień, w którym jarałem się widokiem sąsiada, czułem się nieswojo. Jedynym ratunkiem były zakupy. Ubrałem moje wysłużone 501 i błękitny T-shirt z grafiką nocnej panoramy Nowego Jorku. Matka darła się na mnie, że zwariowałem, gdy zobaczyła, że nakładam na nogi Martensy, moje ulubione czarne półbuty na grubej podeszwie z komorami powietrznymi, żółtą stebnówką i wzmacnianym czubem. 

    Dzieciaku, nogi sobie zaparzysz, załóż sandały albo trampki – zrzędziła. 
    Mamo to jest prawdziwa skóra, i one tylko tak ciężko wyglądają, są super wygodne – odpowiadałem. Ona z niedowierzaniem kręciła głową i tokowała. 
    Oj, dzieciaku, dzieciaku one na zimę może i dobre ale nie na takie lato. 
    A widziała mama kiedyś harcerza? Oni chodzą w grubych skarpetach i na nogach, mają takie ciężkie buciory. Widzi mama, oni kilometry latem robią w takim obuwiu. 
    No to maszeruj na przystanek harcerzu, bo na czerwoniak się spóźnisz. 

    Stałem na przystanku, czekając na autobus. Słońce znowu prażyło bez litości. Znowu go widzę jak zataczając się, idzie ze sklepu z torbą pełną piwa. Gdy mnie minął, obejrzałem się, a ta jego dupa kołysała się. Przygryzłem dolną wargę i gapiłem się na nią jak na ósmy cud świata. Zrobiło mi się duszno i czułem jak w moim kroczu rodzi się erekcja. Kurwa, co się tu ze mną dzieje. I tylko jedna myśl. Odwrócić się i nie patrzeć ale nie ruszyłem się, a Edward oddalał się kołyszącym krokiem. Całe szczęście nadjeżdżał autobus i wyrwał mnie z tego zapatrzenia. Odetchnąłem i wsiadłem do pojazdu. 

    Kupiłem spodnie, dwie odlotowe podkoszulki, gruby, skórzany pasek, koszulę w bardzo drobną błękitną kratkę i czapkę. Odprężony i szczęśliwy wróciłem do domu. Matka się krzywiła i nie mogła zrozumieć dlaczego kupuję tak drogie ciuchy i czym one są lepsze od tych z Manhattanu, sprzedawanych przez chińczyków, czy wietnamczyków. Ja ze swoimi łupami zamknąłem się w toalecie. Przebierałem się, wyginałem, byłem zadowolony z tego co widzę w lustrze. Sam się sobie podobałem. W końcu usiadłem na „tronie” i zagłębiłem się w lekturze pożyczonych, kolorowych magazynów. Jak zwykle matka zepsuła mi to miłe popołudnie, goniąc mnie do roboty i już w spodniach od dresu i granatowej, wypłowiałej koszulce siedziałem na ganku, obierając tonę jabłek, które mama ma zamiar wekować. Mój dobry humor zważył się, gdy na podwórko wytoczył się On z piwem. Znowu pragnąłem jakiegoś zbliżenia się do tego faceta, oddania mu się. Jego zwalista, ciężka postać atakowała mnie w snach i na jawie. Budziła niezdrowe pożądanie, nie panowałem nad swoimi myślami i ciałem, Edward pobudzał moją męskość, fantazjując o nim, doznawałem kolejnych erotycznych spełnień. 

    Sierpień, kończyły się żniwa. Zwożono z pól słomę do stodół. Matka mnie wysłała po marchewkę, pietruszkę do swojego warzywnika za naszą stodołą. Było popołudnie, słońce leniwie snuło się po nieboskłonie bez towarzystwa chmur, to był kolejny upalny dzień. Wyrwawszy potrzebne warzywa, zauważyłem, że drzwi we wrotach do stodoły Gawrońskiego są otwarte. Szybko pobiegłem do domu z wyrwanymi korzeniami, by po pięciu minutach być za stodołą. Miałem ochotę obejrzeć obejście sąsiada od strony jego stodoły. Skradając się, wszedłem do środka. Przywitał mnie ten specyficzny, przyjemny zapach suszonej trawy i słomy. W powietrzu unosiły się drobiny kurzu, widoczne w słonecznym świetle, przeciskającym się przez szpary między deskami wrót. Panował półmrok, widziałem zwiezione bele słomy po prawej stronie, lewa zaś część ,była prawie pusta, leżały tam resztki siana. „To smutne” pomyślałem ale po co mu siano, czy słoma jeżeli pozbył się inwentarza. Słyszałem pobliski odgłos siekiery rąbiącej drzewo. Starałem się bezszelestnie dotrzeć do frontowych wrót budynku. Po chwili moje oko przywarło do szpary między deskami. W ostrym świetle ujrzałem Edwarda, rozebranego do połowy, który zmagał się z drewnianymi klocami. Gdy wzrok akomodował się do zmiany oświetlenia, widziałem dokładnie te duże ciało. Mocno owłosione na rękach, kępy włosów porastających jego ramiona i bujny zarost klatki piersiowej schodzący w kierunku paska od spodni. Przyglądałem się grze jego mięśni, gdy w mocnym zamachu unosił narzędzie, by rozłupać kolejną szczapę. Czasem ocierał pot z czoła, jego ciało świeciło od wilgoci. 

    Ten widok wywołał u mnie wzwód, znowu wzbierały we mnie te wszystkie chore rojenia na jego temat. Nie wytrzymałem, odwróciłem się i opuściłem dresowe spodnie wraz z bielizną do połowy ud, opierając się plecami o drewniane wrota. Z przymkniętymi powiekami, dotykałem swojego stojącego i mokrego kutaska. Kłębiło się we mnie pożądanie, pragnąłem dotykać tego potężnego ciała, chciałem być mocno trzymany, przez te mocarne dłonie, by czuć ich szorstkość na swoim gładkim ciele. 

    Otumaniony tymi myślami, nawet nie usłyszałem, że zapanowała cisza. Gdy byłem bliski wystrzału, zalała mnie fala światła, a mocna dłoń pchnęła na ziemię. Upadłem, a ciało domówiło chwilowo posłuszeństwa. Zamarłem w bezruchu. Wiedziałem, że świecę teraz swoją bladą drobną dupą. Słyszałem ciężki oddech, zamiast się zerwać, próbować naciągnąć spodnie i zwiać. Leżałem, zaciskając powieki, kręciło mi się w głowie. Te silne, szorstkie dłonie, przerzuciły mnie na plecy. Otworzyłem oczy i widziałem jak się pochyla, potem przyklęknął w rozkroku nad moją piersią. Pochylił się, patrzyłem w ogorzałą twarz, jego orzechowe, lekko przekrwione oczy nie wyrażały żadnych emocji. Teraz nasze spojrzenia przepychały się, nie wiem co mnie podkusiło ale podniosłem się na łokciach i przesunąłem nieco dalej, czułem jak o moje pośladki, zahaczają o źdźbła słomy. Edward tylko patrzył, a ja wiedziony niezdrowym pragnieniem, przywarłem głową do jego dużego, owłosionego i spoconego brzucha. Moje nozdrza atakowała paleta zapachów, od woni stodoły, przez zapach nieprzetrawionego alkoholu, po mocny męski zapach potu i czegoś jeszcze. To wzmagało moje podniecenie, mój prężący się bez przerwy fiut pęczniał, jakby chciał eksplodować boleśnie. I znowu zamknąłem oczy i teraz całym policzkiem, przesuwałem się po krągłym brzuchu, usta same z siebie zaczęły, całować to gęste futro. Już nic nie było ważne, nie patrzyłem na niego, a on skamieniały przyjmował moje pieszczoty. 

    Znienacka Gawroński, mocno schwycił mnie za włosy i odsunął od siebie, drugą ręką wymierzył mi policzek, ból który mnie przeszył, sprawił mi przyjemność. Wydyszałem półgłosem „Au” i otrzymałem kolejny raz, w drugą stronę twarzy. Cicho kwiliłem, lejąc łzy z oczu ale byłem rozgrzany jak piec, nadstawiałem się, irracjonalnie odczuwałem podniecającą przyjemność. Pożądałem więcej i więcej, czułem, jak pieką mnie policzki. 

    Wtem policzkująca mnie dłoń, zaczęła rozpinać pasek od spodni. Ciężko przełykałem ślinę, łzawiąc i patrząc w jego nieprzeniknioną twarz. Nie wiedziałem czego się spodziewać, nie wiedziałem do czego to zmierza, nie wiedziałem czy to kara, czy nagroda. „Sprał mi pysk, a teraz może mi złoić tyłek” przeleciało mi przez głowę w tym dziwacznym uniesieniu ale on rozpinał rozporek. Zapach, który mnie uderzył był ostry, nieprzyjemny z nutą moczu ale wyzywający i silnie działał na moje pobudzone receptory. Jeszcze jeden ruch i zobaczyłem przed nosem grubego, żylastego, nie zbyt długiego kutasa. Miał on bardzo długą, pomarszczoną skórkę napletka. Edward sprawnie ją ściągnął i tym fiutem z mocno czerwonym łbem, obijał moje policzki. 

    Teraz trzymał mnie za ucho i szczękę, odruchowo otworzyłem usta, a on zaczął pchać do środka swoją pałę. Jej głowica uderzyła w moje migdałki. Wszystko z żołądka chciało wracać na zewnątrz. On teraz mocno, oburącz trzymał moją głowę. Jego kutas chwilowo nieruchomy, napierał na wejście do mego gardła, nie mogłem przełknąć śliny, która wypływała mi na brodę. Mój nos drażniły długie i gęste włosy łonowe. Krztusząc się, walczyłem o oddech. Świat mi wirował przed oczami, obraz rozkładał się na plamy. 

    Mimo, że omdlewałem, moje ręce złapały wielki, okrągły tyłek Edwarda. Starałem się nimi, przyciągać mocnej jego biodra do mojej głowy. On zaś wycofał się i mocniej uderzył, doprowadzając do kolejnego spazmu przełyku. Wycofywał się i atakował mocniej i szybciej, ślina zalewała mi szyję, spływała niżej, brakowało mi powietrza, gdy moje odruchy ze strony gardła i przełyku, dławiły mnie, na chwilę przestawał, wycofując się nieznacznie. Moje dłonie masowały, głaskały jego wielką dupę, czasem odrywały się, by badać krągłości wielkiego brzucha. Oczy łzawiły, obraz był niewyraźny, straciłem kontrolę nad swoim ciałem i odruchami. Mimo, że moja świadomość gdzieś odpływała, było mi dobrze. Podniecenie moje osiągnęło szczyt, biodra i brzuch spinały się, a fiut mimowolnie zalewał mi ciało. Mocne i rytmiczne ruchy bioder sąsiada, zmieniły się w chaotyczny taniec, aż cały się zatrzymał na chwilę. Jego pała wyrzuciła pierwszą salwę , zaklejając moje gardło. Nie mogłem tego przełknąć. Część ładunku dostała się do krtani, powodując odruch kaszlu. Puścił moją głowę, runąłem na glebę, walcząc z odruchami zwrotnymi. Docierał do mnie obraz końca jego orgazmu. Teraz pomagał sobie ręką, strugi nasienia lądowały na mojej twarzy i ściółce. Skończył, wstał z klęczek, robiąc porządek ze spodniami. Ja leżałem z gołym tyłkiem, zachlapany jego i swoim sokiem. 

    Dziękuję, panie Gawroński – wychrypiałem gardłowo. On patrzył na mnie. 
    Czekaj, przyniosę wiadro z wodą i jakąś ścierkę, to się oporządzisz. 

    Wyszedł, a ja dalej leżałem taki sponiewierany, ale czułem się odprężony. Mimo, że piekły mnie policzki, miałem załzawione oczy i niesmak w ustach, piekące gardło. Podkoszulka od dołu zalana moją spermą, zaś twarz i włosy jego. Wstałem zdjąłem swój stary, szary T-shirt, wytarłem nim ślady nasienia, wciągnąłem bieliznę i spodnie. Usiałem pod drzwiami w kucki i czekałem. On wrócił z wiadrem wody i jakąś szmatą, powiedział: 

    Masz, obmyj się. 
    Dziękuję, panie Gawroński. Jutro niech pan nie zamyka tych drzwi z tyłu, ja znowu przyjdę. Uchylę przednie wrota, to będzie pan wiedział, że jestem – patrzył na mnie, nic nie powiedział, pokiwał głową i wyszedł. 

    Obmyłem się, przepłukałem koszulkę, położyłem ją na słomie. Siadłem obok, czułem się zmęczony, mimo, że odczuwałem lekkie bóle fizyczne, byłem szczęśliwy. „Jutro znowu to zrobimy” myślałem i ta myśl mnie uspakajała. 

    Przesiedziałem tam do zmroku. W domu zadawano pytania, kto mi dał w pysk. Szczególnie Piotr był dociekliwy. Nie udało się tego ukryć, miałem spuchniętą twarz i rozciętą wargę. Kluczyłem w swej opowieści po łące kłamstwa. Pojawiła się więc koleżanka z Jednaczewa i to ona była sprawczynią tego nieszczęścia. Piotr z niedowierzaniem krzyczał do Andrzeja: 

    Wiotki ma dziewczynę. Ostra, chyba boks trenuje – rżał jak koń. 
    Wypierdek, czy ty chciałeś ten swój mikroskopijny instrumencik, dopasować do dziurki? – dopytywał się Andrzej. 
    Nie, on za cyc chciał ją schwycić – obydwoje się brechtali 
    Małe, niepozorne, a kogut. 
    Młody, jak chcesz to kondony ci kupimy. 
    Piotrek, jemu wystarczy obcięty, mały palec z gumowej rękawiczki matki. 

    I tak cały wieczór, głupie pytania i jeszcze głupsze odpowiedzi. Całe szczęście, że był jakiś idiotyczny film o samurajach, więc poszli go oglądać. Ja w tym czasie wziąłem prysznic i poszedłem spać. 

    Rano było jeszcze gorzej. Twarz jak po walce o zawodowe mistrzostwo świata w boksie. Moi dwaj debilni bracia uratowali mi tyłek. Matka pomstowała, podejrzewała najgorsze. Bo jeżeli dziewczyna tak się broniła, to chyba ją gwałcić chciałem i w niedzielę obowiązkowo muszę iść do spowiedzi. No, w tym momencie mało nie udławiłem się kanapką. Już to widzę jak opowiadam księdzu, że moja „dziewczyna” Edward Gawroński najpierw prała mnie po pysku, a potem mało nie udusiła swoją fujarą. Ciekawe, ile bym dostał zdrowasiek w akcie pokuty? Kretyńskie żarty moich braci złagodziły atmosferę. Ojciec wziął mnie na słowo i tłumaczył, że nie powinienem dawać sobie wchodzić na głowę, że on rozumie, że dziewczyna ale to wygląda tak jakby ona chciała mi zęby wybić. Dopytywał się o co poszło, czy nie o seks, tłumaczył mi, że na to jestem za młody. Dzięki wyobraźni jakoś z tego wybrnąłem i skończyło się pieleniem warzywnika w ramach pokuty. 

    Z Edwardem spotykałem się popołudniami, w jego stodole. Uprzedziłem go, że więcej nie może mnie prać po ryju, bo choć mi to bardzo odpowiada, to nie odpowiada moim najbliższym. Przez kilka dni było ekscytująco, spuszczałem się bez dotykania. Nauczyłem się przyjmować do gardła jego kutasa. Oczywiście dalej się śliniłem, zatykałem ale dziarsko mu obciągałem z połykiem. Nauczony doświadczeniem rozbierałem się i miałem w jego stodole mały ręcznik, by po wszystkim doprowadzić się do normalnego stanu. 

    Niestety nic co piękne nie może trwać wiecznie. W drugim tygodniu naszej bliskiej znajomości, musiałem sam sobie walić, by dojść, bo sam chuj w ustach już mi nie wystarczał. Bez bólu i adrenaliny wiele rzeczy zaczęło mi przeszkadzać. „Dlaczego on tego kutasa nie myje i dlaczego zawsze śmierdzi i dlaczego gaci nie zmienia?” te pytania kołatały mi się w głowie albo „Dlaczego nie zdejmie tych zaszczanych gaci, bym mógł sobie macać jego dupę?” Gdzieś w dal odpływała moja fascynacja Edwardem. 

    Pamiętam, dwudziestego siódmego sierpnia spotkaliśmy się jak zwykle. Jednak on już na mnie czekał, był zalany bardziej niż zwykle, już miałem się rozbierać, on dopadł do mnie i zaczął całować po włosach i twarzy. No, chuj mnie strzelił! Momentalnie, zamiast podniecenia czułem jego smród, a z sekundy na sekundę podniecenie i fascynacja, zmieniały się w niechęć. Zebrałem w sobie siły i odskoczyłem od niego, on się zachwiał, ja już byłem przy drzwiach. 

    Do widzenia, panie Gawroński – krzyknąłem, trzaskając drzwiami, uciekłem. 

    Chciało mi się rzygać, ale czułem się jakoś lekko. To było wyzwolenie, byłem wolny. Wpadłem do domu i ukradłem bratu kilka papierosów. Wyszedłem i włóczyłem się po okolicy, w końcu dotarłem do fortów. Wdrapałem się na szczyt fortyfikacji, usiadłem na trawie. Byłem sam, w oddali tylko jakieś odgłosy życia wsi, szczekające psy, ryk bydła. Słońce zachodziło, niebo nad Łomżą było w różnych odcieniach czerwieni. Na rozleglej dolinie iskrzyła się rzeka Narew, wijąc się swoimi zakolami. Zapaliłem pierwszego papierosa w życiu, nie smakował mi, ale go paliłem. Edward też mi nie smakował ale go obciągałem. Ściemniało się, nad doliną unosiła się delikatna mgiełka, znad rzeki nadciągał chłód. Skarpę łomżyńską rozświetlały lampy domostw. Panorama tego miasta jest bajeczna. Już wiedziałem kim jestem i było mi z tym dobrze. Nie buntowałem się, nie miałem pretensji do losu. Edward-klucznik otworzył moje ciało i moją świadomość. On był tylko kluczem, otworzył drzwi i nie był już potrzebny. Kolejny papieros mi smakował znacznie lepiej. Czy następny kochanek też będzie lepszy od pierwszego? 


    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    Yake Osi
  • Siedzialem okrakiem na drabinie – Czesc III „Kosmos do gory nogami”

    “Czas nie kutas, nie stoi w miejscu” to jest prawda. Kolejne dni mijały bez większych sensacji. Na wyścigi z deszczem odnawiałem bramę przy budynku koszar, gdy lało miałem tysiąc i jeden innych robótek: tabliczki personalne na drzwi w sztabie, jakieś propagandowe plansze. Snułem się między koszarami, a swoją pracownią w ciągłym stresie, oczekując konsekwencji „gorącej” nocy. Z Rafałem widywałem się czasem, zazwyczaj rano na zaprawach jeżeli wstałem lub na stołówce jeżeli jadłem. Raczej jadłem mało, bo żarcie paskudne, a strach odebrał mi apetyt. Co drugi dzień widziałem jego plecy, gdy spał na sąsiednim łóżku. Zauważyłem, że owijał się szczelnie kocem. Mimo to w nocy, jak to w nocy ten kokon rozpadał się. Wtedy obserwowałem go sobie, ale nie były mi w głowie żadne zabawy. 


    Miałem żal do losu: dlaczego to nie jest tak jak w filmie, że dwie połówki serca odnajdują swoje przeznaczenie? Ale życie to „nie jebajka”. Mimo tego, że byłem przerażony, patrząc na niego zawsze odczuwałem nieznośne podniecenie. Zabawiając się pod prysznicem od razu przed oczyma, stawał mi ten jego gigantyczny kutas i rozpływałem się, myśląc co można by z nim zrobić. Po dwóch tygodniach wracał powoli apetyt, mimo niepewności nie odczuwałem już tak silnie strachu. „Chyba nikomu nic nie powiedział” uspakajałem się. W międzyczasie wykombinowałem i założyłem haczyk w drzwiach do łazienki i życie się toczyło utartym rytmem. 

    Kończył się drugi tydzień września, pogoda dopisywała. W sobotnie popołudnie chciałem sobie osłodzić życie więc poszedłem do kantyny, kupiłem trochę słodkiego badziewia, fajki, oranżadę i kawę. Siedziałem przed kantyną na drewnianej ławeczce, a na stole przede mną leżały moje zakupy. Popijałem słodki, kolorowy i gazowany napój, podjadając landrynki i jakieś ciasteczka. Zapaliłem papierosa i odwróciłem twarz do popołudniowego słońca, przez zmrużone oczy zobaczyłem jakiś cień idący do sklepiku. Nie chciało mi się ich otwierać, było przyjemnie, czułem się odprężony, nie myślałem o niczym szczególnym. Siedziałem, zajadałem się słodkościami i paliłem papierosy. Nagle na ławce na przeciwko mnie usiadł On. Czułem jak adrenalina uderza w moje ciało. 

    – No i co powiesz pedale – powiedział zniżając głos. Siedziałem, patrzyłem, nie odzywałem się. Nasze oczy spotkały się, nie widziałem w jego spojrzeniu tej złości sprzed kilku tygodni. – Powiesz coś – kontynuował tym swoim melodycznym wschodnim zaśpiewem. Zauważyłem, że to już inna osoba, inna niż kilka miesięcy temu w naszej sali podczas pierwszego spotkania. Był pewny siebie, inaczej się wysławiał, jakoś płynniej. Wziął sobie mojego papierosa i zapalił. 
    – Bo ty nie zrozumiesz – wydukałem. 
    – Czego? Że ty pedał? 
    – Przepraszam za tamtą noc – on patrzył, zaciągnął się dymem, który wydychał mi w twarz. 
    – Ja nie powiedział nikomu i nie powie – stwierdził. Trochę moje napięcie spadło. Przypaliłem kolejną fajkę, on do ust wsadził sobie landrynkę. Chwilę milczeliśmy. 
    – Ja dobry człowiek jestem, wierzący. Ty zły komunista, ale człowiek i ja nie powiem – Chciałem zaprzeczać tłumaczyć, że też nie lubię komunistów, ale po co? 
    – To, że maluję hasła to nic nie znaczy. 
    – Może, ale ty podpierdalasz ludzi, a ja nie. U mnie to jest już grób, tajemnica. 
    – Nikogo nie podpierdoliłem. 
    – Może, ale wszyscy tak mówią. Słuchaj ty teraz mnie. Ja nie twój brat, ty mnie nie tykaj, a będziesz tu żyć. Ja dziś się przeniósł z czumadanem pod ścianę. No i Janek Woś teraz śpi z tobą. Ja mu powiedział, że mnie światło z okna przeszkadza spać. I my się zamienili. 
    – Rozumiem – wyszeptałem. 
    – Jemu ty łap pod koc nie wkładaj, bo on cię zabije – wstał i wziął jeszcze jedną moją landrynkę, a mnie w oczach zbierały się łzy. Popatrzył na mnie jeszcze. – Ty nie płacz, ty nie baba, a ja nie będę twoja baba – odwrócił się poszedł do koszar. 

    Siedziałem łzy mi napływały, czułem się taki bezsilny i samotny. Z drugiej strony powracał kompletny spokój. Tylko teraz moim sąsiadem będzie Janek, czyli Małpiszon. Koniec z nocami pełnymi ekscytacji, przyglądaniu się tej pięknej twarzy. Jednak ta nasza, a właściwie moja, noc będzie zawsze ze mną.

    Dzień do dnia podobny, tylko dekoracja za oknami się zmienia. Przyszła jesień i jakoś tak wszystko zrobiło się sraczkowate. Byłem często rozdrażniony. Wkurzałem się, że ten wyrok, który tu odbywam, jest bardzo długi. Małpiszon doprowadzał mnie do szału, a właściwie jego wice. Bo kto normalny uważa za świetny żart, pierdzenie komuś pod nosem? I czasami nocą czułem i słyszałem jak bije sobie konia. Robił to jak królik, trwało to kilkadziesiąt sekund, potem sapnięcie i powtórka z rozrywki, tym razem trochę dłuższa zabawa. Miałem wrażenie, że robi to specjalnie, żebym o tym wiedział, jakby zapraszał do wspólnej zabawy. „Kurwa” myślałem „im tobie bardziej staje, tym mniej mi się chce”. Ja to załatwiałem pod prysznicem, przywołując feralną noc lub zapadając się w marzenia co było gdyby. 

    Nowy „Stary” to porażka. Pułkownik. Jedyne co było jego plusem to sylwetka. Mimo zaawansowanego wieku szczupły, wysoki, siwiejący brunet, z mocnymi brwiami, stalowym spojrzeniem, prostym nosem. To co najważniejsze dla mnie, nie nosił wąsów. Niestety, cierpiał na nadmiar energii. Nawet Politruk nie potrafił wybronić mnie przed niektórymi rozkazami Starego. On zaś miał fantazję typowego żołdaka. Więc jednego dnia coś kopaliśmy, by następnego to zasypać, coś się ciągle przenosiło z miejsca na miejsce. Chyba wychodził z założenia, że wojsko musi ciągle mieć zajęcie. Przez niego kompletnie przestałem chodzić z kompanią na posiłki. Stary często przychodził w porze obiadowej pod kompanię i przyglądał się wymarszowi kolumny, a potem było krążenie w koło ze śpiewem na ustach. Jak to nie pomagało, to bieg w szyku czyli koszmar. Potem wszyscy w pośpiechu musieli jeść, bo czasu było mało. Wiec z premedytacją wykorzystywałem swoją pozycję, by nie pojawiać się w tym małpim cyrku. Czasem to obserwowałem ze swojego okna pracowni i było mi żal chłopaków. 

    Jako, że teraz dni snuły się dość sennie, fala zaczęła myśleć już o cywilu, poczynała przygotowania do tego wielkiego dnia. Rychu, który tylko raz się jeszcze na mnie wkurwił, gdy po pamiętnej pierwszej nocy zapytał się, czy będę szanował tradycje i poddam się fali. Odpowiedziałem, że nie, bo jestem za stary na takie zabawy. Dostał wścieklizny, zrugał mnie i na tym koniec. Jednak, któregoś jesiennego popołudnia podszedł do mnie i zagadał. 

    – Tej, dziku, mam sprawę. 
    – Jaką? 
    – Tej, wiosna idzie. 
    – Rychu, do wiosny to w chuj czasu. 
    – Szykować się trzeba. 
    – Co to znaczy? – bo nie rozumiałem i co to ma wspólnego ze mną. 
    – Wee, no, kurfa, centymetr i chustę potrzebuję. 
    – Jaki kurwa, centymetr? – chustę chyba kojarzyłem. 
    – Kurfa, no centymetr na sto pięćdziesiąt dni do cywila, no kurfa. 
    – Weee, poważnie? – lekko go przedrzeźniałem 
    – Kurfa, wiesz tam na jednej stronie trzeba odjebać kolorową historyjkę, czaisz? 
    – No, ok, ale co mi do tego? 
    – No… kurfa, ty ładnie malujesz, odjebał byś mi taki centymetr, no i chustę. 
    – Ty, ja nigdy czegoś takiego nie robiłem i pewno po kątach będę się z tym musiał kitrać. 
    – No, raczej. Tej, ale nie za darmo. Fajki, kawa co tam chcesz – „dobra, Rychu” myślałem „ja w dupie mam kawę i fajki”. – Zrobię to jeżeli odpuścicie trochę docieranie chłopaków z mojej fali i tego dzika, Rafa, zresztą już na dniach nowe jesienne koty będą – Rychu patrzył na mnie zaskoczony. 
    – Tej, dla mnie może być, ale nie tylko ja jestem stary. 
    – To docierajcie ich raz na dwa dni i lżej. 
    – Kurfa, nie wiem – zafrasował się. – Jak załatwię, to mi wyjebiesz na chuście Conana w kredkach. 
    – Chuj, nie ma sprawy. 

    Po kilku dniach od tej rozmowy, Rychu przyniósł mi centymetr krawiecki i kawał prześcieradła. Zauważyłem, że chłopakom odpuszczono i to znacznie. Często gdy wracałem w nocy oni jeszcze gadali cicho w sali. Dziadek na kompani był tylko jeden, kierowca i odszedł cichaczem. Zaś z garnizonu przywieziono świeże mięso, sort jak zwykle. Politruk nikogo sobie nie przysposobił, a ja i tak miałem na wszystko „wyjebane”, jak to się tu mówi. 

    Któregoś dnia skręciłem podczas zaprawy nogę w kostce, bo się pośliznąłem. Trafiłem do gabinetu, miałem szczęście, był dziś doktor Tomasz, czyli kapitan Tomasz. Jowialny mężczyzna w wieku między trzydzieści a czterdzieści lat. Mego wzrostu grubasek, o jasnych oczach, pszenicznych włosach i takich samych wąsach. Biały kitel, sweterek w serek, widać, że z PEWEX-u i wojskowe spodnie. Przywitał mnie serdecznym uśmiechem. Potem macał mi kostkę, zawinął w elastyczny bandaż, dał mi Altacet i jakieś proszki przeciwbólowe. Spytał czy mam gdzie robić kompresy, bo jak nie to mam zgłaszać się na izbę chorych do sanitariusza. Ja odrzekłem, że mam, bo mam pracownię. On się szerzej uśmiechnął i powiedział: 

    – To ty jesteś ten student? – odpowiedziałem twierdząco, potem przez godzinę gadaliśmy o swoich przypadkach. On mi mówił jak nienawidzi „syfu”, że z winy ojca, który był zlewem i to dlatego wylądował na WAM-ie, a nie w jakieś Akademii Medycznej. Robi wszystko żeby go wywalili, ale to nie takie proste. Było sympatycznie. Wypiliśmy kawę, spaliliśmy paczkę fajek, bo nie było pacjentów. Już się żegnając powiedział: 
    – Janusz, myśl trochę. Szkoda czasu. 

    No, i trochę się działo. Jesienne koty, kurwica Starego, a nadchodził listopad, już byłem osobą rozrywaną, gdy swój centymetr i chustę pokazał wszystkim Rychu. Każdy stary mnie zaczepiał, jęczał, prosił o przysługę. Nie byłem w stanie tego zrealizować. Znalazłem Rycha i powiedziałem mu, że nie chcę nikogo obrażać ani wybierać komu coś tam zrobię. Powiedziałem, że namaluję jeszcze trzy chusty i z pięć centymetrów, bo i tak to robię w nocy, kryjąc się przed Politrukiem. Stwierdziłem, że zrobimy losowanie, kogo wylosuje temu namaluję. 

    Na początku listopada przyszedł śnieg i mróz. Jednego wieczoru musiałem pełnić służbę podoficera dyżurnego na kompanii, bo w międzyczasie dostałem jedną belkę na pagony. 

    Dowiedziałem się kto dziś pełni funkcję oficera dyżurnego. Traf chciał, że to sierżant Tocki. Tocki to typowy zlew, mały, gruby, z czerwonym ryjem, miał jednak niebywałą zaletę, że był leniem. Po capstrzyku nie widziałeś go do pobudki, spał w pokoju oficera dyżurnego w sztabie. Już wiedziałem, że spędzę noc z twarzą wtuloną w blat biurka. Przejęcie służby, potem kocurki wysłałem na rejony, toaleta capstrzyk i spokój. Docieranie w salach szło pełną parą. Dziadka Rycha poinformowałem, że to mi wisi, byle by po żandarmerię nie trzeba było dzwonić i pomoc medyczną. 

    Dziś padał śnieg i było zimno. Jeszcze nie chciało mi się spać i za dużo działo się na kompanii. Wszyscy wiedzieli kto ma służbę oficera. Usiadłem przy biurku i rozwiązywałem krzyżówkę. Usłyszałem pukanie do okna w szczycie holu tuż koło mojego biurka. W pierwszej chwili nie poznałem, kto to puka, czyli kto ma wartę na trzeciej zmianie przy bramie koszar. To był Rafał więc uchyliłem okno. 

    – Piździ dziś strasznie – powiedział. 
    – No, jebie niemożebnie – dodałem. 
    – Zrobisz kawę lub herbatę wartownikowi, ty dobry człowiek – uśmiechnął się. Kurwa, te jego sarnie oczy sprawiają, że dużo więcej bym zrobił. 
    – A co chcesz, Rafał? Kawa, herbata, mocna czy słabsza? Mam w chuj kawy, bo chusty maluję. 
    – Jak tyle masz, to narób mi ty takiej siekiery, a fajki masz, bo moje na wartowni? 
    – Pewnie, masz pal – podałem papierosy i zapalniczkę. Ktoś pizdnął drzwiami na końcu korytarza i biegł do kibla. To był Małpiszon: 
    – Kurwa, zamknij okno, bo piździ – krzyczał 
    – Melduj cioci, wartownika poje – rzuciłem w odpowiedzi. 
    – Jak masz, daj dwie łyżki cukru – domagał się zza okna Rafał. Robiłem nam te kawy, a morda mi się sama cieszyła, jak to mówią w wojsku. 
    – Masz, pij, ostrożnie. 
    – Dobra, mocna, nie chce mi się tam samemu stać przy bramie. Pogadamy? – zapytał 
    – Pewnie – odpowiedziałem, choć bardziej prawdziwe byłoby „z rozkoszą”. 
    – A dasz fajki jeszcze? 
    – Masz tę paczkę, ja mam drugą w biurku. 
    – Gitara jesteś – powiedział z uśmiechem. Patrzyłem na tą twarz i już mi stał na baczność. Piliśmy kawę, paliliśmy, gadaliśmy o pierdołach, o Tockim co pewnie na drugi bok się przewraca. Było koło jedenastej, na kopanii jak w ulu, ale miałem to w głębokim poważaniu. 
    – Idź umyj kubki – powiedział Rafał. – No, dobre twoje, teraz będzie moje, no idź. Ja idę za magazyn zaraz wracam. 
    Poszedł, ja myślałem „co on chce” ale poszedłem, umyłem i wróciłem. Wyciągnął zza pazuchy zimowej kurtki butelkę wina typu wino. 
    – Skąd to masz? 
    – Oj, tam mam – i się uśmiechnął. – Ja specjalnie z lasu przyniósł, bo wiedział, że masz służbę, a pogadać ja chciał. I ja się ustawił na trzecią zmianę przy bramie – Cały czas ta jego twarz promieniała radością. – No nalewaj ty, tak po połowie kubka, niech zostanie na zaś. Później schowaj bo tu mróz. 
    – No, dobra – nie łapałem o co chodzi, ale już podniecony i mający możliwość rozmowy z nim godziłem się na wszystko. – Jak kupiłeś wino? Skąd je masz? – dopytywałem. 
    – Od Zośki ze wsi. No, ty wiesz, ona się tu ustawia na jebanie, no w lesie, a jak co trzeba, to kupi i przyniesie – uśmiechał się, a ja poczułem kolkę zazdrości, że takie kurwiszcze jakaś Zośka może cieszyć się bliskością Rafała. Chyba miałem nie ciekawy wyraz twarzy, wypiłem pierwszy łyk wina, on też i roześmiał się – Oj, ty mój pedałku, zazdrosny, czy jak? 
    – Sam nie wiem Rafał. No, przepraszam. 
    – Oj, tam. Ja wiem, ty wiesz i tyle. 
    – Rafał, nie mów „pedał”, a mów „homoseksualista”, proszę. 
    – Homosaksaulista, ja tego nie powiem. to za trudne, ale ty nie pedał ale mój pedałek – i znowu się śmiał – rozbrajał mnie ten facet. Niech mu będzie „pedałek”. – To jak ty się zrobił, ten pedałek? 
    – Rafał, nie wiem, chyba to samo przyszło – opowiedziałem mu sen o rękach Andrzeja i o tym jak go zobaczyłem, jak się później nakręciłem i ten wspólny bieg. 
    – No, to ty jak baba, zakochany we mnie, co? 
    – Kurde – milczałem, no co mu powiedzieć? 
    – Bez wina, nie rozbierjosz – dokończył resztę, spojrzał w stronę bramy. – Latarki, zmiana idzie, ja tu znowu o czwartej. Nie, śpij pogadamy. 

    Odszedł od okna, ja je zamknąłem. Przyglądałem się temu jak czekał na zmianę warty. Potem zrobiłem porządek, schowałem butelkę z winem. Po pół godzinie było już zupełnie cicho. Siedziałem przy biurku i byłem szczęśliwy, spełniło się moje marzenie, rozmawiałem z nim. I to rozmawiałem po raz pierwszy w życiu szczerze o swojej seksualności. „No dobra niech nawet będzie ten pedałek.” myślałem i nagle coś mnie olśniło! Kurczę, on powiedział, że nie jestem „pedał” tylko „jego pedałek”, czyli… chyba mnie zaakceptował. Chyba mu się podoba to, że nie tylko dziewczyny się za nim oglądają ale że może mieć każdego. Moja erekcja nie dawała mi spokoju, jednak nie chciałem iść do toalety i szybko sobie strzepać. Za kwadrans czwarta zacząłem przygotowywać kawę. O czwartej była zmiana. Kilka minut po już uchyliłem okno i powiedziałem: 

    – Rafał mam gorącą kawę, chodź. 
    – A co ty taki niecierpliwy, oni do wartowni jeszcze nie doszli – znowu te dołeczki i uśmiech. 
    – No nie spałem, czekałem na ciebie. 
    – To ilu facetów miałeś? No, ty mi mówił o tych rękach, no i o mnie. No, ale to macanie się nie liczy, bo to nie było nic. 
    – Rafał, kurde, ja nie miałem nikogo, w liceum kochałem się w takim chłopaku, ale nawet takiego macania nie było. 
    – To ty dziewica – i śmiał się. – Zapalimy. Bożesz ty mój, dwadzieścia jeden wiosen i dziewica! 
    – Męska dziewica, dziewczyn wyruchałem sporo w akademiku – powiedziałem twardo. 
    – To może ty nie pedałek, jak z dziewczynami lubi? 
    – No właśnie nie lubi, a jedynie może. Mogę to robić z nimi, ale tego nie lubię. Robię to, bo wszyscy kumple to robią i żeby nie było gadania, że dziewczyn nie lubię. 
    – A jakiego masz chuja, co? – zapytał. A ja nie wiedziałem do czego ta rozmowa zmierza. Zadawał te pytania bez jakiegokolwiek zażenowania, chyba czuł, że może mną kręcić jak chce. 
    – Poczekaj umyję kubki, to to wino rozpijemy, bo pytasz o takie rzeczy. 
    – O jakie? Ja ciekaw, ty mojego widział, trzymał, lizał. To ja chcę wiedzieć. O! 
    – Dobra umyję kubki, minuta jestem – wróciłem rozlałem wino, które było schowane w koszu na śmieci. 
    – No, to jakiego – zapytał 
    – O połowę mniejszy, no i dużo chudszy, z dużym grzybem. Wiesz chudszy ale od twojego, bo w ogóle dość gruby – plątałem się. 
    – A ty widział takiego kutasa jak mój? 
    – Nie. Ty masz najpiękniejsze berło jakie widziałem w życiu – zapewniałem. On zrobił się jakiś smutny. Patrzył mi w oczy i powiedział. 
    – Oj, oj, ty głupi. Ty by zobaczył, jakby takiego miał. Dziewczyny nie chcą dawać, bo się boją, nie poliżą bo nie. Tylko ta Kryśka chciała, ale to ruchawiec. Jak ja jej trochę wsadził, a ona jak świnka kwiczała, że nie, że koniec, że za wielki. Do ust nie chciała, bo też za wielki. Ot co trochę polizała ale się znudziła. Powiedziała, że zwali mi jak jej pizdę wyliżę. Wylizałem, a ona później trochę powaliła i powiedziała, że ręka ją boli i żebym sobie zwalił sam. Powiedziała, że jeszcze popyta koleżanek, może która chętna – westchnął. – No i były jeszcze takie dwie ale to samo – potem mówił, że wszyscy ruchają w tym lesie, a najwięcej Janek „Małpiszon”, że tylko on nie rucha, że on ma z tym chujem same problemy. Teraz jest lepiej bo nie tak często mu staje jak kiedyś. Nawet w cerkwi mu stawał na nabożeństwie i musiał uciekać, a w szkole chłopaki go nazywali „Kutas”. Oczy miał smutne jak o tym opowiadał. Widziałem, że to coś za co ja bym dał się zabić, jest źródłem udręki tego chłopaka. Nagle się uśmiechnął i powiedział: 

    – I zrób kawy, to jeszcze coś ci powiem – zrobiłem kawę, piliśmy chwilę w milczeniu, a on mi popatrzył w oczy i stwierdził. – No, po tym wszystkim to ja cię nawet polubił, no bo ty pierwszy mnie lizał i chciał więcej – śmiał się, a ja razem z nim. – No, ale ani baba z babą ani chłop z chłopem nie mają dobrego ruchania, mnie baby się chce – skończył. 
    – No, nie przejmuj się, kiedyś znajdziesz jakąś, pewno twój ojciec ma podobnego. 
    – Ojca to, ja mało pamięta. On dziesięć lat w Stanach siedzi i brat już sześć. Ja, matka i siostra tu siedzimy. Dlatego ja tu przyszedł, jak tylko skończył lata, ja do Stanów chcę. 
    – Co, gospodarstwo rodzice tu mają? 
    – Nie zakład kamieniarski, matka z siostrą rządzą. Ja teraz pomagam przy robocie jak do szkoły nie chodzę. 
    – A nie chciałeś dalej się uczyć? 
    – A po co? Tylu umiera, że zawsze będą pieniądze. 
    – No, może masz rację. 
    – No ptaszyna, ty mi powiedz, ty mojego się nie bał? Powiedz gdzie ja ci bym go włożył? – śmiał się. – Jego nie połkniesz, a w dupę nie włożę, bo tam w środku gówno. Nawet jakby i włożył, to by cię rozerwał – piliśmy kawę i on mi powiedział, że tą naszą noc będzie pamiętał, że też mi życzy chłopaka, który mnie będzie chciał ruchać. 
    – Rafał, no to jest tak. Ja też marzę o tym, bym i ja komuś mógł włożyć. 
    – To idź do Kryśki, jej możesz ale z przodu włożyć – śmiał się. – Zamknij okno, nagrzej korytarz. 
    – Dobra – wziąłem kubki z parapetu i zamknąłem okno, zostało pół godziny do pobudki. 

    Zastanawiałem się czemu ta rozmowa służyła. Dlaczego chciał ze mną rozmawiać o tak intymnych sprawach ? Kurde, gdyby on był homo, bylibyśmy bardzo szczęśliwi. Z drugiej strony niepokoiły mnie te teksty o gównie w środku, sam widziałem na ceramice greckiej sceny seksu między facetami. „Może nie jest tak źle” myślałem. 

    Dwa dni później przyszła odwilż. W koło sraczkowato i szaro, do tego mokro. Zacząłem trochę się socjalizować. Dziadkowie pieli z zachwytu na moimi „dziełami”, moi “nowi starzy” po obcince już ustawiali się w kolejce do mnie po przyszłe chusty i centymetry. Wszystkim podobały się centymetry, które robiłem ze scenkami erotycznymi, malowałem je farbami akrylowymi, fluorescencyjnymi więc były oczojebne. Z Rafałem, często swobodnie rozmawialiśmy, zgodził się, żeby go nazywać Rafi. Ja się zgodziłem na to, by mnie nazywał „pedałek”, jeżeli nikt nie słyszy. Nie było okazji by prowadzić jakieś szczere rozmowy. On w służbie, ja poza nią. Obiecaliśmy sobie, że gdy będzie jakaś wspólna służba, to znowu sobie pogadamy. 

    Któregoś dnia padał deszcz, zacinał wiatr, ja zaś robiłem rzut skrzydła orła na planszę. Ciszę przerwał stukot buciorów na klatce schodowej, po chwili podoficer dyżurny wpadł do pracowni i oznajmił mi, że mam się stawić się do rozładunku płyt chodnikowych, na rozkaz Starego. Klnąc na czym świat stoi, ubrałem się i pobiegłem się zameldować. Robota była koszmarna, trzeba te płyty było rozładowywać z naczepy i z rąk do rąk podawać i przenosić. Całe szczęście, że dali nam rękawice ochronne. Wiatr z deszczem zacinał, kaprale wyżywali się na nas za swoje wkurwienie, bo musieli tu stać i dowodzić. 

    Po godzinie, było już niezłe bajoro pod nogami. Przenosząc płytę, pośliznąłem się, padając jakoś ją odrzuciłem. W geście rozpaczliwego ratunku, ale się nie podparłem. Od upadku pociemniało mi w oczach. Ból w okolicach lędźwi był nie do zniesienia, nie mogłem się podnieść. Zawołano sanitariuszy, którzy zanieśli mnie na noszach do izby chorych. 

    Leżałem samotny w izbie chorych, nie mogąc się ruszyć i czekałem na kapitana Tomasza. Izba chorych to były trzy sale. Jedna z nich przeznaczona była dla sanitariuszy, zaś dwie pozostałe były dla chorych. Na ten przybytek zostało adoptowane jedno z mieszkań w „zlewowskim” bloku. W pokoju, w którym przebywałem ustawionych zostało sześć łóżek, po trzy przy każdej ze ścian. Mnie położono na pierwszym łóżku przy drzwiach i połączone ono było z obecnie pustym łóżkiem. Pod samym oknem stało jeszcze jedno łóżko. W wolnych przestrzeniach ustawione były szafki żołnierskie. Miłym zaskoczeniem był kolor ścian, świetlista żółć i podobne zasłony w oknach. Do sali wszedł sanitariusz Jacek, taki sympatyczny szatyn o miłej powierzchowności z wszechobecnym wąsikiem w wojskowej kulturze. Zapytał; 

    – Janusz i co? Napierdala? 
    – No, boli, nie mogę się ruszyć – próbowałem lekko unieść się na łokciach ale zaraz opadłem na posłanie i tylko wyjęczałem: – O kurrrwa, jedna. 
    – Janusz, zaraz przyjdzie Zbyszek i będziemy musieli cię rozebrać z tych łachów, umyć i przebrać cię w piżamę. 
    – Nie żartuj, ja kąpałem się wczoraj. 
    – Sorry, Winetu, też nie lubię komuś myć dupę i kutasa ale jak mus to mus. Chyba, że sam to zrobisz. No i kurwa, Tomka dziś nie ma, on ma dyżur w garnizonowym szpitalu. Mamy ci podać zastrzyk przeciwbólowy, jak nic nie pomoże to wzywać ambulans. 
    – Jacek – wydusiłem z siebie – czy to mycie jest konieczne? Nie chcę gołą dupą tu świecić – ratowałem się przed obnażaniem. 
    – I tak, nie możesz tu spać w szortach. Tylko piżama i podkoszulka – szczerzył się Jacek. – Czekaj muszę rozłożyć gumowego kondona na łóżko obok. Tam cię oprawimy – śmiał się perliście. 
    – A gdzie mnie umyjesz? 
    – No, na tym kondonie, wiesz gąbką. 
    – Kurwa, Jacek, no weź – patrzyłem na niego błagalnie i usłyszałem otwieranie i zamykanie drzwi, zaraz w pokoju pojawił się Zbyszek, wysoki żylasty blondyn z wąsikiem. 
    – Jacek, a gdzie jest ta guma? – zapytał Zbyszek. 
    – Tam, u nas w szafce pod oknem. Tam są gąbki i miednice – odpowiedział szatyn. Po chwili łóżko obok posłane było gumowym prześcieradłem. Zbyszek przyniósł miednicę z letnią woda. Zapytał: 
    – Kto mu myje dupę? 
    – Może da radę sam trzymać się za kutasa? – ironizował wysoki blondyn. 
    – Kurwa, dam, nie róbcie sobie jaj, może i dupę sobie podmyję. 
    – I tak będziesz korzystał z kaczki i basenu – dławił się śmiechem Jacek odpowiadając. – Czyli będziesz srał i szczał jak niemowlę w łóżeczku. Tylko pamiętaj, że musisz nas wołać. 
    – Ja pierdole!!! – powiedziało mi się. Zbyszek spojrzał na mnie poważnie i powiedział: 
    – No i widzisz my tu też mamy swoje atrakcje. Czasem trzeba z cudzym gównem i szczynami do kibelka latać, a potem jeszcze brudną dupę umyć. Więc już bez jaj, taka służba – sprawnie mnie przenieśli na drugie łóżko. Zbyszek delikatnie mnie rozbierał, a Jacek zmieniał koc tam gdzie leżałem, bo był cały w błocie. Gdy skończył, pomagał Zbyszkowi rozebrać mnie do naga. Leżałem na zimnej gumowej powierzchni, czerwony jak indor, zasłaniając swój wstyd. 
    – Zobacz Jacek, kurwa dziewica nam się trafiła. 
    – Chłopaki nie róbcie jaj. Ja się zesrywam z bólu, kurwa, nawet rąk nie mogę trzymać na jajach bo ciągną mnie plecy. 
    – Połóż te łapska wzdłuż ciała i tak cię widzimy nago, nie pierwszego nie ostatniego. No już – i Jacek położył mi ręcznik na biodra. Naprawdę obmywali mnie delikatnie ale nawet uniesienie rąk do góry przyprawiało mnie o nieznośny ból. Robili to fachowo w gumowych rękawiczkach, więc nawet gmeranie w moim rowku gąbką, było aseksualne. Nagiego i wytartego przenieśli na drugie łóżko i ubrali w szpitalny sort. Na koniec Jacek zrobił mi bolesny zastrzyk. Przykryli kołdrą. Posprzątali wszystko. 
    – Chcesz coś jeść? – zapytał Zbyszek. – I pamiętaj masz potrzebę to krzycz. Widzisz nie było strasznie, a czasem trzeba pożartować. 
    – Na razie dzięki za wszystko, chłopaki – odparłem cichym głosem. 

    Leżałem sam w sali, walcząc z bólem. Potem cierpienie zaczęło ustępować otumanieniu i zasnąłem. Rano pojawił się kapitan Tomasz. Ugniatał, rozciągał, macał, stulał, pukał w moje ciało. Stwierdził, że mam naderwane przyczepy mięśni jak i ponaciągane pewne partie. Zaordynował leżenie bykiem, maści i coś na uśmierzenie bólu. Na koniec mi powiedział, że za tydzień przeprowadzi jeszcze jedno badanie i żebym się nie martwił, bo myślenie ma przyszłość. Kompletnie nie rozumiałem o co mu chodzi z tym myśleniem i przyszłością. 

    Pierwsze kilka dni było bardzo bolesnych, ale Jacek ze Zbyszkiem zajmowali się mną jak niańki. Mówili, że fajnie, że ktoś jest chory, bo przynajmniej czas płynie szybciej i oni mają jakieś zajęcie. Wcierali mi maści, ordynowali tabletki, myli, podawali basen, kaczkę i karmili. Po pięciu dniach z ich pomocą docierałem do łazienki i załatwiałem intymne potrzeby. Niestety kąpali mnie w dwójkę bo w wannie sam sobie nie radziłem i trzeba było mnie trzymać. Więc ja nagi, a jeden z nich w szortach mnie trzymał, drugi operował prysznicem. Nie czułem żadnego wstydu przed nimi. Zawsze było trochę grubych żartów i śmiechu. Zbyszek twierdził, że jak Jacek mnie trzyma, to mi staje. Ja się obruszałem i krzyczałem żeby mi nie wsadzał chuja w dupę. 

    Trzeciego dnia mojego pobytu w izbie chorych, zaczął się festiwal karciany. Graliśmy w tysiąca, trzy, pięć, osiem, makao, chuja, dupę biskupa. Chętnie zagrał bym w brydża ale była nas trójka, a Zbyszek i tak nie umiał więc nie było sensu grania z dziadkiem. Odwiedziło mnie kilka osób z Politrukiem na czele, który udawał zafrasowanego. Widziałem się z Rafim ale nie był sam. Tak przetrwałem do następnego spotkania z kapitanem Tomkiem. Tym razem w gabinecie. Spytał się jak się czuję, czy odczuwam ból. Znowu mnie wymacał na różne sposoby. Zapalił papierosa jako, że byliśmy sami i powiedział: 
      
    – Od dziś jesteś chory na rwę kulszową. Czy rozumiesz co chcę ci powiedzieć? – patrzył na mnie uważnie i kontynuował: – Za tydzień lub dwa wylądujesz w szpitalu garnizonowym na neurologii u doktora Zachary. On jest tam ordynatorem i moim znajomym. Po miesiącu lub dwóch… No, co się stanie? Pomyśl.  
    – To wygląda na spisek – roześmiałem się. – Toż Politruk dostanie kurwicy.  
    – Od dziś zmieniam ci leczenie. W iniekcjach będziesz dostawał witaminę B12 z pyralginą i cocarboxylazę. Dupa będzie ci odpadać z bólu. Tego nie unikniemy. W szpitalu też to będziesz dostawał ale wszystkie piguły, które tam ci będą podawać wrzucaj do kibelka. Może już w lutym będziesz wolny. Powiedziałem ci, że myślenie ma przyszłość.  
    – Panie doktorze ale jak ja się odwdzięczę?  
    – Spadaj szkoda tu ciebie, a sam wiesz co sądzę o LWP-ie, mam go dupie. Teraz ci wszystko wyjaśnię – dostałem wykład pod tytułem waląc w chuja, choruję na korzonki. – Pamiętaj lewą nogą będziesz zamiatał podłogę przez trzy miesiące. 
      
    Tak oto kapitan Tomasz dał mi przepustkę do cywila. Teraz musiałem ogarnąć swój bałagan. Poprosiłem Jacka by sprowadził Rafała do mojego łoża. Rafi przyszedł następnego dnia popołudniu. 
      
    – Kurwa, jak ty tu masz ciepło na tej izbie.  
    – A co w koszarach zimno?  
    – No, kurwa, od kilku dni śpimy w morówkach. Ten stary chuj, kazał przykręcić ogrzewanie. Na wartowni i w sztabie jest normalnie, a na kompanii chujnia, Syberia.  
    – To posrany kutas – powiedziałem – Słuchaj Rafi, daję ci zadanie bojowe. Masz tu klucz od mojej kanciapy. Musisz tam wejść cicho i wyciągnąć chusty, centymetry, kawę, papierosy, mój szkicownik i ołówki.  
    – Co ty tu będziesz im to robił?  
    – Rafał ja za tydzień lub dwa ląduje w szpitalu. Muszę im to oddać, bo tego nie skończę – w oczach Rafała pojawiło się zdziwienie i chyba żal.  
    – Na długo do tego szpitala ty idzie? – zapytał.  
    – Nie wiem – musiałem kłamać, że to w chuja granie, wiedziałem tylko ja i doktor Tomek z ordynatorem.  
    ¬– Ale to co, te plecy…  
    – No tak, właściwe bardziej dupa i noga. To korzonki.  
    ¬– Jak u starego dziada – śmiał się Rafał. 

    Wytłumaczyłem mu gdzie jest skrytka. On zaś poszedł i wrócił ze wszystkim po kwadransie. Posiedział chwilę, gadaliśmy o wszystkim i o niczym, bo nie można było swobodnie rozmawiać. Kręcili się Jacek ze Zbyszkiem. Poprosiłem Rafiego, by zawołał Rycha, bo chłopakom muszę oddać ich gadżety. Sugerowałem, by do mnie wpadał, bo mi się nudzi. On stwierdził, że chętnie, bo tu ciepło. 
      
    Do dwóch dniach izba zaczęła się wypełniać ofiarami zimnego wychowu. Trzeciego dnia do sali zakwaterowano trzech kotów i Władka Sienkiewicza z mojej drużyny. Po dwudziestu minutach pojawił się Rafał. Też wyglądał jak śmierć. Kasłał, leciało mu z nosa i miał bardzo wysoką gorączkę. Jedyne wolne łóżko, było koło mnie. Śmiałem się jak głupi, gdy już w piżamie kładł się obok mnie. Patrzył na mnie szklistym wzrokiem i zapytał: 
      
    – Co się tak brechta?  
    – Nic  
    – No, co?  
    – Nic, nic – i pochyliłem się do jego ucha, szepcąc: – Nie boisz się moich wędrujących rąk. On się spojrzał, uśmiechnął i powiedział półgłosem.  
    – Tylko nie dzisiaj, źle się czuję.  
    – Ja tylko żartuję, bez obaw.  
    – Oj, tam niech one robią co chcą ale nie dziś – puścił mi oczko – Teraz ja poszedł spać – powiedział i przewrócił się na bok.  

    Leżałem i analizowałem te głupią gadkę. Czyżby pozwolił mi się macać? Nie, to taki żarcik tylko. Nie będę psuł naszych relacji i tak cudem uratowanych. 

    Po południu szalał Armagedon. W izbie pełno ludzi kaszlących, wycierających nosy, śpiących. Jacek latał z tabletkami, zastrzykami i miednicą, bo kilka osób, w tym Władek, rzygało. Dziś nie było mowy o grze w karty. Zbyszek w czytelni na dole organizował drugą izbę chorych. Jak się okazało, niedomagało czterdzieści pięć osób. Ściągnęli posiłki z garnizonu, bo nie miał kto tłuc wart. W koszarach lodówka, bo rury popękały i teraz brygada to naprawiała. Ludzie spali w czapkach, płaszczach, butach pod kocami. „No to sobie zaoszczędził chłopak na ogrzewaniu” myślałem śmiejąc się w duchu. Chciałem Tomaszowi, podpowiedzieć aby dla kadry zorganizował izbę chorych bez klamek, bo przecież to wariatkowo. 

    Całe popołudnie i wieczór obserwowałem Rafała, mocno się pocił, śpiąc majaczył przez sen, przerywany suchym męczącym kaszlem i trząsł się z zimna. Jako, że miałem dwa koce wierzchnie, jeden przerzuciłem na jego łóżko. Mnie było bardzo gorąco bo tu ogrzewanie działało pełną parą. Przykrywałem go, gdy się rozkopał. Nie jadł ani obiadu, ani kolacji. Miał niezdrową rumianą twarz i rozpalone, załzawione oczy. Czasem, dotykałem jego rozpalonego czoła, by upewnić się, że gorączka spada. Wieczorem pojawił się oficer dyżurny zlustrował izbę, rozmawiał z sanitariuszami. Nie paliłem już w sali. Aby sobie zapalić, kuśtykałem do łazienki. Trochę się nudziłem przy szybko zapadającym zmierzchu, nawet nie włączaliśmy światła. Cała ekipa była senna, chłopcy zmorzeni gorączką i zmęczeniem, odsypiali. Tylko Jacek podczas swojego obchodu zapalał na chwilę światło, by podać medykamenty. Właściwie to całą swoją uwagę skoncentrowałem na Rafale, bacznie mu się przyglądając. Chciałem go przytulić, pocałować ale jak opiekun, jak to robi matka z chorym dzieckiem.  

    Następnego dnia rano obchód, Tomasz wszystkich osłuchiwał, badał, żartował. Ordynował zmiany w lekach. Stwierdził, że wszystkim zrobi dobrze tygodniowy pobyt w izbie chorych, co zostało przyjęte entuzjastycznie przez pacjentów, trochę mniej przez sanitariuszy. 

    Po obiedzie widać, że chłopcy czuli się lepiej. Wszyscy gadali o dupie Marynie, o „Starym”, który jest jebnięty. Ktoś pokazywał zdjęcie swojej dupy i domagał się ogólnej aprobaty. Potem opowieści o seksie, którego nigdy nie mieli ale słowa nic nie znaczą i można snuć opowieści. Rafał opowiadał jak mu się Kryśka w lesie oddawała, była to inna wersja historii, którą znałem. Ja słuchałem zdziwiony , a on mi puszczał oczka. Potem zeszło na dowcipy. Oczywiście te pikantne i sala rżała śmiechem. Nudziłem się i zacząłem szkicować odkrytą stopę Rafiego. Potem robiłem studium jego dłoni. On podglądał i mówił:  

    – Ty jest zupełnie pojebany.  
    – To tylko dla wprawy, wiesz tak jak na studiach plastycznych maluje się, rysuje ludzkie ciało.  
    – To rysuj Sienkiewicza – powiedział  
    – On leży za daleko, ty tu z boku więc ciebie rysuję.  
    – To narysuj moją twarz, zobaczę jaki z ciebie artysta – pochylił się do mnie i szepnął do ucha: – Ja wiem co ty by chciał rysować – śmiał się jak głupek.  
    – Tamto nie jest do rysowania- odparłem – Tylko do zabawy – nachyliłem się i mu powiedziałem cichutko.  
    – Głupek – odpowiedział.  
    Kończyłem jego portrecik, wyrwał mi go z rąk i krzyknął.  
    – Oj, jebany, on jest wykurwisty artist!!!!  
    – Pokaż – rozległo się na sali.  
    – O kuwra, jutro mnie rysujesz – krzyknął Władek, a po chwili reszta. 
      
    Słyszałem same ochy i achy, że nie ze zdjęcia , a tak na żywo rysowane, że każdy taki portret chce mieć już albo potem, żeby w mundurze go narysować, żeby dziewczynie wysłać. No i chuj, sława. Jednak w dupie miałem te inne mordy, więc się wiłem w tłumaczeniach jak piskorz. Obiecałem, że jak wyjdziemy z izby to im portrety narysuje, bo tu mam chujowy papier i złe ołówki. Tłumaczyłem, że potrzebne mi różne twardości ołówka, że mam tylko twardy ołówek i źle się kładzie nim cienie, że jak wyjdziemy to im zrobię pizdeczkę ale muszę mieć odpowiedni sprzęt.  

    Wieczorem znowu wszyscy gadali o niczym. Część drzemała, ja sobie szkicowałem dłonie Rafała. On mimo tego, że podważał moją sprawność umysłową, chętnie mi pozował. Wszyscy układali się do snu, ja dokuśtykałem do łazienki, zapaliłem papierosa i umyłem się. Gdy wróciłem światło było zgaszone, chłopcy próbowali zasypiać. Leżałem w pościeli i nie mogłem spać. Gapiłem się na plecy Rafała i znowu nakręcałem się jego obecnością. Jego bliskością. Sam nie wiem kiedy moja ręka zaczęła, głaskać plecy Rafiego. Przywołałem się do porządku, schowałem dłoń pod koce. Pragnąłem go dotykać, być bliżej tego ciała, ale wiedziałem, że to nie możliwe, że straciłbym tę sympatię, która się między nami nawiązała. 

    Po kilku minutach Rafał odwrócił się w moją stronę. Zbliżył się do krawędzi łóżka. Miał otwarte oczy, nie spał. Patrzył na moją twarz. Myślałem, że mnie zaraz opierdoli za to dotykanie. On zaś się uśmiechał wyciągnął dłoń i palcem wskazującym pokiwał, dając mi znak bym się zbliżył. Zrobiłem to, a on szepnął: 
      
    – Chcesz? – odpowiedziałem, skinieniem głowy – Ja dziś też chcę – dodał cichutko.  
    – Mogę? – on tylko potaknął. Moja ręka wpełzła w jego pościel. Po chwili trzymałem w dłoni jego olbrzymi jeszcze nie w pełni sztywny klejnot. On uśmiechał się i dodał:  
    – Śmiało, ty nie bój się. 
      
    Jakież było moje zdziwienie, gdy po chwili czułem ciepłą dłoń na swoim, sterczącym maszcie. To była inna dłoń niż dłonie sanitariuszy, którzy ostatnio mnie często tam dotykały. Jego ruchy na moim pieńku były różne niż te, które znałem od lat. Obejmował mi go jakoś delikatnie i tak też nim poruszał i nagle pogłębiał ten ruch, gwałtownym szarpnięciem, naciągając skórkę do granicy bólu. Nie wytrzymałem, z moich ust wyrwał się zduszony jęk. On się uśmiechał i powtarzał ten cykl. Nie wiedziałem na czym mam się koncentrować. Czy na własnej przyjemności, czy na tym co trzymałem w dłoni, niecierpliwie szarpiąc, gładząc. Jego drgający, wielki, przepełniony krwią, sztywny drzewiec, nie poddawał się prosto moim zabiegom. Nie miałem ani wprawy, ani koncepcji jak się nim zająć. Zaś sam czułem się bliski spełnienia. Wyszeptałem: 
      
    – Ja już – i wyrzucałem przed siebie i na jego dłoń swoje soki, starając się powstrzymać przed głośną reakcją, mocno zaciskając palce na jego pniu, zapominając o posuwistych ruchach. On się szeroko uśmiechał i szeptał:  
    – Oj, szybko króliczku. Mój dopiero stoi. Mnie się ten twój się podoba, taki do ręki.  
    – Mnie się twój się podoba, taki na dwie ręce.  
    – Poczekaj – dodał. Wysunął dłoń z mojego posłania i rozejrzał się po sali. Wszyscy spali, Władek pod oknem odwrócony do nas plecami, słychać tylko było oddechy. Ktoś delikatnie chrapał. Rafał powoli ściągał dół od piżamy, ja robiłem to samo. Gdy skończył, powiedział – No dawaj dalej. 
      
    Znowu trzymałem w dłoni ten żywy miecz, teraz bawiłem się nim, masowałem, ugniatałem na całej długości, dotykałem jego głowy, czując śluz, który rozprowadzałem po jej powierzchni. On zaś swoją dłonią wyczyniał cuda z moim ciągle sterczącym wałkiem. Ja badałem długość i objętość jego drzewa życia. Byłem w stanie przedłużającej się euforii. Czułem jak moje jądra chcą się wcisnąć w moje ciało, jak spinają się mięśnie, zamykające mój otwór. Nie mogło to trwać wiecznie i znowu już bez słowa drżałem, wyrzucając z siebie kolejne porcje nasienia. Jeszcze nigdy to nie było tak błogo. Ciało, które na zmianę spinało się, to rozluźniało, było przyjemnie zmęczone, w głowie huczała burza endorfin. Cichutko wyszeptałem: 
      
    – Zostaw go, ja chcę tobie obciągać.  
    – Nie dasz rady.  
    – Chcę spróbować, jak nie to będę cię tam pieścił językiem – Patrzył na mnie i się uśmiechał. – Ja bardzo chcę ci dać przyjemność, chcę spróbować twój nektar.  
    – To chowaj się pod koc. 
      
    Powoli, cichutko zsunąłem się niżej na posłaniu, Rafał uniósł nogę, złamał ją w kolanie i zaprosił mnie do środka namiotu. Ledwo moja głowa zanurkowała pod jego koce, uderzył mnie w nozdrza silny zapach męskiego podniecenia, moje ciało zareagowało wzmożoną erekcją. Nie dostrzegałem go jeszcze ale moje ręce po omacku, wyszukały ten kształt, przysunąłem do niego usta i zacząłem go całować i gładzić . Teraz lizałem spodnią wydatną żyłę, która mocno pulsowała, by u nasady zejść niżej i obsypać pocałunkami kształtne jądra, które przy tym kolosie wydawały się mizernym dodatkiem. Jednak czułem, jaką to mu sprawia przyjemność . Wyczuwałem jak spina biodra i uda. Moja wędrówka od korzenia do jego głowy trwała w nieskończoność, przerywana setką pocałunków. Rysowałem językiem szlak miłosnych wzorów. 

    Dotarłem w końcu do głowy bestii, starałem się ją zatopić we własnym wnętrzu, nie było na to szans. To było zbyt wielkie. Chował się tylko czubek łba, ja językiem zlizując krople sączącego śluzu, kreśliłem okręgi wokół ujścia. Ten sączący się płyn uderzał we mnie kolejną fazą rozkoszy. Trudno ocenić kto miał większą przyjemność. Po kilku minutach lizania, całowania i gładzenia Rafałowego pnia, poczułem jak jego ręka dotyka mej głowy, układa ją na swojej piersi, druga zaś jego dłoń ujmuje ten gigantyczny walec i zaczyna na nim jeździć, tym samym rytmem, który chwilę temu dał mi tyle przyjemności. 

    Moja dłoń gładziła jego jądra, palce wędrowały poniżej, lekko uciskając krocze. Język lizał wielki, czerwony łeb bestii, wysysając każdą kroplę, którą wypuściła ze swojego wnętrza. Zapach który mnie otaczał, stawał się intensywniejszy. Moje palce wśliznęły się głęboko, rozsuwając pośladki, docierając do powieki magicznego oka. Wyczuwałem jego sprężystość i pofalowanie. Uciskałem to miejsce delikatnie, wodziłem wkoło, dostarczając mu pieszczot, które sam tak lubiłem. Szarpnięcia ręki Rafała były, krótsze, mocniejsze, poczułem jak jego dłoń naciera na moją potylicę. Zrozumiałem. Otworzyłem usta i pochłonąłem czubek głowy potwora w swoich ustach. Oczekiwałem chwilę w napięciu na ten symbol spełnienia. Ciało Rafała stężało, jego pośladki ścisnęły mocno mój wędrujący palec, utrzymując go w bezruchu. Spazm jego ciała i strzał, który trafił głęboko w moje gardło, zaskoczył mnie. Nie miałem szans przełknąć tak dużej porcji płynu, odrzuciłem trochę głowę i poczułem gorącą wilgoć, zalewającą mój policzek, skroń, oko. Zlizałem resztkę tego co nie zalało mi twarzy. 

    Ciało Rafała, opuszczał tonus przyjemności. Wielki słup leżał bezwładnie wsparty brzuchem, kończąc się tuż przed mostkiem, lśnił. Widziałem go teraz, bo Rafał odsłonił moją twarz. Leżałem na jego piersiach przyglądając się tej wielkiej, powalonej wieży. Po mojej twarzy spływało jego perłowe nasienie. Dotknąłem go palcem, powąchałem i oblizałem palec, delektując się tym smakiem. Palec wskazujący Rafała zbierał z mojego policzka, to co pozostało na nim po jego erupcji i wkładał mi to do ust. Chciwie ssałem palec, domagając się następnej porcji. 

    Świat zaczął powracać do moich zmysłów. Mrok, cisza przerywana miarowymi oddechami, a przy moim uchu dudniło serce człowieka, który przeniósł mnie do krainy błogości i szczęścia. Pocałowałem to ciało, uniosłem głowę i chciałem pocałować jego usta ale mi nie pozwolił tylko uśmiechał się. Gdy położyłem głowę na swojej poduszce, uniósł się i złożył pocałunek na moim czole szepnął: 
      
    – Dobranoc, ty masz czegoś chciał.  
    – Dziękuję – odpowiedziałem cichutko. 
      
    Sala spowita w ciemności. Rafał spał albo miał tylko zamknięte oczy. Sen nie chciał do mnie przyjść. W mojej głowie szalała burza wspomnień i rozterek. Pojawiał się też żal, że niedługo stąd wyjadę i nie będę go widział kilka miesięcy, a co potem? Z drugiej strony wspomnienie samej ekstazy, którą się podzieliliśmy tej nocy. Potem przyszło zażenowanie. Nie umiem robić loda, że żałośnie dławiłem się jego spermą. Czy aby dałem mu zadowolenie, które sam przeżyłem? Dlaczego nie pozwolił mi całować warg? Nie śpiąc, dotrwałem do poranka. 

    Potem poranna toaleta, śniadanie. Rafał był małomówny, czasem uśmiechał się do mnie. Czasem unikał mego wzroku. Ja też mimo uniesienia, które cały czas było we mnie obecne, miałem dziwne odczucia łącznie z niedorzecznym wstydem. Koło południa w końca udało mi się zasnąć. Przespałem obiad, obudziłem się późnym popołudniem. Rafał gadał cicho z Władkiem, rozmawiali o tym co zostawili w cywilu. Wstałem, wziąłem fajki i zapytałem: 
      
    – Kto idzie zajarać? – Rafał odwrócił się i zapytał:  
    – Dasz zapalić?  
    – Pewnie – zanim doczłapałem się do kibelka, Rafi siedział na rancie wanny. Zamknąłem drzwi i usiadłem obok niego.  
    – Co ty taki spiżdżony?  
    – Nie spałem całą noc i trochę mi wstyd.  
    – Czego wstyd?  
    – Ach – sapnąłem. – Nie masz żalu do mnie?  
    – Głupi, czy jaki? Ja sam chciał.  
    – Wstyd mi ,że nie umiałem ci dobrze zrobić.  
    – Oj, pedałek, fajnie było. A smakowało ci? – śmiał się szeroko. – Lubisz to, co?  
    – Kurwa, Rafi, no może i lubię ale bardziej mnie jara, że to było twoje. A w ogóle zajebiście pachniesz jak jesteś podniecony.  
    – Daj w końcu fajkę – podałem mu papierosa zapaliliśmy. – Mnie rano było wstyd, bo ci dał palcami macać dupę. Tam mnie tylko ty i papier toaletowy dotykali. Papier to chuj, nic, ale ty mi tam zrobił dobrze i głupio mi było.  
    – Oj, Rafi, ja gdybym mógł to bym ci to miejsce lizał, całował i język włożył.  
    – Ty zdrowo pojebany jesteś! I co, byś całował mi dupę?  
    – Tak, sam mówiłeś, że było ci przyjemnie jak tam dotykałem.  
    – To pocałuj mnie ty w dupę – wstał i obnażył pośladek. Spojrzałem mu w oczy myśląc, że to żart ale widziałem w nich napięcie i oczekiwanie. Zbliżyłem usta do bieluteńkiego skrawka skóry i długo i namiętnie całowałem w kilku miejscach. Chciałem pocałować też w sam środek ale odsunął moją głowę i wyszeptał. – Tam nie, dziś się tam nie myłem – i podciągnął spodnie, siadając przy mnie. Jego twarz była poważna. – Ty by mnie tak całego całował i wszędzie?  
    – No tak, odbiera mi rozum przy tobie. Całował bym ci nogi, wszystko, gdzie tylko chcesz i jak tylko chcesz – dopalaliśmy papierosy do końca. – Ja bym chciał, żebyś czuł, że ja jestem dla ciebie. Chciałbym cię poczuć w sobie i w ustach i wiesz gdzie. Choć szczerze, to chuja wiem o takim seksie. Wczoraj mi nie wyszło robienie laski, no wiesz brak miejsca i trzeba było być cicho. Na koniec było głupio, bo nie dałeś się pocałować w usta.  
    – Oj, pedałek, bo chłopy w usta się nie całują, a i tak cię pocałował. Mnie było dobrze jak ty mi go lizał, tylko ty mojego nie umie bić, kiedyś cię musi nauczyć. – i śmiał się, mierzwiąc moje włosy. – W dupę to ja się boję tobie wkładać. Ja mówił ci, jak ta Kryśka się tak darła, jak żem jej w pizdę wkładał, a pizda do tego jest, nie? No i Kryśki dziura jest jak wiadro, a się darła i spierdoliła. Ty nie masz dupy jak wiadro, my by cały blok obudzili, jak ja by na ciebie naparł. No, dobra idziem polegiwać – wstaliśmy i wróciliśmy do łóżek. 
      
    Popołudnie i wieczór upływały spokojnie, leniwie na gadaniu o niczym. Chodziliśmy do toalety palić fajki ale już z Władkiem, który też się lepiej czuł, więc nie rozmawialiśmy o naszej ostatniej nocy, czy o swoich pragnieniach. 

    Gdy zgasło światło, Rafał włożył dłoń pod moje koce, odnalazł moją dłoń i ścisnął ją i trzymał, bawiąc się moimi palcami. Patrzyliśmy sobie w oczy, uśmiechając się. Było tak nieziemsko, spokojnie, a zarazem czułem rosnące napięcie. To były pierwsze chwile w moim świadomym, homoseksualnym życiu, gdy wszystko wydawało się poukładane, akceptowane, gdy czułem się szczęśliwy. Odmierzaliśmy czas by mieć pewność, że wszyscy śpią głęboko. Taniec naszych palców, uściski dłoni i uśmiechy oraz świecące oczy. Leżeliśmy zwróceni do siebie twarzami. „Czy to jest miłość” zadawałem sobie pytanie. Rafał uniósł głowę, rozejrzał się po sali. Spojrzał mi w oczy, nachylił się i pocałował mnie w usta. Trwało to może dwie, trzy sekundy ale czas stanął w miejscu. Moje zmysły chłonęły ten delikatny dotyk ciepłych warg, notowały w pamięci każdy szczegół. 

    Rafi upadł na swoją poduszkę i uśmiechał się odsłaniając białe zęby, ja chciałem coś wyszeptać, ale palec jego dłoni zamknął mi usta w geście nakazującym milczenie. Całowałem go i pieściłem językiem, on zaś kierowany wolą Rafała zniknął w moich ustach. Teraz go ssałem, już miałem w ustach dwa palce, które przepychały się walcząc o względy mojego języka. Uwolnione z moich ust palce, wylądowały w jego ustach, widziałem jak je ssał. Było to jak przypieczętowanie naszego wzajemnego oddania. I znowu ta sama dłoń spoczęła na moim policzku i badała jego kształt, gładząc go. W tych gestach było tyle czułości, że już byłem pewien. Tu nie chodzi o sam seks. Wiedziałem całym sobą, że za tymi gestami skrywa się uczucie, które trudno mi zdefiniować. Przez pół dnia zmieniło się tak wiele. Choćby to, że „chłopy też całują się w usta”. Moja dłoń symultanicznie dotykała twarzy Rafała. Zamykał oczy, gdy dotykałem jego brwi i powiek. Całował moje palce gdy dotykały jego warg. Wiedziałem, że ten strach i rozterki sprzed kilku miesięcy, gdy siedziałem okrakiem na drabinie, a Rafał wykrzykiwał mi całą swoją złość, były warte tego co teraz przeżywałem. O sobie mogłem powiedzieć, że jestem homoseksualistą, pedałem, a kim jest Rafał, wielką zagadką. „chłop z chłopem, baba z babą nie mają dobrego seksu”, „chłopy się nie całują” tak mówił, a potem prośba by całować go po pośladkach. I to przyznanie się, że dotykanie jego magicznego oka, sprawia mu przyjemność. Teraz ten pocałunek, ssanie moich palców, gładzenie po twarzy. Rafale, kim ty jesteś? Czy ja jestem tylko obiektem badawczym, doświadczeniem, eksperymentem? Czy służę tylko do wyładowania chuci? Brak odpowiedzi. Tylko uśmiech i balet naszych dłoni, próbujących opisywać nasze ciała. Określić ich cechy, by każdy element zapisać na trwałe w mózgowiu. 

    Znowu opadły nasze spodnie od pidżamy. Znowu były wysztywnione ciała, sztywne miecze, tańczące w naszych rękach. Znowu powodzią spełnienia zalewałem jego dłonie, znowu nurkując w pościeli, łykałem jego perłową macicę jąder. Rozsmarowując po podniebieniu, delektowałem się jej smakiem. I znowu wytchnienie, znowu dłuższy kontakt naszych warg. Znowu te uspakajające dłonie na twarzach. Myślałem, że to będzie koniec pełnej namiętności nocy. On jednak szepnął mi do ucha: 
      
    – Ja chcę, ten obiecany pocałunek, tam gdzie dziś ja tobie nie pozwolił – spojrzał głęboko w moje oczy, oczekując odpowiedzi. 
    – Odwróć się – oderwał się ode mnie i odwrócił plecami. Teraz drżałem z emocji. Położyłem dłoń na jego biodrach dając sygnał, by bliżej się przesunął, szepnąłem  
    – Jesteś tego pewien? – zauważ

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    Yake Osi

    Mam nadzieje na Wasze komentarze do tego opowiadania.

  • Nocka u kumpla

    Cześć, jestem Dawid i to moje pierwsze opowiadanie na tej stronie. Zaznaczę tylko, że historia jest autentyczna i wydarzyła się naprawdę. Nie jest długa, ale mam nadzieję, że wam się spodoba.

    Mam 15 lat, ciemne włosy i jestem średniego wzrostu. Mieszkam w wieżowcu w średniej wielkości mieście. Jestem dosyć szczupły, ale mam trochę tłuszczu w okolicach ud i pośladków, co jest moim kompleksem i nie lubię się przez to rozbierać np. na basenie. Ogólnie zawsze uważałem się za osobę heteroseksualną i nie czułem nic do mężczyzn, ale po ostatnich wydarzeniach sytuacja trochę się zmieniła.

    Ferie zimowe spędzałem z moim przyjacielem Kubą. Był półtora roku starszy i trochę wyższy i lepiej zbudowany ode mnie. Miał blond włosy i niebieskie oczy. Znałem się z nim od jakiegoś roku. Poznaliśmy się przez znajomych i okazało się, że mamy wiele wspólnego. W ferie robiliśmy to, co typowi nastolatkowie. Chodziliśmy na pole, graliśmy na kompie i oglądaliśmy filmy. Mijał pierwszy tydzień przerwy, a my graliśmy u mnie na konsoli. W pewnym momencie Kuba powiedział:

    -Ej, może wpadniesz dzisiaj do mnie na noc do domu? Będzie wolna chata i moglibyśmy coś porobić. Byłoby fajnie.

    -Ta, czemu nie. -odpowiedziałem

    Wieczorem spakowałem do plecaka bieliznę na zmianę i około 19 poszedłem do przystanek, z którego autobusem udałem się do Kuby. Mieszkał w domu jednorodzinnym na obrzeżach miasta. Było to niezłe zadupie. Wyszedłem z autobusu i skierowałem się w stronę mojego celu. Nie było to łatwe zadanie, bo śnieg sięgał mi do kolan, a latarnie były oddalone od siebie o 30 metrów. W końcu udało mi się dotrzeć do domu Kuby. Wszedłem na jego posesję i zadzwoniłem do drzwi. Otworzył mi i zaprosił mnie do środka.

    -Na niezłym zadupiu mieszkasz. -powiedziałem żartobliwie

    -Da się wytrzymać. -odpowiedział

    Od 21 do 23 graliśmy na konsoli, a potem poszliśmy się umyć. Najpierw Kuba, potem ja. Następnie przenieśliśmy się na kompa. Siedzieliśmy obok siebie ubrani jedynie w slipy, bo tak wyglądały nasze piżamy. Odczuwałem przez to lekki dyskomfort, ale zapomniałem o tym, gdy zaczęliśmy się śmiać z filmików na Internecie i grać w zabawne gry. Tak wygląda w sumie całe życie przeciętnego nastolatka: śmiech, śmiech i śmiech. W pewnym momencie Kuba wyszedł do łazienki, a ja korzystając z jego nieobecności, szybko sprawdziłem jego historię przeglądarki. Może akurat znalazłbym coś upokarzającego. Zdziwiłem się trochę, gdy zobaczyłem, że wszystkie pornosy, które oglądał przez ostatni tydzień, były gejowskie. Byłem przekonany, że Kuba jest hetero, bo ciągle zmieniał dziewczyny. Zdołałem to jednak zrozumieć, bo też czasami zdarzyło mi się obejrzeć homo-porno. Gdy wrócił z łazienki, postanowiłem nie mówić mu o moim znalezisku. Zamiast tego, wróciliśmy do przeglądania Internetu. Około 2 w nocy byliśmy na tyle zmęczeni, że udaliśmy się do łóżek. On miał spać w swoim pokoju, a ja w sypialni jego rodziców. Położyłem się i zasnąłem. Obudziły mnie kroki. Dostrzegłem w ciemności sylwetkę Kuby i postanowiłem udawać, że śpię. Wiedziałem bowiem, że chciał namalować mi coś na twarzy markerem. W ostatnim momencie zerwałbym się z łóżka z krzykiem, strasząc go. Wszedł na łóżko, po czym obrócił mnie na brzuch i zsunął slipy. Myślałem wtedy, że chce popisać mnie na tyłku. Było to trochę dziwne, ale nadal udawałem, że śpię. Poczułem coś mokrego na odbycie. Szybko zorientowałem się, że mój przyjaciel wylizuje mi dupę. Nie wiedziałem co powiedzieć, więc nadal nie ruszałem się. Ku mojemu zdziwieniu, było to bardzo przyjemne doświadczenie. Gdy język Kuby wszedł głęboko do mojego odbytu, postanowiłem “obudzić się”.

    -Co ty robisz stary? -powiedziałem zaspanym głosem

    -Ćiii… -usłyszałem tylko

    Kuba przybliżył się do mojej twarzy i zaczął całować mnie w usta. Najpierw delikatnie, potem fundował mi ostrego Francuza. Nie byłem w stanie mu przerwać, bo było mi zbyt dobrze. Obrócił mnie na plecy i położył się na mnie kontynuując usta-usta. Jego męskie ciało wgniatające mnie w łóżko obudziło mojego wewnętrznego geja i odwzajemniłem pocałunek. Po chwili Kuba podniósł głowę i z uśmiechem popatrzył mi głęboko w oczy. Znów obrócił mnie na brzuch, po czym nałożył kondoma na swoją stojącą pałę. Następnie otworzył opakowanie z wazeliną i nałożył dużą jej ilość na gumę oraz mój owłosiony otwór. 

    -Zrób to delikatnie. -powiedziałem cicho

    Kuba chwycił mnie pewnie za biodra i powoli wciskał we mnie kutasa. Jęknąłem, gdy śliski żołądź wszedł do środka. Po chwili penis zaczął wjeżdżać do mojego ciasnego odbytu, co wywołało u mnie ból i euforię. Gdy był już we mnie cały, poczułem jego umięśnione ciało na miękkich pośladkach i zaczął wykonywać ostrożne ruchy w przód i w tył. Przyspieszał z sekundy na sekundę, a czułem się coraz lepiej. Co jakiś czas dodawał wazeliny, żeby nie sprawiać mi zbytnio bólu. Nasze spocone ciała zaczęły wydawać głośne dźwięki. Po chwili seksu, Kuba wyciągnął ze mnie swój 16-centymetrowy, gruby sprzęt.

    -Ułóż się na czworaka, mały. Tak będzie wygodniej. -powiedział z seksownym głosem i ściągnął kondoma

    Szybko wykonałem jego polecenie i wypiąłem tłustą dupę. Mój przyjaciel zaczął ładować mnie od tyłu bez zabezpieczenia, trzymając mnie za pośladki, tym razem o wiele szybciej. Czułem jego worek z jajami obijający się z wielką siłą o moje własne jądra. Gdyby parę dni wcześniej ktoś powiedział mi, że kumpel będzie mnie posuwał, pomyślałbym, że jest debilem. A jednak, to się działo i bardzo mi się podobało. Ciągle jęczałem, a Kuba szeptem wymawiał moje imię. Po paru minutach ostrego seksu, pałka w mojej dupie stwardniała i wystrzeliła we mnie gęsty płyn. Po orgazmie wykonał jeszcze kilka ruchów w przód i w tył, żeby resztki spermy zostały w moim odbycie. Kuba chciał w ten sposób uniknąć sprzątania. Nie przewidział jednak, że ja też się spuszczę, i to prosto na pościel. Kumpel nie wychodząc ze mnie przewrócił nas na łóżko i zasnęliśmy w pozycji na łyżeczkę. Ja byłem tą mniejszą łyżeczką i na dodatek miałem chuja w dupie. Nie myślałem zbytnio o tym, co się wydarzyło i zasnąłem w męskim objęciu. Rano obudził mnie Kuba opuszczający moją dziurkę.

    -Nie chciałem cię budzić misiaczku. -powiedział radośnie

    -To nic. Chciałem ci podziękować za ten stosunek. Pozwolił mi odkryć, kim tak naprawdę jestem. -odpowiedziałem

    -Cała przyjemność po mojej stronie. -odparł Kuba i pocałowaliśmy się

    To już nie był ten sam, śmieszny dzieciak, a czuły i kochający mężczyzna. Wstając wylałem niechcący na pościel całą spermę, którą zaaplikował mi w nocy przyjaciel. Poszedłem się umyć z tych wszystkich płynów i wróciłem do domu w milczeniu. Jadąc autobusem do domu otrzymałem sms od Kuby:

    -Hej, może wpadniesz dzisiaj do mnie na noc do domu? Będzie wolna chata i moglibyśmy coś porobić. Byłoby fajnie. :*

    -<3-odpisałem

    Od tamtego czasu regularnie uprawiam z nim seks, ale nie rozmawiamy o tym poza łóżkiem. Jestem jego przyjacielem do jebania.

     

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    Drag Queen
  • Z mama na wczasach

    Jestem Piotrek i w tym roku skończę 17 lat. Może opowiem trochę o sobie i mojej mamie, w końcu jesteśmy jedynymi bohaterami tej opowieści. Jeśli chodzi o mnie, to mam ciemne włosy, zielone oczy i często chodzę, na siłownię, co można zobaczyć na moim wysportowanym ciele. Mam też wielu przyjaciół i dziewczynę. Moja mama Monika, natomiast, to 36-letnia, pulchna kobieta o mocnej, krągłej sylwetce gruszki. Jej wielki biust i pośladki przyciągają wzrok każdego mężczyzny, którego spotka na drodze. Ma długie, czarne, falowane włosy, które najbardziej lubi nosić w koku. Mimo, że nie jest za szczupła, wszyscy, którzy ją znają, zawsze komplementują jej wygląd. Mieszkamy we dwoje w piętrowym domu na wsi. 
    Zawsze najważniejsi w życiu byli dla mnie rodzice, ale od kiedy rozwiedli się dwa lata temu, pępkiem świata jest dla mnie mama. Mimo swojej zaradności i odpowiedzialności nie przyjęła dobrze tego rozstania, cały czas jest przygnębiona i smutna. Od jakiegoś czasu próbuje wyglądać na wesołą, ale dobrze wiem, że w głębi nadal jest rozbita. Dzięki dobrze płatnej pracy i alimentom od taty stać ją na kupno modnych ubrań, co, jako jedyne, sprawia jej przyjemność i pozwala zapomnieć o mężu. Jestem w stanie odwołać każde spotkanie z kolegami i dziewczyną, żeby pomóc mamie w trudnych obowiązkach i uchronić ją od przemęczania się. Martwi mnie tylko jej ciągły brak partnera i chciałbym go zastąpić.
    Gdy zacząłem dorastać oszalałem na punkcie jej okrągłego, seksownego ciała. Nie mogłem powstrzymać wzwodu, kiedy z gracją przemieszczała się po domu, wymachując przy tym pociągająco wielkimi biodrami. Chciałbym wymienić swoją szczupłą dziewczynę, na taką, jaką prezentuje moja mama. Wiedziałem, że nie mogę zbliżać się zbytnio do mojej własnej matki, ale z każdego normalnego całusa lub przytulenia z jej strony robiłem w głowie namiętną scenę erotyczną. Widziałem, że z mojego zauroczenia robi się obsesja, kiedy zacząłem ustawiać ukrytą kamerę w łazience, żeby uchwycić nagie ciało mamy, a potem trzepać do tych nagrań parę razy dziennie. Nie zamierzałem jednak nic robić z moją chorą fantazją. Pewnego dnia wróciłem do domu że szkoły i przywitałem się z matką.
    -Cześć, mamo! -krzyknąłem
    -Cześć, synku. Załatwiłam nam wczasy nad morzem w Hiszpanii. Cieszysz się? -powiedziała mama z kuchni
    -Tak, to fajnie. Jedziemy sami? -spytałem 
    -Tak, sami. Wszystkie moje koleżanki jadą ze swoimi rodzinami. -odparła mama
    Puls gwałtownie mi podskoczył i szybkim krokiem poszedłem w stronę schodów na piętro, żeby mama nie zauważyła mojego wzwodu.
    -Samolot mamy 10 lipca! -krzyknęła mama, tak, żebym usłyszał w pośpiechu
    Położyłem się na łóżku i nie mogłem uwierzyć w swoje szczęście. Tylko ja i moja seksowna matka na wczasach. Będę miał dużą szansę, na spełnienie moich fantazji. Akurat był maj, więc do wyjazdu zostały niecałe dwa miesiące. Przez ten czas pomagałem mamie w różnych czynnościach domowych i spędzałem z nią dużo czasu, pod pretekstem, że nie chcę, aby czuła się samotna, a tak naprawdę chciałem tylko przyglądać się jej wielkiemu ciału. Najbardziej podobały mi się momenty, w których mama chodziła po domu w samej bieliźnie, albo, gdy jej tłuste pośladki wychodziły ze spodni, podczas schylania się. Byłem totalnie zakochany w swojej matce, a ona nic nie podejrzewała. Nie mogłem z nią flirtować, bo nigdy nie zgodziłby się na seks ze mną. Musiałem więc dobrać się do niej w inyny sposób. 
    Pewnego dnia postanowiliśmy razem obejrzeć film. Duży telewizor był na ścianie, na przeciwko łóżka w sypialni mamy. Oznaczało to, że mogę się z nią przespać. Przez cały film byłem maksymalnie do niej zbliżony i zamiast oglądać film, oglądałem z pożądaniem jej wielkie cycki przez prześwitującą, seksowną piżamę. Zauważyłem też, że co jakiś czas spogląda ona na moje slipy, ukazujące zarys mojego pokaźnego przyrodzenia. Wiedziałem, że bardzo brakuje jej partnera seksualnego. Mama nie wytrzymała do końca filmu i gdy nastąpił, spała jak zabita. Było ciepło, więc nie była przykryta. Zrobiłem kilka zdjęć jej wielkiego, krągłego ciała wyłożonego nieprzytomnie na łóżku, a następnie wyciągnąłem twardego kutasa i zacząłem się masturbować. Podniecenie było ogromne. Zbliżyłem się do mamy i delikatnie całowałem, lizałem i ssałem prześwitującego sutka jej wielkiego, prawego cycuszka, jednocześnie dotykając ostrożnie cipki i okolic. Jeden zły ruch i obudziłaby się. Po chwili mama obróciła się na prawy bok, wylewając w moją stronę swoje masywne piersi. Kontynuowałem zabawę, tym razem z drugim sutkiem. Zaczęło jej to przeszkadzać i znów zmieniła pozycję przez sen. Tym razem była odwrócona tyłem do mnie eksponując mi swoje gigantyczne, tłuste pośladki, miedzy które bez wahania wjechałem penisem. Ruszałem nim w zagłębieniu dupci mamy, ocierając się o materiał jej spodenek, co było najprzyjemniejszą rzeczą, jaką dotąd robiłem. Co chwilę moje ciało przeszywały ciarki podniecenia. W końcu wystrzeliłem ciepłą spermą na prześcieradło. Szybko wytarłem płyn chusteczką i poszedłem spać do swojego pokoju. Takie bliskie spotkania z mamą były przyjemne, ale szukałem intensywniejszych doznań. 
    Dzień później poszedłem do apteki po środki nasenne i kondomy. Oczywiście nie kupiłem ich w tym samym miejscu, bo sprzedawcy mogliby coś podejrzewać. Wieczorem przyszedłem do salonu.
    -Hej, mamo, może zrobię ci dzisiaj kolację? Należy ci się to. -spytałem niewinnie
    -Naprawdę? Oh, jesteś kochany. -odpowiedziała czule mama
    Udałem się do kuchni i zrobiłem jej kanapki i herbatę, do której wysypałem maksymalną dawkę proszku. Dokładnie wymieszałem i podałem mamie, a ona dała mi całusa. Wróciłem do pokoju, mając nadzieję, że wszystko zadziała. Niedługo potem widziałem, jak mama idzie do swojej sypialni. Wyglądała na zmęczoną. Ucieszyłem się i poczekałem jeszcze pół godziny. W mroku udałem się wzdłuż korytarza do sypialni. Zobaczyłem sylwetkę mamy wyłożoną na wznak na łóżku. Podszedłem po cichu i zacząłem ją szturchać. Gdy po wielu próbach nie reagowała, wszedłem na łóżko i zacząłem powoli zsuwać jej bluzkę, ukazując jej piękny brzuch i wielkie cycki. Znałem ciało mojej mamy o wiele lepiej, niż przeciętny syn powinien. Całkowicie odsunąłem koszulkę i piersi wylały się na łóżko. Następnie przeszedłem do obcisłych spodenek. Powoli zsuwałem je z ogromnych nóg matki, kolejno odkrywając gęsty busz włosów łonowych i piękne wargi sromowe, które nie widziały kutasa od dobrych paru lat. Mama była cała do mojej dyspozycji. Zacząłem delikatnie całować i lizać jej seksowne, kobiece ciało. Jeździłem językiem po twardych sutkach i wielkich piersiach, następnie zbliżyłem się do jej pięknej twarzy i zanurzyłem język w jej buzi, jednocześnie całując jej czerwone usta. Jeszcze nie ogoliła się na wyjazd, bo miała gęste, długie, rozciągające się od podbrzusza aż po początek ud włosy łonowe, a także mocno porośnięte pachy i nogi. Bardzo podnieciło mnie jej nieprzyzwoite owłosienie i zbliżyłem się do jej okolic intymnych. Zanurzyłem twarz w jej włosach łonowych i powoli zjeżdżałem w kierunku pizdy. Gdy byłem na miejscu, zacząłem delikatnie czyścić waginę mamy za pomocą języka. Nałożyłem kondoma na stojącego, nabrzmiałego kutasa i przyłożyłem go do otworu. Niestety mój gruby penis zdawał nie mieścić się w starej cipie matki. Naplułem więc na nią, żeby zwiększyć poślizg, ale przy kolejnej próbie penetracji, mama powiedziała coś przez sen i zaczęła wiercić się na łóżku. Błagałem ją w myślach, żeby się nie obudziła. W końcu przestała i obróciła się na bok. Nałożyłem delikatnie z powrotem jej ubrania i wróciłem przygnębiony do pokoju, wymachując przy tym z niezadowoleniem swoim sterczącym, niezaspokojonym kutasem. Gdy położyłem się na łóżku, zdałem sobie jednak sprawę z tego, że tak naprawdę nie robię tego wszystkiego, żeby mama nie była samotna. Robię to tylko dla swojej przyjemności. Postanowiłem to zmienić i podejść do tej sprawy z innej strony. Na szczęście miałem okazję zrobić to na wczasach.
    Niecały tydzień przed wyjazdem, mój entuzjazm został zgaszony. Przyszedłem do domu ze spotkania z kolegami.
    -Cześć, mamusiu! -powiedziałem radośnie
    Na czekała na mnie ze zdenerwowaną miną i założonymi na siebie rękami.
    -Wytłumacz mi to. -powiedziała stanowczo, rzucając mój telefon na stół
    Na ekranie wyświetlone było nagranie z łazienki. Sparaliżowało mnie i nie wiedziałem, co powiedzieć. 
    -T… To… Nic nie poradzę na to, że tak mi się podobasz mamo! -krzyknąłem
    W milczeniu odeszła, a ja, spalony ze wstydu poszedłem do pokoju. Wiedziałem, że odwoła wczasy i byłem na siebie zły, że nie założyłem blokady ekranu na telefon. Postanowiłem przez najbliższy tydzień, który dzielił mnie od wyjazdu, nie zbliżać się w żaden sposób do mamy. Nie było to jednak takie łatwe, bo kochałem ją nie tylko jako rodzica, ale też byłem w niej zakochany. Przez parę dni atmosfera była ciężka, w końcu jednak odezwałem się.
    -Cześć, mamo. Jesteś na mnie zła? -spytałem niewinnie
    -Nie, no co ty. Już dawno mi przeszło. Dorastasz, więc interesujesz się kobietami. Mam tylko nadzieję, że rozumiesz, że kocham cię jako syna i nic więcej. -odpowiedziała mama ze zrozumieniem
    -Tak, tak… Przepraszam. -powiedziałem smutny
    Wróciłem przygnębiony do pokoju, ale tak naprawdę, to cieszyłem się, że mama nie odwołała wyjazdu i będę mógł ją poderwać na wczasach. 
    W końcu nadszedł dzień odlotu i pomagałem mamie wkładać walizki do bagażnika. Pojechaliśmy na lotnisko i wsiedliśmy do samolotu. Przez całą podróż układałem w głowie różne scenki erotyczne z matką. Gdy zasnęła, oglądałem zdjęcia, które zrobiłem jej w sypialni. Po przylocie na miejsce udaliśmy się taksówką do hotelu i rozpakowaliśmy swój bagaż. Nasz pokój był dosyć duży, było w nim jedno duże, podwójne łóżko i jedno pojedyncze. Była też dosyć luksusowa łazienka z wanną i prysznicem, a także telewizor i wielki taras z widokiem na morze.
    -No, i jak ci się podoba synku? -spytała radośnie mama
    -Nawet spoko. -odpowiedziałem
    -Chodźmy na spacer, jest piękna pogoda. -zaproponowała
    Było około godziny 17, kiedy wyszliśmy na miasto. Mieliśmy być na wczasach tydzień, więc miałem dużo czasu na działanie. Mama prowadziła przez kamienną drogę w górę do miasta, a ja byłem zaraz za nią, żeby świdrować wzrokiem jej seksowne ciało. Była ubrana w krótkie, ciasne spodenki, które świetnie podkreślały jej szerokie kości bioder i bluzkę na ramiączkach z dużym dekoltem. Nie była już tak owłosiona jak w domu. Włosy miała spięte w kucyk. Była pięknym MILFem. W mieście zjedliśmy obiadokolację i poszliśmy na spacer wzdłuż brzegu morza. Wróciliśmy do hotelu i mama szybko zasnęła. Spała bez kołdry, więc mogłem się do niej masturbować. Rano zjedliśmy śniadanie i poszliśmy na plażę. W drodze mogłem podziwiać jej kobiece kształty, którymi poruszała z gracją. Była ubrana w skąpe bikini, które doprowadzało mnie do szału. Mógłbym jebać wtedy swoją starą dzień i noc. Kutas stał bez przerwy na widok tych wielkich cyców, lekko wystającego brzuszka, wielkiego tyłka i szerokich, seksownych bioder. Gdy dotarliśmy na plażę, specjalnie wybrałem wyludnione miejsce.
    -Nie chcesz iść bliżej wody, synku? -spytała mama
    -Nie, wolę tutaj. Jest cicho i spokojnie. -odpowiedziałem
    Rozłożyłem ręczniki na piasku i postawiłem przenośną lodówkę. Znowu zaatakował wzwód, gdy zobaczyłem, że mama wyciąga olejek do opalania i zaczyna smarować swoje ciało. Położyła się i nałożyła na twarz kapelusz, żeby nie oślepiało jej słońce, ja usiadłem na krześle. Przyglądałem się jej z pożądaniem i zacząłem się dotykać. Wiedziałem, że nic teraz nie zdziałam, więc poszedłem do miasta po lody. Po zjedzeniu ich wróciłem na plażę.
    -Mamo, idę do wody, idziesz ze mną? -spytałem
    -Tak, idę. -odpowiedziała- Możesz pomóc mi wstać?
    Pociągnąłem ją za rękę i udaliśmy się do morza. Woda była ciepła, a fale słabe, ale Monika trzymała się mnie dla bezpieczeństwa. Weszliśmy głębiej, żeby nie mogła zauważyć mojego wzwodu. Poprosiła mnie o trzymanie jej dłoni, podczas, gdy ona będzie się zanurzać całkowicie w wodzie. Bardzo chciałem ją wtedy przelecieć. Posunęliśmy się jeszcze głębiej. Mama trzymała się mnie w okolicy klatki piersiowej, a ja trzymałem ją delikatnie za szerokie bioderka. Monika była mniej więcej tego samego wzrostu, więc wielkie cycki ocierały się o mnie, a ona mogła poczuć mój wielki wzwód na swojej cipce. Byłem zajebiście podniecony, ale wiedziałem, że mama nie chce się jeszcze ruchać. Wchodziliśmy coraz głębiej do wody i w końcu odezwała się.
    -Trzymaj mnie mocno, Piotrek. Nie czuję dna. -powiedziała radośnie
    -Spokojnie. Ze mną nic ci się nie stanie. -odparłem czule
    Przycisnąłem ją do siebie, rozszerzając przez kąpielówki swoim stojącym kutasem jej gorące wargi sromowe. Poczuła to i oddaliła się trochę. Postanowiła popłynąć jeszcze głębiej bez mojej pomocy. Włożyłem głowę pod powierzchnię wody, żeby zobaczyć jej seksowne ruchy. Kiedy zobaczyłem, że nie daje sobie już rady, podpłynąłem i pociągnąłem ją za biodra w stronę lądu. Prowadziłem ją, ciągle trzymając rękę na jej ciele. Wyszliśmy na plażę i udaliśmy się w stronę naszego ręcznika. Spragniona Monika wypiła pół butelki wody na raz i spytała:
    -Piotrek, mógłbyś posmarować mnie olejkiem na plecach?
    -Jasne, mamo. Ułóż się wygodnie. -odpowiedziałem
    Monika wyłożyła swoje wielkie, krągłe, mokre ciało na ręczniku plecami do góry. Położyła głowę na swoich dłoniach i na bokach jej klatki piersiowej ukazały się wielkie cycki. Leżała w lekkim rozkroku, pokazując w moją stronę dół od bikini przylegający do warg jej pulchnej pizdy. Kutas stał mi tak mocno, że myślałem, że rozerwie moje kąpielówki. Dokładnie i delikatnie wytarłem mamę ręcznikiem, po czym nałożyłem na dłonie dużą ilość olejku. Zacząłem smarowanie od szyi i góry pleców, potem ostrożnie zjeżdżałem w dół. Rozwiązałem stanik bikini i zmysłowo nakładałem płyn na całą długość pleców. Następnie przeszedłem do wystających piersi. Delikatnie masowałem balony matki dłońmi z olejkiem. 
    -Nie pozwalaj sobie na zbyt wiele, młodzieńcze! -odezwała się 
    Ja w milczeniu kontynuowałem smarowanie pleców. Po chwili podwinąłem dół od bikini i zacząłem intensywnie nawilżać tłuste pośladki, po czym zjechałem na grube uda i seksowne łydki. Co jakiś czas wracałem do okolic intymnych. Gdy zebrałem się na odwagę, odsunąłem sznurek od bikini zasłaniający waginę i odbyt, po czym szybko zacząłem po nich jeździć dłońmi. Monika zerwała się.
    -Co ty sobie wyobrażasz, gówniarzu!? -krzyknęła- Rozmawialiśmy o tym!
    -Dobra, sorry. -powiedziałem, ale mama była już na drodze do domu
    Gdy wróciłem, mama wychodziła z prysznica, była całkowicie naga.
    -Słuchaj, przepraszam, Dawid. Nie chciałam być tak ostra. -powiedziała czule
    Chciałem coś powiedzieć, ale ona pchnęła mnie na łóżko i zaczęła ściągać mi szorty, po czym szybko wzięła do ust stojącego i twardego kutasa. Moje marzenie właśnie się spełniało. Robiła to tak umiejętnie i czule. Przyspieszała ciągle ruchy, a ja chciałem, żeby ta chwila trwała jak najdłużej. Mimo długiej nieaktywności seksualnej, poradziła sobie bez problemu z moją wielką pałą. Ona robiła mi loda z matczyną miłością, a ja głaskałem ją po głowie. Po paru minutach opróżniłem swoje nabrzmiałe od podniecenia jądra prosto do buzi mamy, a ona połknęła cały ładunek. Następnie wylizała dokładnie mojego członka i podniosła się z łóżka. 
    -Wiem, że bardzo tego chciałeś, więc masz. Teraz posłuchaj uważnie. Już nigdy więcej się do siebie nie zbliżymy, rozumiesz? -spytała stanowczo
    -Niby dlaczego? Od dwóch lat nie uprawiałaś seksu, tylko ja mogę cię zaspokoić! -krzyknąłem
    -Nie chcę o tym słyszeć. -odpowiedziała
    Czułem wielki niedosyt i nie obchodziło mnie, czy ona chciała, czy nie. Ubrała bluzkę i wyszła na taras. Oparta o poręcz obserwowała plażę i morze. Ja w tym czasie obserwowałem jej wielkie, gołe, wypięte dupsko. Zdałem się na odwagę i podszedłem po cichu do mamy. Po chwili wahania zasłoniłem jej usta dłonią i szybko włożyłem jej kutasa do owłosionej, mokrej cipy. Była niewiarygodnie ciasna. Gdyby mój penis nie był jeszcze mokry od jej śliny, prawdopodobnie nie mógłbym się w niej poruszać. Monika próbowała krzyczeć i się wyrywać, ale mocno ją trzymałem. Na początku była spięta i nie mogłem zmieścić całego grubasa, ale po chwili zmęczyła się i mogłem spokojnie wejść. Przestała się szarpać i zdjąłem dłoń z jej ust. Chwyciłem mocno za jej szerokie biodra i przyspieszyłem. Śluz wypłynął z jej nieużywanej waginy i zaczęło głośno klaskać. Żeby nie zwracać nie siebie uwagi wniosłem mamę do pokoju i położyłem ją na wznak na podwójnym łóżku. Rozszerzyłem jej nogi i ponownie wjechałem do otworu, z którego wyszedłem 16 lat temu. Intensywnie pierdoliłem Monikę w owłosioną pizdę, a ona zaczęła słodko jęczeć i wypuszczać jeszcze więcej soku z pochwy. Jednocześnie ssałem jej grube, twarde suty i całowałem ją namiętnie w seksowne usta. W końcu zaczęła jeszcze głośniej jęczeć i zmoczyła całe łóżko. Ja w tym samym momencie wpuściłem do jej ponętnej cipki gęstą spermę. Leżałem na niej z kutasem w środku i całowaliśmy się. Po chwili wstaliśmy.
    -Dziękuję ci za to. Robisz to o wiele lepiej, niż twój ojciec. Bałam się powiedzieć ci, czego mi trzeba, ale ty potrafisz się mną zająć. -powiedziała Monika
    -Nie ma za co mamo, jesteś prawdziwą seksbombą. -odpowiedziałem z uśmiechem
    -Chodźmy wziąć prysznic. -zaproponowała mama
    Rozpuściła włosy i weszliśmy oboje do kabiny, ale przez jej wielkie ciało nie było zbyt wiele miejsca. Puściła wodę, ale nie mogłem się myć patrząc na tą boginię.
    -Pozwól, że ja się tym zajmę, mamusiu. -powiedziałem
    Mama w milczeniu podała mi płyn pod prysznic. Z wyrazu jej twarzy mogłem wyczytać pożądanie.
    Uklęknąłem i zacząłem dokładnie wymywać jej seksowne stopy i łydki. Całowałem jej palce u stóp, żeby poczuła się jak moja królowa. Potem przeszedłem do wielkich ud. Nałożyłem płyn na dłonie i delikatnie szorowałem jej skórę. Gdy doszedłem do okolic cipki, mama mimowolnie siknęła mi na twarz. Przycisnąłem jej waginę i otworzyłem usta. Ciepły mocz strumieniem wlewał sie do mojej buzi. Starałem się połykać większość tej cieczy. Gdy przestała, wymyłem dokładnie jej muszlę i włosy łonowe. Cipka była opuchnięta i zaczerwieniona po intensywnym seksie, a był to jej pierwszy stosunek od wielu lat, więc postanowiłem nie lizać jej, bo mógłbym ją uszkodzić. Następnie powiedziałem do Moniki, żeby się obróciła. Oparła się o ścianę i lekko się wypięła. Zacząłem delikatnie lizać owłosiony, słony odbyt mamy. Następnie wymyłem jego okolice i wyczyściłem go od środka palcem. Gdy był już czysty, zacząłem całować go i wsadzać do niego język. Mamie się to widocznie podobało, bo obróciła się. Umyłem jej seksowny brzuszek i ogromne melony. Wyssałem jej wielkie suty i przeszedłem do całowania jej szyi. Jęczała cicho z przyjemności. Gdy skończyłem, popatrzyłem jej głęboko w piękne oczy i przyciągnąłem ją do siebie za bioderka. Przeszliśmy do namiętnego Francuza. Monika była w tym świetna. Następnie mama zmyła ze mnie ślinę, którą wyprodukowała podczas całowania i dokładnie wyczyściła moje ciało. Zgasiła wodę i wyszliśmy z kabiny. Wziąłem ręcznik i z uczuciem wytarłem jej krągłe ciało.
    -Kocham cię Piotrek. Jako syna i kochanka. -powiedziała czule mama
    -Ja ciebie też. -odpowiedziałem i kolejny raz pocałowałem ją w seksowne usta
    CDN

     

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    Drag Queen

    Przepraszam za błędy, jeśli wystąpiły

  • Plantacja

    Gdyby pięć lat temu ktoś powiedział, że rzucę zarządzanie dużym funduszem hedgingowy, dla plantacji kawy w Angoli, uznałbym go za niespełna rozumu.

     

    Otrzeźwienie przyszło wraz ze śmiercią wspólnika. Praca wciągała jak narkotyk. Podobnie też wykańczała. Miałem czterdzieści lat i poza pieniędzmi nic więcej. Nawet stałej partnerki, której musiałbym poświęcić czas, którego nie miałem, pracując po dwanaście – szesnaście godzin na dobę.

     

    Decyzję podjąłem pod wpływem impulsu, jednak przez kolejne miesiące pracowałem nad jej realizacją. Ulokowane w bankach, funduszach i akcjach pieniądze zapewniały mi spokojną przyszłość mimo małej fortuny, jaką wydałem na zakup kilku małych, zaniedbanych plantacji kawy. Po pięciu latach nie żałowałem niczego. Plantacja przynosiła niewielki zysk, a w niedalekiej przyszłości miała zacząć być naprawdę dochodowa. Nie chodziło tu jednak o pieniądze. Tych miałem sporo. Podobało mi się życie, jakie sobie wybrałem.

     

    Rozmyślając nad przeszłością, rozkoszowałem się kąpielą po poranku spędzonym w siodle. Wokół mnie kręciła się bezszelestnie trójka półnagich dziewcząt. Skinąłem na najmłodszą. Nieporadnie ukrywając zadowolenie z wyróżnienia, rozsupłała opasujący biodra zawój, po czym weszła do wanny. Jej świeżutkie ciało i delikatny dotyk podziałały jak najlepszy afrodyzjak. Finezja, z jaką pieściła członek, świadczyła, że odebrała dobrą szkołę od Ooli. Gdybym był odrobinę bardziej zmęczony, pewnie zadowoliłbym się jej paluszkami. Podniecenie wzięło jednak górę nad rozleniwieniem. Wstałem. Gdy dwie pozostałe dziewczęta myły mi plecy i ramiona, moja dzisiejsza wybranka z prawdziwym kunsztem ssała kutasa. Upojony doznaniami nie zauważyłem wejścia Ooli.

    – Mam nadzieję, że nie przeszkadzam, Jaka.

    Otworzyłem oczy.

    – Ależ skąd Ooli, właśnie doceniam twoje doświadczenie w doborze dziewcząt.

    – Wstań Mami.

    Zwróciłem się do ssącej mnie dziewczyny. Kontynuując rozmowę z Ooli, poleciłem dziewczęciu, by stanęła w rozkroku, tyłem do mnie. Posłusznie wypiła się, łapiąc dłońmi za brzeg wanny. Miała kształtne pośladki. Przytrzymując kutasa dłonią, wsunęłam główkę między drobne wargi. Jęknęła, gdy wbiłem się w nią po jądra. Była przyjemnie świeża i ciasna. Poruszając zmysłowo biodrami, wychodziła naprzeciw moim pchnięciom. Eksplodowałem, wypełniając pochwę nasieniem. Gdy wysunąłem się z niej, nasienie pociekło po kształtnych udach. Mami z uśmiechem na twarzy, wyssała mnie do ostatniej kropelki, po czym umyła członek wodą. Ubierając się w jedwabny szlafrok, rzuciłem do Nattat, starszej z dwójki pozostałych dziewcząt, by przygotowały Mami na wieczór. Spodobał mi się jej zapał i miałem ochotę spędzić z nią dzisiejszą noc. Wychodząc z Ooli na werandę, uśmiechnąłem się do Mami. Odwzajemniła uśmiech.

     

    Ooli towarzyszyła mi podczas lekkiego lunchu. Była to okazja, by omówić sprawy związane z prowadzeniem domu i dziewczętami. Ooli sprawowała pieczę nad domem, zaopatrzeniem i służbą, która niemal wyłącznie składała się z rdzennych dziewcząt. Była moją prawą ręką i zaufaną powiernicą sekretów. To, że czasami ze sobą spaliśmy, nie czyniło nas jeszcze kochankami. Ooli wolała zresztą dziewczęta, co było poniekąd przyczyną tego, że pracowała teraz dla mnie.

     

    Poznałem ją, pracując jeszcze w funduszu. Była moją tłumaczką, gdy osobiście sprawdzałem możliwości inwestowania w dość ryzykowne, aczkolwiek obiecujące spore zyski tutejsze kopalnie i pola naftowe. Ostatecznie wycofaliśmy się z tego projektu, ale znajomość z Oolą zdecydowała później, że to właśnie w Angoli nabyłem posiadłość. Ooli miała trzydzieści lat. Była wysoka, zgrabna i prawdę mówiąc, niesamowicie pociągająca. Jak na tutejsze warunki, gdzie dziewczęta uważa się za kobiety w wieku dwunastu lat, a piętnastolatki mają już własne dzieci, Ooli była starą panną. Kobiety w jej wieku przeważnie były babciami, chowającymi całkiem podrośnięte wnuki. Wykształcona, niezależna i biseksualna wbrew rodzinie nie wyszła za mąż tuż po szkole. Była outsiderem, bez możliwości awansu społecznego czy zawodowego. Gdy zaproponowałem jej posadę, bez wahania przyjęła ofertę. Lubiłem jej towarzystwo. Jako jedyna kobieta w domu chodziła w europejskich strojach lub pełnym zawoju. Lubiłem, gdy nosiła rozpiętą o dwa guziki za dużo białą bluzkę i szorty. Nigdy nie widziałem, by używała biustonosza. Nie musiała! Średnie, jędrne piersi budziły zachwyt. Nawet wśród dziewcząt pracujących w domu. Pozostałe kobiet chodziły po domu półnagie, z odsłoniętymi piersiami.

     

    Ooli prowadziła dom i dziewczęta żelazną ręką. Dobierała je starannie z okolicznych wiosek. Młodziutkie, zdrowe i bardzo oddane. Po lunchu Ooli wybrała sobie jedną z usługujących nam dziewcząt. Zaproponowała, bym się do nich przyłączył. Z żalem odmówiłem. Miałem za godzinę zaplanowaną telekonferencję, a poza tym chciałem oszczędzać siły na Mami. Nie przyjęła mojego tłumaczenia. Śmiejąc się, ujęła mnie za dłoń.

    – Uszczęśliwisz May i mnie, a konferencje zawsze możesz odbyć z mojej sypialni. Poza tym mam dla ciebie prezent. Stojąca obok Ooli drobniutka May była świeżym nabytkiem. Szczuplutka, drobna, z małym biustem i dziewczęcymi biodrami była warta grzechu. Uległem. May, choć nie rozumiała słowa po angielsku, uśmiechnęła się, gdy przystałem na propozycję.

     

    Leżąc, u wezgłowia łóżka obserwowałem, jak u moich stóp kochają się ze sobą dwie dziewczyny o skórze w kolorze kawy z mlekiem. Obie piękne, a jednak zupełnie różne od siebie. Dojrzała, wysoka Ooli i młodziutka, filigranowa wręcz May. Czułem podniecenie, patrząc, jak leżąca na Ooli May wypina w moim kierunku pośladki. Jej drobne, bezwłose wargi kontrastowały z mięsistą wydepilowaną cipką Ooli, a kształtna gwiazdka odbytu kusił równie ponętnie, jak ociekająca sokami dziurka. Patrząc, jak May doprowadza Ooli do orgazmu, a później sama wije się w ekstazie, obudziło we mnie zwierzę. Klęcząc, między ciężko dyszącymi kobietami całowałem na przemian ich piersi. May dotykała mojego pulsującego kutasa, a Ooli pieściła ciężkie od nasienia jądra. Chciałem się rzucić na nie, gdy zadzwonił telefon.

     

    Rozmawiając z partnerami handlowymi, leżałem na plecach, starając się panować nad oddechem. Było to wyjątkowo trudne, zważywszy Ooli ocierającą się o mnie piersiami i May ssącą delikatnie kutasa. Zakończyłem rozmowę tak szybko, jak to było możliwe. Rzucając telefon an pościel, dyszałem z rozkoszy. Ocierająca się piersiami o moja twarz Ooli wyszeptała:

    – Czas na prezent.

    Powiedziała coś szybko do May, w trudnym do zrozumienia dialekcie. Mała porzucając ssanie kutasa, wspięła się na mnie. Kucając nad moją twarzą, rozchyliła palcami wargi. Patrząc na jej słodką cipkę, zrozumiałem, co chciała mi pokazać. Była dziewicą. Ooli wyszeptała mi do ucha:

    – May bardzo chciała, byś był jej pierwszym mężczyzną. To dla niej ważne.

    Nie wiedziałem co powiedzieć, gdy Ooli wyszeptała ciepło.

    – Połóż się wygodnie, nie musisz nic robić.

    Posłuchałem jej rady. May była rozkoszna. Po piętnastu minutach wzajemnego lizania się i palcowania dosiadła mnie. Widok drobnej dziewczyny nabijającej się na mój potężny członek był bardzo podniecający. Wiedziała, czego chce i nie zawahała się ani chwili. Zaraz po wprowadzeniu członka między wargi wykonała kilka ruchów biodrami, moszcząc się na moim palu, a gdy poczuła się pewnie, płynnym ruchem nabiła się na mnie. O tym, że właśnie straciła dziewictwo, świadczył tylko krótki grymas. Po chwili ujeżdżała mnie, jęcząc głośno. Orgazm sprawił, że pochwa zacisnęła się na członku. Eksplodowałem, ściskając dłońmi drobne, twarde piersi.

     

    Leżała obok mnie ciężko oddychając. Spomiędzy bezwładnie rozłożonych ud wyciekało zmieszane z krwią nasienie. Uśmiechnęła się, gdy spostrzegła, że się jej przyglądam. Powiedziałem dziękuję w lokalnym narzeczu. Mimo ciemnej karnacji widziałem rumieniec na jej twarzy. Poszedłem pod prysznic. Zanim wyszedłem, poprosiłem Ooli, by May przyniosła mi jutro śniadanie do łóżka.

     

    Resztę dnia spędziłem zajęty sprawami plantacji. Zupełnie zapomniałem o Mami. Gdy po dwudziestej wszedłem do sypialni, czekała na mnie na łóżku. Dostrzegłem ją, dopiero gdy zapaliłem nocną lampkę. Skryta za moskitierą klęczał nago na środku łóżka. W mdłym świetle słabej żarówki wyglądał zjawiskowo. Zaplecione w drobne warkoczyki włosy opadały jej zalotnie na kark. Gdy wszedłem na łóżko, poczułem zapach olejku z drzewa sandałowego z delikatną nutą cytrusów.

     

    Nattat sumiennie wywiązała się przygotowania Mami. Ponieważ lubiłem seks analny, dziewczyny, które miały spędzić ze mną noc były zawsze starannie do niej przygotowywane. Poza depilacją, czesaniem, kąpielą i namaszczaniem ciała olejkami czekała je też lewatywa. Wykonywana w tradycyjny, miejscowy sposób. Bardzo widowiskowy, może dość archaiczny, ale za to niezwykle dokładny i skuteczny. Procedura wymagała pomocy jednej a najlepiej dwóch dziewcząt. Najpierw przygotowywano wielki dzban płynu składającego się z przegotowanej wody, koziego mleka, soli, soku z cytryny, wywaru z kawy i jakiś lokalnych ziół. Samą lewatywę wykonywano, używając wydrążonej tykwy i dzbana. Dziewczyna mająca otrzymać lewatywę stawała na głowie w pobliżu ściany, o którą opierała się stopami. Nogi trzymała wyprostowane, tak by tworzyły z tułowiem kont prosty. Pomocnica smarowała odbyt olejem kokosowym, wsuwała w niego wydrążona tykwę i powoli wlewała przez nią ciecz do odbytnicy. Druga pomocnica masowała w tym czasie brzuch. Na moje oko wlew był zawsze spory, co najmniej dwulitrowy. Po jakiś dziesięciu – piętnastu minutach następowało wypróżnienie, po czym procedurę powtarzano, czasami dwukrotnie. Wszytko, trwało dość długo, jednak efekty były wspaniałe. Nigdy nie przyszło mi do głowy zaproponować używania gumowej gruszki. Po pierwsze metoda się sprawdzała, a po drugie dostarczała niezapomnianych widoków. Zwłaszcza gdy otrzymująca lewatywę dziewczyna była drobna. Po dwu – trzylitrowym wlewie wyglądała jak w piątym miesiącu ciąży.

     

    Nad zaletami tradycyjnej lewatywy rozmyślałem, posuwając w dupę wypiętą Mami. Ciasny odbyt sprawił mi dużo przyjemności, podobnie jak jej usta, gdy po stosunku przygotowywała mnie do drugiej rundy. Kiedy ponownie osiągnąłem erekcję, dosiadła mnie na oklep. Ujeżdżała mnie z pasją. Gdy byłem bliski orgazmu, uniosła biodra i pomagając sobie dłonią, wsunęła członek w odbyt. Siedząc na mnie z szeroko rozchylonymi udami, poruszała rytmicznie biodrami, palując się przy tym tak, bym mógł to dokładnie obserwować. Szybko osiągnęła orgazm. Zwieracz rozkosznie zacisnął się na kutasie. Strzeliłem, wypełniając odbyt nasieniem. Zasypiając, wtulony w drobne ciało, czułem się zupełnie wypompowany.

     

    Spałem jak niemowlę. Pierwszą rzeczą, jaka zobaczyłem po przebudzeniu była Mami. Siedząc nago w pościeli, czekała aż się obudzę. W świetle porannego słońca wyglądała bardzo apetycznie. Uśmiechnęła się, po czym przywarła ustami do mojego członka. Ssała delikatnie, nie spiesząc się. Nie przerwała, nawet gdy podawano śniadanie do łóżka. Z zaciekawieniem patrzyłem, jak usługująca do śniadania May ukradkiem zerka na swoją starszą koleżankę, połykającą kutasa. Gdy przyłapałem ją na tym, uśmiechnęła się do mnie rozbrajająco. Kiedy odwzajemniłem uśmiech, płynnym gestem rozwiązała przepaskę biodrową, po czym dołączyła do Mami. Ssały mnie na zmianę. Wprawdzie byłem odrobinę zmęczony wczorajszym dniem i upojną nocą, a jednak trysnąłem tak potężnie, że nasienie zmoczyło ich twarze i piersi. Jedząc zimne już tosty, obserwowałem, jak splecione ze sobą dziewczęta liżą się nawzajem u moich stóp. Było to na tyle podniecające i pełne energii przedstawienie, że miałem ponownie erekcję. Nie zastanawiając się długo, podszedłem do mocno wypiętej May. Wcisnąwszy w jej odbyt kawałek masła, rozdziewiczyłem jej pupę, brutalnie wbijając kutasa po jądra. Krzyczała bardziej z rozkoszy niż bólu. Trzymając dłońmi za biodra, poruszałam jej pupą tak, by ciasny pierścień zwieracza suwał się po całej długości członka. Leżąca wciąż pod May Mami, ssał w tym czasie jądra. Spuszczając się w dziewiczo ciasnej dupci, miałem przeszywający jądra bólem orgazm. Baraszkując później z dziewczętami w kąpieli, zdecydowałem się polecić Ooli, by przydzieliła mi je na jakiś czas do sypialni. Za tydzień, dwa, gdy się już nimi nasycę, Ooli sprowadzi mi kolejne dziewczęta.

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    Andrzej

    Mam nadziję, że sie spodobało.

  • U stop sasiadki cz. 1

    W blokach najczęściej każdy się zna i wie o innych całkiem sporo. No, może w wielkich miastach tak nie jest. Ludzie zapracowani, to i czasu na zajmowanie się sprawami sąsiada nie ma. Mnie przyszło mieszkać właśnie w takim bloku. Gdzieś po środku sporawego miasta, gdzie znika się w szarości bloku. Czas spędzałem głównie w szkole, po zajęciach zostawałem pograć w kosza, albo w nogę. Wracałem późno, lecz i tak byłem sam. Rodzice pracowali na różne zmiany, często się mijali w drzwiach. Było w domu jedno z nich, albo nie było nikogo. Żaden z moich znajomych nie mieszkał w pobliżu, dlatego spędzałem masę czasu przy komputerze. Przekładało się to również na to, że oglądałem sporo pornosów. Zauważyłem wtedy lekki pociąg do kobiecych stóp. Miałem dziewczynę, ale trochę się bałem jej reakcji. Mógłbym ją przez to stracić, a była wspaniała. Przeglądałem w Internecie różnego rodzaje oferty w których kobiety poszukiwały kogoś aby lizał je po stopach. To co tam znalazłem nie było dla mnie zadowalające. Większość z nich poszukiwała seks-niewolnika. Trochę za młody jestem żeby się tak bawić. Poza tym nie kręciło mnie bycie czyimś podnóżkiem. Przypadkiem trafiłem na coś interesującego. Dojrzała pani poszukuje mężczyzny do towarzystwa, ewentualnych zabaw erotycznych, lubiącego damskie stopy. Pomyślałem o tym jako głupiej zabawie. Co mi tam przecież nie muszę się z nią od razu umawiać. Zalogowałem się na stronie i nie śmiało do niej napisałem. Wywiązała się między nami rozmowa.

    -Witaj, chciałbym się o Tobie czegoś dowiedzieć – zacząłem trochę nie odpowiednio
    -Witaj, o co konkretnego chodzi?
    -Co miałaś na myśli pisząc “lubiącego damskie stopy”? Zaciekawiło mnie to.
    -Nie powinnam tego pisać. Przyciąga to wielu wariatów.
    -Źle mnie musiałaś zrozumieć. Po prostu jestem ciekaw jak to jest lizać kobietę po stopach. Nie miałem okazji tego doświadczyć w życiu.
    -Nigdy? Chyba dam Ci szansę.
    -A więc? Powiesz mi co miałaś na myśli?
    -Uwielbiam być lizana po stopach. Nie mam jednak nikogo kto chciałby to robić. Moja przyjaciółka mnie tym zaraziła. Jednak ona poszła w to dalej.
    -Rozumiem, masz ochotę na bezstresową zabawę. W sumie to interesujące.
    -Chcąc uniknąć nieporozumień, jak widziałeś napisałam, że jestem dojrzałą kobietą. Mam 42 lata, do modelki mi daleko, ale zapewniam, że moje stopy są piękne. Jeśli zechcesz wyślę Ci zdjęcie.
    -O sobie mogę napisać, że jestem dość młodym chłopakiem, mam 19 lat. Przystojniakiem z okładek nie jestem, ale również nie odstraszam wyglądem. Zdjęcie chętnie zobaczę.

    Czekałem na odpowiedź dłuższą chwilę. Nie oczekiwałem, że dojdzie do spotkania, byłem po prostu ciekaw jej zachowania. Zrobiła dokładnie to czego się spodziewałem, zniknęła bez słowa. Ja zrobiłem to samo, wracając do przeglądania Internetu. Zaczynałem oglądać serial, gdy usłyszałem chrobotanie zamka w drzwiach. Spojrzałem na zegarek, no tak, odpowiednia pora, ojciec wraca z roboty. Wszedł i od razu rzucił:

    -Młody, zostaw tego laptopa i zejdź na dół. Coś w skrzynce jest. Klucza nie miałem.
    -To powiedź mi jeszcze gdzie on jest.
    -Wisi na haczyku pewnie. Mama dzwoniła? Spóźni się nie wiesz?
    -Nie wiem, nie dzwoniła. Zaraz wrócę.

    Chwyciłem klucz i wyszedłem z domu. Zjechałem windą na dół. Gdy wyjmowałem listy zauważyłem jak jakaś kobieta stara się opanować dwie wielkie torby. Leciały jej z rąk. Włożyłem listy do kieszeni i wyszedłem przed blok.

    -Potrzebuje pani pomocy? Ciężko będzie pani samej się z tym uporać.
    -Tak, nie chce iść na dwa razy. Boję się to zostawić to na dole.
    -W tej okolicy nie ma złodziei. Nie musi się pani obawiać. Wezmę te torby.
    -Jedną weź, tą drugą dam radę sama.
    -Nalegam, wezmę obie. To nie problem dla mnie.
    -No dobrze. Chodźmy.
    -To pani wprowadziła się pod 34? Słyszałem, że ktoś tam ma teraz mieszkać.
    -Tak, wcześniej tylko przywieźli moje meble i kilka ważniejszych rzeczy. To moje ostatnie ubrania i drobne pierdoły. Tyle tego napakowałam, że nie mogę unieść.
    -Całe szczęście, że mamy tu windę.
    -Mówiłam, że będzie Ci za ciężko daj jedną.
    -Dajmy już temu spokój. Oddam je dopiero pod drzwiami.

    Na czwarte piętro dojechaliśmy szybko. W windzie dopiero jej się przyjrzałem. Właściwie to nie tak do końca. Stała do mnie tyłem, widziałem więc tylko jej plecy i tyłek. Spodnie które miała na sobie doskonale go opinały. Uwypuklały wręcz. Duży i okrągły, takie lubię. Podobał mi się też bardziej bo ona była też starsza. Od zawsze interesowały mnie takie kobiety. Wysiedliśmy z windy i poszliśmy pod jej drzwi.

    -To tutaj – powiedziała – Mógłbyś je jeszcze wnieść do środka?
    -Oczywiście, nie ma problemu.
    -Dziękuje Ci bardzo. Przy okazji, jestem Joanna.
    -Artur, miło mi. Jeśli będzie coś pani potrzebowała to ja mieszkam pod 35.
    -Mów mi Joanno, to po pierwsze, po drugie na pewno się odezwę w razie potrzeby.
    -Wolałbym zostać przy pani. Nie chcę żeby odebrała to pani jako urazę, ale po prostu nie potrafię tak do starszej osoby po imieniu.
    -Rozumiem cię, nie obrażam się. To dobrze o Tobie świadczy. Szanujesz innych.
    -To do widzenia pani Joanno.
    -Do widzenia.

    Wróciłem do domu gdzie oczywiście od razu usłyszałem:

    -Pisałeś te listy czy co? A może w windzie utknąłeś?
    -Daj spokój dobra? Sąsiadce pomagałem. Torby sobie napchała cegłami i nie mogła sobie dać rady sama.
    -Patrzcie państwo, dobra duszyczka, pomaga innym.
    -Powiedziałem daj spokój. Obiad jakiś robisz?
    -Mama wraca z pracy, zamówi coś. Za jakiś czas będzie.
    -To ja idę do siebie.

    Chwyciłem laptopa i poszedłem do mojego pokoju. Zamurowało mnie. Nie wylogowałem się z tamtej strony. Jakby ojciec to zobaczył było by nie ciekawie. Całe szczęście, że nie grzebie mi w kompie. W rogu zauważyłem ikonkę od wiadomości. Odpowiedziała.

    -Jesteś dość młody, trochę to dla mnie niezręczne, ale niech stracę. Zdjęcie do Ciebie leci.

    Było trochę niżej. Jej stopy były faktycznie piękne. Ładne, zadbane, nie wyglądały na stopy 40 latki. Pewnie to nie jej zdjęcie. W tym momencie rozbrzmiał dźwięk dzwonka do drzwi. Zamknąłem laptopa, tym razem wylogowując się ze strony na pewno, i udałem się je otworzyć. Nie zdziwiło mnie, że była to pani Joanna.

    -Przepraszam, że już przyszłam, ale czy potrafisz podłączyć sprzęt dvd i dekoder?
    -Umiem, powiem tylko tacie, że wychodzę i już do pani idę.
    -To ja czekam u siebie.

    Wydarłem się do ojca który siedział w łazience i poszedłem. Zastałem stos poplątanych kabli. Chwilę się z nimi męczyłem, ale udało mi się je wyprostować.

    -Chcesz może czegoś do picia? Kawy, herbaty?
    -Nie, dziękuje, niech się pani nie kłopoczę.
    -To może Coli?
    -No, dobrze niech będzie Cola.

    Uruchomiłem telewizor i było wszystko w porządku. Nie widziałem co z dvd.

    -Ma pani jakieś płyty dvd? Sprawdziłbym czy wszystko podłączyłem dobrze.
    -Tak mam w d**gim pokoju, zaraz przyniosę.

    W drodze do pokoju zadzwonił jej telefon. Zrozumiałem tylko tyle, że musi na chwilę wyjść.

    -Arturze, ja tylko na chwilę zejdę na dół. Płyty są w tamtym pokoju przy laptopie. Weź i sprawdź.
    -Dobrze.

    Ona wyszła, a ja poszedłem do pokoju. Wziąłem płytę i nagle moją uwagę przykuł jej komputer. Nie sam w sobie, ale to co widniało na jego ekranie. To był chat z tej strony. To ona była tą kobietą z którą pisałem. To jej stopy. Niesamowita sprawa. Zupełnym przypadkiem odkryłem, że to z nią chciałem się umówić. Wyszedłem szybko aby nie zauważyła, że to widziałem. Sprawdziłem dvd i szykowałem się do wyjścia.

    -I jak działa?
    -Wszystko gra i buczy.
    -Dziękuję Ci bardzo, nie widziałeś moich okularów?
    -Leżą na szafce o tam.
    -O, jeszcze raz Ci dziękuję.
    -To ja lecę na obiad. Do widzenia.
    -Do widzenia Arturze.

    Sprawa wydawała się dla mnie jasna. To nawet większa szansa, że to się uda. W końcu mieszka sama, wiem jak wygląda i nie jest wcale złośliwą zołzą. Pozwoliłoby mi to poznać jakie to uczucie lizać kobiece stopy. Tylko jak to zrobić? Nie mogę przecież powiedzieć jej tego wprost. Wpadłem do domu, zgarnąłem jedzenie ze stołu i bez słowa poszedłem do siebie. Interesowało mnie jedynie co zrobić. Siedziałem na łóżku zastanawiałem się nad tym. Pierwsze co mi przyszło do głowy to było kontynuowanie rozmowy poprzez stronę. Tego dnia nie widziałem żeby była online, więc tylko odpisałem, że ma śliczne stópki i zostawiłem. Widywałem ją na klatce, w sklepie, ale to było tylko sąsiedzkie dzień dobry. Czasem tylko wymieniliśmy kilka zdań. Za to w Internecie nasze rozmowy rozkręcały się. Dowiedziałem się o niej trochę więcej. Miała męża który ją jednak dość szybko zdradził. Mieszkała kilka lat z przyjaciółką. To ona lizała na początku jej stopy. Pierwsze wrażenia jakich doznała były mieszane, ale z czasem spodobało się jej to. Gdy się przeprowadziła zaczęło tego brakować dlatego dała to ogłoszenie. Potrzebowała również kogoś do rozmów. Głównie pracowała w domu, tylko niekiedy wychodziła do biura. Za te informacje oczekiwała podobnych ode mnie. Nie kłamałem. Wiedziałem, że jeśli się spotkamy to wszystko i tak wyjdzie na jaw. Napisałem jej, że mam dziewczynę, że nadal się uczę, trochę o moich zainteresowaniach i takich tam pierdołach. W końcu zapytała czy byłbym gotów się spotkać. Nie podawaliśmy sobie żadnych danych, ani gdzie mieszkamy. Ciekaw byłem jak chce to zrobić. Odpowiedziała, że moglibyśmy się spotkać gdzieś w hotelu. Miałem to przemyśleć.

    Rozmyślałem nad tym długi czas. Zbierałem w sobie odwagę i układałem wersję tego co powiem. W końcu byłem gotów. Byłem sam w domu. Widziałem jak pani Joanna wchodzi do bloku. Czekałem przy windzie. Gdy wysiadła od razu zacząłem mówić:

    -Dzień dobry, ma pani chwilę?
    -Tak, coś się stało?
    -Nie chce mówić o tym tutaj proszę iść ze mną.

    Weszliśmy do mojego domu. Stała na przeciwko mnie i oczekiwała na to co powiem.

    -No więc powiem wprost, bez owijania w bawełnę. To ja z panią pisałem.
    -O czym Ty mówisz?
    -Mówię o tej stronce na której zamieściła pani ogłoszenie, że szuka faceta do towarzystwa. Ten cały czas to ja z panią pisałem. Doszliśmy do momentu spotkania dlatego postanowiłem się ujawnić.

    Patrzyła na mnie zdziwiona z lekko otwartymi ustami. Widziałem, że nie może w to uwierzyć. Jedyne co zrobiła to po chwili poprawiła okulary i wyszła bez słowa. No i co teraz? Czego się spodziewać? Może powiedzieć rodzicom, a wtedy będzie krucho. Może zapomni o wszystkim i więcej się nie odezwie? Nie pozostało mi nic innego jak tylko czekać. Minęły dwa dni od naszej rozmowy. Wracałem ze szkoły i gdy przechodziłem korytarzem otworzyła drzwi. Spojrzała na mnie spokojnie i zapytała:

    -Możesz do mnie przyjść?
    -Mogę, nie jestem zajęty.
    -Rodzice nie będą Cie szukać?
    -Oboje dziś pracują.

    Weszliśmy do środka. Ona usiadła na sofie a ja stałem w drzwiach.

    -Usiądź proszę. Muszę z Tobą coś omówić.
    -Wiem, że zrobiłem trochę nieodpowiednio…
    -Nie o to mi chodzi. Chcę się tylko dowiedzieć czy jesteś wstanie spełnić to, co zamieściłam w tamtym ogłoszeniu.
    -Tak, jestem. Siedzę w domu praktycznie cały czas. Rodziców prawie nie ma w domu, więc mogę przychodzić często. Nawet pani może przychodzić do mnie. Co do lizania stóp, nigdy tego nie robiłem, ale chętnie spróbuję.
    -Masz dziewczynę tak?
    -Tak, wolałbym aby o niczym nie wiedziała.
    -Nie dowie się. Z mojej strony możesz liczyć na dyskrecję. Ty musisz obiecać to samo.
    -Oczywiście.
    -Pozwól, że się przygotuję. Napij się czegoś jeśli chcesz.

    Nie było jej przez chwilę. Gdy wróciła, zobaczyłem coś niesamowitego. Miała na sobie tylko czarny stanik i majteczki.

    -Dobrze więc. Możesz lizać moje stopy.
    -Rozebrała się pani. Trochę mnie to zdziwiło.
    -Mówiłeś, że lubisz starsze kobiety. Powinno Ci się to podobać.
    -Podoba i to bardzo. Już się zabieram do roboty.

    Miała stopy płasko położone na ziemi. Całowałem tylko ich wierzch. Lizałem odrobinkę i znów całowałem.

    -Teraz możesz lizać moje paluszki – powiedziała unosząc stopę.

    Najpierw lizałem jej duży palec i kolejno lizałem następne. Podobało mi się to bardzo. Widziałem, że na jej twarzy malował się delikatny uśmiech.

    -Dobrze Ci idzie. Liż, całuj, ssij. Nie będę Ci mówiła co robić. Staraj się aby mnie zadowolić.

    Zacząłem lizać jej stopy od samej pięty po palce. Powoli przesuwałem językiem, całując niektóre miejsca. Lizałem paluszki, całowałem. Uniosłem jej stopę wyżej i zacząłem językiem kręcić kółka na jej pięcie. Następnie przyssałem się do niej i całowałem zawzięcie. Ruszałem jęzorkiem szybko do góry i na dół. Bawiłem się przednio. Włożyłem sobie do ust kilka jej paluszków i zacząłem je pieścić. Joanna pojękiwała cicho. Potem wsunąłem duży palec i go mocno ssałem. Nie spodziewałem się, że sprawi mi to tyle radości. Zacząłem lizać ją między palcami. Każde z osobna. Po czym całusami zszedłem na dół i wróciłem na górę ruszając językiem na boki.

    -Mam też drugą stopę skarbie. Daj pańci z siebie wszystko.

    Od razu zająłem się drugą stopą. Jej paluszki znów zwilżyły się od mojej śliny. Lizałem w dół. Zbliżając się do pięty dotknęła mojej twarzy drugą stopą. Nie wiem dlaczego, ale sprawiło to, że chciałem jeszcze bardziej lizać jej stopy. Przycisnąłem sobie jej stopę do twarzy i lizałem. Po chwili pocałowałem ją mocno i wróciłem do poprzedniej. Głaskała mnie po twarzy.

    -Tak, possij mi paluszki. Jesteś dobry.
    -Cieszę się, że się pani podoba.

    Złączyłem obie stopy i lizałem kawałek jednej kończąc całusem i przechodziłem na drugą robiąc to samo. Zaczynała się dobrze bawić. Wzdychała i ruszała paluszkami. Starałem się je lizać, nadążyć za jej ruchami. Włożyłem jej duży palec do ust i zacząłem go wsuwać i wysuwać cały czas pracując nad nim językiem. Zaczęła się śmiać i powtarzać, że jest jej wspaniale. Liznąłem kilka razy całą powierzchnię jej stóp. Później lizałem jej palce z każdej możliwej strony. Wsuwałem je sobie pod język tak, aby i z przodu były oblizane. Przesunąłem się na bok i liżąc jej podeszwę jeździłem po boku stopy ustami. po chwili tej zabawy wróciłem przed nią, a ona zaczęła obie przystawiać pod usta. Lizałem trochę jednej, po czym mi ją zabierała i podsuwała drugą. Drażniła się ze mną.

    -Chcesz stópkę polizać co? Oj, chcesz.
    -Niech mi pani pozwoli proszę.
    -Zaraz dostaniesz co chcesz.

    Zaczęła ruszać stopą. Jeździła po języku, dotykając mojego nosa. drugą masowała mi twarz. Zniżyłem się aby móc znów lizać jej pięty. Podobało się jej. Spojrzała w stronę zegarka.

    -Bawimy się już pół godziny. Przyznaję, że idzie Ci całkiem nieźle.
    -Mam przestać?
    -Nie musisz, jeśli nie chcesz. Przejdziemy tylko do drugiego pokoju. Chcę obejrzeć coś w telewizji. Ty możesz nadal lizać moje stopy.
    -Dobrze, chodźmy.

    Przełykając ślinę czułem na języku smak jej stóp. Był nawet znośny, spodziewałem się czegoś gorszego. Myślałem, że pierwszy raz będzie dla mnie dość odrzucającym doświadczeniem i więcej do tego nie wrócę. Sytuacja przedstawiała się zupełnie inaczej. Szedłem za nią do drugiego pokoju aby kontynuować pieszczoty. Rzucił mi się w oczy kształtny tyłeczek pani Joanny. Był dość duży, a bez opiętych spodni wyglądał jeszcze lepiej. Usiadła na kanapie, opuszczając nogi abym mógł je dalej lizać.

    -Proszę, możesz lizać dalej.

    Skrzyżowała je, przez co nie mogłem lizać obu na raz. Zacząłem od lewej stopy, całując od spodu duży palec. Za chwilę językiem przeleciałem po całej podeszwie. Po tym liźnięciu czułem piasek w ustach. Lepkie od mojej śliny musiały zebrać wszystko z podłogi. Nawet to nie ostudziło mojego zapału. Czułem jak rośnie moje podniecenie. Wiedziałem, że muszę zrobić wszystko, żeby ją zadowolić. To był taki mój osobisty cel. Dlatego lizałem je dokładnie, od pięty po paluszki, od paluszków do pięty. Co jakiś czas pani Joanna rzucała mi spojrzenie które znaczyć mogło tylko to, że jest zadowolona. Jej stopy były całkowicie mokre od mojej śliny. Postanowiłem więc włożyć jedną w usta jak najdalej mogłem i ssać ją przez jakiś czas. Pół stopy wylądowało w moich ustach. Joanna ruszała palcami, ja językiem lizałem ile mogłem. Po kilku minutach zmieniłem stopę na drugą. Moją sąsiadkę przestało interesować to co działo się w telewizji. Patrzyła na mnie, mówiąc tym swoim głosem:

    -Liż mój drogi, liż. Pieść moje wspaniałe stopy. Całuj, liż jak swoje ulubione lody.

    Niesamowity widok, podniecona kobieta. Nie mogłem przez to przestać.

    -Posłuchaj, Arturze. To już ponad godzina jak jesteś u mych stóp. Wystarczy na dziś.
    -Czy..czy jeszcze kiedyś mi na to pani pozwoli?
    -Pamiętaj, żeby nikomu o tym nie mówić. Wtedy możesz liczyć na powtórkę.
    -Dziękuje pani.

    Ona usiadła stawiając swoje stopy na ziemi, jedna obok drugiej. Doskoczyłem do nich i na pożegnanie pocałowałem kilka razy obie. Tylko się uśmiechnęła i kazała mi zmykać do domu.

    Pierwsze co zrobiłem po powrocie, to bieg do łazienki. Bez żadnych ceregieli musiałem sobie zwalić. Same jej stopy mnie podniecały, nie wspominając o tym tyłku i w ogóle całym zgrabnym ciele. Gdy wszedłem do swojego pokoju i złapałem za telefon widniała tam wiadomość od mojej dziewczyny, Marty. Zerwała ze mną. Fala gniewu szybko ustąpiła. Przez myśl od razu przebiegła mi pani Joanna. Teraz mogłem bez problemu się z nią widywać. Chciałem to wprowadzić w życie.

    Na drugi dzień bez oporów pognałem do sąsiadki. Zapukałem do drzwi zniecierpliwiony.

    -Coś się stało? – zapytała otwierając drzwi
    -Właściwie tak. Musimy porozmawiać.
    -Proszę, wejdź.

    Weszliśmy prosto do kuchni, usiedliśmy na przeciwko siebie. Joanna miała obcisłą sukienkę która świetnie uwydatniała jej piersi. Założyła nogę na nogę i słuchała.

    -Mieliśmy spędzać razem czas prawda? Szukała pani towarzysza.
    -Tak miało być. Jest z tym problem?
    -Wręcz przeciwnie, wczoraj moja dziewczyna mnie rzuciła. Mogę być z panią o wiele częściej.
    -Och, przykro mi.
    -A mnie wcale, teraz mogę więcej czasu spędzić z panią. Wpadnę dziś wieczorem.
    -Będę czekała.

    Zeskoczyłem ze stołka i klęknąłem przed nią. Ona z uśmiechem zdjęła buty i podsunęła mi swoje stopy. Kolejny raz lizałem moją sąsiadkę po stopach. Długo to nie trwało, bo musiała iść na zakupy, ale te piętnaście minut które miałem było wystarczające. Traf chciał, że i ja musiałem coś kupić. Od razu zaproponowałem wspólne wyjście. Dla zachowania pozorów ona wyszła pierwsza. Spotkaliśmy się dopiero w markecie, po czym już razem wróciliśmy do naszego bloku. Zostawiłem w domu wszystko co kupiłem i poszedłem do Joanny. Wieczór spędziliśmy na rozmowach na najróżniejsze tematy. Oczywiście całość wyglądała w ten sposób, że ja byłem cały czas zajęty jej stopami. W domu powiedziałem, że idę do znajomego na imprezę. Całą noc miałem tylko dla pani Joanny. Później, gdy leżeliśmy w łóżku wywiązała się między nami rozmowa.

    -Powiedź mi proszę, podoba Ci się lizanie mnie po stopach?
    -Myśli pani, że gdyby mi się nie podobało to bym tu przychodził?
    -No tak, ale chodzi mi o to, czy nie czujesz się poniżony?
    -Poniżony? Raczej odbieram to jako wyraz zaufania. W końcu pozwala mi pani lizać się po stopach, obcemu człowiekowi.
    -Obcym dla mnie nie jesteś, Arturku. Mogłabym chyba nazwać Cię przyjacielem.
    -Przyjaciel który pada do stóp – zażartowałem.
    -Tacy są najlepsi.
    -A co pani sądzi o moich wysiłkach? Nie jestem w tym oblatany, więc mogę robić coś źle.
    -Nie jest najgorzej. Daleko Ci do mojej przyjaciółki, ale trzymasz zadowalający poziom.

    Oboje ucichliśmy. Ona kilkukrotnie zerkając na mnie zarzuciła mi nogi na klatkę piersiową. Leżałem z pochyloną głową do przodu patrząc na telewizor. Przysunęła swoje stopy do moich ust i oczekiwała reakcji. Nie musiała zachęcać. Zacząłem ssać jej stopę oglądając dalej. Nie było mi za wygodnie, poprosiłem Joasię żeby położyła się na brzuchu. Teraz mogłem spokojnie lizać cudowne stópki zerkając na film. Dwie godziny lizałem jej stopy. Dupa która miałem tylko kawałek wyżej cały czas mnie kusiła. Nie wytrzymałem i musiałem spytać czy pozwoli mi ją lizać.

    -Pani Joasiu, mam pytanie.
    -Tak?
    -Mogę wylizać pani dupę?
    -Co? Nie wiem mieliśmy się chyba ograniczyć do zabaw z moimi stopami.
    -Nie wierzę, że rozbierała się pani do bielizny tylko dlatego, że pani to lubi. Musiało być w tym coś więcej.
    -Ale ja… no dobrze. Możesz.

    Zdjąłem jej majteczki i bez chwili zastanowienia moja twarz zatopiła się w pośladkach pani Joanny. Dostałem się do jej dziurki, lizałem i całowałem.

    -Uniesie pani swoją dupkę żebym mógł ją dokładnie wylizać?
    -Tak wystarczy?
    -W zupełności.

    Wypięła ją mocno, głowę miała nadal nisko przez co jej wielki tyłek był cały dla mnie. Liznąłem zachęcająco kilka razy, widziałem jak delikatnie drga jej dziurka. Po chwili wsunąłem język w jej dupę i lizałem coraz szybciej. Joanna pojękiwała przygryzając dolną wargę ust.

    -Och, jesteś w tym taki dobry. Moja dupa nigdy nie była tak pieszczona.

    Po tych słowach zacząłem wpychać mój język coraz szybciej do środka. Dłońmi masowałem pośladki, wsłuchując się w nakręcające pojękiwania mojej sąsiadki.

    -Tak, własnie tak, liż mnie, ssij, Ty mały zboku!

    Moja ślina zaczynała powoli spływać w dół, do mokrej cipki. Gdy na chwile przestałem, zauważyłem, że po nogach Joasi spływają soczki jej piczy. Zacząłem zlizywać z jej ud co tylko mogłem.

    -Dobrze, że przestałeś. Jeszcze chwila i bym doszła tak potężnie, że musiała bym zmieniać pościel.
    -Muszę do tego doprowadzić. Niech pani usiądzie mi na twarzy.
    -Jesteś pewien?
    -Tak, chce spić wszystkie pani soki.

    Stanęła okrakiem nade mną. Zbliżała powoli swoją dupę do mojej twarzy. Coś ją jednak powstrzymało. Odwróciła się i spytała:

    -Chcesz żebym zawaliła Ci konia stopami?
    -Oczywiście, że chce.
    -Będę tylko opierała się rękoma. Będziesz miał ciężko oddychać.
    -Niech pani zakryje moją twarz swoją dupą. Niech pani je posadzi bez obaw.

    Tak też się stało. Moje usta były przyciśnięte przez jej cipkę którą od razu zacząłem lizać jak szalony, a nos ocierał się o jej d**gie oczko. Po kilku sekundach na moim kutasie poczułem stopy Joasi. Nie myślałem, że to takie przyjemne. Grube dupsko sąsiadki na twarzy i jej stopy w okół mojego penisa.

    -Cholera, jakie to przyjemne. Nie spodziewałam się, że będziesz miał takiego dużego fiuta. Chyba nie ograniczymy się do moich stóp.

    Trzymałem ją za uda, wwiercając się jęzorem do środka jej muszelki. Nie przeszkadzało mi to, że mój nos jest praktycznie w jej dupie. Czułem na nim jak drga jej odbyt. Gdy zbliżał się finał w którym miała obdarzyć mnie swoimi soczkami, przyspieszyła walenie konia. Powstrzymywałem się jednak od wystrzału, chciałem to zrobić w jej dupie. Kilka minut później uwolniła wszystko w moich ustach, spijałem łapczywie. Miałem całą twarz w jej sokach. Gdy tylko zdjęła swój zadek z mojej twarzy rzuciłem:

    -Co powie pani na to, żebym spuścił się pani w tą dupę?

    Nic nie odpowiedziała tylko wypięła się i rękoma rozchyliła pośladki. Uznałem to za zaproszenie. Przystawiłem czubek kutasa do jej dziurki i powoli wpychałem.

    -Wejdź we mnie, od razu, brutalnie!

    Wbiłem się mocno w nią, jęknęła przeciągliwie. Zacząłem jebać z całych sił. Obijałem się o tą dupę z radością. Czułem jak zaciska się na moim penisie. Potęgowało to moje doznania. Joanna krzyczała coraz głośniej:

    -Tak, tak, pieprz mnie mocniej, mocniej słyszysz?
    -Słyszę, już się robi mocniej.

    Posuwałem z całych sił, najszybciej jak tylko mogłem. Położyłem się na niej i chwyciłem za piersi. Mocno je tarmosiłem, szykując się do zakończenia w środku. Po pewnym czasie spuściłem się obficie w dupę pani Joanny. Ta jęknęła głośno unosząc głowę do góry. Wyjąłem kutasa, opadając na łóżko. Z jej tyłeczka wyciekała sperma. Położyła się na plecach. Ja wszedłem na nią i zacząłem całować. Bez problemu to odwzajemniła. Następnie położyłem się obok niej.

    -Wiesz co, Arturku? Będziesz od teraz moim kochankiem.
    -Oj tak, będę. Za taką dupę jak pani mógłbym oddać wszystko.
    -Aż tak Ci się podoba?
    -Już w windzie pierwszego dnia się przypatrywałem.
    -Ale będziesz lizał dalej moje stopy prawda?
    -Poszerzamy zakres moich obowiązków, a nie ograniczamy.
    -To dobrze. Ja również chętnie poszerzę zakres. Dawno nie miałam w ustach młodego kutasa.
    -Przyjdzie na to czas. Dziś mam już dość.
    -Odpocznijmy zatem. I powtórzmy to jeszcze.
    -Noc jeszcze młoda.

    W ten sposób zyskałem bardzo fajną seks-koleżankę. Może trochę starszą niż bym chciał, ale na pewno równie niezaspokojoną. W nocy kochaliśmy się jeszcze kilka razy. Jak się okazało pani Joanna jest doskonałą kochanką. Nie pozostawałem dłużny pieprząc ją z pełnym zaangażowaniem. Odwzajemniała to, obdarowując mnie swoimi sokami. A to tylko jedna noc. Przed nami o wiele więcej.

     

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    Taxex

    Jak się spodoba to mogę dać 2 część

  • Przybrana cora

    Nie wyszło mi w małżeństwie. Moja żona uświadomiła sobie, że nie jestem odpowiednim kandydatem na jej męża dość późno, bo po prawie 6 latach. Dla mnie był to spory cios. Najpierw musiałem się długo przekonywać czy warto się pchać w związek z kobietą która ma córkę. Okazało się jednak, że tak. Z Marysią szybko złapaliśmy wspólny język, spędzaliśmy czas we troje i co ważniejsze stałem się dla niej przybranym ojcem. Gdy drogi z moją żoną Sylwią się rozeszły, byłem nadal w kontakcie z Marysią. Co prawda bywała w moim nowym mieszkaniu rzadko, ale relacje były takie same. Lubiłem ją, rozmawialiśmy na różne tematy i nie raz słyszałem o czymś o czym jej matka nie. To mnie powiedziała o tatuażu na kostce, to mnie powiedziała o swoim pierwszym razie. Choć dziś nie spodziewałem się jej wizyty i tak znalazłem dla niej czas. Trudno było mi odmówić ze względu na to, że stała za drzwiami zapłakana.

    -Cześć tatku, mogę wejść?
    -Maryś, co się stało?
    -Mam ich dość. Nie chce ich więcej widzieć.
    -Chodzi ci teraz o twoje koleżanki czy coś w domu?

    Weszła do środka, gniewnie odrzuciła torebkę i usiadła w fotelu. Nie pozostało mi nic innego jak usiąść blisko niej i poczekać aż zechce podzielić się ze mną swoim problemem.

    -O tego faceta nowego mamy mi chodzi. Cały czas chce żebym robiła to co on chce. A mama go jeszcze broni. Teraz zupełnie nie mam nic do powiedzenia w domu.
    -Uchyl rąbka tajemnicy skarbie, o co dokładnie tym razem jest szum?
    -Nie podoba mu się jak się ubieram, to, że mam tatuaż, a najbardziej mu nie odpowiada, że nie słucham gdy on każe mi coś zrobić. Zwykle i tak jest to przynieś to, przynieś tamto. Traktuje mnie jak swoją służącą.
    -Nie przesadzasz aby? Ja też czasem coś od ciebie chciałem.
    -Właśnie czasami, a nie cały czas. Nie podoba mu się nawet praca jaką sobie znalazłam na wakacje. Twierdzi, że przede mną ostatni rok w technikum więc powinnam się na nauce skupić.
    -Do tego to akurat nie ma nic. Masz prawo robić co chcesz. To twoje życie.
    -Tak, jestem pełnoletnia. Mogę robić co chce. Widzisz, to właśnie dlatego ty jesteś dla mnie ojcem.
    -Marysiu, ojczymem, jeśli już. A w ogóle to byłem. Wspominałem też żebyś mówiła mi po imieniu.
    -Nie dbam o to. Dla mnie jesteś i będziesz moim ojcem. Nie powinnam cię już obchodzić, a mimo wszystko mi pomagasz.
    -Bo cię lubię. Przyzwyczaiłem się do ciebie.
    -Ta, jasne. Chce cię o coś prosić.
    -Słucham.
    -Mogę zamieszkać z tobą?
    -Że co? Dlaczego? Nie, musiałabyś to ustalić z mamą.
    -Czym się przejmujesz? Nie muszę jej prosić o pozwolenie. Jeśli chcę, to tak zrobię. Tylko musisz się zgodzić.
    -Możesz zostać na noc. Tylko dzisiaj. W drodze wyjątku.

    Na twarzy Marysi pojawił się dobrze mi znany wyraz zadowolenia. Zamówiłem jedzenie, przygotowałem dla niej łóżko, a sobie miałem rozłożyć polówkę. Jednak Marysia stwierdziła, że nie ma nic przeciwko abyśmy spali razem. Niechętnie rezygnuje ze spania w łóżku dlatego się zgodziłem. Kilka godzin później oglądaliśmy razem telewizję. Marysia wtulona w moje ramie co i rusz nerwowo zerkała na moje krocze. Udawałem, że tego nie widzę, choć z drugiej strony ciekawiło mnie co chodzi jej po głowie. Na odpowiedź nie musiałem długo czekać.

    -Przydałaby ci się kobieca dłoń. Może nie tylko dłoń.
    -Do czego zmierzasz?
    -Do tego, że na pewno masz swoje potrzeby. Ja też mam. Mogłabym też się odwdzięczyć za całą twoją pomoc.

    Kończąc zdanie oderwała się od mojego ramienia i szybkim ruchem zdjęła górną część swoje piżamy. Widząc brak mojej reakcji równie szybko zdjęła też dolną, odrzucając na bok nogą. Stanęła na przeciwko mnie biorąc się pod boki.

    -Jestem ładną, młodą dziewczyną która chce się zabawić.
    -Nie powinnaś znaleźć sobie kogoś w swoim wieku? Ja raczej…
    -Właśnie tatku, nie powinnam. Nie chce poznawać kogoś nowego. Chcę być pewna, że tej osobie na mnie zależy. Ty właśnie taki jesteś.
    -Tylko wiesz, jesteś moją… jakby córką.
    -Wcale nie. Sam tak powiedziałeś. Kiedyś byłam pasierbicą, ale teraz jestem tylko znajomą. Poza tym widzę, że podoba ci się co widzisz.

    Utrafiła w samo sedno. Miałem przed sobą śliczną dziewczynę. Nadal wyglądała niewinnie jak kiedyś. Małe piersi ze sterczącymi sutkami, zgrabna mała pupa i urocza twarzyczka. Jej kręcone włosy dodawały jeszcze uroku. Zawsze miała przepaskę żeby grzywka nie opadała na czoło, ale teraz zostawiła ją na stole. Ta drobna, chuda dziewczyna dobrze wiedziała, jak ciężko mi jej odmówić. Marysia podeszła bliżej, uklęknęła między moimi nogami kładąc ręce na kolanach. Z oczu mogłem wyczytać tylko jedno pytanie: Czy mogę go wyjąć. Kiwnąłem głową przyzwalająco, po czym sama rozpięła mi spodnie. Kutas wyprężył się na baczność. Marysia chwyciła go dłonią i pocałowała główkę.

    -Cóż za spontaniczna reakcja. Kto by pomyślał, że tak na ciebie będę działać tatuśku. Rozumiem, że nie będziesz miał nic przeciwko, że wsunę go sobie do ust, co tatku?
    -Nie córuś. Jak masz ochotę to proszę bardzo.

    Spokojnie patrzyłem jak Marysia liże mojego penisa. Cały czas patrzyła mi w oczy. Ssała coraz mocniej, wpychając go sobie coraz głębiej do gardła. Ruchy jej głowy były równomierne, za to język szalał po żołędziu. Co jakiś czas spluwała i rozprowadzała swoją ślinę po całej długości. Ręką złapałem ją za włosy. Byłem ciekaw, czy uda jej się połknąć całego. Z lekkim oporem ze strony Maryśki udało mi się wejść może w 3/4. Zakrztusiła się, złapała oddech. Popatrzyła na mnie błagalnie i powiedziała:

    -Przepraszam, ale twój kutas jest za duży. Nie potrafię tego zrobić.
    -Nie przejmuj się mała. Jeszcze się wszystkiego nauczysz.

    Byłem przekonany, że to tylko tania zagrywka żeby wymusić na mnie kolejne takie zabawy. Choć nie przestała jeszcze bawić się moim fiutem, miałem szczerą nadzieję na powtórkę. Ona zaczęła lizać go z każdej strony. Delikatnie muskała językiem, jakby bała się, że znowu spróbuje wepchnąć się do jej gardła jak najdalej będę mógł.

    -Masz fajnego kutasa tatusiu. Mogłabym go lizać cały czas.
    -Nie musisz się spieszyć. Rozkoszuj się tak jak ja.

    Marysia pochyliła się nieco bardziej i zaczęła pracować językiem po jajach. Początkowo dość nieśmiało, lecz z biegiem czasu coraz łapczywiej. Szalony taniec na jądrach przechodził w długi, dokładny liz wzdłuż całego prącia, zakończony otoczeniem główki językiem i całusem. Przerwałem jej na chwile i wstałem. Wsunąłem penisa do jej ust, położyłem obie dłonie na głowie Maryśki i rytmicznie zacząłem pieprzyć ją w usta. Starałem się nie wchodzić głęboko. Chwilę później ślina zaczęła kapać na podłogę. Marysia dłonią pieściła jądra. Wiedziałem, że już niedługo wytrzymam. Powiedziałem jej o tym, ona chciała połknąć. Popracowała ustami jeszcze chwilę i otrzymała ładunek spermy. Trochę kapnęło jej na podłogę, ale resztę połknęła jak zapowiadała. Ja usiadłem z powrotem na kanapie. Patrząc na jej minę myślałem, że żałuje tego co zrobiła. Myliłem się jednak.

    -Czy ja mogę… jeszcze go trochę polizać? Bardzo proszę.
    -Oczywiście księżniczko.
    -Jesteś najlepszym przybranym tatą na świecie, wiesz?
    -I wzajemnie, skarbie.

    Marysi podobało się i to bardzo. Sam też nie mogłem narzekać. Po kilkunastu kolejnych minutach skończyła na dziś.

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    Taxex

    Na razie pierwsza część. Jak się spodoba dodam drugą.