Matka w szpilkach i nylonie (2)

Palce mamy zacisnęły się lekko na podłokietniku kanapy, kiedy opuszkami zacząłem sunąć nylon w dół – centymetr po centymetrze, bardzo powoli, tak jak prosiła. Materiał był ciepły, miejscami wilgotny od potu całego dnia spędzonego w biurze, w szpilkach, na chodzeniu po korytarzach i siedzeniu przy biurku. W okolicach podbicia i palców czuć było wyraźny, intymny zapach – mieszanka skóry, nagrzanego nylonu i tej lekkiej, słonawej nuty, którą zna się tylko wtedy, gdy ktoś nosi rajstopy osiem, dziewięć, czasem dziesięć godzin bez przerwy.

Zatrzymałem się na wysokości pięty. Nylon zrobił się tam trochę luźniejszy, bo stopa w szpilce cały czas była napięta do przodu. Delikatnie pociągnąłem – materiał zsunął się ze stopy z cichym, charakterystycznym szelestem, jakby ktoś przeciągał paznokciem po cienkim jedwabiu. Mam westchnęła przez nos, bardzo cicho, ale wystarczająco głośno, żebym to usłyszał i poczuł dreszcz na karku.

– Jeszcze wolniej – szepnęła, prawie bez tchu.

Spojrzałem na nią. Oczy miała półprzymknięte, dolna warga lekko przygryziona. Nie wyglądała już na zmęczoną po pracy. Wyglądała… na głodną.

Przesunąłem dłonie wyżej, obejmując teraz całą stopę przez nylon. Kciukiem przejechałem po łuku podbicia – tam skóra buła najcieplejsza i najbardziej napięta. Poczułem, jak palce stopy drgnęły w odpowiedzi, jakby chciałby się rozprostować, ale jednocześnie cieszyły się z dotyku. Zsunąłem rajstopę jeszcze kilka centymetrów. Teraz materiał zebrał się w miękką, pomarszczoną falbankę tuż nad kostką. Widziałem już nagą piętę – bladą, lekko zaczerwienioną od ucisku buta, z delikatnymi, prawie niewidocznymi odciskami po szpilce.

Mama uniosła stopę kilka centymetrów nad podłogę, wyginając się lekko w łuk.

– Pocałuj – powiedziała to tak naturalnie, jakby prosiła o podanie pilota do telewizora.

Zamarłem na ułamek sekundy. Serce waliło mi w uszach jak młot.

Pochyliłem się. Najpierw dotknąłem wargami samej pięty – skóra była gorąca, gładka, pachniała lekko mydłem, potem i tym specyficznym zapachem nylonu nagrzanego ciałem. Potem przesunąłem usta w górę, wzdłuż łuku podbicia. Nylon wciąż był na palcach i na górnej części stopy, więc czułem tę cienką, śliską warstwę pod wargami. Smak było słonawy, trochę chemiczny od rajstop, trochę zwierzęcy od skóry.

Mama westchnęła głębiej, prawie jęknęła.

– Otwórz usta… weź palce.

Zrobiłem to. Najpierw wielki palec u nogi – nylon był na nim najcieńszy i najbardziej wilgotny. Wsunąłem go do ust, zamknąłem wargi i powoli ssałem przez materiał. Czułem kształt paznokcia, czułem, jak palec lekko drży na moim języku. Mama zacisnęła dłoń na moim karku – nie mocno, ale zdecydowanie, jakby chciała powiedzieć: “nie przestawaj”.

– Dobrze… tak… głębiej…

Wsunąłem drugi i trzeci palec razem. Nylon napiął się między nimi, tworząc cienką, prawie przezroczystą błonkę. Ssąc je, jednocześnie językiem próbowałem dostać się pod materiał – tam gdzie była już tylko ciepła, miękka, lekko słona skóra. Mama odchyliła głowę do tyłu, zamknęła oczy io westchnęła długo, przeciągle.

Minęło trochę czasu, zanim puściła mój kark i odsunęła stopę.

– Drugą – rzuciła krótko, prawie rozkazująco.

Lewy but wciąż miała na nodze. Podeszła do tego inaczej. Najpierw zdjęła szpilkę sama – jednym szybkim, wprawnym ruchem. But poleciał na bok, uderzyła o nogę stołu z cichym stuknięciem. Potem po prostu położyła stopę na moim udzie – podeszwą do góry.

Rajstopy na lewej nodze były ciemniejsze w okolicach palców – widać było wyraźny, wilgotny ślad potu. Podeszwa była ciepła, materiał lekko przyklejał się do skóry.

– Masuj najpierw – szepnęła. – Palcami… mocno.

Zacząłem ugniatać podbicie kciukami. Kręgi, mocne naciski, przesuwanie w górę i w dół. Mama mruczała z zadowoleniem, jak kot, którego drapie się za uchem. Potem podniosła stopę bliżej mojej twarzy.

– Teraz językiem. Całą podeszwę. Od pięty do palców.

Zrobiłem to. Smak był intensywniejszy niż przy prawej stopie – więcej potu, więcej dnia w nylonie. Język sunął po materiale, zostawiając mokrą smugę. Kiedy dotarłem do palców, mama rozstawiła je szerzej.

– Ssij je po kolei… każdy… jakby to by mały… no wiesz.

Nie dokończyła zdania. Nie musiała.

Zacząłem od małego palca. Potem następny. Przy środkowym palcu nylon pękł – malutkie oczko, może od paznokcie, może od całodziennego tarcia. Język od razu wślizgnął się do środka. Poczułem nagą skórę, ciepłą, lekko słoną. Mama jęknęła cicho.

– Tam… właśnie tam…

Przecisnąłem język przez dziurkę, potem włożyłem jeszcze głębiej. Nylon rozdarł się jeszcze trochę. Teraz już ssałem goły palec, a resztki rajstopy zwisały jak poszarpana koronka.

Mama nagle złapała mnie za włosy i odciągnęła głowę do tyłu.

– Wystarczy na razie – powiedziała zdyszana. – Teraz ja.

Wstała. Rajstopy wciąż miała na nogach – jedna całkowicie zdjęta do kostki i zwinięta, druga rozdarta na palcach, obie zwisały smętnie. Podeszła do mnie, stanęła okrakiem nad moimi kolanami – nie siadła, tylko zawisła kilka centymetrów nade mną.

– Dotknij mnie tu – powiedziała i wzięła moją prawą dłoń.

Położyła ją na wewnętrznej stronie swojego uda – dokładnie tam, gdzie nylon przechodził w nagą skórę tuż po pachwiną. Materiał był tam najcieplejszy i najbardziej wilgotny. Czułem ciepło jej cipki przez rajstopy i majtki.

– Powoli… w górę… powoli.

Sunąłem palcami w górę. Najpierw po gładkiej skórze, potem znów po nylonie. Kiedy dotarłem do krawędzi majtek, poczułem, że są kompletnie przemoczone. Mama westchnęła ciężko.

– Wsuwaj palce pod gumkę… ale tylko opuszkami… na razie.

Zrobiłem to. Materiał majtek był śliski, gorący. Palce od razu natrafiły na wilgoć. Mama zacisnęła uda na mojej dłoni.

– Czujesz, jak bardzo mam mokro?

Kiwnąłem głową, nie mogąc wydusić słowa.

– A teraz… rozerwij je. Tutaj.

Wskazała miejsce tuż nad łechtaczką.

Zrobiłem dziurę – nylon pękł. Mama od razu złapała moją rękę i przycisnęła palce do siebie – prosto na łechtaczkę. Była twarda, nabrzmiała, śliska.

– Rób kółka… powoli… ale mocno…

Zacząłem. Mam oparła się obiema dłońmi o moje ramiona, lekko się kołysała. Odchylała się coraz szybciej. Złapała mnie za nadgarstek i przyspieszyła ruch mojej ręki.

– Mocniej… szybciej… nie przestawaj…

Jej biodra zaczęły poruszać się w przód i tył. Czułem, jak wilgoć spływa mi po palcach, po nadgarstku. Nagle zesztywniała, zacisnęła uda tak mocno, że prawie mnie zabolało – i doszła. Cicho, ale bardzo głęboko. Całe jej ciało zadrżało kilka razy, biodra drgnęły konwulsyjnie.

Przez chwilę stała tak, dysząc ciężko. Potem opadła na mnie – usiadła mi na kolanach, wciąż okrakiem. Rajstopy zwisały z jej nóg jak poszarpane flagi.

Pocałowała mnie – pierwszy raz naprawdę, głęboko. Język wślizgnął się do moich ust, smakowała kawą, lekkim winem i sobą.

Odsunęła się lekko, spojrzała mi w oczy.

– To dopiero początek wieczoru – szepnęła mi prosto do ucha.

– Idź do łazienki. Weź prysznic. Chcę, żebyś był mokry i twardy, kiedy wrócisz.

Wstała. Podeszła do lustra w przedpokoju, poprawiła włosy, przeciągnęła dłonią po piersiach, jakby sprawdzała, czy wszystko jest na miejscu.

– A ja w tym czasie… przygotuję coś specjalnego.

Spojrzała na mnie przez ramię, z tym samym drapieżnym uśmieszkiem.

– Nie spiesz się. Chcę, żebyś czekał.

I poszła w stronę sypialni, zostawiając za sobą smugę nylonowych strzępów na podłodze.

 

CDN…

Podoba się opowiadanie? Podziel się z innymi!

Ari Lupsy

Comments

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *