Author: admin

  • Ja hetero

    Natalka to 25-letnia szczupła blondynka o pięknym i zgrabny ciele. Po przyjeździe do Warszawy zatrudniła się, jako kelnerka w jednej z tutejszych restauracji. Jej szefowa była Barbara. Kobieta z klasa bardzo wymagająca. Natalia od razu wpadła jej w oko. Mimo tego ze obie kobiety  były w związkach, Barbara pragnęła zdobyć Natalie, która była w 100% heteroseksualna. Pewnego wieczora tuż po pracy Barbara zaprosiła Natalie do siebie na lampkę wina pod pretekstem jej dalszej kariery. Natalia ubrała się luźno, ale nie zapomniała podkreślić swoich atutów. Wieczór mijał w fajnej atmosferze. Barbara komplementowała koleżankę z pracy. W końcu pewna siebie Barbara postanowiła zaryzykować. Zbliżyła się do Natalki, która czuła, co się święci, ale nie uciekła, Barbara się nie cofnęła. Usta kobiet połączyły się w jedno, a języki wiły ze sobą. Namiętny pocałunek przerwała Natalka “jestem hetero” powiedziała. Barbara uśmiechnęła się, chwyciła kobietę za głowę i powiedziała “no właśnie widzę” Natalia zatopiła się w ustach menadżerki. Barbara dotykała Natalie po całym ciele bez żadnego sprzeciwu. Natalka czuła jak jej cipka zalewa się sokami, a sutki mało nie rozerwą biustonosza. Natalia przerwała pocałunek, ściągając koszulkę i rozpinając biustonosz. Barbara powoli zsunęła ramiączka z Natalii rak i zaczęła pieścić małe, ale jakże jędrne piersi, które mało nie eksplodowały z podniecenia. Natalia zamknęła oczy i odchyliła głowę mrucząc, jak kocica pod nosem. Barbara schodziła coraz to niżej, aż dotarła do guzika w spodniach. Natalia wstała i rozpięła spodnie. Barbara zsunęła majtki i od pępka językiem zjechała, do samej łechtaczki. Lizała okrężnymi ruchami, wsuwając, co jakiś czas język do szparki. Natalia opierała obie dłonie o głowę Barbary, nogi miała jak z waty. Barbara próbowała wsunąć też palce, ale było jej nie wygodnie. Oparła Natalkę o oparcie kanapy, a sama uklęknęła obok. Ręką rozsunęła wargi Natalki i wepchnęła język tak głęboko jak tylko zdołała po chwili wsunęła palec potem drugi palcowała wolno, ale głęboko, przy czym językiem zaspokajała łechtaczkę. Gdy Natalia zaczynała jęczeć coraz to głośniej, Barbara przyspieszyła tempo i moc penetrowania palcami. Natalka doszła w ułamku sekundy, a jej cipka była mokra od soków. Barbara zlizała soki koleżanki i usiadła na kanapie. Natalka chwile klęczała wypięta, po czym usiadła obok Barbary. “To było niesamowite” powiedziała z uśmiechem na ustach Natalka. Barbara wzięła koleżankę za rękę i zaprowadziła do sypialni, pchnęła na łóżku i się rozebrała. Naga podeszła do komody, z której coś wyciągnęła. “Co to?”zapytała Natalka. Barbara odpowiedziała “twój nowy przyjaciel” podeszła do łóżka, na którym klęknęła i włożyła gumowego penisa w swoją cipkę. Natalka usiadła chwyciła dildo, i zaczęła penetrować Barbarę. Po chwili Barbara wyciągnęła dildo ze swojej dziurki i  wsunęła w Natalkę. Natalia od razu zaczęła pojękiwać. Barbara przyspieszyła ruchy, pchnięcia były coraz to głębsze, aż zanurzyła cale dildo w cipie Natalii. Natalia łamiącym się głosem powiedziała “zerżnij mnie jak dziwkę”. Barbara wstała, założyła pas i zamontowała dildo. Weszła na łóżko, Natalka wypiela się na pieska. Barbara nakierowała dildo na cipę Natalki, która sama zaczęła się po nim poruszać. Robiła to bardzo płynnie. Barbara dała jej kilka klapsów dla podkręcenia atmosfery i chwyciła za biodra, zwiększając pchnięcia do maksimum. Po kilku minutach Natalka dostała kolejnego orgazmu Barbara chwyciła ją za włosy i wyprostowała. Natalki cipa zacisnęła się na dildosie. Barbara chwyciła mocno za piersi Natalki i ścisnęła, sama przeżywając mikro orgazm. Obie osunęły się na łóżko. Przez chwile leżały w milczeniu.  Barbara zeszła z Natalki i położyła się na plecach. Natalia okrakiem usiadła na dildo. Barbara ugniatała piersi partnerki, która kręciła biodrami. Natalka  wtuliła się w szyje Barbary i zaczęła podskakiwać, gdy wiedziała, że dochodzi, wyprostowała się i dosłownie wykrzyczała” uderz mnie”.  Barbara chwyciła Natalię za gardło i ścisnęła, po czym uderzyła ją w policzek. Natalia zsunęła się z Barbary. Obie wtuliły się w siebie i zasnęły. Cdn.

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    Monia
  • Dawno, dawno temu… 24. – Czarnoksieznik z Krainy Oz

    Dawno, dawno temu… w Kansas, na szarej, zakurzonej prerii, żyła dziewczyna o imieniu Dorothy Gale. Miała brązowe włosy upięte w dwa warkocze, nosiła prostą niebiesko-białą sukienkę w kratkę. Jej ciało było smukłe. Piersi średnie i duży tyłek. Mieszkała z wujkiem Henrym oraz z ciocią Em. Najwierniejszym przyjacielem Dorothy był jej piesek Toto – mały, czarny terier o błyszczących oczach i zawsze radośnie merdającym ogonie.
    Pewnego dnia nadeszło tornado. Niebo pociemniało, a wiatr zaczął wyć. Dorothy pobiegła po Toto. Gdy wróciła, drzwi do piwnicy były już zamknięte. Tornado podniosło cały dom w powietrze, wirując nim jak zabawką.
    – Toto! Trzymaj się! – krzyczała Dorothy, przytulając pieska.

    Gdy dom w końcu opadł z głośnym hukiem, Dorothy otworzyła drzwi i ujrzała najbardziej niezwykły widok. Znalazła się w magicznej krainie pełnej kolorów. Zielone łąki, błękitne niebo, kwiaty we wszystkich kolorach tęczy. Nigdy nie widziała czegoś tak pięknego.
    Nagle pojawiła się grupa małych ludzi – Munchkinów. Byli nie wyżsi niż dzieci, mieli okrągłe, rumiane twarze, nosili kolorowe ubrania i śpiewali radośnie. Za nimi szła piękna kobieta w iskrzącym się różowym stroju z koroną na głowie – Glinda, Dobra Czarownica Północy. Miała długie, złote włosy, łagodne niebieskie oczy i promienny uśmiech.

    – Witaj w Krainie Oz, Dorothy. – powiedziała melodyjnym głosem Glinda. – Twój dom zabił Złą Czarownicę Wschodu!

    – Zabiłam? Ja? – wykrzyknęła przerażona Dorothy.

    – Zobacz. – wskazała Glinda na dwie nogi w pasiastych pończochach wystawające spod domu. – Uwolniłaś Munchkinów od jej tyranii.

    Nagle nogi zniknęły, zostawiając tylko para rubinowych pantofelków. Błyszczących, czerwonych butów zdobionych tysiącami drobnych kryształków.

    – Te pantofle są teraz twoje. – powiedziała Glinda, zakładając je Dorothy na stopy. – Mają magiczną moc.

    – Ale ja chcę wrócić do domu, do Kansas. – płakała Dorothy.

    – Musisz udać się do Szmaragdowego Miasta i poprosić Czarnoksiężnika Oza o pomoc. Idź żółtą ceglana drogą.Sama zobaczysz, że kraina Oz jest pełna przygód i przyjemności.

    Glinda pocałowała Dorothy w usta, a jej dłoń powędrowała pod sukienkę dziewczyny, muskając wilgotną cipkę. Dorothy jęknęła, czując, jak palce wiedźmy penetrują ją delikatnie. Chciała zaprotestować jednak oddawała się przyjemności. Dorothy drżała, gdy Glinda następnie lizała jej sutki przez materiał bluzki. Dziewczyna chciała to przerwać jednak odczuwała przyjemność.
    – To jedynie mały kawałek tego, co cię może spotkać. Podążaj dalej w swojej podróży, a się przekonasz jak tu może być przyjemnie. – powiedziała Glinda, a następnie magicznie zniknęła.
    Dorothy zaczęła wędrówkę po żółtej drodze. Wkrótce dotarła do pola, gdzie zobaczyla Stracha na Wróble przybitego do słupa. Miał głowę z worka wypełnionego słomą, narysowana twarz z wielkim uśmiechem, ubrany był w stare, podarte ubrania i kapelusz. Jego oczy były namalowane, ale wydawały się przyjazne.

    – Hej, ty! – zawołał Strach, machając słomianymi rękami. – Pomóż mi zejść! Wrony mnie tu powiesiły, myśląc, że jestem strachem na wróble.

    Dorothy podeszła bliżej, wspięła się na palce i ściągnęła go na dół. Strach upadł na ziemię, rozsypując trochę słomy. Szybko się pozbierał, otrzepując ubranie.

    – Dziękuję, śliczna dziewczyno. Nazywam się Strach. Idę do Szmaragdowego Miasta po mózg, bo bez niego czuję się pusty w głowie… i nie tylko.

    Dorothy roześmiała się, ale zauważyła, jak jego słomiane spodnie wybrzuszyły się lekko.

    – Pusty? – zapytała z ciekawością. – W jaki sposób?

    Strach podszedł bliżej, jego słomiane dłonie dotknęły jej ramienia.

    – Bez mózgu nie wiem, jak… zadowolić dziewczynę. Ale czuję, że w moim słomianym ciele jest coś, co pragnie ciepła twojej skóry.

    Atmosfera zgęstniała. Dorothy poczuła dreszcz podniecenia. Ta dziwna postać była nieporadna, ale szczera. Strach przyciągnął ją do siebie. Zdjął jej sukienkę, odsłaniając pełne piersi. Jego słomiane palce delikatnie ugniatały sutki, sprawiając, że stwardniały. Dorothy jęknęła, zsuwając z niego spodnie. Jego kutas, zrobiony z ciasno upakowanej słomy, sterczał sztywno.
    Uklękła, biorąc jego członka do ust. Ssała powoli, czując słomiane włókna pod językiem. Strach jęczał, jego ręce wplatały się w jej włosy. Potem położył ją na plecach, rozchylając nogi. Wsunął się w jej wilgotną cipkę. Ruchy były niezdarne na początku, ale z każdą chwilą zyskiwały rytm. Dorothy wiła się pod nim, jej biodra unosiły się, by przyjąć go głębiej.

    – Jesteś… pełna życia! – wykrzyknął, przyspieszając pchnięcia. Jego słomiany kutas wypełniał ją idealnie.

    – Oooooghhh….aaaaghhh…

    Gdy oboje doszli, Strach wysunął się i spryskał jej brzuch nasieniem. Dorothy westchnęła z rozkoszy.

    – Teraz pewnie czujesz się mądrzejszy.

    – O tak…dziękuje Dorothy. – powiedział Strach.

    – Także wybieram się do Szmaragdowego Miasta poszukując Czarnoksiężnika. Możemy wybrać się razem. – zaproponowała Dorothy, ubierając się.

    – Pewnie, czemu nie. – odpowiedział Strach.

    Droga wiła się dalej przez las, gdzie drzewa szumiały złowrogo. Dorothy i Strach natknęli się na zardzewiałą figurę opartą o pień. Był cały srebrny. To był Drwal z siekierą w zardzewiałej dłoni. Stał nieruchomo, jakby uśpiony.

    – Co mu dolega? – zapytała Dorothy, dotykając jego zimnego metalu.

    Strach pokręcił głową.

    – Zardzewiał. Potrzebuje oliwy.

    Znaleźli puszkę oliwy w jego kieszeni i nasmarowali stawy. Drwal ożył z zgrzytem, machając ramionami.

    – Dziękuję! Jestem Blaszany Drwal. Rąbałem drzewa, aż siekiera ucięła mi serce. Idę do Czarodzieja po nowe, bo bez serca nie czuję… miłości.

    Jego metalowe oczy błyszczały, patrząc na Dorothy. Blacha była chłodna, ale pod spodem pulsowało coś gorącego. Dorothy poczuła, jak jej serce bije szybciej. Ta bezduszna istota budziła w niej ciekawość.

    – Miłości? – powtórzyła, podchodząc bliżej. – Może mogę ci pokazać, co to znaczy.

    Drwal skinął głową. Dorothy wzięła jego kutasa z polerowanego metalu, gładki i lśniący, z oliwnym smarem na końcówce.
    Jego palce, chłodne i twarde, pieściły jej cipkę, wślizgując się do środka. Dorothy jęknęła, czując kontrast zimna i jej gorąca.

    – Ooooggghhh…

    Ona objęła jego członka dłonią, masując go, aż stał się śliski od oliwy. Następnie rozebrała się i uklęknęła na czworakach, wypinając tyłek do Drwala. Drwal wsunął się w nią powoli, jego metalowe biodra pchały mocno, wypełniając ją po brzegi. Ruchy były mechaniczne, ale potężne. Każde pchnięcie wysyłało fale rozkoszy przez jej ciało. Strach przyglądał się z boku masując się po członku.

    – Czuję… bicie twojego serca! – wykrzyknął Drwal, przyspieszając.

    – Oooooggghh…

    Gdy Dorothy doszła, jej cipka zacisnęła się wokół jego metalowego fiuta, a Drwal zadrżał, wstrzykując w nią strumień gorącego płynu. Miał wrażenie, że serce mu szybciej bije.

    – Teraz czuję jakbym miał serce. – powiedział Drwal.

    Dorothy zaproponowała mu dołączenie do niej i Stracha w podróży do Szmaragdowego Miasta. Drwal z radością do nich dołączył.
    Las stawał się coraz dzikszy. Nagle Dorothy z Strachem i Drwalem słyszeli ryk. Nagle z krzaków wyskoczył ogromny Lew. Niegroźny, ale drżący ze strachu.

    – Kim jesteś? – zapytała Dorothy, nie cofając się.

    – Jestem… tchórzem. – mruknął Lew, kuląc uszy. – Chcę odwagi od Czarnoksiężnika. Bez niej boję się wszystkiego, nawet… bliskości.

    Dorothy uśmiechnęła się, głaszcząc jego grzywę. Futro było miękkie, a pod nim biło szybkie serce.

    – Odwaga przychodzi z zaufaniem. Pokażę ci.

    Lew podszedł, liżąc jej dłoń. Jego język był szorstki, ale ciepły. Dorothy rozebrała się, kładąc na trawie. Lew położył się obok. Dorothy mogła zobaczyć jego dużego kutasa

    – Nie bój się. – wyszeptała, biorąc go w dłoń. Masowała powoli, czując, jak rośnie. Lew mruczał, liżąc jej piersi, jego zęby delikatnie muskały skórę.

    Ona uklękła, ssąc jego kutasa. Lew dyszał, jego łapy trzymały ją ostrożnie. Potem położył ją na plecach, wślizgując się w jej cipkę. Był ogromny, rozciągając ją boleśnie, ale rozkosznie. Pchał mocno, a jego futro ocierało się o jej skórę.

    – Ooooogghhh…

    – Jesteś odważna! – ryczał, gryząc lekko jej szyję. Dorothy krzyczała z rozkoszy, jej biodra spotykały jego pchnięcia.

    Następnie Lew położył się na plecach. Dorothy usiadła na nim okrakiem, wkładając kutasa do cipki. Zaczęła poruszać się w górę i w dół. Wtedy potrzedł do niej Strach na Wróble, przystawiając kutasa do twarzy. Dorothy wzięła go do ust. Zaczęła go ssać, pieszcząc językiem. Wtedy też Blaszany Drwal podszedł do niej od tyłu. Nasmarował swojego metalowego kutasa oliwą, po czym włożył go do jej odbytu.

    – Oooooogghhh…ooooghhh…

    Zaskoczył Dorothy. Teraz wszyscy przyjaciele sprawiali jej przyjemność. W końcu po jakimś czasie każdy z nich osiągnął spełnienie. Strach na Wróble w ustach Dorothy, Blaszany Drwal w odbycie, a Tchórzliwy Lew w cipce.
    Gdy razem skończyli Lew dołączył do reszty i czwórka ruszyła dalej do Miasta.
    Szli razem żółtą ceglana drogą, śpiewając i pomagając sobie nawzajem. Strach na Wróble okazywał się bardzo pomysłowy, Blaszany Drwal był niezwykle życzliwy i czuły, a Lew często bronił ich, zapominając o swoim strachu.
    W końcu ujrzeli Szmaragdowe Miasto – ogromną, lśniącą metropolię, gdzie wszystko było zielone. Budynki, drogi, nawet ludzie nosili zielone okulary. Gdy po kolei wchodzili do Sali Tronowej, Dorothy ujrzała gigantyczną, płonącą głowę bez ciała, Strach widział piękną kobietę w zielonej sukni, Blaszany Drwal zobaczył potworną bestię, a Lew ujrzał kulę ognia.

    – Kim jesteście i czego chcecie? – zagrzmiał głos Oza echem po sali.

    Każdy z nich wyjaśnił swoją prośbę.

    – Spełnię wasze życzenia — powiedział Oz – ale mam warunki.

    – Jakie? – spytała Dorothy.

    – Pierwszy to taki, że musicie pokazać jak bardzo wam zależy.

    Dorothy rozumiała, o co chodzi i rozebrała się do naga, zostając jedynie w pantofelkach. Wtedy przed sobą zobaczyła człowieka stworzonego z zielonej energii. Widziała jego dużego kutasa. Każdy z jej przyjaciół natomiast zajęty był przez strażniczki czarodzieja, które to musieli zaspokoić.

    – Pokaż jak ci zależy, Dorothy Gale.

    Dorothy złapała za jego fiuta. Zaczęła mu go masować. Zeszła na dół i zaczęła go lizać i ssać. Był bardzo duży. Bardzo jej się podobał i dobrze smakował. Wsuwała go do gardła, poruszając głową w górę i w dół. Czarnoksiężnikowi sprawiała przyjemność. Gdy skończyła, razem z nim położyła się na jego łożu. Calineczka usiadła okrakiem na jego kutasie i zaczęła się poruszać w górę i w dół. Oz poruszał biodrami chcąc dać jej większą przyjemność.

    – Oooooooggghhhhg….aaahhhhh… – jęczała Dorothy.

    Po jakimś czasie Oz ją przewrócił, a ona położyła się na łóżku. Podniósł jej jedną nogę do góry i wchodził w nią do końca. Posuwał z każdym pchnięciem coraz szybciej. Dorothy bardzo się to podobało. Odczuwała przyjemność ze stosunku. Masowała swoje piersi z wrażenia. W końcu pchnął ostatni raz i wystrzelił nasieniem prosto do środka. Dorothy także osiągnęła spełnienie.
    W tym czasie też przyjaciele Dorothy skończyli wystrzeliwując nasienie na twarze strażniczek.
    Dorothy dochodziła do siebie po tym, gdy Oz zaczął mówić.

    – Dobrze, więc. Widzę, że wam zależy, więc mam drugi warunek.

    – Jaki? – spytała Dorothy.

    – Musicie zabić Złą Czarownicę Zachodu!

    – Zabić? – wyszeptała przerażona Dorothy.

    – To mój warunek. – odparł zimno Oz.

    Nie mając wyjścia Dorothy i przyjaciele wyruszyli do zachodniego kraju, gdzie wszystko było szare i ponure. Zła Czarownica Zachodu obserwowała ich ze swojego zamku. Była chuda jak szkielet, miała zieloną skórę, długi haczykowaty nos, żółte zęby i nosiła czarny, postrzępiony płaszcz i spiczasty kapelusz. Jej oczy były małe, czarne i pełne złości. Miała duże piersi i tyłek.

    – Te pantofle! – syknęła chciwie, patrząc przez kryształową kulę. – Muszą być moje!

    Wysłała swoje latające małpy – przerażające stwory z wielkimi skrzydłami nietoperza i ostrymi szponami. Porwały Dorothy i Toto do zamku.
    W zamku Czarownica próbowała ukraść pantofle, ale nie mogła ich zdjąć, dopóki Dorothy żyła.

    – Będziesz moją służącą! – wrzeszczała Czarownica. – A pantofle w końcu będą moje!

    Wykorzystała Dorothy i zmusiła do położenia się na jej łóżku. Rozebrała dziewczynę do naga, a następnie sama zdjęła swoje odzienie, odsłaniając nagie ciało.
    Okrakiem usiadła na twarzy Dorothy, ta mimowolnie zaczęła ją ssać po zarośniętej cipce. Przesuwała językiem wzdłuż a także wkładała go do środka.

    – Ooooghhhhh…służ mi dobrze…. – powiedziała Czarownica

    Dorothy nie poprzestała i dalej ją lizała. Rękami ściskała jej duże pośladki. W końcu Czarownica obróciła się na Dorothy tak żeby ona też mogła jej lizać cipkę. Nawzajem sobie lizały. Czarownica wkręcała się coraz bardziej. Dorothy mimo wszystko czuła rozkosz. Wkładała język do środka, dodatkowo ją drażniąc. Czarownica zaczynała też wkładać palce do jej cipy. Jęczała z przyjemności, jednak jej twarz znajdujące się w cipce Czarownicy umożliwiała jej to. Po jakimś czasie obie były już bardzo blisko. Czarownica zaczęła drżeć z przyjemności, aż w końcu osiągnęła swoje spełnienie, a jej soczki wylały się na twarz Dorothy. Po jakimś czasie zeszła z niej. Dorothy wycierając się w końcu ubrała swoje rzeczy.
    W końcu wykorzystując nieuwagę Czarownicy, Dorothy chwyciła wiadro z wodą i wylała je na Czarownicę.

    – Nie! Nie woda! – krzyczała Czarownica. – Topnieję! Topnieję! Co za świat!

    I rozpuściła się w kałużę zielonej mazi.

    – Zabiłaś ją! – krzyczeli uwolnieni strażnicy, padając na kolana. – Dziękujemy!

    Dorothy i przyjaciele wrócili do Szmaragdowego Miasta. Weszli do sali, ale Toto przypadkiem przewrócił parawan, za którym stał zwyczajny starszy mężczyzna o łysej głowie, siwych wąsach i w zwykłym garniturze, obsługujący skomplikowane mechanizmy i mówiący do mikrofonu.

    – Jesteś oszustem! – wykrzyknął Strach na Wróble.

    – Tak… – przyznał smutno Oz, opadając na krzesło. – Jestem tylko zwykłym człowiekiem. Byłem cyrkowym iluzjonistą z Omaha, który przyjechał tu balonem i ludzie myśleli, że jestem czarnoksiężnikiem.

    – Ale nasze życzenia… – zaczęła Dorothy.

    – Moi drodzy przyjaciele. Już macie to wszystko.

    Dał Strachowi dyplom jako dowód jego inteligencji. Blaszanemu Drwalowi aksamitne serce w kształcie zegarka. Lew dostał medal za odwagę.

    – A co ze mną? – zapytała Dorothy. – Jak wrócę do domu?

    Nagle pojawiła się Glinda, spływając w różowej bańce światła.

    – Moja droga. Zawsze mogłaś wrócić do domu. Pantofle mają tę moc.

    – Naprawdę? Ale dlaczego mi nie powiedziałaś?

    – Bo nie uwierzyłabyś mi. Musiałaś się tego nauczyć sama. – wyjaśniła mądrze Glinda.

    Dorothy uściskała swoich przyjaciół.

    – Będę za wami tęsknić.

    – I my za tobą. Nigdy cię nie zapomnimy. – odpowiedzieli razem.

    Dorothy stuknęła obcasami i razem z Toto przy pomocy tornado udali się z powrotem do domu. Z nowymi wspomnieniami i żądzą na więcej przygód.

    – Nie ma to jak w domu. – powiedziała cicho, choć w sercu zawsze będzie nosić wspomnienia o magicznej Krainie Oz.

    O przyjaciołach, przygodach i przyjemnościach, jakie przeżyła. Na myśl o tym, co było w tej krainie robiło jej się mokro.
    I tak Dorothy żyła w Kansas, doceniając każdy dzień ze swoją rodziną, ale czasami, patrząc na tęczę, zastanawiała się, czy gdzieś tam, daleko, jej przyjaciele też o niej myślą.
    Dorothy oraz jej przyjaciele z krainy Oz żyli długo i szczęśliwie.

    Koniec

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    Author M

    Parodia erotyczna bajki Czarnoksiężnik z Krainy Oz

  • Ruda Nimfetka – Okienko w Liceum (V) – czesc druga

    – Czyli chętnie, ale teraz mam ochotę na coś innego. – Kamil uśmiechnął się szeroko i złapał mnie mocniej za obie piersi, jednocześnie drażniąc sutki pomiędzy palcami.

    – Na co dokładnie? – zapytałam, mrużąc oczy z rozkoszy.

    – Na twoje usta – odpowiedział i spojrzał mi w oczy. Odsunął się pół kroku, po czym rzucił krótko: – Klęknij. Chcę już ci zerżnąć ten słodki pyszczek.

    Zaskoczył mnie. Nie sądziłam, że będzie taki zdecydowany, lecz podobało mi się to. Zadrżałam aż lekko, kiedy przesunął dłonią powoli po kutasie, patrząc na mnie bez cienia wahania. Co miałam zrobić? Oczywiście, że zsunęłam się z blatu i klęknęłam przed Kamilem.

    Złapałam twardego jak skała penisa jedną dłonią i przesunęłam językiem od nasady po wędzidełko. Zatrzymałam się w tym miejscu na chwilę, drażniąc je ustami. Zaraz potem cmoknęłam główkę i wsadziłam ją na parę sekund do ust, zasysając mocno. Kamil aż jęknął, wywołując u mnie kolejne dreszczyki, jak i poczucie satysfakcji. Wyjęłam penisa i powoli rozprowadziłam ślinę po trzonie.

    – Zawsze zapominam, jaki duży jesteś – mruknęłam, patrząc na chwilę w oczy chłopaka, ale szybko wróciłam spojrzeniem na dół.

    – To teraz możesz sobie przypomnieć! No, a przynajmniej możesz sobie przypominać, póki Ania nie wróci.

    Parsknęłam lekko śmiechem, po czym wróciłam ustami do pieszczenia Kamila. Wzięłam do ust powoli sam czubek. Ssałam go delikatnie i kręciłam leniwie kółka pod spodem. Raz w jedną, raz w drugą stronę, zatrzymując się nieco dłużej na dole, przy wędzidełku. Co jakiś czas brałam kutasa nieco głębiej do ust, po czym się cofałam. Dzięki temu mogłam rozprowadzić ślinę po całym trzonie okrężnymi ruchami.

    Kamil westchnął głęboko i złapał mnie za włosy z tyłu głowy. Nie pchał się głębiej biodrami, tylko trzymał. Podobał mi się ten prosty, a przy tym nieco władczy gest. A tym bardziej mi się podobał fakt, że miałam wolną rękę w pieszczotach.

    Wsunęłam penisa nieco głębiej, może do jednej trzeciej. Gardło mi się lekko zacisnęło, ale nie forsowałam siebie samej. Objęłam kutasa mocno ustami i ssałam go, drażniąc językiem od spodu. Cofnęłam się po chwili, zostawiając długą nitkę śliny, po czym ponowiłam pieszczotę. Robiłam to spokojnie, bez pośpiechu, jakbyśmy naprawdę mieli dla siebie cały wieczór. Albo i całą noc.

    Dłońmi cały czas masowałam gruby trzon. Po chwili przełożyłam jedną dłoń i ujęłam nią jądra. Głaskałam je delikatnie, wciąż ssąc kutasa. Głośniejszy jęk ze strony Kamila utwierdził mnie w przekonaniu, iż moje pieszczoty są dobrze przyjmowane.

    Cofnęłam głowę o parę centymetrów, a następnie “natarłam” ponownie, chcąc zmieścić przynajmniej jeszcze z dwa, może trzy centymetry. Ślina spływała mi po brodzie, po szyi, kapała na cycki, ale nie przerywałam. W końcu zaczęłam się dławić, czego nie do końca lubiłam. Chwilę tak pieściłam Kamila, po czym zmieniłam taktykę.

    Raz brałam głęboko, raz tylko główkę, którą mocno zasysałam. Dłonią na trzonie przyspieszyłam ruchy, aż poczułam, jak kutas zaczyna pulsować. Podnieciło mnie to. Uwielbiałam ten moment, kiedy facet szaleje z rozkoszy. Kamil zacisnął mi mocniej dłoń na włosach. Spojrzałam w górę, a nasz wzrok się spotkał.

    – Kurwa, serio ci tego chyba brakowało – powiedział ciężkim głosem, uśmiechając się kącikami ust.

    – Zdecydowanie – odrzekłam, wyjmując wcześniej kutasa z ust.

    – Uwielbiam, jak mi obciągasz. Jesteś w tym zajebista.

    – Dzięki – odpowiedziałam krótko i zassałam mocno główkę. Przez parę sekund ją pieściłam, po czym wyjęłam go i spojrzałam ponownie na Kamila. – Mam dobrego trenera po prostu.

    Uśmiechnęłam się szeroko, a chłopak zaśmiał. Wróciłam do pieszczot ustami oraz dłońmi. Czując preejakulat w ustach, wiedziałam, iż nie będę musiała długo czekać na wytrysk. Czułam, jak kutas pulsuje coraz mocniej i robi się jeszcze cieplejszy, gorący wręcz. Wzięłam główkę do ust, obejmując ją ostrożnie wargami. Zassałam mocno, aż policzki mi się zapadły, a językiem robiłam szybkie, mokre kółka wokół. Raz w lewo, w prawo, w lewo, w prawo, zatrzymując się czasem na wędzidełku, lub zaciskajac mocniej usta.

    Dłońmi masowałam trzon. Jedna ręka pracowałam tuż przy ustach, sięgając po “lubrykant” w postaci mojej śliny, a drugą bliżej nasady. Kręciłam dłońmi w przeciwnych kierunkach, nieco jakbym chciała “wyżymać” penisa.

    Charakterystyczne, śliskie odgłosy i jęki Kamila wypełniły całą salę. Byłam cała w swojej ślinie i jego preejakulacie, ale nie przestawałam. Wręcz przeciwnie. Od czasu do czasu brałam penisa głębiej, mniej więcej do jednej trzeciej. Dłońmi pracowałam w tym samym rytmie, co chwilę spoglądając w górę. Chłopak dyszał coraz głośniej, biodrami poruszał nieznacznie do przodu, a palce we włosach zacisnął tak, że lekko mnie zabolało.

    – Nadia, zaraz dojdę… – wyjęczał, patrząc na mnie podjarany.

    Nie odpowiedziałam, tylko przyspieszyłam dłońmi i mocniej zassałam główkę. Pieściłam ją językiem, jakby od tego zależało moje życie. Te pieszczoty nie trwały jednak długo. Kamil nagle odciągnął mnie za włosy, wyciągnął kutasa z ust z głośnym, mokrym dźwiękiem i złapał go w dłoń, waląc sobie tuż przy mojej buzi.

    – Otwórz usta – rzucił zdecydowanym tonem.

    Byłam nieco zdziwiona, ale posłuchałam od razu. Złapałam się za obie piersi i zaczęłam skubać po sutkach. Mój Bartek lubił, jak tak się pieściłam, więc zrobiłam to niemal instynktownie.

    – Wystaw jeszcze język, maleńka – dodał Kamil, nie zwalniając tempa masturbacji.

    Ponownie: co miałam zrobić? Usłuchałam go i otworzyłam szerzej usta, przy okazji wystawiając język. Nie musiałam długo czekać. Kamil jęknął głośno, a kutas zapulsował. Pierwszy strumień spermy wystrzelił prosto na moją twarz i włosy. Strumień był na tyle mocny i obfity, że aż przymknęłam oczy zaskoczona. Kolejny był jeszcze dłuższy, sklejając mi jedną powiekę.

    Trzeci, czwarty, piąty – wszystkie leciały jeden po drugim, trafiając na wargi, język, a także głębiej do ust. Któryś kolejne strzał wylądował na szyi, inny na bluzce i piesiach. Nie myślałam o konsekwencjach w tej chwili. Po prostu przyjmowałam wszystko na siebie, rozprowadzając spermę na piersiach dłońmi.

    Lepkiej, białej cieczy było tyle, że miałam wrażenie, jakby skleił mi jednocześnie włosy, twarz, usta, jak i szyję oraz piersi. Kamil dyszał ciężko jeszcze chwilę, podziwiając swoje “dzieło” z góry. Klepnął mnie parę razy wciąż twardym kutasem po ustach. Wycisnął do nich jeszcze parę kropel, które połknęłam, patrząc na niego spod przymrużonych powiek.

    – Kurwa, wyglądasz zajebiście – stwierdził zadowolony. – Cała w mojej spermie.

    Parsknęłam lekko ze śmiechem. Puściłam piersi i otarłam powieki, po czym zlizałam resztki nasienia.

    – Warto było poczekać? – zapytałam, powoli się podnosząc.

    – Zdecydowanie. Ale nie chcę na tym kończyć.

    Zawahałam się w tej chwili. Miałam jakieś wyrzuty sumienia i pomyślałam krótko o Bartku, ale byłam zbyt podniecona, by to analizować racjonalnie. Chciałam go poczuć w sobie. I z tą właśnie myślą usiadłam ponownie na blacie stołu.

    – Wiesz, że to kolejna granica, której nie powinniśmy przekraczać? – zapytałam, łapiąc go za kutasa i powoli masując.

    – Wiem – odparł, podchodząc tak blisko, że jego biodra znalazły się między moimi udami. – I dlatego właśnie to zrobimy.

    Złapał mnie za tyłek i podciągnął kawałek do przodu, aż usiadłam na samym brzegu blatu. Nie potrafiłam zaprotestować – i nawet nie chciałam. Jego kutas, wciąż twardy i śliski, otarł się o moje majtki, a ja aż westchnęłam, bo samo muśnięcie sprawiło, że poczułam, jak wszystko we mnie drgnęło. Byłam nieprzyzwoicie podniecona w tej chwili.

    Albo mówiąc wprost: kurewsko napalona.

    – Ładne masz te majtki – rzucił cicho, patrząc na koronki. Złapał za nie po bokach i zaczął ściągać.

    – Cieszę się, że aprobujesz – odpowiedziałam żartobliwie i uniosłam biodra, ułatwiając mu robotę.

    Majtki były na tyle mokre, że widziałam śluz, który na nich został. Kamil ściągnął je ze mnie, po czym rzucił gdzieś w bok, nawet nie patrząc, gdzie dokładnie. Złapał kutasa w dłoń i przyłożył do cipki. Rozchyliłam nogi szerzej, opierając stopy o blat.

    Jeśli miałam jeszcze jakieś wątpliwości, to wszystkie zniknęły, kiedy poczułam, jak gruba główka wsuwa się we mnie. Szeroka, twarda, pulsująca – ciężka wręcz. Nie potrafiłam tego opisać inaczej. Drugą dłonią Kamil złapał mnie za stopę i zacisnął. Uśmiechnęłam się lekko na ten gest i powiedziałam:

    – Aż tak cię jarają stópki?

    – Twoje stópki? Zawsze.

    Przewrócił oczami, niby zrezygnowana, ale ten banalny komplement sprawił, że poczułam motylki w brzuchu. Już chciałam coś odpowiedzieć, kiedy chłopak pchnął biodrami. Świat aż zawirował dookoła. Mieszanka bólu, jak i przytłaczającej przyjemności sprawiły, że jęknęłam głośno i opadłam głową na blat.

    Czułam, jak twarda męskość toruje sobie drogę w ciasnej cipce. Mimo faktu, że byłam niesamowicie mokra, i tak kutas ledwo, co się we mnie mieścił. Westchnęłam głęboko, po czym jęknęłam, czując kolejny centymetr.

    – Patrz na mnie, mała – rzucił Kamil cichym, a przy tym zdecydowanym tonem,

    Podniosłam głowę, a nasze spojrzenia się spotkały. Uśmiechnęliśmy się do siebie nawzajem. On cofnął biodra, po czym ponownie zaczął powoli wchodzić. Bardzo powoli wręcz, za co byłam mu wdzięczna.

    Już sama główka sprawiała, że wariowałam. Czułam, jak mnie rozciąga, jak szeroki jest, jak musi się “przeciskać” przez cipkę. Jęknęłam cicho, bo to było takie powolne, wyraźne uczucie – centymetr po centymetrze, jakby chciał, żebym dokładnie zapamiętała, jaki jest gruby.

    Zatrzymał się na chwilę, kiedy główka była już cała w środku, i tylko lekko poruszył biodrami parę razy, dostarczając mi kolejnych dreszczyków przyjemności. Jęknęłam i zacisnęłam palce na blacie. Kamil dał mi chwilę, po czym naparł na mnie ponownie, wpychając jeszcze centymetr, może dwa. Nie wytrzymałam i krzyknęłam krótko. Czułam grubą główkę, każdą żyłę, to, jak wypełnia mnie coraz bardziej, jak rozkosznie mnie rozciąga.

    – Kurwa, ale jesteś ciasna – powiedział, patrząc mi prosto w oczy.

    – To ty jesteś wielki – stwierdziłam tylko, oddychając ciężko z uśmiechem na ustach.

    W oczach chłopaka błysnęły podniecenie i pewność siebie. Cofnął biodra bez pośpiechu. Wyszedł niemal cały, po czym pchnął raz jeszcze. Robił to wręcz leniwie, jakbyśmy w ogóle nie musieli się spieszyć – i bardzo dobrze, bo mogłam się do niego przyzwyczaić. Tym razem jednak wsunął się głębiej. Świat ponownie zawirował, aż musiałam na chwilę zamknąć oczy. Czułam się absolutnie bosko w tej chwili.

    Kamil dalej we mnie wchodził. Trudno było mi ocenić, jak głęboko, ale jakbym miała zgadywać, to powiedziałabym, że wcisnął się gdzieś do połowy. Zatrzymał się wtedy na chwilę. Puścił kutasa i złapał moją drugą stopę, po czym zacisnął obie dłonie. Dał mi kilka sekund na przyzwyczajenie się, a następnie poruszył lekko biodrami, wywołując u mnie dreszcze na całym ciele.

    – Jeszcze – ni to jęknęłam, ni to powiedziałam, wiedząc, że czeka nas jeszcze długa “przeprawa”.

    On uśmiechnął się kącikami ust. Cofnął nieznacznie biodra, po czym wszedł ponownie. Nawet nie wiem, kiedy poczułam go w miejscu, gdzie dotąd wcześniej czułam tylko Bartka. Jęknęłam głośno i zamknęłam oczy, opadając głową do tyłu. Cipkę miałam rozciągniętą, jak nigdy wcześniej, co było wciąż bolesne z jednej strony, ale przede wszystkim dostarczało mi niesamowitych wrażeń.

    Na tym się jednak oczywiście nie skończyło. Kamil przez chwilę się nie poruszał, po czym cofnął biodra i pchnął kolejny raz. Miałam wrażenie, że błyskawica rozkoszy przeszyła całe moje ciało. Już nie jęczałam, a niemal krzyczałam. Na dobrą sprawę Kamil nawet nie zaczął mnie pieprzyć, a ja odpływałam.

    Trudno mi powiedzieć, kiedy dokładnie doszłam. Od dłuższego czasu było mi na tyle dobrze, iż granica była zupełnie zatarta. Przy którymś mocniejszym pchnięciu Kamila po prostu krzyknęłam i zacisnęłam dłonie na ławce, po czym całkowicie odpłynęłam. Drżałam na całym ciele, niemal rzucałam się na blacie. Skurcze cipki były niemal niemożliwe z takim olbrzymem w środku.

    Myślałam, że zwariuję z podniecenia. Pulsował we mnie wielki kutas, a ja nie mogłam się poruszyć – a raczej nie kontrolowałam tego, jak się poruszam. Kolejne pchnięcia były jak fajerwerki przyjemności, które wybuchały raz po raz. I kiedy już miałam wrażenie, że powoli wracam do rzeczywistości, to Kamil szybko mnie z tego przekonania wyrywał, wchodząc głębiej lub zmieniając nieco tempo.

    Nie miałam pojęcia, ile to trwało. Z dzikiego, orgazmicznego stanu wyrwał mnie dopiero mój nowy kochanek. Wyszedł ze mnie nagle i odsunął się pół kroku. Spojrzałam na niego zdziwiona, nie do końca wiedząc, co się dzieje. Pewnie bym tak została przez parę minut, gdyby on nie rzucił skrajnie podnieconym tonem:

    – Klęknij, mała.

    Wciąż nie rozumiejąc sytuacji, po prostu zrobiłam to, co powiedział. Znalazłam się na kolanach przed nim, ignorując świat dookoła. Na “nagrodę” nie musiałam długo czekać. Ledwo znalazłam się na ziemi, a Kamil eksplodował ponownie tego wieczoru. Kolejne strzały lądowały na twarzy, włosach, cyckach i brzuchu. Przyjmowałam wszystko grzecznie na siebie, potrząsając piersiami, aby go dodatkowo nakręcić.

    Trwało to dłuższą chwilę, nim chłopak w końcu się uspokoił. Stał nade mną z szerokim uśmiechem i wyciskał resztki nasienia z kutasa. Oboje byliśmy wymęczeni, ale usatysfakcjonowani. Kamil nacisnął lekko na moją dolną wargę, a ja posłusznie otworzyłam usta. Wsunął mi główkę kutasa do ust. Nie musiał nic więcej mówić. Wyssałam z niego resztki spermy i jeszcze dałam buziaka na koniec.

    Szczerze? Myślałam, że na tym szaleństwa się skończą. Ale bardzo się myliłam…

     

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    Nadia

    Hej hej! Niestety poprzednie opowiadanie mi ucięło :< Dlatego teraz wrzucam drugą część! Życzę miłej lektury!

  • Szkolny sluzacy

    Kacper nigdy nie przypuszczał, że jego największa tajemnica tego dnia wyjdzie na jaw. Ma 20 lat, chodzi o technikum – szczupły, długowłosy brunet z czarnymi kosmykami opadającymi na oczy. Lekcja WF-u trwała w najlepsze. Dostał zgodę od nauczyciela na wyjście do toalety, choć tak naprawdę wymknął się w innym celu. Wszedł do damskiej szatni, gdzie pod ławką stały rzędy damskich butów. Serce waliło mu jak młot. Postanowił wykorzystać tę chwilę, by móc poczuć zapach cudownych stópek jego koleżanek. Ręce mu drżały. Jedną podnosił buciki, które wąchał i lizał, a drugą ręką powoli się masturbował. Gdy już dochodził, niespodziewanie do szatni weszły dwie dziewczyny – Ola i Klaudia. Pierwsza to piękna, szczupła długowłosa blondynka, a druga ruda, szczupłe i równie piękna.

    – O kurwa, co tu się… – głos Oli był słodki jak miód i ostry jak brzytwa.

    Dziewczyny nie mogły powstrzymać się ze śmiechu, były też mocno zaskoczone.

    – No proszę, proszę… – odparła Klaudia.

    – Patrz, Klaudia, nasz szkolny geniusz matematyki wącha nasze buty jak pies – zaśmiała się Ola, wyciągając telefon. Błysk flesza oślepił Bartka.

    – Uśmiechnij się ładnie – dodała Klaudia, robiąc kolejne zdjęcie. – Ręka na fiucie, nos w moim trampku. Idealne.

    Kacper zamarł. Spodnie miał spuszczone do kolan.

    – Proszę… nie…

    Ola chwyciła go za długie włosy i szarpnęła w dół, aż uklęknął.

    – Będziesz robił dokładnie to, co powiemy, albo te fotki pójdą do całej klasy, nauczycieli i twojej mamy. Zrozumiano, niewolniku?

    – Tak… Pani…

    – Na początek pocałuj nasze buty. Wszystkie. I dziękuj.

    Kacper pochylił się i zaczął całować czubki adidasów Oli – powoli, czule. Potem trampki Klaudii. Język wysunął się sam, liżąc brudne podeszwy.

    – Dobry piesek – mruknęła Klaudia i nagle kopnęła go mocno w jaja. Kacper zgiął się wpół, ale Ola przytrzymała go za włosy.

    – Jeszcze raz. Mocniej.

    Kopnięcie powtórzyło się. Ból eksplodował, a jego kutas zdradziecko stwardniał jeszcze bardziej.

    Potem dziewczyny się zamieniły i Ola zasadziła mu jeszcze ze dwa bolesne kopniaki. Następnie dała mu siarczystego policzka w twarz.

    – Będziesz naszym chłopcem do wszystkiego – powiedziała Ola, spoliczkowując go mocno. – Odrabiasz za nas zadania, piszesz sprawdziany, dajesz korepetycje z matmy, będziesz nam służyć. Zrozumiano?

    Kacper kiwnął głową na „tak”.

    Po skończonej lekcji Kacper miał czekać na dziewczyny przed szkołą.

    – Bierz te torby. Nie będziemy dźwigać, to mężczyzna jest od tego – nakazała mu Ola.

    – Zrobimy z ciebie prawdziwego gentelmena. Widziałyśmy, że zapominasz o przepuszczaniu dziewczyn w drzwiach. Mamusia cię nie nauczyła dobrych manier? – pyta z ironicznym uśmiechem Klaudia.

    – No co tak milczysz? Odpowiadaj! – zapytała Ola, trzymając go za włosy.

    – T… tak. Zrobię… co zechcecie. – odpowiedział przerażony Kacper.

    – Masz nas podwieźć do domu. Nie będziemy wydawać na autobus. Zaprowadź nas do samochodu. – nakazała Ola.

    Dziewczyny z Kacprem podeszły do jego auta i zwróciły uwagę na jedną rzecz.

    – Co powinieneś teraz zrobić jako mężczyzna? – pyta Ola.

    Kacper zapomniał, że powinien otworzyć drzwi dla dziewczyn i zamknąć je, gdy wsiądą.

    – A… przepraszam. Proszę.

    – Masz za każdym razem nam otwierać drzwi przy wsiadaniu i wysiadaniu. Nie będziemy tego robić same. Masz nam służyć, rozumiesz, śmieciu? – stanowczym głosem powiedziała Klaudia i napluła mu w twarz.

    Kacper odwiózł do domu najpierw Klaudię, a potem Olę. Tym razem już nie zapomniał o drzwiach. Musiał również dźwigać ich plecaki aż do wejścia od domu.

    Od następnego dnia Kacper musiał obowiązkowo podjeżdżać pod domy dziewczyn i zawozić je do szkoły. Oczywiście nie miał prawa zapomnieć o otwieraniu im drzwi oraz dźwiganiu ich plecaków.

    Gdy zbliżali się do drzwi szkoły, Ola i Klaudia zwalniały kroku. Kacper musiał wyprzedzać je biegiem, otwierać drzwi szeroko i stać z ręką na klamce, kłaniając się lekko. Czasem celowo szły bardzo powoli, a on czekał jak lokaj, czerwony na twarzy, bo inni uczniowie się gapili.

    W klasie, gdy wchodziły, natychmiast odsuwał ich krzesła – eleganckim ruchem, jedną ręką. Potem podsadzał je delikatnie za łokcie, aż usiadły. On musiał siedzieć w ławce za nimi. Pod ławką ich stopy nigdy nie odpoczywały. Ola deptała mu prawy, Klaudia lewy. Powoli, rytmicznie, tak żeby bolało. Gdy nauczyciel patrzył w inną stronę, szczypały go w udo albo w bok, wbijały mu swoje tipsy w jego ciało – mocno, aż zostawały czerwone ślady. Na jego zeszycie pojawiały się rysunki: serduszka z napisem „Własność Oli & Klaudii”, raz Klaudia narysowała mu na przedramieniu małego fiutka z napisem „frajer”.

    Na przerwie było jeszcze gorzej. Dziewczyny siadały na parapecie i mówiły słodko: – Kacperku, tam daleko jest wolna ławka… przynieś nam, piesku, raz dwa. Biegł przez cały korytarz, dźwigał ciężką ławkę, stawiał przed nimi, a potem klękał i czyścił im buty chusteczką, którą zawsze musiał mieć w kieszeni.

    Plecaki? Oczywiście, że jego. Obie torby wisiały na jego ramionach – ciężkie, pełne książek. One szły przed nim lekkim krokiem, plotkując, a on dreptał za nimi jak muł, zgarbiony.

    Na matematyce, gdy szeptał im odpowiedzi, Ola pod stołem przyciskała mu stopę do krocza i masowała go powoli przez spodnie – aż był twardy i obolały. Czasami dostawał mocnego szczypnięcia w jądra przez materiał.

    Piątek. Ostatnia lekcja się skończyła. Kacper stał przy wyjściu z szkoły z kluczami w ręku, nerwowo przestępując z nogi na nogę. Ola i Klaudia wyszły ostatnie – jak zwykle. Obie miały na sobie krótkie spódniczki, czarne rajstopy i botki na lekkim obcasie. Plecaki już czekały na jego ramionach.

    Ola spojrzała na niego z uśmiechem, który zawsze sprawiał, że robiło mu się gorąco i zimno jednocześnie.

    – No, psie. Gdzie twój samochód stoi?

    – Na parkingu za boiskiem… jak zawsze, Pani – odpowiedział cicho, spuszczając wzrok.

    – Pamiętasz, co ci mówiłyśmy w środę? Dzisiaj jedziemy do Oli. Ty prowadzisz. My z tyłu. I zero gadania, chyba, że cię o coś zapytamy. – powiedziała Klaudia.

    – Tak, Pani…

    Otworzył im tylne drzwi swojego starego golfa. Najpierw wpuścił Olę – elegancko, jedną ręką trzymając drzwi, drugą lekko podsuwając ją za łokieć. Potem Klaudię – dokładnie tak samo. Gdy wsiadły, zamknął drzwi delikatnie, jak na filmach, po czym szybko obszedł samochód i usiadł za kierownicą.

    Z tyłu rozległ się śmiech Oli.

    – Patrz, Klaudia, jaki grzeczny szofer. Nawet nie patrzy w lusterko wsteczne, żeby nie podglądać nóg swoich pań.

    – Bo wie, że jak spojrzy, to dostanie po mordzie – dodała Klaudia słodko. – Prawda, Kacper?

    Resztę drogi jechali w milczeniu. Tylko ich nogi czasem dotykały jego ramion, a raz Klaudia przesunęła butem po jego karku – zimna podeszwa zostawiła wilgotny ślad.

    Dojechali pod blok Klaudii. Kacper zaparkował idealnie równo. Wysiadł pierwszy, otworzył drzwi od strony Oli, podał jej rękę, pomógł wysiąść. To samo z Klaudią. Potem wyjął ich plecaki z bagażnika i zarzucił je sobie na ramiona.

    Klaudia przekazała klucze Kacprowi. Ten posłusznie otworzył drzwi i przepuścił dziewczyny do środka.

    Gdy weszli do przedpokoju, drzwi zamknęły się za nimi z kliknięciem. Ola odwróciła się pierwsza i kazała niewolnikowi rozebrać się do naga.

    – Zdejmij wszystkie ubrania i na kolana. Teraz.

    Goły Kacper uklęknął na zimnej podłodze. Klaudia zdjęła botki, postawiła je przed nim.

    – Najpierw wyczyść językiem. Z zewnątrz. Potem w środku. Jak zawsze.

    Zaczął lizać – powoli, starannie. Smak skóry, lekkiego kurzu z ulicy, ciepła stóp. Ola tymczasem zdjęła swoje botki i usiadła na kanapie w salonie.

    – Chodź tu, niewolniku.

    Podszedł na kolanach. Przywiązała mu ręce z tyłu czarnymi nylonowymi pończochami, które wyjęła z szuflady.

    – Dzisiaj robimy wszystko, co lubisz najbardziej… i to, czego się boisz najbardziej.

    Położyły go na brzuchu na dywanie. Klaudia usiadła mu na plecach, przygniatając. Ola stanęła nad nim w samych rajstopach.

    Pierwsze kopnięcie w jaja przyszło mocno. Kacper zawył.

    – Cicho – syknęła Ola i spoliczkowała go otwartą dłonią.

    Kolejne kopnięcia, raz za razem. Potem odwróciły go na plecy, przywiązały nogi do nóg stołu – szeroko rozstawione.

    Lizał desperacko, dusząc się prawie.

    Klaudia klęczała między jego nogami. Ściskała jądra, ciągnęła, szczypała, uderzała dłonią – precyzyjnie, boleśnie. CBT trwało długo. Bardzo długo.

    Ola usiadła na kanapie i podsunęła mu stopę do twarzy.

    – Liż.

    Język tańczył po jej palcach, między nimi, pod spodem. Klaudia włożyła mu całą stopę do ust. Potem kazano mu czyścić językiem ich szpilki – z zewnątrz i w środku.

    Ola usiadła mu na twarzy, wciskając mokrą bieliznę w usta.

    – Liż przez materiał. Głębiej.

    Klaudia chwyciła jego kutasa – już pulsujący, czerwony, obolały.

    – Błagaj.

    – Proszę… Panie… pozwólcie mi dojść… błagam…

    Klaudia zaczęła masować – powoli, mocno, idealnie. Kacper drżał, biodra unosiły się same.

    W momencie, gdy był na samym szczycie – puściła. Sperma wypłynęła leniwie, słabo, bez fali rozkoszy. Orgazm zrujnowany.

    Ola nachyliła się, złapała go za włosy i z całej siły otwartą dłonią uderzyła go w policzek. Klaudia nie chciała być gorsza, więc też sobie na to pozwoliła.

    – Jutro znowu podwozisz nas do domu. I znowu robisz wszystko, co każemy. Jesteś naszym niewolnikiem. Na zawsze.

    Kacper, wciąż związany, z policzkami płonącymi i fiutem obolałym, wyszeptał:

    – Tak, Panie… dziękuję…

    Wiedział, że to dopiero początek.

    Koniec.

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    Kacper
  • W domu z Tata

    Kiedy odrabiałem lekcje przy stole, czułem jego wzrok na sobie. Miałem na sobie czarną plisowaną spódniczkę i czarne pończochy. Ojciec siedział na kanapie naprzeciwko, a jego spojrzenie zdawało się przenikać przez blat, widząc moje nogi i więcej – znacznie więcej.

    Wiedziałem, że gdy lekko rozchylam kolana, może dostrzec koronkowe majtki i podwiązki. To uczucie – mieszanka wstydu, podniecenia i pragnienia – zawróciło mi w głowie. Chciałem go skusić, uwieść tym widokiem. Myśl, że widzi wszystko, co ukrywa spódniczka, doprowadzała mnie na skraj szaleństwa.

    Nie czekałem dłużej. Wstałem od stołu i podszedłem do niego. Bez słowa uniosłem spódniczkę. Jego oczy rozszerzyły się na widok pończoch, podwiązek i mojego wzwodu widocznego przez koronkową bieliznę. Zdjąłem majtki, uwalniając penisa, który teraz sterczał w pełnym wzwodzie.

    Ojciec oniemiał, ale po chwili objął mnie w pasie, przytulił i posadził na swoich kolanach. Poczułem jego podniecenie przez materiał spodni. Było pięknie, nieziemsko. Jego dłoń objęła mojego członka, a szybkie ruchy napletkiem sprawiły, że wkrótce doszedłem, wystrzeliwując jak gejzer.

    Wziął mnie na ręce i zaniósł do sypialni. Podniecenie nie opadało. Ojciec zrzucił ubranie, stanął nago przede mną. Jego członek był imponujący, nabrzmiały, domagający się pieszczot. Objąłem go dłońmi, a potem ustami, pieściłem językiem, choć żołądź ledwie mieściła mi się w ustach.

    „Połóż się” – szepnął. Położyłem się na łóżku, a on obok mnie, głaszcząc moje nogi w czarnych pończochach. „Kocham cię” – mówił. „Pragnę cię”. Rozchyliłem nogi, a on uklęknął między nimi. Głaskał moje uda, a ja masowałem oba członki – jego i swój – marząc, byśmy doszli razem.

    Jego wytrysk był obfity. Pochyliłem się, by złapać strumień w usta. Gorąca lawa w ustach – to było spełnienie marzeń. Leżeliśmy długo w milczeniu, a potem znów się kochaliśmy, całą noc, aż do utraty tchu.

    Rano poszedłem się umyć i ubrałem białe pończochy, licząc na jego zachwyt. Przy śniadaniu ojciec wyznał: „W całym życiu nie miałem takich orgazmów z żadną kobietą. Dzięki tobie, synu, świat się zmienił”.

    Po śniadaniu znów wylądowaliśmy w łóżku. Byłem szczęśliwy – jego syn, a jednocześnie jego kobieta. Ojciec wyznał mi, że od kiedy jako dziecko interesowały cię pończochy, we mnie obudziła się żądza. Fantazjowałem o tobie, o twoich orgazmach, aż do teraz, kiedy uwolniliśmy naszą największą pasję.

    „Niech to zostanie naszą tajemnicą” – szepnął, głaszcząc moje nogi i patrząc mi prosto w oczy. „Kocham cię i pragnę”. Objąłem jego twarz dłońmi i pocałowałem go w usta. Widziałem jego wzwód – potrzebę rozładowania – i wiedziałem, że to ja to zrobię.

    Stanął przede mną, zsunął spodnie i zaczął masować swojego członka. „Zrób to samo” – poprosił. Zacząłem się onanizować. „Chcesz, żebym cię ostrzyknął, czy wytrysnął ci w usta?” – zapytał.

    „W usta” – odparłem. To cudowne uczucie – dławienie się, gorący strumień uderzający w podniebienie, rozkosz połykania. Potem ojciec uklęknął i zaczął pieścić mnie ustami. Zarzuciłem mu nogi w pończochach na ramiona – ten widok był poruszający.

    Tak minęła sobota. „Czy jutro też będziemy w łóżku?” – zapytałem. „A chcesz?” – odparł. „Tak”.

    „Idziesz na zakupy? Możesz mi coś kupić?”. „Co takiego?” – zapytał ojciec. „Nowe pończochy. Lubię dostawać od ciebie prezenty”. Uśmiechnął się. „Kupię coś jeszcze. A ty przygotujesz kolację?”.

    Kiedy wrócił, wręczył mi małą torebkę. W środku były trzy pary pończoch, satynowy przezroczysty peniuar i czarne lakierowane klapeczki na obcasie. Byłem zaskoczony i wzruszony.

    Poszedłem się przebrać. Peniuar sięgał połowy łydki, z koronkowym dekoltem – szykowny, elegancki. A klapeczki były cudem. Kiedy zjawiłem się w kuchni, ojciec aż zajęczał. Podszedłem, by mu podziękować – w tych butach nie musiałem wspinać się na palce, by go pocałować.

    Nasze dłonie wędrowały po ciałach. „Oszaleję ze szczęścia” – westchnął. „Ja też” – odparłem. „Kocham cię” – wyszeptałem, a on przytulił mnie mocno, jakby nigdy nie chciał puścić.

     

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    Jan Kowalski
  • Siostrzana Dominacja (1)

    Julia zawsze była tą silniejszą. Miała dwadzieścia pięć lat, długie, czarne włosy, które opadały kaskadami na jej ramiona i oczy, które mogły zmrozić krew w żyłach jednym spojrzeniem. Pracowała, jako menedżerka w korporacji, gdzie rządziła zespołem twardą ręką, a wieczorami wracała do ich wspólnego mieszkania, gdzie czekał na nią Mateusz – jej młodszy o trzy lata brat. On był cichym programistą, introwertykiem, który unikał konfliktów i zawsze ustępował. Ale to, co zaczęło się, jako niewinna zabawa w dzieciństwie, ewoluowało w coś znacznie głębszego, mroczniejszego. Coś, co oboje ukrywali przed światem.

    Tego wieczora Julia wróciła później niż zwykle. Drzwi trzasnęły, a Mateusz, siedzący na kanapie z laptopem na kolanach, drgnął. Wiedział, co to oznacza, jej kroki na parkiecie były miarowe, zdecydowane. Stanęła w progu salonu, w swojej czarnej garsonce, z torebką przewieszoną przez ramię. Spojrzała na niego z góry, a on poczuł znajome mrowienie w brzuchu.

    – Wstań – powiedziała cicho, ale tonem nieznoszącym sprzeciwu.

    Mateusz odłożył laptopa i posłuchał. Zawsze słuchał. Podszedł bliżej, a ona wskazała palcem podłogę.

    – Na kolana.

    Zawahał się przez ułamek sekundy, ale to wystarczyło. Julia złapała go za podbródek, zmuszając, by spojrzał jej w oczy.

    – Powiedziałam: na kolana, braciszku. Czy mam ci przypomnieć, co się dzieje, kiedy nie słuchasz?

    Pokręcił głową, a jego policzki zapłonęły rumieńcem. Klęknął przed nią, czując, jak twardy parkiet wbija się w kolana. Julia usiadła na kanapie, krzyżując nogi. Jej czarne szpilki lśniły w świetle lampy. Wyciągnęła stopę i dotknęła czubkiem jego klatki piersiowej.

    – Zdejmij mi buty. Powoli.

    Mateusz drżącymi rękami chwycił za obcas. Delikatnie ściągnął szpilkę, odsłaniając jej stopę w cienkich, czarnych pończochach. Poczuł zapach jej perfum zmieszany z lekkim potem po całym dniu – mieszanka, która zawsze go podniecała. Powtórzył to z drugą nogą. Julia westchnęła z zadowoleniem.

    – Dobry chłopiec. A teraz… liż.

    Nie musiał pytać, co. Pochylił się i zaczął lizać jej stopy, czując smak nylonu na języku. Julia oparła się wygodniej, patrząc na niego z góry. Jej dłoń wsunęła się pod spódnicę, ale nie pozwoliła mu patrzeć. To była jej przyjemność, nie jego.

    – Pamiętasz, jak to się zaczęło? – zapytała leniwie, podczas gdy jej palce poruszały się pod materiałem. – Miałam osiemnaście lat, ty piętnaście. Złapałam cię, jak podglądasz mnie pod prysznicem. Mogłam powiedzieć rodzicom, ale zamiast tego… nauczyła cię szacunku.

    Mateusz mruknął coś w odpowiedzi, nie przerywając. Wspomnienie tamtego dnia paliło go od środka. Julia zamknęła wtedy drzwi łazienki, kazała mu klęknąć i… reszta była historią. Od tamtej pory była jego panią, a on jej posłusznym sługą. W sypialni, w kuchni, wszędzie, gdzie tylko chciała.

    – Szybciej – rozkazała, a jej oddech przyspieszył. Mateusz posłuchał, liżąc z większym zapałem. Czuł, jak jego własne podniecenie rośnie, ale wiedział, że nie może się dotknąć bez pozwolenia. To była jej zasada numer jeden.

    Julia jęknęła cicho, jej ciało napięło się. Doszła, nie odrywając wzroku od niego, a potem odepchnęła go stopą.

    – Wystarczy. Teraz rozbierz się.

    Mateusz wstał, zdejmując ubrania pod jej czujnym spojrzeniem. Stał nagi przed nią, z erekcją, której nie mógł ukryć. Julia uśmiechnęła się drwiąco.

    – Patrz na siebie. Taki mały, taki żałosny. Chodź tutaj.

    Przyciągnęła go bliżej, chwytając za włosy. Zmusiła, by usiadł okrakiem na jej kolanach. Jej dłonie wędrowały po jego ciele – szorstko, dominująco. Ścisnęła jego sutki, aż syknął z bólu pomieszanego z przyjemnością.

    – Powiedz mi, kim jesteś – wyszeptała mu do ucha.

    – Twoim… twoim niewolnikiem – wydyszał.

    – Głośniej.

    – Twoim niewolnikiem, siostro!

    Uśmiechnęła się szerzej. Wsunęła rękę między jego nogi, drażniąc go powoli. Mateusz zamknął oczy, ale ona szarpnęła za włosy.

    – Patrz na mnie. Chcę widzieć twoją twarz, kiedy błagasz.

    I błagał. Błagał o więcej, o pozwolenie, o wszystko, co mu da. Julia kontrolowała tempo, zatrzymywała się w ostatniej chwili, doprowadzając go na skraj szaleństwa. W końcu, kiedy uznała, że wystarczy, pozwoliła mu dojść – ale tylko na jej warunkach, na jej rękę, podczas gdy ona szeptała mu do ucha obelgi i komendy.

    Potem odepchnęła go na podłogę, wstała i poprawiła spódnicę.

    – Posprzątaj po sobie. I przygotuj kolację. Dzisiaj będziesz mi służył przy stole… nago.

    Mateusz kiwnął głową, wciąż dysząc. Kochał to. Nienawidził. Ale przede wszystkim – nie mógł bez tego żyć. Julia była jego siostrą, jego panią, jego wszystkim.

    A noc dopiero się zaczynała.

    CDN…

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    Ari Lupsy
  • Kuba i noc, ktorej nie planowal (1)

    Kuba od zawsze czuł to samo mrowienie w brzuchu, kiedy dotykał czegoś miękkiego, śliskiego, kobiecego. Najpierw były to rajstopy mamy – cienkie, czarne, 15 DEN, które zostawiały na skórze delikatny połysk i zapach płynu do płukania. Pamięta dokładnie, jak po raz pierwszy naciągnął je na nogi w łazience, zamknął drzwi na klucz i patrzył w lustro na swoje uda, nagle smuklejsze, bardziej zaokrąglone. Serce waliło tak mocno, że bał się, że ktoś usłyszy przez ścianę. Dotknął się wtedy przez nylon – pierwszy raz tak mocno, że kolana ugięły się pod nim.

    Z czasem potrzebował więcej.

    Kupował w Internecie: stringi z koronką, która drapała lekko w pachwinach, push-up biustonosze z gąbkami, które dawały mu piersi, jakich nigdy nie miał, satynowe halki, które ślizgały się po brzuchu i biodrach jak chłodna woda. Najbardziej lubił moment, kiedy zakładał pończochy z szeroką koronką – ten dźwięk, kiedy materiał sunie po ogolonej skórze, to uczucie, że nogi nagle stają się dłuższe, delikatniejsze, bardziej “czyjeś”. Malował paznokcie u nóg prawie, co tydzień – czerwień, bordo, głęboki fiolet – i potem godzinami siedział w samych stringach i pończochach, głaszczą własne łydki, patrząc, jak lakier odbija światło lampki nocnej.

    Tamtego wieczoru rodzice wyjechali. Kuba przygotował się starannie, jak na randkę z samym sobą.

    Wziął prysznic, ogolił wszystko – nogi, pachy, krocze, nawet pośladki. Wsmarował balsam o zapachu wanili i brzoskiwni. Paznokcie u stóp pomalował krwistą czerwienią. Potem blizna: czarny komplet push-up i stringi z cienkiej koronki, która prawie nic nie zakrywała z przodu. Na to czarne, bardzo krótkie body z siateczki i głębokim dekoltem. Na nogi czarne pończochy samonośne z szeroką koronką. Na koniec, czerwone szpilki 10 cm, w których ledwo chodził, ale właśnie o to chodziło. O to, żeby czuć się niestabilnie, wystawionym, trochę bezbronnym.

    Stanął przed lustrem w przedpokoju. Ciało lśniło od balsamu, stringi wcinały się między pośladki, biustonosz wypychał klatkę piersiową, sutki prześwitywały przez siateczkę. Dotknął się palcami po wewnętrznej stronie uda – skóra była gładka, ciepła, pachniała słodko. Zamknął oczy i wyobraził sobie, że ktoś patrzy. Że ktoś widzi go takiego – nie chłopaka w przebraniu, tylko właśnie taką wersję jego samego.

    Usłyszał ciche pukanie do drzwi wejściowych.

    Zamarł.

    Potem kroki na klatce. I głos -niski, spokojny.

    – Kuba? Jesteś? Przyniosłem wam tę wiertarkę, którą pożyczałem…

    Pan Marek.

    Kuba stał w szpilkach na środku przedpokoju, serce dudniło mu w uszach. Nie odpowiedział. Myślał, że odejdzie.

    Ale klamka się poruszyła. Drzwi były tylko przymknięte – zapomniał zamknąć na zamek.

    Marek wszedł. Zamarł w progu.

    Przez długi czas patrzył. Na czerwone szpilki. Na pończochy z koronką opinającą udo. Na stringi, które prawie nic nie ukrywały. Na siateczkowe body, pod którym widać było sutki i linię brzucha.

    Kuba nie uciekł. Nie zasłonił się. Stał, lekko pochylony do przodu, ręce opuszczone wzdłuż ciała, oddychał płytko.

    Marek zamknął drzwi za sobą. Bardzo powoli.

    – Cholera… – wyszeptał. – Nie wiedziałem.

    Kuba przełknął ślinę. Głos mu drżał.

    – Proszę… nie mówić nikomu.

    Marek zrobił krok. Potem drugi. Zatrzymał się metr od niego.

    – Nie powiem. – Spojrzał mu w oczy. – Ale cholera… wyglądasz…

    Nie dokończył. Zamiast tego wyciągnął rękę i bardzo powoli dotknął palcem koronki na udzie Kuby. Tylko opuszkiem. Jakby sprawdzał, czy to prawdziwe.

    Kuba drgnął całym ciałem. Westchnął cicho, mimowolnie.

    – Podoba ci się? – zapytał Marek bardzo niskim głosem.

    Kuba skinął głową. małe, szybkie skinienie.

    Marek przesunął palce wyżej, po koronce, potem po gładkiej skórze nad pończochą. Dotknął gumki, zahaczył lekko palcem. Kuba sapnął.

    – Mogę… zdjąć ci to body? – zapytał Marek.

    Kuba zamknął oczy. Kiwnął głową.

    Marek chwycił materiał pod pachami i powoli pociągnął w górę. Siateczka sunęła po skórze, biustonosz został na chwilę odsłonięty, potem Marek rozpiął haftki z tyłu jednym ruchem. Kuba stał teraz w samych stringach, pończochach i szpilkach. Sutki stwardniały od samego powietrza.

    Marek pochylił się i wziął jeden sutek w usta – delikatnie, ale zdecydowanie. Kuba złapał go za ramiona, palce wbił mu we flanelową koszulę. Jęknął głośno, biodra same poszły do przodu.

    Marek zsunął się niżej. Klęknął. Nosem dotknął koronki stringów, wciągnął zapach. Potem językiem przejechał po materiale – tam, gdzie Kuba był już twardy i mokry na czubku. Stringi natychmiast stały się wilgotne.

    – Zdejmij je – szepnął Kuba.

    Marek pociągnął stringi w dół. Powoli. Kiedy penis Kuby wyskoczył, Marek objął go ustami – ciepło, mokro, głęboko. Kuba złapał go za włosy, biodra ruszyły same. Marek ssał mocno, jedną ręką masując jądra, drugą gładząc udo w pończosze.

    Kuba nie wytrzymał długo.

    Doszedł mu w ustach, trzęsąc się cały, szpilki ślizgały mu się po panelach, prawie upadł. Marek przytrzymał go za biodra, nie wypuścił, przełknął wszystko.

    Potem wstał. Pocałował Kubę w usta mocno z językiem.

    – Chcesz więcej? – zapytał cicho.

    Kuba, wciąż drżący, skinął głową.

    – Chodź do sypialni – powiedział Marek – I zostaw szpilki.

    Kuba poszedł przodem, kołysząc biodrami, czując na sobie wzrok sąsiada. Wiedział, że to dopiero początek nocy.

    I że już nigdy nie będzie zakładał kobiecych rzeczy tylko po to, żeby patrzeć na siebie w lustrze.

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    Ari Lupsy
  • Ronan

    Wiarygodne są dzieje Ronana i potomka jego zwanego Ronald, bo za prawdę szamanom znane są przeszłość jak i przyszłość. Zechciejcie, więc ich perypetii przez nawie kniei kazruńskich mi objawionych wysłuchać!…

    Ronald tak jak każdy inny szesnastolatek chętnie skorzystałby z nadarzającej go okazji żeby zarobić spore pieniądze, do tego, fortunnie, małym wysiłkiem. Ryzyko z tym związane było rzeczą drugorzędną. Zgłosił się, jako chętny do wzięcia udziału w tajnym naukowym eksperymencie w pobliskiej placówce badawczej nowopowstałego tajnego instytutu. Nadawał się idealnie. Młodego, dodatkowo potrzebującego pieniędzy na rzeczy służące w korzystaniu dóbr cyfrowych w razie, czego jest najłatwiej zastraszyć. Wyszedł z domu piątkowego wieczoru mówiąc mamie, że idzie po prostu sobie dorobić. Słyszał, że seria badań ma dotyczyć teorii o pamięci komórkowej. Niedługo miał się przekonać, że teoria ta jest naukowym faktem.

    – Trenujesz tam na wf-ie? – zapytała koło czterdziestoletnia laborantka na widok jego nie najlepszych badań.

    – No pobiegam tam trochę zawsze… –odparł mając głowę skierowaną w stronę laborantki, a wzrok w kierunku apetycznych ud odsłoniętych przez podwiniętą samoistnie spódnicę.

    – Połuż się.

    Po chwili przyszła z czepkiem naszpikowanym jakimiś czujnikami.

    – Załóż to. – nakazała.

    – Co to? –zapytał.

    – Eksperyment jest tajny, lepiej ci nie mówić.

    Nie spodziewał się że zacznie się od razu na poważnie.

    – Zamknij oczy, leż spokojnie…Coś powinno ci się zacząć odtwarzać… – oświadczyła.

    Momentalnie jego mózg stracił kontakt z resztą ciała. Poczuł jak do jego wyobraźni wtłaczany jest obraz jakiegoś budynku, dodatkowo poszatkowanego mrugającymi niebieskimi paskami jak na popsutym monitorze. Budynek zasłaniał dodatkowo jakiś inny element należący do scenerii. Element ten zaczął się nagle poruszać. Nagle zakłócenia zniknęły.

    – Ronan! Ronan! – wiwatował tłum jeszcze zanim krata wychodząca na arenę zdołała się unieść do góry. Wydarzenie wzbudzało zachwyt u najmłodszych ze względu na widowiskowość, a u starszych, dlatego że wiązało się z możliwą wygraną pieniędzy.  W przeciwieństwie do dużej większości pojedynków, ten był walką na śmierć i życie. Ocalały miał odtąd żyć w dostatku po zawarciu małżeństwa z jakąś podstarzała patrycjuszką. Takiego losu przynajmniej spodziewała się gawiedź po zesłańcach z niebios. Było to starcie finałowe, w którym zmierzyć się mieli mistrzowie z odległej Arwazji (krainy podbitej przez Kazrun gdy Ronan był jeszcze chłopcem) i Sogdarii. Wezwali swe bogi i ruszyli ku sobie. Od początku widać było przewagę fizyczną Ronana. Choć mentor sugerował znalezienie Ronanowi jakieś wyszukanej taktyki (czego oczekiwało się od zawodników na tym poziomie) to on pozostał przy swoim i niemiłosiernie mierzył w sogdarczyka swoim toporem. Nastoletni fani w większości obstawiali zwycięstwo sogdarczyka dowiedziawszy się kiedyś, że na tym szczeblu liczy się przede wszystkim dobór taktyki. Niedługo po tym wiadomo było również, że ćwiczy jedynie zwykłe ciosy. Dzięki tym zasłyszanym wieściom uchodzili wśród swoich rówieśników za znawców. Starsi natomiast wiedzieli, że fali prostych, wyćwiczonych ciosów nie da się opanować i zostawali przy Ronanie. Nagle został ugodzony Ronan. Spodziewał się tego układając swoją ,,taktykę” ale mógł kontynuować. Zauważył wtedy królową miotającą się na tronie. Domyślał się, co ze sobą wyczynia. Z samego środka stadionu trybuny widzi się najlepiej. Sogdarczyk niedługo po tym oberwał znacznie dotkliwiej. To częściowe obezwładnienie było zwiastunem drugiego dotkliwego uderzenia. Po trzecim widownia już nie zastanawiała się, kto wygra. W końcu i Ronan spoczął na ziemi, z własnej woli, w przeciwieństwie do sogdarczyka. Obrażenia Ronana nie pozwalały mu stać. Darł się a spod trybun wystrzeliły nagle armatki z płatkami róż. Królową właśnie przeszył tak dreszcz, że o mało nie spadła z tronu. Ronan był już niemal pewny, czym się zajmowała przez cały czas trwania widowiska. Płatki po woli opadały na skąpane we krwi truchło sogdarczyka i drącego się z bólu Ronana. Dzisiejsze widowisko potwierdziło przypuszczenia niektórych, że arwazyjczycy są mężni nie dlatego że dorastają w osadach położonych wysoko w górach (w przeciwieństwie do mieszczanina którym był Ronan), a dlatego że płodzą ich postawne arwazyjskie kobiety.

    – Dzisiaj raczej nic nie zarobię… – powiedział do siebie Ronan smucąc się, że nie dostanie dzisiaj honorarium od jakieś patrycjuszki (lub patrycjusza, który bardzo pragnął popatrzyć na swoją żonę będącą w objęciach arwazyjczyka). Często zamiast honorarium prosił swoje klientki o naukę astrologii- dziedziny, której zgłębianie tajemnic mężczyźni uważali za fanaberię a Ronan za wiedzę, która mu się z pewnością przyda, bez względu na to czy będzie żebrakiem lub bogaczem. Dowiedział się wtedy, że zbliża się czas wielkich zawirowań.

     – Co teraz? – zastanawiał się Ronan. Przez całe życie służył albo swoim rodzicom albo swojemu panowi. Zdał się na to, na czym się znał- na gwiazdach. Wiedząc, że przyszłość jest niepewna, postanowił stać się jej częścią zamiast biernym obserwatorem z loży honorowej którą mógł stracić podczas jednej z zawieruch.

    Doszedł do karczmy. Nie zbliżał się do niej, ponieważ uniemożliwiała mu to rozwścieczona, egzotycznie wyglądająca barbarzyńca wymachująca kijem przed napalonymi żebrakami. Każdy były gladiator dałby jej trochę fasoli żeby zachęcić do kontynuowania widowiska. On jednak dał jej żołd, za który stała się jego kompanem. To samo zaproponował grupce zaprawionych w boju pijaków. Miejski statut pozwalał niewolnikom mieć własne zasoby– jego były większe od większości kazrunian.

    Gdy leżał na łożu przy poddaszu w karczmie (nie miał jeszcze swojego a do tego ze stadionowego lochu nie zamierzał wracać) usłyszał nagle słodki szept. Brzmienie sugerowało na dojrzałą arwazyjkę. Zwrócił głowę w kierunku, z którego wydobywał się głos.

    – Matka!… – wyrzucił z siebie na widok zarysu najwspanialszej kobiety, jaką znał.

    Na subtelny gest przywołania bez namysłu udał się za nią żeby po chwili znaleźć się w ciemnej przestrzeni oświetlanej jedynie przez fioletowe przebłyski. Odwracał się nieustannie we wszystkie strony.

    – Błagam! Pokaż się! – krzyczał.

    – Jestem duchem, mnie nie ma. – tłumaczyła brak swojej cielesności.

    – Pisany jest ci znój wojen… – odrzekła potwierdzając znane mu astrologiczne proroctwa.

    – Pokaż się! – bezskutecznie z siebie wydobywał.

    – Bądź dzielny…

    – Chociaż twój dotyk…

    Po usilnych prośbach dziecka zdecydowała się na przybranie cielesnej postaci i okazanie jej poprzez pocałunek w czoło. Gwałtownym ruchem przygarnął do siebie arwazyjską pękność i począł błądzić uporczywie (czyli najwłaściwiej dla tej sytuacji) rękoma po jej głowie i plecach, zahaczając z rozpędu o niepojęte pośladki. Tym szalonym ruchom towarzyszył grad pocałunków w głowę i szyję. Wtem nagle kobietę pochwyciła  jakaś ręka lub energia– przez co zmuszona została do szybkiego oddalenia się od stęsknionego.

    Osłupiał, wyciągnął rękę do niej. Za wolno. Zaczął biec. Już by ją dogonił, lecz wtem ukazała się przed nim rzeka zatracenia. Bez wahania rzucił się w nurt, lecz z chwilą, gdy jej stopy zanurzyły się w ciemnej toni nagle zniknęła. Jego ostatnim wspomnieniem był widok wirującego materiału sukni i roztrzepanych włosów. Czuł, że wartki nurt go porywa. Nie potrafił pływać, więc zaczął się żegnać z dobrze mu znanym światem. Uratowało go poranne pohukiwanie pawia. Żałował ptaka, chętnie by do niej dołączył…

    – Co tu się odkurwia!? – krzyknął na widok nowo zrekrutowanego pijaka gwałcącego patrycjuszowską młódkę na tyłach karczmy jednocześnie łapiąc się za głowę.

    – Zapłacę! Mój tata jest bogaty! Nie rób mi tego! – krzyczała. Pijak był jednak na tyle rozsądny, że wiedział, że jej ojciec w najlepszym wypadku zaoferuje mu przymusową pracę w jednym ze swoich kamieniołomów.

    Żebracy miejący tam swoją siedzibę zaspokajali się otwarcie patrząc na widowisko. Co odważniejsi próbowali ,,naśladować”  różne pozycje z żebraczkami.

    – Wynosimy się stąd! – krzyknął Ronan.

    – Przecież jesteśmy bandą i nic nam nie straszne… – odpowiadał, gdy inny próbował go od niej oderwać.

    Barbarzyńca wiedząc, że pobudzonego mężczyzny nieokiełznana siła wylała na niego nieopodal stojące wiadro ze szczynami.

    Nagle gwałciciel usłyszał charakterystyczny brzęk stali strażniczej zbroi. Znał go dobrze nie mając z nim związanych miłych wspomnień. Zaczął uciekać w przeciwnym kierunku zanim ich jeszcze spostrzegł.

    – Gwałciciel! Gwałciciel! Tam! – krzyczała do strażników.

    Ronan zląkł się nieco, ponieważ szykował się do zasadzki na królewską karawanę. Nie chciał jednak z nimi walczyć, bo nie znał jeszcze umiejętności pijaków. Przy sprawach wagi państwowej nieobyczajność schodzi jednak na dalszy plan…

    – To tak się żyje za podatki arwazjan… – ocenił przepych wnętrz pałacu. Strażnicy odprowadzili Ronana pod zdobne podwoje.

    – Wejść Aaa! – owo Aaa nie zrobiło na strażnikach większego wrażenia.

    Poza największym bogactwem oczom Ronana ukazał się zwalisty, ciemnoskóry, nagi barbarzyńca. Nie przejmował się jego obecnością. Trzymał pewnie w swoich dużych dłoniach zgrabne nogi szczupłej dziewczyny. Drżały w rytm mocnych pchnięć. Honor barbarzyńskiego wojownika nakazywał mu dominację nad kobietą podczas jej zaspokajania, na co królowa przyzwalała ze względu na jego walory. Zgrabne nogi były oparte wysoko o pozłacane podpory z motywem syreny, wykonane na zamówienie. Zapewniały podobno większy komfort podczas dominacji mężczyzny- modne ostatnimi czasy na całym zachodzie w patrycjuszowskich domach.

    ­– Ktoś tyy? – próbowała z siebie wydobyć nie widząc gościa.

    – Ronan

    Aaa występowało teraz raz cicho, raz ogłuszająco. Towarzyszyły mu charakterystyczne klepnięcia dwóch ciał o odpowiednio równej głośności. Ostatnie były najmocniejsze. Podpory były wykonane solidnie i przymocowane do podłogi, więc bez przeszkód pozwoliło to jej na wygięcie się w łuk. Po wyrównaniu oddechu opuściła nogi i podwiniętą zawczasu przewiewną suknię.

    – Do bali! – powiedziała do byłego wojownika, który dzielił ten sam los co Ronan tydzień wcześniej, z tą tylko różnicą że nie dostawał honorarium.

    Zobaczył ją po raz pierwszy z bliska. Zaszufladkował, jako piękną. Podążyła za sługą.

    – Widziałam jak rąbałeś tego sogdaryjczyka tydzień temu. – odparła kierując zalotnie ramię ku odwróconej do niego głowie. Niestosowności tej sytuacji dopełniało spływające po nogach strugami wojownicze nasienie. Zdjęła suknię dopiero po zanurzeniu się w wodzie. Znad piany unosiła się teraz tylko jej głowa.

    – Masz podobno doświadczenie w walce niestandardowej…

    – Tak– odparł z charakterystyczną dla siebie zwięzłością.

    – Na północ od zabudowań wieśniacy skarżą się na dość nietypowe zjawisko… – tłumaczyła gdy murzyn jednocześnie zmywał z jej produkt uboczny przyjemności.

    – Minotaur gwałci tamtejsze dziewice… – na te słowa zmrużyła uroczo oczy.

    Nigdy o takim akurat nie słyszał. Jeśli takowy istniał to, czemu nie zmierzył się z nim na arenie– zastanawiał się.

    W rzeczywistości problemy prowincji po prostu interesowały królową w przeciwieństwie do zobojętniałych mieszczan, do których należał również Ronan.

    – Złoił już paru zacnych wojowników. – wydała podobne westchnienie, co na stadionie bowiem dotarł do źródła z którego wydobywało się wiadomo co.

    – Dam ci złota. – powiedziała, po czym niewolnik wyszedł z bali i wręczył mu sporą sakwę ze złotem.

    Zaniemiał. Pierwszy raz w tej fałszywej krainie ktoś obdarzył go zaufaniem. Zapomniał dawno jak to jest być nim obdarzonym. Nie wiedziała pewnie, że drużynę ma już skompletowaną, pewnie dlatego, że nie wiedziała że gladiator może być bogatszy niż biedniejsza połowa ludu.

    – Nie wiem, co tam trzeba zrobić… Chyba kogoś zrekrutować… Oddasz mi potem resztę. Poza tym jeśli się postarasz rozwiązać problem jak najszybciej, zaoferuję ci nie tylko złoto…

    Na te słowa wynurzyła się nieco z zakrytymi przez dłonie piersiami.

    – Gdzie boki? Gdzie uda? Chędożyć coś takiego chyba tylko po pijaku! – osądziłby zapewne arwazyjski wojownik wychowany na odmiennym kanonie piękna, bowiem próżno było szukać u niej arwazyjskich krągłości. Ronana niestety wychowywała głośna arena a nie surowe wąwozy arwazyjskich gór, więc zdanie miał odmienne.

     – Postaram się ciebie nie zawieść, o pani. – odpowiedział robiąc przy tym wielkie oczy, po czym nie tracąc cennego czasu odszedł.

    Pierwszy raz znalazł się na północy miasta. Wóz ze znajdującymi się w nim zakutymi gladiatorami nie udawał się nigdy w kierunku puszczy, za którą znajdował się tylko ocean.

    – Taak! – usłyszał żebraka spuszczającego się do gardła patrycjuszowskiej młódki, którą od razu rozpoznał po stroju.

    – Co ona … ? – zapytał się barbarzyńcy ze zdziwieniem. Chociaż sakiewkę miał pełną to świat znał głównie z opowieści.

    – Pokręcone dziewuchy z dobroci serca pomagają biedakom – odparła niwecząc nadzieje Ronana na zarobek za uwolnienie dziewczyny.

    – Oby świat się kiedyś zmienił na lepsze … – powiedział do siebie myślami łącząc się w bólu z osobą która miała pod górkę jak on za niewoli.

    Ałaa! – wydarła się wieśniaczka z łapiąc się jednocześnie za swoje grube pośladki. Była awrazyjką o walorach zdumiewających nawet dla awrazyjczyków. Jej gospodarstwo znajdowało się na Kazruńskim pograniczu, więc awrazyjczycy byli tam liczni. Po słusznej w swoim mniemaniu grze wstępnej składającej się z jednego klapsa wieśniak zadarł suknię do góry i wszedł. Darła się teraz porównywalnie głośno.

    – Widzę, że jurność ojca nie opuszcza! – krzyknął starszy z synów udając, że nakłada gnój. Obserwowanie innych ludzi przy swoich codziennych czynnościach było jedną z niewielu rozrywek na kazruńskiej prowincji.  Siostra i brat jego jedynie zerkali. Nagle usłyszeli stukot kopyt przynajmniej paru koni.

    – Poborcy podatkowi o tej porze?! – zdziwili się.

    Nagle do obory wdarła się grupa uzbrojonych pijaków. Na prośbę barbarzyńcy nikogo nawet nie ogłuszano. Ronan będący na przedzie rzucił się na dziewczynę i począł gwałcić. Znany mu z nachalności w stosunku do kobiet i w zwinności w ucieczce zajął się grubą.

    – My tylko prości ludzie! –kłamał drąc się kułak, ponieważ w tej okolicy bogatsi chłopi darzeni byli równym szacunkiem, co mniej zamożni rycerze.

    O dziwo większe zainteresowanie u moczymordów wzbudzała egzotycznie wyglądająca matrona. W akompaniamencie pisków do kolumny przywiązywani byli mężczyźni. Sytuacja była dla nich o tyle dodatkowo niekomfortowa, że od słuchania i zerkania zaczęli czuć niedogodę w kroczu. Do gry weszła wtedy barbarzyńca uśmierzając nieco cierpienia jednemu z nich. Słyszała, że na północy są jurniejsi ale nie przypuszczała że aż tak. Poczęła ujeżdżać pierwszego. To samo było o poranku.

    – Nie wiem jak długo się nami zajmowali, niedługo na pewno się zacznie brzuchacić… do burdelu trzeba by zawieźć najlepiej dzisiaj… – snuł plany dla swojej córki ponieważ żaden poczciwy kułak nie wydawał za mąż dziewuchy z dzieckiem.

    Po dopiciu resztek piwa udali się w dalszą podróż.

    – Rżnijta chłopy i do pizdy spuszczajta, nie jest Lukrecja już siostrą waszą a kurwą. –powiedział chłopakom po zmianie jej statusu, po czym począł ją chędożyć, bardziej symbolicznie bo nie miał wystarczająco siły po igraszkach z barbarzyńcą.

    Do stanu używalności doprowadzała się matrona. Spostrzegła na sobie wzrok niegdyś udającego pracę. Uśmiechnęła się figlarnie podciągając przy tym nieco suknie. Gdy zobaczyła że stary już wychodzi, położyła się z powrotem i rozchyliła swoje nogi w zapraszającym geście. Spowodowało to zwolnienie się jednego miejsca w kolejce do dziewczyny. Zlał się całkowicie z jej ciałem.

    – Matko! – zaczęła krzyczeć, gdy zaczynał ją brać jurniejszy.

    – Uciszy kurweee! – próbowała wydobyć z siebie srodze chędożona matrona nie wykazując zrozumienia dla córki.

    Doszedł zastępując tym samym znajdujące się wewnątrz nasienie pijackie synowskim. Wyszła będąc poklepiwanana po dupie i chichocząc.

    Przede wszystkim nie można było popełnić błędów poprzednich wojowników, którzy uzbrojeni jedynie w miecz i tarczę chcieli samemu pokonać potwora żeby cały splendor spłynął potem na ich samych. Potrzebował drużyny. W jednym miała rację– to zadanie wymagało niestandardowych metod. Przydatna miała okazać się umiejętność walki przeciw pomniejszym stworom na arenie. Zabrał ze sobą sieci z odważnikami przy wierzchołkach. Narzędzie wzbudzające rechot u wojskowych wyjadaczy. Dla niego jednak liczyła się skuteczność. Dodatkowo postanowił zaczaić się na potwora wysoko na drzewie jak zlękniona małpa. Potrzebował tylko najważniejszego ,,składnika” planu. Dziewicy. Znalazł ją jakiś czas temu wesoło przechadzającą się po lesie. Po serii naprzemiennego przeklinania pijaków, przywoływania choćby tylko zasłyszanych bóstw oraz pisków, barbarzyńca upewniła się w przekonaniu, że dziewczyna jest dziewicą. Dla zwiększenia efektu po przywiązaniu do drzewa obnażono jej piersi.

    Ściemniało się. Można było usłyszeć pohukiwania wszelakich stworzeń leśnych zlewających się w coś na kształt ryku minotaura. Usłyszeli jednak nie jego ryk, a nadchodzące kroki. Podszedł do dziewczyny. Zaczął obwąchiwać, najwięcej uwagi poświęcając łonu.

    – Teraz! – krzyknął Ronan.

    Jednemu z pijaków niechcący dłoń zaplątała się w sieć podczas rzucania. Siła odrzutu i masa odważników zrobiły swoje, co spowodowało upadek niebezpiecznie blisko minotaura. Stwór próbował przedostać się bliżej niego, lecz wtem zleciał na linie na potwora Ronan chlastając mu gardło. Przed odjazdem odrąbał mu róg, jako trofeum.

    Wracając drogę korowodowi zastąpiło dwoje ludzi.

    –Mocarzu! Mocarzu! – krzyczał hołdując przywódcę mężczyzna w stroju wskazującym na zamożność.

    – Niebios zesłańcem tyś mi!

    Ronan nakazał się zatrzymać.

    – Zlitujże się! Niepłodnym ja a syna potrzebuję, zechciej go wprowadzić do łona tej przedniej niewiasty. Wskazał na kobietę, która na te słowa posłusznie usiadła na ziemi i rozchyliła pokornie swoje nogi.

    – Z nie lichą prośbą do mnie przychodzisz gospodarzu… Żonę widzę macie piękną… – odpowiedział komplementem na komplement Ronan.

    – Za prawdę nie liche to zadanie! – rzucił któryś żartobliwie.

    – I wielce ważne, u nas się mówi: jaki ojciec, taki syn. A ze mnie budzący wzgardę celnik, a z ciebie wielki wojownik. Bandę masz przednią. Na boku dodam, że jeśli chcecie dłużej zabawić w Kazrunie, to dostaniecie ode mnie list żelazny…

    – Starczy! – przerwał nagle uznając, że wystarczająco zapoznał się z przypadkiem.

    Zsiadł z konia.

    – Bądź, że żwawy mocarzu. ­–prosiła niewiasta powołując się na drugie przeświadczenie: taki syn jakie poczęcie jego.

    Idąc jego wzorem barbarzyńca udała się ku impotensowi. Szybkim ruchem zdjęła mu spodnie. Klepnęła parę razy niewystarczająco męską męskość żeby zesztywniała, po czym podwinęła suknię do góry.

    – Jak się z całą mocą nie spuści to gardło poderżnę!– oznajmiła w charakterystycznym dla siebie stylu jednocześnie podkładając mu pod gardło sztylet, po czym zaczęła żwawo ujeżdżać.

    – Tak! Tak! – krzyczała z radości po zlepieniu się z Ronanem.

    Celnik odwrócił się. Na widok tej, która miała stać się brzemienną wyraźnie stwardniał.

    – Aaa! ­– ten okrzyk wydała najgłośniej przyćmiewając nawet te Ronana.

    Dla celnika było to już za dużo– poszedł w ślady Ronana.

    – Dobra robota!– odparła barbarzyńca.

    Gdy Ronan wracał na koń, przed niewiastą formowała się już kolejka pijaków. Po ostatnim pokrył ją jeszcze raz na koniec Ronan– zdążył wcześniej odzyskać swe siły.

    – Za tą posługę nie dostaniecie ode mnie srebra– powiedział pijakom dla jasności Ronan.

    – Tyle by było z naszej strony…– rzekł na pożegnanie uznając, że kałuża nasienia pod niewiastą była wystarczająco obszerna.

    – Wybawcy! Wybawcy! – biegnąc wołał na pożegnanie celnik do czasu aż konie go nie wyprzedziły.

    Po trudzie wyprawy pewien był jednego– najpierw zaspokoi swój głód, potem chuć. Jako jedyny mężczyzna na sali prócz grajków miał na sobie ubranie. Za służących robili roznegliżowani byli książęta i królowie z podbitych niegdyś krain. Udając się ku honorowemu miejscu mijał cały przekrój patrycjuszek- od młódek po dojrzałe. Wyciągały ku jemu ręce jakby widziały jakiegoś herosa. Nigdy nie spożywał przedniej przyrządzonych ryżowych podpłomyków. Po wieczerzy komnatę wypełniła bardziej stonowana muzyka. Książęta zatrzymali się. Każda patrycjuszka podeszła do tego, który stał najbliżej niej, przez co jeden miał co najwyżej trzy. Podeszła również królowa. Pozwoliła mu się rozebrać. Ciało miała jędrne.

    – Prawdziwy wój tylko dominuje! – krzyczał znajomy mu barbarzyńca obsługujący według uznania którąś z młodych.

    – Ała! – wrzasnęła, gdy rzucił ją na stolik, ponieważ chciała go ujeżdżać.

    Po chwili wymsknęła się znowu odzianemu jedynie w bransolety, ponieważ jako niewolnik nie mógł gwałcić.

    – Ałaa! To mi się podoba! – krzyknęła jeszcze mocniej decydując się na poddanie się egzotycznej sile.

    Ronan w przeciwieństwie do ciemnoskórego był mieszczańskim wojownikiem, więc jedynie chciał wykazać przed królową, kto jest królem przyjemności. Wiedział dokładnie, czego pragną patrycjuszki chędożąc setki podobnych. Nie były wielce skomplikowanymi istotami. Wystarczyło przygotować wejście ustami a następnie wejść.

    Podczas wstępu  przyciągnęła go nogami do siebie, jednocześnie odchylając do tyłu głowę.

    Dzięki tej odpowiedzi ciała nie potrzebował pytać się czy godnie (odpowiednio intensywnie) toruje sobie drogę językiem.

    – Myślałam, że to już koniec! – zdziwiła się po rychłym dojściu wzmożonym przez widok jego nabrzmiałej męskości. Wzdychała tak wyraziście, że stałe bywalczynie uczt zaczęły się zastanawiać czy jest brana przez mężczyznę czy też znającego poza światowe techniki inkuba.

    Te słowa oznaczały dla hegemona rozkoszy to, że jest w pełni gotowa. Wszedł, więc od razu do samego końca.. Nie tolerował modnych podpórek, ich rolę spełniały jego masywne barki. Sterując nim swoimi nogami przekręciła go na stół i dosiadła. Rozkoszowała się nim teraz znacznie spokojniej dając sobie przy tym nieco wytchnienia.

    – Daj mi potomka! – nakazała Ronanowi, ponieważ była niezależnym w pełni władcą i sama decydowała, komu spłodzi dziecko. Poza tym myślała, że Ronan zbliża się do kresu swojej wytrzymałości i za chwilę dojdzie. Sowicie się myliła. Na te słowa chwycił ją pewnie za krągłe pośladki, uniósł do pozycji odpowiedniej do siedzącej dominacji i począł ładować w znajdującą się nad nim pochwę.

    Tak jak on zdominował ją, tak jej okrzyki dominowały nad okrzykami innych plutokratek. Chociaż intuicja podpowiadała jej, że potomek został poczęty to dla pewności zamierzała go przez przynajmniej parę dni mieć jeszcze u swego boku…

     

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    Psst- zostaw komentarz

    * Dzieje Ronana są kontrowersyjne, częścią opowiadania jest krótki wstęp.*

  • Pociag bez hamulcow 4

    Byliśmy tak pochłonięci sobą, że nie zauważyliśmy, jak pociąg zaczął zwalniać. Nagle szarpnęło, koła zgrzytnęły na szynach, a całe ciało zadrgało – zatrzymaliśmy się na jakiejś małej, zapyziałej stacyjce, której nawet nie zauważyliśmy na trasie. Za szybą przedziału pojawiły się mdłe, żółtawe światła peronu, rzucające blade cienie na nasze spocone ciała. Zasłonka w oknie była wciąż odsunięta, a my byliśmy w samym środku tej cholernej sceny: Marta związana na podłodze, jej nogi rozłożone, ja nad nią z kutasem na wierzchu, a Kasia klęczała obok, wciąż dysząc, z zaczerwienionym tyłkiem i półnagim ciałem.

    – Kurwa, ktoś idzie – szepnęła Kasia, jej głos drżał z paniki, ale w jej oczach błysnęło coś, co wyglądało jak podniecenie. Jej ręce, wciąż związane, zacisnęły się w pięści, a oddech przyspieszył. Marta, wciąż unieruchomiona na podłodze, zaśmiała się gardłowo, jej piersi unosiły się i opadały szybko.

    – Niech idą. Może się przyłączą – rzuciła, jej ton był pełen brawury, choć zauważyłem, że jej głos lekko zadrżał. Zignorowałem ich komentarze, próbując szybko odwiązać Martę od rurki pod siedzeniem, ale węzły były ciasne, a moje dłonie ślizgały się od potu. Zanim zdążyłem cokolwiek zrobić, usłyszałem kroki na korytarzu – ciężkie, zdecydowane, a potem stłumione głosy. Ktoś wchodził do pociągu, drzwi innych przedziałów stukały głośno, a ja czułem, jak serce wali mi w piersi. Adrenalina buzowała w żyłach, ale, ku mojemu zaskoczeniu, kutas wciąż był twardy jak skała – ryzyko tylko mnie nakręcało.

    Nagle ktoś szarpnął za drzwi naszego przedziału. Klamka zadrgała raz, potem drugi, a my zamarliśmy, jakby czas się zatrzymał. Moje oczy spotkały spojrzenie Marty – błyszczało ekscytacją, jakby to ją bawiło. Kasia ukryła twarz w dłoniach, jej oddech był szybki, niemal astmatyczny, ale zauważyłem, że jej nogi drżą nie tylko ze strachu.

    – Otwórzcie, co tam robicie, do cholery? – usłyszałem męski głos zza drzwi, lekko zniecierpliwiony, z lekkim akcentem, jakby należał do kogoś starszego. Drzwi zadrgały znowu, ktoś siłował się z nimi przez kilka długich sekund, a ja czułem, jak pot spływa mi po plecach. Każde szarpnięcie klamki brzmiało jak wystrzał w ciszy przedziału, a ja nie mogłem się ruszyć, sparaliżowany mieszanką strachu i dziwnego podniecenia.

    – Kurwa, pieprzyć to, znajdę inny przedział – mruknął w końcu głos zza drzwi, a kroki oddaliły się, zostawiając nas w ciszy. Odciąłem oddech z ulgą, czując, jak napięcie powoli opuszcza moje ciało, ale adrenalina wciąż krążyła w żyłach. Spojrzałem na dziewczyny – Marta uśmiechała się szeroko, jakby to była najlepsza zabawa w jej życiu, a Kasia powoli podniosła głowę, jej oczy były zamglone.

    – To było… za blisko – wyszeptała, ale jej głos miał w sobie nutę fascynacji. – Co jakby ktoś nas zobaczył?

    – To by nas zobaczył – rzuciła Marta, jej ton był lekki, jakby mówiła o pogodzie. – Wyobraź sobie, jak wchodzą i widzą cię taką, związaną, z tyłkiem na wierzchu. Podoba ci się ta myśl, co? – Kasia spłonęła rumieńcem, ale nie odpowiedziała, a ja wiedziałem, że w głębi duszy ta myśl ją kręci.

    – Zamknijcie się obie – warknąłem, ale nie mogłem ukryć, że samo ryzyko, że ktoś mógł nas złapać, sprawiło, że byłem jeszcze bardziej napalony. – Wracamy do gry. Nie mamy dużo czasu, zanim dojedziemy do końca.

    Odwiązałem Martę, rozwiązując węzły na jej kostkach i nadgarstkach, a potem pomogłem jej usiąść na siedzeniu. Kasia również dostała chwilę na oddech, jej ręce były czerwone od więzów, ale nie skarżyła się. Usiedliśmy wszyscy na moment, wciąż nadzy i spoceni, a pociąg ruszył znowu, zostawiając małą stacyjkę za nami. Mdłe światło za szybą zniknęło, a w przedziale zapanowała cisza – nie niezręczna, ale pełna napięcia, jakbyśmy wszyscy przetwarzali to, co się właśnie wydarzyło.

    Kasia spojrzała na mnie, jej niebieskie oczy były wilgotne, ale nie od łez – od emocji, które w niej buzowały. – Wiesz, bałam się, że ktoś nas zobaczy… że nas złapie – zaczęła cicho, jej głos drżał lekko. – Ale jednocześnie… chciałam tego. Nie wiem, dlaczego. Czuję się… żywa. Jakby to, co robimy, uwalniało coś we mnie. Coś, czego zawsze się wstydziłam, czegoś, co ukrywałam przed wszystkimi, nawet przed sobą. – Jej dłonie zacisnęły się na krawędzi siedzenia, jakby szukała czegoś, co da jej stabilność.

    Marta położyła dłoń na jej ramieniu, jej ton był zaskakująco miękki, daleki od wcześniejszej zadziorności. – Wiem, o czym mówisz, mała. Ja zawsze udawałam twardą, nie do złamania. Ale to… – wskazała na pejcz, porozrzucane ciuchy i ślady na swojej skórze – to sprawia, że czuję się… bezbronna. I podoba mi się to. Cholernie. Jakby ktoś w końcu zdjął ze mnie pancerz, który nosiłam latami. – Spojrzała na mnie, jej ciemne oczy szukały odpowiedzi. – A ty? Co czujesz, jak nas tak bierzesz? Gdy masz nas w swoich rękach?

    – Kontrolę – odparłem krótko, patrząc jej prosto w oczy. – Ale też… coś więcej. Widzę, jak się otwieracie, jak przełamujecie swoje granice, i to mnie kręci bardziej niż samo rżnięcie. Nie chodzi tylko o seks. Chodzi o to, że mogę was poprowadzić tam, gdzie same byście nie poszły. Mogę was zobaczyć takie, jakie naprawdę jesteście, bez masek, bez wstydu. – Moje słowa były szczere, a one obie patrzyły na mnie w ciszy, jakby analizowały, co właśnie powiedziałem.

    Kasia uśmiechnęła się lekko, jej policzki były wciąż zarumienione, a jasne włosy przylepiły się do czoła od potu. – Dzięki… że mnie prowadzisz. Nawet, jeśli boli, nawet jeśli się boję, czuję, że to… właściwe. Że mogę ci ufać, nawet , dy jest ostro. – Jej głos był cichy, ale pełen przekonania.

    – Dobra, wystarczy tego pieprzenia o uczuciach – przerwała Marta, wstając z siedzenia. Jej ton wrócił do dawnej zadziorności, ale w jej oczach wciąż było coś miękkiego. – Skoro już się wygadaliśmy, czas na finał. Chcę, żebyś mnie oznaczył. Na twarzy. Na ustach. Pokaż, że jestem twoja. I weź też Kasię – nie chcę, żeby czuła się pominięta. – Uśmiechnęła się szeroko, jej pełne usta rozchyliły się lekko w zaproszeniu.

    Wstałem, mój kutas był wciąż twardy, pulsujący od napięcia, a krew buzowała mi w żyłach po wszystkim, co się wydarzyło. Marta klęknęła przede mną na podłodze przedziału, jej ciemne włosy opadły na ramiona, a oczy spotkały moje z wyzywającym błyskiem. – No, daj mi to. Chcę poczuć, jak mnie oznaczasz – rzuciła, otwierając usta szeroko, jej język wysunął się lekko, błyszczący od śliny. Kasia, wciąż nieśmiała, klęknęła obok niej, jej drobne dłonie złożyły się na udach, a jasne oczy uniosły się do mnie z cichą prośbą. – Ja… też chcę – wyszeptała, otwierając usta powoli, jakby wciąż walczyła z własnym wstydem.

    Stałem nad nimi, patrząc na ich twarze zwrócone w moją stronę, jedna pełna zadziorności, druga pełna niepewności, ale obie gotowe. Chwyciłem kutasa w dłoń, poruszając powoli, a napięcie w podbrzuszu narastało z każdą sekundą. Marta patrzyła na mnie z dołu, jej usta wciąż otwarte, a język poruszał się lekko, jakby zapraszał mnie do działania. – Kurwa, daj mi to, nie każ mi czekać – syknęła, jej głos był pełen żądzy, a ja poczułem, jak zbliżam się do krawędzi.

    Przyspieszyłem ruchy ręką, czując, jak ciepło rozlewa się po całym ciele, a potem doszedłem mocno, pierwsza fala trafiła prosto na twarz Marty, rozmazując się po jej policzku i spływając w stronę ust. Zamknęła oczy na moment, ale jej usta pozostały otwarte, a język wysunął się, by złapać kilka kropel. Druga fala dotarła do Kasi, która drgnęła lekko, gdy sperma spłynęła po jej brodzie i wargach, ale nie cofnęła się. Jej oczy zamknęły się, a drobne dłonie zacisnęły się na udach, jakby próbowała ukryć drżenie.

    Marta złapała mnie ustami w ostatniej chwili, jej pełne wargi zamknęły się wokół główki, ssąc mocno, jakby chciała wydobyć każdą ostatnią kroplę. Jej język poruszał się szybko, liżąc spód i boki, a ciepła wilgoć jej ust niemal doprowadziła mnie do kolejnego skurczu. – Kurwa, smakujesz dobrze – mruknęła, wysuwając mnie na moment z ust, by otrzeć twarz wierzchem dłoni, a potem wróciła do ssania, jej ruchy były powolne, ale dokładne, jakby chciała przedłużyć ten moment. Kasia, wciąż nieśmiała, zlizała trochę spermy z warg, jej język poruszał się powoli, a policzki zrobiły się jeszcze bardziej czerwone od wstydu.

    – Ty też, mała, spróbuj – rzuciła Marta, pchnąwszy mnie lekko w stronę Kasi. Kasia otworzyła usta znowu, jej ruchy były niepewne, ale posłuszne. Wzięła mnie w usta delikatnie, jej wargi były miękkie i ciepłe, a język poruszał się nieśmiało, liżąc resztki, które wciąż tam były. Jej drobne dłonie chwyciły moje uda dla równowagi, a ja jęknąłem cicho, czując, jak jej nieśmiałość kontrastuje z intensywnością Marty. Po chwili wysunąłem się, delikatnie pchnąłem ją lekko w bok, a jej usta rozszerzyły się w geście zaskoczenia. – Jesteś taka grzeczna – szepnąłem, schylając się, by pocałować jej usta. – Ale możesz być jeszcze grzeczniejsza.

    Marta spojrzała na mnie z rozbawieniem, po czym znów wzięła mnie do ust, tym razem bardziej agresywnie, jej usta poruszały się szybciej, a dłonie ściskały mnie mocno. – Lubisz, jak rządzę, co? – zapytała, na moment przerywając, jej głos był zadziorny. Nie mogłem odpowiedzieć, bo znowu mnie objęła ustami, a jej język kręcił się wokół mnie z wprawą, która przyprawiła mnie o dreszcze. Kasia przyglądała się temu z boku, jej oczy były pełne fascynacji, a usta wciąż błyszczały od mojego nasienia.

    – Dobra, wystarczy – powiedziałem, wysuwając się z ust Marty, moje ciało wciąż drgało od intensywności. – Obie jesteście niesamowite. – Uśmiechnąłem się do nich, czując, jak serce powoli zwalnia.

    Pociąg zaczął znowu zwalniać, a za szybą pojawiły się jasne, ostre światła większej stacji – dotarliśmy do celu naszej podróży. W przedziale wciąż unosił się zapach seksu, a nasze ciała, spocone i zmęczone, nosiły ślady wszystkiego, co się wydarzyło. Szybko zaczęliśmy się ubierać, nasze ruchy były chaotyczne, ale pełne pośpiechu – spodnie, koszulki, porozrzucane buty. Marta, wciąż z rozmazaną szminką i śladami spermy na policzku, rzuciła mi swój telefon, pokazując ekran. – Wpisz swój numer. To nie koniec tej jazdy – powiedziała, jej ton był stanowczy, a oczy błyszczały obietnicą.

    – Jasne, że nie – mruknąłem, wpisując cyfry do jej kontaktów, a potem spojrzałem na Kasię, która właśnie zapinała jeansy. Jej ręce wciąż drżały, a na nadgarstkach widniały czerwone ślady po wiązaniu. – Ty też. Nie puszczę was tak łatwo.

    Kasia uśmiechnęła się nieśmiało, sięgając do kieszeni po małą kartkę i długopis. Zapisała swój numer drżącą ręką, a potem podała mi papier. – Chcę… chcę to powtórzyć. Gdzieś indziej. Może… u ciebie w domu? – zapytała cicho, jej oczy spotkały moje na moment, pełne niepewności, ale i nadziei.

    – Zobaczymy się niedługo. Obie – odpowiedziałem, chowając kartkę do kieszeni i uśmiechając się do nich. Pociąg zatrzymał się całkowicie, drzwi otworzyły się z głośnym sykiem, a chłodne powietrze wdarło się do środka. Wyszliśmy na peron, wtapiając się w tłum pasażerów, każdy z nas wciąż nosił na sobie ślady tej nocy – rozmazane usta Marty, zaczerwienione nadgarstki Kasi, i moje spojrzenie, które obiecało więcej. Rozeszliśmy się w różne strony, ale w mojej kieszeni były ich numery, a w głowie pewność, że ta jazda jeszcze się nie skończyła. To był dopiero początek – wiedziałem, że niedługo znów się spotkamy, może w bardziej prywatnym miejscu, może z jeszcze większym ryzykiem, ale na pewno z tą samą intensywnością.

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    TysonMaximo343
  • Pociag (?) bez hamulcow 5

    Minął tydzień od naszej szalonej jazdy pociągiem, ale obrazy Marty i Kasi – ich poddanych ciał, jęków i śladów na skórze – wciąż nie dawały mi spokoju. Czułem, jak napięcie narastało z każdym dniem, aż w końcu Marta napisała do mnie w środku nocy. „Przyjedź jutro do mnie. Mam wszystko przygotowane. Bądź o 20:00. I weź swoje zabawki, jeśli masz.” Wiadomość była krótka, ale jej ton nie pozostawiał wątpliwości – czekało nas coś intensywnego. Odpisałem od razu, a potem zadzwoniłem do Kasi, upewniając się, że ona też będzie. Jej cichy, nieśmiały głos w słuchawce drżał, ale zgodziła się bez wahania. „Będę tam. Chcę tego… nawet jeśli się boję.”

    Następnego dnia, punktualnie o 20:00, stałem przed drzwiami mieszkania Marty – starej, ale eleganckiej kamienicy w centrum miasta. Zapukałem, trzymając w ręce czarną torbę z kilkoma rzeczami, które uznałem za niezbędne: skórzane kajdanki, gruby sznur, wibrator i kilka innych gadżetów. Drzwi otworzyły się niemal natychmiast. Marta stała w framudze, ubrana w czarny, koronkowy gorset, który ledwo zakrywał jej piersi, i krótką skórzaną spódniczkę. Jej ciemne włosy były związane w wysoki kucyk, a usta pomalowane na krwistoczerwono. – No, w końcu jesteś – mruknęła, mierząc mnie wzrokiem. – Wejdź. Kasia już czeka.

    Wszedłem do środka, zamykając drzwi za sobą. Mieszkanie Marty było przestronne, ale miało mroczny klimat – ciężkie, bordowe zasłony, przyciemnione światło z lamp stojących i zapach kadzideł unoszący się w powietrzu. Na środku salonu stał duży, drewniany stół, na którym leżały różne akcesoria: pejcze, kneble, metalowe klamry i coś, co wyglądało jak skórzany pas do krępowania. Kasia stała obok, ubrana jedynie w cienką, białą koszulkę nocną, która prześwitywała, odsłaniając zarys jej drobnego ciała. Jej jasne włosy były rozpuszczone, a ręce splecione z przodu, jakby próbowała ukryć zdenerwowanie.

    – Cześć – wyszeptała, jej niebieskie oczy spotkały moje na chwilę, po czym szybko uciekły w bok. – Nie wiedziałam, czy powinnam przyjść… ale nie mogłam się powstrzymać.

    – Dobrze, że jesteś – odpowiedziałem, stawiając torbę na podłodze. – Obie dostaniecie dokładnie to, po co przyszłyście. Marta, przygotowałaś wszystko?

    Marta uśmiechnęła się szeroko, wskazując na stół. – Jasne, że tak. Mam tu zabawki, o których w pociągu moglibyśmy tylko pomarzyć. I pokój z łóżkiem, które ma haki w suficie, jakbyś chciał nas podnieść. – Jej głos był pełen ekscytacji, a oczy błyszczały. – Od czego zaczynamy, szefie?

    – Od rozgrzewki – rzuciłem, rozpinając torbę i wyciągając skórzane kajdanki. – Kasia, podejdź do stołu. Ręce przed sobą. – Kasia posłuchała, jej kroki były niepewne, ale posłuszne. Gdy podeszła, chwyciłem jej nadgarstki i założyłem kajdanki, zatrzaskując je z lekkim kliknięciem. Jej skóra zadrgała pod moim dotykiem, a oddech przyspieszył. – Marta, pomóż mi. Przywiążemy ją do stołu, tyłek w górę.

    Marta chwyciła sznur, który leżał na stole, i zaczęła owijać go wokół talii Kasi, przywiązując ją ciasno do krawędzi mebla. – Nie ruszaj się, maleńka – mruknęła, zaciskając węzły tak, że Kasia nie mogła się poruszyć. Jej drobne ciało było teraz zgięte w pół, głowa opierała się o blat, a tyłek uniesiony w górę, ledwo zakryty cienkim materiałem koszulki. – Gotowa na trochę bólu?

    Kasia kiwnęła głową, jej głos był zaledwie szeptem. – Tak… róbcie, co chcecie. Chcę to poczuć. – Jej słowa były pełne poddania, co tylko podsyciło moje podniecenie. Chwyciłem pejcz ze stołu – cienki, elastyczny, z twardą końcówką – i dałem jej pierwszego klapsa przez materiał. Dźwięk rozległ się w pokoju, a Kasia syknęła, jej biodra drgnęły lekko w przód, ale sznur trzymał ją w miejscu.

    – Podoba ci się, co? – zapytałem, dając jej kolejnego klapsa, tym razem mocniej. Czerwony ślad pojawił się na jej skórze, widoczny nawet przez cienką tkaninę. Podniosłem koszulkę do góry, odsłaniając jej blade pośladki, i uderzyłem jeszcze raz, prosto w nagą skórę. Krzyknęła cicho, jej ręce szarpnęły się w kajdankach, ale nie mogła się ruszyć.

    – Kurwa, boli… ale chcę więcej – wyszeptała, jej głos drżał, ale był pełen desperacji. Marta zaśmiała się cicho, klękając obok niej i przesuwając dłoń po jej udzie.

    – Daj jej, na co zasługuje – rzuciła do mnie, a potem spojrzała na Kasię. – Powiedz mu, jak bardzo tego chcesz. Nie wstydź się.

    – Proszę… uderz mnie jeszcze raz – wydusiła Kasia, jej twarz była zaczerwieniona, a oczy zamknięte. Uderzyłem znowu, tym razem w drugą stronę, zostawiając symetryczne czerwone paski na jej skórze. Jej ciało zadrgało, a z ust wydobył się stłumiony jęk, który przeszedł w cichy szloch, ale nie poprosiła, żebym przestał.

    – Dobra, wystarczy na razie – powiedziałem, odkładając pejcz i rozpinając spodnie. Mój kutas był już twardy, napięty od widoku jej związanego ciała i dźwięków, które wydawała. – Marta, pomóż mi. Chcę, żebyś ją przygotowała. – Marta uśmiechnęła się zadziornie, sięgając po małą buteleczkę lubrykantu, która leżała na stole. Wylała trochę na dłonie i wsunęła palce między pośladki Kasi, poruszając nimi powoli, ale zdecydowanie.

    – Kurwa, jest taka ciasna – mruknęła, jej palce poruszały się w rytmicznym tempie, a Kasia zaczęła jęczeć głośniej, jej biodra drgały mimo więzów. – Gotowa na więcej, maleńka?

    – Tak… proszę, wejdź we mnie – wyszeptała Kasia, jej głos był pełen błagania. Nie musiałem czekać na dalsze zaproszenie. Ustawiłem się za nią, chwytając jej biodra, i wszedłem w nią jednym mocnym pchnięciem, rozciągając jej ciasną cipkę. Krzyknęła ostro, jej ciało zgięło się w łuk, ale sznur nie pozwolił jej na większy ruch. Zacząłem się poruszać, moje biodra uderzały o jej tyłek z głośnym plaśnięciem, a każdy ruch wydobywał z niej coraz głośniejsze jęki.

    – Tak, rżnij ją mocno – rzuciła Marta, stojąc obok i przyglądając się z błyskiem w oczach. Sięgnęła po wibrator ze stołu, włączyła go i przyłożyła do łechtaczki Kasi, co sprawiło, że ta zawyła, jej ciało zadrgało w konwulsjach. – Chcę, żeby doszła tak mocno, że zapomni, jak się nazywa.

    Kasia nie wytrzymała długo – po kilku chwilach jej cipka ścisnęła mnie jak imadło, a ona krzyknęła głośno, jej orgazm wstrząsnął całym ciałem. Wyszedłem z niej w ostatniej chwili, czując, jak jej drżenie przechodzi na mnie. Odwiązałem ją szybko, pozwalając jej opaść na stół, dysząc i trzęsąc się. – Dziękuję… to było… za dużo i idealnie – wyszeptała, jej oczy były zamglone od ekstazy.

    – Twoja kolej, Marta – rzuciłem, odwracając się do niej. – Chcę cię zobaczyć w czymś bardziej… zaawansowanym. – Wskazałem na haki w suficie, o których wspominała wcześniej. – Przywiążemy cię tak, żebyś wisiała. Całkowicie bezbronna.

    Marta uniosła brew, ale w jej oczach błysnęła ekscytacja. – Kurwa, poważnie? Dobra, rób to. Ale lepiej, żebyś wiedział, co robisz. – Podeszła do środka pokoju, unosząc ręce nad głowę, a ja chwyciłem gruby sznur, który przyniosłem. Owinąłem go wokół jej nadgarstków, tworząc mocne węzły, a potem przeciągnąłem przez hak w suficie, podciągając ją tak, że stała na czubkach palców, jej ciało było napięte jak struna. Następnie związałem jej kostki razem, ograniczając jej ruchy jeszcze bardziej. Jej gorset i spódniczka wciąż były na miejscu, ale odsłaniały wystarczająco dużo, by widzieć jej oliwkową skórę i twarde sutki przebijające przez koronkę.

    – Jak się czujesz? – zapytałem, przesuwając dłoń po jej boku, a potem dając jej lekkiego klapsa w tyłek. Syknęła, jej ciało zadrgało, ale więzy trzymały ją w miejscu.

    – Jakbyś mnie miał całą dla siebie – odparła, jej głos był lekko zadyszany, ale pełen zadziorności. – Rób, co chcesz, ale niech to boli. Chcę to poczuć.

    Chwyciłem pejcz znowu, dając jej kilka uderzeń po udach i brzuchu, aż na jej skórze pojawiły się czerwone paski. Za każdym razem sykała lub jęczała, ale jej biodra unosiły się lekko, jakby prosiły o więcej. Potem rozpiąłem jej spódniczkę, zsuwając ją w dół, i wsunąłem rękę między jej nogi, czując, jak mokra już była. – Kurwa, jesteś gotowa – mruknąłem, wchodząc w nią dwoma palcami, a potem trzema, rozciągając ją, podczas gdy ona wisiała, nie mogąc się ruszyć.

    – Rżnij mnie, nie baw się – warknęła, jej głos był ostry, ale pełen żądzy. Nie kazałem jej czekać – rozpiąłem spodnie i wszedłem w nią mocno, unosząc jej biodra lekko, by dostosować kąt. Jej ciało zadrgało w więzach, a ona krzyknęła, jej głowa odchyliła się do tyłu. Ruchałem ją brutalnie, moje pchnięcia były szybkie i głębokie, a dźwięk skóry o skórę rozlegał się w całym pokoju. Marta zawyła, jej cipka ściskała mnie przy każdym ruchu, a ja czułem, jak zbliżam się do krawędzi.

    – Spuść się we mnie, chcę to poczuć – rzuciła przez zaciśnięte zęby, jej oczy spotkały moje z intensywnością, której nie dało się ignorować. Doszedłem mocno, wypełniając ją, a ona zadrgała w orgazmie, jej krzyki odbiły się od ścian. Gdy wyszedłem, jej ciało wciąż drgało, a sperma spływała powoli po jej udzie, kontrastując z oliwkową skórą.

    Odwiązałem ją powoli, opuszczając na ziemię, gdzie osunęła się na kolana, dysząc. – Kurwa, to było… lepsze, niż myślałam – przyznała, jej głos był zachrypnięty, ale zadowolony. Kasia, która już doszła do siebie, podeszła do nas, siadając obok Marty na podłodze.

    – Chcę… spróbować tego kiedyś. Wiszenia – powiedziała cicho, jej oczy błyszczały ciekawością. – Ale nie dzisiaj. Jestem wykończona.

    – Będziesz miała swoją szansę – odpowiedziałem, siadając obok nich. – Mamy jeszcze wiele do odkrycia. – Spojrzałem na Martę, która uśmiechnęła się złośliwie.

    – Następnym razem weźmiemy coś jeszcze ostrzejszego. Mam w piwnicy pełne wyposażenie. – Jej ton obiecywał więcej, a ja wiedziałem, że to nie będzie nasze ostatnie spotkanie. Siedzieliśmy tak przez chwilę, spoceni i zmęczeni, ale z poczuciem, że dopiero zaczęliśmy eksplorować granice naszych pragnień. Wiedziałem, że następne spotkanie będzie jeszcze bardziej intensywne – i nie mogłem się tego doczekać.

    Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

    TysonMaximo343