Michał przyjechał do Warszawy z małego miasteczka pod koniec września. Miał osiemnaście lat, był drobny, wątły w ramionach, prawie bez zarostu, z jasnymi, trochę zbyt długimi włosami, które opadały mu na oczy. Wyglądał młodziej niż był w rzeczywistości. Pierwsze dni w wielkim mieście go przytłaczały – hałas, tłumy, metro, brak znajomych twarzy. Dlatego kiedy znalazł tani pokój do wynajęcia u starszej pani na Mokotowie, odetchnął z ulgą.
Krystyna miała sześćdziesiąt dwa lata. Niska, mocno zaokrąglona, z miękkim, obfitym biustem i szerokimi biodrami, które kołysały się, kiedy chodziła po mieszkaniu w swoich domowych sukienkach w kwiaty. Włosy farbowane na ciemny kasztan, zawsze upięte w luźny kok. Twarz miła, oczy figlarne, choć zmarszczki wokół nich zdradzały wiele samotnych wieczorów. Mąż zmarł osiem lat wcześniej, dzieci mieszkały za granicą. Emerytura księgowej pozwalała jej żyć skromnie, ale wygodnie. Najbardziej brakowało jej jednak czyjegoś głosu w mieszkaniu.
Od pierwszego dnia traktowała Michała jak skarb.
„Chodź, zjedz, biedaku, przecież jesteś chudy jak patyczek.”
Codziennie robiła mu obiad – rosół, schabowe z ziemniakami, leczo, naleśniki z serem. Siadała naprzeciwko i patrzyła, jak je, z takim uśmiechem, jakby karmienie go było jej największą przyjemnością od lat.
Michał był nieśmiały, czerwienił się łatwo, dziękował cicho, mówił „dziękuję pani Krystyno” i uciekał do swojego pokoju. Ale czuł, że jest tu bezpiecznie. I ciepło.
Piątego wieczoru, około wpół do jedenastej, usłyszał delikatne pukanie.
– Mogę na chwilkę? – zapytała cicho zza drzwi.
– Jasne… proszę.
Weszła boso. Miała na sobie cienką, kremową koszulę nocną z satyny, która kończyła się tuż nad kolanami. Materiał przylegał do jej pełnych piersi i brzucha, a dekolt – dość głęboki – odsłaniał rowek między piersiami. Bez stanika. Sutki wyraźnie odznaczały się pod materiałem.
Michał leżał na łóżku w samych granatowych bokserkach, z telefonem w ręku. Szybko odłożył komórkę i usiadł, trochę zakłopotany.
Krystyna uśmiechnęła się łagodnie i usiadła na brzegu łóżka. Pachniała pudrem i lawendowym kremem do rąk.
– Nie możesz spać, co? – zapytała cicho.
– Trochę… miasto jest głośne.
– Wiem. – Położyła dłoń na jego kolanie. Lekko, jakby przypadkiem. – Ale tu u mnie jest bezpiecznie. Prawda?
Skinął głową.
Jej palce zaczęły powoli gładzić wewnętrzną stronę jego uda. Bardzo powoli. Michał zesztywniał, ale nie odsunął się.
– Jesteś taki napięty, Michałku… – szepnęła. – Pozwól, że cię trochę rozluźnię.
Zanim zdążył odpowiedzieć, jej druga dłoń powędrowała na jego klatkę piersiową. Delikatnie masowała obojczyki, potem zsunęła się niżej, okrążając sutki palcem wskazującym. Michałowi zaparło dech.
– Pani Krystyno… – wyszeptał niepewnie.
– Ciii… – położyła palec na jego ustach. – Nic nie musisz mówić. Po prostu leż.
Jej dłoń zsunęła się niżej. Palce zahaczyły o gumkę bokserek. Spojrzała mu w oczy – pytająco, ale jednocześnie bardzo pewnie.
Michał przełknął ślinę. Nie powiedział „nie”.
Powoli, bardzo powoli ściągnęła mu bokserki do połowy ud. Jego penis, już na wpół twardy, wyskoczył na wolność. Był nieduży, szczupły, proporcjonalny do reszty ciała – różowy, z delikatnie napiętą skórką.
Krystyna westchnęła z prawdziwą przyjemnością.
– Ależ piękny… – mruknęła, jakby mówiła o małym kociaku.
Objęła go całą dłonią. Ciepłą, miękką, doświadczoną. Zaczęła powoli przesuwać skórę w górę i w dół, drugą ręką masując mu jądra – delikatnie, prawie pieszczotliwie.
Michał oddychał szybko, płytko. Nigdy nikt go tak nie dotykał.
Po chwili pochyliła się niżej. Najpierw musnęła językiem sam czubek – ledwie dotyk. Potem dłuższe, mokre liźnięcie wzdłuż całej długości. W końcu wzięła go do ust – ciepło, wilgotno, głęboko. Zaczęła ssać powoli, rytmicznie, z lekkim mlaskaniem. Jedną ręką masowała jądra, drugą gładziła wewnętrzną stronę jego ud.
Michał jęknął cicho, pierwszy raz w życiu tak głośno. Biodra same uniosły mu się do góry.
Krystyna przyspieszyła. Głowa poruszała się płynnie, usta zamykały się ciasno, język wirował wokół żołędzi przy każdym wycofaniu. Patrzyła na niego od dołu – oczy błyszczące, zadowolone.
To trwało może dwie minuty.
– Pani Krystyno… ja… zaraz… – wyszeptał spanikowany.
Nie odsunęła się. Przeciwnie – wzięła go jeszcze głębiej, aż poczuł gardło. Jednocześnie ścisnęła lekko jądra.
Michał wygiął się, zacisnął palce na prześcieradle i doszedł. Bardzo mocno. Pulsował w jej ustach, raz za razem, a ona połykała wszystko – powoli, z namaszczeniem, nie wypuszczając go ani na chwilę.
Kiedy przestał drżeć, wysunęła go delikatnie z ust. Na wargach miała cienką, błyszczącą nitkę. Oblizała ją językiem.
– Mmm… – mruknęła z głębokim zadowoleniem. – Pyszna. Młoda, gęsta… taka słodka.
Uśmiechnęła się szeroko, jakby właśnie zjadła najwspanialszy deser w życiu.
– Dawno nie piłam… – dodała ciszej, prawie z czułością. – Zapomniałam już, jak bardzo to lubię.
Michał leżał bez tchu, czerwony po uszy, z szeroko otwartymi oczami.
Krystyna pochyliła się i pocałowała go w czoło.
– Śpij teraz spokojnie, skarbie. – Pogładziła go po policzku. – Jutro zrobię ci naleśniki z serem i rodzynkami. Dobrze?
Skinął głową, wciąż nie mogąc wydobyć z siebie głosu.
Wstała, poprawiła koszulę nocną i wyszła cicho, zamykając za sobą drzwi.
Michał jeszcze długo patrzył w sufit.
Nie wiedział, co ma myśleć.
Ale wiedział jedno – jutro na pewno zje te naleśniki.
Leave a Reply