Bez hamulcow 10

Droga była pusta, tylko szum opon na asfalcie i warkot silnika mojego starego grata przerywały ciszę. Słońce chyliło się ku zachodowi, barwiąc niebo na pomarańczowo, a ja czułem się jak po walce – zmęczony, ale jednocześnie niespokojny, jakby coś jeszcze czekało na mnie za zakrętem. Piwnica z Kasią i Martą została kilkadziesiąt kilometrów za mną, ale ich spojrzenia, ich dotyk wciąż siedziały mi w głowie. Musiałem zrobić przystanek, zatankować i ochłonąć. Zjechałem na małą, zaniedbaną stację benzynową przy bocznej drodze – jedną z tych, gdzie dystrybutory pamiętają lata osiemdziesiąte, a szyld ledwo trzyma się na rdzy.

Parkując obok jednego z dystrybutorów, zauważyłem czarnego sedana stojącego po drugiej stronie. Lakier błyszczał w promieniach zachodzącego słońca, jakby ktoś dopiero co go wypolerował. Przy aucie stała kobieta, oparta o maskę, z rękami skrzyżowanymi na piersi. Miała na sobie obcisłe dżinsy i czarną skórzaną kurtkę, lekko rozpiętą, spod której wystawała biała bluzka opinająca jej kształtne piersi. Jej ciemne włosy były związane w luźny kucyk, a na nosie miała okulary przeciwsłoneczne, mimo że słońce już prawie zaszło. Patrzyła w moją stronę, choć nie byłem pewien, czy to na mnie, czy po prostu w przestrzeń. Coś w jej postawie – ta pewność, to napięcie – sprawiło, że serce zabiło mi szybciej.

Wysiadłem, zatrzaskując drzwi samochodu z hukiem, i podszedłem do dystrybutora. Starałem się nie gapić, ale czułem na sobie jej wzrok, jakby mnie skanowała. Włożyłem pistolet do baku, a ryk pompy zatankował ciszę między nami. W końcu się odwróciłem, unosząc lekko głowę.

– Długa droga? – rzuciłem, bardziej żeby przerwać to dziwne milczenie, niż z rzeczywistej ciekawości. Mój głos brzmiał szorstko, zmęczony trasą.

Zdjęła okulary, odsłaniając oczy w kolorze głębokiego brązu, które błyszczały w świetle zachodzącego słońca. Uśmiechnęła się lekko, ale to nie był uśmiech miły, raczej taki, który mówi: „Wiem więcej, niż ci się wydaje”. – Można tak powiedzieć – odparła, jej ton był niski, trochę zachrypnięty, jakby paliła za dużo papierosów albo mało spała. – A ty? Wyglądasz, jakbyś uciekał przed czymś.

Przewróciłem oczami, ale nie mogłem powstrzymać lekkiego uśmiechu. – Raczej przed kimś – mruknąłem, myśląc o Kasi i Marcie, o tym, jak bardzo chciały, żebym został. – Ale to długa historia.

– Mam czas – powiedziała, prostując się i podchodząc o krok bliżej. Stała teraz na tyle blisko, że czułem lekki zapach jej perfum – coś słodkiego, ale z nutą czegoś ostrego, może cytrusów. – Jeśli chcesz, mogę posłuchać. Stacja i tak jest martwa, a ja nigdzie się nie spieszę.

Spojrzałem na nią podejrzliwie, ale coś w jej oczach – ta ciekawość, może nawet lekkie wyzwanie – sprawiło, że nie chciałem od razu się zmywać. – Może najpierw imię – rzuciłem, opierając się o bok swojego auta. – Nie gadam z nieznajomymi, nawet jeśli mają ładny samochód.

Roześmiała się krótko, dźwięk był niski, ale szczery. – Fair enough. Jestem Lena – powiedziała, wyciągając rękę. Jej dłoń była ciepła, uścisk zdecydowany, a paznokcie krótko obcięte, pomalowane na czarno. – A ty?

– Marek – odparłem, ściskając jej rękę trochę dłużej, niż trzeba. Jej skóra była miękka, ale czułem pod nią siłę, jakby nie była tylko miejską dziewczynką w ładnym aucie. – Skąd jedziesz, Lena?

– Z daleka. Powiedzmy, że od miejsca, które już nie jest moje – odpowiedziała wymijająco, puszczając moją dłoń i opierając się biodrem o maskę mojego samochodu. – A ty? Wyglądasz na kogoś, kto ma sporo historii do opowiedzenia. Te oczy… coś w nich siedzi.

Przetarłem twarz dłonią, czując, jak zmęczenie miesza się z dziwnym napięciem, które budziła jej obecność. – Może i mam – przyznałem, wskazując brodą na stację. – Ale jeśli chcesz słuchać, to może przy kawie? W środku jest chyba automat, choć nie ręczę, że nie serwuje trucizny.

Skinęła głową, a jej uśmiech się poszerzył. – Dobra, ryzykuję. Ale jeśli kawa będzie paskudna, to ty stawiasz kolejną rundę gdzieś indziej.

Weszliśmy do środka stacji, gdzie śmierdziało starym olejem i tanim środkiem czyszczącym. Automat z kawą stał w rogu, obok regału z przekąskami, które wyglądały, jakby leżały tam od dekady. Wrzuciłem monety i nacisnąłem przycisk, a maszyna zaczęła warczeć, wyrzucając z siebie coś, co przypominało czarną breję. Podałem jej jeden kubek, sam biorąc drugi.

– Za zdrowie – powiedziałem, unosząc kubek, choć bardziej na żarty.

– Za nowe drogi – dodała, stukając swoim kubkiem o mój. Upiła łyk i skrzywiła się. – Cholera, to smakuje jak smoła. Gdzie ty mnie zabrałeś?

– Mówiłem, że nie ręczę – rzuciłem, śmiejąc się cicho. Usiedliśmy na dwóch plastikowych krzesłach przy małym, obklejonym stole. Światło jarzeniówki nad nami mrugało irytująco, ale jej twarzy to jakoś nie psuło. Wyglądała… intrygująco. Jak ktoś, kto ma sekrety, ale nie boi się ich ujawnić, jeśli tylko naciśniesz odpowiednie guziki.

– No to opowiadaj – zaczęła, odchylając się na krześle i krzyżując nogi. Jej spojrzenie było bezpośrednie, jakby chciała przejrzeć mnie na wylot. – Przed kim tak uciekasz? Kobieta? Dwie? A może coś gorszego?

Westchnąłem, bawiąc się kubkiem w dłoniach. – Dwie – przyznałem, nie wchodząc w szczegóły. – Ale to nie tak, że uciekam. Po prostu… czasem trzeba ruszyć dalej, zanim się za bardzo przywiążesz.

Uniosła brew, a jej usta wygięły się w lekkim uśmiechu. – Przywiązać, co? Brzmi, jakbyś miał z nimi niezłą zabawę. Nie wyglądasz na faceta, który łatwo odpuszcza.

– A ty nie wyglądasz na kogoś, kto pyta z czystej ciekawości – odparowałem, patrząc jej w oczy. Było w nich coś, co mnie przyciągało, jakaś iskra, która mówiła, że ona też ma za sobą historie, może nawet ciemniejsze niż moje. – Co ty tu robisz, Lena? Taka elegancka babka na zapomnianej stacji w środku niczego?

Przechyliła głowę, przez moment milcząc, jakby zastanawiała się, ile mi powiedzieć. – Szukam… czegoś – powiedziała w końcu, jej głos był cichszy, ale wciąż twardy. – Może spokoju, może kłopotów. Jeszcze nie wiem. A ty? Wyglądasz na kogoś, kto ciągnie za sobą kłopoty jak cień.

– Może i tak – przyznałem, dopijając tę paskudną kawę i odstawiając kubek. – Ale czasem kłopoty to jedyne, co trzyma człowieka na nogach.

Wstała, podchodząc do okna i spoglądając na nasze samochody na zewnątrz. – Wiesz, co, Marek? – rzuciła, nie odwracając się. – Myślę, że moglibyśmy jechać razem kawałek. Mam przeczucie, że nasze drogi się nie kończą na tej stacji.

Serce zabiło mi mocniej, choć sam nie wiedziałem, czy to przez jej słowa, czy przez ton, jakim je wypowiedziała. Wstałem, stając obok niej, tak blisko, że czułem ciepło jej ciała przez kurtkę. – A gdzie prowadzi twoja droga? – spytałem, patrząc na jej profil.

Obróciła głowę, jej usta były teraz kilka centymetrów od moich, a w jej oczach błyszczało coś, co mogło być obietnicą albo ostrzeżeniem. – Dowiesz się, jeśli pojedziesz ze mną – powiedziała cicho. – Ale ostrzegam, ja nie gram fair.

– Nigdy nie lubiłem fair – odparłem, pozwalając, by lekki uśmiech pojawił się na mojej twarzy. – Dobra, Lena. Jedźmy. Ale jeśli to jakiś numer, to pożałujesz, że mnie spotkałaś.

Roześmiała się znowu, tym razem głośniej, i ruszyła do drzwi. – To się jeszcze okaże, kto będzie żałował – rzuciła przez ramię, wychodząc na parking.

Patrzyłem, jak idzie do swojego sedana, jej biodra kołysały się lekko przy każdym kroku. Czułem, że to początek czegoś nowego, może niebezpiecznego, ale na pewno wartego ryzyka. Wsiadłem do swojego auta, włączając silnik. Kiedy wyjeżdżała na drogę, ruszyłem za nią, nie do końca pewien, dokąd zmierzamy, ale gotowy na wszystko, co miało nadejść.

 

Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

TysonMaximo343

Comments

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *